- Opowiadanie: iwonachudz - Terminale

Terminale

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Terminale

 Świat zwariował, a ludzie wraz z nim. I nie ma siły, która by powstrzymała zaistniały chaos. Wyciągam ręce ku górze, pragnąc dotknąć nieba, lecz szybko orientuję się, że nie ma nieba. Powyższe słowa pochodzą z hologramów starych ksiąg, napisanych przez ludzi za czasów zagrożenia. Zagrożenia, które okazało się przełomowym procesem w ewolucji człowieka.

Wydarzenia, które mogły doprowadzić do całkowitej destrukcji organizmów żywych, były kwestią przypadku. Naukowcy spragnieni nowych odkryć, wytworzyli nieistniejący wcześniej rodzaj promieniowania. Nazwano je promieniowaniem epsilon. Początkowo sądzono, że dzięki niemu nastąpi przełom w diagnostyce obrazowej. Szybko jednak zorientowano się, jak wielkie niebezpieczeństwo spłynęło na ziemię. Epsilon bowiem w niewiarygodnym tempie rozprzestrzenił się w atmosferze. Ludzkość nie była w stanie powstrzymać wirujących cząstek, powodujących jonizację powietrza o niewyobrażalnie dużej wartości energii. Zjawisko to szybko ujawniło swoje niszczące oddziaływanie na organizmy. Skóra stawała się zaczerwieniona i piekąca jak po poparzeniach, organy stopniowo przestawały funkcjonować, płuca paliły tak, jakby ktoś nasypał do ich wnętrza węgla. Ludzie zarazem płonęli i gnili żywcem. Rządzący nie mieli wyjścia, musieli niezwłocznie zareagować. Niemalże kilka dni po wypuszczeniu do atmosfery epsilonu, na nieskażonych jeszcze obszarach, rozpoczęto budowę ogromnej kopuły, otaczającej kilkaset hektarów ziemi. Ludność zjednoczyła się, porzucając swoje codziennie życie, co zapewniło powstanie gigantycznego schronu w niewiarygodnie krótkim czasie.

W przebiegu kilku kolejno wlokących się lat, odpowiednie filtry zapewniły oczyszczenie atmosfery z destrukcyjnego promieniowania. Mieszkańcy mogli zatem otworzyć kapsułę i pozwolić na zmieszanie się krążących gazów. Nie zlikwidowano jednak całkowicie schronu, z obawy przed nawrotem złowieszczych fal elektromagnetycznych. Niestety podczas lat spędzonych pod zamknięciem doszło do zarazy, która okazała się czymś straszniejszym i bardziej niespodziewanym, niż wszelakie przewidywane wcześniej skutki wywołane przez promieniowanie. Otóż, mimo że kapsuła była perfekcyjną ochroną, a filtry działały prawidłowo, zamknięcie kawałka ziemi pod ołowianą konstrukcją, wdrożenie pod nią sztucznego słońca i księżyca oraz obserwacja wyżerania reszty świata przez epsilon, wywołało zbiorową histerię. Na początku rząd ukrywał chorych, lecz z czasem epidemia się rozprzestrzeniała. Wystarczyło spojrzenie na osobę zakażoną, aby samemu wpaść w histerię. Księgi z owych czasów są pełne opisów ludzi biegających dookoła, dostających konwulsji oraz parestezji. Krzykom i jękom nie było końca. Populacja ginęła z wycieńczenia psychicznego i fizycznego. Nie wiedziano jak temu zapobiec. Zaczęto zatem wyrzucać zarażonych poza kopułę, pozwalając umierać im w strasznych mękach. Każdy dzień kończył się przerażająco szybko zmniejszającą się liczbą ludności. Rząd nie mógł dopuścić do pogarszania się tej sytuacji. Ludzkość owiała groza strachu o zachowanie ciągłości istnienia.

Zaryzykowano, tworząc gigantyczne przedsięwzięcie, polegające na zgromadzeniu wszystkich zapisków dotyczących DNA i rozpoczęciu badań. Nikt nie wiedział, czy wysiłki przyniosą jakikolwiek skutek. Jednakże motywacja i desperacja nakręcały machinę i pobudzały w niewyobrażalny sposób neurony laborantów. Postęp nastąpił w niewiarygodnym tempie. Doprowadzono do „zaprogramowywania” płodów, naprawiania kodów genetycznych już w samym zarodku. Wyeliminowano większość chorób psychicznych oraz somatycznych. Społeczeństwo zostało nie tylko uspokojone, lecz także poprawione. Nowo powstałe istoty, nie wykazywały żadnych cech degeneracyjnych. Uznano je za ostatnie ogniwo ewolucji – homo sapiens terminal, tzw. terminale. Ponadto wyeliminowano brzydotę, kalectwo, niepełnosprawność. Wszystkie te pojęcia stały się antyczne. Wciąż jednak zdarzało się powstanie bytu niedoskonałego. Wówczas jednak szybko interweniowano. W moim przypadku twórcy popełnili błąd i urodziłam się ze zbytnim owłosieniem. Na szczęście lekarze naprawili tę wadę, poddając mnie kilku zabiegom laserem w podczerwieni, co zapewniło mi gładką skórę na całej powierzchni. Oczywiście z wyjątkiem bujnej, rudej czupryny i kasztanowych brwi. Również tuż przed sezonem letnim jestem poddawana wybielaniu skóry, w celu zapobiegania pojawianiu się brązowych kropek w obrębie twarzy, niegdyś podobno zwanych piegami. Teraz zmiany te są uznawane za nieprawidłowości w programowaniu.

Wyliczono odpowiednie normy, które określają dopuszczalny zakres błędu przy kodowaniu terminalów. Jeśli pomyłki są zbyt widoczne, osobnik musi zostać uśpiony. Czynimy tak dla dobra ewolucji. Unicestwianiu podlegają również wszystkie byty, które ukończyły określony wiek i nie mogą się już przysłużyć społeczeństwu.

Mój ojciec, jako działacz promujący ewolucję genetyczną, bezpośrednio współpracuje z prezydentem Andersem. Ja natomiast zajmuję się reprezentacją przedsięwzięcia w czasie zjazdów młodzieżowych. Nasze zadanie polega na przypominaniu, jak ważne jest zachowanie czystości genetycznej, i jak bardzo wzrosła wartość życia odkąd wyeliminowaliśmy ludzkie słabości.

 

***

 

– Nadia pośpiesz się – upomniała mnie starsza siostra, Kisa. – Dobrze wiesz, że nikt nie może cię zastąpić na zebraniu, a zaraz się spóźnimy.

– Tak, wiem. Już schodzę – dopięłam ostatni guzik białej koszuli i poprawiłam fryzurę, która została nierówno wykonana przez frezarkę. A niech to, pomyślałam, rzucając urządzenie w kąt. Szybko jednak, z rumieńcem na twarzy, podniosłam przedmiot, ustawiając go równo na półce. Jako liderka młodzieżowego zgromadzenia popierającego ewolucję, nie powinnam się tak zachowywać.

– Nadia będziesz symbolem odnowienia. Pamiętaj zatem, że każde nieprawidłowe drgnięcie może skutkować nieprzyjemnymi komentarzami – mawiał ojciec, odkąd wytypowano mnie na liderkę.

Po kilku minutowej walce z nieznośnym urządzeniem, skocznie udałam się schodami w dół, i wspólnie z siostrą ruszyłyśmy do siedziby głównej, gdzie miało odbyć się zebranie.

Gdy znalazłyśmy się na miejscu, ruszyłyśmy w stronę skanera, rejestrującego przybyłych. Kolejno podsunęłyśmy nadgarstki, aby maszyna mogła odczytać kod naszych podskórnych chipów. Napis na hologramie głosił:

NADIA MERWIT, PRZEWODNICZĄCA MŁODZIEŻOWEGO ZGROMADZENIA POPIERAJĄCEGO EWOLUCJĘ

Sama nie wiem, jak to się stało, że stanęłam na czele tak ważnego przedsięwzięcia. Jednym z powodów, dla którego zdecydowałam się na walkę o to stanowisko, był fakt, że kobiety działaczki, mogły wystosować odpowiednie pismo, aby opóźnić przekazanie swoich genów kolejnym terminalom poprzez poddanie się procesom zapłodnienia, ciąży i połogu. Jako w pełni ukształtowana dziewiętnastolatka od roku jestem mężatką, co oznacza, że nadszedł już czas, aby przyczynić się do prawidłowego rozwoju ewolucji. Wybrałam jednak pracę jako działaczka. Mój mąż natomiast jest pracownikiem biura zajmującego się segregacją terminali do uśpienia. Nie mamy bliskich relacji, ale się tolerujemy. I co najważniejsze, nasze geny pasują do siebie, i są odpowiednie do stworzenia kolejnego, idealnego potomka.

Po zeskanowaniu chipa, od razu udałam się do biura, skłaniając głowę na przywitanie, kolejno mijanym osobom. Otwierając drzwi przy użyciu karty magnetycznej, usłyszałam charakterystyczne kliknięcie zamka. Weszłam do środka i położyłam teczkę na małym, okrągłym stole. Usiadłam wygodnie w fotelu i wyciągnęłam moje przemówienie, aby jeszcze raz przebrnąć przez słowa pouczenia.

Wtem nieoczekiwanie usłyszałam zgrzyt dochodzący z łazienki. Podskoczyłam zaskoczona.

– Kto tu jest? – zapytałam, próbując nie ukazać irytacji w głosie. Terminale nie powinni być nerwowi, pomyślałam.

Wtem zza rogu, powoli wyłoniła się twarz chłopaka. Wyglądał na młodszego ode mnie o dwa, może trzy lata.

– Witaj. Muszę z Tobą porozmawiać.

– Jak tu wszedłeś? – urwałam jego wypowiedzieć.

– Sprzątaczka mnie wpuściła. Muszę z Tobą porozmawiać, to ważne.

To pewnie znowu, któryś z terminalów, pragnących dostać się do grona osób decyzyjnych, myślący, że przekona mnie do siebie podczas krótkiej rozmowy.

– Nie decyduję o przyjmowaniu kandydatów, musisz aplikować poprzez hologram zgromadzenia.

– Nie chcę aplikować – powiedział spokojnie chłopak, a jego duże oczy zaczęły niespokojnie lustrować moją sylwetkę. Przez chwilę wydawało mi się, że w tym chłopaku jest coś innego, obcego. I wtedy poczułam lęk. Może to jeden, z osobników, u których nastąpiły błędy w programowaniu. Podobno zdarza się, że byty niedoskonałe są ukrywane poza murami miasta. Szybko wymacałam palcami przycisk alarmu. Chłopak musiał to zauważyć, ponieważ ożywił się, podszedł do mnie stanowczo.

– Nie bój się mnie. Chcę porozmawiać. Muszę z tobą porozmawiać – rzekł z naciskiem, a na jego czole pojawiły się drobne krople potu.

– Wyjdź – wypowiedziałam to słowo, z trudem opanowując trzęsący się głos.

– Musisz mnie wysłuchać. Nie jesteś jedną z nich, jesteś moją siostrą. – Chłopak wystrzelił z tą informacją jak z procy, uderzając mnie prosto między oczy. To było już za wiele. Stanowczo przycisnęłam palce do czerwonego guzika. Intruz nerwowo potarł spocone czoło rękawem. I wtedy to dostrzegłam. Na białej koszuli pozostały ślady maskującego kremu. Natomiast starcie mazi z twarzy, ujawniło mieniące się małe kropeczki. Piegi, takie jak moje, co sezon wybielane. Zapragnęłam przyjrzeć się im z bliska, ale chłopak już zniknął. Po chwili do mojego biura wpadło dwóch strażników.

– Co się stało? – zapytali spokojnie.

– Nic, poślizgnęłam się i niechcący nacisnęłam alarm. Wybaczcie mój błąd.

– Dobrze, zgłosimy cię zatem na dodatkowe zajęcia zręcznościowe.

– Dziękuję – skinęłam głową.

Taki jest właśnie dzisiejszy świat. Jeśli ujawnisz chociaż małą wadę, rząd zrobi wszystko, żeby ją zniwelować. Nie możesz być zmęczony, niezręczny, nerwowy. To są cechy ludzkie, nie terminalskie. Trzeba je wyeliminować. Jak najprędzej.

Spojrzałam na zegarek. Było już późno. Zgarnęłam notatki i pomaszerowałam w stronę sali. Wchodząc główną nawą, czułam na sobie wzrok zebranych. Spokojnie wkroczyłam na podwyższenie i stanęłam na mównicy. Rozłożyłam notatki. Czas rozpocząć przedstawienie, pomyślałam.

– Witajcie. Nazywam się Nadia Merwit. Pragnę dzisiaj z Wami świętować kolejną rocznicę dnia, w którym nastąpił przełom, niezbędny do oczyszczenia naszych genów, a także wyplenienia tego, co słabe i wstrętne. Jestem z dumna z całej naszej społeczności. Społeczności, która jee… – nagle zobaczyłam intruza, stojącego z tyłu sali, i słuchającego uważnie tego, co mówię. Zwyczajnie ze mnie drwił. Zamurowało mnie. Zająknęłam się. Czyste geny się nie jąkają, nie popełniają błędów. Rozejrzałam się zlękniona po sali. Publiczność patrzyła na mnie zdziwionym, oczekującym wzrokiem. Tylko spokojnie. Najlepiej udać, że nic się nie stało. Wzięłam głęboki oddech i znów zaczęłam bezbłędnie artykułować swoją przemowę – Społeczności, która jest silna, pewna i stabilna. – Kontynuując wykład, nie patrzyłam w stronę chłopaka. Chciałam zapomnieć o jego twarzy, piegach. Gdy skończyłam swoje kazanie, szybko zebrałam kartki i wyszłam z sali.

Wchodząc do pustego biura odetchnęłam z ulgą, chociaż wiedziałam, że moje zająknięcie, nie obędzie się bez dalszych działań rządu. Nie po tym, jak rano zgłosiłam poślizgnięcie. Oparłam się ciężko o blat stołu i nagle pod palcami poczułam nieznajomy kawałek papieru. Było na nim nabazgrane zmywalnym ołówkiem: JESTEŚMY POZA MUREM. CZEKAMY NA CIEBIE. Przeraziłam się. Energicznie starłam napis z papieru, a pozostałość wyrzuciłam do kosza.

Gdy wróciłam do domu, mąż otworzył mi drzwi i przywitał się skinieniem głowy. Odwzajemniłam gest.

– Wszystko w porządku Nadia? – powiedział z troską w głosie. – Co się dziś wydarzyło? Służby medyczne czekają na Ciebie w salonie. Zabierają cię na leczenie.

– Dobrze, przyda mi się. Coś jest ze mną nie tak.

– Ok, zawołam ich – mąż wyszedł z pokoju, a ja z podniesioną głową oczekiwałam na wyrok.

– Witamy, zabieramy panią na oczyszczanie genów. Proszę iść z nami – powiedział jeden z mężczyzn mocnym głosem. Znałam to, aż za dobrze.

 

Gdy dojechaliśmy na miejsce, wiedziałam, którędy mam się udać, ponieważ za czasów dzieciństwa, byłam kilka razy poddawana oczyszczaniu genów. Na początku uznano nawet, że leczenie mnie nie ma sensu, z powodu nadmiernej ilości błędów w DNA. W końcu jednak zostałam zakwalifikowana do terapii genowej, która szybko przyniosła pożądane efekty.

Przy głównych drzwiach zeskanowano mój chip w nadgarstku. Następnie przeszłam wąskim korytarzem do właściwego pomieszczenia. Po chwili pokierowano mnie do boksu numer cztery, gdzie znajdował się sprzęt medyczny, metalowe łóżko i krzesło, na którym spoczywał lekarz.

– Witaj – powiedział siedzący mężczyzna. Wyglądał na starszego niż mój ojciec. Miał na sobie typowy schludny strój służby medycznej. Jego twarz miała łagodny i jednocześnie nieprzyjemny wyraz. – Proszę ściągnąć buty i skarpetki, a następnie położyć się na pryczy – poinstruował mnie.

Próbując opanować trzęsące się dłonie, zaczęłam zsuwać czółenka. Następnie zajęłam wskazane mi miejsce. Przed oczami widziałam tylko biel sufitu. Zamknęłam oczy. Czułam jak mężczyzna przykłada mi zimne elektrody do stóp, rąk i skroni. Tuż przy moim ramieniu ustawił strzykawkę z lekiem, który musiał być pulsacyjnie dostarczany do moich żył podczas zabiegu.

I nagle zaczęło się. Jak uderzenie pioruna. Fala bólu wlała się najpierw od moich stóp, potem dłoni, atakując resztę ciała. Skurcze zaczęły mnie atakować niczym iskry żarzących się węgli. Bezwiednie zawyłam i poczułam złość, że okazuje słabość. W mojej głowie pojawiło się pragnienie, aby nic nie czuć. Po prostu oddać wszystkie negatywy i pozytywy i pozwolić, aby ciało egzystowało w spokoju. Znów usłyszałam swój jęk. A może to jęczał ktoś leżący w boskie obok? Sama już nie wiem. Skurcze zaczęły następować coraz częściej, nie dając nawet kilku sekund na odpoczynek moim mięśniom. To jest dla mojego dobra, dla dobra społeczeństwa, powtarzałam sobie w myślach. Skup się na czymś innym, nie na bólu. Zaczęłam przywoływać wspomnienia z dzieciństwa. Puszczanie latawców, zabawa w chowanego z siostrą… Wtem poczułam jakby lekkie rozluźnienie. Napięcie zelżało. Ból słabł, aż w końcu odpłynął zupełnie. Twarz szczypała mnie od słonych łez. Kręciło mi się w głowie i miałam mroczki przed oczami. Mężczyzna zaczął delikatnie ściągać ze mnie żelastwo.

– Możecie ją zabrać – krzyknął do kogoś.

Dwie osoby podeszły, złapały mnie pod ramiona i zaciągnęły do pokoju obok. Z trudem stawiałam kroki zwiotczałymi mięśniami. Posadzono mnie na wygodnym krześle, ściągnięto mi spodnie i koszulkę. Powinnam czuć się skrępowana, siedząc jedynie w podkoszulku i majtkach, ale byłam zbyt wycieńczona, żeby się tym przejmować. Dwie postacie zaczęły przykładać mi do skóry żelowe płaty, które momentalnie przyniosły ukojenie.

 

***

 

Rekonwalescencja trwała pięć dni. Przez ten czas mąż zajmował się mną nienagannie. On zawsze jest nienaganny, we wszystkim i wszędzie.

Przez wiele godzin odtwarzałam wciąż, i wciąż wizytę intruza w moim biurze. Czy to jakiś test? A może jednak jest ziarenko prawdy w tym, co mówił? Chyba wariuję, że dopuszczam te myśl do siebie. Może leczenie już mi nie pomaga? Muszę porozmawiać z rodzicami. Muszą mi to wyjaśnić.

 

Przechodząc przez próg rodzinnego domu, czułam niepokój. Nie powinno go być w mojej głowie. To nie jest cecha przypisywana terminalom.

– Witajcie – przywitałam się skinieniem głowy. Odpowiedzieli tym samym.

– Siadaj Nadio, zrobię herbatę – powiedziała śpiewnym głosem mama.

– Wszystko w porządku? – spytał zatroskany ojciec. – Słyszeliśmy, co się wydarzyło. Jak w ogóle mogło do tego dojść? Dwie słabości jednego dnia.

– Tak, tato. Wstyd mi na samą myśl o tym, ale na szczęście rząd zaaplikował mi leczenie – odpowiedziałam bez przekonania.

Mama zaczęła nalewać gorącego napoju do złotych filiżanek.

– Jednak coś mnie trapi – zaczęłam niepewnie. – Czy mogę z wami o czymś porozmawiać?

– Oczywiście kochanie. Słuchamy – mama przysiadła na krześle. Przez chwilę wydawało mi się, że zauważyłam na jej twarzy wyraz troski.

– Zawsze byłam inna niż Kisa, niż wy – zaczęłam ściszonym głosem.

– Inna? Nie rozumiem – zdziwił się ojciec.

– Gorsza – skwitowałam.

– Cóż ty opowiadasz? – oboje wybałuszyli zdziwiony wzrok w moim kierunku. – Owszem nie mieliśmy pewności, czy twoje geny nie są zbyt uszkodzone, ale przecież zostałaś wyleczona. Jesteś taka jak my. – Ojciec chwycił mnie za dłoń. Ten gest czułości go zdradził. To nie w jego stylu, nie w stylu terminali. Tę tkliwą chwilą chciał zagłuszyć moje wątpliwości. Uśmiechnęłam się sztucznie.

– Przepraszam, muszę udać się do toalety – urwałam sprytnie temat. Nie mam ochoty już z nimi o tym rozmawiać, i tak nie powiedzą mi prawdy. Jakakolwiek by ona nie była.

 

Po wyjściu z toalety, idąc wzdłuż korytarza usłyszałam podniesione głosy rodziców, wyrażające sporo emocji. Było to tak nieznane mi doświadczenie, że z wrażenia przystanęłam, opierając się o ścianę.

– Od początku ci to powtarzałam. To był błąd – cedziła przez zęby matka.

– Przecież ją wyleczyli. Powinna być taka jak my.

– Ale nie jest. Słyszałaś o jej zachowaniu podczas zebrania? Nie powinniśmy jej brać. Nie powinniśmy jej tutaj przyprowadzać. Człowiek zawsze będzie tylko człowiekiem, nikim więcej.

Poczułam jak wielka klucha najpierw staje mi w gardle, a potem spada na samo dno żołądka, aby tam się zagnieździć i uwierać mnie we wszystkie wnętrzności. Miałam wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Przebiegłam przez salon, nie zważając na rodziców, wsunęłam botki, i chwyciłam płaszcz. Nie oglądając się za siebie, wyszłam z budynku, z trudem powstrzymując łzy. Przełykanie ich pochłonęło moją całą uwagę i pozwoliło na dotarcie do domu, bez jakichkolwiek incydentów po drodze.

Wtargnęłam do przedpokoju, pokonując kolejne pomieszczenia, i w końcu wybuchnęłam gorzkim płaczem, opadając ciężko na lodowate kafelki w łazience. Rany, człowiek. Ja? To niemożliwe! Przecież jedną trzecią życia spędziłam na działaniu mającym na celu utwierdzenie terminali w konieczności usypiania i niwelowania ludzi. Co teraz będzie? Człowiek. Jestem człowiekiem, powtarzałam w myślach. Przecież oni wymarli. Jak to w ogóle możliwe? Jęk szybko przywołał męża.

– Co się dzieje? – wpadł do łazienki niczym kula armatnia. O nie! Tylko go tu brakowało. Najbardziej obcego mi człowieka, z którym od roku udajemy, że tworzymy rodzinę. Chciałam otrzeć łzy zanim wejdzie. Chciałam uśmiechnąć się do niego. Chciałam przeprosić i udać, że nic się nie dzieje. Naprawdę chciałam. Zamiast tego, nie wytrzymując napięcia, wyrzuciłam z siebie wszystkie zgniłe emocje, wypluwając truciznę do toalety. W łazience uniósł się nieprzyjemny zapach wymiocin.

– Rany, Nadia – Aron schylił się nade mną i otarł twarz papierowym ręcznikiem. Nie spodziewałabym się takiego gestu czułości z jego strony. Najintymniejszym momentem w naszym związku było dotychczas trzymanie się za dłoń podczas podpisywania papierów, wyrażających zgodę na złączenie naszych genów i wspólne zamieszkanie. Teraz zaś przyklękał obok mnie, prawą dłonią gładził po plecach, a lewą wycierał wymiociny z moich ust. Nie mogłam mu tego zrobić. Nie mogłam pozwolić, aby żył z człowiekiem, podgatunkiem terminala.

– Dzwoń po służby medyczne. Niech zrobią ze mną porządek – wyszeptałam.

Aron zaczął przecząco kiwać głową.

– Nie. Nic się nie stało, zaraz to posprzątamy.

– Oszalałeś? Nie widzisz, co się ze mną dzieje? Aron, ja jestem… – zawahałam się – człowiekiem – wypowiadając ostatnie słowa, zamknęłam oczy, aby nie widzieć reakcji męża. Przedłużająca się cisza spowodowała, że w końcu podniosłam drżące powieki. – Nic nie powiesz? – wyszeptałam ze wstydem.

– Nadka, ja wiem o wszystkim – klucha w moim żołądku znów zaczęła nieprzyjemnie się wiercić.

– Wiesz? – moje zdziwione źrenice przybrały wielkość piłeczek do pingponga.

– Tak, wiem – patrzyłam na męża z niedowierzaniem, nerwowo mrugając. – I nie mam zamiaru dzwonić po służby medyczne. Nie pozwolę, aby zrobili ci krzywdę. Sama wiesz, że z atakiem choroby ujawniającej się tuż po przeprowadzeniu leczenia, mogliby cię zakwalifikować do uśpienia.

Wiedziałam. Oparłam czoło o klatkę Arona. Paradoksalnie nigdy wcześniej nie czułam się tak bezpieczna. Miałam wrażenie, że mąż otulił mnie kaftanem bezpieczeństwa, pancerną peleryną. Po chwili odsunęłam się od niego, po czym oparłam się plecami o chłodną ścianę.

– Jak to wiesz?

– Nadka, posłuchaj… nie w taki sposób miałaś się dowiedzieć. Wiem, że Jason u Ciebie był.

– Jason? To ten chłopak, który twierdził, że jest moim bratem?

– Tak. Wasza matka umiera, bardzo pragnęła cię poznać. Nie pozwalaliśmy mu przyjść do ciebie, ale nas zignorował.

– Wy?

– My – powtórzył.

Nie wiedziałam, jak zareagować. To za dużo. To niemożliwe. Kręciłam tylko przecząco głową, mając nadzieję, że w ten sposób wymarzę to, co się właśnie dzieje.

– Ale przecież… – zaczęłam – przecież ludzi nie ma. Nie ma, wymarli, nie istnieją.

– Istnieją. Mieszkają poza murem – wyjaśnił spokojnie. – I chcą, aby wszyscy terminale w końcu się o tym dowiedzieli.

– A Ty kim jesteś?

– Moja matka jest terminalem, ojciec człowiekiem. Moje geny idealnie pasowały do twoich. Miałem cię chronić, ukrywać twoje ludzkie cechy, i mieć na ciebie oko.

– Po co? Co ja tu właściwie robię, skoro jestem – skrzywiłam się – człowiekiem.

– Właściwie półczłowiekiem. – poprawił mnie. – I jesteś nam potrzebna – ożywił się. – Musisz zawalczyć o swój lud, o przywrócenie ludzkiego społeczeństwa. – Kula w brzuchu znów zaczęła drażnić mnie niemiłosiernie, a niewielkie słone krople zdołały przecisnąć się i wypłynąć na policzki. Zaczęłam mrugać raptownie.

– Nic nie rozumiem – wyszeptałam.

– Twój ojciec miał romans z ludzką kobietą. Twoja biologiczna matka wierzyła w ewolucje. Pragnęła, abyś miała, lepsze życie, więc podrzuciła cię terminalom Podrzuciła cię ojcu. Marwitowie nie mogli zgłosić istnienia człowieczego dziecka, ponieważ rząd zaraz dowiedziałby się o romansie twojego ojca i zakwalifikował go i ciebie do uśpienia. Znajomy lekarz sprawdził twoje geny. Okazało się, że nie ma w nich dużo „ludzkich ubytków”, więc postanowili się tobą zająć, ukrywając twoje pochodzenie.

Zaczęłam nerwowo kręcić głową.

– Jest coś więcej – wyszeptał Aron powoli, tak jakby oceniał, czy nie przekracza progu mojej tolerancji na stres.

– Więcej? – wykrztusiłam z siebie zmienionym głosem.

– Więcej – powtórzył – Przygarnięcie ciebie przez terminali okazało się niebywałą okazją.

– Okazją? Co ty w ogóle mówisz? – cedziłam przez zęby i miałam nieodpartą ochotę mu przywalić. Kolejna ludzka cecha.

– Sprawy potoczyły się lepiej niż ktokolwiek przypuszczał. Półczłowiek wybrany na przewodniczącą działaczkę promującą ewolucję. To jest bomba, która w końcu może wybuchnąć.

– Nic z tego nie rozumiem. Po co to wszystko?

– Ludzie chcą, abyś publicznie ogłosiła nasze istnienie i swoje pochodzenie. Chcemy udowodnić, że nie jesteśmy gorsi, że mamy prawo bytu, i że nasze kody genetyczne nie są uszkodzone. Nie trzeba nas ani usypiać, ani niszczyć. Jesteś to winna swojemu ludowi.

– Chyba oszalałeś – krzyknęłam zbulwersowana. – Wszyscy oszaleliście. Pozwoliliście mi wierzyć w sens ewolucji, pokochać ją i pielęgnować, a teraz każecie mi temu wszystkiemu zaprzeczyć – wzruszyłam ramionami. – Skąd mam mieć pewność, że mówisz mi prawdę? Nie jestem w stanie na ślepo wyrzec się mojego dotychczasowego życia, aby wślizgnąć się w coś, co nawet nie wiem, czy istnieje naprawdę.

– Jeśli kiedykolwiek twoje pochodzenie wyjdzie na jaw, uśpią cię.

– Przynajmniej nie zagrożę ewolucji.

– Sama nie wierzysz w to, co mówisz. Mamy prawo do życia, do istnienia i przetrwania. Nie mogą nas unicestwić tylko dlatego, że nie pasujemy do schematu. Terminale różnią się od ludzi tylko tym, że pozwolili uwięzić swoje dusze pod peleryną idealnych genów. Piękno i perfekcja na zewnątrz, a w środku ledwo raczkujący, zgniły duch. Siła programowania genów niszczy osobowość, różnorodność, abstrakcje myślenia. Stworzono z człowieka jeden, schematyczny rodzaj maszyny i kopiują ją bezmyślnie, nazywając kolejnym krokiem w ewolucji.

Słuchając go, zwątpiłam w swoje racje, w jego racje. Wiedziałam jedno: muszę się dowiedzieć, po której stronie leży prawda. Jednym sposobem na to jest posłuchanie Arona i wejście w świat, którego nie miałam okazji poznać, aż do teraz.

– Co mam zrobić? – westchnęłam i zauważyłam stopniowo ukazującą się ulgę na twarzy męża.

– Za dwa tygodnie odbywa się zebranie jubileuszowe twojego zgromadzenia. Poprowadzisz wówczas przemowę inauguracyjną. Oznajmisz zebranym, że ludzie istnieją, że twoja matka jest człowiekiem, że nie jesteśmy gorsi.

– Przecież oni mnie tam zniszczą…

– Nasi ludzie będą cię osłaniać. Mamy swoje ukryte przejścia w głównych budynkach. Wyprowadzą cię za bramę.

– Też tam będziesz?

– Nie. Arlena – liderka ludzi, uważa, że powinienem tutaj zostać. Pokierować po wszystkim całą sprawą.

– A co z moim ojcem? Przecież mu tego nie darują, uśpią go – zbulwersowałam się.

– Nie martw się o niego. Nasi ludzie go ewakuują przed całym zdarzeniem – Aron zamrugał niespokojnie. – Dasz radę. Nie masz wyjścia – dodał cicho.

 

***

 

Ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi bardzo szybko, jednocześnie wlokąc się niemiłosiernie. Nastawiałam uszu i wytężałam wzrok, ale nic podejrzanego nie docierało do moich zmysłów. Próbowałam również zdobyć moją dokumentację medyczną, ale bez wzbudzania podejrzeń, okazało się to niemożliwe.

– Nie ufasz systemowi? Jest on opracowany w taki sposób, że nie powinnaś się o nic martwić – usłyszałam po próbie złożeniu podania o udostępnienie odpowiednich papierów. Wolałam nie drążyć tematu.

 

Za kilka godzin będę poza murem. Ta myśl mnie przeraża i podnieca zarazem. Za kilka godzin poznam inny świat, dotrę do korzeni. Zastanawiałam się tylko, co uczynię, jeśli wszystko, o czym opowiadał mi Aron jest nieprawdą. I nie wiem, co uczynię, jeśli okaże się to prawdą. Obie te opcje wydają się szalone i nierealne. Spoglądał w lustro, rozcierając poliki dłońmi, sztucznie deformując twarz. Zastanawiam się, kto odbija się w szklanej poświacie: terminal, czy jednak człowiek? A może po prostu organizm, którego nie trzeba definiować, mający prawo do istnienia, bez względu na sekwencje kodu genetycznego.

– Już czas – poinformowała mnie Kisa.

– Ok – zebrałam jak zwykle notatki z biurka i udałam się do holu głównego. Stukot obcasów rozchodzi się po ścianach.

Idąc w kierunku mównicy, skłaniałam głowę, witając się w ten sposób z ważnymi personami. Zaczęłam się zastanawiać, które osoby ze zgromadzonych to buntownicy, i czy są oni ludźmi, terminalami, a może mieszanką ich obu?

Weszłam na kilkustopniowe podwyższenie, dokładnie zważając każdy krok. Wyprostowałam się. Wszystkie pary oczu były we mnie utkwione. Terminale zwykle milczą podczas spotkań. Pierwszy raz mi to przeszkadzało. Przełknęłam ogromny glut śliny, który utworzył się w moich ustach, po czym rozpoczęłam swoją przemowę:

 

– Witam Was moi drodzy. Jestem wdzięczna za przybycie każdego z Was, ponieważ tylko razem jesteśmy w stanie stworzyć rusztowanie dla społeczeństwa. Wierzę, że świat, który wspólnie tworzymy, będzie coraz piękniejszym domem dla nas – zawahałam się – i ludzi – po sali przeszedł szmer niezrozumienia, a na większości twarzy pojawił się wyraz zdziwienia. Nikt jednak nie odważył mi się przerwać. – Dziś stoję tu przed wami, aby przekazać wam pewną informację. Niechcianą, odrzucaną i skrywaną, ale prawdziwą. – Zauważyłam, że niektórzy ze słuchaczy spięli mięśnie, prostując się. -Istoty ludzkie nie wyginęły. Za murem mieszkają ich tłumy. Nie są gorsi od nas, nie są nawet znacząco inni – moje słowa wywołały chaos. Terminale podnieśli się z miejsc. Miałam wrażenie, że pragnęli wyłapać każde informację, zanim zostaną powiadomieni strażnicy, stojący na zewnątrz sali. – Chcę…muszę – poprawiłam się – wam powiedzieć tu i teraz, że moja matka jest człowiekiem. Połowa moich genów jest ludzka i jestem z tego dumna. Nie dajcie się oszukać. Nie dajcie niszczyć waszych dusz. Nie dajcie się usypiać. Macie prawo do życia, do błędów i słabości, macie prawo do istnienia, a nie tylko obowiązek przetrwania – krzyczałam, wymachując prawą pięścią. – Nie dajcie się choremu systemowi. Otwórzcie wasze umysły – wypowiedziawszy ostatnie słowa, byłam ciągnięta przez drobną dziewczynę w stronę bocznego przejścia. Zauważyłam, że do sali wbiegła grupa strażników. Czterech z nich od razu skierowało się w stronę mównicy, przy której przed chwilą stałam, lecz ku mojemu zdziwieniu, parę osób z tłumu, zagrodziło im drogę. Nie zdążyłam zaobserwować dalszych skutków przepychanki, ponieważ dłonie trzymające mnie za ramiona skierowały moje ciało w stronę przejścia w ścianie. Wcześniej nie zauważyłam tutaj drzwi, dziwne.

– Tędy – krzyknął jakiś głos, wyłaniający się z czarnej dziury.

Zimne ręce sprawnie mnie puściły, popychając ku ciemności.

– Właź – usłyszałam rozkaz. Bez wahania przysiadłam, wsuwając nogi w zimny tunel. Zeskakując z murka, poczułam na biodrach czyjeś dłonie. Tym razem były one mocne i ciepłe, pomagające zachować równowagę.

– Tędy, chodź – powiedział męski, pewny głos.

– Nic nie widzę – zapiszczałam, próbując po omacku wybadać ściany.

Ciepła, mocna dłoń, złapała mnie raptownie za nadgarstek i pociągnęła za sobą. Po plecach przeszedł mi dreszcz.

– Gdzie jest dziewczyna? – zapytałam.

– Idzie inną drogą, musimy zmylić terminali. Chodź, szybko.

Budowa ciała chłopaka wskazywała, że jest on w moim wieku. Jednakże wyraz jego twarzy wydawał się starszy, zmęczony.

– Jesteś człowiekiem? – wypaliłam w biegu.

– Nie teraz – odkrzyknął.

Nie przebiegliśmy nawet paru metrów, gdy dźwięk dochodzący zza naszych pleców, sprawił, że zamarliśmy w bezruchu.

– Kurna strażnicy – szepnął chłopak. Słysząc wypowiadane słowo, poczułam jak zalewa mnie fala niepokoju.

– Kurna? Co to znaczy? – zapytałam cichutko.

Chłopak w odpowiedzi uśmiechnął się do mnie szeroko.

– Później – oznajmił, wskazując mi szczelinę w ścianie. Szybko wcisnęliśmy się w nią oboje i w lęku nasłuchiwaliśmy kroków wroga. Mój organizm zareagował dreszczami na skutek zbliżenia ciała obcego człowieka z moim. Wilgotna skała nieprzyjemnie wbijała mi się między łopatki. Zacisnęłam powieki i pozwoliłam sobie oprzeć głowę o klatkę mojego towarzysza, aby zmniejszyć odczuwany dyskomfort. Poczułam jak w odpowiedzi na dotyk, lekko się wzdryga.

– Arsen wracamy. Gdyby poszli tędy, byłoby ich widać na prostej. Na pewno wybrali któryś z labiryntów – słysząc obcy głos odetchnęłam z ulgą. Poczułam również, że mój towarzysz rozluźnia mięśnie.

Po odczekaniu kolejnych kilku minut, w końcu wyczołgaliśmy się ze szpary w ścianie. Wilgoć i chłodne powietrze sprawiło, że na mojej skórze pojawiła się gęsia skórka.

Dalszy trucht ciemnym korytarzem zajął nam niespełna pół godziny. W końcu dotarliśmy do przejścia, które wyprowadziło nas w sam środek jakiegoś pustkowia. Na polanie stał czarny samochód. Najwidoczniej należał do mojego towarzysza, ponieważ wyjął on z kieszeni kartę samochodową, a drzwi od auta szybko otworzyły się.

– Wskakuj do tyłu – rozkazał – masz tam parę ubrań, przebież się. – Chciałam się zbuntować, ale miał rację. Ucieczka w obcisłej sukience i czółenkach nie była ani roztropna, ani wygodna.

Po kilku minutach wygibasów, miałam na sobie dopasowane jeansy i zielony t-shirt oraz parę granatowych butów.

– Jak masz na imię? – spytałam kierowcy.

– Misza – odpowiedział krótko i nagle gwałtownie zahamował. Do muru ograniczającego miasto musiało być już całkiem niedaleko. Chłopak wysiadł z auta i otworzył drzwi po mojej stronie, trzymając w dłoni małą skrzynkę.

– Usiądź wygodnie – zakomenderował. – Musimy pozbyć się twojego chipa.

O nie! Zupełnie o tym zapomniałam. Czy on zamierza mi wydłubać ten mały blaszany przedmiot spod skóry?

– Co zamierzasz zrobić? – spytałam, blednąc.

– Przygryź to – podał mi kawałek miękkiego materiału. Chwycił mnie za nadgarstek, ustawiając go w wygodnej pozycji. Zaczął skanować moją rękę. Powstałe obrazy szybko ukazały lokalizację chipa. Zamknęłam oczy i poczułam jakby ktoś przypalał mi skórę żarzącymi węglami. Zacisnęłam powieki jeszcze mocniej, a z kącików zaczęły wyłaniać się słone łzy. Nagle Misza zaczął dłubać w rozerwanym mięsie mojego nadgarstka. Ból nie skupiał się już w tym jednym miejscu, ale zalał całe moje ciało. Zaczęłam cicho łkać, siłą woli powstrzymując się przed ucieczką. Mimowolnie drgnęłam.

– Cii, spokojnie – chłopak dotknął lekko mojego policzka. Ten gest pozwolił mi się na chwilę odprężyć.

W końcu zabiegł dobiegł końca, a ja pozwoliłam sobie na otworzenie oczu i rozluźnienie mięśni.Zabandażowany nadgarstek lekko piekł.

– Twarda jesteś. Myślałem, że będą z Tobą większe problemy. Zdrzemnij się mała. W schowku jest koc.

 

***

 

– Wstawaj – usłyszałam komendę. Znajomy głos Miszy wyrwał mnie z przyjemnego odpoczynku. Podparłam się na prawym ramieniu i rozejrzałam dookoła. Ze zdumieniem, stwierdziłam, że nie poznaję terenów, w których się znajdujemy.

– Gdzie – zająknęłam się – to znaczy, przejechaliśmy już granicę miasta, prawda? – poprawiłam się.

– Tak, jesteśmy na miejscu. Wysiadaj.

Ciekawość sprawiła, że szybko wyskoczyłam z auta, rozdzierając szeroko usta. Byliśmy w środku pustkowia, a przed nami rozpościerały się przeogromne góry. Misza wskazał mi delikatnym ruchem dłoni, kierunek naszej wędrówki. Po niecałej godzinie doszliśmy do ogromnych głazów i zaczęliśmy przeciskać się przez szczeliny. Po przejściu krótkiego labiryntu, wylądowaliśmy na małej polanie otoczonej skałami. Podeszliśmy do jednej ze ścian po której spływały pnącza. Mój towarzysz starannie odsunął roślinę, a moim oczom ukazały się drzwi. Palce Miszy sięgnęły do małego ekranu z cyframi. Wstukał kilka liczb, mówiąc:

– Witaj w domu, mała – mrugnąwszy do mnie, zaprosił mnie gestem do wejścia. Od razu znaleźliśmy się na ogromnej polanie pomiędzy gigantycznymi, przepięknymi, potężnymi górami.

– Pięknie – wyrwało mi się.

– Prawda? – chłopak znów do mnie mrugnął. – Poczekaj przy pomniku Cicely Saunders – mówiąc to wskazał mi ruchem podbródka płaskorzeźbę wykutą w skale – a ja pójdę zameldować, że dotarliśmy i dowiem się, co z twoim ojcem. – Ojciec. Na dźwięk tego słowa poczułam niemiłe ukłucie na dnie żołądka. Szybko jednak je odgoniłam i powoli udałam się we wskazaną stronę. Dookoła mnie krążyło kilkoro ludzi. Ludzi, powtórzyłam to słowo w myślach, ważąc je dokładnie. Pragnęłam przyjrzeć im się dokładniej, ale nie chciałam zwracać na siebie uwagi.

Stanąwszy naprzeciw płaskorzeźby odczytałam napis poniżej:

 

CICELY MARY STRODE SAUNDERS

ur. 22 czerwca 1918, zm. 14 lipca 2005

brytyjska lekarka, założycielka Hospicjum

św. Krzysztofa w Londynie

 

Nagle poczułam jak ktoś wskakuje mi na ramiona przytulając mnie od tyłu. Odruchowo odepchnęłam osobnik i szybko odwróciłam się na pięcie.

– Jason – wyrwało mi się z piersi. Piegowata twarz chłopaka promieniała radością.

– Nadia – odpowiedział. – Witaj w domu – powiedziawszy to chwycił mnie za dłoń.

Powoli znów odwróciłam się w stronę płaskorzeźby.

– Czym jest hospicjum? – zapytałam, delikatnie przesuwając palcami po napisie.

– Domem dla chorych, cierpiących, umierających – przekręciłam niezrozumiale głową. Nigdy nie widziałam kogoś takiego.

– Nie rozumiem. Po co pozwalać na cierpienie? Nie lepiej uśpić kogoś, kto i tak nie jest już przydatny społeczeństwu? I kto tylko cierpi?

Jason westchnął ciężko.

– Rozejrzyj się.

Nie wiedziałam po co, mam to uczynić, ale posłusznie zlustrowałam cały plac. Zatrzymałam wzrok na pomarszczonej kobiecie, która szła robiąc małe kroczki, podpierając się prawym ramieniem o młodego mężczyznę. Dookoła nich biegała dwójka małych dzieci. Wyglądało na to, że stale zadają starowince pytania, a ona spokojnie na nie odpowiada. Nigdy w życiu nie widziałam kogoś tak pomarszczonego, zgarbionego, innego, a jednak wyjątkowego i szczególnego. Jak to w ogóle możliwe? Jason chyba zauważył, na czym skupiła się moja uwaga, ponieważ powiedział:

– Piękne, prawda? – bezwiednie przytaknęłam głową. – Moc społeczeństwa ujawnia się w umiejętności troski o innych. Terminale nigdy nie będą silniejsi od ludzi, bo nie mają tego – Jason kiwną w stronę staruszki. – Naiwnie myślą, że wyeliminowanie cierpienia prowadzi do unicestwienia słabości. Prawdą jest, że dopiero w obliczu cierpienia człowiek jest w stanie odnaleźć w sobie moc, a gdy już to zrobi może ją pielęgnować i budować swoją osobowość na twardych, rozłożystych korzeniach. Nie można unikać tego, co trudne i pozornie brzydkie, ponieważ właśnie dzięki temu stajemy się coraz piękniejsi i silniejsi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Autorko.

Jeżeli chcesz pisać opowiadania science fiction, to powinnaś najpierw zabrać się do opanowania podstawowych praw fizyki. W innym przypadku Twój tekst traci jakiekolwiek pozory prawdopodobieństwa. A Ty, jako autorka, stajesz się absolutnie niewiarygodna. Pamiętaj, że czytelnik powinien uwierzyć w kreowany przez Ciebie świat i zaakceptować proponowaną przez Ciebie intrygę. Niestety, Twoje opowiadanie nie zawiera ani cienia choćby minimalnej wiarygodności. Pozdrowienia. 

Z punktu widzenia formy opowiadanie nie jest napisane źle. Masz wstęp, rozwinięcie i zakończenie, fabuła jest przemyślana a tekst stanowi zwartą całość. Jest kilka potknięć (np. mieszanie czasów), natomiast potencjał, Autorko, zdecydowanie masz.

Jednakże z punktu widzenia treści sprawa wygląda dużo gorzej. Z przykrością muszę stwierdzić, że opisy stanów emocjonalnych są bardzo niezgrabne, dialogi drętwe, postacie porażająco stereotypowe a intryga banalna. Ponadto – zgadzam się z Ryszardem co do „naukowego” tła tekstu. Zdecydowanie doradzałabym albo unikanie gatunku SF, albo dokształcenie się w zakresie podstaw fizyki.

 

 

Bardziej szczegółowo poniżej:

 

Powyższe słowa pochodzą z hologramów starych ksiąg

Jakie powyższe słowa? Czy słowa o tym, że nie ma nieba? Czy też, że świat zwariował? A może całe dwa pierwsze zdania?

 

ludzi za czasów zagrożenia

Niezręczne sformułowanie – może lepiej byłoby napisać „ludzi żyjących w czasach zagrożenia”? Albo wręcz: „naszych przodków”?.

 

Epsilon bowiem w niewiarygodnym tempie rozprzestrzenił się w atmosferze.

Zastanawiam się, jak promieniowanie czy też fale elektromagnetyczne może rozprzestrzenić się w atmosferze i tam pozostać? Rozumiem zanieczyszczenie powietrza (smog, pył wulkaniczny czy jakieś tam napromieniowane cząstki) utrzymujące się przez dłuższy czas (dzień, dwa, tydzień), ale w Twój tekst sugeruje promieniowanie permanentnie utrzymujące się w powietrzu. Przecież te „zjonizowane cząstki” opadłyby w którymś momencie! No, chyba, że tajemniczy, samo-generujący się epsilon zakłócił również działanie podstawowych praw fizyki takich jak na przykład grawitacja.

 

wdrożenie pod nią sztucznego słońca i księżyca

z czystej ciekawości – po co komu sztuczny księżyc? No i jak go wdrożyć? Zawiesili kawałek skały i oświetlali nocą, czy jak?

 

dostających konwulsji oraz parestezji.

Ciekawam jak wygląda dostanie parestezji? Parestezja, czyli czucie opaczne, jest objawem odczuwanym przez chorego. Na zewnątrz tego raczej nie widać.

 

pobudzały w niewyobrażalny sposób neurony laborantów

Czy laboranci też dostawali parestezji? Jak im się tak neurony pobudziły…

 

homo sapiens terminal

homo sapiens terminalis – jeśli łacina ma być poprawna.

 

 

Wyeliminowano większość chorób psychicznych oraz somatycznych.

Hmm… Ciekawa jestem jak manipulacja genetyczna doprowadziła do wyeliminowania chorób psychicznych? Czy sugerujesz, Autorko, że nerwice, dewiacje seksualne, uzależnienia czy chociażby depresja mają podłoże genetyczne? Co do somatycznych zaś – rozumiem wady wrodzone, uczulenia czy nowotwory. Jednakże znaczna liczba chorób somatycznych nie jest rezultatem genów lecz wpływów środowiska (zatrucia, zakażenia, zapalenia, urazy itd.).

 

 poprawiłam fryzurę, która została nierówno wykonana przez frezarkę

Hmm… Obróbka skrawaniem we fryzjerstwie… Muszę przyznać – bardzo interesująca koncepcja.

 

Muszę z Tobą porozmawiać

Muszę z tobą porozmawiać

 

ponieważ ożywił się, podszedł do mnie stanowczo.

„Ożywił się” sugeruje, że chłopak był przedtem w jakimś stuporze lub wręcz martwy. „Stanowczo” można mówić, ale nie jestem pewna czy chodzić? Może lepiej: „ponieważ wyraźnie się zdenerwował”, “zbliżył się z wyrazem determinacji na twarzy”, albo coś takiego.

 

artykułować swoją przemowę

„Artykułować” można myśli, ale napisaną wcześniej przemowę to się raczej „wygłasza”

 

Poczułam jak wielka klucha najpierw staje mi w gardle

Bardzo niezręczny opis emocji – czytając powyższy fragment pomyślałam sobie, że Nadia nie powinna tak się obżerać rosołem z kluskami.

 

że zaraz zwymiotuje

że zaraz zwymiotuję

 

żył z człowiekiem, podgatunkiem terminala.

Wyżej pisałaś, że terminale to Homo sapiens terminal(is). Człowiek to Homo sapiens sapiens – znaczy obie odmiany są podgatunkami gatunku Homo sapiens. Jeśli chcesz, aby człowiek był podgatunkiem terminali, musiałabyś zmienić nazwy taksonomiczne.

 

Oparłam czoło o klatkę Arona

Może lepiej: „o pierś Arona”. Ta klatka brzmi, jakby facet siedział za kratkami.

 

a niewielkie słone krople zdołały przecisnąć się i wypłynąć na policzki

Czy te niewielkie krople wody to łzy, czy też Nadia przecieka?

 

dokładnie zważając każdy krok

dokładnie zważając na każdy krok

 

czyjeś dłonie. Tym razem były one mocne i ciepłe,

Ciepła, mocna dłoń, złapała mnie

Trochę dużo tych ciepłych i mocnych dłoni

 

Budowa ciała chłopaka wskazywała, że jest on w moim wieku.

Hmm… Ciekawam co, dokładnie w tej budowie ciała na to wskazywało? Wzrost? Szerokość ramion?

 

przebież się

chyba: przebierz?

 

 

Hmm... Dlaczego?

Starałem się przeczytać, lecz, przykro mi, Autorko, zrezygnowałem. Utrzymujące się w atmosferze promieniowanie elektromagnetyczne było dzwonkiem ostrzegawczym, reszty dokonała budowa schronu, tej, jak piszesz, kopuły otaczającej kilkaset hektarów.

Przypuszczam, że za bardzo spieszyłaś się z pisaniem i stąd takie “numery”, jak frezarka do włosów, co wyłowiłem już z komentarza Drewian.

Hmmm. Przedpiścy mają rację – naukowa strona leży. Dołożę, że stworzenie terminali nie miało wiele wspólnego z ewolucją, ale możliwe, że nazwę dobrano ze względów propagandowych. Nie uwierzyłam również w terapię genową – to trzeba by było pogrzebać w niemal każdej komórce ciała. Za pośrednictwem elektrod na stopach? Trochę dziwne. Kopuła chroniła przed tajemniczym promieniowaniem, ale była na tyle dziurawa, że ojciec bohaterki mógł spotykać się z kochanką, a Misza wyjechał z miasta samochodem?

Z wykonaniem też nie jest rewelacyjnie – masz sporo literówek. Wołacze, Iwono, oddzielamy przecinkami od reszty zdania.

 

 

Babska logika rządzi!

Jakiś pomysł był, ale co z tego, skoro ledwie się wykluł, został zamordowany słabym wykonaniem. Zgadzam się ze wszystkimi zarzutami wcześniej komentujących i dodam od siebie, że opowiadanie wydało mi się bardzo naiwne i zupełnie nieprzemyślane. Złego wrażenia dopełnia mnogość błędów. Rażą źle zapisane dialogi. Zdarzają się niezrozumiałe, fatalnie skonstruowane zdania.

 

płuca pa­li­ły tak, jakby ktoś na­sy­pał do ich wnę­trza węgla. – To płuca mają wnętrze?

 

W prze­bie­gu kilku ko­lej­no wlo­ką­cych się lat… – Czy istniała możliwość, by lata wlekły się nie po kolei?

 

Każdy dzień koń­czył się prze­ra­ża­ją­co szyb­ko zmniej­sza­ją­cą się licz­bą lud­no­ści. – Dlaczego każdy dzień kończył się przerażająco szybko?

 

Po­stęp na­stą­pił w nie­wia­ry­god­nym tem­pie. – Nie brzmi to dobrze.

 

do­pusz­czal­ny za­kres błędu przy ko­do­wa­niu ter­mi­na­lów. – Raczej: …do­pusz­czal­ny za­kres błędu przy ko­do­wa­niu ter­mi­na­li.

 

wspól­nie z sio­strą ru­szy­ły­śmy do sie­dzi­by głów­nej, gdzie miało odbyć się ze­bra­nie.

Gdy zna­la­zły­śmy się na miej­scu, ru­szy­ły­śmy w stro­nę ska­ne­ra… – Powtórzenie. 

 

uda­łam się do biura, skła­nia­jąc głowę na przy­wi­ta­nie, ko­lej­no mi­ja­nym oso­bom. – Raczej: …uda­łam się do biura, skinieniem głowę witając ko­lej­ne mi­ja­ne oso­by.

 

po­nie­waż oży­wił się, pod­szedł do mnie sta­now­czo. – Nie bój się mnie. – Powtórzenie.

 

Chło­pak wy­strze­lił z tą in­for­ma­cją jak z procy… – Z procy można wystrzeli coś, nie z czymś.

 

Pra­gnę dzi­siaj z Wami świę­to­wać ko­lej­ną rocz­ni­cę… – Pra­gnę dzi­siaj z wami świę­to­wać ko­lej­ną rocz­ni­cę

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd występuje w opowiadaniu wielokrotnie.

 

Wzię­łam głę­bo­ki od­dech i znów za­czę­łam… – Oddech to wdech i wydech. Można głęboko nabrać powietrza, można głęboko oddychać, ale nie można wziąć oddechu.

 

Miał na sobie ty­po­wy schlud­ny strój służ­by me­dycz­nej. Jego twarz miała ła­god­ny… – Powtórzenie.

 

A może to ję­czał ktoś le­żą­cy w bo­skie obok? – Literówka.

 

Z tru­dem sta­wia­łam kroki zwiot­cza­ły­mi mię­śnia­mi. – Szła mięśniami?

 

Mama za­czę­ła na­le­wać go­rą­ce­go na­po­ju do zło­tych fi­li­ża­nek.Mama za­czę­ła na­le­wać go­rą­cy na­pój do zło­tych fi­li­ża­nek.

 

oboje wy­ba­łu­szy­li zdzi­wio­ny wzrok w moim kie­run­ku. – Można wybałuszyć oczy, wzrok może być zdziwiony, ale wybałuszyć się go nie da.

 

tkli­wą chwi­lą chciał za­głu­szyć moje wąt­pli­wo­ści. tkli­wą chwi­lą chciał za­głu­szyć moje wąt­pli­wo­ści.

 

Wtar­gnę­łam do przed­po­ko­ju, po­ko­nu­jąc ko­lej­ne po­miesz­cze­nia… – Co to znaczy? 

 

Twoja bio­lo­gicz­na matka wie­rzy­ła w ewo­lu­cje. – Literówka.

 

więc pod­rzu­ci­ła cię ter­mi­na­lom Pod­rzu­ci­ła cię ojcu. – Brak kropki na końcu pierwszego zdania.

 

nisz­czy oso­bo­wość, róż­no­rod­ność, abs­trak­cje my­śle­nia. – Literówka.

 

Jed­nym spo­so­bem na to jest po­słu­cha­nie Arona i wej­ście w świat… – Literówka.

 

Po­pro­wa­dzisz wów­czas prze­mo­wę in­au­gu­ra­cyj­ną. – Przemowy nie można przeprowadzić, przemowę można wygłosić.

 

Spo­glą­dał w lu­stro, roz­cie­ra­jąc po­li­ki dłoń­mi, sztucz­nie de­for­mu­jąc twarz. – Kto spoglądał w lustro i rozcierał poliki?

 

Stu­kot ob­ca­sów roz­cho­dzi się po ścia­nach. – Dlaczego po ścianach, a nie w pomieszczeniu?

 

nie­któ­rzy ze słu­cha­czy spię­li mię­śnie, pro­stu­jąc się. -Isto­ty ludz­kie nie wy­gi­nę­ły. – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

– Chcę…muszę – Brak spacji po wielokropku.

 

Zimne ręce spraw­nie mnie pu­ści­ły, po­py­cha­jąc ku ciem­no­ści. – Czy dłonie, które już nie dotykają, mogą popchnąć? Na czym polega sprawne puszczanie kogoś?

 

Nic nie widzę – za­pisz­cza­łam, pró­bu­jąc po omac­ku wy­ba­dać ścia­ny. […] Bu­do­wa ciała chło­pa­ka wska­zy­wa­ła, że jest on w moim wieku. Jed­nak­że wyraz jego twa­rzy wy­da­wał się star­szy, zmę­czo­ny. – Skoro nic nie widziała, skąd wiedziała, jak zbudowany jest chłopak i jaki ma wyraz twarzy?

 

roz­luź­nie­nie mię­śni.Za­ban­da­żo­wa­ny nad­gar­stek lekko piekł. – Brak spacji po kropce.

 

Ze zdu­mie­niem, stwier­dzi­łam, że nie po­zna­ję te­re­nów, w któ­rych się znaj­du­je­my.Ze zdu­mie­niem, stwier­dzi­łam, że nie po­zna­ję te­re­nu, na któ­rym się znaj­du­je­my.

 

szyb­ko wy­sko­czy­łam z auta, roz­dzie­ra­jąc sze­ro­ko usta. – Czy o coś zahaczyła ustami i dlatego je rozdarła? Jak wyskakuje się z auta?

Pewnie miało być: …szyb­ko wy­sko­czy­łam z auta, roz­dziawiając/ otwierając sze­ro­ko usta.

 

mru­gnąw­szy do mnie, za­pro­sił mnie ge­stem do wej­ścia. – Czy oba zaimki są konieczne?

 

zna­leź­li­śmy się na ogrom­nej po­la­nie po­mię­dzy gi­gan­tycz­ny­mi, prze­pięk­ny­mi, po­tęż­ny­mi gó­ra­mi. – Za SJP polana «niezadrzewione, porośnięte trawą miejsce w lesie»

 

Nagle po­czu­łam jak ktoś wska­ku­je mi na ra­mio­na przy­tu­la­jąc mnie od tyłu. – A tego to sobie nie umiem wyobrazić.

 

Od­ru­cho­wo ode­pchnę­łam osob­nik i szyb­ko od­wró­ci­łam się na pię­cie.– Literówka.

 

prze­krę­ci­łam nie­zro­zu­mia­le głową. – Na czym polega niezrozumiałość przekręcania głowy?

 

szła ro­biąc małe krocz­ki, pod­pie­ra­jąc się pra­wym ra­mie­niem o mło­de­go męż­czy­znę. – Raczej: …szła, ro­biąc małe krocz­ki/ drobnymi kroczkami, wsparta na ra­mie­niu mło­de­go męż­czy­zny.

Podpieramy się czymś, np.: laską, nie o kogoś.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fabularnie trochę naiwne; dydaktyczna końcówka, wyłożona wprost mnie rozbawiła, ale w sumie nie jest tragicznie. Sporo błędów, które nawet ja (nie skupiając się na tym) złapałem za ogon. 

Ćwicz. 

Powodzenia.

 

F.S

Nie podeszło mi. Przy temacie wałkowanym tyle razy wykonanie musiałoby być świetne, a tu niestety brakuje polotu. Przymykając już oko na sprawy związane z fizyką, nie kupiłam tego, że bohaterka tak po prostu zmienia zdanie i wygłasza mowę o wartości ludzi. Sama końcówka strasznie moralizatorska. No i problemy z interpunkcją, po wołaczu się stawia przecinki.

Nowa Fantastyka