- publicystyka: Kobiety, piszcie jak kobiety

publicystyka:

felietony

Kobiety, piszcie jak kobiety

Mogłabym powyższy tytuł sformułować wedle współczesnej mody "baby, piszcie jak baby", ale nie chcę. Kobiet nigdy nie nazywam "babami", "kobietkami" ani "dziewuchami", a mężczyzn staram się – w nerwach nie zawsze wychodzi – nie traktować "chłopami" i "facetami". Nie dlatego, że kobieta nie powinna wypowiadać się prostacko, bo facet też nie musi, ale dlatego, że mam szacunek do obu płci. Moim celem nie jest iście konserwatywne dochodzenie, co czyni kobietę kobietą, a mężczyznę mężczyzną, nie chcę też po feministycznemu faworyzować jednych nad drugich. Chciałabym jedynie ujrzeć więcej literatury współczesnej, fantastycznej, a jednocześnie prawdziwej – prawdziwie kobiecej. Z tego, co od lat obserwuję, jest z tym pewien problem. Ostatnio zaczęło mi się klarować, co tym problemem jest.

Na początek przewrotnie stwierdzę, że mężczyźni i kobiety piszą inaczej. Nie mam na myśli różnic indywidualnych (każdy pisze inaczej, bah!, co za banał). Piszemy inaczej ze względu na płeć. Nie jest to regułą, oczywiście, i nie oznacza to "lepiej" ani "gorzej". Inaczej. Tak jak Anglicy myślą nieco inaczej niż Francuzi, tak jak po nauczeniu języka obcego zaczynamy inaczej ustawiać słowa w zdaniach albo znajdujemy zupełnie nowe powiązania etymologiczne – myślimy inaczej. Nie widzę w tym stwierdzeniu niczego zdrożnego. To chyba właśnie jest różnorodność? Jednak jest to stwierdzenie bulwersujące, opinia zakazana, której nie można wypowiedzieć publicznie, na pewno nie w obecności kobiet.

Udowodniono, że kobiety wypowiadają więcej słów dziennie i charakteryzują się wyższą inteligencją emocjonalną. Statystycznie, oczywiście, ale nie może to pozostawać bez wpływu na pisarstwo, zwłaszcza w kontekście tworzenia postaci, dialogów, a nawet opisów przyrody. Co więcej, czy nie wpływa to na czytelnictwo? Szowinista z satysfakcją stwierdzi, że właśnie dlatego kobiety czytają romanse, a od "twardej" literatury stronią, bo mają na to za skromne umysły. Ze swojej strony zauważę, że romansów nie znoszę, a to co odrzucało mnie od "twardego" science-fiction, to skromność umysłu autora. Swoją wrażliwą kobiecą naturą alergicznie reaguję na postacie z papieru, nieadekwatne reakcje bohaterów, idiotyczne opisy emocji. W ten sposób nawet genialne pod względem technicznym dzieło w odczuciu czytelnika (czytelniczki) może stać się kiepskie. Owszem, mężczyzna też jest w stanie to zauważyć, ale statystycznie kobieta prędzej posiada do tego predyspozycje.

Po użyciu określenia "genialne" i "twarde" głupio mi teraz podawać przykłady, bo na pewno pojawią się opinie zupełnie inne na temat wymienionych tytułów. Proszę więc potraktować wymienione tytuły jako subiektywny wybór. Dzieła takie jak "Ślepowidzenie", "Neuromancer" i "Miasto permutacji" oszołomiły mnie – wyobraźnią pisarza, skomplikowaniem świata, tym co można wyprawiać z rzeczywistością. Jednocześnie przy każdej scenie miłosnej, towarzyskiej, a nawet opisie postaci (zwłaszcza kobiecych) pozostawał niesmak. Nie z powodu wulgarności, chociaż tego też nie trawię, ale prostactwa opisu. Prostactwa wydźwięku, wiedzy o człowieku, a już zwłaszcza... wiedzy o kobiecie. W ten sposób autor ze strony na stronę wydawał mi się na zmianę geniuszem i kretynem. I tak samo książka – raz dzieło, raz chłam.

Różnice płciowe w pisarstwie zaczęłam analizować po przeczytaniu artykułu w Newsweeku na temat Hardej Hordy. Artykuł ewidentnie pisany na zamówienie i tworzący wyłącznie podziały – czy wbrew, czy zgodnie z pierwotnym zamiarem, nie wiem. Chociaż zupełnie nie po drodze było mi   z większością wniosków z tego artykułu, niektóre dały mi do myślenia. Sama zaczęłam się łapać na krytykanctwie wobec dzieł kobiet, krytykanctwie samego faktu, że autorka jest kobietą.

Ja do siebie nie mam żalu i w przeciwieństwie do autorek "Hardej Hordy" nie mam do nikogo żalu za preferencje czytelnicze. Nie mam też żalu za opinię "napisałaś to jak mężczyzna" albo "całkiem niezłe, jak na kobietę" – wierzę, że intencje takich opiniodawców są dobre. Sama kiedyś udzielałam się na jednym forum anonimowo i brano mnie za mężczyznę, co po prawdzie chciałam osiągnąć – i wcale nie było to trudne. Kobiecie z powodu biologii łatwiej współodczuwać i naśladować. Tylko czy to my nie mamy prawa ani powodu, aby mieć żal do autorek?  Czy przypadkiem, z jakiegoś smutnego powodu, polskie autorki nie naśladują nieświadomie? 

Nawet sam tytuł "kobiecej" antologii "Harda Horda", wydaje się przebierać za mężczyznę, szczerzyć zęby, pokazywać jaki to jest "hardy", co zdaje się mówić swoim czerwonym grzbietem, grubą czcionką i niestety fragmentami. O ile pierwsze opowiadanie wzbudziło moją ciekawość, miejscami wręcz zachwyciło, o tyle w drugim już natrafiłam na prymitywne i wulgarne przemyślenia w narracji, już to "wulgarny gest" dla wrogów. Jakbym czytała męskiego autora próbującego być jeszcze bardziej "męskim", w nastoletnim rozumieniu: im więcej "kurew", tym bardziej dorośle. Książkę odłożyłam. Nie zachęciły mnie ani fragmenty, ani recenzje, ani nawet okładka czy grafiki w środku – szumnie reklamowane jako stworzone li tylko i wyłącznie rękami kobiecymi. I jak czytam w Newsweeku wszystko to celowo, z powodu dyskryminacji kobiet na rynku wydawniczym.

Tak więc w walce z dyskryminacją panie zastosowały... dyskryminację. Genialne! Po prostu genialne. Naprawdę, drogie panie, nie stać was na więcej?

Wydaje się, że jednak stać i zawsze było nas stać. Czy to nie kobieta stworzyła nurt science-fiction i bodaj najbardziej rozpoznawalną postać Frankensteina? Czy autorka "Ziemiomorza" nie była kobietą? A na rynku polskim czy w antologiach i listach bestsellerów nie przewijają się nazwiska kobiece? Jak czytam, to mało, bo inne nazwiska się nie pojawiły albo książkę nazwano romansem. Przyznaję, rozpoczęcie studiów wymiotło mnie z czytelnictwa. Nieliczne wolne godziny wypełniło mi ledwie kilka powieści: "Nędznicy", "Trzech Muszkieterów", wyżej wymieniony cyberpunk i "Xavras wyżryn". Na mniej znane tytuły z półki fantastyki szkoda mi było czasu i pieniędzy. Dopiero po studiach nadrabiam temat fantastyki w ogóle. Nie znam rynku, pewnie problem dyskryminacji kobiet istnieje, ale jest też problem z autorkami.

Wiem, czego oczekuję od książki. Nie patrzę na popularność danego tytułu, bo jak wiemy na szczycie bestsellerów nierzadko stoi zwykła pornografia. Biorąc pod uwagę niedobór czasu i pieniędzy, staram się wybierać powieści choć trochę wartościowe. Od książki fantasy oczekuję przytupu, oszołomienia lub inspiracji jakie zafundował mi Tolkien, Glukhovsky, Gibbson, Watts i inni. I jak dotąd u polskich autorek tego nie znalazłam. Żadna mnie nie zaskoczyła (nie, nawet M. L. Kossakowska). W polskiej fantastyce nawet nagradzane twórczynie grzeszą miałkością. Z jednej strony udająca mężczyznę brutalność, z drugiej obyczajówki z motywami fantastycznymi. Przeglądając bestseller natrafiam na "kurwy" i różne "jebane", "pieprzone", "cholerne" rzeczy, i tak jak "Hardą Hordę", odkładam, bo to samo znajdę w uznanych dziełach mężczyzn, nawiasem mówiąc – ciekawszych. Od obyczajówek fantasy – życiorys dziewczyny, problemy rodzinne i rozterki miłosne – stronię tymbardziej. Jest już przecież potworny potworek w postaci "literatury kobiecej". Jak wiemy, jest literatura dla ludzi i "literatura dla kobiet". Szczyt szczytów feminizmu – podział na ludzi i kobiety. I kto to nakręca? Kobiety!

W otchłaniach pamięci szukam kobiecych autorek z mojej biblioteczki. Kilka się znajdzie, ale nie z fantastyki. W pamięci zapada jedna: Jane Austen. Jej nazwisko wzbudza szacunek tak u kobiet, jak u mężczyzn. Szacunek, ale i zachwyt, analizę, dyskusje. Nie pamiętam, że jej książki to romanse. Pamiętam celność spostrzeżeń i celowość historii. Pamiętam postacie, tak doskonale przeanalizowane, że niemalże fizyczne. Pamiętam język.

Przypomina mi się też sławetna Atwood, a raczej próbka pisarstwa znajomej zainspirowanej twórczością rzeczonej autorki. Atwood jak dla mnie paplała niekonkretnie i rozwlekle. Ledwie ją przetrawiłam. Za to fragmenty opowiadania mojej koleżanki z liceum – o geju wychodzącym z szafy, o dziewczynie w świecie dystopii – nadal jawią mi się jako rajskie drzewo, którego do dziś nie odnalazłam w literaturze. Żadnej!

Czy Jane Austen pisała jak mężczyzna? Nie musiała. A sami autorzy najpopularniejszych dzieł fantasy nie muszą podkreślać, że są mężczyznami. Po prostu piszą, najlepiej lub nie najlepiej jak potrafią. Podział tak naprawdę pojawia się, gdy jakaś autorka zacznie rozpisywać się o fakcie bycia kobietą-autorką. Czyli jednak płeć robi różnicę, tylko nie można o niej mówić inaczej niż w kontekście dyskryminacji lub porównywania się do mężczyzn. Koniecznie trzeba też dodać, że "literatura jest kobietą", a autorkę nazwać "królową" bo inaczej nigdy nie zostanie doceniona. Skąd w nas tyle monarchizmu? W moim umyśle, nieco ukształtowanym przez feminizm i indywidualizm, zaczyna kiełkować okrutna opinia.

Uważam, że to żałosne. Tak jak za żałosne uznaję porównywanie jakichkolwiek dzieł do innych autorów, zwłaszcza zagranicznych: "następca tego a tego!", "polski X!", "godny konkurent dla amerykańskiego X!". W takiej polityce publicystycznej widzę tylko kompleksy. Kompleksy na punkcie bycia Polakiem, kompleks związany z pisaniem fantastyki, kompleks bycia kobietą. Czy powieść nie może być po prostu powieścią, a autor autorem? Czy kobieta nie może siebie traktować po prostu jak człowieka?

Panie i panny, piszcie jak kobiety. Piszcie dobrze. 

Komentarze

Poruszasz kilka znanych problemów. Temat jest bardzo złożony, zarówno biologia, jak i wychowanie kulturowe ma wpływ na preferencje czytelnicze czy sposób tworzenia, ale to tylko ułamek owych wpływów. Imo nieprawidłowe jest też postrzeganie poszczególnych kategorii męskości czy żeńskości w ramach antagonistycznych w każdym aspekcie naszej aktywności, co też zauważasz. Nawet nie chce mi się zaczynać tego tematu, bo nie po to przestałam pisać doktorat o dekonstrukcji kategorii kobiecości, żeby o tym znowu gdzieś bazgrać ;D Ale chciałam tylko stwierdzić, że mnie też irytuje sposób reklamowania antologii Hardej Hordy. A już nic mnie tak nie denerwuje jak <kiedy kilkanaście kobiet łączy siły, powstają rzeczy wyjątkowe> – czyli jak jedna coś robi, to nie da rady wyjątkowo? ;) Osobiście nie chciałabym brać udziału w inicjatywie zrzeszającej wyłącznie jedną płeć, bo nie płeć decyduje o wartości literatury, jak słusznie zauważasz.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Brzmi jak apel do kobiet, pań, panien. 

Podobnie zapatruję się na wartość literatury, nie oceniam jej ze względu na płeć, lecz na dobrą i złą, i to niezależnie od gatunków, czy przynależności rodzajowej.

Z drugiej strony błędem zdaje mi się pomijanie wpływu kontekstu społeczno-kulturowego na postrzeganie roli kobiet (zgodzę się z Naz, że też genetyka, ale można byłoby polemizować, w jakim stopniu). 

Nie chciałabym Ciebie urazić, ale Twoje wezwanie skojarzyło mi się z antysufrażystkami z tzw. pierwszej fali feminizmu. O co walczyły wtedy – o prawa wyborcze? Oponentki zaś – o prawo pozostania w domu;)

Wracam już do pisarzy, cóż matką autorki Frankensteina jest Mary Wollstonecraft:) A jeśli chodzi o Le Guin, miała kilka ważnych słów do powiedzenia nt. publikowania przez kobiety:) walczyła o to do końca swojego życia. Napiszesz, że czasy się zmieniły… i tak, i nie, z pewnością niezupełnie.

 

Wiele podobnych dyskusji mam za sobą i nie sądzę że kobiety ze swej natury są bardziej gadatliwe, uczuciowe, inteligentne emocjonalnie. Żadne z tych pojęć i konceptów nie zostało porządnie zweryfikowanych, a kiedy jeszcze nakładają się na to efekty środowiskowe, które współgrają z genetyką, to właściwie lepiej przyglądać się temu, jak jest, co gra, co nie gra i jak chcielibyśmy, aby było, a właściwie dużo bardziej interesujące są czynniki niewidzialne, ukryte. Co prawda, płeć to u nas ciągle jeszcze kwestia nieprzebrzmiała, lecz inne zdają się dzisiaj istotniejsze.

 

„Harda horda” – artykuł pisany na zamówienie, no tak, ale co w tym złego, że dziewczyny założyły klub i wydały wspólną książkę. Ok, ich opowiadania, twórczość może Ci się nie podobać, ale dlaczego odmawiać im prawa do tego? Czy wszystko musi być koedukacyjne? Przecież nie jest? Kiedy ja słyszę ich głos, w sumie uznanych pisarek (książkę jednej z nich czytałam M.Kisiel „Dożywocie”, fajna, zabawna książka), to nie mam powodu wątpić, a uważam że przynajmniej powinnam wziąć pod uwagę i nie skreślać, bo przecież to kobiety i co one tam znowu sobie wymyśliły.

 

Zadajesz pytanie – „Czy kobieta nie może siebie traktować po prostu jak człowieka?” Hm, mogłaby, może i czasami nawet to robi – vide HH.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie bardzo wiem, co właściwie chcesz powiedzieć przez ten felieton. Mam wrażenie, że można go streścić w dwóch ostatnich słowach, a następnie dodać jeszcze dwa: “Piszcie dobrze. Kimkolwiek jesteście.”

Natomiast cały rozkmin i kokieteria, że nie, nie chodzi o konserwatyzm, nie chodzi o stereotypy płciowe, aczkolwiek, no oczywiście statystycznie, wydaje mi się kompletnie chybiony. Podobnie jak termin “literatura kobieca” (dawniej nazywana dosadniej “powieściami dla kucharek”).

 

Jeśli w kwestii obecności kobiet w fantastyce istnieje, moim skromnym zdaniem, nadal jakiś poważny problem, to jest on zupełnie inny. Mianowicie autorki bywają (są?) traktowane z większą nieufnością. Są na cenzurowanym.

Podam przykład z własnego podwórka portalowego. Pewien ważny Komentator skomentował ostatnio moje nagrodowe opowiadanie. Komentarz był pozytywny, ale każdy rasowy recenzent ma poczucie, że coś powinien skrytykować. Mam wrażenie, że Komentator wymyślił coś na chybił trafił i palnął, że jak się pisze fantastykę historyczną, należy dbać o realia epoki. Nie wiedział, że piszę o epoce, którą zajmuję się naukowo i jestem research freak. Co nie znaczy, że nie mogę gdzieś jednak czegoś przepuścić – ale w takim wypadku należałoby wskazać konkret, a Komentator tego nie zrobił. I idę o zakład, że gdyby autorem był facet, ten konkretny zarzut by nie padł, bo przecież faceci robią risercz. (Co z tego, że nie robią, co pokazują nawet nagradzane powieści? I tak wszyscy chwalą rewelacyjną znajomość realiów epoki, które nijak się do epoki nie mają. Tak, mam na myśli konkretne powieści i konkretne recenzje, nieportalowe.)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nowa Fantastyka