- Opowiadanie: SHADZIOWATY - Odkupić sumienie

Odkupić sumienie

USA, Dallas, TX. 1963 rok. Dwaj mężczyźni będący na kontrakcie w międzygalaktycznej organizacji przestępczej mają wykonać na Ziemi zabójstwo na zlecenie. Okazuje się, że morderstwo nigdy nie jest łatwe, szczególnie dla młodszego z nich, dla którego jest to pierwsza misja.

 

Gratka dla wielbicieli teorii spiskowych, tematyki UFO i złotych lat 60-tych.

PS. Tekst napisany kursywą to myśl danego bohatera.
PS2. Odstęp między zabójstwami obu prezydentów (jednego niedoszłego) skrócony świadomie, na potrzeby fabuły.
PS3. Dla ludzi chcących poszerzyć horyzonty polecam film Zaprudera z zamachu.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Odkupić sumienie

– A to, drogi przyjacielu. – Johann przechylił się w fotelu i wskazał kolorową kulę za szybą. – Jest Ziemia.

Nie jesteś moim przyjacielem, pomyślał Pekka, mierząc wzrokiem niebiesko-zielone plamy na planecie. Czuł się dziwnie nieswojo, mimo iż na fotografiach widział tę planetę już wielokrotnie. Spodziewał się czegoś innego po tak długim locie. Nie żeby na żywo mu się nie spodobała, po prostu była taka – znajoma. I to właśnie ta myśl nawiedzała go od tygodni. Oni się praktycznie niczym od nas nie różnią…

– Co masz taką kwaśną minę? Pif-paf i wracamy, nie płacz – Johann rzekł swobodnie i zaczął polerować lufę wysłużonego karabinu snajperskiego.

Pekka wskazał palcem strzelbę.

– Nie moglibyśmy tego zrobić dronem? Nie rozumiem czemu musimy tachać ze sobą ten antyk.

Johann zastygnął i spojrzał na chłopaka spode łba.

– Powiedz mi… – Mężczyzna zakręcił dłonią w powietrzu, próbując sobie przypomnieć jego imię.

– Pekka – podpowiedział.

– Powiedz mi Pekka, byłeś kiedyś u dobrego barbera? Mam na myśli fachowca, prawdziwego artystę, a nie…

Chłopak mu przerwał.

– Byłem.

– Nie chodzi mi o nowoczesny salon – kontynuował Johann, machając dłońmi wokół głowy. – Gdzie zakładają ci na głowę ten śmieszny kask i laserowo cykają, co tam palcem na ekranie nie pokażesz.

– No. Do czego zmierzasz? – zapytał Pekka.

– Skoro byłeś, to powiedz mi. Czym cię ogolił, czym wyrównał linię szyi?

– Brzytwą – odparł.

– Właśnie! – rozchmurzył się Johann. – Nie jest z tobą, aż tak źle jak myślałem. Dobrze, a teraz powiedz mi, czy widziałeś kiedyś prawdziwy obraz? Nie byle gówno zapisane na kompie, mam na myśli namacalne dzieło sztuki na płótnie.

– Dobra. Nieważne. Żałuję, że w ogóle zapytałem. Skończ już. Co to, kurwa, randka w ciemno? – odparł Pekka.

– Odpowiedz. Chcę żebyś to zrozumiał.

– Tak, widziałem obraz…

– Czym został namalowany?

– Farbą?

Johann uniósł brwi i rozmasował sobie potylicę.

– Pędzlem, kurwa, pędzlem.

– No, pędzlem. I co z tego? Co chcesz udowodnić? – Pekka pytająco rozłożył ręce.

– Bo widzisz, tak jak wprawiony barber ogoli cię brzytwą, a mistrz malarstwa stworzy dzieło pędzlem, tak artysta w naszym fachu posługuje się tym – Johann dumnie uniósł przed sobą karabin. – Drony są dla amatorów.

– W naszym fachu – powtórzył Pekka, czując na języku gorycz tych słów. Choć należał do organizacji od dwóch miesięcy, to była jego pierwsza misja. Jego pierwsze zlecenie, z wielu które miały nadejść. Kontrakt, który podpisał, obowiązywał bowiem dożywotnio.

– Rozchmurz się przyjacielu. – Mężczyzna wziął do ręki tablet i włączył ręczne sterowanie. – W końcu jesteśmy Nowymi Bogami.

 

***

Gdyby nie to, że właśnie wysiedli z latającego talerza, Pekka i Johann mogliby ujść za Ziemian. Ciemne płaszcze, okrągłe kapelusze i skórzane rękawiczki sprawiły, że przybysze wyglądali tak zwyczajnie, że aż podejrzanie. Umknęli jednak bez problemu uwadze stróżów prawa, patrolujących okolicę w powiększonych do pięciu funkcjonariuszy składach. Jedynie podłużny futerał w ręce wyższego ze wspólników, Johanna, obrócił za sobą kilka głów. Jeżeli nawet ktoś domyślił się zawartości, prędzej zastanowił się jaki to model, niż po cóż on mężczyznom w czwartkowy wieczór. Powiedzieć w Dallas o kimś, że jest uzbrojony to jak powiedzieć, że oddycha. Co innego, gdyby któryś z nich był Murzynem…

Johann wskazał lokal z blaszanym kowbojem przytwierdzonym do dachu.

– Wygląda zachęcająco.

– Szczery Ben – Pekka zacytował szyld – naprawdę?

– Czepiasz się – odrzekł Johann i pchnął przeszklone drzwi.

Dwa rzędy obitych czerwoną dermą kanap świeciły pustkami. Tylko jedno ze stanowisk zajęte było przez czarnoskórą parę, która przerwała rozmowę, widząc nowych gości.

– O! Szafa grająca! – Pekka wygrzebał z kieszeni garść monet i pognał w jej stronę. Przejrzał dostępne pozycje, jednak nazwiska wykonawców, ani tytuły utworów nic mu nie mówiły.

– Barman! – krzyknął Pekka. – Jaki jest teraz największy hit?

Wąsaty jegomość zza lady zmarszczył czoło, po czym burknął.

– Spróbuj pan She Loves You, Beatlesów. The Beatles. Czwarte od góry chyba.

– Mam, mam – odparł chłopak i podkręcił głośność do maksimum.

Wnętrze baru wypełniła skoczna melodia i cztery charyzmatyczne głosy. Pekka obrócił się i rzucił do Johanna.

– Poznajesz?!

Mężczyzna uniósł brwi pytająco i pokręcił głową.

– Liquid Dreams od Rapid Caradace'ów! Ta sama linia melodyczna. To samo tempo. Niesamowite… – Pekka uśmiechał się do maszyny, jak do dawno niewidzianego przyjaciela.

Johann wzruszył ramionami i usiadł przy jednym ze stolików.

– Panie! – zawołał go barman. – Niech pan tu nie siada, to miejsca dla czarnuchów.

– Dla kogo?

Wąsacz kiwnął na ciemnoskórą parę siedzącą stolik dalej.

– Jeżeli to dobre miejsce dla nich, dlaczego ma być złe dla mnie? – zapytał Johann, kładąc nogi na stole.

Barman osłupiał.

– Ale panie, to niegodne, biały człowiek powinien usiąść na miejscu dla białych ludzi, a nie na osobnym dla czarnuchów.

Johann zwrócił się do ciemnoskórego mężczyzny, który wybałuszał na niego oczy.

– Przepraszam, że przeszkadzam w kolacji, ale muszę zapytać. Czy jesteś zdolny do pracy?

Murzyn skinął głową.

– Czy możesz płodzić dzieci?

Mężczyzna ponownie przytaknął.

– Czy umiesz mówić?

– Jak widać.

Johann obejrzał się na barmana i wzruszył ramionami.

– Ben, tak? Widzisz Ben, oni są takimi samymi ludźmi jak ja, ty, czy ten kiwający się w kącie chłopak.

Pekka, spragniony ziemskich dźwięków, raz po raz wrzucał monety do szafy grającej. Murzyńska para, barman Ben i Johann zdawali się dla niego nie istnieć, a ich głosy były jedynie nieprzyjemnym chrzęstem w melodii. Zwykłą rysą na płycie. Błędem w idealnej kompozycji.

– Ale… – zaczął wąsaty gospodarz.

– Żadne ale, przyjacielu. A teraz postawisz, w ramach zadośćuczynienia swej niewiedzy, kolejkę tej uroczej parze. Co pijecie?

– Kawę – szepnęła kobieta.

– Bourbona – odparł mężczyzna.

– A więc kawa i bourbon. A dla mnie wiśniowa cola, największa jaką masz. – Johann rzucił solniczką w Pekkę. – Grajek! Piłeś kiedyś wiśniową colę?!

Chłopak rozmasował miejsce na plecach, w które go trafił i pytająco przekrzywił głowę.

– Czyli nie piłeś. Ben, jeszcze jedno wiśniowe cudo!

Wąsacz nie poruszył się.

– No co tak kukasz? – rzucił Johann, mierząc go wzrokiem. Piwne, rozbiegane oczy barmana szybko uległy stanowczemu spojrzeniu mocnych, błękitnych źrenic klienta. To, albo futerał, który niechybnie skrywał długą broń palną sprawiły, że dwie zimne, wiśniowe cole wylądowały w okamgnieniu na jego stoliku.

– Pekka, zostaw na moment tę biedną maszynę i spróbuj tego.

Chłopak odszedł niechętnie od szafy, spoglądając na nią tęsknie przez ramię.

– Naprawdę kochasz muzykę.

Pekka wziął do ręki szklankę i zamieszał w niej słomką.

– Nawet nie masz pojęcia…

Pociągnął solidny łyk i przełknął, a jego twarz rozjaśnił błogi uśmiech.

 

Cztery szklanki wiśniowej coli później…

 

Donośne beknięcie Johanna zakończyło słodki letarg, w który wpadli. W barze zostali już tylko oni dwaj i wąsaty barman, wychylający się zza lady w ich stronę. Od kilkunastu minut wycierał ten sam punkt na blacie, jakby nie zdając sobie z tego sprawy.

– Dlaczego w to wszedłeś? – zapytał Pekka, masując się po nabrzmiałym brzuchu.

– Ciszej – szepnął Johann. – Ucho.

– Co?

– Ucho. – Mężczyzna skinął głową na barmana, który nie potrafił nawet stwarzać pozorów, że nie podsłuchuje.

Pekka podszedł do szafy grającej i wybrał jeden z wysłuchanych wcześniej utworów. Kiedy wrócił do stolika, musieli przekrzykiwać się z Louisem Armstrongiem, by porozmawiać.

– Dlaczego wszedłeś? – ponowił.

Johann nie odpowiedział od razu. Pogładził przez chwilę swoje rdzaworude wąsy i uśmiechnął się.

– Wszyscy wchodzimy w to z tego samego powodu – powiedział powoli i potarł kciukiem o palce wskazujący i środkowy w wymownym geście.

– Ja nie… – Pekka zaczął.

– Ty nie? – Johann nachylił się i spojrzał mu w oczy. – Wydaje ci się, że jesteś taki inny, że jesteś od nas lepszy. Ode mnie również. Wszyscy wchodzimy w to dla pieniędzy. Środek jest zawsze ten sam, tylko motywacja inna. Wiem czemu tu jesteś i nie myśl, że jesteś jedynym aniołkiem, który poświęcił się dla dobra bliskich. Tak więc nie powinieneś mnie pytać dlaczego wszedłem. Powinieneś raczej zapytać, po co były mi te pieniądze.

Pekka patrzył w błękitne oczy kompana. Tak jasne, że gdyby nie ciemna obwódka, granica między tęczówką, a białkiem byłaby niezauważalna. Nie jestem pierwszym rekrutem, którego przeprowadza przez inicjację, pomyślał.

– Po co?

– Długi. Tak przyjacielu, przez długi – Mężczyzna rozłożył się w krześle.

Pekka uśmiechnął się pogardliwie.

– Zniżyłeś się do zabijania, bo nie umiałeś inaczej spłacić długów?

– Zniżyłem się?! – Johann się wściekł. – Myślisz, że to co robimy to zwykłe zabijanie? Jesteśmy Nowymi Bogami! Nowymi! Gdy byliśmy na etapie pierdolonych szaf grających czy ganiania z maczugą za kangurem, ktoś inny przylatywał do nas, by upewnić się, że za kilka tysięcy lat będziemy umieli uleczyć raka, dożyć trzech setek czy latać do innych układów słonecznych. Że nie powybijamy się wzajemnie! Nie przybywamy tu, by zabić kucharza, bo ktoś wyrzygał danie dnia, ani klienta dziwki, który nie zapłacił.

Mężczyzna przystawił sobie do skroni palec wskazujący, imitując oddanie strzału.

– Likwidujemy człowieka, którego działania mogą doprowadzić do upadku cywilizacji lub zniszczenia życia na danej planecie. Musimy chronić ludzi przed nimi samymi, tak jak my byliśmy chronieni w przeszłości. Myślisz, że to przypadek, że opisy przybyszów z nieba zgadzały się ze sobą od zawsze w każdej cywilizacji, nawet w tych odciętych od reszty? Kiedyś nazywano nas bogami, teraz jesteśmy ufoludkami. Wyobrażasz to sobie, kurwa? W przeszłości śmigaliśmy złotymi rydwanami i strzelaliśmy piorunami. Teraz opisują nas jako zielonych, wychudzonych karłów z dużymi głowami… Każda planeta, każda cywilizacja zna takich jak my. To, że u nas w Geplooide nami gardzą, że uważają nas za zwykłych szabrowników, zamachowców bez honoru, to nic nowego. Ale może kiedyś zrozumieją i docenią to co robimy. – Johann wyprostował się na krześle, pogroził chłopakowi palcem i popukał się w pierś. – Jesteśmy nowymi bogami, czy ci się to podoba czy nie. W dupie mam co sobie myślisz i jakie masz na ten temat zdanie. Ale ja wierzę, że robię coś dobrego, coś pożytecznego i tylko, kurwa, dzięki temu jeszcze nie zwariowałem. Więc nie próbuj sprawić bym poczuł się jak ostatnie gówno.

Pekka zachmurzył się.

– Ale skąd wiadomo, że ten ktoś jest zły?

– Zły? – Johann wybuchnął śmiechem. – Ty naprawdę nie masz pojęcia o życiu. Jest w ogóle coś o czym masz pojęcie?

Chłopak spojrzał kątem oka na szafę grającą.

– Ach, muuuzyka – Mężczyzna uśmiechnął się pogardliwie. – A jednak z muzyki nie wystarczyło na…

– Zamknij mordę – prychnął Pekka. – Idź wygłaszać swoje mądrości Benowi, wprost umiera z ciekawości, by usłyszeć co masz do powiedzenia.

Johann wyszczerzył zęby w złośliwym grymasie.

– Ho ho, rekinek ma ząbki. Spokojnie, nie spinaj się. Spotykamy się pod tym lokalem kwadrans po dwunastej w południe. Masz całą noc dla siebie, może skocz na dziwki, wyluzujesz się trochę.

– Dokładnie to zamierzam zrobić – odrzekł Pekka.

– A ja – zaczął mężczyzna i wyjął z kieszeni gruby zwitek zielonych banknotów. – Idę oskubać kilka kasyn i narobić sobie nowych długów.

– A więc to był hazard?

– A co? Myślałeś, że zadłużyłem się w barach, na wiśniowej coli? – zapytał rozbawiony Johann, postawił kołnierz płaszcza i zniknął za drzwiami.

 

***

Pekka stał na skrzyżowaniu, z rękami w kieszeniach i kapeluszem przekrzywionym tak, by zasłaniał pół twarzy. Obserwował ją już kilkanaście minut. Jej złote loki falowały na wietrze, a długie, smukłe nogi wyrastały z wilgotnego chodnika. Stała tam sama, w posępny, jesienny wieczór, lecz nie wyglądała na przestraszoną. To ona, pomyślał. Myślał o dziewczynie od dwóch tygodni, wiedział o niej sporo. To był jeden z plusów członkostwa w Nowych Bogach. Mieli teczkę praktycznie na każdego. Jest idealna, mruknął pod nosem, westchnął i ruszył w jej stronę.

– Masz pokój w hotelu? – zapytał, dotykając rąbka kapelusza.

– To zależy, przystojniaku – odrzekła, mierząc go wzrokiem.

– Mam pieniądze – zapewnił ją.

– W takim razie ja mam pokój – odparła i złapała go za rękę. Prowadziła go do szarego wieżowca, a kiedy przechodzili koło kamiennej fontanny zapytała. – Na jak długo, kowboju?

Pekka rozejrzał się nerwowo.

– Do południa.

Wjechali windą na trzecie piętro i weszli do małego mieszkania z widokiem na główną ulicę. W środku śmierdziało dymem papierosowym i jej perfumami. Delikatnym, różanym zapachem. Chłopak zdjął kapelusz i zawiesił go na stojaku, a dziewczyna podeszła i przeczesała ręką jego gęste, kruczoczarne włosy.

– Jestem Jessica – szepnęła.

Wcale nie, pomyślał.

– A ja…

– A ty – przerwała mu i oplotła rękoma jego szyję. – Jesteś przystojniakiem.

Krwistoczerwone usta zbliżyły się do jego i wniknęły w nie. Smakowała jak wiśnie. Czy wszystko tutaj jest wiśniowe? 

Położył ją na łóżku.

– Czemu jesteś taki spięty? – zapytała.

– Bo jutro zamierzam zabić człowieka – odparł, całując jej pulsującą szyję.

Dziewczyna zamruczała. 

Nie wzięła mnie na serio, westchnął.

 

***

Pekka siedział na krześle przy oknie w samych slipach. Gęsto pokrytą tatuażami nogę oparł o kant łóżka. Bawił się zapalniczką, obserwując kobietę, jak spała. Prostytutkę, którą sobie wymarzył. Jak to tragicznie brzmi, pomyślał.

– Pobudka – powiedział cicho.

Jessica spojrzała na niego i musiała zakryć ręką oczy. Słońce wschodziło właśnie za oknem, raniąc rozszerzone źrenice dziewczyny.

– Teleskop – powiedział Pekka wskazując palcem.

– Teleskop. A co? Myślałeś, że odkurzacz? – zapytała i usiadła w łóżku.

– Ciągnie cię do nich? Do gwiazd? – kiwnął głową w stronę okna.

Kobieta spojrzała na niebo rozmarzonym wzrokiem.

– Jestem ciekawa, co w sobie kryją. Zbieram też wycinki z gazet o UFO, ale mam w mieszkaniu u…

Zawstydziła się.

– Wycinki o UFO – Chłopak powtórzył i zaśmiał się cicho.

– No co? – oburzyła się. – Wierzysz, że jesteśmy sami we wszechświecie? Że nie ma innych?

Jeszcze bardziej go to rozbawiło.

– Chciałabyś spotkać takiego ufoludka? O co byś go zapytała?

– Nie wiem. Miałabym tak wiele pytań, a on na pewno miałby miliony wspaniałych opowieści.

– A co jeśli powiedziałbym ci, że jestem takim ufoludkiem i że przybyłem z innej planety. – Zapalił papierosa. – Z innego układu słonecznego, bardzo podobnego do tego.

Jessica parsknęła i nalała sobie ginu.

– Wtedy, przystojniaku, nazwałabym cię kłamcą.

– Kłamcą? Skoro mi nie wierzysz, to skąd możesz wiedzieć czy już kiedyś takiego kogoś nie spotkałaś i jemu też nie uwierzyłaś, co Shirley?

Dziewczyna wzdrygnęła się na dźwięk swego imienia. Odstawiła szklankę, rozlewając jej zawartość i wyskoczyła z łóżka.

– Nie mówiłam ci jak naprawdę się nazywam. Nikomu tego nie mówię! – krzyknęła. – Kto cię przysłał? Mój ojciec? Komornik? Policja? Nic nie wiem, nikogo nie widziałam!

Pekka wstał i uniósł przed sobą obie ręce.

– Uspokój się. Spokojnie, nikt mnie nie przysłał.

– W takim razie dzwonię na policję – rzuciła, łapiąc telefon.

– Nie rób tego. – Próbował ją uspokoić. – Proszę cię, nie.

Shirley wymierzyła w niego słuchawką i zapytała powoli.

– Kim jesteś?

– Usiądź. Usiądź i posłuchaj.

– Nie – rzekła. – Ja zostanę tu gdzie stoję, a ty siadaj z powrotem na to cholerne krzesło.

– Dobra, okej, niech będzie po twojemu.

Pekka nie odzywał się przez dłuższą chwilę. Mierzył ją wzrokiem. Dziką, wystraszoną, lecz waleczną.

– Wiem czemu musisz to robić, dlaczego… – rozejrzał się po pokoju, jak gdyby prezentując go ręką.

– Kim jesteś? – wycedziła.

– Mam na imię Pekka. Jestem – zapauzował i uśmiechnął się – przyjacielem. Chciałbym ci pomóc, Shirley, naprawdę. Chcę i mogę ci pomóc.

– Nie potrzebuję niczyjej pomocy – syknęła. – Kto cię przysłał?!

– Oczywiście, że nie potrzebujesz. Świetnie sobie radzisz – odparł spokojnie, unosząc brwi w geście politowania

Dziewczyna ponownie złapała za telefon.

– Kim jesteś? Pytam ostatni raz.

– Nie wiem jak to wytłumaczyć – uniósł się chłopak. Dojrzał w dziewczynie zdziwienie, ale gdzieś głęboko w jej sercu wyczuł nadzieję. – Wychodzi na to, że według ciebie jestem kłamcą.

Pekka patrzył jej w oczy, była niewzruszona.

– Dobra – klepnął się w kolano. – Opowiem to najprościej jak potrafię i zobaczymy co z tego wyjdzie. Przybyłem tu z planety, której nazwy nie mogę ci zdradzić, powiem tylko, że leży w układzie Geplooide. Przyleciałem krążownikiem, czy jak ty to nazywasz UFO, który zaparkowałem w lesie na przedmieściach Dallas. Jest ze mną starszy facet, który właśnie przegrywa małą fortunę w jednym z tutejszych kasyn. Byliśmy w barze z blaszanym kowbojem, gdzie wypiłem chyba z pięć szklanek wiśniowej coli, która, między nami, jest najlepszym napojem jaki kiedykolwiek miałem w ustach. Teraz rozmawiam tu z tobą, a za półtorej godziny zabiję mężczyznę i odlecę do domu.

Shirley patrzyła na niego jeszcze chwilę niewzruszonym wzrokiem, po czym wybuchnęła histerycznym śmiechem.

– Jesteś jakimś świadkiem Jehowy? Chcesz porozmawiać ze mną o Jezusie i uleczyć moją kurwią duszę? – zaśmiała się. – Nie, dziękuję bardzo. Proszę, idź już.

Pekka pochylił się w jej stronę.

– Chcę porozmawiać o twoim ojcu. Nie jest z nim najlepiej prawda?

– Co? – Oczy dziewczyny napełniły się łzami. – Jak śmiesz! To nie jest śmieszne, jeżeli to jakiś głupi żart to…

– To nie żart, Shirley. Mogę mu pomóc, mogę pomóc tobie.

– Świetnie, kiedyś marzyłam o byciu księżniczką i o tym jak przybywa po mnie rycerz w białej zbroi, na białym rumaku i zabiera ze sobą. Ale teraz jestem dziwką, a przylatuje do mnie ufoludek-zboczeniec, obiecując cuda. Nie wiem kim jesteś, dziwaku, ale nie potrzebuję już rycerza, nie potrzebuję zbawcy. Wracaj do swojego kościoła czy innej sekty i nigdy więcej się ze mną nie kontaktuj – wskazała mu drzwi.

Pekka zaśmiał się.

– Jeżeli jesteś taka pewna, że nie mówię prawdy, chodź tu. Usiądź na łóżku. Daj mi dwie minuty. Dwie minuty, a obiecuję, że twoje życie się zmieni.

– Masz minutę. Pogadaj sobie o Chrystusie i wychodź. Już prawie południe. – Shirley przewróciła oczami i usiadła naprzeciwko niego.

– Zamknij oczy.

Pekka ujął serdeczny palec jej lewej ręki i przyłożył do wytatuowanego słońca na swojej klatce piersiowej.

Shirley miała ochotę krzyknąć. Leciała. Była we wnętrzu statku kosmicznego, jego ściany były przezroczyste. Widziała gwiazdy. Miliony gwiazd. Wszystko się rozmazywało, musiała lecieć z ogromną prędkością. Obok niej siedział mężczyzna, uśmiechnął się do niej, jego błękitne źrenice emanowały siłą. Mogła widzieć, słyszeć i czuć zapach wnętrza statku, ale nie mogła go dotknąć. Poczuła jak Pekka przesuwa jej palec po swoim torsie. Nagle sceneria się zmieniła. Siedziała na ławce w wielkim, zielonym ogrodzie. Pomiędzy wysokimi drzewami z jędrnymi, czerwonymi owocami. Wyglądało to jak Ziemia, jednak widok nieba zaparł jej dech, było purpurowe, z mieniącymi się błękitnymi wstęgami. Dziewczyna dojrzała kilka spodków, które śmignęły nad ogrodem. Nagle usłyszała dziwną muzykę. Wolną, melancholijną melodię. Spojrzała w dół, trzymała jakiś obcy instrument, połączenie harfy i gitary. Grała na niej, była dobra, ba, wyśmienita. Jej palce zdawały się płynąć po strunach, tworząc kompozycję tak wspaniałą, iż miała ochotę do niej zatańczyć. Znowu poczuła pod palcem przesuwające się ciało chłopaka. Stała nad szpitalnym łóżkiem, ale jaki to był szpital. Kiedyś na wycieczce na lotnisku, widziała wnętrze kokpitu samolotu, wtedy uważała je za skomplikowane. Ale ilość diod, laserów i ekranów wokół szczupłej kobiety, ciasno owiniętej kołdrą, przeraziła ją. Poczuła, że opór pod palcem ustępuje. Otworzyła oczy.

– Co to było? – zapytała.

– Moje wspomnienia – Pekka wskazał różne tatuaże na swym ciele.

Shirley dotknęła jednego z nich, jednak nic się nie stało.

– To jakaś sztuczka? Magia?

– Pod skórę, pod tatuażem, wszczepione mam chipy, mogę nagrywać na nie swoje wspomnienia, a potem zgrać na pendrive albo dysk.

Dziewczyna zrobiła wielkie oczy.

– No, tak. Nie macie jeszcze pendrive’ów. Nieważne.

– Ta kobieta… – zaczęła, patrząc przez okno.

– Moja matka – odpowiedział, uśmiechając się smutno.

– Co z nią?

– Wszystko będzie dobrze. Jest teraz pod dobrą opieką.

– Po co tu jesteś?

– Powiedziałem ci już.

Wzdrygnęła się, ale on nie ustępował.

– Mogę ci pomóc, zakończyć to – zaczął i wziął jej dłonie między swoje. – W banku za rogiem jest założona lokata na twoje nazwisko. Na koncie jest tyle pieniędzy, że wystarczy na leczenie dla twojego ojca, mieszkanie dla ciebie i na studia. Kochasz astrologię, spróbuj swoich sił, znajdź normalną pracę.

Shirley zapłakała, chciała wyrwać ręce z jego uścisku, ale jej na to nie pozwolił. Szeptał w jej włosy.

– Nie chcesz takiego życia, wykańcza cię to. Nie miałaś wyboru, rozumiem.

– Nic nie rozumiesz! – rzuciła.

Pekka stracił cierpliwość.

– Myślisz, że dlaczego tu jestem, co?! – krzyknął, a dziewczyna skuliła się. – Tak, pochodzę z innej planety, ale ludzie tam są tacy sami. Moja rodzina nie miała pieniędzy, kiedy moja matka zachorowała, wrzucili ją do kolejki osób oczekujących na operację. Bogaci pacjenci operowani są w dzień przyjęcia na oddział. Mimo tego, że jesteśmy w stanie wyleczyć praktycznie każdą chorobę, bez środków ludzie umierają na katar. Widziałaś mnie, czułaś to co ja, na ławce, w ogrodzie. Jestem muzykiem! Muzykiem, a nie kosmonautą czy gangsterem. Wpakowałem się po uszy w to gówno, bo system w którym żyję, bardziej ceni sobie pieniądze, niż ludzkie istnienie. Więc nie mów mi, że nie rozumiem. Wiem co czujesz, dlatego cię wybrałem.

– Wybrałeś? – oburzyła się.

– Musiałem mieć pewność, że jesteś dobrym człowiekiem, że mnie zrozumiesz i przyjmiesz propozycję. A przy okazji pomożesz i mnie.

– Musiałeś się ze mną przespać, by to stwierdzić?

– Nie.

Spojrzała mu w oczy.

– Czego ty ode mnie chcesz?

– Życia.

Załkała.

– Posłuchaj. Nie żartowałem, zabiję dzisiaj człowieka. Po to tu jestem. Kontrakt to cena za zdrowie mojej matki. Ale nie potrafię tego zrobić tak po prostu, muszę coś stworzyć, naprawić, wyrównać rachunek. Upewnić się, że to coś większego, ważniejszego. Urodzisz moje dziecko, wychowasz, a gdy będzie dorosłe, opowiesz mu o mnie.

– Oszalałeś. Nie chcę dzieci, poza tym nie mam okresu, pilnuję kalendarza.

– Z tego co czytałem, na kalendarzach znaliście się lepiej kilka tysięcy lat temu, niż teraz – uśmiechnął się tajemniczo.

Shirley pokręciła głową.

– Za kogo ty się uważasz? Bawisz się w boga?

Pekka zerwał się z krzesła i przeszedł po pokoju.

– Myślałem, że zrozumiesz.

– Rozumiem – warknęła. – Chcesz pomóc mnie i mojemu ojcu, żeby zrzucić z siebie odpowiedzialność, oczyścić sumienie. Wmówiłeś sobie, że to wymaże twoją zbrodnię. Wszyscy mężczyźni jesteście tacy sami.

– Wolisz dawać dupy? – zapytał. – Oferuję ci nie tylko życie w luksusie. Chcę dać ci znacznie więcej…

– Jeszcze kilka godzin temu sam wziąłeś moją dupę – powiedziała z wyrzutem.

– Musiałem…

– Bez mojej zgody i wiedzy.

– Jak miałem ci to powiedzieć? Posłuchaj, przybywam z innej planety, czy mogę cię zapłodnić?

Shirley oparła się o parapet i wyjrzała przez okno. Milczeli tak kilka, długich minut.

– Wychowam twoje dziecko, i co? Jak to sobie wyobrażasz? Po piętnastu latach powiem mu, że kiedy jeszcze byłam dziwką, tatuś przyleciał latającym spodkiem i zapłacił mi za to, że cię urodzę?

Pekka podszedł do niej.

– Po pierwsze, nasze dziecko. Po drugie, powiesz mu, że jego tato wybrał ciebie spośród tysięcy innych kobiet. I że go bardzo kocha i myśli o nim codziennie. Że może kiedyś, jeżeli coś się zmieni spotkają się, a wtedy będą rozmawiać. Miesiącami. Może nawet latami. Zadbasz, by miał pasje, uprawiał sporty, był dobry dla innych i by nigdy niczego mu nie brakło.

Shirley zapłakała.

– Co powiem ludziom? Do końca życia będzie ciążyć na nim piętno matki-dziwki.

– Przeprowadź się, zmień nazwisko. Będzie na nim ciążyć piętno matki, która dla ukochanych osób była w stanie zrobić wszystko.

Pekka pomasował jej ramię i zaczął się ubierać.

– Muszę już iść.

– Zobaczę cię jeszcze?

– Myślę, że… – zaczął. – Nie wiem. Mój kontrakt. Nie wiem.

Zarzucił płaszcz i nałożył kapelusz.

– Poczekaj! Nie możesz tak po prostu wyjść. Wymagasz ode mnie bardzo wiele, a nic o tobie nie wiem! Potrzebuję odpowiedzi, jasnych i klarownych. Mam pytania, mnóstwo pytań, Pekka – Shirley wykrzyczała z założonymi na gołych piersiach rękoma.

– Możesz mi zadać dwa z nich, a potem wyjdę – wyszeptał, wbijając wzrok w dywan.

– Kogo zamierzasz zabić?

– Ze wszystkich możliwych rzeczy właśnie o to pytasz? – Pekka spojrzał w jej szklące się oczy.

Mimo łez, jej spojrzenie pozostało nieugięte. Niczym lita skała.

– Prezydenta Stanów Zjednoczonych – odparł.

Shirley oniemiała.

– Dlaczego?

– Bo moi przełożeni uważają, że jego działania i decyzje doprowadzą do upadku waszej cywilizacji – odpowiedział, najzwyczajniej jak potrafił.

Pekka popatrzył na jej mieniące się miodowym blaskiem, złote loki i rozmazany od płaczu makijaż. Dokładnie tak ją sobie wyobraziłem, idealna kobieta dla Nowego Boga, pomyślał i uśmiechnął się. Zrobiła krok naprzód, chciała złapać go za dłoń.

– Do zobaczenia – Dotknął kapelusza i wyszedł.

 

***

 

Shirley stała tak chwilę, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Podeszła do okna i odsunęła firankę. Pekka szedł ulicą, jednak nie odwrócił się. Nie obejrzał. Dziewczyna spojrzała na telefon po czym jeszcze raz na mężczyznę. Podeszła do aparatu i zakręciła kółkiem trzykrotnie.

– Halo? Policja? – zapytała roztrzęsionym głosem.

Zakryła dłonią usta, klucha w gardle nie pozwalała jej artykułować myśli.

– Chciałabym zgłosić… – Spojrzała na dyktafon leżący przy doniczce. – Pomyłka. Przepraszam.

Zawsze nagrywała wizyty klientów, w razie gdyby któryś z nich próbował wyrządzić jej krzywdę. Miała wtedy gotowy dowód pod ręką. Chwyciła dyktafon, usiadła na łóżku, cofnęła taśmę i odtworzyła nagranie. Słyszała siebie, żartującą o świadkach Jehowy, o rycerzu w białej zbroi. No dalej, już powinieneś mówić, pomyślała. Spojrzała na taśmę, ta się kręciła, sprzęt się nie zawiesił. Usłyszała swój śmiech, ale głos Pekki się nie zapisał. Ponownie, kilka minut nagrania okazało się być ciszą. Pokręciła przecząco głową, ręce jej się trzęsły. Cofała taśmę i słuchała nagrania, raz po raz. Z każdą próbą czuła, że świruje coraz bardziej. Chciała usłyszeć jego głos, utwierdzić się, że to nie był zły sen czy halucynacja. Jednak dyktafon nie potrafił jej pomóc. Zaczęła się zastanawiać. Zaraz, przecież on ani razu nie poruszył ustami. Mówił, ale nie poruszał ustami! Dopiła drinka, zarzuciła płaszcz i wybiegła z pokoju.

***

Pekka stawił się pod Szczerym Benem wcześniej, niż zamierzał. Rozmowa z Shirley była trudniejsza, niż przypuszczał, gdy odgrywał ją w myślach. Cieszyła go kaskada ludzi, przelewająca się ulicami miasta. Pielgrzymka w stronę Dealey Plaza składała się co najmniej w połowie z mężczyzn ubranych tak jak on. Czuł się zamaskowany i bezpieczny, wypatrując swojego wspólnika.

Na ulicę wtoczył się wdzięcznie najnowszy chevrolet impala. Biały lakier wręcz emanował świeżością. Samochód zatrzymał się przed Pekką.

– Na co czekasz, pakuj się – powiedział Johann, szczerząc się zza kierownicy.

Chłopak rozejrzał się nerwowo i nachylił.

– Ochujałeś?!

– Spokojnie.

– Jak, kurwa, spokojnie?! Mieliśmy nie rzucać się w oczy, a ty podjeżdżasz jebaną limuzyną. Trzeba było jeszcze, kurwa, na dachu nasz krążownik przywieźć – Pekka złapał się za głowę.

– Nie pierdol, z wypożyczalni jest.

Chłopak prychnął, wskoczył do auta i trzasnął drzwiami. Chevrolet popłynął asfaltem, pośród dziękczynnie odzianego tłumu. Johann wręczył mu mapę Dallas i wskazał ich destynację.

– Po prawej stronie jezdni jest mały, trawiasty pagórek, a dalej parking ogrodzony blaszanym płotem. Tam zaparkujemy i się rozłożymy – dodał.

– A nie ma w okolicy jakiegoś budynku albo wieży? Jakiegoś wyższego punktu?

Johann spojrzał na mapę.

– Po naszej lewej będzie szkolny magazyn z książkami.

– Nie możemy stamtąd tego zrobić?

– Nie.

Pekka uniósł brwi.

– Niby czemu?

– Już prawie jesteśmy na miejscu – Mężczyzna zręcznie zmienił temat i wjechał na niestrzeżony parking.

Johann wysiadł z auta i obszedł plac dookoła, w końcu wyłamał jedną z blaszanych sztachet w płocie. Otworzył bagażnik chevroleta i wyjął z niego parę lornetek oraz podłużny futerał.

– Ile mamy czasu? – zapytał mężczyzna.

– Niewiele – odparł Pekka. – Nikt nas tu nie nakryje?

– Nie ma szans, każdy w promieniu kilku mil przy tej drodze będzie zajęty machaniem do prezydenta.

Chłopak rozejrzał się po okolicy.

– A co z ucieczką? Przecież usłyszą skąd padł strzał.

– Zająłem się tym – Johann uśmiechnął się tajemniczo. – O to się nie martw, przyjacielu.

Wspólnymi siłami zmontowali prowizoryczne stanowisko snajperskie, osłonięci z jednej strony przez białą impalę, z drugiej przez płot. Pekka oparł kość policzkową o kolbę strzelby, zamknął lewe oko i wziął kilka głębokich wdechów.

– Nie strzelasz dopóki ci nie powiem. Pamiętaj, czysty strzał w głowę.

– Wyluzuj. Na szkoleniu odbębniłem z dwieście godzin z tym antykiem.

– To nie szkolenie.

Pekka zacisnął zęby, ale się nie odezwał. Skanował podzielony celownikiem na ćwiartki tłum i wtedy ją zobaczył. Shirley! Blondynka stała przy samym krawężniku, wyraźnie zdenerwowana. Szuka mnie, wiedział. Patrzyła w okna okolicznych budynków, szyby zaparkowanych samochodów, jednak nawet na sekundę jej wzrok nie zatrzymał się na ich kryjówce. Johann faktycznie zna się na rzeczy, pomyślał i wymierzył w skrzyżowanie z którego miała wyjechać prezydencka limuzyna.

– Jak się udała noc? – Mężczyzna zagadnął Pekkę jak gdyby nigdy nic. Po chwili bez odpowiedzi, puknął go lekko w biodro. – Łokieć wyżej.

– Wyjeżdżają – szepnął chłopak, mierząc do jednego z motocykli obstawiających prezydencką paradę. Na chwilę spojrzał w miejsce, gdzie jeszcze kilka minut temu stała Shirley, gdzie jesteś? Błagam cię, nie zrób nic głupiego.

– Dobra, widzę go. Musisz pozwolić skręcić. Widzisz tę kobietę w czerwonym żakiecie? Jak dojadą do niej, walisz.

Pekka celował prezydentowi w punkt pomiędzy bystrymi, śmiejącymi się oczami. Chłopak czuł jak skręcają mu się kiszki, a pot spływa powolną strużką po plecach. Nie tak sobie wyobrażał misję na innej planecie. Zamiast w przestrzeni, wydawało mu się, jak gdyby przeniósł się w czasie. Przecież ci ludzie byli dokładnie tacy sami jak on. Ten człowiek, ten dżentelmen po czterdziestce na jego muszce, miał uczucia, marzenia i rodzinę. Mało tego, jego żona siedziała tuż obok niego, może nawet trzymała go za rękę. Mężczyźnie zrobiło się niedobrze. Zabicie innego człowieka nigdy nie jest łatwe, pomyślał. Jeżeli to zaplanujesz, pojawią się wątpliwości, a jeśli zrobisz to spontanicznie, możesz żałować do końca życia. Johann miał swoje idee, przekonania, które pozwalały mu wierzyć, że jego czyny są słuszne. Jednak Pekka tak nie potrafił. Niby znalazł swój sposób, swoje rozgrzeszenie, ale to wciąż było zbyt mało. Życie za życie, coś odbieram, lecz coś daję.

Głośny huk rozerwał dziękczynną atmosferę na strzępy.

– Co jest kurwa?! To nie ja! – krzyknął Pekka, patrząc przez lunetę, jak prezydent łapie się za szyję.

– Wiem, że… – Kolejny strzał mu przerwał. – Wal!

Pekka wstrzymał oddech i powoli nacisnął na spust. Ułamek sekundy później zobaczył jak czoło mężczyzny w limuzynie eksploduje, zasypując wnętrze wozu fragmentami prezydenckiej czaszki. Kilka osób wrzasnęło, ktoś coś krzyknął, a limuzyna przyspieszyła, znikając za zakrętem.

– Brawo! Spierdalamy! – wypalił Johann wskakując za kółko.

Pekka wrzucił strzelbę na tylne siedzenie i wpadł do wozu. Leżąc na tylnej kanapie i dysząc ciężko, zapytał.

– Drugi strzelec?! Kto to, kurwa, był?!

– Przynęta – odparł spokojnie Johann, wciskając gaz do dechy i co chwilę spoglądając w lusterko.

– Mogłeś mnie ostrzec, prawie nie trafiłem.

– Trafiłeś idealnie.

– Kto to był?

Zanim Johann odpowiedział, wszedł gwałtownie w dwa ostre zakręty.

– Interesuje cię kim był, czy kim jest teraz?

Pekka kopnął w jego siedzenie.

– Był nikim, podejrzanym o bycie szpiegiem lewakiem – zaczął Johann i posłał mu uśmiech przez ramię. – A teraz jest zamachowcem i zabójcą prezydenta USA. Można powiedzieć, że to dla niego awans społeczny.

– Magazyn… – szepnął Pekka.

– Magazyn. A dokładniej szóste piętro, okno po prawej. Miał identyczną strzelbę jak my, te same naboje. Historia zapamięta go jako zamachowca z Dealey Plaza.

– A nas? – Pekka prychnął. – Jak historia zapamięta Nowych Bogów?

– Tak jak zawsze – rzucił Johann. – Jako kolejną teorię spiskową.

Biały chevrolet zatrzymał się z piskiem tuż przed szlabanem na drodze prowadzącej do lasu. Ciemne płaszcze powiewały za mężczyznami, gdy biegli krętą ścieżką, pomiędzy drzewami. Wybiegli na małą polankę, wydeptaną w jesiennej ściółce. Johann podwinął rękaw i pomasował palcem chip wszczepiony pod skórę na nadgarstku. Cichy syk powietrza narastał stopniowo, gdy ich pojazd szybował w dół.

– Wiele bym dał, żeby móc zachować tę impalę – powiedział Johann, gdy już zasiadł w swoim fotelu.

– Mhmm – przytaknął Pekka. Udało się, pomyślał. Zabiłem człowieka, ale nie myślę o nim. Myślę o moim dziecku, o dziecku, które urodzi Shirley. Niech to będzie dziewczynka. Moja córeczka.

– Pekka – zaczął Johann i wyjął z płaszcza dwie butelki wiśniowej coli, wręczając mu jedną. – Dobrze się spisałeś.

Chłopak przytaknął i wziął butelkę. Obrócił ją w palcach, popatrzył na etykietę, ale nie otworzył.

– Nie masz ochoty?

– To nie to – Pekka uśmiechnął się. – Chciałbym, żeby ktoś tego spróbował.

 

***

 

Pekka wszedł do szpitalnej sali. Praktycznie wszystko w środku było zrobione ze szkła. Instrumenty medyczne lewitowały w powietrzu, a rozmaite diody migały na ekranach dotykowych. Ta sala jest bardziej zaawansowana technologicznie, niż nasz krążownik, pomyślał.

– Pekka – odezwał się słaby, ale ciepły głos z jego lewej strony.

– Mamo – odparł i objął szczupłą kobietę, leżącą na łóżku.

– I jak było? – zapytała. Setki rurek wchodziły i wychodziły z jej ciała, wprowadzając i wyprowadzając różnokolorowe płyny.

– Gdzie?

– Na trasie koncertowej.

– Nudno, graliśmy – uśmiechnął się. – Posłuchaj, zwolniło się miejsce w kolejce. Będą cię operować. Wszystko będzie dobrze.

– Dziękuję – kobieta wyciągnęła w jego stronę ręce.

– Ja tylko… – odrzekł całując ją w czoło.

– Dziękuję – szepnęła. – Cokolwiek zrobiłeś, dziękuję.

Pekka wyprostował się.

– Mamo, przez jakiś czas mnie nie będzie. Muszę… Wyjeżdżam.

Kobieta wpatrywała się w niego, jej oczy się śmiały, jednak wiedział, że dusza cierpiała. Tak bardzo chciał jej powiedzieć, że będzie babcią. Zawsze tego pragnęła, nie mogła się doczekać. Problem w tym, że swoich wnucząt nigdy nie zobaczy. Chyba, że… Co jeśli mógłby zabrać ją na Ziemię albo sprowadzić Shirley i dziecko tutaj. Nie, kontrakt jest dożywotni, to niemożliwe. Wyrzucił z głowy niepokojące myśli i rzekł.

 – Czekaj, zapomniałbym. Musisz czegoś spróbować.

Wyjął z torby butelkę wiśniowej coli i zaprezentował na ręku, niczym najdroższy na świecie zegarek.

– A ja to lubię? – zapytała podejrzliwie.

– Oszalejesz – odpowiedział, przysuwając szklankę na skraj szafki.

– Ale troszeczkę – odparła. – Już, już, już.

Chwyciła szklankę w drżące ręce i spróbowała.

– Mhmm. Daj jeszcze trochę, tutaj, troszkę, o.

– Cała butelka jest dla ciebie – zaśmiał się.

– Wystarczy, pij. Przecież widzę jak ci się oczy świecą.

Wzniósł toast butelką i pociągnął z niej.

– Jeszcze coś. – Chłopak podwinął rękaw i wskazał na tatuaż przedstawiający półnutę. – Pomyślałem, że ci się spodoba.

Kobieta przyłożyła do malunku serdeczny palec lewej ręki, zamknęła oczy i zaczęła kołysać rytmicznie głową.

– Mogłabym słuchać tego głosu godzinami. Kto to jest? – zapytała wzdychając.

– Niejaki Frank Sinatra – odparł Pekka i pociągnął kolejny łyk wiśniowej coli.

 

***

Chłodna gałka rozmazała śliską maść na okrągłym brzuchu Shirley. Dziewczyna wpatrywała się w monitor, czekając na werdykt. Niech to będzie chłopiec, nazwę go po ojcu, zostanie muzykiem. Nie rozumiała obrazu, był szary i rozmazany.

– Gratuluję – rzekła po dłuższej chwili lekarka.

– Chłopiec? – zapytała z nadzieją w głosie Shirley.

– Dwaj. To bliźniaki.

Dziewczyna spojrzała na swój brzuch i objęła go dłońmi. Poczuła ciepłe łzy spływające po jej policzkach. Pekka. Pekka po ojcu i Max po dziadku.

Drzwi do pomieszczenia otwarły się gwałtownie, a do środka wpadł zdyszany doktor.

– Michelle! – zwrócił się do lekarki. – Prezydent! Nie żyje, zastrzelili go.

– Nie bądź głupi George, to było pół roku temu.

– Nie on! Jego brat!

Słowa Pekki zaskwierczały Shirley w głowie niczym rozgrzane żelazo. Życie za życie, coś odbieram, lecz coś daję. Dziewczyna spojrzała na pogodne, majowe niebo za oknem i wyszeptała. Coś ty najlepszego zrobił?

Koniec

Komentarze

Ciekawa koncepcja, spodobało mi się.

Taka uwaga: Shirley robi sobie USG, poznaje płeć dziecka. OK. Ale w siódmym miesiącu? Dopiero wtedy dowiaduje się, że to bliźnięta?

Babska logika rządzi!

Wielkie dzięki Finklo! W tych czasach USG było cholernie drogie i rzadkie. W zasadzie to początki tego wynalazku w szpitalach. Bardzo możliwe, że Shirley była jedną z pierwszych pacjentek w USA. Tak czy siak, mogła sobie na to pozwolić :) Pozdrawiam!

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Dobra koncepcja, w końcu opowiadanie z krwistymi dialogami. Warsztatowo też jest bardzo dobrze, przyczepię się za to do nazewnictwa

maść -to żel, nie maść, bo nie ma właściwości leczniczych

strzelba -nie strzelby, tylko karabiny. Strzelby są do polowań i nie zachowują celności na opisane dystanse.

krążownik -trochę szkoda lecieć ciężko uzbrojonym krążownikiem na tajną misję we dwóch.

 

Ogólnie oceniam na bdb.

Dzięki Lordi! Czasami łatwo się potknąć o nazewnictwo jak się szuka synonimów. Będę o tym pamiętał następnym razem. Pozdrawiam!

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Przyjemna lektura. Gratuluję i pozdrawiam.

Dzięki Blackburn! Również pozdro.

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Hm, a ja mam mieszane uczucia. Bo fakt, przeczytałam szybko, nawet zostałam przez opowiadanie wciągnięta. Jednak z drugiej strony czuję jakąś niewiarygodność tej historii (ok, może to zabawnie brzmi w przypadku opowiadania o kosmitach – snajperach z międzygalaktycznej organizacji;)). Wiem, że oni generalnie są kozaccy i mocno zaawansowani technologicznie, ale jednak chciałabym się dowiedzieć, jak to się dzieje, że tak świetnie mówią po angielsku i w ogóle potrafią idealnie udawać ludzi. No i dlaczego Pekka szuka matki dla swoich dzieci na Ziemi, a nie na swojej planecie? Może u siebie nie może? A może – jak napisałeś – życie za życie? Tylko co – to po każdej akcji jakaś mieszkanka obcej planety musi zostać zapłodniona?

Ale przeczytałam z zaciekawieniem, warsztat też niezły. Finał takoż.

Dzięki Ocha!

A kto powiedział, że oni mówią po angielsku? Fragment w którym Shirley odkrywa, że Pekka nie nagrał się na taśmę ma czemuś służyć, coś zasygnalizować.

Pekka sam jest zaskoczony tym jak bardzo Ziemianie są do niego podobni, przecież to jego pierwsza misja. Z drugiej strony pewne zachowania Johanna są z socjologicznego punktu widzenia ,,dziwne’’. Np. to, że nie rozumie dyskryminacji rasowej albo do każdego mówi na ,,ty’’ i tego samego oczekuje od innych. No, ale to już niuanse.

A dziecko? To sposób Pekki, jego ,,droga’’ do odkupienia zbrodni. Przybywa z daleka i zabija człowieka, w zamian chce zostawić po sobie życie. Aby wspominając wizytę na Ziemi, nie myśleć o pękającej głowie prezydenta, ale o swoim dziecku. ,,Nowi Bogowie’’, przecież to nie jest nowość, mało półbogów biegało po starożytnej Grecji? :)

Jestem pewien, że wszystko jest w tekście, ale z przyjemnością rozwiewam wątpliwości :)

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

A, czyli życie za życie. I jeszcze parę detali. No, to ze względu na fach okazji pewnie będzie miał jeszcze trochę, więc pewnie zachowuje się tak wzruszająco, bo to pierwszy potomek (a właściwie dwaj potomkowie).

Ok, z tym mówieniem racja. Zwróciłam na to uwagę (bo się dodatkowo zdziwiłam, że Shirley nie zauważyła, że Pekka podczas rozmowy nie porusza ustami). Rodzaj telepatii – na pewno bardziej wiarygodne niż mój angielski. :)

No proszę. Przeczytane

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Bardzo zacny pomysł i świetnie opowiedziana historia. Co prawda wykonanie pozostawia nieco do życzenia, ale i tak czytało się znakomicie. :)

 

– Po­wiedz mi – męż­czy­zna za­krę­cił dło­nią w po­wie­trzu… – Raczej: – Po­wiedz miMęż­czy­zna za­krę­cił dło­nią w po­wie­trzu

Źle zapisujesz dialogi.

 

Po­gła­dził przez chwi­lę swoje rdza­wo rude wąsy… – Po­gła­dził przez chwi­lę rdza­worude wąsy

 

Pekka pa­trzył w błę­kit­ne oczy kom­pa­na, tak jasne, że gdyby nie ciem­na ob­wód­ka, gra­ni­ca mię­dzy źre­ni­cą, a biał­kiem by­ła­by nie­zau­wa­żal­na. – Raczej: …gra­ni­ca mię­dzy tęczówką a biał­kiem by­ła­by nie­zau­wa­żal­na.

 

że za kilka ty­się­cy lat bę­dzie­my umie­li ule­czyć raka, dożyć trzy­set­ki… – Raczej: …dożyć trzech set­ek/ trzeciej setki

 

Jo­hann wy­pro­sto­wał się w krze­śle… – Raczej: Jo­hann wy­pro­sto­wał się na krze­śle

 

Ahh, mu­uuzy­kaAch, mu­uuzy­ka.

 

Ma­rzył o niej od dwóch ty­go­dni, wie­dział o niej sporo. – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

– Masz pokój w ho­te­lu? – za­py­tał, do­ty­ka­jąc rąbka ka­pe­lu­sza.

– To za­le­ży, przy­stoj­nia­ku – za­gad­nę­ła, mie­rząc go wzro­kiem. – Raczej: odrzekła, mie­rząc go wzro­kiem.

Zagadnął Pekka, a dziewczyna mu odpowiedziała.

 

Sma­ko­wa­ła jak wi­śnie, czy wszyst­ko tutaj jest wi­śnio­we?, po­my­ślał i po­ło­żył ją na łóżku. – Po pytajniku nie stawia się przecinka.

 

Po­bud­ka – po­wie­dział, wi­dząc, że dziew­czy­na po­wo­li się budzi. – Nie brzmi to najlepiej.

 

Od­pa­lił pa­pie­ro­sa.Za­pa­lił pa­pie­ro­sa.

Odpalić papierosa można od innego, już palącego się. Zapałką lub zapalniczką papierosa zapala się.

 

– W takim razie dzwo­nię na po­li­cję – rzu­ci­ła, ła­piąc za te­le­fon. – Raczej: …rzu­ci­ła, ła­piąc te­le­fon.

 

Dziew­czy­na po­now­nie zła­pa­ła za te­le­fon.Dziew­czy­na po­now­nie zła­pa­ła te­le­fon.

 

Doj­rzał spoj­rze­niu dziew­czy­ny zdzi­wie­nie… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Shir­ley pa­trzy­ła na niego jesz­cze chwi­lę nie­wzru­szo­nym wzro­kiem po czym wy­bu­chła hi­ste­rycz­nym śmie­chem. – …po czym wy­bu­chnęła hi­ste­rycz­nym śmie­chem.

 

Chcesz pomóc mi i mo­je­mu ojcu… – Chcesz pomóc mnie i mo­je­mu ojcu

 

Pekka spoj­rzał w jej prze­szklo­ne oczy.Pekka spoj­rzał w jej szklące się oczy.

 

Jo­hann wrę­czył mu do ręki mapę Dal­las… – Nie brzmi to najlepiej.

 

– Mamo – od­parł i objął szczu­płą ko­bie­tę, roz­ło­żo­ną na szpi­tal­nym łóżku. – Raczej: – Mamo – od­parł i objął szczu­płą ko­bie­tę, leżącą na szpi­tal­nym łóżku.

 

Ko­bie­ta wpa­try­wa­ła się w niego, jej oczy się śmia­ły, jed­nak wie­dział, że jej dusza cier­pi. – Czy oba zaimki są konieczne?

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się :)

Przeczytałam z przyjemnością. Klep:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

AlexFagus

Dzięki! Wybacz, że z opóźnieniem, ale całkowicie mi umknęła ta gwiazdeczka ;)

 

Anet

Tobie oczywiście również :)

 

O, kolejny edit…

Regulatorzy

Ciebie też nie zauważyłem :D Dzięki, siadam do poprawek. Brakowało temu tekstowi twojej ręki ;)

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Bardzo się cieszę, że uwagi się przydały. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wybrałam z listy zgłoszonych do Biblioteki. Mam kilka uwag:

 

krągłe kapelusze ← krągłe mogą być kształty… kobiety, jabłka, ale kapelusza? Czy nie lepiej po prostu okrągłe?

 

– Panie! – zawołał go barman. ← “zawołał go”, to tak, jakby chciał, żeby do niego podszedł. Zgrzyta mi.

 

Rysą na płycie, błędem w idealnej kompozycji. ← lubię takie zdania, ale nie pasuje ci do koncepcji, jest zbędne, zbyt poetyckie.

 

słodki letarg(+,) w który wpadli.

 

i docenią to(+,) co robimy(+.) – Johann wyprostował się na krześle, pogroził chłopakowi

 

robię coś dobrego, coś pożytecznego i tylko kurwa dzięki temu jeszcze nie zwariowałem. ← “kurwa” to wtrącenie, powinno być w całym tekście oddzielane od reszty zdania przecinkami

 

nogi stąpały z gracją po wilgotnym chodniku. Stała tam sama, w posępny, jesienny wieczór, lecz nie wyglądała na przestraszoną. ← Nie wiem, czy nogi stąpają. Człowiek na pewno. Poza tym, skoro ona stoi, to nie stąpa. 

 

Prostytutkę, którą sobie wymarzył. Jak to tragicznie brzmi, pomyślał. ← fajne 

 

Rozmawia z prostytutką o jej osobistych sprawach, o ufo i wycinkach z gazet, a ona nawet nie podała mu imienia i nie chciała znać jego. Trochę mi tu nielogicznie, że nagle obojętna osoba zaczyna się zwierzać.

 

Świetnie, kiedyś marzyłam o byciu księżniczką i o tym jak przybywa po mnie rycerz w białej zbroi, na białym rumaku i zabiera ze sobą. Ale teraz jestem dziwką, a przylatuje do mnie ufoludek-zboczeniec, obiecując cuda. ← strasznie melodramatyczne, tanie

 

z jędrnymi(+,) czerwonymi owocami.

 

Czasem nadużywasz nieładnego słowa “dziwne”

 

Nieautentyczna ta rozmowa z prostytutką, sztampa, bawienie się w psychologa z miernym skutkiem ;<

 

zasypując wnętrze wozu fragmentami prezydenckiej czaszki. ← nie jestem przekonana, czy fragmenty czaszki, generalnie mokre, lepkie, mogą coś “zasypać”

 

Moim zdaniem fatalne zakończenie bardzo dobrej historii pod względem pomysłu. Romans, melodramat na koniec dobrego, topornego SF. Ja bym się jednak skupiła na twoim obrazie socjologiczno-kryminalnym, jaki tu się pojawił. A tak, trochę telenowela.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

c21h23no5.enazet

Nie wiem jakim cudem mi twój komentarz umknął, chyba dawno tu nie zaglądałem… Część uwag zastosowałem, dzięki.

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Czytało mi się świetnie. Dobrze napisane, szczególnie dialogi i oddany klimat przypadły mi do gustu. Ale według mnie nie to jest w tekście najlepsze – najpierw pojawił się 1963 rok. Później Dallas. No i w końcu prezydent. I wtedy pomyślałem „kurde, dobre to!”. Pomysł szczególnie trafiający do osób, które trochę o zamachu wiedzą. W mojej opinii udało Ci się oddać tamte chwile wiarygodnie. I plus za to, że nigdzie nie wyjawiasz nazwiska prezydenta.

Dziwne, że tekst nie jest jeszcze w bibliotece. Skorzystam więc z nowego prawa użytkowników i z przyjemnością dodam brakujący punkcik ;)

 

Nie mówiłam ci jak mam naprawdę się nazywam – Coś tu poszło nie tak.

 

Dojrzał zdziwienie w jej oczach, ale gdzieś, głęboko w jej sercu wyczuł nadzieję. – Proponowałbym to jakoś zmienić, np. w oczach kobiety.

 

Nie jest z nim najlepiej prawda? – Nie przydałby się przecinek przed „prawda”?

Perrux

Dzięki wielkie, troszkę tekst się musiał wyczekać na piątego klika :D Choć nie jest najbardziej dopracowanym z moich dzieciaków, to jednak jedna z moich ulubionych kompozycji. Obiecuję, że to nie była ostatnia wizyta Nowych Bogów na łamach tego portalu :D

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Nowa Fantastyka