- publicystyka: Kres cudów - sekcja

publicystyka:

artykuły

Kres cudów - sekcja

Poniższy tekst został opublikowany po raz pierwszy w czerwcu tego roku, na moim blogu w serwisie Poltergeist. Wersja, którą znajdziecie poniżej została nieco przeredagowana, rozbudowałem też analizę części elementów, inne nieco przyciąłem, zmieniły się też płynące z analizy wnioski.

Zapraszam do lektury.

 

Jakiś czas temu wpadły mi w ręce Szpony i kły, zbiór opowiadań napisanych w ramach konkursu ogłoszonego przez Nową Fantastykę dla uczczenia trzydziestych urodzin Wiedźmina. Podczas lektury dość często łapałem się na jednej i tej samej myśli: "ja zrobiłbym to inaczej". Wiadomo – krytykować najłatwiej.

Nie znaczy to na szczęście, że zawarte w antologii teksty są złe. Wręcz przeciwnie, podczas czytania większości z nich całkiem dobrze się bawiłem. Czasami jednak ich autorzy przyjęli rozwiązania, które moim zdaniem nie były w danym przypadku optymalne. Stąd pomysł na ten tekst – zamierzam położyć „Kres cudów” autorstwa Piotra Jedlińskiego na stole sekcyjnym, rozkroić, obejrzeć ze wszystkich stron i wskazać elementy, które moim zdaniem nie całkiem zagrały.

Dlaczego wybrałem właśnie ten właśnie tekst? Jest ono oczywiście zwycięzcą wspomnianego konkursu, niejako reprezentuje więc cały zbiór. Moje opracowanie nie ma być jednak polemiką z decyzją konkursowego jury. „Kres cudów” ma liczne zalety: najbardziej „wiedźmiński” styl, rozsądnie wyważone proporcje między scenami dynamicznymi i spokojniejszymi i niezłe dialogi, jest też jednym z nielicznych tekstów, za którym dostrzegłem koncept nieco głębszy, niż tylko proste dostarczanie rozrywki. To jedno z najlepszych opowiadań w zbiorze i nie dziwię się, że to właśnie ono zostało uhonorowane.

Jednocześnie jednak zawiera w sobie kilka bardzo zróżnicowanych elementów, które moim zdaniem można było rozwiązać inaczej – być może lepiej. Są tu zarówno drobnostki, które można by usunąć dodając do któregoś z akapitów pojedyncze zdanie, jak i poważniejsze, głębiej ukryte problemy, wypływające z samego konceptu opowiadania. Co czyni je świetnym obiektem dla naszej analizy.

Zanim jednak zaczniemy…

Czytelniku, miej baczenie! W tekście będą pojawiać się niezapowiedziane spojlery. W zasadzie jest on jednym wielkim spojlerem. Jeżeli jeszcze nie czytałeś „Kresu cudów”, wkraczasz na własną odpowiedzialność.

Jeszcze tu jesteś? Świetnie. Noże naostrzone, piła gotowa, możemy przystąpić do sekcji.

Kres cudów opowiada o podróży Geralta do Cudowianki, wsi położonej na samej rubieży cywilizowanego świata, nazywanej tak od targu cudów, który odbywa się tam raz do roku. Co było do przewidzenia, zamiast cieszyć się atrakcjami, nasz wiedźmin pakuje się w kabałę. Niejaka Wielka Łowcza przymusza go, by powstrzymał kupca zwanego Ptasznikiem od sprowadzenia na świat mitycznej istoty zwanej rarogiem. Co skutkuje licznymi zgonami.

W tekście możemy wyróżnić kilka podstawowych składowych, splatających się w jego fabułę. W kolejności nie całkiem losowej są to:

– Wioska i odbywający się w niej targ

– Niezwykłe zachowanie ptaków

– Raróg

– Ptasznik

– Konflikt bohaterów z kapłanem i tłuszczą

– Areszt i flara

– Żądni zemsty na Jaskrze wieśniacy

– Wielka Łowcza

Do każdego z powyższych punktów mam jakieś „ale”. Taka już ze mnie maruda.

Co więc dolega opowiadaniu? Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas lektury, to braki w ekspozycji, a także nie do końca udany, przykrótki finał. Te prowadzą nas do głębiej ukrytej choroby – problemów z efektywnym wykorzystaniem limitu znaków. One z kolei okazują się jedynie symptomem innego problemu – niedostatków strukturalnych.

Podkreślmy raz jeszcze – są to problemy istotne, ale nie sprawiają, że „Kres cudów” jest złym opowiadaniem. Tym niemniej ich wyeliminowanie poprawiłoby przejrzystość snutej opowieści, być może nawet uczyniło ją lepszą.

No dobrze, wstępne oględziny zakończone. Czas się ubrudzić. Obejrzyjmy każdą ze składowych. Spróbujmy dotrzeć do źródła problemów i znaleźć na nie lek.

 

Wioska i odbywający się w niej targ

Jak już wspomniano, Cudowianka to nieduża wioseczka położona gdzieś hen, na krawędzi cywilizacji, do której raz do roku zjeżdża się kawalkada handlarzy, sztukmistrzów, cyrkowców i innych cudaków, oferujących niezwykłe towary i usługi. Podczas lektury poznamy jej skróconą historię, obejrzymy znajdujące się niedaleko ruiny, gdzie rozegra się finał opowiadania i doświadczymy pewnej ilości lokalnego kolorytu. Teoretycznie wszystko jest na miejscu. Teoretycznie.

Mój pierwszy zarzut to w zasadzie drobiazg, niemniej wart podkreślenia. Podczas lektury początkowych fragmentów tekstu bardzo dokuczał mi brak uzasadnienia fabularnego dla obecności naszych bohaterów w tym miejscu. Obydwaj przyjechali „na targ”, jednak nie dowiadujemy się, dlaczego miałby być on dla nich kuszący. Teoretycznie mógł zadecydować jego niepowtarzalny charakter, jednak nigdzie nie zostało to powiedziane wprost, a Geralt w późniejszych scenach nie przejawia zainteresowania oferowanymi towarami. Nie wydaje się to poważnym problemem. Wiedźmin mógł wszak zawędrować w te okolice choćby i przypadkiem – jednak Jedliński sam sobie rzuca kłody pod nogi, asekurancko umieszczając wioskę na najgłębszym możliwym odludziu. Oczywiście to w zasadzie drobnostka, zaś autor zaoszczędził trochę znaków na uzasadnieniu. A jednak... To drobne niedopatrzenie sprawiło, że w początkowych scenach zamiast skupić się na akcji pytałem sam siebie – „Biały Wilku, co ty tu w ogóle robisz, skoro ewidentnie nie chcesz tu być?”. Nie wymagam od autora rozbudowanej historii. Wystarczyłoby wspomnieć, że Geralt ma nadzieję spotkać tu zielarza, który sprzeda mu składniki do eliksirów, szuka wyjątkowej zbroi lub – biorąc pod uwagę kierunek, w którym później potoczy się fabuła – zwyczajnie pozwolić, by nasz bohater zjawił się we wsi w odpowiedzi na ogłoszenie z gatunku „Wiedźmin potrzebny od zaraz”. Cokolwiek. Albo po prostu umieścić targ w takim miejscu, żeby nasz wędrowny pogromca potworów mógł na niego wpaść przypadkiem – i wspomnieć, że tak właśnie było.

Mój drugi zarzut jest nieco poważniejszy i stanowi pierwszy symptom problemów, które z pełna mocą dadzą o sobie znać później.

W krótkiej formie, szczególnie kiedy pisze się pod limit znaków, każda scena powinna czemuś służyć. Jedliński na szczęście zdaje sobie z tego sprawę i nie raczy nas zbędnym pustosłowiem – problemem jest raczej dobór celów.

Zazwyczaj gdy bohaterowie dowolnego tekstu fantastycznego docierają na jakiś rodzaj targu (szczególnie tak wyjątkowego i niepowtarzalnego jak ten), to następne sceny mają funkcję typowo estetyczną, to jest powinny zachwycić czytelnika kolorytem. Ażeby osiągnąć ten cel, powinniśmy tu napotkać barwnych, plastycznych opisów, ekstrawaganckich elementów świata przedstawionego, może odrobinę humoru. Egzotyczne towary, dziwaczni ludzie, kosmopolityczny klimat zestawiony z zaściankowością wioski, tego typu rzeczy.

Można też pójść pod prąd. Autor mógł więc uczynić ów „niezwykły” targ siedliskiem kiczu. W tym celu należałoby opisać marność wystawionych kuriozów, ich jarmarczność, wielość falsyfikatów. Po co miałby to robić?

Nie znam niestety autora, nie miałem przyjemności rozmawiać z nim o jego procesie twórczym, o pewnych sprawach mogę wiec tylko gdybać. W tekście pojawiają się jednak pewne przesłanki, że Jedliński chciał, by osią opowiadania był konflikt pomiędzy jarmarcznością zwykłych, ludzkich „cudów”, a prawdziwie magiczną niezwykłością raroga. Czyniąc targ rozczarowującym, Jedliński podłożyłby fundament pod interesujący i bardzo „wiedźmiński” motyw.

Jak widać środki służące do osiągnięcia każdego z tych celów stoją do siebie w opozycji. Którą wiec drogą poszedł autor?

Cóż, moim zdaniem stanął na rozdrożu.

Mamy tu trochę opisów rozmaitych dziwów, mamy też zachwyty oglądającego je Jaskra. Ale jest ich zbyt mało, są niedostatecznie barwne i egzotyczne, przez co nie robią szczególnego wrażenia. Targ cudów jest przez narratora opisywany jako miejsce wyjątkowe, ale tej wyjątkowości nijak nie czuć.

Z drugiej jednak strony – zwyczajność czy też marność oferowanych „cudów” również nie została zaakcentowana. Entuzjastyczne reakcje poety z daleka pachną wprawdzie pianiem naiwniaka nad bazarową tandetą, ale to za mało, by uzyskać klarowny przekaz. Można by go wzmocnić stosunkowo niewielkim kosztem. Wystarczyłoby dodać kilka linijek przemyśleń Geralta, jakąś bardziej wymowną scenę albo choćby trochę mocniejszych przymiotników w opisach.

Ostatecznie jarmark ani nie zachwyca, ani nie rozczarowuje. Jest w zasadzie zwyczajny. Może taki miał być? Ale skoro tak, to po co marnować tyle miejsca na jego opisywanie? Jeżeli nie pełni w tekście żadnej roli, to czemu by go nie wyciąć?

Pora na trochę gdybania.

Przyczyny tej niejasności przekazu upatruję w próbie godzenia ognia z wodą. Jeżeli faktycznie targ miał pełnić funkcję przeciwwagi dla raroga, to powinien być marny. Ale jednocześnie musi być światowej sławy, żeby wzmocnić przekaz i jednocześnie uzasadnić obecność bohaterów na odludziu. W połączeniu ze zbyt oszczędnymi opisami (limit znaków) uzyskujemy wypadkową w postaci raczej zwykłego jarmarku, którego rola w tekście pozostaje niejasna.

Jak można by to zmienić? Co poprawić?

Klarowniejszy przekaz moglibyśmy uzyskać faktycznie prezentując zwyczajny jarmark z okazji jakiegoś dużego święta w typowej większej wsi – rozwiązałoby to problem obecności bohaterów (Geralt szuka zapasów/zleceń, zaś Jaskier albo zarobku, albo po prostu jest ciekawy), nie wymuszało umiejscawiania akcji na odludziu, wreszcie nie blokowało możliwości wypełnienia straganów tandetą i podróbkami, reklamowanymi jako cuda, ale wzbudzającymi jedynie żałość. Jaskier może się nimi zachwycać, a wiedźmin odczuwać dziwny smutek widząc, jak to co zwyczajne i nudne jest zachwalane jako tajemnicze i mistyczne. Przy okazji daje nam to podstawę, na której możemy potem (jeżeli zechcemy) budować wewnętrzny konflikt bohatera w związku z rarogiem.

 

Niezwykłe zachowanie ptaków

Już kiedy Geralt dojeżdżał do Cudowianki zauważył, że w otaczającym wioskę lesie nie śpiewają ptaki, był też świadkiem innych nietypowych zachowań. Później, w czasie targu, histerycznie rozwrzeszczana ptasia czereda uwięziona w klatkach na jednym ze straganów ściąga na siebie uwagę kapłana, który podjudza tłum do ich pozabijania. Podczas rozmowy z Wielką Łowczą dowiadujemy się również, że ptaki bronią dostępu do ruin, gdzie krył się z jajem raroga Ptasznik. Mityczna kreatura włada bowiem swoimi pomniejszymi braćmi. Ta przeszkoda zostaje jednak pokonana dzięki Jaskrowi, jego znajomości legend i ćwiczonemu głosowi – okazuje się bowiem, że śpiew przełamuje czar, uwalniając pierzasty ludek spod władzy żar-ptaka.

Jest to element opowiadania, który wywołuje u mnie najbardziej mieszane uczucia. Z jednej strony wzbudza zainteresowanie, szczególnie z początku, kiedy jeszcze nie wiadomo, o co chodzi. Z drugiej – jego finał jest zwyczajnie mdły. Zwieńczenie wątku ptasich anomalii sprowadza się w zasadzie do „zaśpiewałem i uciekły, hurra!” – brak tu emocji, brak napięcia. Pojawia się za to poczucie, że element cały ten wątek jest w zasadzie ozdobnikiem bez znaczenia, a rezygnacja z niego nie zmieniła by wiele.

Dlaczego tak się stało? Co zawiodło?

Im więcej „czasu antenowego” poświęcamy jakiemuś elementowi, tym ważniejszy się on staje w oczach czytelnika. Główny bohater to ten, którego losy najczęściej śledzimy, główny wątek zajmuje najwięcej miejsca w fabule, ważne miejsca otrzymują najbardziej rozbudowane opisy. Wiąże się to z określonymi oczekiwaniami czytelnika. Jeżeli jakaś postać co i rusz pojawia się na kartach powieści, to spodziewamy się, że jej ewentualna śmierć będzie miała znaczenie i zostanie odpowiednio opisana. Analogicznie, jeżeli jakiś wątek jest często wspominany, chcemy, żeby jego zwieńczenie miało odpowiedni ciężar.

Tutaj tego zabrakło. Autor regularnie wzmiankuje dziwne zachowanie ptaków, budując w czytelniku określone nastawienie wobec tego wątku, oczekiwania, że prowadzi on do satysfakcjonującego rozwiązania. To zaś jest… cóż, banalne.

Dla jasności – nie uważam samego wątku za zły. Dodaje on opowiadaniu nutę tajemniczości, sprawia, że raróg zyskuje chociaż trochę jasno zdefiniowanych mocy, nadaje sens obecności Jaskra, pomaga budować napięcie. Jednak sposób, w jaki opisano finał moim zdaniem kuleje.

Przede wszystkim Jedliński wybrał dla jego opisu złą formę. Wydarzenia te zostają przedstawione w formie fragmentu „Pół wieku poezji”. Pomijając pewne problemy z naśladownictwem nietypowego stylu, wiąże się to z innymi problemami. 

Forma pamiętnika sprawia przykładowo, że finałowi wątku brakuje objętości. To jeden ze sposobów, w jaki pisarz sygnalizuje czytelnikowi, co dla niego jest ważne, co zaś nie odgrywa wielkiego znaczenia. Wydarzenia błahe zostają ledwie wspomniane, ważne opisuje się ze szczegółami. W tym przypadku nie dość, że zapoznajemy się z wydarzeniami pobieżnie ,to jeszcze mają one miejsce poza głównym nurtem fabuły, co jeszcze zmniejsza ich znaczenie.

Po drugie, należy pamiętać, że styl i nastrój mają znaczenie. „Pół wieku” pisane jest w kwiecisty, humorystyczny sposób. Nie sprzyja to budowaniu napięcia ani nastroju niesamowitości. Dodatkowo jest to dość poważna zmiana nastroju względem wcześniejszych, poważnych fragmentów. Obdziera to finał z większości ładunku emocjonalnego.

Dlaczego autor zdecydował się na takie, a nie inne rozwiązanie? Możliwe, że sam nie uważał wątku ptactwa za ważny, że miał to być jedynie element kolorytu – jeżeli tak, to błędem było budowanie innych oczekiwań u czytelnika poprzez poświęcenie owemu kolorytowi tak znacznej ilości miejsca. Może nie chciał przyćmiewać zbliżającego się wielkimi krokami finału opowiadania – w takim wypadku winna byłaby błędna struktura. A może po prostu zabrakło mu miejsca na szersze opisanie konfrontacji.

 

Raróg

Raróg, zwany też żar-ptakiem, to stworzenie mitologiczne. Geralt w rozmowie z Wielką Łowczą absolutnie nie wierzy, by takowy mógł istnieć. Jak się jednak okazuje – nie tylko istnieje, ale i stanowi zagrożenie, a jakiś wariat właśnie próbuje doprowadzić do jego wyklucia.

Gdybym miał wybrać tylko jeden element, który autor powinien poprawić, to byłby właśnie ten. Ilość niewykorzystanego potencjału jest tu największa, a w zasadzie niewiele trzeba, żeby to zmienić.

Pierwszy z moich zarzutów to bardziej kosmetyka. Aby przebudzić raroga należy dopełnić pewnych rytuałów, między innymi złożyć całopalna ofiarę i spędzić dziewięć dni na wysiadywaniu jaja. Brzmi to absurdalnie, co zresztą podkreśla w rozmowie z Wielką Łowczą sam Geralt. Sapkowski w swojej prozie często wyśmiewał się z tego typu zabobonów, przeciwstawiając im empiryczną wiedzę wiedźminów – magia w tym uniwersum zazwyczaj jest bardziej naukowa, a mniej szamańsko-rytualna. Oczywiście zdarzają się wyjątki (w końcu by odczarować strzygę trzeba z nią spędzić całą noc, jakkolwiek by to nie brzmiało), niemniej jednak dawanie diabłu mydła zamiast twarogu, szycie koszul z pokrzyw i inne tego typu działania były raczej wykpiwane. Jedliński oczekuje zaś, byśmy poważnie traktowali siedzenie na jajku przez trochę ponad tydzień za sprawdzoną metodę wezwania na świat niezwykle potężnej istoty. To jednak najmniejszy z moich problemów związanych z tym elementem opowiadania.

Przede wszystkim bowiem zawodzi ekspozycja. Nikt nie mówi nam choćby najważniejszego – dlaczego niby powrót raroga na świat to taki zły pomysł? Oczywiście kiedy ktoś próbuje przebudzić istotę, która od wieków pozostaje uśpiona, kanon fantasy wymaga, by spróbować go powstrzymać i w dziewięćdziesięciu dziewięciu wypadkach na sto ocalić w ten sposób świat. Ale o jakiej skali zagłady tym razem mówimy? Smaug palący miasto czy Chtullu sprowadzający chaos na cały świat? Podane informacje są zbyt ogólnikowe, byśmy byli w pełni świadomi związanych z uwolnieniem raroga niebezpieczeństw i możliwości. Brakuje też jakichkolwiek informacji odnośnie jego wyglądu, inteligencji, mocy lub czego tylko jeszcze by sobie autor zażyczył. Czegokolwiek, co uczyniłoby z żar-ptaka stworzenie potężne i wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju, które w jakiś sposób wzbogaca świat – na podobieństwo smoków z „Granicy możliwości”, które były przedstawione zarówno jako bestie i największe zagrożenie dla ludzkich miast, jak i myślące, niezwykłe istoty. Zamiast tego otrzymujemy kilka frazesów od Wielkiej Łowczej, zaś Jaskier ledwie wspomina kilka podań, w których ta istota występuje. I tyle. Jakby autor założył, że czytelnik albo zna słowiańskie mity o rarogu albo doinformuje się na bieżąco – jeżeli tak, to w moim wypadku się rozczarował. Skutkiem czego podczas lektury ciągle czułem, jakby brakowało mi kilku fragmentów układanki. Jest to niedociągnięcie, które można by stosunkowo łatwo naprawić, wstawiając do rozmowy z Łowczą jeden dodatkowy akapit.

Z żar-ptakiem związany jest jednak również mniej namacalny problem. Jak wspominałem podczas omawiania problemów jarmarku, w opowiadaniu pojawiają się pewne sugestie, że autor chciał, by drugim dnem tekstu był konflikt między przyziemnością a cudownością, codzienną szarzyzną, a niebezpieczną wyjątkowością. Najmocniejszą z nich jest finał, w którym Geralt odbiera telepatyczne wołanie raroga („Kim jesteś, wiedźminie, jeżeli nie kresem cudów[..]?Wróć i [...]ocal mnie, ocal cud!”). Jest też oczywiście tytuł opowiadania.

Możliwe oczywiście, że Jedliński nie miał takiego zamysłu, że to tylko moja nadinterpretacja. Nawet jednak w takim przypadku, tekst daje możliwość zmierzenia się z tym motywem, zawiera bowiem wszystkie niezbędne elementy – żadnego jednak w pełni nie wykorzystuje.

Tak jak w przypadku opisu jarmarku, tak w przypadku raroga opisy nie są dość rozbudowane, by w sposób jasny zbudować kontrast. Żar-ptak zwyczajnie nie jest w odczuciu czytelnika dostatecznie magiczny, dostatecznie wyjątkowy, by zachwycać. Naprawienie tego nie jest trudne. W tym celu jednak musiałby zagrać inny element.

 

Ptasznik

Ptasznik to tajemniczy kupiec, który w taki czy inny sposób wszedł w posiadanie jaja raroga i postanowił przywrócić go światu. Zagnieździł się w opuszczonym zamczysku by przez dziewięć dni wysiadywać wspomniane jajo, co jest przyczyną wszystkich niesamowitości mających miejsce w okolicy – dziwnego zachowania ptaków i nocnych wybuchów ognia w ruinach. Czyni go to prawdopodobnie (choć nie jest do końca jasne, czy faktycznie taki był zamysł) antagonistą w tej opowieści.

Jest także najgorzej napisaną postacią w Kresie cudów. Został bowiem wykreowany na pustelnika i wariata, bełkoczącego bez ładu i składu, którego obecność nic w zasadzie nie wnosi – nic więc dziwnego, że jego pierwsze i ostatnie wystąpienie na kartach opowiadania jest bardzo krótkie. Problem w tym, że postać ta pełna jest niewykorzystanego potencjału.

Gdyby autor podszedł do jego kreacji w nieco inny sposób, Ptasznik mógłby stanowić cenny kontrapunkt dla Łowczej, prezentować odmienny od niej punkt widzenia na powrót raroga i dawać okazję do skonfrontowania tych dwóch poglądów. Krótka dyskusja przedstawiająca racje obu stron bardzo wyklarowałaby sytuację – a dodatkowo w momencie, gdy wiedźmin zostaje zmuszony do podjęcia wyboru, czytelnik ma pełny pogląd sytuacji i może szkicować własny bilans potencjalnych zysków i strat. Obecnie, kiedy wszystkiego tego brakuje, jesteśmy w dużej mierze zdani na domysły.

Ja widziałbym to w ten sposób. Geralt napotyka Ptasznika, który z zapałem, acz rzeczowo wykłada mu, jakim to pięknym i szlachetnym stworzeniem jest raróg, jak ubarwi on świat, jak uczyni go lepszym. Nasz wiedźmin, rzecz jasna, pozostaje cynikiem. Po chwili na scenę wkracza Wielka Łowcza i zaczyna swoje – że żar-ptak to zagrożenie, a Ptasznik jest szaleńcem. Romantyzm konfrontuje się z pragmatyzmem. A może marzenia z nijakością? Ostatecznie wiedźmin wybiera (tak jak w oryginale) neutralność i ucieczkę, co skutkuje (ponownie – tak jak w oryginale) zagładą obu powyższych stron. Geralt zawiódł, świat został pozbawiony kolejnego cudu, a przy tym zginęło wielu ludzi, którym obiecał pomóc. Geralt wraca do wioski, do straganów wypełnionych bylejakością. Wieśniacy mylą kolumnę ognia powstałą w chwili śmierci wspaniałej (boskiej?) istoty z fajerwerkami. Kurtyna opada bezradnie.

Czy takie zakończenie faktycznie byłoby lepsze od oryginalnego? Na pewno miałoby klarowniejszą wymowę. Autor zdecydował się na prostszą, bardziej okrojoną i mniej przejrzystą wersję. Ponownie możliwe, że za sprawą nieubłaganego limitu znaków.

To już trzeci raz, gdy wspominam limit znaków jako potencjalnego winnego pewnych niedociągnięć. Prawda jest jednak taka, że w „Kresie cudów” jest całkiem sporo miejsc, w których można by dokonać znacznych cięć, a zaoszczędzone miejsce wykorzystać inaczej. Czas odłożyć nóż i chwycić się za piłę. Moi państwo, będziemy amputować.

 

 Konflikt bohaterów z kapłanem i tłuszczą

Krótko po tym jak Geralt i Jaskier przybyli na targ, skutecznie udaje im się wpakować w kabałę. Wszystko zaczyna się w momencie, w którym histeryczne wrzaski ptaków na straganie Ptasznika ściągają gniew kapłana, który zaczyna podjudzać tłum do ich zgładzenia. A kiedy w obronie zwierząt staje straganiarka, obraca swój jadowity język także przeciwko niej. Wtedy do akcji wkracza nasz niezastąpiony wiedźmin, bije po facjatach kilku co bardziej krewkich członków tłuszczy, kopie duchownego w tyłek, a następnie zostaje za owe wyczyny aresztowany.

Jest to jedna z najbardziej „wiedźmińskich” scen w opowiadaniu. Mamy tu ludzkie zbydlęcenie, dobrze zarysowany konflikt, niezłe opisy, sprawnie poprowadzoną demagogiczną przemowę, nawet typowo „sapkowski” antyklerykalizm. Ot, scena samosądu z „Chrztu ognia” w miniaturze. Bez wątpienia jest ona jedną z największych zalet „Kresu cudów”. Powiem więcej – całkiem możliwe, że to właśnie za jej sprawą, a nie dzięki głównemu wątkowi, opowiadanie to zdobyło palmę pierwszeństwa w konkursie.

Ja to bym ją wyciął.

Dlaczego chciałbym pozbawić tekst jego największego atutu? Zanim odpowiem na to pytanie, pozwolę sobie na małą dygresję. Być może jedyną naprawdę istotną poradą, jakiej udzielił Stephan King początkującym pisarzom w swojej książce Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika jest „zabijaj to, co kochasz”. Usuwaj ze swoich tekstów to, co w nich niepotrzebne. Nawet jeżeli jest to piękne, jeżeli jesteś z tego dumny, jeżeli świetnie się bawiłeś przy pisaniu tego. Nawet jeżeli uważasz, że tworząc dany fragment wspiąłeś się na wyżyny talentu. Jeżeli nie jest potrzebne, jeżeli nie służy konkretnemu celowi, zabij to.

Niestety, ta scena nie służy niczemu.

Owszem, jest interesująca. Sprawnie napisana. Emocjonująca. Piękna nawet. Ale z perspektywy całego tekstu jej znaczenie jest marginalne. Nie mówi nam nic nowego o postaciach, (niemal) nie popycha do przodu fabuły. Jest wprawdzie przyczynkiem do aresztowania Geralta, a także pozwala zwieńczyć wątek braci polujących na Jaskra, ale realizacja żadnego z tych celów nie była tak naprawdę potrzebna dla zdrowia tekstu – o czym za chwilę. A gdyby nawet chcieć je zostawić – efekt ów mógł zostać osiągnięty zdecydowanie mniejszym nakładem znaków, których przecież potrzeba było w innych miejscach. Przemowa kapłana mogła zostać przekuta w tyradę Ptasznika, znaki spalone na scenę prania po pyskach kmiotków lepiej by się przysłużyły, gdyby zużyć je na ekspozycję żar-ptaka. Niestety, pisząc pod limit znaków należy skupić się na funkcjonalności, nie ozdobnikach, choćby i najpiękniejszych.

 

Areszt i flara

Kiedy Geralt rozprawił się już kapłanem, został pojmany przez straż. Raczej uprzejmie. Następnie spędził nieco czasu w dość komfortowym areszcie (a konkretnie – na zapleczu karczmy), by później obejrzeć flarę – potężny wybuch ognia, który co noc pojawia się w pobliskich ruinach.

O ile w przypadku poprzedniej sceny problemem była jej funkcjonalność, tak tym razem choroba położona jest nieco głębiej. Na pozór te dwie krótkie scenki robią to, co powinny – przygotowują nas na spotkanie z Wielką Łowczą i dalej budują wątek okolicznych niesamowitości. Ale w gruncie rzeczy one również są w opowiadaniu zbędne.

Zacznijmy może od pierwszego elementu. Aresztowanie jako metoda nacisku władz na wiedźmina nie jest pomysłem nowym – podobnie działał prefekt Fulko Artevelde w „Wieży Jaskółki”, motyw ten został tez użyty w „Sezonie burz” i „Wiecznym Ogniu”, do pewnego stopnia również w „Kwestii ceny” i „Ostatnim życzeniu”. Pojawia się również w grach z uniwersum. Krótko mówiąc, nie jest to zagranie oryginalne. W tym wypadku nie jest również potrzebne – aby skłonić Geralta do rozmowy z Wielką Łowczą nie potrzeba było go zamykać. Również później, gdy przychodzi do szantażu, mającego na celu zmuszenie go do przyjęcia zlecenia, poważniejszym argumentem jest groźba śmierci z rąk kompanii zbirów na usługach byłej szlachcianki niż groźba uwięzienia. Areszt pomaga oczywiście podkreślić władzę Łowczej w okolicy, ale nie jest to cel, dla którego warto poświęcać kilka akapitów.

Również podziwianie flary mogło wylecieć z tekstu bez większych konsekwencji. Owszem, jest to scena widowiskowa i dobrze napisana. Tak, dodaje tajemniczości nadchodzącym wydarzeniom. Pobudza wyobraźnię do tego stopnia, że to jej wyobrażenie zdobi okładkę tomu. Ponownie jednak – zabijaj to, co kochasz. Flara nie służy w opowiadaniu niczemu konkretnemu. Nie przekonuje Geralta do zmiany decyzji. Nie skłania go do uwierzenia w raroga. Można uznać ja za zwiastun przyszłych wydarzeń – ale w gruncie rzeczy wciąż jest to tylko ozdobnik. Co więcej, jej obecność budzi pytania o to, jak Ptasznik przeżywa co noc owe inferno, dlaczego okoliczni chłopi nie czują w związku z nią niepokoju, po co tak w zasadzie wciąż jeszcze niewykluty mityczny ptak marnuje takie ilości energii? Pewnie można by wymyślić jakieś rozsądne odpowiedzi. Jedliński po prostu ignoruje pytania. A najprościej byłoby nie skłaniać do ich zadawania i wyciąć tę scenę.

 

Żądni zemsty na Jaskrze wieśniacy

Już kiedy pierwszy raz napotykamy Jaskra napomyka on, że ponownie podpadł lokalnym mieszkańcom. Trójka braci poprzysięgła mu srogie mordobicie za niestosowne awanse, które czynił ich siostrze. Później spotykamy ich jeszcze trzykrotnie – podczas targu, kiedy straż próbuje aresztować naszych bohaterów i w finale opowieści.

O ile wycinanie konfliktu bohaterów ze stanem duchownym i długą ręką prawa proponowałem bardziej ważąc zyski i straty niż z faktycznej niechęci do owych scen, tak do skasowania tego motywu aż mnie świerzbiły palce. Z początku nie jest źle. Jaskier podpadający wieśniakom pojawił się już choćby w „Trochę poświęcenia”, obrazek tego typu dobrze więc pasuje do znanego czytelnikowi obrazu postaci i może robić za lokalny koloryt. Gdyby autor ograniczył się do tych kilku zdań na początku, marudziłbym pewnie trochę o marnowaniu znaków, ale ostatecznie machnął ręką. Jednak kiedy pisze się pod limit znaków, każdy element musi mieć jakiś cel. Niestety.

Kiedy kolejny raz spotykamy nasze trio kmiotków, szukają oni Jaskra na targu. Na razie jeszcze nic się nie dzieje – ich pojawienie się jest przyczynkiem do dowcipnego dialogu między bohaterami i to tyle. Autor po prostu przypomina nam o ich istnieniu, zanim staną się istotni, co jest zasadniczo dobrym nawykiem.

Później, kiedy strażnicy szykują się do aresztowania, Geralt każe Jaskrowi pryskać. Ten jednak zostaje i pozwala się schwytać – woli bowiem to niż konfrontację z prześladowcami, którzy dzięki całej awanturze go wypatrzyli.

To niestety wszystko, co bracia mają czytelnikowi do zaoferowania – rozwiązanie niezbyt istotnego problemu, który nie istniałby, gdyby autor sam o nim nie wspomniał.

Jeszcze gorzej jest w ich czwartym pojawieniu się. Kiedy nasz dynamiczny duet schodzi ze wzgórza, na którym położone są ruiny, już po konfrontacji z Ptasznikiem, trzech braci, osmalonych i straumatyzowanych, wyłania się z gąszczu, a następnie ucieka na widok pióra przy kapeluszu Jaskra. Jest to element finałowej sceny opowiadania. Jak wspominałem poprzednio, ja rozwiązałbym ją inaczej. Ale nawet gdyby ktoś wolał oryginał, to wprowadzenie w tym miejscu tych nieszczęsnych kmiotków wydaje mi się zupełnie bezsensowne. Czy to miała być jakaś alegoria? Czy autor po prostu chciał wyraźniej zwieńczyć ich wątek? Tak czy siak, ich obecność w tym miejscu nie wydaje się służyć czemukolwiek konstruktywnemu, za to osłabia wymowę finału.

 

Wielka Łowcza

Szlachcianka, która porzuciła swój stan na rzecz polowania na potwory ze swoją bandą rzezimieszków. Mężobójczyni z bliżej nieokreślonym ludobójstwem na sumieniu. Kobieta twarda i nieustępliwa. Z takich czy innych źródeł dowiedziała się o istnieniu raroga i jego rychłym przebudzeniu, do którego próbuje nie dopuścić. Nie mogąc sobie poradzić samemu, przymusza Geralta do pomocy. Co w ostatecznym rozrachunku źle się dla niej kończy.

Wielka Łowcza jest kluczową postacią poboczną tego opowiadania. Jest dla „Kresu cudów” tym, czym Renfri była dla „Mniejszego zła”, a Yennefer dla „Ostatniego życzenia”. I nie jest w tym zła. Ta postać „gra”, dobrze wpasowuje się w uniwersum, jest dość barwna, by dało się ją zapamiętać. Co więcej – Sapkowski lubił w swoich opowiadaniach używać stereotypowych postaci, którym nadał jakiś nieoczekiwany twist. A taka „chłopska” szlachcianka nieźle wpasowuje się w ten schemat. Tak więc decyzja o tym, by zrobić z Łowczej taką właśnie herod-babę ma swój sens.

Ale wiecie – ja bym to zrobił inaczej.

Na początek przydałoby się więcej ekspozycji. Wiemy, że Łowcza poluje na potwory, nie znamy jednak żadnych jej dokonań, mało wiemy o celu, jaki jej przyświeca i innych tego typu elementach. Kilka dodatkowych zdań na temat jej przeszłości i tła z pewnością by nie zaszkodziło.

Idąc dalej – charakterystyka Łowczej sprawia, że dobrowolna współpraca Geralta staje się trudna do osiągnięcia. Autor musiał więc sięgnąć po jakiś przymus, co samo w sobie nie jest niczym złym. Dialog został bardzo dobrze napisany, choć momentami brakowało w nim konkretów. Problem stanowią raczej wcześniej wspomniane sceny, których rolą w tekście jest tak naprawdę jedynie doprowadzić nas do tego momentu, zużywając po drodze spory odsetek limitu znaków. Można się zastanowić, czy jej łagodniejszy charakter, dzięki któremu mogłaby chwycić Geralta na miód, nie na ocet – skłonić do przyjęcia zlecenia dzięki gładkim słówkom, łechtaniu jego ciekawości nieznanego (widocznej choćby w „Krańcu świata”, gdzie wiedźmin idzie polować na diabła, bo „nigdy nie mógł oprzeć się pokusie popatrzenia na coś, co nie istnieje”) i może odrobinie zaowalowanej groźby – nie byłaby dla opowiadania korzystniejsza. Po prawdzie nie jest to jednak konieczne – w obecnym kształcie również mogłaby się sprawdzić bardzo dobrze, gdyby tylko wyciąć nieco balastu, a dodać treści.

 

Wnioski

Być może zwróciliście uwagę, że większość wątków, które przeznaczyłem do wycięcia, znajduje się w początkowej części opowiadania, te zaś, które chciałbym rozbudować, są pod jego koniec. Sugeruje nam to pewne problemy z optymalnym wykorzystaniem limitu znaków – Jedliński wykorzystał ich zbyt wiele w początkowej fazie historii, by dostatecznie rozbudować finał.

Nie jest to jednak najważniejszy problem, jaki dostrzegam w tym opowiadaniu. Bardziej dokuczały mi pewne zaniedbania strukturalne. „Kres cudów” stanowi bowiem szereg scen, z których każda z osobna świetnie się broni, jest dobrze napisana i emocjonująca – razem jednak nie do końca składają się w poprawną historię. Są tu piękne, ale niezbyt funkcjonalne wypełniacze i kluczowe sceny, które zostały potraktowane po macoszemu. Odniosłem wrażenie, że autor tak bardzo skupił się na polerowaniu szczegółów i czarowaniu nas niuansami, że stracił z oczu obraz całości, przez co stosunkowo mało istotne elementy zostały czasami wykonane lepiej, niż główna oś fabularna, która zdecydowanie mogłaby być lepsza.

Pozwolę sobie przy tym przypomnieć – choć macie przed oczami liczącą z górą trzydzieści tysięcy znaków, niepozbawioną krytycznych słów analizę, nie oznacza to, że uważam „Kres cudów” za opowiadanie złe, albo że nie zgadzam się z decyzja konkursowego jury. Dostrzegłem jednak w tym tekście pewne problemy, których omówienie pomoże mam nadzieję innym autorom w mierzeniu się z własnymi tworami.

Nawet jeżeli nie zgadzacie się z moją analizą – co uznaję za prawdopodobne, bazuje ona bowiem na moich subiektywnych preferencjach – mam nadzieję, że udało mi się wykazać kilka rzeczy:

– każdy element opowiadania wpływa na odbiór całości, często na nieoczywiste sposoby;

– każda scena powinna służyć jakiemuś celowi (lub jeszcze lepiej – kilku) w obrębie całego utworu;

– choć piękne ozdobniki cieszą, to nie powinny stać się ważniejsze od kluczowych elementów historii.

Komentarze

Hej, kawał niełatwej roboty analitycznej tu widzę! Bardzo podobne teksty pisze Artur Wyrzykowski na swoim blogu, tyle że na temat filmu. Polecam zajrzeć. Zwłaszcza, że Twoja analiza jest bardzo scenariuszowo-strukturalna, co szanuję, bo sama mam (miałam?) dużego świra na tym punkcie. Zawsze polecałam poradniki scenariopisarskie osobom, które piszą prozę; uważam że bardzo porządkuje to myślenie i daje solidne podstawy warsztatowe. Potem oczywiście można sobie kombinować, ale warto znać klocki, z których się buduje. Z powyższego tekstu, jak i ogólnie analizy struktury można więc sporo wynieść. Dobra robota. Zaś co do samego "Kresu cudów" – autor wspominał gdzieś na forum, że niestety limity przycięły mu finał. Ale nawet i w tej krótszej formie Piotr Jedliński jest przecież w formie (i to jakiej!) ;) Pozostaje mi uchylić kapelusza z szacunku do tej szczegółowej analizy. I trochę odetchnąć, że to nie mój tekst wiedźmiński został jej poddany, bo musiałabym się tu palić ze wstydu ;) Pozdrawiam!

Dzięki za miłe słowa. :D

 

Dla ciekawości – który z tekstów jest twojego autorstwa?

Nie ma sprawy, trafiłam tu dość przypadkiem, ale uznałam, że po przeczytaniu wypada pozostawić ślad ;)

Moje było “Bez wzajemności”. :)

Przyznam szczerze, nie pamiętam tego tekstu, a swój egzemplarz “Szponów i kłów” zdążyłem już uwolnić. Ale jeżeli jakiś wpadnie mi w ręce, odświeżę sobie. 

Ojoj, rządni zemsty? Na pewno?;)

Babol, mea culpa.

None, dokonałeś czegoś niesamowitego O.O

Nie przeczytałem jeszcze całości, ale i tak masz u mnie ogromny szacun. Nawet jeśli się nie ze wszystkim zgadzam (sercem mniej się zgadzam, rozumem – więcej), to i tak dajesz do myślenia. I to jest niezwykle cenne. 

A polemizowałbym choćby z tym:

Klarowniejszy przekaz moglibyśmy uzyskać faktycznie prezentując zwyczajny jarmark z okazji jakiegoś dużego święta w typowej większej wsi – rozwiązałoby to problem obecności bohaterów (Geralt szuka zapasów/zleceń, zaś Jaskier albo zarobku, albo po prostu jest ciekawy), nie wymuszało umiejscawiania akcji na odludziu, wreszcie nie blokowało możliwości wypełnienia straganów tandetą i podróbkami, reklamowanymi jako cuda, ale wzbudzającymi jedynie żałość. Jaskier może się nimi zachwycać, a wiedźmin odczuwać dziwny smutek widząc, jak to co zwyczajne i nudne jest zachwalane jako tajemnicze i mistyczne. Przy okazji daje nam to podstawę, na której możemy potem (jeżeli zechcemy) budować wewnętrzny konflikt bohatera w związku z rarogiem.

To, co proponujesz, zwiększyłoby może wewnętrzną spójność opowiadania, ale... Czy to dalej byłby “Kres cudów”, gdyby opowiadanie nie działo się na końcu świata i gdyby jarmark nie był jednym z elementów, nawiązujących do owej cudowności? Mnie fascynuje to, że kiedyś istniały takie “końce świata” i pamiętam, że to była jedna z rzeczy, które mnie w opowiadaniu urzekły. 

Nawet jeśli się nie ze wszystkim zgadzam (sercem mniej się zgadzam, rozumem – więcej)

Jestem otwarty na polemikę – było nie było analiza tekstu nie jest nauką ścisłą, zawsze jest pole do interpretacji.

o, co proponujesz, zwiększyłoby może wewnętrzną spójność opowiadania, ale... Czy to dalej byłby “Kres cudów”, gdyby opowiadanie nie działo się na końcu świata i gdyby jarmark nie był jednym z elementów, nawiązujących do owej cudowności? Mnie fascynuje to, że kiedyś istniały takie “końce świata” i pamiętam, że to była jedna z rzeczy, które mnie w opowiadaniu urzekły. 

Rzecz preferencji, jak sądzę. Ja cenię w tekstach przede wszystkim spójność i klarowność, ktoś kto lubi barwne opisy, a mniej dba o historię, będzie patrzył na sprawę inaczej. Ogólnie po proponowanych przeze mnie przeróbkach tekst nie przypominałby już zbytnio samego siebie, a i nie powiedziane, że byłby lepszy dla większości odbiorców.

Nowa Fantastyka