- publicystyka: Od magii słów do rzeczywistości

publicystyka:

felietony

Od magii słów do rzeczywistości

Wszyscy znamy to powiedzenie, że słowa – miłość, demokracja itd., itp. – utraciły swoje dawne, prawdziwe znaczenia, ale gdyby tylko je przywrócić, znowu byłoby jak w starych, dobrych czasach. Wiara w istnienie prawdziwych znaczeń sięga najpewniej czasów prehistorycznych i powiązana jest z równie silną wiarą w magiczną moc słów. (Słyszeliście to pewnie kiedyś: Nie mogę ci podać swojego prawdziwego imienia, bo wtedy uzyskasz nade mną magiczną władzę). Oczywiście, jedno z drugim jest powiązane: słowo może mieć nadprzyrodzoną moc tylko wtedy, gdy posiada ściśle określone znaczenie.

 

Aby jednak ta wiara miała sens, muszą zostać spełnione pewne warunki. Na przykład zbiory desygnatów nazw muszą być ściśle od siebie odseparowane. Ryba to ryba, a nie człowiek, mężczyzna nie jest kobietą a przedmioty koloru niebieskiego nie są zielone. Ale to banał. Ciekawsze jest natomiast to, że na straży czystości, prawdziwości, czy też jednoznaczności tych zbiorów stoją prawdziwie magiczne moce.

 

Kolor niebieski jest tylko przypadkową cechą bytów, ale już kobiecość, męskość albo dębowość są czymś istotnym. Każda członkini zbioru kobiet ma cechy, na straży których stoi zawarta w każdej z nich istota kobiecości. Podobnie istota dębowości sprawia, że z żołędzia rozwija się drzewo określonego rodzaju. Tak właśnie sądził starożytny filozof Arystoteles ze Stagiry, według którego zdobywanie wiedzy o świecie polegało na gromadzeniu definicji rozmaitych pojęć, co pozwalało poznać istoty rzeczy rozmaitych bytów, ich – jak się ów filozof wyrażał – entelechię, decydującą o tym, jakie cechy danego bytu się rozwiną. Owe istoty rzeczy pilnowały, aby każdy byt składający się na uporządkowany kosmos zajmował w nim ściśle określone miejsce. Kamień posiada według Arystotelesa szczególnie dużo pierwiastka ziemi, którego istotną cechą jest dążenie do zajęcia miejsca w środku kosmosu. Dlatego upuszczony zawsze spada ku temu środkowi i to szybciej od – na przykład – liścia, który zawiera mniej pierwiastka ziemi, ale za to ma domieszkę pierwiastka wody, której naturalnym miejscem jest sfera wód położona wokół sfery ziemi. Płomień ogniska zawiera dużo pierwiastka ognia (z różnymi domieszkami), co sprawia, że dąży on w górę, do sfery ognia otaczającej kosmos. Celem kamienia jest więc dążenie do środka kosmosu, celem płomienia dążenie ku jego sferom zewnętrznym, celem żołędzia jest przemienić się w dąb, a celem kobiety jest rodzenie dzieci (i podległość mężczyźnie). O tym wszystkim decydują entelechie każdego z tych bytów.

 

I właśnie ta podległość istotom rzeczy jest owym prawem natury, które głoszą arystotelicy i kontynuujący ich myśl teologowie tomistyczni. Starają się do tej nauki nawiązywać także zwykli księża i wierni, nie mając odpowiedniego wykształcenia, nie wiedzą za bardzo, o co tak naprawdę chodzi. Owo metafizyczne prawo natury myli się im więc zwykle z odkrywanymi przez współczesną naukę prawami fizycznymi albo biologicznymi. A ponieważ pomyłce tej ulega także wielu krytyków tej kościelnego nauczania, znana z mediów dyskusja o prawie naturalnym jest przezabawną komedią pomyłek. Wracając jednak do tematu, wszystko, co nie pasuje do tak ustalonych kategorii, jest niezgodne z naturą. Jest wręcz moralnie złe. Marcin Wolski jednym z negatywnych bohaterów swojej powieści “Ostatnie konklawe” uczynił fałszywego mnicha, który urodził się jako obojnak. Według występującego w tej powieści księdza był to widomy znak działania siły nieczystej, a obojnak ów – przez samo to, że taki się urodził – z góry skazany był na wieczne potępienie.

 

Obok magicznych sił, zwanych prawdziwymi znaczeniami oraz entelechiami, istnieją też specyficzne duchy, zwane hipostazami. Człowiek ma zdolność do racjonalnego myślenia (i innych, wiązanych z tym wyższych czynności psychicznych) jest więc istotą rozumną, a więc posiada rozum. Drewno posiada zdolność palną, a zegarek zdolność horodeiktyczną. Niektóre cechy stają się więc przedmiotami, których oddziaływanie staje się wygodnym wyjaśnieniem funkcjonowania rozmaitych bytów: człowiek myśli, bo jest rozumny, a woda w kranie kapie, bo ma zdolność kapania.

 

Każda dziedzina nauki we wczesnej fazie swojego rozwoju przechodziła przez etap wyjaśniania zjawisk za pomocą hipostaz. Alchemia i dawna chemia wyjaśniały przecież palenie się ciał uwalnianiem z nich fluidu zwanego flogistonem. Ciało jest palne, ponieważ zawiera flogiston. (Istniała też podobna teoria cieplika). Wczesna psychologia odziedziczyła po dawnych wierzeniach przekonanie, że skoro istnieją zjawiska psychiczne, to muszą mieć one konkretną podstawę, jeśli nie w postaci niematerialnej duszy, to przynajmniej jakiejś części mózgu, która myśli. Istniało też słowo "osobowość", a jej różne odmiany wyjaśniano przewagą różnych typów substancji, znanych jako humory. Na przykład dominacja czarnej żółci odpowiedzialna była za osobowość melancholiczną, a dominacja krwi za osobowość sangwiniczną.

 

Według tego tradycyjnego poglądu – we wszystkich swoich odmianach – słowa, a w szczególności nazwy, mają prawdziwe znaczenia i odpowiadają im ścisłe odseparowane od siebie zbiory desygnatów tych nazw: przedmioty niebieskie różnią się od zielonych, kobiety od mężczyzn a ryby od ludzi. Cechy najważniejszych kategorii bytów są na tyle istotne, że decydują o celach, w tym także o powinnościach moralnych owych bytów: kamień ma spadać w kierunku środka ziemi, dąb ma wyrastać z żołędzia, a kobieta ma rodzić dzieci (powinnością moralną obojnaków jest – według konserwatystów katolickich – najwyraźniej zostać potępionymi). Niezależnie, czy cechy są przypadkowe, czy istotne, stać za nimi mogą konkretne przedmioty składowe danego bytu: składnikiem drewna jest cieplik, składnikiem wody zdolność do kapania, a składnikiem człowieka rozum albo czarna żółć.

 

Sęk w tym, że doświadczenie przeczy każdemu z powyższych twierdzeń. Przede wszystkim w rzeczywistości społecznej i przyrodniczej nie ma żadnych ostrych granic między zbiorami. Nie ma więc przede wszystkim żadnych ostrych granic między męskością a kobiecością. Nie ma ich też między kolorami  – istnieją przecież ludy, na przykład niektóre plemiona afrykańskie, które nie rozróżniające kolorów niebieskiego i zielonego, określając je – no a fakt, że ludzie mają wspólnych przodków z rybami też o czymś świadczy. Nie istnieją też hipostazy. Chemia dawno przestała wyjaśniać palność istnieniem flogistonu albo cieplika, a psychologia odwoływać się do wpływu na osobowość humorów takich jak czarna żółć albo flegma. Niektórzy ekonomiści wprawdzie zdają się wierzyć w istnienie jakowegoś “ducha, czy też istoty kapitalizmu”, ale wiemy przecież, że to, co nazywamy kapitalizmem, to zbiór rozmaitych, stworzonych przez człowieka instytucji, które zmieniały się w czasie i przestrzeni, tak że kapitalizm dziewiętnastowieczny bardzo różni się od współczesnego, a kapitalizm szwedzki od amerykańskiego. Nie ma też ostrych granic między kapitalizmem, socjalizmem i feudalizmem.

 

Istoty rzeczy nie mają też żadnego wpływu na moralne powinności ludzi. Już David Hume w XVIII wieku uczenie wykazał, że nie ma najmniejszego związku miedzy istnieniem a powinnością. Stoi gdzieś dom, ale nie wynika z tego wcale, że musi tam akurat istnieć. Kobieta może mieć dzieci, ale nie musi mimo to ich rodzić. To zresztą wydaje mi się nie tylko kwestią rozważań filozoficznych, ale też najzwyklejszego zdrowego rozsądku. Jeśli masz ogon, nie wynika z tego wcale, że musisz nim merdać. Pamiętacie może ten odcinek serialu “Czterdziestolatek”, w którym potężnie zbudowana uczennica oświadczyła, że chciałaby zostać bokserką, a obecny przy tym dyrektor kategorycznie stwierdził, że szkoła dołoży wszelkich starań, aby jej to uniemożliwić? Co według was jest ważniejsze: przynależność do zbioru posiadaczek macicy, czy przynależności do zbioru posiadaczek zdolności bokserskich (nie traktowanych jako hipostazy, oczywiście)? W dużym stopniu jest to chyba jednak kwestia umowy i swobodnego wyboru. A co w takim razie, zapytacie, z przetrwaniem ludzkości? Co się stanie z naszą przyszłością, jeżeli każdej kobiecie da się swobodę decydowania o swoich prawach reprodukcyjnych? Odpowiedź jest oczywista: Ludzie zazwyczaj mają dzieci nie dlatego, że należą do klasy istot rozmnażających się (wypełniając związane z tym powinności), lecz po prostu dlatego, że chcą mieć dzieci.

 

Arystoteles wymyślił koncepcję entelechii rządzących danymi kategoriami bytu, tomiści tę koncepcję przejęli i kontynuowali jej rozwój, ale przecież także inne religie lub systemy filozoficzne wyznawały podobnego rodzaju poglądy. O tym jednak, na jakie zbiory podzielić rzeczywistość (kobiety i mężczyźni, demokracje i dyktatury), jakie zbiory są prawidłowe, a jakie wypaczone (ludzie o prawidłowej i nieprawidłowej orientacji seksualnej) i jakie są ich istoty rzeczy, a co za tym idzie powinności, zazwyczaj decydowali ci, którzy mieli władzę w danej społeczności. O istocie i powinnościach kobiet decydowali więc najczęściej mający władzę mężczyźni.

 

Od starożytności – zaczątki widać na przykład u stoików – istniał jednak także odmienny pogląd, dający rzeczywistości przewagę nad słowami. Zgodnie z owym poglądem słowa, w tym nazwy, to tylko narzędzia, nie różniące się na przykład od zwykłej łopaty, choć zbudowane z innego niż ona materiału. A skoro słowa to narzędzia, nie mają one żadnej magicznej mocy, w szczególności nie mają żadnych pierwotnych, naturalnych związków z konkretnymi zbiorami bytów lub ich cech i nie mają zdolności ujawniania jakichkolwiek istot rzeczy. Stary pogląd – od innego określenia istoty: esencja – nazwano esencjalizmem, natomiast konkurencyjny pogląd można nazwać nominalizmem, od słowa nomen – imię. Jednym z prekursorów nominalizmu był filozof i teolog z pierwszej połowy XII wieku, Pierre Abelard. Jego myśl kontynuowali niektórzy późni scholastycy (twórcy prekursorskiej dla nowoczesnej fizyki teorii impetusu) ich zaś czytali twórcy nowożytnej fizyki, np. Galileusz. I to właśnie dzięki nominalizmowi współczesna fizyka osiągnęła swoje ogromne sukcesy teoretyczne i praktyczne, do których niezdolna była esencjalistyczna fizyka Arystotelesa. Nowocześni fizycy – kontynuatorzy Newtona i Einsteina – nie marnowali czasu na poszukiwanie istot rzeczy ani prawdziwych znaczeń słów. Interesowały ich konkretne procesy zachodzące w rzeczywistości, nazwy zaś traktowali narzędziowo. Nie interesowało ich więc “prawdziwe znaczenie” albo “istota” słowa moc. Potrzebowali skrótowego określenia na stosunek wykonanej pracy do czasu, posłużyli się więc słowem moc, choć mogliby – gdyby chcieli – użyć tutaj jakiejś innej nazwy. Nie ona była bowiem dla nich najważniejsze, lecz stosunek pracy do czasu. Niestety, wpływy esencjalizmu występują nadal w psychologii oraz naukach ekonomicznych.

 

Widać więc stąd wyraźnie, że esencjalizm sprzyjał autorytaryzmowi i panowaniu jednych ludzi nad innymi. Według Arystotelesa mężczyzn nad kobietami lub Greków (naturalnych panów) nad ludami barbarzyńskimi (naturalnymi niewolnikami). Taki stan rzeczy panował w Grecji za czasów Arystotelesa, który wymyślił swoją teorie dla jego ideologicznego uzasadnienia. Wiemy dziś jednak, że ten stan rzeczy nie był wcale jedynym możliwym ani naturalnym. Oczywiście taki autorytarny esencjalizm cechował także pewne odłamy chrześcijaństwa (wspominałem wyżej o tomizmie), taoizmu, również bolszewizm lub neoliberalizm. I tak jak Arystoteles prawo greckich mężczyzn do panowania nad światem wywodził z nadanych im przez Boga cech istotnych, podobnie leniniści – zastępując wolę bożą prawami procesu historycznego – głosili, że nadały one partyjnej nomenklaturze prawo do rządzenia resztą społeczeństwa. Nominalizm natomiast w równym stopniu sprzyjał rozwojowi nauki, jak demokracji. Uwalniał ludzi od magii słów i powiązanych z nią praw natury, w centrum stawiając rzeczywistość i faktyczne dążenia ludzi. Uwolniona spod magicznego wpływu arystotelesowskich praw natury uczennica z „Czterdziestolatka” sama zadecydowałaby, czy ważniejsza jest dla niej przynależność do zbioru posiadaczek macic, czy raczej do zbioru potencjalnych bokserek.

 

Gdyby przysłowiowa ryba, przed postawieniem kolejnego kroku na drodze ewolucji, czyli wyjściem z morza, chciała przejmować się konserwatywnymi zwolennikami prawa naturalnego, nigdy nie powstaliby ludzie.

 

 

29.02.2020, g. 20:12

Komentarze

Kilka zdań wyjaśnienia, dlaczego wrzu­ci­łem kopię ro­bo­czą jako go­to­wy tekst. Miało to pewne uza­sad­nie­nie. Otóż po­sta­no­wi­łem w szcze­gól­ny spo­sób obejść ten wy­jąt­ko­wy dzień, jakim jest 29 lu­te­go. Czte­ry lata temu wę­dro­wa­łem w stru­gach mar­z­ną­ce­go desz­czu na Ka­la­tów­ki, w tym zaś roku – po­nie­waż za­po­wia­da­ła się sło­necz­na i w miarę cie­pła po­go­da – wy­ru­szy­łem do Prze­ło­mu Du­naj­ca, aby ze Sro­mo­wiec Niż­nych przejść Drogą Pie­niń­ską do Szczaw­ni­cy. Wy­ciecz­ka była bar­dzo udana, po po­wro­cie uświa­do­mi­łem sobie jed­nak, że prze­cież ten dzień wy­pa­da­ło­by uczcić też ja­kimś tek­stem. Nie­ste­ty, nie mia­łem ni­cze­go skoń­czo­ne­go w szu­fla­dzie, sia­dłem więc do kom­pu­te­ra, szyb­ko na­pi­sa­łem ten szkic i za­mie­ści­łem z datą dnia prze­stęp­ne­go na Por­ta­lu. Będę go teraz po­pra­wiał (zresz­tą to, co obec­nie wi­dzi­cie, ma za sobą kilka po­pra­wek), ale już teraz mo­że­cie ko­men­to­wać ten fe­lie­ton  i zgła­szać do niego uwagi. Nie cy­tuj­cie tylko tego posta, bo prawdopodobnie znik­nie on, gdy tekst zo­sta­nie osta­tecz­nie skoń­czo­ny.

 

Poza tym fe­lie­ton ten jest pew­ne­go ro­dza­ju eks­pe­ry­men­tem. Do­sta­łem otóż jakiś czas temu za­da­nie, aby upchnąć pewną po­pu­lar­no­nau­ko­wą treść w 13 500 zna­kach (ze spa­cja­mi). Chcia­łem więc spraw­dzić, ile da się zmie­ścić w ta­kiej ob­ję­to­ści i oka­za­ło się, że nie­wie­le. Nawet tak po­bież­ne po­trak­to­wa­nie te­ma­tu wy­czer­pa­ło więk­szość usta­lo­ne­go li­mi­tu. Po­pu­lar­no­nau­ko­wy ar­ty­kuł (na inny, choć czę­ścio­wo po­dob­ny, temat) bę­dzie więc tylko za­ry­sem za­gad­nie­nia, a ten fe­lie­ton także nie bę­dzie miał wię­cej niż te 13 500 zna­ków (ze spa­cja­mi), tak że jest pra­wie skoń­czo­ny. Za­pra­szam do ko­men­to­wa­nia.

Nowa Fantastyka