- publicystyka: Co ja sobie myślę

publicystyka:

artykuły

Co ja sobie myślę

Tarnina bez cenzury! Tylko u nas! Ten tekst napisała własnymi ręcami i tworem mózgopodobnym – jak się nie podoba, to ajlawju. Poglądy wyrażone w tym tekście nie są poglądami Redakcji, nie były uzgadniane z linią partii, prawnikiem ani psychiatrą. Przed użyciem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą. Wszystkie prawa ostrzyżone, podkręcone i pofarbowane. Wszystkie przypisy powstały pod wpływem chwilowej głupawki i żaden słoń nie ucierpiał przy ich wklejaniu.

 

Motto: bezstronność to pretensjonalna nazwa obojętności, a to z kolei elegancka nazwa niewiedzy.

G.K. Chesterton

 

Można powiedzieć, że pisanie niniejszego felietonu (artykułu?) podjęłam z lenistwa – po raz kolejny wezwano mnie do usprawiedliwienia epistemicznego moich komentarzy. Jak mogę sobie rościć prawo do dyktowania innym, co mają pisać?

 

Pytanie jako takie jest sensowne, ale o tyle bezzasadne, że wcale nie dyktuję nikomu, co ma pisać. I po to jest ten tekst. Chciałabym ostatecznie wyjaśnić to nieporozumienie, żeby więcej do niego nie wracać – nie dlatego, żebym nie ceniła dyskusji, ale tłumaczenie w kółko tego samego jest jednak męczące, zwłaszcza, kiedy każda ze stron operuje na innych podstawach aksjologicznych. Poza tym w doraźnych wyjaśnieniach mam jednak skłonność do chaosu i pomijania ważnych spraw – człowiekiem jestem, i nic, co ludzkie, nie jest mi obce, z zacietrzewieniem włącznie.

 

Rzecz pierwsza i najważniejsza: czym jest krytyka? Czym jest ocena? Czy może być krzywdząca? Czy jest taka automatycznie?

 

Na potrzeby niniejszej pracy zdefiniuję ocenę możliwie prosto: jako porównanie czegoś z jakąś normą (wzorcem). Zależnie od tego, co porównujemy, może to być norma językowa (wzorzec poprawności języka), obyczajowa (wzorzec uprzejmego postępowania), moralna (wzorzec postępowania właściwego, często trudny do uchwycenia i wcale nie jednoznaczny z normą obyczajową). Określony rodzaj norm – estetycznych i technicznych – obowiązuje w sztuce.[i]

 

Pytania zasadnicze brzmią: skąd się wzięły te normy? Skąd wiemy, że są takie, a nie inne? Dlaczego mamy ich przestrzegać?[ii]

 

Skąd więc się wzięły? Ano, tego nie wiemy i się nie dowiemy. W etyce istnieje koncepcja prawa naturalnego, tj. norm (moralnych) istniejących niezależnie od woli jakiejkolwiek istoty rozumnej (nawet Boga!) i obowiązujących te istoty z racji samej ich rozumności. Przyznam, że ten pogląd jest mi bliski – ale przekonywać do niego można właściwie tylko już przekonanych[iii]. Spora i głośna część populacji domaga się jakichś korzyści z przestrzegania norm – ustąpię jej pola i spróbuję kilka wykazać.

 

Człowiek jest zwierzęciem politycznym. Tworzy grupy, i tylko w grupach ma szansę pełnego rozwoju[iv]. Dopóki społeczność jest na tyle mała, że każdą sprawę można omówić w pełnym gronie, nie ma potrzeby wyrażania zasad explicite – ale to nie znaczy, że one nie istnieją. Bawiące się dzieci spontanicznie przestrzegają pewnych reguł. Dorośli nie muszą ich „cywilizować”. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby dzieci tego nie robiły. Zabawa na pewno nie potrwałaby długo – kiedy w ruch idą wiaderka i łopatki, nie jest już wesoło. Nie ma gry bez zasad, bo gra wymaga współuczestnictwa, a to musi być jakoś regulowane. Zasady z naszego podwórka mogą być dla nas na tyle oczywiste, że nie musimy o nich myśleć – dopóki nie spotkamy się w grze z podwórkiem sąsiednim, gdzie obowiązują inne reguły, albo dopóki nie pojawi się wśród nas jeden taki, co wie lepiej i nie powie głośno, że nasze zasady są głupie. I co możemy mu zrobić? Nic. Nic zupełnie.

Pojedynczy osobnik kontestujący nasze normy sieje chaos i zbiera rozprężenie. Nie możemy się z nim umówić, bo nie wiemy, co mu przyjdzie do głowy. Może w jego świecie umów się nie przestrzega? Skąd mamy to wiedzieć?

 

Normy nie są prawami przyrody, niezależnie od tego, skąd pochodzą. Ich przestrzeganie jest dobrowolne, innymi słowy, wymaga myślenia[v], i to myślenia abstrakcyjnego, interpretacji świata w kontekście wartości („nie powinnam” natychmiast pociąga za sobą pytanie „ale dlaczego?”).

 

A zatem – normy są podstawą cywilizacji, ale nie działają automatycznie (zważ teraz, Czytelniku, jaką masz władzę, a co za tym idzie, jaka odpowiedzialność na Tobie spoczywa – to Twój, między innymi, wysiłek podtrzymuje w istnieniu świat, co prawda nie ten materialny).

 

Oczywiście, to, których norm będziemy przestrzegać, ma podstawowe znaczenie. W końcu zasady gry muszą być spójne. Jak to ustalić? Dlaczego właśnie te normy, a nie inne? Skąd wiemy, które? Jak poznajemy normy? Znowu – koncepcje prawa naturalnego i zmysłu etycznego (tj. naturalnej władzy umysłu, dzięki której poznajemy, co dobre, a co złe) dostarczają na te pytania stosunkowo prostych odpowiedzi, ale nie zamierzam liczyć na to, że te koncepcje, drogi Czytelniku, przyjmujesz. Nie masz takiego obowiązku – to ja się tutaj wypowiadam i ciężar dowodu spoczywa na mnie. Odwołam się zatem do empirii, w którą trudno będzie zwątpić.

 

Skąd wiesz, że nie powinieneś pluć na podłogę, albo, że wchodząc do sklepu wypada powiedzieć „dzień dobry”? Kiedy byłeś dzieckiem, naśladowałeś rodziców. Czasami łamałeś jakiś zakaz, z nieświadomości albo przez zapomnienie, i dostawałeś burę. Czasami dorośli tłumaczyli Ci, co powinieneś, albo czego nie wolno robić. A zatem – przekazano Ci normy za pomocą przykładu, karcenia i celowego wyjaśniania, w procesie tzw. socjalizacji, albo wychowania.

 

Ale to nie wszystko. Jeśli zastanowiłeś się głębiej nad tym, dlaczego właściwie nie wolno zostawiać klocków rozsypanych na środku pokoju, być może wpadłeś na to, że ten zakaz jest tylko zastosowaniem do konkretnej sytuacji ogólniejszej normy, „nie sprawiaj bólu bliźniemu” – podobnie, jak wiele innych zakazów. Dorośli nie musieli Ci jej tłumaczyć, sam ją wyabstrahowałeś z wielu doświadczeń. Śmiem twierdzić, że ten indukcyjny sposób poznawania ogólnych praw jest skuteczniejszy (z czysto pedagogicznego punktu widzenia).

 

Czy jest doskonały? Nie. Żadne poznawanie indukcyjne nie daje pewności, że poznajemy prawdziwie, choćby dlatego, że jest zapośredniczone przez konkretne doświadczenia, a nie dotyka tego ogółu, który przecież mamy poznać. Oto, jak ja sobie z tym radzę: normy, kanony i reguły służą dostosowaniu naszego postępowania w konkretnej sytuacji do wartości – wartości są czymś ogólnym, wiecznym, sytuacje bywają rozmaite, i nie ma reguły, która zawsze byłaby odpowiednia: reguły postępowania to narzędzia. I tak, jak narzędzia, mają swój zakres stosowalności: młotek nadaje się doskonale do zbudowania płotu, a zbudować za jego pomocą relację byłoby już trudniej. Ponadto – żadna reguła, stosowana bezmyślnie, nie będzie służyła swojemu celowi. Świat wartości nie działa jak maszyna.

 

Reasumując, zestaw norm, które nas obowiązują, zależy w części od świata, w który zostaliśmy rzuceni: będą to normy dobrego wychowania, normy językowe (w naszym przypadku polskie, nie keczua), prawo stanowione. Czy istnieją normy uniwersalne? Moim zdaniem tak, i należą do nich nie tylko normy moralne, ale przynajmniej niektóre z norm estetycznych. Jako się rzekło, trudno mi jednak znaleźć podstawę dowodu tego stwierdzenia, na którą wszyscy się zgodzicie – jak średniowieczny scholastyk, nie mogę dowodzić istnienia Boga na podstawie Biblii, bo nie każdy, z kim dyskutuję, jest chrześcijaninem, ograniczam się więc do prawd rozumu, które muszą uznać wszyscy.

 

Przejdźmy dalej. Wyróżnię teraz dwa rodzaje oceny[vi], albo krytyki, które nazwę, może nieco myląco: pierwszy krytyką moralną, drugi – krytyką sztuki.

 

Na potrzeby tej pracy krytykę moralną określę jako całościową ocenę osoby, jej charakteru i postępowania, a krytykę sztuki jako ocenę konkretnego dzieła, które ta osoba wyprodukowała. Niekoniecznie musi to być dzieło sztuki pięknej, możemy na przykład oceniać most w pewnym oderwaniu od jego budowniczych, pytając: czy jest trwale zbudowany? Funkcjonalny? Czy nie szpeci krajobrazu? Idzie mi o to, że oceniając most jako brzydki, nie potępiam architekta. Oczywiście, po owocach ich poznacie – kiedy zobaczę kilka koszmarków jego autorstwa, będę mogła wyrazić opinię, że facet nie jest zbyt kompetentny jako architekt.

 

Ale oceniając pojedyncze jego dzieło jako złe, nie odbieram niczego architektowi – odmawiam mu, owszem, uznania, którego może oczekuje, ale też nie zasłużył na nie.

 

Powiedzmy jednak, że po wycieczce szlakiem brzydkich mostów wyrobiłam sobie niepochlebną opinię o kompetencjach i samokrytycyzmie naszego budowniczego. Uważam, że powinien w ogóle rzucić budowanie mostów i zająć się czym innym, bo jego dotychczasowa twórczość w tym zakresie nie pozostawia złudzeń. Czy to jest krytyka moralna? Nie. To może być najwyżej przyczynek do krytyki moralnej (nieuczciwość wobec siebie jest moralną wadą). Architektem może być fatalnym, ale człowiekiem w miarę przyzwoitym, zresztą mama tak chciała, żeby poszedł na architekturę, a on nie chciał jej zawieść, i tym podobne (taka miękkość charakteru też jest moralną wadą, ale nie mam tu prawa rzucać kamieniami).

 

Chciałabym natomiast poczynić ważną uwagę – nawet najgorsze wady charakteru nie odbierają człowiekowi jego przyrodzonej godności. Może być szują, ale pozostaje człowiekiem. I tak – najostrzejsza ocena nie może być usprawiedliwieniem dla traktowania ocenianego, jakby człowiekiem nie był. Nie chcę tu pozować na świętą. Nie zawsze postępuję zgodnie z maksymą, którą tu zapisałam, jestem bowiem istotą grzeszną i słabą. Ale się, cholera, staram. To, że czyjś tekst jest beznadziejny, nie jest dla mnie powodem, żeby traktować autora gorzej – gdyby tak było, rzuciłabym najwyżej jakąś króciutką, zjadliwą uwagę natychmiast po stwierdzeniu, że tekst jest beznadziejny. Nie wysiadywałabym nad jego błędami, zamiast się zająć czymś pożyteczniejszym.

 

Oceniać – to prawo i obowiązek człowieka jako istoty rozumnej, badającej świat i kierującej swoim postępowaniem za pomocą rozumu. Odczłowieczać innych nikt nie ma prawa. A takim odczłowieczaniem byłaby, w moim odczuciu, odmowa szczerej oceny, bo jeśli oceniam kogoś wedle norm mojej cywilizacji, przyznaję mu w tej cywilizacji członkostwo. Jeśli oceniam go wedle norm ogólnoludzkich, uznaję w nim człowieka.

 

Ale przecież niepochlebna ocena boli. Czy ból jest krzywdą?

 

Niekoniecznie. Pominę tu przykłady w rodzaju dentystów, rehabilitantów i innych katów wypędzających z ludzi choroby, i skupię się na samym bólu emocjonalnym związanym z niepochlebną oceną. Otóż sądzę, że jest on owocem lęku ocenianego przed odrzuceniem.

 

Nie będąc psychologiem ani nikim podobnym, mogę tu przedstawić tylko moje amatorskie obserwacje i wnioski. Człowiek, jako się rzekło, jest istotą społeczną – żyje w grupie i chce być przez nią akceptowany, a pierwszą grupą, w której żyje, jest najbliższa rodzina. Niestety, realia są takie, że najbliższa rodzina nie ma czasu ani cierpliwości, żeby temu nowemu człowiekowi poświęcić uwagę, jakiej potrzebuje, żeby go potraktować jako Ty[vii]. Do pewnego stopnia jest to winą stosunków ekonomicznych (za coś trzeba tego człowieka wykarmić), ale chyba nie do końca. Tak czy inaczej, rodzice przekupują swoje dzieci słodyczami, zabawkami i pochwałami – byle sobie poszły i nie przeszkadzały. Łatwiej traktować dziecko jak lalkę, której kupuje się akcesoria i odkłada na półkę, niż jak osobę, część społeczności – zwłaszcza, że ono jeszcze nie umie się w tej społeczności poruszać, dopiero się uczy, robi irytujące dorosłych błędy, przeszkadza w ważnych sprawach. Łatwiej po prostu powiedzieć „tak, tak bardzo ładne”, niż naprawdę spojrzeć na rysunek dziecka. A porozmawiać o nim? Zniżyć się do potraktowania maziołu poważnie[viii]?

 

I tak człowiek rośnie w przekonaniu, że pochwała jest czymś, co mu się należy, może nawet bierze ją za samą akceptację, której przecież nie zna. A kiedy dorośli odmawiają mu tej pochwały, czuje się pozbawiony tej akceptacji właśnie, odrzucony – i nie pojmuje, na jakiej podstawie go odrzucają. Słyszałam wykładowców akademickich ubolewających nad studencką żebraniną „o trzy”, nad tym, że student nie widzi związku między własną pracą, a jej oceną – słyszałam też rozmowy uczniów, psioczących najgrubszymi słowy na nauczyciela, który złośliwie nie chce ich przepuścić do następnej klasy tylko dlatego, że nie raczyli przyjść na lekcję. Ani razu w ciągu trzech miesięcy.

 

Dość psychologii, wyjdźmy na pewniejszy dla mnie grunt. Mówiąc o opinii „krzywdzącej” mamy zwykle na myśli ocenę jawnie fałszywą. Nieprawdziwą, znaczy się. Pora więc biblijnie zapytać: czym jest prawda? Czy osąd w ogóle może być prawdziwy[ix] (albo nie)?

 

Przypominam – ocena jest porównaniem ze wzorcem. I jeszcze – nie wnioskuje się z „jest” o „powinno”, to znaczy nie można tego wzorca brać bezpośrednio z obserwacji (patrz wyżej). Innymi słowy, z faktu, że pudełko kremu stojące na moim biurku jest okrągłe, nie możemy wnioskować, że wszystkie pudełka kremu powinny być okrągłe (być może wszystkie są, ale o tym też nie możemy wnioskować na podstawie jednego pudełka). Rzeczy nie zawsze są takie, jakie powinny być. Oceniając, że są, coś o nich stwierdzamy, to jest wygłaszamy sąd w sensie logicznym, a zdanie oznajmujące w sensie gramatycznym. Takie zdanie może być prawdziwe albo fałszywe.

 

Czym więc jest prawda? Według tzw. definicji klasycznej[x] prawda jest to zgodność sądu z rzeczywistością. Pominiemy tu olbrzymiego filozoficznego słonia, czyli pytanie „jak sąd w ogóle może mieć cokolwiek do rzeczywistości” – łamały się nad nim głowy dużo mądrzejsze od mojej – i przyjmiemy zwyczajne, codzienne rozumienie tej zgodności: sąd, że pudełko jest okrągłe jest prawdziwy wtedy i tylko wtedy, kiedy pudełko faktycznie jest okrągłe[xi].

 

Zwróć, Czytelniku, uwagę na budowę sądu: ma podmiot („pudełko”) i predykat („jest okrągłe”)[xii]. Ten predykat jest bezwzględny – ale są też predykaty służące do porównań, jak choćby: „jest większe od”. Na przykład: Słoń jest większy od wilka. To porównanie, jak się już z pewnością domyślasz, jest prawdziwe wtedy i tylko wtedy, kiedy słoń (przeciętny słoń, albo konkretny słoń, którego widzimy) jest rzeczywiście większy od wilka (jak wyżej).

 

Ważne jest, żeby takich porównawczych predykatów nie ubezwzględniać – słoń jest większy od wilka, ale nie od wieloryba. Możemy powiedzieć „Słoń jest duży” – ale musimy przy tym pamiętać, że „jest duży” wymaga kontekstu, wymaga skali – to predykat porównawczy, nie bezwzględny. W skali planet słoń jest malutki. W skali stawonogów – niewyobrażalnie[xiii] wielki.

 

Ale to dygresja, choć bardzo ważna – w tej chwili chodzi mi o to, że sąd porównawczy może być prawdziwy, czyli zgodny z rzeczywistością. Muszę to twierdzenie uzupełnić paroma uwagami.

 

Po pierwsze, przyjmuję, że rzeczywistość jest jedna, i tylko jedna, zewnętrzna wobec tego, kto wygłasza o niej sądy. To istotne założenie, ma swoje konsekwencje i nie każdy je przyjmuje. Ja tak, z rozmaitych powodów, ale dla niniejszego tekstu największe znaczenie ma ten: bardzo trudno dyskutować, jeżeli nie ma punktów wspólnych, nawet nie norm prawdziwości i dobrej dyskusji, ale faktów dotyczących materialnego świata, na które obie strony dialogu mogłyby się zgodzić. Jeżeli pudełko w mojej rzeczywistości jest okrągłe, a w Twojej, Czytelniku, kwadratowe, to może wcale nie mówimy o tym samym pudełku? Czy możemy w ogóle porównywać równoległe rzeczywistości? To kolejne dobre, trudne pytanie, którego z braku miejsca nie możemy tu przedyskutować.

 

Po drugie, skoro rzeczywistość jest jedna, prawdziwe sądy różnych osób o tym samym przedmiocie będą równobrzmiące[xiv] – to powinno być jasne. Ale to nie oznacza, że każdy zbiór równobrzmiących sądów jest prawdziwy. Może wszyscy się mylimy.

 

Po trzecie, wróćmy do kwestii dużego słonia. Pewne predykaty wymagają kontekstu, i nie są to tylko predykaty dotyczące wielkości. Rozważmy następujące zdanie: „Marchewka jest dobra.” Co ono znaczy? Co to znaczy, że marchewka jest dobra? Że mi smakuje? Że spełnia normy marchewkowości? Że jest stworzona przez Boga? Predykat „jest dobra” ma wiele znaczeń, które trzeba precyzyjnie rozróżnić, bo kiedy je ze sobą pomieszamy, może nam na przykład wyjść, że normy marchewkowości wymagają, żeby marchewka mi smakowała, czyli oddziaływała na mój konkretny aparat zmysłów w taki sposób, który sprawia mi przyjemność[xv].

 

Marchewka (lub cokolwiek innego) może być dobra bezwzględnie, być ostatecznym celem, do którego dążymy, dążąc do dobra. Może też być dobra do czegoś. Jeżeli miała być dobra na obiad, możemy dalej pytać, czy chodzi o to, żeby była dobra dla zdrowia, czy żeby sprawiała mi przyjemność – i tak dalej. Mój sąsiad przy stole może powiedzieć, zupełnie prawdziwie „Ta marchewka jest niedobra”, kiedy ja mówię, że jest dobra – po prostu dlatego, że jemu marchewka nie smakuje, i to ma na myśli. Nie zbił mojej oceny. Wyraził własną, równie prawdziwą – bo ja faktycznie powiedziałam „Marchewka mi smakuje”, a on „Mnie nie smakuje.” Tak samo nie zbiłby mojej oceny, gdyby wypowiedź „Boli mnie brzuch” skontrował „Mnie nie boli”[xvi]. To są dwie osobne sprawy. Kwestie indywidualnego odczucia[xvii].

 

Standard smaku po prostu nie jest uniwersalny – o gustach się nie dyskutuje.

 

Spotyka się określenie „moja (twoja, czyjaś) prawda”, sugerujące, że prawda jest albo bywa czymś subiektywnym. Częściowo wyjaśniłam już to nieporozumienie, ale dobrze będzie je uzupełnić: jakiś fakt może być poznawalny tylko dla jednej osoby (to właśnie np. ból brzucha, który postrzegam tylko ja, a mój sąsiad nie). To nie czyni go urojeniem. Rzeczywistość nie zależy od tego, kto ją poznaje. Konkretna osoba może, ze swojego indywidualnego punktu widzenia, mieć, nazwijmy to, lepszy widok na jakieś fakty, a gorszy na inne, co nie wpływa na same fakty, a tylko na sądy tej osoby.

 

Ale zdaje mi się, że mówiąc „moja prawda” mamy zwykle na myśli „to, co mnie interesuje, co dla mnie jest ważne, a innych mało obchodzi”. Zastanów się, Czytelniku. Jeśli jakaś prawda obowiązuje tylko Ciebie, jak mógłbyś wymagać od tych innych, żeby uznali „Twoją prawdę”, skoro z ich punktu widzenia ona wcale prawdą nie jest? Mógłbyś się z nimi umówić – od tej chwili bawimy się w moją grę – ale po pierwsze, to by była tylko gra, i po drugie – na jakiej, właściwie, podstawie? Dlaczego ktoś miałby przestrzegać reguł Twojej gry? Jeśli z życzliwości, to jak długo ona potrwa? Prędzej czy później może mu się odwidzieć. Bo opłacać mu się to wcale nie musi[xviii].

 

Zanim przejdę do definicji krzywdy, jeszcze parę słów o sceptycyzmie i relatywizmie. Sceptycyzm i relatywizm greckich sofistów wywodzi się zwykle z ich wędrownego trybu życia – w każdej książce wyczytasz, jak to sofiści odwiedzali rozmaite miasta, stwierdzali, że panują w nich różne urządzenia społeczne i stąd wnioskowali, że nie ma norm uniwersalnych. Potem przenosili to na wiedzę przyrodniczą, podając za przykłady złudzenia optyczne (kij wygląda na prosty, kiedy go widzę w powietrzu, ale jak włożę do strumienia, wydaje się złamany) czy różnice indywidualnych odczuć i gustów (Agatonowi pomarańcza jawi się jako kwaśna, Kaliklesowi jako słodka – nie może być i taka i taka naraz – to by przeczyło logice[xix]! Więc jaka jest?). Moim zdaniem jest to właśnie taka nieuprawniona generalizacja, jaką pokazałam wyżej: „Pomarańcza jest słodka” nie może pretendować do miana pełnego opisu pomarańczy samej w sobie, uniwersalnie obowiązującą prawdą[xx] może być najwyżej „Kaliklesowi pomarańcza smakuje słodko”.

 

Pozostaje jednak pytanie, dlaczego sceptycy, greccy i późniejsi, dokonują takiego uogólnienia. I znowu, odpowiedź będzie kontrowersyjna. Otóż: do upadłej natury człowieka należy – czasem obsesyjne – poszukiwanie pewności, ale należy do niej również niezdolność osiągnięcia tejże. Każde działanie jest ryzykowne, każde poznanie może być błędne, każda rada może się okazać zła. Rozumowanie może być źle przeprowadzone, założenia fałszywe, zmysły mogą nieprawidłowo funkcjonować, człowiek, z którym rozmawiasz, może kłamać, mylić się, albo z najlepszej wierze powtarzać cudze kłamstwo czy błąd. A jednocześnie musimy jakoś działać w tym niepewnym świecie. Każdy z nas jest jak rozbitek na małej tratwie, która unosi się pośrodku oceanu[xxi]. To, że fale mogą ją przewrócić, nie odbiera tratwie – przekonaniom i heurystykom, z których korzystamy – wartości użytkowej. Ale prędzej czy później każde z nas wyląduje w wodzie – czyli popełni błąd.

 

Problemem naszej epoki[xxii] jest lęk przed konfliktem, chęć uniknięcia go za wszelką cenę – a powszechnie sądzimy, że konflikt rodzą jasne przekonania i wyraźne różnice[xxiii]. Dodajmy do tego pragnienie uniknięcia błędu, też za wszelką cenę, a ostrożność automatycznie stanie się najwyższym prawem[xxiv]. Niektórzy relatywiści powołują się na nie wprost, niektórzy maskują swoje asekuranctwo szacunkiem wobec innych – nie chcą nikomu uchybić. Oczywiście, uprzejmość jest wartością – ale czy najwyższą? Co ważniejsze, chwilowe uczucia, czy godność osoby? Czy przypadkiem nie uchybiamy tej godności, traktując drugiego człowieka jako istotę nierozumną, niezdolną pojąć, że mogła się pomylić (albo, że my się mylimy w jej ocenie), kierującą się tylko i wyłącznie chwilowym humorem[xxv]?

 

A zatem, Czytelniku, pozwól, że postawię sprawę jasno już tutaj. Mogę się mylić. Jest wręcz pewne, że w tym czy innym punkcie się mylę, że czegoś nie widzę tak wyraźnie, jak mi się zdaje, że moja przedwiedza nie wystarczy, żeby ocenić Twoje dzieło w sposób doskonały, boski i wolny od przedsądów, żeby je prześwietlić ze wszystkich stron i we wszystkich płaszczyznach i wyczytać absolutnie wszystko, co chciałeś powiedzieć, nie wyczytując niczego, czego powiedzieć nie zamierzałeś. Nie jestem przecież wszechwiedząca. Ale. Polemizując ze mną, zakładasz (implicite), że moje opinie mają jakieś znaczenie. Gdyby bowiem nie były niczym więcej, niż tylko wyrazem moich uczuć, mógłbyś się rozpłakać, że Tarnina Cię nie lubi[xxvi], ale nie mógłbyś dyskutować. Dlaczego? Sam już wiesz, ale powiem: bo o moich uczuciach nie możesz wiedzieć więcej ode mnie. Ponadto: moje uczucia, jeżeli są faktycznie pozbawione związku z jakością tego[xxvii], co oceniam, nie mają absolutnie żadnego znaczenia dla nikogo. Włącznie ze mną.

 

Sceptyk i relatywista mówią o sobie, że są dojrzali (zakładając implicite, że człowiek dojrzały unika błędów i konfliktów), ale faktycznie są tylko obojętni, jeśli nie popełniają wręcz acedii. Nie chcą wybierać – ale niewybieranie też jest wyborem. Przejście obok potrzebującego bez próby pomocy jest wyborem.

 

Naturalnie, nie każda próba pomocy jest podjęta z właściwych pobudek, nie każda przynosi dobre skutki, czasami życzliwiej jest powstrzymać się od działania – ale każdą sytuację należy indywidualnie rozważyć. A z Twojej strony – masz pełne prawo nie skorzystać z pomocy, która wydaje Ci się chybiona. I w pisaniu, i w życiu – po prostu grzecznie podziękuj i odejdź. Masz do tego pełne prawo jako istota rozumna i wolna, jako ostateczna instancja w decyzjach, które dotyczą Twojego postępowania. Zapewniam, że ta akurat rada wynika z moich doświadczeń – chciałabym, żeby ktoś mi jej udzielił, ale musiałam się tego nauczyć sama.

 

Wiemy już, mniej więcej, czym jest opinia – żeby się dowiedzieć, czy może być krzywdząca, musimy zapytać, czym jest krzywda. Czy robiąc komuś przykrość, automatycznie wyrządzam mu krzywdę?

 

Nie.

 

Krzywdą nazywamy w etyce nie przykrość, ale niesprawiedliwość. Czym jest niesprawiedliwość? Według Etyki nikomachejskiej, czyn sprawiedliwy to taki, który daje każdemu to i tyle, ile mu się słusznie należy, stąd wniosek, że czyn niesprawiedliwy będzie albo odbierał coś, co rozważana osoba mieć powinna, albo dawał jej za dużo.

 

Skąd wiemy, co się komu należy? Patrz punkt pierwszy. Znam trzy źródła słusznych roszczeń: zasługę, zobowiązanie, godność osobową. Nasza hipotetyczna osoba może zapracować na jakieś dobro (albo zło – mówimy ogólnie), dokonując czegoś, co według norm przyjętych w społeczności jest nagradzane (karane) tak lub owak. Możemy się z nią umówić, a wtedy, o ile ona dotrzyma swojej części umowy, my mamy obowiązek dotrzymać naszej[xxviii]. I wreszcie – pewne rzeczy należą się człowiekowi już z samej racji bycia osobą, na przykład nietykalność cielesna.

 

Zastanówmy się teraz, czy krytyka narusza jakieś słuszne roszczenia.

 

Po pierwsze, jeżeli dzieło w ogóle zasługuje na krytykę, musi to być krytyka adekwatna do jego jakości, i tylko do niej. Co byś, Czytelniku, pomyślał, o kimś, kto chwali tylko po to, żeby się przypodobać[xxix]?

 

Po drugie, nie mamy wobec kolegi żadnych innych zobowiązań niż te, które wynikają z samego koleżeństwa (i z faktu, że kolega jest osobą, ale o tym za chwilę) – należy do nich między innymi to, że, jeżeli go krytykujemy (nie zawsze musimy), powinniśmy to zrobić, na miarę naszych możliwości, rzetelnie. Czyli znowu, adekwatnie do czynów, a jeśli krytykujemy jakieś jego dzieło, do jakości tego dzieła. Zgadzając się na sędziowanie w konkursie przyjmujemy zobowiązanie, że będziemy oceniać nadesłane prace bezstronnie, nie oglądając się na uczucia autorów. Tak, może być przykro kogoś zjechać. Ale byłoby naruszeniem naszego zobowiązania jako jurora pochwalić jego dzieło, jeśli uważamy, że ono na pochwałę nie zasługuje.

 

Po trzecie i najważniejsze – czy krytyka narusza godność osoby? Powiedziałam już wyżej, że wręcz przeciwnie, ale dla jasności powtórzę: to nieszczera ocena narusza godność osoby, bo jeśli oceniam kogoś wedle norm ogólnoludzkich, uznaję w nim człowieka. Okłamując go, żeby oszczędzić jego uczucia, uznaję, że nie potrafi sobie z nimi sam poradzić, że jest w najlepszym razie jednostką niedojrzałą – w najgorszym w ogóle do tej dojrzałości niezdolną. Jednostką, którą trzeba trzymać z dala od kruchych przedmiotów. A każdy człowiek, jako istota zdolna do refleksji nad sobą, może się zmienić i dojrzeć, prawda? Jeśli zechce. A żeby zechciał, czasami musi go trochę zaboleć.

Nie przedstawiam się tu jako wychowawca młodzieży czy inna Safona – tylko jako drugi człowiek.

 

Drugi człowiek, który też nie jest nieskończonym podmiotem poznającym, którego opinie i sądy zawsze będą niepełne – podobnie, jak Twoje, Czytelniku. Który na pewno zwraca uwagę na inne aspekty rzeczy, niż Ty. Ale, ale, wyprzedzam tok tej powieści. Powoli.

 

Z Olimpu aksjologii zejdźmy do Arkadii estetyki[xxx]. Po drodze przyjrzymy się jeszcze językowi, jako interesującemu nas tutaj tworzywu.

 

Językiem nazywamy konwencjonalny system znaków (tj. takich cosiów, które mają odniesienie przedmiotowe). Składa się od ze zbioru znaków – słownika, zbioru reguł składania tych znaków w większe zespoły – składni, oraz reguł znaczeniowych, określających, do czego znaki i ich zespoły się odnoszą i w jaki sposób. Całość służy przede wszystkim, choć wcale nie tylko, do przekazywania informacji.

 

Ten opis, krótki i suchy jak liofilizowany patison, nie oddaje w pełni zjawiska (żaden opis tego nie potrafi), ale w takim skrócie widać najpełniej ogóły: istotą języka jest norma. To dzięki normom, zewnętrznym wobec nich obu, mówca może w ogóle liczyć na to, że znaczenie, które on ma na myśli, będzie miało cokolwiek wspólnego z tym, co pomyśli odbiorca. Pomyśl, Czytelniku, o Wittgensteina żuku w pudełku. Ty masz pudełko, ja mam pudełko – nasze pudełka są zamknięte, nie możemy sobie do nich nawzajem zaglądać. Kiedy Ci mówię, że mam żuka, skąd możesz wiedzieć, że nie mam na przykład ćmy? Tylko stąd, że słowu „żuk” norma językowa przypisuje odniesienie do określonego typu przedmiotów[xxxi].

 

Oczywiście, normy językowe ewoluują, i nie są w tym wcale niezależne od użytkowników języka – ale my urodziliśmy się w tej epoce, w której obowiązuje ta, określona, obecnie przyjęta norma językowa. Nawet Cezar musi się jej poddać. A, że ona jest arbitralna? Jest. Nie wybierałeś sobie, drogi Czytelniku, gdzie i kiedy chcesz się urodzić, w jakiej rodzinie i pod jakim nazwiskiem, a jednak jesteś rzucony w tę konkretną sytuację i z tej konkretnej sytuacji wynikają dla Ciebie pewne obowiązki[xxxii]. Nie ma znaczenia, że ona jest przygodna (tj. mogłaby być inna, albo wcale nie zaistnieć). Ty też taki jesteś, a nie odbiera Ci to ważności, nieprawdaż?

 

Skąd znamy tę normę? Stąd, skąd znamy wszystkie normy: od rodziców, kolegów, ze szkoły. Mówimy językiem, w którym nas wychowano, a nie jakimś innym – i ten język różni się od pozostałych, jest jakiś, określony. Gdyby się nie różnił, byłby tożsamy z tamtymi. Przykład: w angielszczyźnie zwyczaj językowy dopuszcza używanie imion osób znanych w zdrobnieniu. Takie użycie nie jest nacechowane emocjonalnie. Ale w polszczyźnie – jest. Możemy mówić o Billu Clintonie zupełnie chłodno i merytorycznie – ale o „Olesiu” Kwaśniewskim wypowiadamy się z pogardą albo ironią. Żeby mówić o nim bez emocji, musielibyśmy użyć pełnej formy jego imienia. Dlaczego? Można się starać to jakoś wytłumaczyć, ale ostateczna odpowiedź będzie brzmiała „arbitrariness of the sign”. Taki jest zwyczaj językowy, ukształtowany przez setki lat ewolucji od „Daj, ut ja pobruszę, a ty poczywaj” po „Zauważyłam, że w dzisiejszych czasach ludzie się łatwiej rozwodzą i zwodzą, co jest przykre”.

 

Nie jest żadnym argumentem, że te reguły bywają łamane – nie można by było ich złamać, gdyby reguły nie istniały, nieprawdaż? Już starożytne rzymskie graffiti zawiera błędy, na widok których Cyceron spłoniłby się jak pensjonarka („Romani ite domum”, no nie?) – ale byłoby absurdem stawiać mażących po ścianach w Pompejach czy Herkulanum na równi z Cyceronem jako wyznaczających standardy języka. Owszem, część z obecnych błędów za sto lat stanie się normami. Za sto lat. Teraz jeszcze nimi nie są. I nie możemy przewidzieć, które to będą błędy.

 

Nie wszystkie normy językowe można jednak określić jasno – najłatwiej jest to zrobić z normami ortografii, gramatyki i interpunkcji, które są skodyfikowane w ogólnie dostępnych publikacjach, przez powołane do tego instytucje[xxxiii] i wystarczy link do strony PWN, żeby zakończyć spór.

 

Trudniejszy problem przedstawiają reguły semantyczne, konotacje, kolokacje i implikatury konwersacyjne. Zacznijmy od tych pierwszych. Wszyscy wiemy, że „broszka” to nie znaczy „słoń”. Skąd to wiemy? Patrz wyżej. Konotacje są mniej oczywiste: „słoń” przywodzi na myśl takie słowa, jak „wielki”, „szary”, „afrykański”, „mądry” – ale ma tu znaczenie, co nadawca i odbiorca przekazu wiedzą o słoniach. Jeśli nie wiedzą nic, słowo „słoń” będzie dla nich pustym dźwiękiem.

 

Ale wiedza o słoniach jest częścią kultury (a co!) – zapożyczę przykład od Chestertona, i będzie to przykład obcojęzyczny. „Dulcis” w słowniku łacińsko-angielskim znajdziemy w jednej linijce ze „sweet”, podstawowe odniesienie tych dwóch słów jest takie samo („słodki”), ale otaczające je konotacje są zupełnie różne! Każde z tych dwóch słów wywołuje inne ciągi skojarzeń: „dulcis” jest ojczyzna, jest ekwita i jego śmierć za tęże. Dulce et decorum est pro patria mori można powiedzieć z pełną powagą. Nie można poważnie twierdzić, że It’s a sweet thing to die for your country. „Sweet” są dziewczyny, samochody i gadżety. Te dwa słowa nie są swoimi tłumaczeniami, symbolizują zupełnie różne koncepcje[xxxiv], i nie jest to widzimisię Chestertona ani moje – Chesterton po prostu opisuje zwyczaj językowy. Chmura znaczeń otaczająca słowo nie jest nigdy podana wprost, nie musi być uświadomiona, ale istnieje. Kiedy ktoś używa słowa niezgodnie z jego szerszym znaczeniem, mamy poczucie dysonansu i nie musimy wcale rozumieć, skąd ono się bierze. Często mamy z tym zjawiskiem do czynienia, kiedy stykamy się ze złym przekładem – to najlepsze świadectwo braku wyczucia i niekompetencji tłumacza.

 

Oczywiście, żeby dysonans naprawdę nas uderzył, musimy znać właściwe znaczenie słowa, ale sądzę, że od kogoś, kto chce słowami zarabiać na życie, albo tylko (aż!) bawić bliźnich, można tego wymagać.

 

Także kolokacje i frazeologizmy nie są dowolne. Dzięki uprzejmości MEN każde z nas uczyło się kiedyś języka obcego (a przynajmniej siedziało na lekcjach) i nie rozumiało, dlaczego nie może napisać „put up with” zamiast „put upon” – przecież to prawie to samo? Owszem, tak, jak „książka” i „Księżyc” to to samo. Słowo to o wiele więcej, niż zapis w słowniku – to pojedyncze włókienko wielkiej sieci, którą jest język. Wypreparowane z tej sieci nie może być tak naprawdę poznane.

 

Przejdźmy do implikatury konwersacyjnej, potocznie zwanej „czytaj, k…, między wierszami”. Ktoś może narzekać na ciemność, żeby nas skłonić do zapalenia światła. Pytanie „Lubisz gofry”? może być próbą flirtu. Tutaj słowniki i podręczniki na nic już się nie przydadzą – trzeba po prostu myśleć, i to myśleć w kategoriach treści, nie logicznej formy. W opowiadaniu, oczywiście, znajdziemy implikaturę konwersacyjną w dialogach – ale zawiera ją także narracja! To właśnie owo słynne „pokazuj, nie zapewniaj”. Mogę napisać, że bohaterce było gorąco, ale kiedy napiszę, że włosy lepiły jej się do karku, gorąco będzie bardziej dotykalne, właśnie dlatego, że czytelnik musi je sam ze słów wydobyć. Pokazywanie wymusza też na autorze większą spójność świata przedstawionego – ale brnę w dygresje, a muszę jeszcze wspomnieć o jednym zagadnieniu z zakresu pragmatyki języka.

 

Język, jako się rzekło, służy do przekazywania znaczeń – wypowiedź niejasna w najlepszym razie nie spełnia swojego celu, w najgorszym – jest celowo zbudowana tak, żeby odbiorcą manipulować. Nie tyle wpłynąć na niego (to robi każda wypowiedź, danie komuś czegoś do zrozumienia jest wpłynięciem na niego), ile oszukać, skołować, onieśmielić i zaciągnąć w krzaki, niezdolnego do obrony. W krzaki, albo do urny wyborczej. Pisarz nie jest jednak politykiem i powinien wykazywać nieco szacunku wobec tych, którzy go czytają. Manipulacja, jak sądzę, jest objawem skrajnego braku szacunku – uprzedmiotawia manipulowaną osobę.

 

Ostatnia uwaga, zanim przejdę do kwestii literacko – estetycznych – wiele z reguł, o których wspomniałam, można zupełnie legalnie złamać, kiedy tworzymy żart. Skecze kabaretów Potem i Hrabi są pełne połamanych w kawałeczki reguł językowych: gramatycznych („W gwiazdach zapisane jest ręcami!”) i semantycznych („Skąd u służby taka elewacja?”) – i to jest śmieszne. Osiąga cel, którym jest rozbawienie widza. Ale, żeby ten cel osiągnąć, obie strony muszą po pierwsze wiedzieć, że reguły są, i co w tej sytuacji nakazują.

 

Trudno dać ogólną teorię humoru – ale nawet żart, który odbiorcy nie bawi, może i powinien być rozpoznawalny jako żart właśnie. Najlepiej nie tylko po tym, że zapłaciliśmy za bilet na kabaret. Nonsens jako taki nie wydaje mi się śmieszny.

 

A teraz chwila, na którą wszyscy czekali, czyli język jako środek artystyczny. Ważna uwaga – środek. Nie cel. Czy można krytykować cel napisania jakiejś historii? Jak najbardziej. Czy ja to robię? Raczej nie. Mogłabym, oczywiście, gdybym ten cel znała – ale zwykle go nie znam, mogę się tylko domyślać. Naturalnie, opowiadanie może przekazywać (zwykle przekazuje) jakieś poglądy na świat, i mogę widzieć w nich jakąś wartość, albo i antywartość – ale ograniczam się raczej do zaznaczenia tego. Jesteśmy przecież na forum literackim, nie filozoficznym. Gdybyśmy byli na forum rysowników, nie tłukłabym Was po głowach, że ośmieliliście się narysować konia – rysujcie sobie to, co lubicie, czemu miałoby mi to przeszkadzać[xxxv]? – ale na pewno bym tłukła, gdyby ten „koń” przypominał bardziej stegozaura. Wystarczy odróżnić środki artystyczne od treści i ciach! straszna kontrowersja „czy Tarnina w sposób uprawniony dyktuje nam, geniuszom, co mamy pisać” sama znika. Znika, bo jej nigdy nie było. Pytanie zostało źle postawione[xxxvi]. Jedźmy dalej.

 

Jak to ujęła Ursula Le Guin, artysta używa wybranych przez siebie środków, by nam unaocznić rzeczy, których nie sposób oddać słowami. Środkiem wybranym przez pisarza są słowa. Zatem: pisarz oddaje słowami to, czego nie sposób oddać słowami. Ten sylogizm tylko pozornie jest paradoksalny – jego moc rozrywania granic umysłu wynika z ekwiwokacji (ang. four terms fallacy) – są dwa podstawowe sposoby oddawania rzeczy słowami, jeden właściwy codziennemu, informacyjnemu i praktycznemu[xxxvii] użyciu mowy, a drugi – literaturze. Mówię tu oczywiście o pokazywaniu i zapewnianiu, czyli angielskich „show and tell”. Dlaczego lepiej pokazywać?

 

Po pierwsze, nie każdą prawdę w ogóle da się zaetykietować, zamknąć w kilku prostych słowach. Ale nawet te, które się daje, coś na tym tracą – kto zapamięta jedno apodyktyczne twierdzenie? (Tak, tak, cicho tam z tyłu.) Etykiety nie oddziałują. Nie poruszają władzy sądzenia (zmysłu estetycznego, ale też umysłu w ogóle), nie trzymają się w pamięci. Przekazują tylko abstrakcyjne odniesienie, nie działają na zmysły, nie dają do myślenia. Miejsce etykiet jest na słoikach z dżemem.

 

Przykład. Oto prosta prawda: siedząc przy biurku i pisząc te słowa, widzę książkę w fioletowej okładce z białymi napisami (Grzegorz Malinowski, Logika ogólna, PWN). Oglądam ją na własne oczy – to konkretny przedmiot o konkretnym kształcie, w konkretnym odcieniu. Światło lampki pada na nią w jedyny i niepowtarzalny sposób.

 

Ale czytający te słowa doświadcza tej książki tylko za ich pośrednictwem, za pośrednictwem mojego umysłu, który książkę postrzega i opisuje, przyporządkowując jej konkretnym cechom ogólne określenia – bo słowa są ogólne. Uważny Czytelnik powinien się już domyślić, że ogólne być muszą[xxxviii]. A jednak! Właściwie dobrany zestaw słów może przekazać niemal konkret, choć nie bez pomocy samego odbiorcy.

 

Odbiorca musi wiedzieć, co to znaczy „fioletowy” i „błyszczący”, nie tylko wprost, ale także w konotacjach (patrz wyżej) – tylko wtedy może sobie zbudować to, co autor pokazuje. Jeśli piszę „palce miałam zlepione lukrem”, Ty, Czytelniku, robisz o wiele więcej, nie tylko widzisz kształty liter na ekranie. Przypominasz sobie, jak to jest, kiedy palce się kleją, może zawracasz pamięcią do Tłustego Czwartku, może odczuwasz lekkie obrzydzenie (fuj, klei się), a może czujesz cukrowy zapach lukru? Budujesz sobie fragment sceny, w której ludzie jedzą cukierniane ciastka – byłoby bardzo dziwne (choć możliwe), żeby palce lepiły się od lukru grotołazowi albo pogromcy potworów[xxxix].

 

Jeszcze raz: odbiorca literatury nie jest bierny. Można bezmyślnie chłonąć film (można go też oglądać czynnie, żeby nie było) ale czytać bezmyślnie nie sposób.

 

A ponieważ czytelnik robi sporą część roboty, utrudnianie mu tego jest nie tylko nieuprzejme – jest przeciwskuteczne. Nikt nie ma obowiązku czytania tekstów rozrywkowych. Sama ich nazwa wskazuje, że czytanie tych tekstów powinno być przyjemnością, nie obowiązkiem. Wyobraź sobie, Czytelniku, a właściwie – Autorze – że zapraszasz swojego czytelnika do gry. Jeśli uczynisz tę grę nieprzyjemną, czytelnik nie będzie chciał się z Tobą więcej bawić. Dziwisz mu się?

 

I tak, na przykład: błędem jest niezamierzony rym, bo zwraca na siebie uwagę. Wyrywa czytelnika z zawieszenia niewiary, pokazuje mu, że zamek jest namalowany, a korona księżniczki – papierowa. Jeszcze gorsze pod tym względem są złamane frazeologizmy i słowa użyte niezgodnie ze znaczeniem – jeśli błędy stylistyczne zwracają uwagę odbiorcy na umowność[xl] dekoracji, błędy językowe pokazują, że jest to dekoracja byle jak zbita z desek, chwiejna, niechlujnie i pospiesznie zbudowana, gotowa się wywrócić, kiedy aktor kichnie, a scenograf leży teraz w rowie, kończąc przepijać wypłatę.

 

To, co przed chwilą napisałam, to przykład metafory, czyli słownej ilustracji. Przyjrzyjmy się jej bliżej: dosłownie mamy tu scenografię teatralną, zbitą byle jak przez kogoś, komu spieszyło się do wypłaty i jej przepicia. Ale ta dosłowna warstwa odsyła nas dalej: co myślisz, Czytelniku, o kimś, kto w ten sposób uprawia rzemiosło? Co myślisz o jego pracy i wynikach tejże?

 

Zgodzisz się, że nazwałam właśnie hipotetyczną scenografię złą, nie używając ani razu tego słowa. I mogę się założyć, że za tydzień będziesz pamiętał obraz, konkret – a więc i wniosek, który z niego wyciągnąłeś – a pojedyncze słowo dawno zapomnisz.

 

Metafora wymaga od czytelnika, żeby był Holmesem – niekoniecznie świadomie. U większości z nas ten proces przebiega sam, zupełnie gładko – zwracamy na niego uwagę dopiero, kiedy zostanie zaburzony źle użytym słowem, rymem, nonsensem, śmiesznością tam, gdzie wypadałoby wzruszyć („życiodajny ichor z każdym uderzeniem serca umykał z jego udręczonego ciała”[xli]). Ilustracja, której nie umiałby sobie wyobrazić M. C. Escher, nie jest niczym innym, jak werbalnym śmieciem – nie osiąga celu (pokazania czegoś), a właśnie przeszkadza.

 

Czasami pisarze, zwłaszcza komedii, mogą sobie pozwolić na pozornie niespójną metaforę w rodzaju „pomiot ośmiornicy i roweru”, ale tutaj właśnie o niespójność chodzi. „Pomiot ośmiornicy i roweru” jest zaskakująco dziwaczny, i dzięki temu zostaje w pamięci dłużej, niż „zlepek niedopasowanych części”, który też jest metaforą, po prostu mniej zabawną.

 

Także rejestr i poziom formalności niosą istotne znaczenia: wiemy, że pewnych wyrazów i zwrotów nie używa się na egzaminie, w urzędzie, w wywiadzie dla telewizji, ale też w zwykłej rozmowie. Co pomyślisz, Czytelniku, o kimś, kto młodszego brata tytułuje „doktorem habilitowanym”? Nie tak w żartach, ale na serio, wicie, rozumicie? Wariat. Albo ma kiszki skręcone od resentymentu. A ktoś, kto wchodzi do urzędu i od progu woła „Joł, ziomale, chcieliśta moje PITy? Pitu, pitu, nie?”

 

Powtarzam i podsumowuję – forma językowa niesie ogromny ładunek treści. Ma ona związek z tą treścią, którą nazywamy potocznie przesłaniem, tematem, motywem przewodnim, jak kto lubi, i to nie jest związek przypadkowy: przesłanie jest konstytuowane przez to, co odmalowują słowa, a to z kolei superweniuje[xlii] na tychże słowach. Analogicznie: rysując konia, słonia, czy gołą babę, stawiasz, Autorze, na papierku kreski. Te kreski tworzą kształty. Te kształty dopiero układają się w gołą babę. Struktura bytu, rozumiesz? Środki nie mają wpływu na Twój wybór treści – powinno być wręcz odwrotnie, ale mają ogromny wpływ na to, co ja odczytam. Do tego bowiem służą.

 

Przykład bardziej literacki:

  • Czerwony Kapturek szła przez las z koszyczkiem pełnym smakołyków, które niosła chorej babci.

  • Czerwony Kapturek kroczyła pośród drzew puszczańskich, koszyk wiktuałów niosąc, by go babce, niedomogą złożonej, darować.

  • Czerwony Kapturek popylała, kurna, krzaczorami, w koszu miała szamę dla babki, co chora była.

Sytuacja jest ta sama. Ale treść jednak się zmienia, nie? Czy Kapturek, który kroczy, jest tym samym Kapturkiem, który popyla? Nie stawiam ich tu w hierarchii – jeden i drugi mają swoje miejsce w świecie, ale nie należy ich mylić.

 

Jeszcze jedna dygresja: na rynku idei krąży kilkunastu przekupniów, oferujących spod płaszcza różne „niezawodne” plany, zasady i systemy. Nie jestem jednym z nich. O, śmiem twierdzić, że robią to w najlepszej wierze, sprzedają to, co im samym posłużyło, ale ich podstawowe założenie wydaje mi się błędne.

 

Jest to założenie o istnieniu uniwersalnego systemu pisania. Nie uniwersalnych norm! Przepisu, który każdemu pozwoliłby na opowiedzenie dowolnej historii. Takiego przepisu nie ma i być nie może, ponieważ historie – właśnie te ich najgłębsze treści – są rozmaite, punkty widzenia autorów są rozmaite i właśnie w oryginalności punktu widzenia, w tym, że Ty, Czytelniku, dostrzegasz coś, czego ja nie widzę, leży spora część wartości literatury. Jednym z ważnych celów literatury i sztuki w ogóle jest otwieranie okien, które oddzielają nas, monady, od świata w jego niezmierzonej różnorodności. Uświadomienie mi, małej Tarnince schowanej w małej norce, że poza tą norką jest wiele innych rzeczy, rzeczy, których nie muszę lubić ani popierać, których nie muszę potrzebować, żeby miały swoją wartość (pozytywną lub negatywną – istnieje na świecie zło, które nie dotyka mnie osobiście, ale nie przestaje być przez to złem).

 

Uzdrowienie, ucieczka, pocieszenie. Mądrość moralna. Świeżość spojrzenia. Umiejętność wyjścia poza siebie. A także czysta, niewinna rozrywka. Wszystko to można osiągnąć, składając słowa tak, by odbiorca mógł zobaczyć, co mu się przekazuje, zamiast łamać sobie głowę nad bełkotem bez znaczenia. Nikt nie ma obowiązku się zachwycać moim geniuszem, kiedy piszę o jakichś spłonionych latarniach tłustości. Nie każde słowo, które wydobywa się z dowolnej głowy, jest święte, i nie każda myśl jest mądra. A nawet jeśli akurat jest, nic nikomu z tego nie przyjdzie, jeśli jej nie zrozumie.

 

Sądzę, że forum jest właśnie bezpiecznym obszarem, gdzie rządzi philia – wspólne poszukiwanie prawdy. Jesteśmy universitas, nie klubem wzajemnej adoracji. Czasami trzeba koledze powiedzieć, że wlazł w bagno – zanim ułożymy to trzynastozgłoskowcem, kolega dawno się utopi.

 

A jeśli wagę problemu dostrzega nawet jednostka emocjonalnie upośledzona, jak choćby ja, Wy, szczęściarze, nie macie żadnego usprawiedliwienia dla swojego samopobłażania.

 

Dziękuję, dobranoc.

 

Dodatek popełniony w afekcie, od początku do końca dnia 14 marca 2020: Odpowiedzialność moralna i wolność słowa, czyli czy prawda nas niewoli?

 

Rozważmy osiołka. Osiołek ma nieskomplikowane upodobania – lubi owies. Lubi też siano, akurat tak samo, jak owies. Postawmy teraz nasz kopytny obiekt doświadczalny równiutko w połowie drogi między dwoma żłobami, z których jeden zawiera najprzedniejszy owies, a drugi – przepyszne siano. Owies jest dobry, i siano jest dobre – żaden żłób nie zawiera lepszego posiłku, są dokładnie równe. Dla uproszczenia przyjmijmy, że takie pozostaną i nie zepsują się wcale, przynajmniej w czasie potrzebnym do przeprowadzenia doświadczenia.

 

Co wybierze osiołek?

 

W tym klasycznym eksperymencie myślowym osiołek zdycha z głodu, niezdolny do podjęcia decyzji – ma to dowodzić, że rozum nie wystarczy do życia i konieczna jest także (pozarozumowa) wola, innymi słowy, że rozpoznanie dobra (nawet instrumentalnego [czyli będącego nie celem, a środkiem, w tym przypadku do przeżycia] dobra, jakim jest jedzenie) nie wystarczy, żeby racjonalna istota je wybrała. Jeśli nawet osiołek wie, że musi coś wybrać, żeby przeżyć, brakuje mu kryterium wyboru. Dlaczego owies, nie siano? Dlaczego siano, nie owies?

 

A teraz zmodyfikujemy eksperyment. Powiedzmy, że do zagrody osiołka...

 

wkradł się lis.

– Hej, ośle – rzucił. – Co porabiasz?

– Myślę.

– Nad czym? – spytał lis.

– Nad wyborem. Zjeść owies, czy siano? I dlaczego jedno, a nie drugie?

Lis zastrzygł uszami. Frajera wyczuwał na milę, a choć sam nie mógł zyskać nic smacznego (lisy nie jedzą przecież trawy), mógłby przynajmniej trochę się zabawić.

– Wiesz – powiedział, przechylając łeb, jakby w zamyśleniu – kiedy przebiegałem pod kurnikiem, słyszałem, jak gospodarz mówi żonie, że w stodole jest wilgoć. Denerwował się, że siano może spleśniało.

– O! – powiedział osiołek. Zrobił parę kroczków w stronę żłobu z sianem i powąchał. Nie pachniało źle... ale zaraz... zaraz... czuły ośli nos wyłapał jakieś podejrzane nutki... Nie, nie, zdecydowanie nie, postanowił osiołek, nie będę ryzykował. Stanowczo odwrócił się tyłem do żłobu z sianem. Podreptał do drugiego i zaczął pałaszować owies.

 

To jeden scenariusz. Ale może...

 

na płocie usiadła kawka.

– Cześć – zaskrzeczała. – Słyszałeś nowiny?

Osiołek pokręcił głową, zamachał uszami. Jednym okiem ciągle patrzył na żłoby, kiedy kawka zaczęła opowiadać.

– Właśnie wracam z kurnika – mówiła – żebyś wiedział, jaki te kury hałas robią! Że niby gospodyni zamiast krup jęczmiennych daje im owsiane i że się roztyły wszystkie, aż nie mogą na grzędę wskoczyć, a kogut to palant, bo mówi, że takie tłuściochy to wstyd prowadzać...

Gadała i gadała, a osiołek, zajęty rozważaniami, słyszał piąte przez dziesiąte. Owies... roztyły... tłuściochy to wstyd... Spłonił się pod szarą sierścią. W końcu, jeśli tak na siebie spojrzę, daleko mi do figury konia panny dziedziczki. Nie, owies jest pyszny, ale nie mogę zrobić gospodarzowi wstydu, postanowił. Wezmę sobie tylko trochę siana.

 

W innym świecie możliwym przez płot wskoczyła koza.

 

Oczy aż jej zaświeciły na widok specjałów w obu żłobach, ale nawet kozy mają jakieś szczątki poczucia przyzwoitości.

– Siemasz – zagaiła. – Co tak medytujesz nad tym żarełkiem?

– Nie wiem, co wybrać – poskarżył się osiołek. Koza zastukała raciczkami w miejscu, żeby powstrzymać cisnące jej się na pyszczek pytanie "czemu nie zjesz wszystkiego?" Miała, owszem, resztki poczucia przyzwoitości, ale nigdy się nimi nie najadła.

– A co lubisz bardziej? – zapytała.

– To i to po równo. W tym sęk.

– Wiesz, słyszałam, że, mm... że u gospodarza będzie dzisiaj ten gostek od mini zoo. Trzeba ładnie wyglądać, to może nas wezmą?

– Naprawdę? – Osiołek zakręcił się w miejscu, żeby obejrzeć własny grzbiet.

– Dzieci będą na tobie jeździły – ciągnęła koza w natchnieniu. – Ale się ucieszą! Bo z ciebie to naprawdę przystojniacha, wiesz? Nie to, co ja...

– Niczego ci nie brakuje, kózko – powiedział osiołek serdecznie.

– Sierść mi tak nie błyszczy, jak tobie... może, gdybym zjadła trochę owsa... i siana, żeby się zaokrąglić, żebym była bardziej przytulna... ale przecież nie chcę ci zabierać...

– Ależ, kochana – Osiołek odsunął się od żłobu – częstuj się na zdrowie. Możesz nawet zjeść wszystko – dodał, ale koza już wcinała, aż jej się uszy trzęsły.

 

Ale w kolejnym do zagrody wkroczył dostojnie stary muł.

– Witaj, bratanku – powiedział.

– Dzień dobry – przywitał się grzecznie osiołek. Przestąpił z nogi na nogę, zebrał się na odwagę i spytał – Czy mógłbyś mi doradzić?

– W jakiej sprawie?

– W sprawie obiadu, stryjku. Nie mogę się zdecydować.

– A, tak, ludzie często stawiają nas przed takimi dylematami – uśmiechnął się muł. – Po pierwsze, nie zapominaj o innych – Młody osiołek, zawstydzony, stuknął kopytkiem raz i drugi, ale muł zarżał serdecznie.

– Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi. Chętnie udzielę ci rady na dziś i na przyszłość. Otóż: jutro też jest dzień. Nie musisz jeść wszystkiego od razu. Znacznie rozsądniej jest skubnąć trochę tego, trochę tego, a resztę zachować na później. Nie chcesz przecież dostać ochwatu czy kolki z przejedzenia, mój drogi.

Biorąc przykład ze staruszka, zadowolony, że problem ma z głowy, osiołek schrupał sobie po trochu owsa i siana.

 

A w jeszcze innym wszedł do niej drugi osiołek.

– Cześć, braciszku. Nad czym dumasz?

– Co jest lepsze? Owies, czy siano? Nie mogę się zdecydować – wyznał mieszkaniec zagrody.

– Dobra, ale coś zjeść musisz.

– Tylko co? Wszystkiego przecież nie zmieszczę, a szkoda, żeby się zmarnowało.

Drugi osiołek miał filozoficzne zacięcie i nie chciał kończyć dyskusji na rozsądnej skądinąd radzie "podziel się z kimś", zwłaszcza, że nie lubił się przymawiać o prezenty. I nie był akurat głodny.

– Co lubisz bardziej? – spytał.

– To i to jednakowo.

– Hmm. Ale tak w sumie, owies i siano dosyć mocno się różnią. Nie?

– Ale jedno jest dobre i drugie jest dobre.

– A co to znaczy "dobre"?

– No, smaczne. I brzuszek napełnia przyjemnie.

– Czyli "dobre" to "przyjemne", tak?

Osiołek był zwierzęciem uczciwym, a przy tym inteligentnym, kiedy się postarał. Chętnie podjął dyskusję o hedonizmie etycznym. Kiedy się skończyła, nadal nie wiedział, czy powinien wybrać owies, czy siano, ale zyskał drugą, lepszą opcję i po prostu podzielił się z kolegą, któremu rozmowa zrobiła apetyt.

 

Podsumujmy.

Lis miał złe, a przynajmniej złośliwe zamiary, ale nie wyrządził osłu zła, raczej dobro. Jest to typowy przykład na traf moralny – o tym za chwilę.

Kawka nie miała żadnych zamiarów, a skutki jej bezmyślnego działania są mieszane – skłoniła osiołka do jedzenia, ale zasiała mu też w głowie myśl, że jest gruby i taki być nie powinien. Wrócimy do tego.

Koza celowo zełgała – chodziło jej tylko i wyłącznie o wyciągnięcie darmowego posiłku, osioł na tym stracił, ale zauważcie, że dał się zmanipulować i poczęstował ją sam.

Muł, jak wiele osób starych i doświadczonych, podzielił się swoją mądrością, co jest także na swój sposób przyjemne – ale miał na uwadze dobro osiołka.

Drugi osiołek w zasadzie nie pomógł naszemu kłapouszkowi – nie rozwiązał jego dylematu. Ale mnie się zdaje, że zyskały oba.

 

Kto jest odpowiedzialny za to, że osiołek zrobił to, co zrobił? Ten, kto to sprawił (to chyba oczywiste). A kto to był?

 

Co to znaczy "sprawił"? Wiatr sprawia, że gałęzie się łamią – czy jest odpowiedzialny za zniszczenie samochodu stojącego pod drzewem? No, chyba nie. Odpowiedzialne mogą być tylko osoby, i to osoby postępujące zgodnie z własną wolną wolą. Rozważmy przykład tzw. podwójnego skutku: w jeziorze topią się dwie osoby. Zdążę uratować tylko jedną. Czy jestem odpowiedzialna za śmierć tej drugiej? Jeśli w sposób wolny chciałam uratować obie?

 

Wolną wolę określę tu abstrakcyjnie – jako mój wybór w oderwaniu od uwarunkowań, które mogłyby mi uniemożliwić wykonanie tego, co wybrałam. Jeżeli nie umiem pływać, nie mogę uratować nikogo, kto tonie w jeziorze. Nic mi jednak nie przeszkadza chcieć go uratować, chociaż to niemożliwe. Mogę szukać innych, okrężnych dróg (np. pobiec po pomoc), ale to też będzie świadczyło o mojej woli, o moim wolnym wyborze. Jeszcze raz – wola nie jest sprawczością. Mogę coś sprawić niechcący (np. upuszczę śrubokręt, ktoś się na nim potknie i złamie nos). Mogę nie chcieć czegoś zrobić, a mimo to moje działanie będzie tego przyczyną – to właśnie ten "drugi" skutek.

 

Takim skutkiem ubocznym jest anoreksja, w którą kawka z przykładu powyżej wpędziła osiołka. Nie miała zamiaru tego robić, nigdy w życiu by nie pomyślała, że jej działanie może mieć taki skutek, a jednak – miało. Pytanie brzmi, czy kawka jest za ten skutek odpowiedzialna. Moim zdaniem – nie. Dlaczego? Przecież skutek powstał za przyczyną jej działania!

 

Rozróżniamy (w tym kontekście) dwa rodzaje przyczyn: wystarczające i konieczne. Te kategorie się nie wykluczają, nie jest to też podział zupełny (mogą być przyczyny niekonieczne i – pojedynczo – niewystarczające). Przyczyna konieczna to taka, bez której skutek nie może zajść, na przykład: roślina nie urośnie, o ile nie zostanie zasiana. Ale sama przyczyna konieczna nie wystarczy – roślina zmarnieje bez wody i światła. Przyczyna wystarczająca to taka, która wystarczy do zajścia skutku, ale ten sam skutek można by osiągnąć inaczej, na przykład: można się potknąć na śrubokręcie – ale można też na mokrej podłodze. Śrubokręt jest przyczyną wystarczającą, i jest nią mokra podłoga, ale żadne z nich nie jest do potknięcia konieczne (są inne możliwości).

 

Otóż moja teza brzmi: cudze słowa nie są ani wystarczającą, ani konieczną przyczyną mojego postępowania. Po pierwsze dlatego, że moje postępowanie jest wolne. Nawet pod przymusem. Paradoks? Zilustruje go kolejny eksperyment myślowy. Powiedzmy, że wyjeżdżasz do amazońskiej puszczy i pechowo trafiasz na guerillę. Szczęściem w nieszczęściu el commandante ma słabość do takich, jak Ty i mówi tak – Grrringo, podobasz mi się. Może cię puszczę wolno, znaj moje dobre serce. Ale tych tragarzy rozstrzelamy. Tu masz kałacha. Zrób to za mnie, i możesz sobie iść. Jeśli nie zastrzelisz Indiańców, my to zrobimy, a potem zastrzelimy też ciebie, mięczaku.

 

Kiedy po raz pierwszy przeczytałam o tym eksperymencie, natychmiast pomyślałam, że zastrzeliłabym el commandante. A Ty? Możliwe, że nie potrafiłabym tego zrobić, gdybym faktycznie stała w dżungli z kałaszem. Ale samo to, że mogę wymyślić, zupełnie bez wysiłku, trzecią opcję, dowodzi, że el commandante nie byłby winny śmierci Indian, gdybym to ja pociągnęła za spust. Ja byłabym jej winna. To moja wola porusza moimi mięśniami, nie jego. Gdyby trzymał na muszce mojego towarzysza podróży, decyzja byłaby pewnie trudniejsza, ale w swojej istocie taka sama.

 

Jeżeli o moim postępowaniu decyduję ja i tylko ja, nie znaczy to, oczywiście, że nie kieruję się racjonalnymi motywami – ale są to motywy, które sama wybieram i uznaję wolnym działaniem mojego rozumu (nie oznacza to, że wolno mi odrzucić pierwsze zasady myślenia, ale tylko dlatego, że wtedy nie byłoby to myślenie). Nawet, jeśli postanawiam zdać się w rozumowaniu na kogo innego – w wolny sposób wybrałam, że chcę poddać moją wolę jego rozumowi. Owszem, postępuję wtedy źle (to temat na dłuższą dyskusję, zob. Kant i Hannah Arendt). Ale to ja postępuję.

 

Zatem – tak, kawka poddała osiołkowi głupią myśl, nie mając takiego zamiaru. Ale to osiołek ją przyjął. Bezrefleksyjnie. Czy kawka mogłaby temu zapobiec? Może. Może nie – osiołek z przykładu już wcześniej porównywał się (całkiem bez sensu) z arabskim wierzchowcem, czyli zalążki anoreksji już tam były. Kawka tylko je wydobyła na światło dzienne. Mogłaby wydobyć dobrą myśl – pechowo trafiła na złą.

 

Lis za to chciał nastraszyć osiołka – liczył, że trafił na takiego, który łatwo wpada w panikę, ale nie trafił. Chciał źle, ale mu nie wyszło. Mogło mu wyjść, i wtedy mielibyśmy spanikowanego osiołka. Lisowi sprzyjał traf moralny, kawce nie. Ale tak to już jest z trafem, nieprawdaż? Podobnie moralnego pecha ma ten, kto gubiąc śrubokręt, powoduje wypadek. Naturalnie, możesz powiedzieć, że ludzie powinni sprzątać po sobie, i będziesz miał rację. Nie da się jednak przewidzieć wszystkich skutków swojego postępowania, choćby dlatego, że nie jesteśmy wszechwiedzący, nie rozumiemy świata ani w połowie tak dobrze, jak nam się zdaje, nie mamy dostępu do treści cudzych myśli, a nawet, gdybyśmy mieli, nie potrafimy tych myśli przeżyć tak, jak ich właściciel: moja myśl o tej treści, powiedzmy, "lubię owsiankę z cynamonem" ma zupełnie inne miejsce w sieci moich sądów, przekonań i motywów, niż myśl o identycznej (czy identycznej? przecież jej podmiot "ja" jest inny!) treści w Twojej, Czytelniku, głowie.

 

Nie próbuję tu umyć rąk od treści moich słów. Ja też kiedyś myślałam, że każdy mój krok zmienia świat – i tak, zmienia. Ale nie w sposób znaczący. Gdyby tak było, nie mogłabym robić niczego zupełnie (i długimi latami nie robiłam) – w końcu jakie jest prawdopodobieństwo, że cokolwiek naprawię, nie rozumiejąc na wylot całej rzeczywistości? Nikłe. A zepsuć mogę wiele, miotając się na oślep – czyż nie? Ale miotanie się jest niebezpieczne wtedy, kiedy otacza nas mnogość przedmiotów, na które możemy wpaść, które możemy poprzewracać i potłuc. Nie sądzę, żeby tak było w moim przypadku. Ja jestem tylko głosem wołającym na puszczy o trzeźwość umysłu i szacunek dla języka. Nikt nie ma obowiązku przyjmować tego, co mówię. Jeżeli wydaje mu się to głupie, czyli przeciwne rozumowi, wręcz nie powinien tego przyjmować.

 

Jest przecież wolną istotą, która z własnego wyboru kieruje się rozumem.

 

Bibliografia (z tego korzystałam, czasem tylko trochę, ale wszystko polecam)

 

H. G. Gadamer: Aktualność piękna (Sztuka jako gra, symbol i święto)

M. Midgley: Trying Out One’s New Sword, w: Heart and Mind; St. Martin’s Press, 1981

R. Wójcicki: Wykłady z logiki z elementami teorii wiedzy; Scholar, Warszawa 2003

M. Heller: Moralność myślenia; Copernicus Center Press, Kraków 2018

J. Korczak: Prawo dziecka do szacunku; Wolne Lektury

J. R. R. Tolkien: O baśniach, w: Drzewo i liść oraz Mythopoeia; tłum. J. Kokot, J. Lichański, K. Sokołowski, Zysk i S-ka, Poznań 1998

G. K. Chesterton: Sceptyk jako krytyk, w: Dla sprawy; tłum. J. Rydzewska, Fronda, Warszawa 2013

G. Malinowski: Logika ogólna; PWN, Warszawa 2010

B. Bolzano: Podstawy logiki; tłum. E. Drzazgowska, Marek Derewiecki, Kęty 2010

I. Berlin, Two Concepts of Liberty w Four Essays On Liberty, (Oxford University Press, Oxford, 1969)

P. Gray, When Children Play, They Follow the Golden Rules of Fairness: https://www.psychologytoday.com/us/blog/freedom-learn/201911/when-children-play-they-follow-the-golden-rules-fairness

N. Szutta, Lord Jim i traf moralny: https://filozofuj.eu/natasza-szutta-lord-jim-i-traf-moralny/

 

Przypisy

i Zob. etymologię słowa „technika” z greckiego „techne”, kunszt.

ii Uważny czytelnik dostrzeże analogię z podstawowymi pytaniami trzech dziedzin filozofii: metafizyki (skąd to się wzięło i czym jest), etyki (jak mam postępować i dlaczego), epistemologii (skąd to wiadomo).

iii Nawet „przestrzegaj norm, bo inaczej nie będziesz lepszy od małpy” można zaklasyfikować jako korzyść, choć abstrakcyjną. Imperatyw kategoryczny nie obiecuje żadnych korzyści.

iv Jednocześnie jest takim dziwacznym tworem, który zawsze będzie trochę na bakier z grupą, ale nie o tym teraz mowa.

v Może się stać nawykiem, ale myślenia i tak będzie wymagać.

vi To jest autorskie – z pewnością ktoś inny już na to wpadł, ale mnie o tym nie powiedział.

vii Zob. filozofia dialogu.

viii Dzieci uzasadniają niechęć do kolegi jakimiś jego cechami, oceną – nie dam głowy, czy faktycznie tak jest, ale zdaje mi się, że to tylko racjonalizacja, nie faktyczna przyczyna. W każdym razie mnie wyzywał w szkole od brudasów osobnik kąpiący się tylko przy porządniejszym deszczu.

ix Logik zapytałby, czy osąd może mieć wartość logiczną, co znaczy to samo, ale jak mądrze brzmi.

x Istnieją inne, ale nie będę tu tłumaczyła, dlaczego są do kitu. Ten tekst i tak jest za długi.

xi Ciekawostka – możemy teraz przyjąć, że wiemy o tym, bo porównujemy pudełko z wzorcem (ideą) okrągłości, i zostać platonikami. Ale tego nie zrobimy, bo nie.

xii Doceń też, że ja musiałam się tego uczyć przez trzy lata na koszt państwa polskiego. Jeśli płaciłeś wtedy podatki, uciesz się teraz, że zwracają Ci się pieniądze.

xiii Nie, nie będę się tu wypowiadać na temat „czy stawonogi mają wyobraźnię”.

xiv Możesz, Czytelniku, zastąpić szumne słowo „równobrzmiące” swojskim „takie same”. Ściśle biorąc, sądy różnych osób niekoniecznie są takie same, ale to znów filozoficzny słoń.

xv Autorka pragnie podziękować za tę wnikliwą uwagę Johnowi Locke.

xvi Przykład bezczelnie gwizdnięty G. K. Chestertonowi.

xvii Co nie znaczy, że ból brzucha jest tylko moim urojeniem.

xviii Patrz wyżej o umowie społecznej – umowa społeczna obowiązuje dzięki temu, że opłaca się przynajmniej większości, jeśli nie wszystkim.

xix Sofiści uczyli logiki i retoryki, więc nie chcieli sobie odbierać chleba, obalając je.

xx Niekoniecznie uniwersalnie interesującą, zielone ufoludki z planety Zog mają to w dolnym otworze ciała.

xxi A co, kurczę, ja też umiem w patos.

xxii Bynajmniej nie jedynym, ale najistotniejszym dla tego, o czym mówię.

xxiii Nic bardziej mylnego. Sądzę, tak w ogóle, że żadne przekonanie samo w sobie (bez sieci innych przekonań) nie wpływa na postępowanie żywiącej je osoby, a na pewno nie bez jej woli.

xxiv Jeżeli czyta to ktoś, kto zna mnie w prawdziwym życiu, tak, dobrze wiem, że przyganiam garnkowi. Omawiam tu ogólne zjawisko.

xxv Tak, tak, są tacy, ale chodzi mi o to, że nie wolno tego zakładać z góry.

xxvi Choć naprawdę mówi wyłącznie o Twoim tekście, nie o Tobie, ale zauważyłam, że najgłośniej krzyczą osoby w sposób niezdrowy identyfikujące się ze swoimi dziełami.

xxvii Osobiście uważam (i nie, nie jestem w tym odosobniona), że uczucia mogą być adekwatne do rzeczywistości lub nie – pogląd przeciwny mogą zasadnie wyrażać terapeuci w pracy z ludźmi, którzy mają nieadekwatne poczucie winy. Na zasadzie czysto pragmatycznej, Czytelniku.

xxviii 1 Tm 5, 18

xxix Krytyka pozytywna pozostaje krytyką – pochlebna ocena jest oceną! Zadziwia mnie, że nikt przeciwko takim nie protestuje.

xxx No, mówiłam, nie? Ja też umiem kiczowato, tylko potrafię się powstrzymać czasami.

xxxi Tak, żuk jest zwierzęciem, ale w filozofii języka przedmiot to cokolwiek, co można nazwać, zwierzę też.

xxxii To też jest fascynujące zagadnienie, ale nie jestem wszechwiedząca i chciałabym kiedyś skończyć ten artykuł.

xxxiii Jeśli zapytasz teraz, Czytelniku, kto tym instytucjom dał prawo wyznaczania norm, poczuję, że rzucam grochem w ścianę. Nie, żeby to było głupie pytanie, ale doprawdy.

xxxiv Odpowiednio, i w dużym uproszczeniu: „piękny, chwalebny” i „fajny, przyjemny”.

xxxv Owszem, są treści, które mogą mi przeszkadzać – ale nie mam prawa ich Wam zabraniać, o ile jesteście pełnoletni i odpowiadacie sami za siebie. Dorosły człowiek może sobie robić, co mu się podoba.

xxxvi Fachowo mówi się, że założenia pytania były fałszywe.

xxxvii W sensie austinowskich aktów mowy i mam w nosie, Czytelniku, że nie wiesz, co to jest. No, i co? Niefajnie tak nie wiedzieć, hmm?

xxxviii Nie zapiszę barwy tego jednego wiosennego liścia tak, żeby dało się to odczytać za kilkadziesiąt lat – nie jednym słowem, bo wtedy już tej barwy nie będzie, nie będzie odniesienia mojego specjalnego słowa na kolor liścia, więc będzie ono niezrozumiałe, bo nikt nie będzie wiedział, czym jest to, do czego się odnosi.

xxxix W czasie pełnienia obowiązków służbowych, choć, naturalnie, jest możliwe, że pogromca walczy właśnie z Demonem Próchnicy.

xl Nieuniknioną, przecież nie przeniesiesz do opowiadania prawdziwego zamku, nie?

xli Mam szczerą nadzieję, że to zmyśliłam. Chociaż nie, zmyślenie czegoś takiego źle świadczy o zdrowiu psychicznym.

xlii Czyli jest przez nie konstytuowana, Józefie święty, jaka ja mądra jestem.

Komentarze

Obiecywałam – to jest.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Ło matko, Tarnino!

Podziwiam, że Ci się chciało.

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Anet, jeszcze nie osiągnęłam mistrzostwa Douglasa Adamsa, który potrafił wydębić od jednej redakcji delegację do Australii, żeby nie oddawać tekstu w drugiej – ale mam wrażenie, że jestem blisko. Teraz mogę wrzucać link, kiedy się ludzie zaczną czepiać mojego czepialstwa :D

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

:)

Chcę tylko zaznaczyć, że przeczytałam :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Zapalam sobie gwiazdkę, Tarnino bo w najbliższych dniach może nie udać mi się przeczytać :(((, bardzo tego żałuję.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ja też zaznaczę przeczytanie. 

Ja tam od pierwszego Twojego komentarza lubię Twoje komentarze. Szczególnie że statek klasy... no wiesz. wink

Jestem pod wrażeniem. I nie tylko tego że Ci się chciało, ale i tego, że tak potrafisz. Przypomniały mi się dawne czasy, kiedy to na gruncie fizyki fascynowałem się filozofią. I nawet co nieco rozumiałem. laugh

Sądzę, że jeśli jakiś czepialski przeczyta Twój tekst, to przestanie się czepiać głównie dlatego, że wstyd mu będzie się przyznać, że nic nie zrozumiał.

Ja tam zrozumiałem. 

No, trochę zrozumiałem.

A w zasadzie to nie wiem ile zrozumiałem.

Ale dumny jestem, że cały przeczytałem.

Tarnino, Ty to bardzo mądra jesteś.

Wydaje mi się, że do komentowania odnosi się druga część (ta z osiołkiem). I ona wystarczy do wyjaśnienia Twojego podejścia do komentarzy. Powinna wystarczyć do odparcia większości zarzutów, że to czy tamto.

Pierwsza część za to jest o pisaniu. I wydaje mi się, że może być bardzo pożyteczna. Także dla kogoś, kto z Twoimi komentarzami nie ma żadnego problemu.

Babska logika rządzi!

Tarnino, ukradłam samej sobie trochę czasu. A co, przecież mogę? Zresztą, to nie ja, tylko moja wola zdecydowała, a ona nie jest do końca mną:DDD

 

Kapitalne! Dziękuję za wykład. Jest jasny, klarowny i wiele wyjaśnia. Za przymrużenie oka w przykładach i dopiskach również dziękuję. :) Zabawne i zmęczenie ulatuje, mija jak ręka odjął.

Piszę w telegraficznym skrócie. O kilku rzeczach z przyjemnością bym podyskutowała. Były jakieś dwie sprawy z początku, jednak na szybko ich nie znajdę, ale wrócę do nich, kiedy przeczytam ponownie.

Tymczasem napiszę o tym, co możliwe.

żeby dysonans naprawdę nas uderzył, musimy znać właściwe znaczenie słowa

Tak, i zastrzeżenie dotyczy znajomości znaczenia. To proces uzgadniania lecz jednocześnie granic pojęcia, jego desygnatów (przy czym mówimy tu tylko o prostych, no tak, ale które są proste, ale załóżmy). Orzeł jest ptakiem, jaskółka i owszem, a kura też? W jakim stopniu nim jest?

Język, jako się rzekło, służy do przekazywania znaczeń – wypowiedź niejasna w najlepszym razie nie spełnia swojego celu, w najgorszym – jest celowo zbudowana tak, żeby odbiorcą manipulować

i

Powtarzam i podsumowuję – forma językowa niesie ogromny ładunek treści.

Tak. Przy czym, dwie uwagi. Mamy do czynienia z procesem nawarstwiania się znaczeń w czasie (nie tylko ich odkodowywania, każde kolejne wystawienie np. „Wesela” może dodawać inne treści). Ponadto w zależności od kontekstu (czasów, w których żyjemy) zwracamy uwagę, podnosimy inne wątki, aspekty, rzeczy.

cudze słowa nie są ani wystarczającą, ani konieczną przyczyną mojego postępowania. Po pierwsze dlatego, że moje postępowanie jest wolne. Nawet pod przymusem.

Tak, słowo ma niewielką moc, często to powtarzam. Cudze słowo sprawstwa nie ma, a jednak potrafią pójść za nim miliony. Dlaczego? Może dlatego, że w gruncie rzeczy moje postępowanie nie jest wolne, funkcjonujemy w sieci zależności (myślę o całości, nie tylko o  ludziach, oni w tej układance stanowią może najmniejszy problem). 

Lisowi sprzyjał traf moralny, kawce nie

Piękne xd, koniecznie muszę przeczytać art. do ktorego się odwołujesz.

 

Zerknij, czy tak ma zostać:

,Okłamując go, żeby oszczędzić jego uczucia, uznaję, że nie potrafi sobie z nimi sam poradzić, że jest w najlepszym razie jednostką niedojrzałą – w najgorszym w ogóle do tej dojrzałości niezdolną.

Zdolną?

,a jednak jesteś rzucony tę w konkretną sytuację i z tej konkretnej sytuacji

w tę?

,powiedzieć pełną powagą.

z?

 

Tarnino, ale ciekawe. :) A Ty pisz! 

Wrócę dopiero póżnym wieczorem:)

srd

a

Ps. Przy pisaniu nie chodziło mi o Twoje pisanie, a nie odpisywanie xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przeczytał. :)

Fajnie, że chciało Ci się napisać ten tekst. Mam nadzieję, że w razie potrzeby pozwolisz się cytować, bo skoro odwaliłaś taki kawał roboty, głupio by było nie skorzystać. ;-)

Teraz mogę wrzucać link, kiedy się ludzie zaczną czepiać mojego czepialstwa :D

Najlepiej, zamiast linka, przeklej cały tekst. :)

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

    Szczególnie że statek klasy... no wiesz.

I'm never gonna live it down... XD

    Sądzę, że jeśli jakiś czepialski przeczyta Twój tekst, to przestanie się czepiać głównie dlatego, że wstyd mu będzie się przyznać, że nic nie zrozumiał.

I o to chodzi XD

    Tarnino, Ty to bardzo mądra jesteś.

    Orzeł jest ptakiem, jaskółka i owszem, a kura też? W jakim stopniu nim jest?

A dlaczego właśnie kura miałaby być przypadkiem granicznym?

    Mamy do czynienia z procesem nawarstwiania się znaczeń w czasie (nie tylko ich odkodowywania, każde kolejne wystawienie np. „Wesela” może dodawać inne treści). Ponadto w zależności od kontekstu (czasów, w których żyjemy) zwracamy uwagę, podnosimy inne wątki, aspekty, rzeczy.

Pełna zgoda. Ale ten tekst ma osiemnaście stron (z przypisami) w procesorze tekstu. Trzeba znać jakieś granice ;)

    słowo ma niewielką moc

Może raczej: ma taką moc, jaką mu nada odbiorca.

    Może dlatego, że w gruncie rzeczy moje postępowanie nie jest wolne, funkcjonujemy w sieci zależności

Argh, zawróć do osiołka. Wolne jest – tylko, że gdyby nie było między czym wybierać, to nie byłoby wyboru. Wolnego czy nie. Oczywiście, funkcjonujemy w sieci zależności, ale ona narzuca konsekwencje, nie wybory. Mogę się włamać do sklepu i coś gwizdnąć – tylko, że konsekwencją tego czynu będzie bliskie spotkanie z panem policjantem, aparatem sądowniczym i służbą więzienną. Mamy tu do czynienia z imperatywem, ale względnym – jeśli nie chcesz konsekwencji A, nie czyń B.

    Okłamując go, żeby oszczędzić jego uczucia, uznaję, że nie potrafi sobie z nimi sam poradzić, że jest w najlepszym razie jednostką niedojrzałą – w najgorszym w ogóle do tej dojrzałości niezdolną.

Tak ma być, to nie jest jasne?

    ,a jednak jesteś rzucony tę w konkretną sytuację i z tej konkretnej sytuacji

A tu się walnęłam, zaraz poprawię.

 

    ,powiedzieć pełną powagą.

Jak wyżej.

        Ps. Przy pisaniu nie chodziło mi o Twoje pisanie, a nie odpisywanie xd

Aha XD

    Mam nadzieję, że w razie potrzeby pozwolisz się cytować, bo skoro odwaliłaś taki kawał roboty, głupio by było nie skorzystać. ;-)

Cytuj na zdrowie :)

    Najlepiej, zamiast linka, przeklej cały tekst. :)

Nie wejdzie w komentarz XD

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

A dlaczego właśnie kura miałaby być przypadkiem granicznym?

Taki mi przykład (nie najmądrzejszy) przyszedł w naprędce do głowy. Szukałam czegoś, co nie ma jakiegoś charakterystycznego atrubutu, w tym przypadku latania, który jest w rdzeniu. Kura słabo lata, zaledwie polatuje. Lepszego nie wymyśliłam, więc posłużyłam się pierwszym lepszym (nie wiem, może ściągnęłam z Piageta, albo... sama nie wiem z kogo... już teraz).

Ale ten tekst ma osiemnaście stron (z przypisami) w procesorze tekstu. Trzeba znać jakieś granice ;)

Jupi, pewnie! Dla porządku tylko napisałam, przecież jest „Tak”. XD

A przypisy i oboczne (nie takie bez związku) komentarze – bajka, znaczy wspaniałe. :)

Może raczej: ma taką moc, jaką jej nada odbiorca.

W pewnym sensie – tak, i z dużym stopniem prawdopodobieństwa, w kontekście komentarzy na forum i pisania. Acz jest jeszcze kwestia autorytetów, szczególnie w tym przypadku, jednak sprawa nie tak jasna, ponieważ wiele czynników i ich wzajemnych współzależności występuje. 

Mamy tu do czynienia z imperatywem, ale względnym – jeśli nie chcesz konsekwencji A, nie czyń B.

Zgadza się, acz nie jest on jedynym możliwym sposobem podejścia do tej kwestii, jednak najbardziej rozpowszechnionym i co ważniejsze trafiającym do rozumu i budującym wspólnotę, w ogóle możliwość koegzystencji.

Okłamując go, żeby oszczędzić jego uczucia, uznaję, że nie potrafi sobie z nimi sam poradzić, że jest w najlepszym razie jednostką niedojrzałą – w najgorszym w ogóle do tej dojrzałości niezdolną.

Tak ma być, to nie jest jasne?

Poczekaj, popatrzmy, coś mi tu nie grało, ale mogłam nie zrozumieć, jest kilka przeczeń i część „nie wprost”. Cztery razy czytałam to zdanie i naprzemian rozumiałam i nie rozumiałam. Spróbuję uprościć (A i B):

Kłamstwo A, aby oszczędzić uczucia B równa się przyjęciu (uznaniu) przez A poglądów w pewnym przedziale (X – najlepszy, Y – najgorszy sąd/przekonanie): 

sąd lepszy – B jest jednostką niedojrzałą,

sąd gorszy – B jest do tej dojrzałości niezdolną. 

Kłopot polega na tym, że jednostka niedojrzała może być w dwóch stanach (uprośćmy): być niedojrzałą w tym momencie czasowym lub być niedojrzałą na zawsze, czyli do dojrzałości zdolną. Hmm, ciekawe, gdy wstawimy „do dojrzałości niezdolną” – wychodzi na to samo. Wprowadzenie „najgorszego wariantu” to spowodowało. Niesamowite, czyli najgorszym wariantem jest sąd, że B jest do osiągnięcia dojrzałości niezdolny i prawdą jest też sąd A, że B nie radząc sobie z uwagami, w najgorszym razie  (nie jest – w domyśle) do dojrzałości zdolny.

Tarnino, masz rację!!!, Twoje sformułowanie jest zdecydowanie lepsze. :) “Zdolny” mnie zmyliło i domyślenie. Przepraszam za zamieszanie. 

 

I ja, jeśli pozwolisz(?), będę odsyłała do Twojego tekstu. :) Padam na nos, dzisiaj.

dobranocka, chciałam wstawić gifa, ale z nowym dniem.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ło matko, Tarnino!

Podziwiam, że Ci się chciało.

Anet! Nie napisałaś najważniejszej informacji o przeczytanym tekście!

 

Nie mogę napisać, że fajne, skoro nie zrozumiałam wszystkiego (prawdopodobnie promil całości), ale fajnie się czytało ;)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Tarnino, nawet nie wiesz, jak ty mi zaimponowałaś w tej chwili. <3

I would prefer not to. // https://www.facebook.com/anmariwybraniec/

… o?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Ciekawy i pouczający tekst.

Napiszę, jak to wygląda ze strony autora. Wiadomo, że sposób reakcji na krytykę zależy od cech osobowości i temperamentu. Jednak opowiadanie czy jakakolwiek twórczość artystyczna to szczególny przypadek, “dziecko”, “kawałek duszy” autora. W związku z tym, spada odporność na krytykę, być może nawet w pewnym stopniu zaciera się granica pomiędzy opowiadaniem a twórcą.

Tak jest na początku. Myślę, że wraz z nabywaniem warsztatu autorzy uczą się też reagowania na krytykę. Zwiększa się dystans do własnych tekstów, łatwiej przyjąć rady.

Wiem to z własnego doświadczenia, przepraszam i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zajrzysz do mojego opowiadania.

Uch, czy mogę się kłócić, skoro powiedziałaś prawdę tak prawdziwą, jako gwiazdy na niebie? Niczego nie obiecuję, ale wyłącznie dlatego, że moja kolejka przypomina SKM długością i punktualnością, niestety – a trzeba jeszcze samej coś napisać.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Nowa Fantastyka