- Opowiadanie: M.Bizzare - Czyste intencje (część pierwsza)

Czyste intencje (część pierwsza)

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Czyste intencje (część pierwsza)

Uwaga, opowiadanie zawiera drastyczne sceny i opisy wynaturzeń. Wprawdzie niezbyt graficzne, ale żeby nie było.

 

Radiowóz wylądował na miejscu zbrodni, z rykiem syren i ogłuszającym hukiem silników. Skrzydłowe drzwi z tyłu pojazdu otworzyły się i wyszło z niego dwóch poważnych mężczyzn. Szeregowi pracownicy Korpusu Oczyszczenia zaczęli salutować, bo jednym z nich był nadkomisarz Mileham, praktyczny władca tego sektora megapolis. Człowiek, który kroczył obok niego, zakutany w ciepły płaszcz z kołnierzem, też był dość znany w tych stronach. Był to inspektor Lothander, zdolny śledczy, który miał szansę wyrwać się z granicznego sektora i dostać posadę komisarza bliżej centrum.

 

Mężczyźni przeszli przez szpaler pracowników Korpusu i dotarli do ciała.

 

Denat był w wieku średnim. Miał kościstą budowę ciała, zwłaszcza jego twarz była tak smukła, jakby ktoś odessał z niej cały tłuszcz, mięso i zostawił samą skórę na czaszce. Ciało leżało w pozycji, w której układano zmarłych w trumnach, zanim prawo nakazało wygodniejszą i bardziej ekonomiczną kremację. Zbrodniarz zamknął oczy swojej ofierze.

 

Na ciele nie było żadnych śladów.

 

– Jak zginął? – spytał Lothander najbliższego posterunkowego.

 

– Zaskakująco bezkrwawo. Ktoś prawdopodobnie zaszedł go od tyłu, złapał za szyję i wstrzyknął mu truciznę standardowym aplikatorem lekarskim. Jest ślad na szyi – aspirant nachylił się nad trupem i pokazał dwie ciemne kropki po maleńkich igiełkach.

 

– Czyli możemy wykluczyć Czystego, któremu zamarzyło się legalne morderstwo, tak? – spytał nadkomisarz zniecierpliwionym głosem.

 

– Tak – odpowiedział spokojnie Lothander. – Gdyby to był Czysty, byłoby tu… brudniej.

 

Eufemizm użyty przez inspektora był bardzo politycznie poprawny. Znaczył tyle, że w przypadku Czystego po uliczce walałyby się flaki, a denat nie leżałby tak spokojnie.

 

I zdecydowanie nie miałby kompletu członków.

 

Lothander wstał znad zwłok, odszedł od grupki i zaczął oglądać miejsce zbrodni, powoli wodząc wzrokiem po śmietnikach, ścianach w stanie powolnej degradacji i krzywych krawężnikach. Założył skórzane rękawiczki i zaczął podnosić różne odpadki, choć wiedział, że zbrodniarz na pewno nie zgubił czegoś w pośpiechu. Po eleganckim ułożeniu zamordowanego, nie spodziewał się po przestępcy niedokładności.

 

– Kal, nie grzeb w tym gównie! Użyj detektora, jak cywilizowany człowiek! – wrzasnął Mileham za podopiecznym.

 

Zignorował nadkomisarza. Mógł sobie pozwolić, gdyż Mileham traktował go bardziej jak syna, niż jak kolejnego podwładnego. Niemniej, miał trochę racji. Jeżeli detektory niczego nie wykryły, szanse, że wygrzebie coś dzięki czystemu szczęściu były bliskie zeru.

 

Podniósł się i wrócił do rozmawiającej grupy.

 

– Profesjonalna robota. Ani ociupinki czegokolwiek, co miałoby w sobie DNA, a wiadomo jak ciężko nie zostawić niczego przy dzisiejszej technologii – objaśniał szczegóły technik.

 

– Martwiąca myśl. Wszystkiego bym się spodziewał po śmieciach z Zony, ale nie profesjonalizmu – stwierdził nadkomisarz.

 

– Nikt jeszcze nie powiedział, że był z Zony – zauważył Lothander.

 

– Jak nie Czysty, i nie z Zony, to kto? Obywatel? Ktoś z zewnątrz? Nie rozśmieszaj mnie – przełożony uniósł się nieco. – Nieważne, to się ustali. Jest id denata?

 

– Niestety – aspirant odpowiedział, asekuracyjnym tonem. – Dziś wieczorem zaczęli aktualizację i do jutra rano baza jest zamknięta. Możemy to zrobić ręcznie, albo zaczekać.

 

– Zaczekajcie. Po co się męczyć? – stwierdził nadkomisarz. – Lothander, zmywamy się. Nie ma nic, szkoda marnować naszego czasu na ten bezsens.

 

 

 

Lothander siedział przy biurku i na trzech ekranach komputera obserwował materiał dowodowy. Dość nikły, trzeba przyznać. Ciężko było z niego cokolwiek wnioskować.

 

Z tym, że właśnie pojawił się wzór. Regularność.

 

Pierwsze morderstwo, dokładnie tydzień temu, wstrząsnęło trochę nim. Owszem, na granicy Zony spodziewali się nielegalnych zbrodni, ale precyzja, z jaką działał zabójca, była już głęboko podejrzana. W Zonie mieszkają zwierzęta, które zabijają głównie dla zysku i utrzymania swoich brudnych rodzin. Morderca działał skrupulatnie i nie zostawiał śladów. Poza tym, żeby dostać się do sektorów, w których mieszkali Obywatele, musiał mieć zaplecze. Hakerów. Fałszerzy. Kogokolwiek.

 

Albo być Obywatelem, ale wtedy już dawno by go deportowano do Zony. Comiesięczne badania psychologiczne wykazałyby skłonności.

 

Albo był Czystym. I wtedy sprawa robiła się polityczna.

 

Pierwszą ofiarą była Gillian Chow, Czysta i w dodatku naukowiec, co już warunkowało oburzenie opinii publicznej. Ktoś odwiedził ją w mieszkaniu i zatrzymał jej serce za pomocą medycznego aparatu. Zostawił ją na łóżku, przebraną w elegancki uniform służbowy.

 

Wtedy była jeszcze nadzieja, że to jakiś rodzaj zemsty. Porachunki.

 

Aż do dziś rano, gdy technicy podesłali id wczorajszej ofiary. Stephen Declan. Czysty. Naukowiec. Już wczoraj miał złe przeczucia, gdy usłyszał jakie było narzędzie zbrodni.

 

Seryjny, z zamiłowaniem do medycyny. Wnioski jednoznaczne.

 

Co oznacza, że sprawa robi się grząska. Jeśli to seryjny, już dawno byłby albo Czystym, albo w Zonie, czekając aż stanie się zabawką jakiegoś Czystego.

 

Z zamyślenia wyrwał go mechaniczny, kobiecy głos:

 

– Nadchodzące połączenie, do: inspektor Kalevi Lothander.

 

– Przekaż! – wydał polecenie.

 

– Witaj, inspektorze – odezwał się dystyngowany, męski głos. – Kontaktuję się w sprawie pańskiej aplikacji. Czy ma Pan czas się spotkać, czy mam zgłosić się po pracy?

 

– Nie, oczywiście, że mam czas – odpowiedział Lothander, bo wiedział, że ludzie z Ministerstwa nie czekają na nikogo.

 

– Świetnie. Wyślę po Pana limuzynę. Będzie na waszym lądowisku za pół godziny.

 

– Dziękuję – odpowiedział inspektor.

 

– Do zobaczenia niebawem – odezwał się rozmówca i przerwał połączenie.

 

Lothander wrócił do obserwacji ekranu, na którym widniały złożone pod piersią ręce wczorajszej ofiary.

 

 

 

Luksusowy pojazd mknął nad zabudowaniami kolejnych sektorów, pędząc ku samym centrum gigantycznego miasta. Lothander rozsiał się wygodnie na kanapie z prawdziwej skóry i, popijając wodę z sokiem, oglądał zapierające zawsze dech w piersiach widoki.

 

Przed nimi wbijał się w niebo rząd niebotycznych budynków w nieco gotyckim stylu, a zaraz za nimi majaczyła na horyzoncie kolosalna sylwetka siedziby parlamentu i rządu.

 

Gdy wlecieli między strzeliste wieże, Lothander nie mógł nie westchnąć w podziwie. Chociaż ten zachwyt nagle wymieszał się z jakąś nutką niechcianej refleksji.

 

Mimo pięknej nazwy budynków, która brzmiała Świątynie Ukojenia, były one pomnikiem zupełnie niepięknej dla niektórych rzeczywistości.

 

Były bowiem monumentem i podstawą pierwszego w dziejach ustroju, który przywrócił psychopatów i zboczeńców na łono społeczeństwa.

 

Więcej, uczynił z nich kastę ideologicznie uprzywilejowaną.

 

Próbował odrzucić te niepoprawne politycznie myśli, choć przecież w mózgu podsłuchu nikt mu nie zainstaluje. Niemniej, czekający go już bardzo niedługo test kierował jego uwagę dokładnie w tę stronę, mrocznych rozmyślań na granicy świadomości.

 

– Lądujemy za pięć minut. Czy mogę coś jeszcze dla Pana zrobić? – spytał kierowca.

 

– Nie, dziękuje – odpowiedział, wyrywając się z zamyślenia.

 

 

 

Gabinet wiceministra ds. aplikacji był urządzony bardzo prosto i z gustem. Wszystkie meble modernistyczne, żadnej przewidywalnej stylizacji na francuski antyk. Na prawej ścianie wisiał ogromny obraz, przedstawiający średniowiecznych łuczników na polowaniu. Na lewej ścianie zaś, oprócz panoramicznego ekranu, zawieszono w oddzielnych, granatowych ramach eksponaty ze zgoła innego gatunku „sztuki". Topory zwykłe i ceremonialne, siekiery, tasaki i labrysy, a nawet jeden berdysz na długim drzewcu. Nawet na czarnym i lśniącym biurku wiceministra stała replika rzymskiej rózgi liktorskiej, z wprawionym weń toporkiem. Ta cała kolekcja replik broni sieczno-obuchowej wiele mówiła o tym, czym zajmował się rezydent biura po pracy, w czasie wizyt w Świątyni Ukojenia.

 

– Witam, Panie Lothander. Jestem wiceminister Holmberg.

 

– Witam – powiedział inspektor i chwycił wyciągniętą rękę mężczyzny w średnim wieku, z nienagannie dopasowanym garniturem na sobie. Przedstawianie się było zbyteczne, bo każdy wiedział kim był wiceminister. Osobą w Ministerstwie Kontroli, która otwiera bramy raju.

 

– Proszę usiąść. Kawy, herbaty, coś mocniejszego?

 

– Kawy. Jestem na służbie.

 

– Oczywiście – spojrzał na niego, a jego twarz nie wyrażała absolutnie nic. – Cenię sobie profesjonalizm, w każdej z jego wielu odmian.

 

Podszedł do automatycznego podajnika i zamówił dwie filiżanki kawy. Po chwili już rozmawiali, racząc się znakomitym, czarnym jak noc napojem.

 

– Mogę od razu zapytać, po co zostałem wezwany? Jeśli nie będzie to niegrzecznością z mojej strony.

 

– Ależ skąd. Mam dla Pana jedynie dobre wieści. Zadałem sobie trud osobistego przejrzenia Pańskiej aplikacji do grona Czystych. Muszę powiedzieć, jestem pod wrażeniem.

 

– Dziękuje.

 

– Ma Pan znakomity przebieg kariery. Brak wykroczeń służbowych, znakomite wyniki testów psychologicznych, odesłał Pan też czterdziestu dwóch przestępców do Zony, gdzie ich miejsce. Imponujące.

 

– Wykonuję moją pracę. Tak, jak mnie nauczono – odpowiedział.

 

– W dodatku skromny i rzeczowy, jak widzę – wiceminister starał się brzmieć grzecznie, mimo, że jego głos był całkowicie wyprany z wszelkich emocji. – Testy psychologiczne i wizytacje wykazały w dodatku, że kontroluje Pan swoje pragnienia… – zaakcentował nieprzyjemnie słowo. -… w stopniu doskonałym, znajdując nieszkodliwe i zgodne z prawem ujścia dla nich. Mógłby Pan być wzorem dla innych.

 

Nie odpowiedział.

 

– W każdym razie, mam wspaniałą wiadomość – kontynuował minister. – Ustawiłem już datę Pańskiego ostatecznego testu. W piątek za tydzień. Zadowolony?

 

– Bardzo, Panie wiceministrze – powiedział i dopił kawę.

 

– Ode mnie to wszystko. Chciałem właściwie, poprzez osobiste przekazanie wieści, pokazać tylko, że zależy nam na ludziach takich jak Pan. Czy ma Pan coś do dodania?

 

– Nic, oprócz tego, że czuję się zaszczycony.

 

– Zatem żegnam, i widzimy się na Pańskim teście.

 

Wymienili kolejny uścisk dłoni, a potem Lothander wstał i udał się już do wyjścia. W połowie drogi zatrzymał go jednak głos polityka:

 

– Panie Lothander, mogę jeszcze chwilkę?

 

– Oczywiście.

 

– To trochę niezręczne pytanie, ale trudno… Wybieram się w ten weekend z nadkomisarzem Milehamem i kilkoma znajomymi na polowanie na drugą półkulę. Brakuje nam jednego sprawnego strzelca, a mówiono mi, że jest Pan jednym z najlepszych. Nie miałby Pan ochoty ustrzelić paru Nieczystych?

 

– Z przykrością muszę odmówić – odpowiedział ostrożnie. – Mam teraz na głowie śledztwo i mogę być potrzebny na miejscu.

 

– Rozumiem. Przepraszam w takim razie za narzucanie się.

 

 

 

Wrócił do domku, ulokowanego na „przedmieściach" centrum miasta, niemal przy samej granicy sektorów, w których żyli Czyści. Wszedł od razu do kuchni, zagrzał sobie wczorajszy obiad i zjadł go bardzo szybko. Potem usiadł przed wyłączonym telewizorem i wyjął palmtopa. Zaczął przewijać listę instytucji, w których pracowały niegdyś zamordowane osoby. Same najlepsze placówki, w dodatku naukowcy dostali się do niektórych, zanim zostali Czystymi, a to było już niezłe osiągnięcie.

 

Nagle usłyszał rozsuwające się drzwi wejściowe.

 

Po chwili w salonie pojawiła się jego żona z córeczką. Dziewczyny wróciły roześmiane, bo właśnie przepuściły jego premię za ostatni miesiąc w centrum handlowym. Marie podeszła do niego, usiadła obok na kanapie i pocałowała go. Bardzo mocno i bardzo długo.

 

– Co robiłeś, kochanie? – spytała. – Nie mów mi, że pracujesz w domu?

 

– Pracuję w domu – odpowiedział chłodno.

 

– Mogłam się spodziewać… Podoba ci się? – spytała i potrząsnęła głową.

 

Była oczywiście u fryzjera. Ścięła się na krótko, zostawiając z przodu dłuższą grzywkę, opadającą na lewą stronę czoła. Dokładnie tak, jak lubił.

 

– A jak myślisz? – odłożył palmtopa i spytał zadziornie.

 

– Że bardzo – powiedziała takim głosem, że od samego brzmienia robiło się gorąco.

 

Wtedy dobiegła do nich Mikaela. Jedenastolatka stanęła, tupnęła nóżką i zaczęła się domagać piskliwym głosikiem:

 

– Tato, tato, a zobacz co sobie kupiłam?

 

Po dwudziestominutowej demonstracji kolejnych wymyślnych sukieneczek, dziewczynka zadowolona uciekła na górę. Marie wtuliła się w niego, a on wydał komendę głosową i telewizor włączył się. Na pierwszym kanale państwowej telewizji miał przemawiać prezydent. I istotnie, po chwili pojawiła się czerwono-złota flaga, a potem twarz starszego mężczyzny o bystrych, ale zimnych stalowoszarych oczach i w tupeciku zasłaniającym łysinę. Zaczął mówić, przerywając co chwila, by zademonstrować w uśmiechu sztuczne zęby:

 

– Obywatele, Czyści! Zwracam się do was, by przypomnieć wam o ważnym dniu. Jak wiecie, u podstaw naszej historii stoi tragiczny wypadek. Niemal trzysta lat temu, kosmiczne wrota, które umożliwiały podróż i komunikację między naszą planetą, a resztą ludzkości, zostały zniszczone w katastroficznym zderzeniu z kometą. Była to niepowetowana strata. Nasza kolonia została odcięta od macierzy i nie mieliśmy dość ludzi, ani dość technologii, aby ją naprawić. Musieliśmy zostać tu i walczyć o przetrwanie. W tych burzliwych czasach, pojawiła się idea. Idea, która zmieniła wszystko. Czemu musimy dzielić wszystko na dobro i zło? Czy nie jest tak, że każdy wielki człowiek odczuwa pragnienia, które nie mieszczą się w ramach konwencji społecznych? Czy musimy przekreślać takich ludzi, jeśli są tak wartościowi? I czy pewni ludzie nie są obiektywnie bardziej społecznie szkodliwi i bezużyteczni, niż łamiący przestarzałe normy moralne?

 

Przerwał, by słuchający mogli docenić wagę słów. Podjął temat po chwili:

 

– Odpowiedzieliśmy na te pytania i zbudowaliśmy wielkie miasto, żywy dowód na słuszność naszej idei, na światłość naszego rozwiązania. Ludzie, niegdyś prześladowani, dziś stali się podporą dla społeczeństwa. Tych zaś, co nie zasługują na żadne prawa, usunęliśmy poza nawias ludzkości. Spójrzcie gdzie są ci, którzy nie uwierzyli. Parę lichych osad na południu, komuny tak brudne i wynaturzone, że ich mieszkańcy nawet już nas nie przypominają. Zwiemy się Czystymi, bo obmyliśmy się z norm obłudnej moralności, pozbywając się wstydu za to, kim jesteśmy i społecznego wykluczenia, które rujnowało nasze życia tylko z powodu mroczniejszej, ale i nieodłącznej, elementarnej strony ludzkiej natury. Nasza idea zwyciężyła i dała początek nowemu obliczu ludzkości.

 

Spojrzał przed siebie, tak wymownie, że miało się wrażenie, że mówi do ciebie konkretnie:

 

– Za dwa tygodnie. Za marne dwa tygodnie, odnowimy naszą więź z macierzą. Pokażemy ludzkości, jakie piękne dzieło stworzyliśmy. Pokażemy lepszą drogę! Zapraszam was wszystkich na uroczystość z okazji zbudowania potężnej stacji kosmicznej, która wyśle nasz głos w gwiazdy!

 

Po chwili prezydent zniknął i ukazały się trójwymiarowe plany rzeczonego obiektu, z naukowym komentarzem. Wyłączył nudziarstwo i spojrzał na piękną twarz Marie.

 

– Wiesz o czym myślę? – spytał bardzo powoli.

 

– Kochanie, ale Miki jeszcze nie śpi…

 

– Jest tak zajęta szczebiotaniem przez komputer z koleżankami, że nic nie usłyszy. Poza tym, kiedyś i tak w końcu…

 

Nie dokończył. Nagle przerwał mu głos:

 

– Nadchodzące połączenie do: inspektor Kalevi Lothander.

 

– Nie odbieraj, a pójdę z tobą nawet z miejsca – zaryzykowała negocjacje żona i zrobiła bardzo wymowną minę. Bardzo wymowną.

 

– Wiesz, że muszę – odpowiedział i wstał, symulując wciąż głęboką rozpacz.

 

– Przełącz do pracowni – powiedział i zamknął się w małym pokoiku obok.

 

Usiadł na podniszczonym fotelu, położył nogi na biurko.

 

– Słucham – odebrał, otwierając butelkę z wódką.

 

– Lothander, gdzie ty do ciężkiej cholery jesteś? – usłyszał zagniewanego Milehama.

 

– W domu, szefie. Mam życie i rodzinę, zapomniałeś – powiedział i wypił łyk z gwinta.

 

– Nie obchodzi mnie to. Jest kolejny zdechlak.

 

– Gdzie?

 

– Pustostany na samiuśkiej granicy Zony. Jeszcze świeży.

 

– Ktoś tam jest?

 

– Jacyś stójkowi. Dlatego masz ruszyć tyłek na komendę, zebrać Majewski i lecieć tam, zanim technicy zjawią się z maszynami. Zrozumiano?

 

– Tak. Już się ruszam.

 

 

 

Okropne, kwadratowe bloki atakowały wzrok powybijanymi oknami i odchodzącą elewacją. Za nimi był już tylko wielki mur, który oddzielał ludzi od mieszkańców Zony. Nic dziwnego, że prawie nikt tu nie mieszkał. Żaden Obywatel, którego nie zmusiło do tego bankructwo lub podejrzane pochodzenie, nie zamieszkałby tak blisko Zony.

 

Kate Majewski, porucznik Korpusu i zwykle jego prawa ręka, spojrzała na przełożonego. Przytaknął i opuścili bezpieczną okolicę samochodu. Ruszyli do jednego z rozpadających się bloków, po drodze nakładając rękawiczki i wyjmując podręczne detektory.

 

Na schodach spotkali kilku gliniarzy, którzy zasalutowali im od razu i wskazali miejsce zbrodni.

 

Mieszkanie było całkowicie puste. Nikt tu nigdy nie żył. Jedyną osobą, która pojawiła się tu kiedykolwiek, był zbrodniarz. Ukrył tu swoją ofiarę.

 

Denat leżał na podłodze, rozłożony na kształt krzyża. Jak poprzednio, brak widocznych śladów na ciele. Blada twarz szybko starzejącego się czterdziestolatka, szczegółami zdradzająca azjatyckie pochodzenie, miała wyraz niemal błogi. Oczy, też zwyczajowo, zamknięte. Żadnych widocznych zabrudzeń na eleganckim ubraniu ofiary.

 

Kate uklękła przy zwłokach, pobrała próbkę skóry i przepuściła przez skaner DNA. Baza, na szczęście, działała znów bez zarzutu. Po chwili przyszedł wynik.

 

– John Miyashita. Czysty. Technik komunikacyjny, lat 43.

 

– Wzór się powtarza – wymruczał Lothander. Jednocześnie oddalił się od ciała, zaczął chodzić po mieszkaniu z detektorem. Urządzenie sprawdzało wszystkie widoczne i niewidoczne gołym okiem ślady. Których niestety brakowało.

 

– Znowu nic – powiedział, ze śladem złości w głosie. – Praktycznie można by odwołać techników. Nic tu nie ma, poza kurzem.

 

– Zobaczymy, Kal – powiedziała Majewski i podniosła się znad trupa. – Nie jestem w stanie określić przyczyn zgonu. Potrzeba specjalistycznego sprzętu.

 

– Czyli czekamy?

 

– Czyli czekamy – potwierdziła.

 

 

 

Było już całkiem późno, ale mimo to siedzieli na komendzie. Mileham pofatygował się osobiście. Wiadomo, sprawa zaczynała się za bardzo rzucać w oczy, a nadkomisarz, jako Czysty, powinien szczególnie dbać o szybkie zajęcie się takimi przypadkami. Siedzieli więc przed ekranem w sali zebrań i zbierali mozolnie wszystko do kupy.

 

-… i tu dochodzimy do trzeciej ofiary. Miyashita – mówił aspirant profesjonalnie. Niezwykle niski ton jego głosu buczał w uszach i nie pozwalał się skupić. – Wzór niby ten sam. Zabity medycznym sposobem. Wywołano zespół serotoninowy, nieludzką dawką zwyczajnego SSRI. Potem ciało oczyszczono, ubrano odświętnie i przetransportowano do pustostanu. Jest jednak zaburzenie wzoru, czy może raczej nowy dodatek.

 

– Ułożenie ciała – wtrącił zanudzony Lothander.

 

– Dokładnie. Ciało miało wyraźnie leżeć tak, by od razu przywoływać na myśl kształt krzyża.

 

– Czy to może świadczyć o chrześcijańskim przesłaniu? – zapytała Majewski.

 

– No pięknie, cholera – burknął nadkomisarz. – Nie dość, że podejrzane politycznie, to teraz jeszcze ideologicznie. Dlaczego akurat musi się to dziać na terenie mojej jurysdykcji?

 

– Niekoniecznie chrześcijańskie – Lothander zignorował narzekania przełożonego. – Może ma się po prostu kojarzyć z pogrzebami, cmentarzami, całym tym antycznym obrządkiem.

 

– Ale czemu? Co on chce nam powiedzieć? – zastanawiała się na głos Majewski.

 

– Cholera wie. Czuje się jednak pewniej przy wzorkach z flaków i malunkach krwią. Są standardowe…

 

– Dobra, nie ma sensu udawać psychiatrów. Majewski, ty zrobisz mi jutro przegląd wszystkich szumowin podejrzanych o chrześcijańskie odchyły. Lothander, ty jedziesz do dr Hale'a i wypytasz go o psychologię naszego nowego znajomego. Teraz do domów, już! – po tych słowach nadkomisarz opuścił pomieszczenie z bardzo pochmurną miną.

 

 

 

Świątynie Ukojenia były sprawny przedsiębiorstwem. Twoją pasją jest cięcie ludzi na kawałki piłami mechanicznymi? Zapisują cię do sekcji szóstej i już. Lubisz gwałcić nastolatki przebrane w licealne mundurki? Zgłaszasz się do sekcji piętnastej i możesz to robić nawet codziennie. Jedynym, co cię kręci, jest wyrywanie ludziom bębenków usznych i robienie z nich wyklejanek przy dźwiękach Mozarta? Znajdzie się i sekcja od tego. Oczywiście, jeśli Czysty spróbowałby się pobawić poza daną Świątynią i popróbować tego na Obywatelach, natychmiast zostałby skazany bez procesu i wylądowałby w Zonie, gdzie szybko schwytano by go i wróciłby do Świątyni w charakterze obiektu rekreacji dawnych pobratymców.

 

Te myśli krążyły po głowie Lothandera, gdy szedł przyciemnionymi korytarzami, mijając rzędy drzwi do perfekcyjnie wyciszonych placów zabaw dla Czystych.

 

W końcu trafił do pokoju, w którym relaksował się Hale. Nacisnął przycisk na panelu:

 

– Witam, doktorze Hale. To ja, Kalevi Lothander z Korpusu Oczyszczenia. Umówiłem się z Panem rano, pamięta Pan?

 

– Tak – usłyszał dziwnie rozedrgany głos lekarza. – Proszę udać się do kafejki i spotkamy się tam za piętnaście minut. Trochę… przedłużyła mi się wizyta.

 

Lothander wrócił się wiec i zajął stolik w stylowej kawiarni na samej górze Świątyni, pod główną wieżą. Widać było stąd dobrze jasną, niebotyczną ścianę budynku rządowego. Po kilkunastu minutach zjawił się Hale. Nieco otyły pięćdziesięciolatek, jeden z najbardziej utalentowanych chirurgów, jaki pojawił się w historii planety, a przy okazji ekspert w przypadku seryjnych morderców o zamiłowaniach wynikających z zawodu lekarza.

 

Dr Hale oddawał się bowiem krojeniu ludzi z pasją i po pracy. Rozumiał ich.

 

Podali sobie ręce, zamówili po kawie i zaczęli rozmowę. Lothander przedstawił całą sprawę i dał chirurgowi chwilę na myślenie.

 

– Intrygujące – zaczął Hale. – Zwykle seryjni z fetyszem medycznym lubują się w dzieleniu zwłok na części pierwsze, a nie na traktowaniu ich popularnymi medykamentami i aparatami.

 

– I trudne do przejrzenia – potwierdził Lothander. – Dlatego zwracam się do Pana.

 

– Hmm… Nie wiem w ogóle, czy będę w stanie coś poradzić. To tak bardzo odbiega od naszej normy. Nawet narzędzia, które wybiera. Bez sensu. Zupełnie nieefektowne, praktycznie bezbolesna i natychmiastowa śmierć. Co w tym ekscytującego?

 

Inspektor przemilczał uwagę.

 

– Jeszcze te religijne, pogrzebowe skojarzenia. Większość, Pan wybaczy słowo, psychopatów traktuje ofiary jak mięso. Nie przejmują się dalszym losem zwłok, chyba, że chcą się pochwalić światu dziełem. Tu nie ma żadnego dzieła.

 

– Widzi Pan jakieś możliwości, czy jest to kompletnie beznadziejne?

 

– Widzę dwie. Albo ten człowiek ma obsesję na punkcie porządku, czystości i jednocześnie potrzebę zabijania. Mówił Pan, że miejsca porzucenia zwłok są profesjonalnie oczyszczone ze śladów? To mogłoby być to. Pasowałoby do lekarza, który żyje w kulcie sterylności.

 

– Albo? – naciskał inspektor.

 

– Albo to w ogóle nie jest seryjny.

 

 

 

Był piątek, więc po pracy nadszedł czas na wieczorny wypad z Marie. Tym razem była to opera. Co miesiąc na komendzie rozdawali zaproszenia dla Obywateli, w celu promocji kultury. Ubrali się więc w najlepsze ciuchy i udali do sektora dla Czystych.

 

Po przedstawieniu wracali taksówką przez ciemne niebo nad miastem.

 

Marie trzymała mu głowę na ramieniu. Czuł słodki, ale dyskretny zapach jej perfum. Masowała mu delikatnie kolano dłonią w białej, długiej rękawiczce ze znakomitej skóry.

 

– Podobało ci się? – spytała szeptem.

 

Przytaknął. Opera rzeczywiście była wspaniała. Elektroniczna muzyka, raz spokojna, a raz pełna zgrzytów i osiem głosów tak pięknych i czystych, że wrażliwsi płakali na ich dźwięk. Muzyka była pełna walczących sprzeczności, pasji i gniewu. Skomponował ją maestro, o którym mówiono, że dźwięki układają się w jego głowie w momencie, gdy podrzyna gardło swojej ofiary. Wspaniałe. Główny tenor też był gwiazdą sezonu. Pomagała mu działająca na wyobraźnie, burzliwa przeszłość. Pochodził z Zony i zatrzymano go z przeznaczeniem do Świątyni. Gdy jednak jeden z Czystych usłyszał jego głos, tak się wzruszył, że załatwił mu personalne ułaskawienie od prezydenta. Precedens w skali światowej.

 

Ogólnie, ten sezon obfitował w ciekawe przedstawienia.

 

Resztę drogi spędzili w słodkim milczeniu, przytulając się czule. Gdy wrócili do domu, odprawili natychmiast opiekunkę. Była nowa, więc nie spodziewała się tak dobrej zapłaty. Lothander westchnął cicho, gdy Marie wręczała pieniądze za usługę. Jego żona zwolniła poprzednią opiekunkę, bo ciocia i wuj dziewczyny wylądowali w Zonie. Lothander lubił tamtą, ale zdanie żony przeważyło: na jego stanowisku trzeba dbać o to, kim się otacza.

 

Nie poruszył tematu, nie chciał psuć wieczoru. Usiedli z żoną na kanapie i postanowili pobyć po prostu trochę razem. Nalali sobie po lampce wina i rozmawiali o wszystkim, oprócz pracy Lothandera. W pewnym momencie, gdy zrobiło się bardzo intymnie, Marie spytała:

 

– Masz dziś ochotę?

 

– Tak – skłamał krótko.

 

– To dobrze – pokazała na rękawiczki. – Mam już na sobie skórę i od razu myślę tylko o jednym… już widzę siebie na klęczkach – roześmiała się ślicznie.

 

Poszedł przodem, zapalił światło w garażu i zaczął sprawdzać sprzęt. Pomieszczenia nigdy nie używał do trzymania pojazdu, bo wożono go wszędzie od lat. Takie przywileje oficerów Korpusu. Wyciszyli je więc i zaopatrzyli, aż za bogato.

 

Pamiętał pierwszy raz, gdy dali się ponieść mroczniejszej części swych natur. Było tu jeszcze wtedy pełno pudeł i gratów. Spytała go poważnie, czy byłby w stanie zabić podczas seksu, gdyby za bardzo się zapamiętał. Odpowiedział, że tak.

 

Trafił na odpowiednią partnerkę. Podnieciło ją to tylko bardziej.

 

Lecz dziś, kiedy wiązał jej ręce za plecami, kiedy kneblował ją i wiązał w jednocześnie wyrafinowany i bolesny sposób, robił to machinalnie. Nie czuł nic.

 

Nie przyszło to wszechogarniające uczucie, ta fala napięcia wymieszanego z ekstazą, gdy przeistaczał się w jedynego pana bezbronnego życia przed sobą.

 

Nie mógł oczyścić umysłu. Myślał o sprawie.

 

Mimo to, nie spieszył się, nie forsował końca. Dał swojej żonie, co chciała i dopiero potem uciekł do swojej pracowni, po krótkim „dobranoc" i gorącym pocałunku.

 

Nie mógł zasnąć. Otworzył butelkę, wyjął palmtopa i przeglądał korporacyjne dane na temat wybijanych naukowców. Już wczoraj zauważył jeden trop, którego nie zdążył jeszcze dokładnie zbadać. Mianowicie, w różnych okresach, w prostym jak strzała przebiegu karier ofiar pojawiały się drobne luki. Czasem miesiąc, czasem półtora roku. Wykluczył urlopy, choroby czy, w przypadku Chow, możliwość macierzyństwa.

 

Na pewno warto było pociągnąć dalej ten wątek.

 

Było już sporo po północy. Przymykały mu się trochę oczy, ale analityczny umysł nie dawał mu odpuścić, kazał wymyślać scenariusze, szukać możliwości.

 

Z zamyślenia wyrwał go sygnał przychodzącej rozmowy.

 

– Numer nieznany do: Kalevi Lothander.

 

Chwile zastanawiał się. Kto mógł dzwonić o tej nieludzkiej godzinie i nie z komendy?

 

– Odbierz – wyszeptał po chwili. – Lothander.

 

– Kal? – usłyszał znajomy, acz dawno nie słyszany głos.

 

– Tim? – spytał, zdziwiony ponad miarę.

 

– Wiedziałem, że nie będziesz spał. Tyle lat, a ty nigdy się nie zmieniasz. Słuchaj, masz może ochotę wyskoczyć na miasto, pogadać?

 

– Teraz?

 

– Czemu by nie. Właśnie wróciłem z inspekcji placówki naukowej na biegunie i chętnie bym się rozgrzał, jeśli wiesz o czym mówię. Poza tym, znam cię. Jak nadal pracujesz, to uśniesz dopiero dwie godziny przed budzikiem. Nie daj się prosić.

 

– Dobra, masz mnie. Podjedziesz za…?

 

– Piętnaście minut. Weź płaszcz. Jest trochę zimno.

 

 

 

Timo Utrio nic się nie zmienił. Wyglądał dokładnie tak, jak w dniu gdy opuszczali uniwersytet i ruszali walczyć o swoje w tym pokręconym świecie. Jasne, wiecznie nieuładzone włosy, ciemne i ciągle wodzące na boki oczy, perfekcyjnie utrzymana muskulatura piłkarza i nieodłączny papierosek w ustach. Wiele zmieniło się między nimi. Z kumpli, weteranów wspólnych popijaw i akademickich wygłupów, stali się znajomymi, którzy dzwonią do siebie dwa razy na rok, by porozmawiać o pogodzie i podatkach. Dzieliła ich też bariera klasy, bo Tim już od dawna był Czystym, pracował w jakimś ministerstwie na wysokim stanowisku. Lothander został w sektorach dla Obywateli i oczyszczał ulicę z tych, co nie potrafili ograniczyć się do Świątyni, albo łamali prawo dla zysku. Dwie różne osoby, dwa różne światy. Ale inspektor cieszył się z propozycji kolegi.

 

Podjechali do małego barku niedaleko dzielnicy domków. Rozsiedli się w kącie, zapalili papierosy i oddali się niezobowiązującej rozmowie. Timo nawijał o balach, wpadkach polityków i swoich zarobkach, Lothander o żonie, wychowywaniu dziecka i zabawnych postaciach Korpusu. Wreszcie, po trzecim drinku, pojawił się inny temat.

 

– Kiedy masz ostateczny test? Słyszałem, że się szykujesz.

 

– W przyszłym tygodniu – odpowiedział, wyraźnie zmienionym tonem.

 

– Martwisz się? – Tim zrobił nieco rozbawioną minę.

 

– Nie.

 

– Eee tam, mnie nie oszukasz. Od razu zacząłeś burczeć jak przestarzały silnik. Stary, nie ma się czego bać. Uwierz, byłem tam, odwaliłem robotę i voila, jestem tutaj, szastając kasą na prawo i lewo.

 

– Optymistyczne…

 

– Prosta zabawa. Wchodzisz, podłączają cię pod wykrywacze kłamstw i inne takie. Robisz prosty test psychologiczny. Potem biorą cię do Świątyni i sprawdzają, jak reagujesz na możliwość bezkarnego oddawania się swoim potrzebom. Czy potrafisz przerwać, kiedy ci każą. Czy potrafisz spokojnie wrócić do swoich zajęć po takiej sesji. Potem ewentualnie drugi teścik, rewaluacja twoich osiągnięć i idziesz do domu, oznaczony jako Czysty.

 

– Brzmi prosto – stwierdził kurtuazyjnie. Odwrócił nagle głowę.

 

Do baru wszedł łysiejący, niedogolony mężczyzna w płaszczu. Usiadł przy ladzie i zamówił butelkę whisky. Postawił przed sobą alkohol, szklankę, nalał sobie do pełna i zapalił cygaro.

 

– Znajomy? – spytał Timo.

 

– Tak jakby.

 

– A więcej?

 

– Koleś pracował w Korpusie – przyciszył głos. – Odwalił dwadzieścia lat wzorowej służby, za którą dostał tylko lakoniczne wymówienie i psią rentę. Załamał się.

 

– Żałosne…

 

– Poczekaj, to nie wszystko. W zeszłym roku, gdy Partia Czystych stwierdziła, że w parlamencie powinno być więcej Obywateli, koleś został wybrany i zbiera teraz taką dietę, że kupiłby moje całe życie jednym czekiem. Niesamowite.

 

Tim wbił plecy mocniej w oparcie kanapy, skrzyżował nogi pod stołem. Wzniósł szklankę i wlali w siebie kolejnego drinka. Potem wyjął papierosa i przypalił. Po dwóch porcjach dymu, odłożył go na popielniczkę i zaczął mówić, nieco mentorskim tonem:

 

– Ten staruch jest dokładnie jak Czyści. Jak my. Nasi poprzednicy.

 

– Czemu?

 

– Przez lata żyliśmy w ciągłym zastraszeniu. Ciągłym przekonaniu, że jesteśmy gorsi. Jedno pragnienie, jedna obsesja, której przecież nie chcieliśmy, przekreślała całe nasze życie. Więc tłumiliśmy wszystko w sobie. Czasem następował wybuch i wtedy odsuwano nas na boczny tor życia, do więzień albo i za bramy śmierci, dokładnie jak tego biedaka.

 

– Nie wiem, dokąd zmierza ta paplanina. Spiłeś się?

 

– Przyszedł jeden kryzys, jeden lokalny przecież problem, i zobacz – zignorował uwagę. – Jesteśmy na górze. Bo umieliśmy lepiej przetrwać. Bo nic nas nie hamowało. Musieliśmy prowadzić ludzi, którzy nami gardzili, bo oni w obliczu braku nadziei skamienieli.

 

– Coś w tym jest… może – Lothander nie miał filozoficznego nastroju.

 

– Naprawdę, Kal, jesteś świetnym partnerem do rozmowy. Mógłbym mówić do swojego komputera i konwersacja byłaby bardziej obustronna.

 

– Przepraszam. Zły tydzień.

 

– Praca?

 

– Trudne śledztwo.

 

Milczeli chwile. Nagle Tim zaczął znów, nieco konspiracyjnym tonem:

 

– Słuchaj, będziesz niedługo Czystym. Otworzą się przed tobą nowe możliwości. Wiem osobiście, że w ministerstwach porobiło się sporo wakatów. Stanowiska trudno dostępne dla Obywateli. Skończ z Korpusem. Mogę się udać w parę miejsc, popić z paroma osobami i dostaniesz pracę dużo lepszą i spokojniejszą, niż ganianie z gnatem za idiotami.

 

Lothander przetarł oczy, złapał się z podbródek. Jeszcze jedna taka noc, pomyślał, a dostanę permanentnych worów pod oczami, jak opity zgred. Po czym odpowiedział:

 

– Atrakcyjna propozycja, ale nie jestem przekonany. Zrozum, zbudowałem sobie reputację i zyskałem szacunek zarówno tych z dołu, jak i tych z góry. Moje życie jest porządnie skonstruowane. Praca, żona, dziecko, dom i inne pierdoły. Rozumiesz?

 

– Wszystko, co złożone, podlega zniszczeniu. Bez wytchnienia dąż do celu – odpowiedział tajemniczo, aforyzmem.

 

Oczy Lothandera zrobiły się wielkie jak talerze. Przyciszył bardzo głos i skarcił Timo:

 

– Czy ty oszalałeś? Przecież to z Buddy. Mam ci przypomnieć, że każdy lokal w sektorze Obywateli może być na podsłuchu?

 

– Widzisz… – uśmiechnął się. – Tą lekcję też zapamiętaj przed swoim wielkim dniem.

 

– Jaką?

 

– Czysty może więcej.

 

 

 

Siedział za swoim biurkiem, gdy do pokoju wpadła wyraźnie podekscytowana Majewski. Rzuciła mu palmtopa przed nos. Na ekranie widniała twarz mężczyzny.

 

– Co? – burknął, bo akurat był zajęty.

 

– Mamy podejrzanego.

 

– Jak to? – teraz naprawdę był zaskoczony.

 

– Odwaliłam kupę dobrej roboty, pogrzebałam w archiwach i podzwoniłam po komendach. I mamy kolesia, który pasuje do sprawy jak ulał. Czytaj.

 

Posłuchał. Zagłębił się w lekturę, a Majewski przysiadła na skraju biurka i czekała.

 

Skupił wzrok. Długowłosy, brodaty człowiek z nieco semickim nosem i opaloną skórą patrzył na niego ze zdjęcia. Ciemne włosy i ogólny fenotyp kojarzył się z ziemskim regionem śródziemnomorskim. Zaczął przewijać dane.

 

Adam Papandreou.

 

Urodzony jako Obywatel. Rodzina grecko-włosko-brytyjska. Edukacja przebiegała wzorowo, potem przyjęty do Akademii Medycznej. Zrezygnował po trzech latach. Złapany przy próbie morderstwa, co zszokowało, bo testy psychologiczne miał zupełnie nieciekawe. Oblał test na Czystego i zesłano go wprost do Zony. Tam prowadził przez chwilę nielegalną klinikę, a potem rozpłynął się w powietrzu. Jeśli wierzyć danym, bo Korpus nie wgłębia się za bardzo w losy Nieczystych. W każdym razie, nie złapano go nigdy na potrzeby Świątyń.

 

– Nie wiem… – zaczął. – Nie jestem przekonany.

 

– Ma pojęcie o sprzęcie lekarskim. Ma skłonności. Nienawidzi Czystych, bo odrzucono jego aplikację – Majewski broniła swojej teorii.

 

– Czemu dopiero teraz zacząłby zabijać? Jak się dostał do sektorów dla Obywateli?

 

– A jak ktokolwiek się dostaje? O to pytaj obsadę Korpusu z Wielkiego Muru.

 

– Naciągane.

 

– Wcale nie! – oburzyła się i niemal wydęła poliki jak dziecko. – Poza tym pochodzenie warunkuje głębokie korzenie chrześcijańskie, i to z dwóch obrządków tej religii. Wyjaśniałoby to całą tą symbolikę i miłosierne uśmiercanie ofiar. To musi być on.

 

– Może. Nie wiem, Kate. Naprawdę. Ta sprawa mnie trochę ogłupia.

 

Powiedział tak, bo to była prawda. Nie był przyzwyczajony do rozwiązywania takich spraw. Może dlatego, że zwykle seryjni mordercy byli po ich stronie.

 

– Nieważne, Kal. Szef to kupił. Właśnie przeszukują wszystkie bazy w poszukiwaniu znanych zgromadzeń chrześcijańskich w Zonie. Nawet nie wiesz ile tego jest, te szczury mnożą się chyba bez opamiętania. W każdym razie, będziemy mieli prawdopodobną kryjówkę Papandreou. Szykuj się na wjazd. Będzie zabawa.

 

 

 

Wsiadł do radiowozu, drzwi zasunęły się za nim. Majewski siedziała na fotelu kierowcy. Włączyła wszystkie systemy i po chwili dało się już usłyszeć głośny szum silników startowych. Porucznik uśmiechnęła się do niego. Po paru minutach silniki ryknęły i radiowóz ruszył pionowo w górę, a potem wyrwał do przodu jak oszalały.

 

Po niebie sunął już konwój, nawet przez huk dało się usłyszeć syreny. Lothander włączył sygnał, który docierał do satelitarnej nawigacji wszystkich kierowców lecących teraz w promieniu kilometra i informował o konieczności zmiany trasy. Dołączyli do reszty pojazdów. Oprócz trzech innych radiowozów, w grupie leciały też duże, nieco zbyt topornie furgonetki. Wozy Wyłapywaczy. Te, które podróżowały do Zony i przewoziły stamtąd ludzkie zabawki dla Czystych. Nigdy nie czuł się komfortowo w okolicy tych, niezależnie od politycznej poprawności, niepokojących pojazdów.

 

Mijali wieżowce i dzielnice stylizowane na amerykańskie przedmieścia, takie, w jakich znajdował się dom inspektora. Potem zabudowania pod nimi zaczęły się stawać coraz brzydsze i biedniejsze. Lecieli teraz nad swoim sektorem jurysdykcji, a zaraz miną Wielki Mur i wlecą nad Zonę.

 

Po chwili usłyszeli standardowy sygnał, nadawany przez wieżyczki na murze.

 

– Obywatelu! Wkraczasz na przestrzeń powietrzną Zony. Korpus Oczyszczenia nie jest w stanie zapewnić ci ochrony w tym miejscu. Zawróć, albo zostaniesz zawrócony.

 

Wysłał kod radiowozu i po chwili głos urwał się.

 

Majewski sięgnęła do odtwarzacza i po chwili radiowóz wypełnił zgiełk. Chaotyczne, świdrujące uszy dźwięki w akompaniamencie perkusji, która nie miała nigdy pokrywać się z metronomem. Jakiś gnojek darł się:

 

I'm gonna run, get my feet on the floor, yeah run, yeah away from!

 

Lothander zaczął stukać nerwowo w deskę rozdzielczą.

 

– Mogłabyś to przyciszyć?

 

Majewski uśmiechnęła się zalotnie do niego.

 

– Nie bądź tak dziadek – powiedziała, ale usłuchała polecenia.

 

Byli już nad Zoną. Obniżali pułap.

 

Spojrzał w dół, na dobrze widoczne, ale jeszcze takie maciupkie zabudowania. Domki sklecone z każdego dostępnego pod ręką materiału przeplatały się z kwadratowymi blokami komunalnymi. Te ostatnie wybudowano na początku istnienia Zony. Żeby łatwiej było liczyć mieszkańców i nie eksploatować… nie wywozić zbyt wielu Nieczystych. Bloki były już wiekowe, a pomysł ich budowania dawno zarzucono i zostawiono podludziom wolną rękę w kwestii zapewnienia sobie dachu nad głową. Nic dziwnego.

 

Mieszkańców Zony było coraz więcej.

 

Katalog przestępstw, za które zsyłano tutaj, był szeroki. Największą grupą byli polityczni dyletanci i wyznawcy zabronionych religii i filozofii. Drugim sporym zasileniem dla slumsów byli ludzie, których aplikację na Czystych odrzucono i uznano za zagrożenie społeczne. Poza tym, wszyscy przestępcy i nielegalni przybysze z zewnątrz. Z tym, że katalog przestępstw kwalifikujących do Zony powiększał się z roku na rok. Ostatnio doszły do niego drobne przestępstwa podatkowe i gospodarcze. To też nie dziwiło.

 

W miarę jak wzrastała ilość Czystych, musiała wzrastać ilość obiektów dla Świątyń.

 

Opadali coraz niżej. Konwój zakręcił ostro i nawigacja pokazała już Majewski miejsce do lądowania. Wkraczali do krainy chaosu i zezwierzęcenia.

 

 

 

Wylądowali na wielkiej, pustej przestrzeni przed rzędem domów, zbudowanych niefunkcjonujących modułów fabrycznych, blachy i drewna. Największy z nich, wydający się rozpierać wśród budynków jak władca okolicy, był celem. Majewski wyłączyła silniki i opuścili radiowóz. Reszta policjantów także wychodziła z pojazdów. Cześć z nich już miała broń w rękach. Był też nadkomisarz. Palił papierosa i obserwował uciekających na wszystkie strony Nieczystych, przygarbione sylwetki w brudnych ubraniach.

 

Lothander skinął na Majewski i oboje podeszli do przełożonego.

 

– Kal, Kate, niezła dzicz, co?

 

– Tak, szefie. Jaki jest plan akcji?

 

– Najpierw wchodzą Wyłapywacze. Wyciągają wszystkich jezusowców na zewnątrz. Potem my zabezpieczamy ewentualne dowody i przeszukujemy zbór.

 

– Brzmi rozsądnie.

 

Furgonetki wylądowały nieco za radiowozami. Nagle, jakby zsynchronizowano ich mechanicznie, wybiegli z nich Wyłapywacze. Mieli na sobie zbroje antyterrorystów i hełmy taktyczne, dostarczające na szybce wizjera przydatnych odczytów. Uzbrojenie było różne: strzelby, pistolety z usypiającą amunicją, pałki porażające nerwy uderzonych czy granaty wypełnione uniemożliwiającym oddychanie gazem. Zaraz za funkcjonariuszami wyszedł Azjata w beżowym, skórzanym płaszczu, zwykłych okularach korekcyjnych i w wojskowych butach. U pasa miał jakiś miecz, może coś w rodzaju broni starożytnych samurajów.

 

Wyłapywacze zawsze brali jakiegoś Czystego, opętanego manią tropienia i bawienia się z ofiarami w kotka i myszkę. Nawet Świątynia nie zapewniała takim należytej rekracji.

 

Beżowy płaszcz podszedł do nich i uścisnął rękę nadkomisarza.

 

– Kazuma Miwa – przedstawił się. – Według wszelkich danych, mamy tam dwadzieścia do trzydziestu sztuk. Piętnaście minut i macie wolną drogę.

 

Przytaknęli.

 

Wyłapywacze wkroczyli do budynku. Po chwili nawet na ulicy dało się usłyszeć krzyki, odgłosy walki i wystrzały. Po paru minutach nawet coś wybuchło w środku, choć niezbyt szkodliwie. Wywaliło tylko parę i tak podziurawionych szyb.

 

Po kwadransie, jakby działali co do ruchu wskazówki, Wyłapywacze wynurzyli się z domostwa. Prowadzili żałośnie wyglądających mieszkańców Zony rządkiem, ewentualnie nieśli nieprzytomnych na plecach. Miwa podszedł do Milehama.

 

– Załatwione – powiedział spokojnie. – Dwudziestu ośmiu chrześcijan, trzy straty – zameldował. Lothander spojrzał na rękaw jego płaszcza. U dołu był cały we krwi.

 

– Bardzo dobrze – odpowiedział nadkomisarz. – Który to kapłan?

 

Miwa pokazał na jednego z prowadzonych do furgonetek. Rzeczywiście, pod brudną kurtką brodaty rudzielec miał chyba to białe coś, co zwano niegdyś koloratką.

 

– Dajcie go tu. Francis, daj no tu coś gorącego! – ryknął na jednego z funkcjonariuszy.

 

Wyłapywacz podprowadził kapłana, a tymczasem Francis wrócił z radiowozu. Z podręcznym miotaczem ognia. Mileham spojrzał z pogardą na obdartego chrześcijanina.

 

– Imię, nazwisko.

 

Kapłan nie odpowiedział.

 

– Imię, nazwisko. Wiesz, że i tak dostanę twoje DNA, jak zechcę.

 

– Ben Starkey – odrzekł powoli, wyraźnie akcentując słowa.

 

– Gdzie jest Adam Papandreou?

 

– Nie wiem kto to jest.

 

– Gdzie?

 

– Nie znam tego człowieka.

 

– Nie pierdziel, ścierwo. Jego siostra jest twoją parafianką. Musisz coś o nim wiedzieć!

 

– Nigdy nie słyszałem tego nazwiska!

 

Mileham skinął na Wyłapywacza. Ten rzucił kapłana twarzą prosto w glebę.

 

– Jestem Obywatelem! – Starkey podniósł głowę, z nosa leciała mu strużka krwi. – Sprawdźcie to, jestem Obywatelem! Prawo chroni moje życie. Wasze prawo nie pozwala nic zrobić Obywatelowi!

 

– Gówno jesteś, a nie Obywatel – mina nadkomisarza wyrażała pragnienie natychmiastowego odebrania kapłanowi marnego życia. – Obywatel nie siedzi w tym syfie i nie naucza tych zwierząt jakichś bzdur. Nie masz żadnych praw. Wyciągnij rękę!

 

– Nie…

 

– Wyciągnij rękę, albo rozwalę cię z miejsca!

 

Starkey wyciągnął chude ramię daleko do przodu. Francis wycelował miotacz ognia i z lufy buchnęła cienka strużka chemicznego płomienia. Prosto w dłoń kapłana.

 

Ich uszy poraziły okropne wrzaski cierpienia, gdy ręka Starkeya zwęglała się powoli.

 

– Będę mówił! – wrzasnął w końcu kapłan, bliski omdlenia z bólu.

 

– Już! – przekrzyczał go Mileham.

 

Francis zdjął palec ze spustu.

 

– Majewski, daj mu jakiegoś mocnego przeciwbólowego!

 

Kate poleciała do radiowozu, a Starkey wił się na ziemi, uniósł ramię do góry i patrzył otępiały na dymiący kikut. Po chwili Majewski wróciła, nachyliła się nad kapłanem i ukłuła go w szyję aplikatorem. Po kilku minutach przestał jęczeć i wrzeszczeć.

 

– Mów! – polecił Mileham. – Bo stracisz drugą dłoń!

 

– On… bywał tu… od czasu do czasu. Ostatni raz… trzy dni temu. Wyglądał na zaszczutego… był w fatalnym stanie. Prosił o pomoc, dla siebie i siostry. Chciał… załatwić sobie wyjście na zewnątrz… Odmówiłem mu! Na Boga, odmówiłem, przysięgam…

 

– Dobra – odwrócił się i zwrócił do Wyłapywacza. – Zabrać mi go od razu do Świątyni. Nie będzie mi nikt fermentu w gettach robił. Wywiedzieć się też, która z tych dziwek to siostra podejrzanego i też do Świątyni. Znajdźcie dla niej najbardziej wyuzdanego i brutalnego gwałciciela wśród Czystych. Dopilnujcie też, by te szczury naokoło dowiedziały się, co się stało z tą dwójką. Mają być plotki!

 

– Czy to konieczne? – spytał Lothander, gdy Wyłapywacze oddalili się z kapłanem.

 

– Tak, Kal. Bardzo prosta taktyka. Zdenerwujemy go. Doprowadzimy do frustracji. Niech popełni błąd. Niech się wystawi.

 

– Jest w tym logika – Lothander postanowił dalej nie polemizować.

 

Spojrzeli ku budynkowi. W zborze pracowali już ile sił technicy. Majewski podała mu sprzęt i już szykowali się do asystowania przy przeszukiwaniu, gdy nagle drzwi domu się otworzyły i wyleciał z nich jeden z techników.

 

– Mamy ofiarę! Mamy kolejną ofiarę! – krzyczał.

 

 

 

Wejście do podziemnej kryjówki ukryte było z boku, w prowizorycznej nawie, pod małym ołtarzykiem. Strome schodki prowadziły w dół. Majewski zeszła pierwsza, za nią inspektor i komisarz. Technicy opuścili klitkę na ich polecenie.

 

Po zejściu ze stopni, ich nosy zaatakował specyficzny zapach. Skóra.

 

Przy ścianach pomieszczenia stały rzędy stacjonarnych wieszaków, na których wisiały skórzane kurtki. Tak musiała się utrzymywać wspólnota, z obrotu tanią konfekcją.

 

– Ale wali – stwierdziła Majewski i zatkała sobie nos wymownie. Lothanderowi nie przeszkadzało. Biorąc pod uwagę oprawę jego ulubionych aktów seksualnych, zapach skóry kojarzył mu się raczej mile.

 

Kucnęli nad ofiarą, leżącą dokładnie na środku pomieszczenia.

 

Młoda kobieta, dużo młodsza od reszty ofiar. Blond włosy związane miała w kok, była też dość mocno umalowana. Ubrana w szary żakiet i długą spódnicę. Ręce ułożone jak do pogrzebu, znowu. Bez śladu walki, ani uszkodzeń fizycznych.

 

– Id?

 

– Virginia Kowalsky. Pracowała w Vernon Motors. To ci, co robią nam części do radiowozów. Młoda, obiecująca, a od wczesnego poranka także martwa.

 

– Przyczyna śmierci?

 

– Neurotoksyna, silna jak cholera, wstrzyknięta u podstawy czaszki, klasyczną strzykawką. Całkowita zapaść systemu nerwowego w przeciągu kilku sekund. Znowu, toksynę można uzyskać łatwo metodami laboratoryjnymi, z ogólnie dostępnych medykamentów.

 

– Chyba twoja teoria ma jakiś sens – zwrócił się Lothander do młodszej funkcjonariuszki. – Pytanie tylko, czemu podrzucił ofiarę swojej własnej parafii?

 

 

 

Lothander stał na zewnątrz i patrzył, jak Wyłapywacze ustawiają kolejnych miejscowych, wyselekcjonowanych do doraźnego przesłuchania jeszcze przed wywiezieniem ich na komendę. Zastanawiał się. Jakiś cichutki głosik z głębi podświadomości podpowiadał mu, że coś im umyka. Poza tym, wszystko było zbyt oczywiste. Zostawił ciało tam, gdzie się czasem pojawia? Zostawił swoją siostrę? Zupełnie nie pasowało mu to do profilu zabójcy. Mileham jednak już czuł się tak, jakby sprawa była zamknięta. Wystarczyło tylko dorwać Papandreou. Lothander nie był jednak do końca przekonany.

 

Zaczął chodzić w okolicy ustawionych do spytki mieszkańców Zony. Wszystkie twarze podobne, wychudzone, ze śladami brudu i pyły, o pozlepianych włosach i brodach. Na razie przesłuchania niewiele dały. Wszyscy zarzekali się, że zbór stoi nocą opuszczony i nikt nic nie wiedział o ciele. Nawet przy zastosowaniu boleśniejszej perswazji.

 

Jeden z Nieczystych wystąpił na jego widok z szeregu.

 

– Niedługo strącimy waszą dumę z wysokości! Wylądujecie tu, w szlamie! – wrzasnął szybko, zanim Wyłapywacz zareagował i poraził go ogłuszającą dawką prądu.

 

Lothander odwrócił się i ruszył w kierunku przylegającego do zboru budynku. Chciał stanąć przy ścianie, zapalić papierosa i spokojnie przeanalizować fakty. Nie powinien palić, obiecał Marie, że rzuci. Trochę odrzucała go hipokryzja żony, przecież papieros pojawiał się często w ich pierwotnym, erotycznym rytuale, ale starał się nie palić. Kiepsko. Na komendzie miał zawsze ukrytą paczkę Starwave'ów albo cienkich i paskudnych Golden Mark'ów.

 

W spokojnym dymku przeszkodził mu jednak fakt, że ktoś obserwował go z dachu.

 

Tajemniczy nieznajomy mignął mu za sporą stertą śmieci, którą ktoś zbierał na szczycie budynku. Widział go tylko kątem oka, ale był pewny…

 

Rzucił się ku drzwiom domu. Wykopał je. Pomieszczenie było jeszcze bardziej zawalone odpadkami niż dach. Zanim jednak doszedł do niego smród śmieci, wspiął się po sznurowej drabince i znalazł się na górze.

 

Wyjął błyskawicznie pistolet. Ale na dachu nie było nikogo.

 

Spojrzał na sąsiedni budynek. Był niższy, ale spokojnie dałoby się przeskoczyć. Wziął rozbieg i przesadził mały przesmyk między domami. Wylądował na przygiętych nogach. Obejrzał się. Ten dach też był pusty, ale na następny budynek można było się dostać. Niestety, miał jeszcze przybudówkę z drewna, może prowizoryczny stryszek.

 

Obserwator mógł się za nim kryć.

 

Skierował broń przed siebie i zaczął powoli iść w stronę krawędzi dachu.

 

Wtedy wyłoniła się ciemna sylwetka postaci, także mierzącej z pistoletu.

 

W stronę inspektora.

 

Nacisnęli spusty niemal jednocześnie. Niemal. Tajemniczy agresor był pierwszy. Kula trafiła Lothandera prosto w prawe ramię i utkwiła w nim. Co więcej, inspektor minimalnie chybił i pocisk przeleciał tuz obok zamaskowanej twarzy tajemniczego osobnika.

 

Pokonał falę pierwszego bólu. Podniósł broń.

 

Ciemna postać stała, nie rzucała się do ucieczki. Lothander uniósł pistolet, wymierzył i… broń wypadła mu z ręki. Poczuł, jak naraz wiotczeją mu mięśnie. Zaczęło mu się kręcić w głowie. Przykląkł na jednym kolanie.

 

Zrozumiał. W pocisku był aplikator. Zatruł go czymś!

 

To on!

 

To były ostatnie myśli, jakie znalazły się w jego głowie, zanim zemdlał.

 

Potem były już tylko wyrywki. Sygnał karetki, biała postać, poczucie pędu.

 

 

 

Pachnące środkami odkażającymi i lekarstwami pomieszczenie wypełniał ciągły, cichy szum komputerów medycznych i całej tej aparatury. Lothander spoczywał na zaskakująco wygodnym łóżku. Ramię kompletnie go nie bolało, dostał dawkę mocnych, ale nie ogłupiających środków przeciwbólowych. Podniósł połowę łóżka tak, by móc znaleźć się w pozycji półsiedzącej i patrzeć żonie z łatwością w oczy.

 

– Nic ci więcej nie trzeba? – spytała Marie. Piękno jej twarzy burzyły dwie czarne ścieżki, powstałe z łez i rozmazanego makijażu.

 

– Kochanie, mówiłem ci już. To płytka rana. Wyjęli kulę i już jutro będę w miarę sprawnie ruszał ramieniem. Kompletnie dobrze się czuje.

 

– Gdy zobaczyłam cię, nieruchomego i bladego… – znów zbierało się jej na płacz.

 

– Ciii. Maleńka. To były tylko środki usypiające, odurzające. Nic mi nie zrobił. Nawet krwi nie straciłem za wiele. Już dobrze – próbował brzmieć pocieszająco, ale ton jego głosu stał się nagle tak służbowy i ponury, że po prostu przestał.

 

Marie podniosła się z krzesła i zaczęła chodzić wokół jego łóżka. Może ruch jej pomagał? Niestety, stukot obcasów zaczął go nagle straszliwie irytować.

 

– Idź do domu. Ja sobie poradzę – zapewnił ją. – Przyniosą mi zaraz większy ekran i pooglądam sobie telewizję.

 

– Zostanę.

 

– Idź – zabrzmiał bardziej stanowczo. – Mała będzie się denerwować. Chcesz stresować dzieciaka?

 

Spojrzała na niego tak, jakby mu miała za złe, że zwalnia ją z przykrego obowiązku siedzenia nad ględzącym mężem.

 

– Dobrze. Trzymaj się – nachyliła się nad nim i pocałowała w czoło. Jej usta były takie miękkie. Potem odwróciła się i po chwili zniknęła za białymi drzwiami.

 

Lothander odetchnął.

 

Potem próbował zebrać myśli. Znaleźć jakiś szczegół. Coś, co jego zmysły zarejestrowały ze spotkania z zabójcą. Bo był pewny, że właśnie zbrodniarz wpakował mu kulkę. Niestety, przypominał sobie tylko czarne ubranie i czarną maskę bez żadnych charakterystycznych cech. Może jak przyjdzie analiza balistyczna, kaliber broni?

 

Zamknął oczy.

 

Spróbował dla odmiany się odprężyć. Opuścił łóżko i spróbował wyłączyć szarpane kolejnymi zagadkami zmysły. Nie udało się, gdyż już po minucie usłyszał okropny, przerywany dźwięk. Pikanie szpitalnego interkomu, podłączonego też do publicznych linii komunikacyjnych.

 

– Odbierz – polecił komputerowi.

 

– Kal? Jesteś już przytomny? – zapytał się głupio Tim.

 

– Na to wygląda.

 

– Jak się czujesz?

 

– Świetnie, jak na kogoś, kto właśnie spartolił robotę i dał się podejść byle mordercy.

 

– Widzę, że optymistyczne podejście do świata cię nie opuściło. Jak tylko Marie zadzwoniła i becząc do słuchawki oznajmiła, że dostałeś… no, krótko, myślałem, że jest źle.

 

– Za twarda skóra, stary. Za twarda.

 

– Podoba ci się szpital?

 

Tak rozwiązała się zagadka, kto właściwie ulokował go w klinice dla Czystych.

 

– Wystarczyłby normalny.

 

– Nie udawaj, że ci się nie podoba. W bajzlu dla Obywateli miałbyś trzech śmierdzących staruchów na sali, a tutaj masz nierefundowane leki za darmo i pielęgniarki o pupciach jak dojrzałe brzoskwinki. Podziękowałbyś.

 

– Dzięki – odpowiedział nieco ostentacyjnie. – Słuchaj, zadzwonię potem. Chciałem się przespać, wiesz, póki działają jeszcze leki.

 

– Bez problemu. Zdrowiej. I uważaj, za kim ganiasz, na drugi raz.

 

– Nara.

 

Interkom wyłączył się, a Lothander spróbował znów ułożyć się wygodnie.

 

Kolejny sygnał.

 

Co to, pomyślał, przekierowali mi do pokoju centralę miejską?

 

– Odbierz – wydał polecenie ponownie.

 

– Kal? – usłyszał pozornie wypełniony troską głos Kate.

 

– Czuję się dobrze. Karmią mnie tu kozim mlekiem i świeżymi daktylami, podłączyli mi sto dwadzieścia różnych komputerów i ogólnie mogę tu spędzić emeryturę. Nawet nocnik mam ze złota.

 

– Świetnie, ale ja nie w tej sprawie.

 

– O, to by była nowość.

 

– Złapali go.

 

Lothander niemal udławił się własną śliną.

 

– Co? -krzyknął nieco za głośno.

 

– Adam Papandreou został ujęty przy próbie sforsowania Wielkiego Muru.

 

– Gdzie on jest? – nagle poczuł, że dość ma leżakowania.

 

– Przewieźli go do Świątyni, ale będzie można jeszcze go przesłuchać, zanim zostanie zużytkowany.

 

– Bądź tu za piętnaście minut.

 

– Kal, mam ci przypomnieć, że nie tak dawno dostałeś…

 

– To rozkaz. Czekam.

 

Rozłączył się. Odłączył ostrożnie wszystkie aparaty, wstał i narzucił szpitalny szlafroczek. Opuścił pokój, w drodze przez korytarz obmyślając kwiecistą przemowę, która zmusi lekarzy do wypisania go na odpowiedzialność własną.

 

CDN

 

 

 

Koniec

Komentarze

Bizzare, w drugiej części uniknij powtarzania kompromitującego błędu: patrzył się otępiały . Jeden cytat dla przykładu. "Się" jest zaimkiem zwrotnym, przypomnij sobie, kiedy i dlaczego stosuje się ten zaimek, bo to bardzo paskudny i bardzo pospolity błąd...

Dzięki za wzmiankę, bo to taki typ trywialny błędu, że wypada ze świadomości.

Poprawiono, mam nadzieję, że wszystko
Zwalę to bezczelnie na trudności codziennego przeskoku między mową potoczną, a literacką :))

Błędy błędami, redaktor by sobie z tym poradził. Najważniejsze, że opowiadanie niezłe. Ode mnie 5.
Pozdrawiam.

Ja czekam z ewentualnymi pochwałami na część drugą.
Redaktor redaktorem, autor ma sadzić, uważam, jak najmniej błędów. Sprawnie przełączać biegi myśli oraz słowniki. Gdy będziecie, Jakubie, przyjmowali do druku siedemdziesiąte siódme opowiadanie tego samego autorstwa, nadal będzie Wam się chciało poprawiać "tą" na "tę"? A jeśli nie poprawicie, wówczas Wam się dostanie. Jeszcze sporo osób umie pisać po polsku.

Tutaj bym jednak pobronił funkcji redaktora i korekty, która jednak kluczową jest. Choćby z uwagi na immersję autora we własne dzieło, która może działać jak klapki na oczy. Nie bez powodu nawet w pracach naukowych przygotowywanych przez studenta samodzielnie większość sprawdzających przymyka oczy na drobne wpadki, bo wiedżą, że korekty nikt ci za darmo nie zrobi.
Nie chodzi oczywiście o rażącą nieznajomość języka, ale autor też nie jest "uniwersalnym żołnierzem" :)

Nie napisałem: wcale. Napisałem: jak najmniej.
Najlepszy korektor i takiż redaktor się pozałamują jak chamskie scyzoryki przy poprawianiu co drugiego słowa.
Kiedy kontynuacja tekstu?

Najpierw muszę poradzić sobie z innymi tekstami: listem motywacyjnym i życiorysem na PhD program. I brakuje mi fantazji do tego akurat rodzaju aktywności :)

Duża część napisana co prawda, ale korekta i takie tam. Pewnie w weekend, chyba, że mnie najdzie

Mi się bardzo podoba i niecierpliwie czekam na kolejną część :)

Błędy były (głównie literówki i "tę" z "tą" jak wcześniej wspomiano), ale mało - w granicy przyzwoitości, że tak powiem. Moich oczu to nie raziło.
Na początku czułem się trochę skołowany, ale w mig pojąłem o co chodzi. Tekst wydaje się monotonny i powolny, ale akcja ładnie idzie do przodu - dla mnie OK. Niestety im dalej w las, tym gorzej. Nie zrozum mnie źle(!) - całość jest bardzo fajna, ale od (mniej więcej) połowy zaczyna coś nie grać. Zaczynają się powtórzenia, a ja odbieram wrażenie, że do końcówki się nie przyłożyłeś, bo chciałeś to jak najszybciej zamieścić.
Ja bym sobie tylko życzył, aby akcja z dachami była dłuższa, niech ta adrenalina w moim ciele, to lekkie przejęcie i podniecenie trwało dłużej! Czytelnik tego wymaga xD
Ciekaw jestem co będzie dalej. Sama postać głównego bogatera jest dla mnie odrobinę wyidealizowana - insynkt, wpływowi znajomi, szczęścliwa rodzina, umiejętność pochamowania porządań. Nie za dobrze temu detektywowi? Nie powiem, ma to swój urok.
Co mi się jeszcze podoba... Samo przedstawienie postaci. Nie mam pojęcia jak wygląda nasz detektyw - i to jest super! Mam przed oczami jego portret psychologiczny, a wygląd mogę sobie sam mniej więcej stworzyć (nie pamiętam, abyś gościa opisywał).

Jak mówiłem. Są drobne niedociągnięcia, ale dla mnie super. Czekam na jeszcze :)

"Obserwator mógł się za nim kryć.

Skierował broń przed siebie i zaczął powoli iść w stronę krawędzi dachu.

Wtedy wyłoniła się ciemna sylwetka postaci, także mierzącej z pistoletu.

W stronę inspektora."

Ludzie, czy wy macie coś z edytorami tekstów, czy co? :/ Co drugie opowiadanie tutaj napisane jest w tej manierze. Do szewskiej pasji mnie to już doprowadza. Wyobrażasz sobie coś takiego na stronie NF? Taki zabieg stosuje się wyjątkowo, jako zawieszenie akcji, podkreślające jej dramatyzm, a nie pisze całego opka w taki sposób. Chciałbyś oglądać film, w którym co pięć sekund następuje zaciemnienie ekranu? :) Szkoda, bo poza tym opowiadanie jest niezłe.

Eraq: Co do postaci detektywa, wszystko, o czym piszesz, jest zamierzone. Zobaczysz :) A zakończenie pisałem najdłużej i lakoniczność pościgu niestety miała taką być...

Angouleme: Przykro mi, ale ja na przykład nienawidze ściany tekstu i uważam, że takie rwanie narracji też ma swoje plusy, zwłaszcza dla wrażenia dynamiki i pewnego chaosu. Może to złe wpływy (czytało się różne książki, i tak, lubię też rwaną narrację w filmach). Chyba już mi tak zostanie, bo to nie jest tak, że nie mogę. Nazwij to strumieniem świadomości, neue mode, albo upośledzeniem stylistycznym :) (Jezu, ja muszę zawsze pobronić moich skrzywionych poglądów :))

Mam nadzieję, że to jest zamierzone ;) Jak pisałem, postać detektywa mi się podoba. Wspomniałem, że ta idealizacja mnie kłuje w oczy... ale to tylko w kontekście tej części. Dlatego z chęcią przeczytam kolejną.
Akurat mnie to zakończenie nie przyprawiło o zawrót głowy, ale może innych tak :) Całość rzecz jasna b.dobra.

(Jezu, ja muszę zawsze pobronić moich skrzywionych poglądów :))

 (?) Los jednostek wybitnych. (?)

AdamKB, Twoje poglądy same się bronią. Z reguły ;)

=> Malkontisie, to było pocieszenie Bizzare.

Nowa Fantastyka