- Opowiadanie: Wielki Szef - Hipnotyzer

Hipnotyzer

Igły (psychodeliczny haj), podziemne eksperymenty (szaleństwo), logiczny chaos i spontaniczna metodyka (paradoks) – wszystko to zostało zawarte w treści, która niczym wytrawny dreszczowiec stopniowo wprowadza czytelnika w ciężką atmosferę zagubionego – ale czy na pewno? – umysłu Billa Rutherforda.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Hipnotyzer

Na skrzyżowaniu ulic Richmounda i Gustaffsona Emil Blaze poczuł się zdecydowanie nieswojo; zupełnie jakby Kambridge rzuciło nań nagle pewien nie do określenia słowem mówionym ani pisanym urok. Miał wszakże nieodparte wrażenie, że już wkrótce metropolia stanie się platformą, na powierzchni której rozegra się… No właśnie, co? – tego jeszcze nie wiedział. Podobnie jak nie wiedział również, czy, a jeśli tak, to w jakim charakterze odegra on w tym wszystkim rolę. Całkiem możliwe – myślał – iż ogniwem spajającym ów łańcuch spekulacji, pytań oraz niedomówień miał być właśnie niepokojąco dobrze poinformowany student, na spotkanie z którym praktycznie nie miał już szansy dotrzeć na czas.

– Weź się w garść, człowieku – mruknął, motywując samego siebie, po czym wyraźnie przyspieszył kroku.

Pięć minut później był już na Central Park.

Chłopak, zgodnie z zapowiedzią, czekał pod fontanną River Plate. Wyglądał na mocno poddenerwowanego, ponieważ z wielką namiętnością palił papierosa, głęboko zaciągając się dymem, który w płucach trzymał relatywnie krótko – klasyczna oznaka napięcia, w tym przypadku spowodowanego zapewne niepunktualnością Emila Blaze’a. Zanim jednak doktor psychiatrii postanowił wreszcie położyć kres owemu wyczekiwaniu, bardzo dyskretnie zboczył z kursu, kryjąc się w tłumie turystów, aby jeszcze przez chwilę poobserwować młodzieńca. “Musi mu naprawdę zależeć” – pomyślał, kiedy zauważył, że do klasycznych tików chłopak dołożył również mniej już subtelne zachowania, takie jak wodzenie wzrokiem wte i wewte czy też pogwizdywanie. Mężczyzna był tym nieco zdziwiony, ponieważ podczas ich poprzednich spotkań – szczególnie pierwszego, we Frontburgu, kiedy chłopak znajdował się w obcym mieście, wśród obcych ludzi, a Emil nie miał jeszcze zielonego pojęcia o jego osiągnięciach i wiedzy – sprawiał on wrażenie szalenie pewnego siebie, wręcz zarozumiałego.

– Masz – powiedział wówczas, bezceremonialnie, kładąc mikro dyskietkę na blacie baru, przy którym Blaze siedział z grupką przyjaciół. – To odmieni twoje życie, gwarantuję.

Początkowo Emil, rzecz jasna, próbował spławić natręta, twierdząc, że ma wystarczająco dużo zajęć na głowie – bezskutecznie jednak, bo chłopak ciągle nawijał niczym katarynka, a jego przekaz stawał się coraz bardziej bezkompromisowy.

– To twoja życiowa szansa, Blaze. Jeśli to olejesz, wyjdziesz na kompletnego frajera, wiesz?

Mało kto miałby ochotę na podobne propozycje/prowokacje w sobotni wieczór; zwłaszcza wobec perspektywy świetnie zapowiadającej się imprezy, bowiem noc była jeszcze młoda. W pewnym momencie irytacja solidnie podchmielonego już doktora po prostu musiała osiągnąć swoje apogeum; wówczas mężczyzna wstał i, niewiele myśląc, chwycił chłopaka za marynarkę, po czym cisnął mu prosto w twarz, zaciskając zęby ze złości:

– Posłuchaj mnie, gnojku: nie wiem, co tam sobie ubzdurałeś w tej swojej makówce, ale teraz nie jestem w pracy, więc nie będę tego, kurwa mać, słuchać. – Puścił chłopaka, ochłonąwszy nieco, i ponownie zasiadł przed barem, podczas gdy ochrona już się zbliżała. – Jeżeli to naprawdę coś ważnego, zapraszam do mojego biura. Armine umówi cię na spotkanie – dodał, odwrócony do rozmówcy plecami.

Widząc, że lada chwila we wszystko wmiesza się wyjątkowo rosły bodyguard, namolny młodzieniec przybrał bardzo rzeczowy ton i streścił się w kilku następujących słowach:

– Zostawiam ci to. – Wskazał na leżącą nadal na blacie dyskietkę. – Dziesięć minut po otwarciu prezentacji, ulegnie autodestrukcji. Jest na niej wirus wewnętrzny, blokujący operacje – generacja 51 – więc jakiekolwiek próby duplikacji spełzną na niczym. C13001 – to numer mojego indeksu, lepiej go zapamiętaj. Czekam na kontakt, Blaze.

Powiedziawszy to, chłopak pośpiesznym krokiem ruszył między roztańczony tłum, kierując się w stronę wyjścia; w ostatniej chwili umknął ochronie, a wyjaśnienia odnośnie powstałego wcześniej spięcia między nim a Blaze’m pozostawił już jemu samemu. Mężczyzna jednak nie miał z tego tytułu większych problemów – znał wszakże właściciela klubu, a jeden papierek o wyższym nominale skutecznie udobruchał pracownika służb porządkowych, który początkowo nalegał, żeby opuścił lokal.

Oczywiście, kiedy było już po wszystkim, wbrew buńczucznym zapowiedziom, wygłaszanym jeszcze później po kilku głębszych przed przyjaciółmi – “Ten kutas może mnie pocałować w dupę, spuszczę w kiblu ten jego syf!” – zasiadłszy u siebie przed biurkiem, Emil odpalił na kompie nic innego, jak właśnie ów syf, czyli prezent od nieznajomego. Wracając do domu, specjalnie zażył nawet w taksówce trzy Fresh Mind, tzw. pigułki na kaca – choć, jak pokazuje przykład, nie tylko – żeby móc odpowiednio skupić się na materiale.

Tego jednak, czego doświadczył, oglądając faktycznie krótką prezentację naukową… po prostu przewidzieć nie mógł w żadnym wypadku. Projekt Auternun – auternun, czyli wieczność, według artemińskich filozofów, wygooglował wcześniej Blaze – wzbudził w nim skrajne emocje, począwszy od lodowatego dreszczu trwogi, a skończywszy na ogromnej ekscytacji, związanej z nadzieją na dokonanie czegoś absolutnie przełomowego.

– Przełom – szepnął w głębokiej zadumie, patrząc, na pozór bezrozumnie niczym zombie, w kostkę brukową. – Ciekawe, jaka jest tego cena? – dodał zagadkowo, nieświadomy, że ściągnął już na siebie uwagę sprawcy całego zamieszania.

– Co ty tam pierdolisz?

Szok – nagły powrót do rzeczywistości. Potem zakłopotanie, początkowo brak sensownej odpowiedzi – pustka.

– Stoję tu już od piętnastu minut i marznę, podczas gdy ty podziwiasz obsrany przez gołębie chodnik i pieprzysz sam do siebie nie wiadomo co!

– Wybacz. Po prostu się zamyśliłem – odrzekł w końcu nadal skonsternowany Blaze.

Nieprzyzwoicie ambitny student gorączkował się jeszcze przez jakiś czas. Rozmaite epitety i zgryźliwe uwagi w jego ustach nabierały wymiaru wręcz abstrakcyjnego. “Powinien zostać aktorem, a najlepiej jakimś pierdolonym satyrykiem lub czymś w tym rodzaju. Pewnie wielu ludzi chętnie sypnęłoby groszem, żeby choć przez chwilę posłuchać kogoś, kto przemawia z taką pasją” – pomyślał Emil, ponieważ nie sądził, że z tak niewinnej sytuacji można wysnuć tak dalece idące wnioski, hiperbolizując przy tym absolutnie wszystko, co popadnie.

– No, co się tak gapisz? – zapytał chłopak, kiedy najżarliwszą fazę złości miał już za sobą.

– Prawdę mówiąc, to nadal nie rozumiem, dlaczego spotykamy się właśnie tutaj. – Emil wrócił do świata kontaktujących i przemawiał już  bez wahania. – Nie lepiej byłoby od razu przejść do konkretów w twojej podziemnej pracowni, o której mi wspominałeś? Jest przecież tyle spraw do omówienia: dokumenty, wnioski, skład zespołu, efekty twoich poprzednich prac…

– Po pierwsze: to nie ja mam problem z punktualnością, a po drugie: nie bądź taki do przodu, panie “habilitowany”. Jesteśmy tu, bo Lisa, jak większość kobiet w tych czasach, kocha zakupy, a, jak to mówią: zadowolona kobieta to dobra kobieta.

– To wszystko jest kompletnie pojebane! – wzburzył się Blaze. – Jeszcze przed chwilą gorączkowałeś się o moje spóźnienie, a teraz… Zresztą, co będę się produkował. Po prostu nie wiem, o czym ty do mnie mówisz, człowieku – mówiąc to, mężczyzna odpalił papierosa w geście dezaprobaty dla pozornie czczej paplaniny rozmówcy.

Student postanowił go odrobinę uspokoić.

– Tydzień temu – trochę po ojcowsku położył Emilowi dłoń na ramieniu – mało co się nie spuściłeś przez słuchawkę, kiedy wspominałem ci o pewnym nieoficjalnym projekcie, przerwanym w wyniku skrajnie niesprzyjających okoliczności, czyli o Femme Fatale. Czy tak było? – poszukał potwierdzenia.

Blaze odpowiedział twierdząco leniwym skinięciem głowy, po czym wymownym machnięciem ręki poprosił rozmówcę, aby kontynuował.

– A co jeśli powiem ci teraz, że wspomniany projekt wcale nie został przerwany, lecz jedynie ze względów bezpieczeństwa opowiedziałem ci taką a nie inną wersję?

– Chyba nie chcesz powiedzieć, że…

W tym momencie usta Blaze’a zostały zasłonięte przez dłoń młodzieńca, co nie pozwoliło mu dokończyć zdania.

– Cśśś… Wszystko w swoim czasie – wyszeptał Emilowi do ucha, rozluźniając nadspodziewanie mocny zacisk na szczęce miotającego się mężczyzny, po czym dodał już nieco głośniej: – Ona tu jest…

Na tę informację czoło Blaze’a zmarszczyło się niemiłosiernie, tak że w jednej chwili przybyło mu najmniej z dziesięć lat. Wszakże relacja z projektu Femme Fatale, mimo iż zakończonego fiaskiem – a przynajmniej tak mu się do tej pory wydawało – już sama w sobie stanowiła przełom, który miał prowadzić dalej, ku śmiałemu wkroczeniu w sferę “pomiędzy”. Teraz z kolei nagle okazało się, że obiekt tamtejszych badań wcale nie popełnił samobójstwa w psychiatryku, a jego zwłoki w żadnym wypadku nie uległy kremacji. Mało tego: żył i najprawdopodobniej…

…szła właśnie w jego stronę, na pierwszy rzut oka całkowicie zwyczajna, obładowana torbami z zakupami.

– O, popatrz, jest już. Dziwne, zazwyczaj schodzi jej trochę dłużej – skomentował autor projektu, spoglądając na zegarek. – No, co tak stoisz? Chodź, musimy jej pomóc.

Femme Fatale, czyli Lisa Petrić, była nieprzyzwoicie seksowna – klasyczna dziewczyna z sąsiedztwa, o jakiej marzy zarówno każdy nastolatek, jak i zmęczony ciężką harówą małżonek (czytaj: ojciec dzieci). Prawdopodobnie żaden z czołowych magazynów dla samotnych panów nie pogardziłby wizerunkiem tak urodziwej przedstawicielki płci pięknej. Dodatkowo już sam sposób poruszania się młodej kobiety – O, mamo! – wprawiał w autentyczny zachwyt. Zdecydowana “10” – tak można by ją w skrócie opisać.

– O, proszę. Cóż za szczyt szarmancji – powiedziała, kiedy Emil wraz ze studentem  z uśmiechami na twarzy przejęli od niej wszystkie toboły.

“Aż ciężko uwierzyć, że jest pod wpływem hipnozy, a pod względem genetycznym wyprzedza mnie o co najmniej klasę” – podsumował w myślach Blaze, patrząc jednocześnie w piwne oczy dziewczyny.

Potem wszyscy żwawym krokiem ruszyli do restauracji Plaza, aby móc w przyjemnej atmosferze porozmawiać w końcu o jakichś konkretach.

 

***

 

Tego dnia, nie wiedzieć czemu – przecież nie był to ani piątek, ani weekend, a do wieczora pozostawało jeszcze mnóstwo czasu – Plaza stanowiła obiekt prawdziwego oblężenia. Znalezienie wolnego stolika graniczyło wszakże z cudem, restauracja praktycznie pękała w szwach – wprost tętniła życiem. Kelnerzy z ogromną zwinnością i klasą przemykali między stolikami, dostarczając klientom potrawy i zabierając zużyte naczynia, a z kuchni co rusz wychodziły kolejne zamówienia. “Zupełnie jak w stolicy” – skomentował w myślach Blaze, po czym zapytał:

– Może zmienimy lokal?

Lisa spojrzała na mężczyznę jak na kompletnego idiotę.

– Nie – odpowiedział mu tymczasem student. – Dlaczego mielibyśmy zmieniać lokal?

– Tyle tu ludzi… Chyba nie zdołamy czegoś…

– Mamy rezerwację, Blaze. Chodź, tam – spojrzał w kierunku wąskiego korytarzyka – chyba można zostawić depozyt.

– To może wy idźcie, a ja poczekam już przy stoliku – zaproponowała Lisa.

Mężczyźni zgodnie pokiwali głowami i chwilę później ruszyli już w kierunku portierni, zostawiając dziewczynę.

Złożywszy depozyt – jeden wielki, zawarty w sześciu kolorowych torbach – obaj, jakby potężnie zamyśleni, wrócili do punktu, w którym grupa się rozdzieliła, nie zamieniając przy tym nawet jednego słowa. Kiedy jednak mieli już przekroczyć próg sali, aby dołączyć do Lisy, młodzieniec nagle wstrzymał swojego towarzysza stanowczym ruchem ręki, mówiąc:

– Musimy wyjść i poważnie porozmawiać – na osobności. Lisa nie może tego usłyszeć.

– W porządku – odrzekł lekko zaniepokojony Blaze, lecz nie dał tego po sobie poznać.

Wyszli.

Już na zewnątrz młody naukowiec, zanim wydusił z siebie pierwsze słowo, odpalił papierosa i głęboko zaciągnął się dymem – znowu przypominał znerwicowanego chłopaka spod River Plate.

– O co chodzi? – ponaglił go Emil.

Głęboki wdech – tym razem samo powietrze.

– Posłuchaj mnie uważnie, Blaze, bo od tego w sporym stopniu zależeć będzie, jak się dogadamy. – Trzy szybkie pyknięcia z papierosa. – Nie zrozum mnie źle, ale jeśli nie uszanujesz tego, o co cię teraz poproszę, to będziesz miał ze mną naprawdę zdrowo przejebane. Żarty się skończyły, doktorze.

– Najlepiej będzie, jeśli po prostu powiesz mi, co jest grane, bo powoli już zaczynam mieć dość tych gierek – odgryzł się równie jadowitym tonem Emil.

– Jak sobie życzysz. W takim razie… Hmm… Od czego by tu zacząć? – Student próbował zebrać myśli.

– Do rzeczy, Rutherford.

– No dobra, więc lepiej porządnie się skup, bo nie mam zamiaru powtarzać.

Blaze skwitował te słowa surowym spojrzeniem.

– To, co powiedziałem ci wcześniej na temat projektu FF – kontynuował młodzieniec – wcale nie było kłamstwem. Pierwsza dziewczyna naprawdę skończyła w psychiatryku i… wiesz już, co było dalej.

– Lisa jest numerem dwa?

– Tak, ale tym razem…

– Jak długo, porównując ją do poprzedniczki, przebywa w tym stanie? – rzucił z automatu Emil.

Pytanie przez dłuższą chwilę pozostawało bez odpowiedzi.

– Wystarczająco długo – warknął w końcu, dosadnie, zdegustowany Rutherford. – Nigdy więcej nie waż się mi przerywać, ok?

Przepraszający gest ze strony doktora był bardziej na tak zwane “odpieprz się”, nieszczery, pozbawiony dobrych intencji. Student postanowił jednak przejść do sedna, i tym razem podarował rozmówcy.

– Lisa wie, że jest zahipnotyzowana, ona zdaje sobie z tego sprawę. Nie mam wprawdzie zielonego pojęcia, jak to możliwe, ale niewątpliwie tak jest. Z Jenny, pierwszą Femme Fatale, było zresztą tak samo. Mogę jedynie przypuszczać, że ma to silny związek z jakimiś nieznanymi mi właściwościami drobnoustrojów Szarych. Aczkolwiek co to ma wspólnego z układem neurologicznym… naprawdę nie wiem. Przecież to powinna być tylko prymitywna biologia, ograniczająca się do immunologii i motoryki, bez większego wpływu na neurony. Jestem jednak prawie pewny, a właściwie to pewny, tylko po prostu nie mam na to dowodów, że wcale tak nie jest. Zresztą, sam powiedz: czy słyszałeś kiedykolwiek o “czystym” transie, przewlekłym i jednolitym, który występowałby w sferze pełnej świadomości? Bo ja nigdy, nie licząc oczywiście moich prywatnych doświadczeń. Dość powiedzieć, że oddziaływanie na ludzką – chociaż w tym momencie już nie tylko – psychikę w przypadku tego właśnie… biotransu – nie wiem, jak to inaczej określić – jest znacznie, ale to znacznie intensywniejsze, można by rzec: nieuniknione, i to w bardzo szerokim zakresie. Zachodzące wówczas zmiany są niebezpiecznie wyraźne, o czym najlepiej świadczy przykład Jenny. Spowodowane jest to w mojej opinii niską tolerancją na przymus, z jakim niewątpliwie w zaistniej sytuacji ma do czynienia świadomość człowieka. Mówiąc prościej: nasza świadomość nie potrafi poradzić sobie z faktem dokonanym, czyli algorytmem hipnozy, który przeczy naturalnym procesom, nieustannie zachodzącym w naszych głowach. W wyniku tego powstaje swego rodzaju paradoks: wirus, czyli dla nas program hipnozy, a dla świadomości nosiciela zjawisko nieznane, lecz integralne – co już jest sprzeczne z logiką – wie jedno, zaś wszystko to, o czym nosiciel może powiedzieć: “my”, wie drugie; ale co z tego, skoro nie ma możliwości, aby postąpić protekcjonalnie? Tak właśnie rodzi się poważne zagrożenie dla psychiki.

W tym momencie młodzieniec na chwilę przystanął, dając swojemu słuchaczowi szanse na zadanie pytania. Był przekonany, że zaraz coś zostanie poddane pod wątpliwość lub zaczną się fachowe analizy – lawina skomplikowanej terminologii. Emil Blaze miał jednak zgoła inny zamiar. Powiedział:

– Pewnie spodziewasz się, że teraz zacznę się puszyć, że spróbuję skonfrontować to wszystko z moją wiedzą teoretyczną i praktyczną.

Mężczyzna bezbłędnie odczytał myśli przyszłego partnera naukowego.

– Jeśli tak – kontynuował – to jesteś w błędzie, młodzieńcze. Wszakże jedyne, czego chcę, to potwierdzenie. Zadam ci więc jedno proste pytanie: Czy chcesz mi powiedzieć, że tamta seksowna blondynka jest chodzącym paradoksem, a jej zwoje w każdej chwili mogą się przepalić? Oczekuję równie prostej odpowiedzi.

– Nie do końca – odpowiedział zwięźle Rutherford. – Choć jest w tym trochę racji –dodał.

– A więc?

– Jenny już od samego początku była niestabilna, z Lisą jest trochę inaczej. Po pierwsze: tym razem rozłożyłem proces hipnozy na pięć etapów – wcześniej były tylko trzy – co utrwaliło efekt i znacznie zmniejszyło szok obiektu badań. Po drugie: powziąłem też pewne środki ostrożności – skorzystałem z dóbr nanotechnologii – które prawdopodobnie, choć naukowo jeszcze tego nie dowiodłem, w sporym stopniu zminimalizowały ryzyko…

– Poważnych chorób psychicznych – dokończył Blaze.

Student tylko się zaśmiał i pokręcił głową.

– Choroby to dopiero poważny skutek, często już nieodwracalny – stwierdził. – Na omawianym etapie miałem na myśli sam wpływ drobnoustrojów na receptory itp. – zmniejszyłem jedynie ryzyko gwałtownych zmian.

– Mhm. Czyli Lisa nie jest już bombą zegarową?

– Nie, ale nie zmienia to faktu, że…

– Długo jeszcze mam czekać? – W tym momencie “wilk” dał o sobie znać: dziewczyna wyglądała na mężczyzn zza uchylonych drzwi restauracji.

– Zaraz kończymy – uciął niepożądaną dyskusję Rutherford. Brzmiało to jak słowa wyjątkowo konserwatywnego staruszka, wypowiedziane do nastoletniej córki. Lisa zdecydowanie nie była z tego kontent.

Trzask! – pewnie wszyscy goście wewnątrz lokalu na sekundę zamarli, nieświadomi źródła hałasu.

– Co takiego chcesz mi jeszcze przekazać? – zapytał tymczasem Blaze, upewniwszy się, że znowu są sami; tak naprawdę miał już ochotę zakończyć tę rozmowę.

– Wcześniej wspominałem o pewnej prośbie, którą musisz uszanować. Jako że Lisa zaczyna już się niecierpliwić, nie będę z tym dłużej zwlekać. Brzmi ona następująco: nie mąć jej w głowie, bo to delikatna i drogocenna zabawka. Pamiętaj, że to, co dla ciebie nic nie znaczy, u niej może wywołać prawdziwą burzę. Unikaj więc jak ognia wszystkiego, co mogłoby wzmóc w niej uczucie paradoksu. Właściwe, to w jej obecności nie masz nawet prawa wymówić słowa zaczynającego się na “h”, a kończącego na “a”. Czy wyrażam się jasno?

– Jak więc, do kurwy nędzy, mam zaraz z tobą rozmawiać? – przy niej.

– Tam w środku, będzie to spotkanie raczej o charakterze towarzyskim, więc się nie martw. Ewentualnie, jak zjemy, pomyślimy trochę o kwestiach prawnych, żeby Auternun został zatwierdzony, a jego przykrywka była wiarygodna. Temat samych badań na razie póki co możemy sobie odpuść.

I faktycznie, rozmowa, którą wiedli potem już w trzyosobowym gronie, przez dłuższy czas przypominała bełkot świeżo upieczonych znajomych. Można by nawet rzec, że wszyscy wyglądali na beztroskich i zadowolonych z życia – nawet Blaze, w głębi duszy gotujący się ze złości, nie mogąc zrozumieć, czemu niby miałoby służyć podobne marnowanie czasu. Jego zdanie miało jednak znaczenie czysto symboliczne, z czego jeszcze nie zdawał sobie sprawy.

– Howard Witwicky – wypalił w pewnym momencie ni stąd ni zowąd Rutherford, wbrew tematyce, jaka wówczas panowała przy stole.

Brak reakcji.

– Nasz jedyny problem nazywa się Howard Witwicky – uparcie kontynuował poprzednią myśl.

– Dlaczego akurat on? – zaciekawił się Emil, widząc, że rozmowa w końcu zaczęła schodzić na odpowiednie tory.

– Bo zna Billy’ego jak nikt inny – odpowiedziała Lisa, choć pytanie nie było kierowane do niej.

 

***

 

Jakkolwiek profesor Howard Witwicky był wybitnym specjalistą w dziedzinie biotechnologii, to zawsze podkreślał, pełen pokory i smutku, że nieustanny postęp, nieproporcjonalnie zwiększający wciąż swój zasięg i tempo, okupiony pierwej został śmiercią milionów. Wszakże to konflikty zbrojne – powiadał – od zawsze stanowiły największy boom technologiczny; i naprawdę ciężko się z nim w tej materii nie zgodzić. Faktycznie, jeśli tylko odwołamy się do wydarzeń z przeszłości i przeprowadzimy nawet niespecjalnie szczegółową retrospekcję, szybko dojdziemy do wniosku, iż praktycznie każdy sukces nauki swoje podwaliny i fundamenty, czasami nawet szkielet całej finalnej konstrukcji, opierał na brudnym surowcu, jakim najczęściej była tragedia na masową skalę. I z tego właśnie powodu profesor Witwicky nigdy nie czuł się do końca usatysfakcjonowany ani dumny ze swych osiągnięć – nieważne jak spektakularnych. Nie pozwalała mu na to świadomość ludzkiej natury. Wiedział doskonale, że wszystko, co dzisiaj nas chroni, ułatwia nam życie albo też je ratuje, jutro może stanowić śmiercionośną broń – aparat terroru i tyranii, przyczynę globalnej katastrofy. Wszystko bowiem zależy od odpowiedniego zastosowania wiedzy oraz narzędzi.

Prawda jest jednak taka, że chociaż krzywa progresu napawała mężczyznę niepokojem, nie mógł on w żaden sposób się temu przeciwstawić, ponieważ taki właśnie był głos współczesności. “Nie wybrałem sobie dnia narodzin, lecz uparte stawianie oporu dzisiejszym realiom nie miałoby większego sensu. Marnowałbym w ten sposób tylko talenty, jakimi obdarzył mnie Stwórca” – powiedział dziesięć lat temu, kiedy odbierał Błękitny Order za pierwszą generację Skarabeuszy.

Zgoła inaczej do tematu podchodził Bill Rutherford, najzdolniejszy podopieczny profesora. Uważał on mianowicie, że człowiek po to został obdarzony rozumem, żeby bez choćby chwili wytchnienia kształtować ramy teraźniejszości i wyznaczać nowe prognostyki, nawet dla wielu pokoleń naprzód. Strach przed wiedzą uznawał on za największą głupotę – nonsens. Ponadto był skrajnym indywidualistą, młodym naukowcem, w żadnym wypadku nie obawiającym się przecierania nieznanych wcześniej szlaków, imając się przy tym niekiedy skrajnie ekscentrycznych, można by nawet rzec, szalonych metod badawczych. Chłopak wierzył wszakże w zło konieczne, a tematy tabu budziły w nim największe zainteresowanie i ekscytację.

– Jak tak dalej pójdzie, pewnego dnia faktycznie wydalą cię z uczelni, i nie będę miał już nic do gadania. Wiesz zresztą, co sam sądzę na temat hipnozy. Jeszcze trzy lata temu podobne praktyki były niezgodne z prawem.

– Profesorze Witwicky, teraz to w stu procentach legalny projekt. Moi asystenci podpisali dokumenty uprawniające mnie jako adepta do tego typu eksperymentów, oczywiście pod nadzorem kuratora uniwersytetu trzeciego stopnia. Wcześniej złożyłem wniosek do Ośrodka Oświaty stanu Arkana, a po jego pozytywnym rozpatrzeniu, przedstawiłem dziekanowi koncept i przeszedłem przez wewnętrzną komisję. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik, potrzebna jest już tylko pańska rekomendacja, abym mógł korzystać z laboratorium.

Profesor przez dłuższą chwilę trwał w milczeniu. W ogóle mu się to nie podobało. Bill Rutherford, owszem, miał największy potencjał spośród wszystkich studentów, z którymi kiedykolwiek przyszło mu współpracować – wielokrotnie już wspierał go jako asystent, czy to podczas prezentacji naukowych, czy też zabiegów aplikacji nanobotów, głównie Skarabeuszy – jednak czasami bardziej przypominał artystę, opętanego żądzą kreowania nowych trendów w swoim obszarze twórcę, aniżeli naukowca, co w przypadku tak ogromnych możliwości intelektualnych i technicznych mogło stanowić pewien problem. Nie ulegało wszakże wątpliwości, że psychika chłopaka nie była do końca stabilna, a jego moralność wątpliwa, o czym świadczyły między innymi wybryki, przez które trzykrotnie już zawisło nad nim widmo dyscyplinarnego wydalenia z uniwersytetu. Powody były różne – czasami wynikało to z braku pokory i ogłady, a czasami ze specyficznego poczucia humoru studenta. Do tej pory jednak za każdym razem wstawiał się za nim nie kto inny, jak właśnie profesor Witwicky.

Wyrozumiałość naukowca miała jednak swoją przyczynę. Darzył on Rutherforda szczególnymi względami bynajmniej nie tylko ze względu na niewątpliwy talent i ciąg do wiedzy. Skłaniała się ku temu również tragiczna przeszłość chłopaka – była to swego rodzaju litość. Stracił on bowiem w zamachu terrorystycznym ojca, który do czternastego roku życia był jego prawdziwym mentorem. Ponadto profesor osobiście znał owego nieszczęśnika – choć zdecydowanie nie można tej znajomości zaliczyć do udanych, bowiem Jaydan Rutherford, również wielki umysł, prezentował zgoła inne wartości, kierując się przede wszystkim chęcią zysku. Na wcześniejszych etapach kariery drogi dwóch uczonych mogły się nawet skrzyżować, do czego przez pewien czas dążył sam Howard Witwicky, jednak Rutherford Sr.  już wówczas wybrał przemysł militarny, nie zaś medycynę.

– Którego kuratora ci przydzielili? – zapytał w końcu profesor, otrząsnąwszy się z natłoku przemyśleń.

– Emila Blaze’a.

– Kogo?

– Emila Blaze’a, profesorze.

– To jakiś nowy? – zdziwił się Witwicky. – Nic mi o nim nie wiadomo.

– Bo to kurator z zewnętrznego uniwersytetu, konkretnie z Frontburga.

Szok, w jaki tą informacją wprawiony został profesor, przeszył go niczym prąd. Nerwowy ruch ręki sprawił, że pół zawartości filiżanki z herbatą, którą popijał, wylądowała na biurku i podłodze.

– Co?! – krzyknął z wrażenia. – A niby dlaczego, do diabła, aż z Frontburga?

– Bo, jak sam pan wcześniej stwierdził, hipnoza to kontrowersyjna platforma do eksperymentów. Emil Blaze to fachowiec najwyższych lotów w dziedzinie psychiatrii oraz systemów neurologicznych. Ma koordynować moje…

– Dlaczego nigdy o nim nie słyszałem, skoro jest takim fachowcem?

Student wymownie uniósł brwi i tak dyskretnie, jak tylko był w stanie, parsknął. Ciężko było mu wszakże uwierzyć w naiwność człowieka, którego wiedzę i umiejętności tak bardzo cenił.

– Trzy lata – wyliczył na palcach – to niewiele czasu na zgłębienie mechanizmów drugiego, a zwłaszcza trzeciego – chociaż jego istnienie nie zostało jeszcze oficjalnie potwierdzone – systemu neurologicznego. Człowiek, o którym teraz sobie gawędzimy, od blisko trzech lat błądzi w odmętach ludzkiego umysłu, samodzielnie dochodząc do, zdawałoby się, tak oczywistych spraw, jak na przykład narzędzia potrzebne do pracy. Kiedy zaczynał, baza do badań stanowiła niewiele ponad próżnię. Zdecydowana większość jego projektów oraz prac naukowych zostanie dopiero zatwierdzona przez instytut bądź znajduję się jeszcze w stadium prób i błędów, ze wskazaniem na błędy. Ciężko więc oczekiwać w takim razie fajerwerków w jego portfolio – za wcześniej na to. Nie oszukujmy się, hipnoza to kamień milowy w przypadku tego typu badań.

“Logiczne” – pomyślał profesor Witwicky, ale w sumie spodziewał się tego. Od czasu pamiętnej afery z Szarymi, kiedy to wyszło na jaw, że rzeczywistym przedmiotem projektu Esma – nazwa projektu pochodziła od zdrobnienia imienia Esmeralda – były nie, jak pierwotnie sądzono, kultury bakterii pochodne od układu immunologicznego leopardów skalnych, lecz mikroorganizmy ze szpiku kostnego właśnie “ludzi popiołu”, student musiał mieć się na baczności. Wybuchł wtedy bowiem spory skandal – na całe szczęście jedynie wśród bezpośrednich uczestników oraz rady nadzorczej Wyższego Uniwersytetu im. Donalda Dimitriousa, ponieważ kapuś, sowicie opłacony, dochował tajemnicy, zaś na wpół żywy “człowiek popiołu” w trybie natychmiastowym został deportowany.

Niemniej jednak ktoś zdążył skorzystać na owej nielegalnej inicjatywie, zanim rozwiązano zespół Rutherforda, a wszelkie dokumentacje uległy zniszczeniu, o czym wiedział już tylko Witwicky, sam Rutherford oraz rodzice pewnej dziewczynki. Ze względu na delikatny i szlachetny charakter sprawy fakt ten zachowano w sferze sekretu.

– Profesorze… – Głos studenta wyrwał Witwicky’ego z labiryntu wspomnień.

– Tak? – zapytał, jeszcze nie do końca przytomnie.

– To jak będzie? Mogę na pana liczyć, czy nie?

Rezygnacja, jaka ogarnęła wówczas jeden z największych autorytetów naukowych stanu Arkana, wprawiała w melancholijny nastrój. Profesor czułby się wszakże znacznie spokojniej, gdyby Bill zajmował się czymś mniej szokującym, ale jednocześnie nie miał logicznych podstaw, żeby mu odmówić.

W końcu uległ.

– Jasne – odpowiedział tonem flegmatyka z głęboką depresją. – Ale chyba nie będziesz miał mi za złe, jeśli przy pierwszej sposobności spotkam się z twoim kuratorem?

– Oczywiście, że nie, profesorze. Gdzieżbym śmiał.

– Dobrze. W takim razie możesz już iść.

Zanim jednak młodzieniec nacisnął na klamkę, Witwicky postanowił mu jeszcze zadać bardziej osobiste pytanie.

– Powiedz mi, Billy, dlaczego zawsze chcesz być taki kontrowersyjny? Dlaczego nie możesz się po prostu zająć tym, co gwarantuje ci sukces, co dobrze już znasz? – Mężczyzna wyciągnął z kieszeni jedwabną chusteczkę i przetarł nią wysokie czoło intelektualisty. – Dlaczego zbaczasz w sektory, o których przeciętny człowiek nawet nie chce myśleć?

Bill Rutherford nawet przez chwilę się nie zastanowił, chociaż udał, że było inaczej. Być może w swej mrocznej wyobraźni, snach i spekulacjach przewidywał już to, iż do podobnej sytuacji może kiedyś dojść. Dobór słów wydał mu się wszakże rzeczą oczywistą i banalną.

– Odpowiedź jest prosta, panie profesorze: Ponieważ nie chcę żyć w cieniu pańskim ani mego ojca. Jestem Bill Rutherford i piszę własną historię.

 

***

 

Najpierw był Projekt Esma, początek zagadnienia “syntetyczna ewolucja” w ujęciu czysto biologicznym; oczywiście w interpretacji Billa Rutherforda. Cel pierwotny – słuszny, wręcz szlachetny. Cel ostateczny – cóż… Efekt mierzony miarą pracy i prognostyku – zaskakujący, nieproporcjonalny do pseudo analogicznych przykładów, czyli projektów/eksperymentów nieoficjalnych, lecz udokumentowanych. Efekt ogólny – problematyczny, zawierający szereg komplikacji i przyszłych barier, lecz i również fizyczne korzyści własne (względem, rzecz jasna, inicjatora).

Od tego się zaczęło…

Potem FF – hipnotyczny odpał po raz pierwszy.

(wzrost)

Potem FF Beta (Lisa) – nanotechnologia brakującym ogniwem.

(krzywa progresu nieustannie rośnie)

A potem… nieludzka inspiracja… Auternun… choć tak naprawdę Piątek 13-go.

(bingo!)

Projekt ten był prawdopodobnie pierwszą taką inicjatywą współczesnych dziejów, kiedy szans powodzenia przedsięwzięcia nie obliczano już w częściach setnych ani tym bardziej tysięcznych. Wszystko opierało się na logicznym i prostym planie, aczkolwiek nie pozbawionym szaleństwa – i właśnie to “aczkolwiek” robiło różnicę. Nie można przecież opierać głównej koncepcji, ba, nie powinno się w ogóle jakiejkolwiek obierać, jeśli w grę wchodzi pierwiastek natury okultystycznej, a, co by nie mówić, ciężko uniknąć podobnych skojarzeń, kiedy poruszamy temat manipulacji cienkiej granicy życia i śmierci. Przekraczając bowiem sferę bytu, człowieczeństwo ulatnia się z nas niczym gaz z oranżady.

I właśnie dlatego większość ludzi czuje nieprzyjemny dreszcz trwogi już na samą myśl o nauce ocierającej się o spirytyzm – choć oczywiście teoria obala taki tok rozumowania.

– Królikiem nikt nie może się przejmować. To nie może być umierający nieszczęśnik, który na próżno szukał ratunku w Narodowym Funduszu Zdrowia. Ludzie nie rozumieją nauki, nie wiedzą, że jej ścieżki najczęściej toną w ohydnej otchłani czerni. Nasz sukces traktowaliby jako wyczyn heroiczny, lecz z pojawieniem się pierwszych skutków ubocznych nadeszłaby również krytyka. Jeśli zaś, nie daj Boże, ponieślibyśmy sromotną porażkę, zniszczyliby nas. Bo widzisz, ich tak naprawdę gówno obchodzą wnioski i baza do przyszłych badań. To jest tak: lud chcę nadziei – natura nie ma o niej zielonego pojęcia, a przecież nauka ujarzmić ją może jedynie w stopniu minimalnym  – natomiast polityka i przemysł… te skurwysyny… chcą się jak najwięcej nachapać naszym kosztem, zachowując przy tym czyste rączki. Rozumiesz, Blaze? Jeżeli spróbujemy zrobić to legalnie, tak jak każdy inny ponadprzeciętny wymoczek, trzymany w niewoli u białych kołnierzyków, to po pierwsze: na dziewięćdziesiąt procent każą nam spierdalać, a potem będzie musiało upłynąć sporo czasu, zanim znowu potraktują nas poważnie, a po drugie: to nawet jeśli jakimś cudem przekonaliby się do naszego projektu, to nie byłby to już “nasz” projekt, jeśli wiesz, co mam na myśli.

– Pewnie masz racje, ale jeśli wpadniemy…

– Nie wpadniemy, zadbają o to moi ludzie, a w szczególności Lisa. Wbrew temu, co by się mogło wydawać, mam całkiem spore poparcie, przyjacielu.

– Cz… Czy F… Fe… Femme Fatale…? – dukał Emil.

– Nie – wtrącił, uspokajając rozmówce, Rutherford. – Reszta to tylko zwyczajny trans, hipnoza i nic więcej. Uznałem, że nie ma co przeginać ze stosowaniem szarego materiału genetycznego w takich proporcjach. Przecież wciąż nie do końca rozumiem, jak to działa.

– Ilu ich jest?

– Nie licząc asystentów, których miałeś już okazje poznać, około trzydziestu.

Liczba wywarła na mężczyźnie tak ogromne wrażenie, że aż poczuł, jak zakuło go serce, pomimo iż był jeszcze relatywnie młody; wszakże trzydzieści dziewięć lat to jeszcze wciąż młodość, przynajmniej dla niektórych.

– Trzydziestu?! – Złapał się za głowę.

– Tak, trzydziestu – potwierdził, jak gdyby nigdy nic, Rutherford.

Co do faktu, że wprowadzenie w trans grupy nie odbyło się za zgodą każdej z osobna jednostki, Blaze nie miał żadnych wątpliwości. Zastanawiał się tylko nad tym, jak student zdołał tego dokonać.

– To proste – przez Dual Shock – odpowiedział Bill.

– Pierdolisz! – Emil wprost nie mógł w to uwierzyć.

– Nie pierdolę.

Dual Shock był niezwykle popularnym wśród studentów multiplayerem. Specyficzna platforma gry, na którą gracze o odpowiednich umiejętnościach hakerskich mogli mieć całkiem spory wpływ, pochłaniała w tamtym okresie czas wielu młodych ludzi. W trybie Egzo gracze z wszczepkami mogli nawet doznawać imitacji prawdziwych wrażeń, dzięki narkotykom Slow Motion oraz modułowi AdaptWare.

Właśnie czegoś takiego potrzebował Rutherford – furtki do głów kilku niczego nieświadomych frajerów. Wystarczyło tylko wprowadzić na czarny rynek kilka własnych wersji wszczepek, a potem wyszukać amatorów mocnych wrażeń po numerze IP i zaopatrzyć ich rewir we wzmocnione Slow Motion. Całą resztę załatwiało się już drogą wirtualną; bez świadków i głosu sprzeciwu. W takich warunkach hipnoza była prawdziwą bułką z masłem.

– Nie tak się umawialiśmy, Rutherford – syknął po dłuższej chwili Emil. – Jestem naukowcem, a nie jakimś pieprzonym geniuszem zła!

Krzyk Blaze’a niewiele jednak zdziałał.

– Lemoniady? – zapytał student, podchodząc do kiczowatego barku, wyraźnie niepasującego do panującego w podziemnej pracowni krajobrazu rodem ze średniowiecznych twierdz.

– Rezygnuję, musisz się z tym pogodzić – kontynuował myśl Emil.

Tymczasem Bill dotarł już do barku, po czym niewzruszony wyjął z kieszeni kluczyk, a następnie przekręcił go, uchylił drzwiczki niezbyt gustownego mebla i z jego wnętrza dobył szklankę oraz dzbanek z orzeźwiającym napojem.

– Nie sądzę, żeby tak się stało, Emilu – rzekł z lekkim ociąganiem, napełniając szklankę. – Powiem więcej: jestem przekonany, że zostaniesz u mego boku.

– Nie ma mowy. Mam dość! Odchodzę! – Mężczyzna zaczął się wycofywać w kierunku windy. – Jeszcze dzisiaj wyjeżdżam do Frontburga.

– Nie sądzę – powtórzył Rutherford, po czym upił łyka lemoniady i odłożył szklankę z powrotem do barku. – Nie możesz tak po prostu odejść – dodał, nadal nie ruszając się z miejsca.

“Coś jest nie w porządku” – w głowie Blaze’a zamigotała czerwona lampka. Słusznie, bowiem wystarczyła ledwie sekunda, aby wszystko wywróciło się do góry nogami i aby zasięg dzielący dwóch mężczyzn stracił na znaczeniu. To był impuls, jeden jedyny ruch, decydujący zresztą – coś w stylu rzutu w ostatniej sekundzie meczu koszykówki, tyle tylko, że to było znacznie prostsze. Pstryk! (dosłownie) – i posiłki już w drodze.

– Co jest, do kurwy? – rzucił panicznie Blaze, zorientowawszy się w sytuacji.

A wyglądało to naprawdę kiepsko.

Wyłaniali się z każdej strony, każdy mroczny zakamarek zdawał się ich wypluwać  – najpierw cienie, a potem całe sylwetki. Twarze mieli bez wyjątku naznaczone niezwykle zdeterminowanym wyrazem. Co ciekawe, nie było wśród nich przedstawicieli płci pięknej.

Szybko odcięli Blaze’owi jedyną drogę ucieczki.

– Jutro masz spotkanie z profesorem Witwickym, przypominam ci o tym. Chyba nie chcesz wystawić go do wiatru, co?

Na domiar złego szalony geniusz wiedział o wszystkim. Nagle świat stał się wielki, zaś Emil mały i bezbronny; wszakże nad niczym już nie miał kontroli.

– No i co się tak gapisz jak pies z chujem w odkurzaczu? – zapytał zaczepnie student, kiedy nie doczekał się odpowiedzi na zadane wcześniej pytanie retoryczne.

A oni byli już tuż, tuż.

Dalszy opór nie miałby większego sensu – do takiego wniosku, skądinąd słusznego, doszedł wówczas Blaze; w ostatniej chwili.

– Zrozumiałem twój przekaz – powiedział. – Możesz już ich wycofać. – Ton jego głosu znowu był bardzo rzeczowy, zupełnie jakby całkowicie zapomniał o strachu, co oczywiście było tylko pozorem.

– Chłopcy! – Rutherford gestem ręki wstrzymał ubezwłasnowolnionych amatorów hardkorowej gry w Dual Shock.

Zahipnotyzowani młodzieńcy w zdecydowanej większości wrócili tam, skąd przyszli. Jedynie dwóch zostało i stanęło na czatach przy windzie, żeby przypadkiem Blaze’owi nie przyszło do głowy nic głupiego.

– To był bardzo nierozważny ruch z twojej strony – powiedział Bill, zasiadając przy pulpicie starego komputera wywiadowczego. – Chyba jednak będę musiał wyłożyć karty na stół, żebyś już nigdy więcej się nie zagalopował, doktorze.

– Nie ma takiej potrzeby – postarał się uciąć dyskusję Blaze.

– Owszem, doktorze, jest. Zapraszam do mnie, ten fotel – poklepał dłonią oparcie  sąsiedniego siedzenia – jest bardzo wygodny.

– Billy, proszę, daj spokój… – Nuta rozpaczy w rwanym głosie.

Jedno spojrzenie, jeden zgrzyt zębów, jeden zacisk palców na plastikowych podłokietnikach fotela – wystarczyło. Chwilę później Rutherforda i Emila dzielił już tylko metr. Mogli patrzeć sobie prosto w oczy.

– Cieszę się, że jednak postanowiłeś koło mnie zasiąść.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odrzekł, fałszywie, zastraszony wspólnik.

Wtedy właśnie Blaze “to” dostrzegł… Leżało obok klawiatury. Z jakiegoś powodu ów przedmiot zrobił na doktorze piorunujące wręcz wrażenie. Był niesamowity, cały lśnił, i te wzory plemienne…

– Jak już się pewnie domyślasz – zaczął tymczasem Bill – nie jestem raczej porządnym gościem. Taki już się urodziłem, i nic na to nie poradzę. Nawet kiedy mam dobre intencje, to prędzej czy później po prostu muszę to przekuć na coś dla siebie, czyniąc wcześniej bezinteresowną inicjatywę interesowną, albo chociaż z czystej złośliwości troszeczkę narozrabiać.

Raczkując palcami po blacie stołu, chłopak skierował dłoń w stronę “tego”, a następnie chwycił to dość gwałtownym ruchem. Emilowi z klatki piersiowej mało nie wyskoczyło serce.

– Jestem inny niż ty i profesor Witwicky – kontynuował Rutherford, drapiąc się “tym” po głowie (gdyby nie bujna czupryna, to pewnie…) – aczkolwiek na jego postać zawsze będę patrzył ze sporym podziwem, wszak wiele mu zawdzięczam. Do czego jednak zmierzam, Blaze… – Dyskretny chichot. – Chcę, żebyś wiedział, że nie można mnie żadną miarą porównywać do tych zunifikowanych w swoich pięknych dyplomach i certyfikatach jajogłowych, do których zresztą sam, kurwa, należysz. I wiesz co? Teraz wezmę ten pierdolony nóż – “to” – i udowodnię ci, że jestem kimś więcej, rozumiesz? Przekonasz się o tym na własne oczy.

– Co ty robisz? – Blaze aż zbladł.

Ostrze z ręcznie rzeźbioną, złotą rękojeścią, artemiński atrybut mistrzów ceremonii, poszło w ruch – najpierw nadgarstki, potem przedramiona, a potem… Nacięcia były bardzo głębokie, aż można było dojrzeć włókna rozwarstwionych mięśni – prawdziwa ohyda. Najbardziej odrażający był jednak fakt, że autor tego makabrycznego aktu samookaleczenia nie wydał z siebie nawet najmniejszego jęku, o kamiennym wyrazie twarzy już nie wspominając.

– Teraz pewnie uważasz mnie za świra – powiedział, ukończywszy swe masochistyczne dzieło.

Twarz młodzieńca przypominała wówczas szkarłatną mozaikę: jego usta lepiły się od spływających z góry strużek krwi, a krawędzie rozciętej skóry zwijały się do zewnątrz niczym pergamin, całkowicie nienaturalnie.

– Ja pierdole – wyrzucił z siebie po dłuższej chwili Emil; tylko na tyle było go stać.

– Spokojnie, mój przyjacielu, zrozumiesz, kiedy zobaczymy się już na pierwszej sesji: środa, godzina 22:00. – Przetarł twarz chustą wyciągniętą z jednej z bocznych szuflad. – Na razie póki co trochę ochłoń, jutro masz ważne spotkanie. Lepiej, żebyś nie dał plamy przed Witwickym, bo podobno staruszek coś podejrzewa.

– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytał Blaze. – Przecież takie blizny…

– Nie drąż tematu – uciął Rutherford. – Howard Witwicky – tylko nim powinieneś się teraz przejmować. Wszystko inne musisz na razie odstawić na boczny tor. I pamiętaj, że mam cię na oku, zresztą nie tylko ciebie: Mary, małego Keitha, słodką Amy… Nie bądź głupi, bo możesz stracić to wszystko.

Potrzask.

W normalnych okolicznościach doktor nigdy nie pozwoliłby sobie na podobny szantaż: od razu po wyjściu zawiadomiłby policję. W tym przypadku jednak miał do czynienia z osobnikiem wykraczającym poza jakiekolwiek ramy normy, toteż, pomimo szaleńczego tętna, przyprawiającego Emila o zawrót głowy, oraz narastającej weń wściekłości, nie zrobił niczego, czego mógłby później żałować. Nawet zaraz po owej druzgocącej groźbie zachował chłodną głowę, słuchając w milczeniu kolejnych instrukcji i zapowiedzi odnośnie projektu Auternun. Wiedział jedno: igranie z człowiekiem równie złym co przebiegłym i inteligentnym, posiadającym bezwarunkowe wsparcie od ludzi ubezwłasnowolnionych, byłoby ryzykiem wręcz niesłychanym. Do stracenia miał stanowczo zbyt wiele.

Zanim jednak opuścił tajemną pracownie Hydro – przed laty cichego mściciela, którego tożsamość najprawdopodobniej znał jedynie sam Rutherford – ciekawość wzięła górę i zadał szantażycie jeszcze jedno, wydawałoby się, dość prozaiczne pytanie:

– Po co mnie w to wciągnąłeś? Wiesz i potrafisz przecież znacznie więcej niż ja.

Istotnie.

– Masz rację, przyjacielu, ale zawsze mogę się pomylić albo czegoś nie zauważyć. Nikt nie jest doskonały, a naukowców zamkniętych na cudze sugestie prędzej czy później przytłacza ich własna perspektywa – odpowiedział, jednocześnie wprawnym ruchem bandażując sobie rany, Bill Rutherford.

“Proste – prymitywna logika jakże pomocną dłonią w tym skomplikowanym świecie. Że też na to nie wpadłem” – pomyślał wówczas z przekąsem Blaze, choć tak naprawdę wcale nie było mu do śmiechu.

Wszak przez kolejne dwie noce doktor psychiatrii nie zmrużył nawet oka – wciąż widział smugi krwi i szkaradny uśmiech młodzieńca, który postanowił oszukać śmierć, młodzieńca, który nie słuchał nikogo, lecz jednocześnie słuchał wszystkich, młodzieńca, który nie mogąc czegoś dokonać, zmieniał jedynie taktykę, lecz nigdy cel. Albowiem taki właśnie był Bill Rutherford, a miał być jeszcze gorszy – ale czy to miał być wciąż on?

 

[[[[[]]]]]~~ *

 

***

 

“Ból jest integralną częścią życia, bez bólu nie byłoby przyjemności” – zwykł mawiać Bill Rutherford, lecz w gruncie rzeczy jeszcze nigdy z taką zaciekłością i diaboliczną konsekwencją nie dał świadectwa tym słowom, jak podczas pamiętnej rozmowy z Emilem Blaze’em.

Czy się wtedy bał? – cholernie. Czuł na sobie swoisty arktyczny powiew, oddech monstrum z nieprzeniknionej otchłani podświadomości, który raz po raz smagał go po plecach, a on w żaden sposób nie mógł się temu przeciwstawić ani poznać tożsamości owej grozy, ponieważ kryła się ona pod pierzyną wszechobecnej ciemności.

Czy się wtedy wahał? – od kiedy tylko narodziła mu się w głowie ta myśl. Czuł tęsknotę za normalnością, ale również i wielką pokusę, albowiem kryła się w tym dziwna moc – coś, czego opisać niepodobna.

(BB)

Kiedy było już po wszystkim, największym pragnieniem nieco zagubionego, okaleczonego studenta była odrobina ciepła i współczucia – typowy ludzki odruch, pozornie niepasujący do sylwetki szaleńca. Przez chwilę młodzieniec nawet żałował. Pomyślał: “to wszystko zaszło stanowczo za daleko”. Wszakże ów feralny dzień – przełom! – był pierwszym w przekroju całego życia Billa, gdy stracił on nad sobą kontrolę, gdy, czyniąc to, co też miał w zamiarze, uczynił jednocześnie coś zgoła innego, gdy środek do korzyści stał się dla niego przyjemnością, do której jeszcze całkiem niedawno za nic w świecie nie chciałby się chociażby przed samym sobą przyznać.

Wiele się zmieniło.

– Powiedz mi, kochanie: dlaczego? – mówiąc to, Lisa miała łzy w oczach. – Aż serce mi się kraja, kiedy na ciebie patrze, najdroższy. – Pogładziła delikatnie dłonią zabandażowaną twarz Billa.

Rdzenni mieszkańcy zachodniej półkuli nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, jak wiele tracili, izolując od siebie Szarych, zarówno w kryterium istoty, jak i surowca. Wszak potencjał biologiczny “ludzi popiołu” dawał ogromne pole do popisu. Regeneracja ciała Rutherforda, na ten przykład, postępowała błyskawicznie; nie było mowy o oczekiwaniu dłuższym niż dwie doby. Do tego młodzieniec miał nadprzyrodzoną wręcz dynamikę i siłę – wielka spuścizna po projekcie Esma. Sam proces ekspresowego przywracania pierwotnego stanu tkanki miał jednak zasadniczy minus: ból, skrajnie nieprzyjemny, niepozwalający zasnąć ani skierować myśli na inny tor. Męczarnie zdawały się nie mieć końca – co najmniej dwanaście godzin rwania, pieczenia i – ciężko to jednoznacznie zdefiniować – podskórnego uczucia… dziwnego… To tak jakby tysiące, a może nawet miliony, par oślizgłych, mikroskopijnych łapek spacerowały wewnątrz człowieka, rozprzestrzeniając wszędzie letni śluz.

– Wystarczyłby czysty szantaż. Nie musiałeś tego robić, Billy. Poza tym, skoro już zaczął sprawiać problemy, nie mogłeś go po prostu zahi…?

Moment zawahania – uczucie  paradoksu.

– Nie, nie mogłem, skarbie. Jego sposób myślenia mógłby wtedy ulec drastycznym zmianom, a wówczas pewnie stałby się dla mnie bezużyteczny. Nie miałem innego wyjścia, facetowi musiało się zrobić trochę cieplej w majtach. Teraz przynajmniej mam pewność, że nie będzie kombinował.

– Czysty obłęd – mruknęła w lekkiej zadumie Lisa.

– Nie mówmy już o tym – powiedział Bill, po czym ucałował dłoń dziewczyny i ułożył głowę na jej kolanach. – Jutro czeka cię ważne zadanie, moja śliczna – dodał.

– Jakie? – zapytała Lisa.

– Najwyższej wagi – odpowiedział zagadkowo Rutherford. – Miałem to, co prawda, załatwić sam, ale z taką twarzą lepiej, żebym się za bardzo nie wychylał. Powiedz mi, kiciu, pamiętasz może te żółte żuczki z mojej pracowni, które nazwałaś kiedyś rozkosznymi?

– Wirgi?

Potwierdzenie skinięciem głowy Billa.

– Pamiętam, a co to ma do rzeczy? – zdziwiła się Lisa.

– Masz pojęcie, że są jadowite? – odpowiedział pytaniem na pytanie Rutherford.

 

***

 

“Witamy w piekle” – napis, nabazgrany niechlujnie sprayem na zardzewiałej tablicy informacyjnej, w większości przypadków skutecznie odstraszał ciekawskich. Nawet kochasie z pożarem w kroku i ich półprzytomne z upojenia alkoholowego sympatie stronili od BM Metro. Dość powiedzieć, że lokalni dilerzy również, mimo iż przecież mogli tam znaleźć wielu stałych klientów. Ściślej rzecz ujmując: ów zakątek zdecydowanie nie cieszył się dobrą sławą, i mało kto – zakładając oczywiście, że sam nie był najgorszym możliwym rodzajem ćpuna – tamtędy chadzał, a szczególnie nocą, samotnie.

Ona jednak nie czuła żadnego respektu przed tym miejscem.

– Mmm… Nie ma to jak prowincjonalne ćpunki z Black Mirror. He he he…

(stukot obcasów)

– Chodźcie do mamusi.

Zgliszcza peronu nr 13 doskonale wpisywały się w przygnębiającą charakterystykę najbardziej patologicznego sektora Kambridge. Tonąca w paskudnym odorze fekaliów, pleśni i zgnilizny stacja stanowiła istną wylęgarnie ciężkiej narkomani. Mieszkańcy opuszczonego już od lat obiektu – zwani przez niektórych ludźmi cienia – byli wszakże osobnikami bez jakiegokolwiek poczucia wstydu i godności – brudni, pozbawieni podstawowych życiowych ambicji; liczył się już tylko haj, nic ponad to. Nieustanne łaknienie czyniło ich jednak szczególnie niebezpiecznymi, ponieważ w akcie desperacji choćby za parę drobnych mogli dosłownie obedrzeć człowieka ze skóry.

Ale ona się nie bała.

– Wiem, że gdzieś tu jesteście, skurwysynki. – Piruet, przyklaśnięcie, poza modelki. – Mniam, mniam, mniam…

Pogwizdując radośnie, dziewczyna tanecznym krokiem podążała dalej, wzdłuż torów ostatniego peronu BM Metro. Od czasu do czasu tylko przerywała zmysłowy chód, aby dodatkowo narobić trochę hałasu, krótkim ruchem dłoni bądź stopy strącając z ławki na beton szklaną butelkę (najczęściej po tanim winie). Wówczas na jej rozkosznej twarzy nastolatki przekraczającej właśnie próg kobiecości pojawiał się iście szelmowski uśmiech, ukazujący jej śliczne, śnieżnobiałe ząbki. Nie ulegało żadnej wątpliwości, że piękna wędrowczyni żywiła głęboką nadzieję, iż zostanie zauważona, i że właśnie po to przybyła. Aczkolwiek doprawdy ciężko sobie to wyobrazić, bo przecież całe Black Mirror było niesamowitym syfem – nawet jak na standardy Kambridge – a szczególnie obszar “POST”, czyli: nieczynne fabryki, budynki do wyburzenia, złomowiska, zabite dechami gabloty – prawdziwy dystrykt nędzy i rozpaczy.

– Ej, ty! – rozgrzmiał znienacka zachrypnięty głos, co mogło oznaczać już tylko jedno: prowokacja Lisy w końcu przyniosła efekt.

Dziewczyna odwróciła głowę, udając zaskoczoną; miała minę niewiniątka.

– Do ciebie mówię, suko! – ponownie zawołał zza jej pleców roztrzęsiony murzyn, trzymający w jednej ręce kij bejsbolowy, a w drugiej kawałek szkła ze szmacianą rękojeścią. Oddychał bardzo nierówno, ponieważ jeszcze schodził z haju.

– Ja? – zapytała głupio Lisa, wskazując na siebie kciukiem.

– Tak, kurwa, ty! – gorączkował się narkoman. – Chodź tu, kiciu – dodał już znacznie spokojniej.

– Hmm. No nie wiem, nie wiem… – Powolnym ruchem dziewczyna rozmasowała sobie piersi, których sutki ostentacyjnie wręcz sterczały spod białego topu. – Jesteś… jakiś taki… – nie wiem, czy wiesz, co mam na myśli? – taki… spięty, niespokojny. Właściwie to można by rzec, że istny kłębek nerwów z ciebie, Jimmy.

– Nie mam na imię Jimmy.

– A niby jakie to ma, kurwa, znaczenie, głąbie?!

Tego ćpun się nie spodziewał. Nagła nieuprzejmość ze strony rozmówczyni wprawiła go w spore zakłopotanie. Początkowo kompletnie nie wiedział, co powiedzieć ani jak się zachować. Stał tylko z otwartą na oścież gębą i obserwował dziewczynę – szczegóły, których wcześniej nie dostrzegł, głównie czysto estetyczne.

– Chodź tu, suko! – wyrwał się nagle, kiedy już wszystko sobie w głowie przetworzył, z niemałym trudem zresztą. – Obciągniesz mi, a potem, jak będę zadowolony, to może cię nie wypatroszę. Hi hi hi – zarżał jak koń.

Lecz nieprzyzwoita propozycja nie zrobiła na Lisie żadnego wrażenia.

– Ok. Czekam, kotku – rzekła spokojnie, choć tak naprawdę miała ochotę w trybie natychmiastowym skręcić brudasowi kark.

Dziewczyna nie mogła jednak w ten sposób postąpić, ponieważ Billy powiedział, że jeśli stan “królika” będzie gorszy, niż wynikałoby to z jego przećpania, porzuci ją bez mrugnięcia okiem.

– No, na co czekasz? – podjudziła rozmówcę po raz drugi.

Poważne wątpliwości ogarnęły wówczas umysł narkomana, jeszcze przed momentem tak dumnego i władczego. Czuł, że coś jest nie tak. Psychodeliczny haj tylko intensyfikował nieprzyjemne wrażenie. W mężczyźnie poczęły budzić się skłonności paranoiczne. Nagle zapomniał o obcisłych dżinsowych szortach, uwydatniających kształtną pupę Lisy, o jej długich, seksownych nogach i rozpuszczonych blond włosach – wcześniej wyobrażał sobie już, jak szarpie za nie jęczącą z podniecenia dziewczynę. Nagle to wszystko straciło na znaczeniu; jego fiut żałośnie opadł, a w głowie inwazyjnie wręcz zaczęły rodzić się chore teorie, wedle których nadeszła pora, aby w końcu spłacić – życiem – trzy działki pasty z kokainowego osadu, jakie zwędził kilka dni temu jednemu z posłańców Giacobbe Palombo.

“To musi być pułapka. Dlaczego ona w ogóle się nie boi?” – rozprawiał w myślach. “Pewnie gdzieś się czają” – kontynuował – “za tymi murkami, w kanałach. O kurwa, są wszędzie! Tylko czekają  i… jak do niej podejdę… wtedy mnie capną.”

Doszedłszy do tak przygnębiających wniosków, mężczyzna całkowicie się rozkleił. Zaczął bełkotać, miotać się w te i wewte, przy czym cały drżał. Praktycznie przestał nad sobą panować, zarówno w sferze fizycznej, jak i mentalnej.

– Kabaret – parsknęła Lisa, widząc jak na podartych dresach narkomana (pewnie nie pierwszy raz już obszczanych) stopniowo rozprzestrzenia się plama.

Zdegustowana dziewczyna zrobiła krok do przodu, chcąc wreszcie położyć kres tej haniebnej scenie.

– Nie! – Murzyn padł na kolana, wypuszczając broń z rąk. – To nie ja. Powiedz panu Palombo – schował twarz w dłoniach – że to Mikey spalił tamto paco… Ja tylko patrzyłem.

Potem nastąpiła prawdziwa burza lamentów i błagań, podczas której czarnuch dwukrotnie wymiotował, pozbywając się tym sposobem całej zawartości żołądka; tak swoją drogą, była to głównie żółć, ponieważ najwyraźniej potrzeba odżywiania się zajmowała u niego co najwyżej drugie miejsce.

– No dobra, dość już tego! – poirytowała się wreszcie Lisa. – Ja pierdolę, człowieku, spójrz na siebie. Nic dziwnego, że Billy wysłał mnie właśnie tutaj. Kto by się interesował zaginięciem takiego ścierwa?!

Powiedziawszy to, ruszyła stanowczym krokiem drapieżcy w stronę ćpuna, w między czasie wyjęła z kieszeni dziesięciocentymetrową rurkę.

Tym razem nic już nie mogło jej powstrzymać.

– B… B… Billy? K… Kto to jest Billy?

– Twój przyszły właściciel – odpowiedziała młoda kobieta, kiedy od rozmówcy dzielił ją już tylko metr.

Właśnie przykładała rurkę do ust…

– E yo, Floyd! Co ty, do chuja, robisz, czarnuchu!? I co to za cizia?

Na przeciwległym peronie stał wyglądający równie nędznie co jego przyjaciel,  krępy mężczyzna. Można go było zobaczyć tylko i wyłącznie dzięki gigantycznej przerwie w ścianie, bowiem poszczególne sektory stacji na ogół były od siebie oddzielone.

– Mikey, ona chce… – Świst! – Auć! Co to, kurwa, jest? – rzucił wściekle Floyd, wyciągając z szyi pocisk z żądłem.

Dziesięć sekund później był już nieprzytomny.

“Cel osiągnięty” – pomyślała Lisa, obserwując tymczasem nieproszonego gościa, gramolącego się niezdarnie przez tory, wkraczającego właśnie na peron nr 13. Po drodze mężczyzna podniósł z ziemi sporą cegłówkę, którą zaczął wojowniczo wymachiwać, bluzgając w jej stronę.

– Co mu, dziwko, zrobiłaś!? Dlaczego się, kurwa, nie rusza!? Zaraz cię roz…

Tak naprawdę, to dziewczyna w ogóle nie słuchała przygłupa. Zastanawiała się już tylko nad tym, w jaki sposób go ukatrupi, bo przecież potrzebowała tylko jednego królika, więc z nim już nie musiała się patyczkować. Pomysły na zadanie śmierci miała różne: zadławienie własnymi flakami tudzież genitaliami – nie, myślała, za mocno, musiałaby się solidnie ubrudzić – potrójna lub poczwórna dawka jadu wirgi – nie, Billy, znając życie, wyliczyłby jej każdy dodatkowo zużyty pocisk – cios Wu-tang – nie no, stanowczo za eleganckie, nie w jej stylu. Rozważała w ten sposób jeszcze przez chwilę, aż w końcu powróciła do pierwotnej koncepcji, wysnutej spontanicznie, w ferworze negatywnych emocji. Innymi słowy: postanowiła mu po prostu skręcić kark. Nie był to wprawdzie szczyt wysublimowania, ale najzwyczajniej w świecie nie było już czasu na dalsze zastanawianie.

Agresywny narkoman szykował się już wszakże do ataku.

– I co teraz, laleczko? – Ćpun z odległości trzech, najwyżej czterech metrów cisnął  w dziewczynę cegłówką, która, mimo odpowiedniej trajektorii lotu, nie doszła jednak do celu, ponieważ pięść Lisy w ostatniej chwili ją rozkruszyła; zupełnie jakby miała do czynienia z czymś znacznie delikatniejszym.

– Teraz? – zapytała, wymiatając z pomiędzy palców ceglane odłamki. – Teraz już będzie szybko i bezboleśnie.

Były to ostatnie słowa, jakie usłyszał Mikey.

 

***

 

Kiedy Floyd otworzył oczy, cały świat był rozmazany i potężnie zachwiany. Narkoman słyszał czyjeś głosy, jednak brzmiały one bardzo niewyraźnie – stłumiony bełkot, ot co. W zasadzie to czuł się, jakby zaliczył ostry przepał na pokładzie jakiegoś mrocznego okrętu, który przemierzał wyjątkowo niespokojne wody (Czarny Ocean). Z jakiegoś powodu pierwszą konkretną myślą, jaka mu przyszła wtedy do głowy, była tzw. “martwa strefa”, obszar wyklęty przez wszystkich rdzennych, naznaczony archipelagami Ludzi Popiołu. Całkiem możliwe, że oszołomiony mężczyzna podświadomie przeczuwał, co go czeka – bo niby jak inaczej wytłumaczyć jego nagłe refleksje na temat gorszej połowy kuli ziemskiej i jej upiornych mieszkańców? Być może pewien bliżej nieokreślony zmysł podpowiedział mu, iż już wkrótce – aczkolwiek tylko w pewnym sensie – dołączy do grona Szarych.

– Trzeba mu podać skoncentrowany czarny chlorofil z naszą osłoną, żeby zwiększyć zdolność adaptacji organizmu, jeszcze zanim wyląduje w komorze kriogenicznej. Przyswajanie powinno trwać jakiś kwadrans, ale najpierw musi dojść do siebie, inaczej z miejsca może wpaść we wstrząs organiczny, a to by się równało autodestrukcji.

– Nie sądzisz, że za bardzo się uodporni? Późniejszy efekt hipnozy może być za mało intensywny.

Po przedstawieniu, jakie dwa dni wcześniej zafundował mu Rutherford, a tym bardziej po szoku, jaki przeżył, kiedy ponownie ujrzał nieskalaną nawet najmniejszą rysą twarz młodzieńca, Blaze wykazywał się profesjonalizmem najwyższej klasy. Zaangażowanie mężczyzny było niepodważalne – zbyt duży lęk spowijał jego serce, zbyt duża odpowiedzialność (żona, dzieci) spoczywała na jego barkach.

– Nie doceniasz tych mikroorganizmów, Emilu – odpowiedział Bill na wątpliwości Blaze’a. – To naprawdę potężna rzecz. Całkiem łatwo przeholować i stworzyć potwora.

– O tym mi nie wspominałeś – zaniepokoił się Emil.

Student uśmiechnął się tajemniczo, po czym rzekł:

– O wielu rzeczach ci jeszcze nie wspominałem, amigo.

Tymczasem Floyd odzyskał pełną przytomność. Jego pierwsza w pełni trzeźwa reakcja nie należała jednak do najżarliwszych. Widok rozmaitych urządzeń oraz wszechobecnych półek z fiolkami zawierającymi specyfiki o często bardzo egzotycznych barwach zadziwił go tak bardzo, że początkowo kompletnie zaniemówił. Sytuacja przedstawiała się wszak naprawdę groteskowo: podziemne laboratorium, dźwięk rozbijających się o grunt kropel, przemykające szczury, a w centrum tego wszystkiego dwóch szalonych naukowców, debatujących z wielką namiętnością na jakiś zapewne nieprzyzwoicie złożony temat.

Lecz fascynacja narkomana, który od ponad doby nic nie brał, nie mogła trwać zbyt długo. Kiedy tylko poczuł pierwsze symptomy głodu, w trybie natychmiastowym zapomniał o niebezpieczeństwach i fantastycznym wymiarze swojego położenia i, zgodnie ze swoją wypaczoną przez chemię naturą, zachował się jak bezmózgi prostak.

– Co to, kurwa, jest?! Gdzie ja jestem?! Porwali mnie kosmici, czy co? Ale mam ssanie. Chłopaki, gdzie jest Mikey i moje paco?

Reakcja asystentów na zachowanie “pacjenta” była błyskawiczna. W ciągu następnych dziesięciu sekund wybudzony z narkotycznego snu murzyn został obezwładniony przez ośmiu dobrze zbudowanych młodzieńców, i znowu wylądował na stole zabiegowym, z którego wcześniej zszedł.

– Puśćcie mnie, pojebańcy!

– Blaze! – krzyknął Rutherford, oceniając stan królika po przebudzeniu. – Szykuj fuzję chlorofilu i chemoosłony, miej też w pogotowiu surowicę. Startujemy za pięć minut. Chłopcy! – zwrócił się z kolei do asystentów. – Podłączyć go już do aparatury i natrzeć maścią niedźwiedzią, żeby nam się biedak nie zaziębił.

Pomimo rozpaczliwych prób wyswobodzenia się, Floyda w mgnieniu oka przypięto do stołu, a następnie nasmarowano specyfikiem dla emerytów i zaaplikowano wszczepki bezpieczeństwa. Chwilę później w jego żyły wkłuto również dwie specjalne strzykawki z czujnikami ruchu i ciśnienia krwi oraz zaczepami na przedramiona, po czym potężnym echem rozeszło się nieznośne brzęczenie aparatury.

– Ja pierdolę – wystękał narkoman, becząc jednocześnie jak mały chłopiec. –Pomocy! – zaczął drzeć się wniebogłosy. – Niech ktoś mi pomoże! Jakieś czubki zrobiły ze mnie królika doświadczalnego!

– Nie drzyj się, durniu. Tutaj i tak nikt cię nie usłyszy – melodyjnym głosem zaćwierkała Lisa, wyłaniając się znikąd. – Zaraz wyślemy cię do lepszego świata, gdzie nie będziesz już potrzebował paco – dodała równie radośnie.

Słowa dziewczyny zdecydowanie nie spodobały się Blaze’owi, ponieważ pomimo wszystko – pomimo szantażu i otaczającej go szalonej otoczki – mężczyzna nadal żywił nadzieję, iż wszystko rozegra się we względnie łagodnej atmosferze. Chciał uniknąć wszelkiego rodzaju przejawów bestialstwa i po prostu odwalić swoje, pozostając w zgodzie z własnym sumieniem, aby raz na zawsze zapomnieć o Rutherfordzie – opuścić Kambridge i nigdy więcej nie wracać.

W jego przekonaniu całe przedsięwzięcie miało być eksperymentem, owszem, nielegalnym i mega kontrowersyjnym, lecz o charakterze czysto badawczym: mieli wszakże jedynie możliwie najdłużej podtrzymać nieszczęśnika w stanie agonalnym, żeby móc dokładnie zgłębić wówczas drugi i trzeci system neurologiczny, mówiąc prościej: zaobserwować prace mózgu w obszarach normalnie uśpionych. Wzmocniona hipnoza gwarantowała im do tego bezpośredni wgląd.

Największa trudność polegała jednak nie na wprowadzeniu obiektu w trwały stan biohipnozy, lecz podtrzymaniu całego organizmu na poziomie umierającego. Żadne wahania nie wchodziły w grę, gdyż neurony, które nie przywykły do pracy na pełnych obrotach w pewnych trybach, zaczęłyby tworzyć potężne spięcia, co zakończyłoby się najprawdopodobniej śmiercią mózgu. Aby sprostać temu wyzwaniu, Rutherford znalazł przeciwwagę – i to inteligentną, żeby nie redukowała zbyt wiele – dla drobnoustrojów Ludzi Popiołu; ponieważ to właśnie ich zdolności regeneracyjne pozbawiały obiekt badań owej jakże potrzebnej stabilizacji – paradoksalnie były również niezbędne dla samego transu biohipnotycznego. W tym właśnie celu chłopak zaangażował w projekt Skarabeusze. Aczkolwiek owe nanoboty w jego wydaniu miały zgoła inną funkcję niż te od profesora Witwicky’ego – nastawione przeciwko protekcyjnym mikroorganizmom, lecz tylko tym świeżo zaaplikowanym (szarym) utrzymywały w organizmie status quo. Do tego zadania nadawała się tylko sztuczna inteligencja, ponieważ żaden pierwiastek biologiczny nie zapewniłby półśrodka, a w tym przypadku część “pożytecznych” drobnoustrojów musiała zostać wyeliminowana, a część jedynie uszkodzona.

Wersja Blaze’a nie była jednak kompletna, szczególnie jeśli idzie o proporcje aplikowanych specyfików, które w późniejszych fazach eksperymentu miały zostać wyraźnie zmanipulowane, pozbawiając tym samym całość charakteru stricte badawczego. Nie wiedział on bowiem, że podstawowym założeniem projektu było nie tyle zdobycie nowej wiedzy w obszarze praktycznie niezbadanym, co bardziej proces trwałej modyfikacji człowieka, a co za tym idzie: stworzenie nowego rodzaju istoty, której umysł zostałby w pewnym sensie zresetowany i uruchomiony na nowo, bez zbędnych ograniczeń. I właśnie tym, w gruncie rzeczy, różnił się projekt Auternun od Femme Fatale.

Właśnie tym był Piątek 13-go, powołując się już na oryginalną nazwę projektu.

– Billy! Pierwsze objawy wstrząsu organicznego! – krzyknął jeden z asystentów monitorujących Floyda.

Ciałem narkomana raz po raz wstrząsały drgawki.

– Spokojnie – odrzekł niewzruszony Rutherford.

Blaze nie podzielał tego spokoju.

– Ma pianę na ustach, a jego skóra poszarzała – powiedział, próbując nakłonić Billa do stosownej reakcji.

– Nic nie szkodzi. Surowicę w sposób bezpieczny dla późniejszych etapów możemy podać dopiero za jakieś trzy minuty.

Dyskusja ucięta.

– Cholera! Rutherford, zaraz go stracimy! Surowica! – wściekał się uparcie Emil.

– Daj mu myśleć! – wtrąciła się Lisa, poirytowana zachowaniem doktora.

– Nie wpieprzaj się! Ciebie w ogóle nie powinno tutaj być – warknął Bill.

O dziwo jego uwaga skierowana była właśnie do dziewczyny, nie do Blaze’a.

– Po to go tutaj przywlokłem, żeby mówił, co myśli. Inna sprawa, że rzadko kiedy jest w stanie czymś się przysłużyć – wyjaśnił.

Powiedziawszy to, Rutherford polecił asystentowi przygotowanie surowicy i użycie jej za minutę, jeśli królik do tego czasu nie wyszedłby ze wstrząsu organicznego. W międzyczasie zarzucił również Lisie fakt, że materiał do badań, jaki mu dostarczyła, był najgorszej możliwej jakości, zaś Blaze’owi jego karygodną w zaistniałych okolicznościach moralność.

Potem przez dłuższą chwilę nikt nic nie mówił; nawet Floyd, który stopniowo schodził ze wstrząsu organicznego i znowu był otępiały.

– No dobra, odłączyć go i wsadzić na niecałe pięć minut do komory kriogenicznej – powiedział jakieś dziesięć minut później Bill.

Grupa asystentów bez słowa komentarzu spełniła polecenie. Obiekt badań nawet nie stawiał oporu.

Efekty pobytu mocno wymęczonego już Floyda w kapsule były zaskakujące: praktycznie z miejsca znowu zaczął się ciskać jak małpa w zoo; z nawiązką odzyskał siły witalne. Wrócił też do swoich normalnych barw – szary pigment skóry gdzieś się ulotnił. W zasadzie to można powiedzieć, że narkoman już dawno nie prezentował się tak dobrze.

– Włączyć muzykę. Przechodzimy do pierwszego etapu biohipnozy.

Z głośników wbudowanych w boczne obicia komory rozległa się relaksująca muzyka, narastająca stopniowo. Przyjemnego klimatu melodii dopełniał delikatny szum dobywający się z dwóch mniejszych pomp na podobieństwo rześkiego zefiru.

– Mikrofon i słuchawki – zażądał Bill, wyciągając rękę w stronę Lisy, która już spieszyła mu ze wspomnianym sprzętem.

Mowa, jaką młodzieniec uraczył później uszy nieco wyluzowanego już Floyda, przypominała bełkot dobrego koleżki z baru na rogu, pomieszany z satyrycznym kunsztem wielkiego artysty kabaretowego. Zabawne anegdotki, sprośne dowcipy i ciekawe historie, co rusz wyciągane niczym królik z kapelusza, stopniowo zaczęły otumaniać narkomana. Biedak nawet nie wiedział, kiedy ani w jaki sposób został zmanipulowany. Dodatkowo słowa klucze – fundamenty transu właściwego, do którego przygotowywany był nieszczęśnik – bezbłędnie uderzały w jego podświadomość, czyniąc go celem coraz bardziej uległym, podatnym na kolejne mniej już wysublimowane umysłowe sztuczki.

– Wiesz co? Równy z ciebie gość, Billy – zachwycał się Floyd. – Początkowo źle cię oceniłem. A tak trochę z innej paki: klawą masz tu miejscówkę. Sporo tu fajnych rzeczy.

– Się wie, koleś. – Wymowne spojrzenie na Lise, mówiące: już czas. – Może coś przypalimy?

– Ooo, to jest myśl. Masz może paco? – Murzynowi od razu zaświeciły się oczy.

– Nie no, stary, nie będziemy się truć na potęgę. Nie po to przecież załatwiłem ci kurację w kriogeniku. Mam coś lepszego niż ten syf.

W międzyczasie grotę opuścili wszyscy współpracownicy Rutherforda, aczkolwiek Blaze uczynił to bardzo niechętnie, ponieważ przeczuwał, że już wkrótce plan, jaki mu wcześniej nakreślono, ulegnie raptownej zmianie.

Miał rację.

– Odjechany ten twój towar. – Duży mach. – Czuję się zajebiście, jeszcze nigdy tak się nie czułem. Czemu sam wziąłeś tylko macha?

Narkoman nie był świadomy tego, jakimi neurotoksynami – czytaj: pomocą dla Skarabeuszy, gotowych już do aplikacji – nasączone były kostki koki.

– Nie obraź się, Floyd, ale chyba wolę coś mocniejszego – rzekł Bill, po czym sięgnął do szuflady i wyjął z niej strzykawkę z bezbarwnym płynem.

– A co to takiego?

– Substytut hiperadrenaliny, jeszcze mocniejszy niż oryginał – mówiąc to, Rutherford wstrzyknął sobie tajemniczy specyfik, który w rzeczywistości był jedynie solanką mineralną. – Nie proponowałem ci, bo to mocna rzecz, a twoje zdrowie nie jest…

– Billy, Billy, Billy… Nie ojcuj już tyle, tylko podkręć mi to cudeńko. – Ćpun aż przełknął ślinę.

– Nie wiem, czy powinienem.

– O, daj spokój – przekonywał Floyd.

Rutherford droczył się z nim jeszcze przez chwilę, a w pewnym momencie przeprowadził nawet symulację wstrząsu poaplikacyjnego  (wcześniej przez miesiąc trenował to przed lustrem), żeby się uwiarygodnić. Efekt był, rzecz jasna, taki, jakiego oczekiwał – narkoman nie odpuścił.

– Jak chcesz –  powiedział w końcu, wręczając Floydowi z wyglądu identyczną względem tej, której on sam użył, strzykawkę. – Ale robisz to na własną odpowiedzialność, amigo – dodał.

I tym sposobem urobiony po dobroci ćpun sam przyjął mikroorganizmy ze szpiku kostnego Szarych – i to w proporcjach znacznie przekraczających umowny limit projektu. Od tamtej pory Bill miał niewiele czasu na wprowadzenie murzyna w trans właściwy, w przeciwnym wypadku szary materiał mógłby się usamodzielnić i nie pozwolić na oddziaływanie hipnozy na mózg. Aby tego dokonać, musiał zagrać z narkomanem w pewną prostą grę słowną, aktywującą słowa klucze.

– Odpowiadaj skojarzeniami na moje słowa – poprosił szalony naukowiec.

– Nie ma problemu, Billy.

–  Paraleizm.

Blokada.

– Co takiego? – Pełna dezorientacja w głosie.

– Mirror.

Black – rzucił automatycznie Floyd.

– Ocean.

Błysk – ukłucie – szok.

– Arrrrr… – zajęczał Floyd; znowu brak odpowiedzi.

Rutherford nie zwolnił tempa.

– Strzykawka.

Igła. – Automatyzm.

– Neopolitamia.

Pustka – zmieszanie – brak odpowiedzi.

– Kielich.

– Graal.

– Popiół.

Lęk – Floyd wiedział, ale bał się powiedzieć. Brak odpowiedzi.

– Właściciel.

– B… Bill. – Odpowiedź zaskoczyła samego odpowiadającego.

Tymczasem Rutherford zmienił ton głosu na oschły i mechaniczny.

– Podałem ci osiem słów. Dla pięćdziesięciu procent nie znalazłeś skojarzenia. – Zza paska od spodni wyciągnął podręcznego colta i wymierzył prosto w twarz Floyda. – Jeżeli w ciągu pięciu sekund nie wymienisz mi czterech słów kluczy, będę zmuszony pociągnąć za spust.

– Black, igła, graal, Bill! – wykrzyczał, ponownie odruchowo, przerażony narkoman.

Była to dobra odpowiedź, jednak gra jeszcze się nie zakończyła. Ręka Rutherforda nadal trwała w gotowości do wystrzału.

– Raz na końcu, raz na starcie, do połowy biegniesz wstecz. Który wyraz jest tym hasłem, które Billy chce byś rzekł?

– Na Boga! Billy, ja nic nie rozumiem – powiedział błagalnie Floyd.

– Minuta – rzucił beznamiętnie Rutherford.

Raz na końcu raz, na starcie…

Cztery słowa klucze…

Do połowy – dwa wyrazy – biegnę wstecz…

Black – pierwsza litera: “b”. Igła – pierwsza litera: “i”.

Potem do przodu…

Graal – ostatnia litera: “l”. Bill – ostatnia litera: “l”.

b-i-l-l – Bill.

– Bill! – wydarł się w ostatniej chwili narkoman. – Hasło to Bill.

Nagle na twarzy Rutherforda znowu zagościł uśmiech. Młodzieniec schował broń, a następnie przysunął się do rozmówcy i wyszeptał mu uroczyście do ucha:

– Od tej pory moja wola jest twoją wolą, amigo. – Pstryknął palcami.

I faktycznie, od tamtej pory sensem egzystencji Floyda był program hipnozy, czyli właśnie Bill.

– To jakiś żart? – zapytał tymczasem zdegustowany Blaze asystentów zebranych w pokoiku pod kotłownią.

Wszakże całe przedstawienie ich nie ominęło, ponieważ w pomieszczeniu znajdowały się monitory z bezpośrednim przekazem z pracowni.

– Do diabła! Przecież on był świadomy, nawet nie zasnął. Jak Rutherford tego dokonał? I co to za metody? Nigdy nie słyszałem o czymś podobnym – gorączkował się Emil, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co zobaczył.

– Billy jest wyjątkowy – stwierdziła, piłując paznokcie, Lisa.

Potem dziewczyna dała wszystkim sygnał do powrotu do pracowni, gdyż atmosfera wokół królika nie musiała już być sterylna i intymna. Poza tym Bill potrzebował ich pomocy.

– Co tak długo? – zapytał z irytacją, mierząc surowym wzrokiem resztę załogi, kiedy znowu pojawili się w pracowni. – Zabawa się dopiero zaczyna. No, dalej! Narkoza! Osocze! Może stracić sporo krwi.

– Nie wprowadzisz najpierw mózgu w stan spoczynku? – zapytał Blaze, machając Rutherfordowi wahadełkiem przed oczami.

Na temat szalonych proporcji i narkotyków już nawet nic nie wspominał, gdyż wiedział, że tak naprawdę nie miał nic do gadania – pogodził się z tym.

– Zrobię to, ale dopiero w ostatniej chwili – odpowiedział Bill, wyraźnie podekscytowany. – Przejście musi być płynne.

Pośród całego zamieszania największym spokojem wykazywał się Floyd, który otumaniony dodatkowo narkotykiem, wysłuchawszy przed momentem instrukcji właściciela, posłusznie trwał w bezruchu, czekając na przywołanie asystentów. Kiedy nadeszła odpowiednia chwila, spojrzał jedynie na Billa, aby otrzymać od niego ostateczne potwierdzenie.

– Francis! – zawołał wówczas właśnie Rutherford.

– Jestem, Billy!

– Gotowy?

– Jak nigdy!

Walter Francis był przyszłym chirurgiem, bardzo utalentowanym. Na swoje nieszczęście od chłopięcych lat lubował się we wszelakich multiplayerach, toteż pewnego dnia w sposób naturalny natrafił na Dual Shock, gdzie Rutherford bezkarnie zbierał żniwo. Młody mężczyzna za trzy miesiące miał zostać doktorem – idealny kandydat na asystenta, zwłaszcza jeśli idzie o podobne zabiegi; wszakże aplikacja Skarabeuszy wymagała, oprócz wiedzy i doświadczenia, również ogromnych zdolności manualnych, ponieważ bot matka (inteligentna zastawka) musiał zostać precyzyjnie umieszczony w przegrodzie głównej, a bot córka (filtr) w najgrubszej żyle uchodzącej z komory.

– Zapas tlenu wystarczający – potwierdził asystent.

– Świetnie. Wahadełko – zażądał Bill.

Blaze dostarczył mu legendarny atrybut “władców umysłów”.

W późniejszych wydarzeniach nie było już nic nadzwyczajnego: tradycyjne odliczanie, relaksacyjne gadki – prymitywne sztuczki, mające na celu wprowadzenie wciąż aktywnego człowieka w stan podświadomości. Takie metody nie wzbudzały już szoku ani nie bulwersowały – wszystko wyglądało całkowicie poprawnie. “Nie można było tak od razu” – pomyślał Emil.

Ale szantażowany doktor nie wiedział jeszcze, jaki owoc – odór śmierci – przyniesie dalsza część sesji.

 

***

 

O dziwo zabieg aplikacji nanobotów przebiegł bez większych komplikacji. Szybko okazało się, że pochlebne opinie odnośnie Waltera Francisa miały swoje potwierdzenie w rzeczywistości. Chłopak istotnie był wielkim fachowcem – praktycznie w pojedynkę przeprowadził stricte operacyjne czynności, czyli wymianę zastawki oraz wtłoczenie filtra. Nie towarzyszył temu nawet najmniejszy wewnętrzny krwotok. Serce Floyda pracowało niemalże nieprzerwanym rytmem, co, jeśli wziąć pod uwagę coraz intensywniejszy wpływ neurotoksyn z zatrutej koki, było prawdziwym cudem. 

Rutherford wprost nie mógł się nadziwić cudownej, bo jakże lekkiej i pewnej, ręce Francisa. Jego trafność sądu, pamięć oraz dedukcja mogły być, co prawda, nieco zaburzone przez brak pełnej świadomości i tożsamości, jednak reakcje instynktowne, takie jak na przykład fizyczne ruchy, działały bezbłędnie. Postanowił go nawet za to wynagrodzić.

– Jesteś prawdziwym geniuszem. Nawet Witwicky nie ma tego, co ty. Kiedy będzie już po wszystkim, docenię twój kunszt, kolego.

Aplikacja pozostałych nanobotów (bliźniaków) sama w sobie nie powinna już im sprawiać większych problemów. Mikroskopijne pluskwy, zawarte w masie organicznej, wewnątrz człowieka działały automatycznie. Możliwa była jednak manipulacja ich działaniami, ponieważ każdy mógł mieć określony przez twórcę cykl bytu. “Obumarcie” takiego bota oznaczało niemalże natychmiastowy rozkład – gwarantowała to masa organiczna, która w momencie, kiedy ustawały impulsy magnetyczne jej podstawy, czyli właśnie bliźniaka, traciła spójność, a w samej krwi boty bardzo łatwo się rozpuszczały. Tym sposobem niewidoczni gołym okiem żołnierze/sanitariusze mogli siać w organizmie spustoszenie tudzież ratować go w wymiarze takim, jakiego życzył sobie projektant.

Należało jednak wprowadzać je bardzo ostrożnie – i tu właśnie tkwił kłopot! – gdyż mechanizmy obronne układu immunologicznego mogły z miejsca zaatakować ich osłony (masę organiczną). W tym właśnie celu nad wszystkim czuwały bot matka i bot córka – co i tak nie pozbawiało aplikujących konieczności myślenia, ponieważ w przypadku nadmiernej ingerencji zastawki i filtra, inaczej mówiąc: tamowania, w żyłach bardzo szybko powstałby zator, prowadzący do ciężkiego zawału serca. Aby prawidłowo i bezpiecznie korzystać z owych pluskiew, należało najpierw wykonać szereg obliczeń i symulacji cyfrowych, a podczas samego zabiegu bacznie obserwować reakcje organizmu, w obawie przed wystąpieniem jakiejś anomalii.

Naturalnie w tym przypadku nie było mowy o wielkich równaniach i rachunkach prawdopodobieństwa, wszak Bill znał królika… w sumie to w ogóle go nie znał. Zaznajomił się wcześniej tylko z jednym wynikiem jego próbki krwi. Wiedział też, jak reaguje na skoncentrowany czarny chlorofil, sole mineralne i neurotoksyny z jadu warana słodkowodnego – to wszystko. Całej reszty musiał już domyślić się na podstawie bieżących wykresów i własnej intuicji.

Nie należy jednak zapominać, że był to człowiek absolutnie nietuzinkowy.

– Zarządzam godzinę przerwy – powiedział, zakończywszy w pięknym stylu zabieg powodzeniem.

Sześćdziesiąt minut było wystarczającym okresem czasu na to, aby bitwa tocząca się wewnątrz Floyda doprowadziła nieszczęśnika do stanu agonalnego, z którego już po raz trzeci miał zostać wprowadzony w trans.

“Jeszcze tylko trochę, Emil. Jeszcze tylko trochę” – powtarzał sobie wówczas w myślach Blaze. Jednocześnie zastanawiał się nad tym, dlaczego Rutherford pozostawił w pracowni całą armię ludzi. Przecież możliwość, że królik się obudzi była minimalna, a nawet jeśli, to i tak byłby na wpół martwy – logicznie rzecz ujmując.

Mężczyzna nie wiedział jednak, że zaraz po opuszczeniu pracowni przez Billa, Lisę i niego samego, igły jeszcze trzy razy wkłuwały się w żyły nieprzytomnego Floyda, dostarczając mu nie stosowaną od lat już recepturę.

Recepturę, którą Rutherford Sr. nazwał Cieniem.

Cień – niebezpieczna kombinacja genów szczególnie agresywnych zwierząt drapieżnych z genami Szarych, zaprawiona hatun, późniejszą pozycją bazową narkotyku Slow Motion. Specyfik był podstawą projektu rządowego Człowiek Demolka, dzięki któremu miał powstać żołnierz uniwersalny, dostosowany do nawet najcięższych warunków wojny. W ludzkim organizmie zaczynał funkcjonować jako symbiotyk.

– Kiedy w końcu zaczniemy badania? – zapytał Emil, popijając kawę w jednym z sąsiednich pomieszczeń pracowni, tym razem bez dostępu do monitoringu.

– Podczas wybudzenia ponownie wprowadzę go w stan spoczynku – odpowiedział Bill. – W ten sposób jeszcze bardziej się zagłębimy.

– Może dojść do wielkiego wstrząsu, a następnie niekontrolowanej hibernacji.

– Owszem, jest takie ryzyko, ale potrafię sobie z tym poradzić. Musisz bacznie obserwować zachowania poszczególnych obszarów mózgu. Wiesz przecież, jak wyglądają pierwsze objawy podświadomej hibernacji, a tym bardziej jakiegokolwiek wstrząsu. Jeżeli będziesz mi wszystko dokładnie relacjonował, wszystko pójdzie zgodnie z planem.

– Nadal uważam, że nie powinieneś go ponownie hipnotyzować, akurat kiedy będzie się budził. Wstrząs może być ogromny, nie zapanujemy nad tym. Zadziała wówczas podobny mechanizm, co w przypadku gwałtownego przerwania snu lunatyka.

Polemika Blaze’a coraz bardziej irytowała Rutherforda.

– Posłuchaj mnie, doktorku – powiedział wreszcie, zmęczony dyskusją. – Na początku myślałem, że jesteś inny, że masz w sobie prawdziwy głód wiedzy i potężną żądzę pokonywania kolejnych barier, tak jak ja. Naprawdę sądziłem, że mogę się czegoś od ciebie nauczyć. Niestety, myliłem się. Osiągnąłeś pewien niski pułap, który cię zadowala – w sumie masz do tego prawo. Jednak zanim znowu zaczniesz wtrącać te swoje asekuracyjne bzdury, pomyśl chwilę o tym, że ja jestem inny i mógłbym cię sprzątnąć w każdej chwili. Fakt, że tego nie robię wynika jedynie z mojej wdzięczności, bo bez dobrego kuratora instytut nie zatwierdziłby mi projektu, bez zatwierdzenia projektu nie miałbym z kolei dostępu do dóbr technologicznych uniwersytetu, a bez tego wszystkiego Auternun – tfu! – Piątek 13-go, bo taka jest rzeczywista nazwa projektu, nie miałby racji bytu. Rozumiesz, Blaze?

Moment potężnej zadumy Emila Blaze’a.

– Czym więc tak naprawdę się zajmujemy? – zapytał w końcu, zebrawszy się na odwagę.

– Powiem tylko tyle, że gdyby to gówno wymknęło się nam spod kontroli, prawdopodobnie ten podziemny kompleks stałby się naszym grobowcem.

 

***

 

Jeśli ktoś zechciałby określić stan Floyda w formie graficznej, po tym, jak został on zaraz po przebudzeniu powtórnie wprowadzony w stan uśpienia, najlepiej do tego zadania nadałby się schemat z regularnie spadającą w dół krzywą. Wszakże funkcje życiowe narkomana praktycznie ograniczały się tylko do impulsów neuronów, rejestrowanych przez czujniki specjalnych wszczepek na jego skroniach, a neurotoksyny skutecznie, acz powoli i metodycznie ograniczały nawet ten rodzaj aktywności organizmu. Efekt był mianowicie taki, że zahipnotyzowany narkoman stał wprawdzie u progu śmierci – i była ona absolutnie pewna – lecz zbliżał się do niej tak ślamazarnie, iż boty i mikroorganizmy, wprowadzone z zewnątrz, wciąż mogły ze sobą walczyć. Tymczasem mózg w powolnym tempie uśmiercały właśnie neurotoksyny, częściowo odporne na przeciwciała wytworzone przez drobnoustroje Szarych.

Całkowicie obojętny na tę całą batalię pozostawał Cień. Symbiotyk, błyskawicznie ulokowawszy się w najbardziej unerwionych sektorach, trwał w uśpieniu. Jedynym bodźcem, będącym w stanie go pobudzić, był potężny impuls elektromagnetyczny, który wprawiłby ciało nosiciela w bardziej ekstremalny tryb eksploatacji nerwów – w przeciwieństwie do hiperadrenaliny efekt działania byłby trwały i jednolity.

Ów impuls miał dostarczyć defibrylator o niespotykanej we wszelkich placówkach medycznych mocy.

– Zaraz zejdzie – poinformował Blaze.

– Na to czekam – mruknął Rutherford.

Emil aż bał się zapytać, ale zrobił to.

– Masz zamiar go reanimować?

Szyderczy śmiech coraz mocniej podekscytowanego Rutherforda. Jego uniesienie właśnie osiągało apogeum.

– Oczywiście – odpowiedział uroczyście.

– A co potem?

Eksplozja śmiechu.

– Ależ Emilu, przecież wiesz.

Zostało kilka sekund.

– Błagam, nie rób tego. Sam mówiłeś, że to będzie monstrum.

– I właśnie o to tu chodzi.

Kiedy z aparatury rozległ się przeciągły alarm, defibrylator poszedł w ruch, obsługiwał go Francis – raz, drugi, trzeci, czwarty. Nie za każdym razem przykładał jednak elektrody do mięśni sercowych – co drugi cykl inny asystent błyskawicznie odchylał Floyda, tak aby młody chirurg miał dostęp do jego pleców, po czym układał “łyżki” wzdłuż linii kręgosłupa nieszczęśnika. 

– Co on wyprawia?! – rzucił zszokowany Blaze.

– Rdzeń kręgowy najlepiej przewodzi prąd, a musimy go biedakowi baaardzo duuużo dostarczyć, żeby wszystkie “witaminki” ładnie się przyjęły – wyjaśnił Rutherford, po czym ponownie poprosił Emila o wahadełko.

Potem było oczekiwanie na odpowiedni moment.

– Boże, Billy, opamiętaj się. Błagam – jęczał nadal przerażony Blaze.

Ale w tym właśnie momencie Floyd otworzył oczy.

Nie było czasu do stracenia, należało działać natychmiastowo, zanim czarnuch doszedłby do siebie i grupka podtrzymujących go asystentów zostałaby rozrzucona po wszystkich kątach pracowni niczym szmaciane lalki. Bill czym prędzej przystąpił do hipnozy, wydobywając z jego umysłu obumarłe informacje.

– Do kogo należysz? – zapytał, kończąc kolejne już pranie mózgu.

– D… D… Do Bi.. B…Billa – odpowiedział smętnym tonem Floyd.

– Którego Billa?

– Ciebie.

Pstryk! – i po niebezpieczeństwie, wszystko odświeżone.

Nie był to jednak koniec.

Na środku pracowni znajdowało się krzesło elektryczne, do tej pory przykryte białą płachtą. Ostateczny akt szaleńczego eksperymentu miał się dokonać właśnie na nim.

– Dirty! – Rutherford nadał Floydowi nowe imię. – Tam jest taki fajny fotelik – wskazał palcem krzesło elektryczne – ale żeby móc na nim usiąść, najpierw musisz zdjąć spodenki i pozwolić się trochę pomasować tym panom w białych fartuchach.

Naturalnie czarnuch nie miał nic przeciwko. Posłusznie poddał się wnikliwemu wcieraniu solidnej dawki maści izolacyjnej – supermocnej na obszarze małżowiny i błony bębenkowej prawego ucha, ponieważ miał mieć w nim słuchawkę umożliwiającą Billowi klarowny przekaz podczas “egzekucji”. Albowiem to wówczas szaleniec musiał wgrać ostateczny program hipnozy.

– Chłopcy! – krzyknął do asystentów przygotowujących krzesło Rutherford. – Przeprowadźcie próbę generalną. Reggie zgłasza się na ochotnika.

– Ale… – stękał ryży młodzieniec o wyglądzie szachisty.

– Milcz! Rób co mówię – nakazał władczo Bill.

Chwilę później chłopak został efektownie stracony na “fotelu śmierci” – wszystko działało bez zarzutu. O dziwo Dirty, przyglądając się temu przypadkowo, gdyż był skierowany akurat w tamtą stronę, nie zareagował w żaden sposób. “Tym właśnie różni się Piątek 13-go od Femme Fatale – on nie będzie narzekał ani dyskutował, bo ma w sobie tylko to, czego sam sobie zażyczyłem” – skomentował w myślach Rutherford. “Nie będzie jęczał i szlochał jak ten rudy wymoczek” – dodał.

– Prawdziwy koszmar – mruknął w potężnej zadumie Blaze, ale nikt już nie zwracał na niego uwagi.

Wszak do krzesła przypinany był już ten, dla którego zostało ono skonstruowane, czyli człowiek, który, stając się potworem, oszukał śmierć, a teraz miał dokonać tego po raz drugi.

– Z dźwiękiem wszystko w porządku?

Asystenci pokiwali głowami.

– Dirty, w którym uchu słyszysz mnie lepiej?

– Prawym.

– Świetnie. Możemy zaczynać. Chłopaki!

Dźwignia numer jeden powędrowała w dół. Prąd wstrząsnął ciałem Dirty’ego.

– A hasłem było słowo Bill – powiedział przez mikrofon Rutherford tonem czarującego narratora. – Prowadziły do niego cztery słowa klucze – kontynuował. – Mirror oznaczało Black… Black Mirror, ziemia zapomniana przez lud, niechciana i wyklęta, pozostawiona na pastwę szerzącej się nędzy i zła. Strzykawka zaś oznaczało Igła… Para idealna, tworząca swego rodzaju portal, przez który do ciała człowieka wstąpić może tyle energii… tyle toksyn. Kielich z kolei oznaczało Graal… Przedmiot z pozoru całkiem banalny, lecz tak naprawdę o niebanalnym znaczeniu… Relikwia, w której posiadanie chciałoby wejść wielu równie potężnych co chciwych i próżnych mężów.

Tutaj na chwilę przystanął, dając asystentom sygnał do opuszczenia drugiej dźwigni – tej czarnej, znajdującej się pod tabliczką z czaszką i dwoma skrzyżowanymi  za nią piszczelami.

Kiedy przez druty popłynął prąd o maksymalnym natężeniu, wszystkie lampy w pracowni aż zamigotały, a z gardła Dirty’ego po raz pierwszy wyrwał się skowyt, pomimo już wcześniej straszliwych męczarni. W ciągu maksymalnie trzech minut eksperyment miał zostać sfinalizowany.

– Właściciel oznaczało Bill. – Rutherford wyraźnie przyspieszył. – Twoja egzystencja była wcześniej niczym stare i na dodatek zniszczone buty – niepotrzebna, zapomniana i porzucona. Wszakże sama w sobie nie stanowiła już sensu, a nikt pośród ogromu całego wszechświata nie chciał go jej nadać. Byłeś jedynie trybem w zardzewiałej machinie, która od dawien dawna kojarzyła się tylko i wyłącznie z przeżytkiem. Tak wyglądało to do tej pory… Ale teraz znowu nadejdzie dzień twej chwały, dzisiaj, w czwartek 28.02, ponieważ ja, Bill Rutherford, uroczyście nakładam na ciebie misję, przekreślając jednocześnie wszystkie bezsensowne akty twojego poprzedniego życia! Czysta karta! I niechaj raz na zawsze haniebna przeszłość zakończy swe prześladowanie! Niechaj po twym przebudzeniu całe Kambridge aż zadrży w swych posadach! Niechaj nieposłuszny dotychczas umysł służy ci wiernie! Albowiem hasłem jest ostatnie słowo klucz.

Znowu przerwa – hipnotyzer postanowił zaczekać do ostatniej chwili z wypowiedzeniem decydujących słów.

10

9

8

7

6

5

4

3

2

1

– A obudzisz się w piątek 13-go i będziesz czuł potężną wściekłość, Dirty – brzmiała kwintesencja zbrodniczych kwestii Rutherforda.

Zaraz po usłyszeniu tych słów, murzyn – jeszcze niedawno hasający beztrosko po dworcach i melinach; drobny złodziejaszek i zboczeniec – drugi raz w ciągu tamtej feralnej nocy skonał. Czy po raz drugi wyzionął również ducha? A może ta niematerialna powłoka, energia – nie wiadomo nawet, jak to nazwać – wciąż się w nim tliła? Naprawdę ciężko odpowiedzieć na podobne pytania.

Fakt był taki, że w najbliższy piątek 13-go niegdyś żałosny narkoman miał ukazać całemu światu, wszem i wobec, swoje nowe, straszliwe oblicze, uwolnić zmagazynowaną moc.

 

***

 

W projekcie Piątek 13-go uczestniczyło równo trzydzieści pięć osób. Dla przygniatającej większości udział w szalonym przedsięwzięciu zakończył się śmiercią poprzez zatrucie, ponieważ zaraz po zakończeniu sesji Rutherford nakazał wszystkim, za wyjątkiem Lisy, Blaze’a i Francisa, zażycie pewnej bardzo toksycznej substancji. Ubezwłasnowolnieni asystenci oczywiście wykonali polecenie swojego lidera. Większość z nich przypuszczała, co się święci, i uczyniła to bardzo niechętnie.

Program hipnozy był nieubłagany, nie dało się z nim dyskutować.

Zwłoki pomagierów zostały przetransportowane do starej chłodni, gdyż były one świadectwem swoistego debiutu Rutherforda. Miały tam czekać z ujawnieniem na odpowiedni moment.

Jeśli zaś idzie o pozostały skład zespołu, oprócz Lisy, wszyscy dostali przyzwolenie na kontynuowanie poprzedniego życia; już bez psychodelicznego wpływu Billa.

Francis został wyprowadzony z transu – chłopak obudził się w swoim pokoju, nieświadomy, do czego się przyczynił. Zgodnie z obietnicą, Rutherford docenił jego talent i umożliwił mu dalszy rozwój, którego zresztą był bardzo ciekawy.

Blaze natomiast zdał na łamach uniwersyteckiej komisji relacje z nieudanego projektu Sokół – bo właśnie tak oficjalnie, w papierach, nazywał się Piątek 13-go – po czym, wrócił do Frontburga. W momencie powrotu również nie był już świadomy tego, co tak naprawdę zaszło, ponieważ poddał się zabiegowi manipulacji wspomnień – tylko w ten sposób mógł oczyścić się z wszelkich zobowiązań wobec szaleńca. Aczkolwiek podczas “hipnosesji” cały czas snuł obawy, czy aby nie skończy jako ubezwłasnowolniony sługa Rutherforda.

Tak się nie stało – szaleniec dotrzymał słowa, nie było w tym podwójnego dna.

Ostatecznie doktor wrócił do domu, jak gdyby nigdy nic, i w końcu (ową ideę zaszczepił mu właśnie jeszcze do niedawna autor jego utrapienia) poświęcił się bez reszty rodzinie. Mężczyzna nigdy więcej nie zdradzał już swojej pięknej żony, a dzieci nie były już dla niego tylko obowiązkiem, którym mógł się pochwalić przed snobistycznymi “przyjaciółmi” z branży. 

Zaczął “drugie” – lepsze życie.

 

 

Koniec

Komentarze

Ciekawa koncepcja, ale, IMO, tekst zyskałby na odchudzeniu.

nie wiele => niewiele

na 90% każą nam spierdalać

Liczby raczej słownie, a w dialogach to już obowiązkowo.

jego usta lepiły się od spływających z góry stróżek krwi,

Ojjj. Sprawdź w słowniku, co znaczy “stróżka”. Możesz się zdziwić.

bełkot dobrego koleszki z baru na rogu,

Kogo?! Paskudny ortograf.

Babska logika rządzi!

Wydaję mi się, że tekst jest właśnie za krótki, jeśli wziąć pod uwagę format fabuły, ale to może przez moją ciężką rękę do pisania (zawsze staram się wymyślić coś nowego i jednocześnie czerpać z wielkich prekursorów mrocznych gatunków). Za wszystkie pozostałe uwagi dziękuję, zaraz wszystko poprawię. 

Jak dla mnie – zbyt chaotyczne, przegadane i za długie. A w tym chaosie ukryło się sporo literówek. 

Nie podoba mi się, jak sceny przechodzą jedna w drugą bez ostrzeżenia, zwłaszcza na początku – niby jest w parku, za chwilę gdzieś ktoś w barze, u profesora – poplątane za bardzo jak na mój gust. Przez to bardzo długo nie mogłam dojść o co w ogóle chodzi. Nie pomogły także mnożące się nazwy projektów, zastępujące się wzajemnie. 

Styl i język też do mnie nie przemówiły. Czytało mi się ciężko. Przysłowiowym jednym słowem – jestem na nie. Przykro mi, Wielki Szefie, ten tekst i ja – nie mamy po drodze. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

mhm, dj już tu był

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Nowa Fantastyka