- publicystyka: Sprawdzaj, sprawdzaj, sprawdzaj!

publicystyka:

poradniki

Sprawdzaj, sprawdzaj, sprawdzaj!

Fantastyka ginie w pułapce marnego researchu

 

Kiedy Jerzy Sommel (może zresztą chodziło o sommeliera) rozprawia o winie, zaczyna od tzw. ciała, przechodząc następnie do wrażeń bardziej ulotnych. Kończąc zaś na odczuciu ogólnym, pozostającym jeszcze długo po zakończonej degustacji. Przez analogię, leśnicy i sprzedawcy choinek o tym samym mawiają, posiłkując się przykładem bożonarodzeniowego drzewka. Musi mieć solidny pień, krzepkie gałęzie, gęste igły, zaś dopiero na to wszystko nałożone ozdóbki dają harmonijny obraz, często przez lata ze wzruszeniem wspominany przez domowników. Niestety, w dobie jednorazowych produktów, śmieciowego jedzenia i takichże idei, tudzież ersatz-edukacji i literatury, nie tylko domorośli, ale i publikowani twórcy fantastycznych powieści i opowiadań coraz częściej nie chcą pamiętać  o wspomnianych powyżej zasadach i prawdach, knocąc przepotwornie podstawy swoich utworów. I w rezultacie zawieszając świecidełka point w intelektualnej i merytorycznej pustce. Jak gdyby niemiły chrzęst ad hoc tworzonych bibelotów, roztrzaskujących się, co nieuniknione, na podłożu fundamentalnych oczekiwań Czytelników, mógł zamaskować lenistwo „pisarzy”, arogancję i miałkość tworzonej przez nich taśmowo oferty.

A potem płacz: ludzie tego nie czytają. Jeśli nawet – nie wracają.  Nakłady pikują, makulatura sci-fi i fantasy sprzedawana jest z kartonów po cenie surowców wtórnych. Cały natomiast gatunek z literackiego Parnasu, a choćby z Gubałówki,  spada do obszaru depresji, pseudointeligenckiego rozmemłanego bełkotu, tanich chwytów, jeszcze tańszych wrażeń i, koniec końców – narastającego niesmaku i zniechęcenia. I to w sytuacji, w której przecież mamy dziś narzędzia wręcz idealne do budowania solidnych fundamentów każdej prozy. Internet i wyszukiwarki. Na co kiedyś trzeba było miesięcy, dziś wystarczają minuty. Mój ulubiony pisarz Igor Newerly, do swej ostatniej książki „Wzgórze Błękitnego Snu”, kiedy jeszcze o Sieci nikomu się u nas nie śniło, zbierał dane i historyczne smaczki przez lat bodajże kilkanaście! W efekcie jednak napisał dzieło życia. Robił tak Lem, robi – Kim Stanley Robinson i na szczęście – dołącza do nich wciąż jeszcze spore grono kupowanych i czytanych autorów. Dlaczego początkującym wydaje się, że ich akurat to nie dotyczy? Dlaczego powszechnie mylą tworzenie Literatury, niechby i przez stosunkowo niewielkie “l”, z płaskim myslowo, doraźnym tweetowaniem?

Pora więc na pierwszą tezę: to, że niemal nikt z amatorów (pragnących stać się zawodowcami) pióra, nie przeprowadza dziś researchu, dyskwalifikuje ich już na starcie!  Piszemy na przykład o psychologicznych rozterkach zakochanych bohaterów pielgrzymujących do swego wnętrza (a przy okazji na pokłady międzynarodowych stacji kosmicznych)? Zachowajmy przy tym choćby odrobinę rzetelności! By nie powiedzieć dobitniej – przyzwoitości wobec czytelnika. Niechże ta podróż kupy się trzyma. Stałych kosmicznych, fizyki, aktualnego stanu wiedzy, zwyczajnej logiki wreszcie. Oto leci sobie w cytowanym utworze prom kosmiczny. Daleko, poza granice skutecznej łączności radiowej. Leci, leci… I raptem staje w miejscu. A nawet się cofa, niby dziecięcy rowerek na parkowej ścieżce. Stacja kosmiczna – cel podróży – umieszczona jest zaś przez autora w krainie Nigdy-Nigdy, choć może poprawniej byłoby powiedzieć – Nigdzie-Nigdzie. Bo tak przecież (i tylko tak!) znacznie łatwiej i szybciej przejść do zaplanowanego intelektualizowania.

Konia z rzędem temu, kto po tak bezceremonialnym potraktowaniu poważnie potraktuje dalsze wynurzenia Twórcy, choćby przewyższały swą wnikliwością „Krytykę czystego rozumu” Immanuela Kanta, urodzonego jak wiadomo, w Kaliningradzie. Jakie są tego rezultaty w konkretnych dziełach? Absurd goni absurd. Prawdy objawione w finałach, po wstępach zawieszonych w poznawczej nicości, jawią się wyłącznie marną groteską. Podróbką. W najlepszym zaś przypadku – parodią. Niesmak zaś i zniechęcenie czytelników rosną z każdą stroną. Ileż w końcu razy można brać do ręki literaturę zastępczą? Tracąc nie tylko pieniądze, ale i czas, który można przecież poświęcić na dzieła bardziej szanujące odbiorców. Bo takie są. Nadal.

Teza druga: owszem, porządny research wymaga ofiar. Głównie poświęcenia nań mnóstwa czasu. Jednak nic lepiej nie samodyscyplinuje autora. Nie ujawnia słabych stron jego kreacji. Nie ustawia wręcz ram dzieła. I nie odsiewa, i to z góry, marnych konceptów. Coś z własnego podwórka. Oto kiedyś, jako człowiek jeszcze młody, pisałem coś o wojnie atomowej. Samo zamieszczenie estymowanej liczby ofiar w jednym tylko mieście, wymagało z górą kilkudniowej kwerendy. Ale przy okazji „wyprostowało” mi się kilka innych fragmentów dziełka, a parę kolejnych okazało się istnym bredzeniem. Mogły więc zostać z czystym sumieniem wywalone do kosza, bez zwalania tego przykrego obowiązku na czytelników.

Innym razem obliczałem zdolność nabywczą głównego bohatera na podstawie przewidywanych cen kruszców w przyszłości. Miał po prostu wejść do sklepu i coś tam kupić. Żeby jednak stworzyć spójny model świata, w którym onże się poruszał, tylko na zbudowanie i opisanie siatki cen, używanych następnie jeszcze tylko kilkukrotnie,  trzeba mi było dni czterech! I to przeznaczonych wyłącznie na żmudne analizy wykresów, obliczenia, wyszukiwanie niezbędnych zmiennych, całą tę śmiertelnie nudną demografię, statystykę i ekonometrię. Której przecież czytelnik nigdy nie ujrzał na łamach. Za to potem… dalsze sto stron osadzone w realiach twardych i od ręki weryfikowalnych, choćby przez zdrowy rozsądek odbiorcy, pisało się zdecydowanie łatwiej. Przede wszystkim jednak – gotowy utworek nie odrzucał czytelników rażącym niechlujstwem, żeby nie powiedzieć – nieuctwem autora i jego arogancją.

Przykłady można mnożyć. Ba! Same mnożą się dziś niczym króliki w światku tzw. literatury postmodernistycznej (czytaj – coraz częściej chamskich wręcz, przez swą dezynwolturę, prób wymuszenia na odbiorcach uznania dla zamierzonego nieróbstwa P.T. Autorów). Oczywiście, pisarze znani i uznani wiedzą o tym wszystkim od dawna, kierując się wobec nabywców swych dzieł zwyczajnym szacunkiem należnym, bądź co bądź – sponsorom i chlebodawcom. Nie ustawiają Kosmosu w roli pełnego zwyczajnych kiksów sztafażu. Nie wymyślają pieczołowicie modeli Uniwersum sci-fi, postapo czy alterświatów, które po pierwszych trudnościach ich autora, wiążących się ze znalezieniem, opracowaniem, albo wręcz zwyczajnym zrozumieniem rzeczywistych praw nimi rządzących, zmieniają się zależnie od potrzeb i kaprysu (znów zgodnie z nadrzędną zasadą unikania jakiegokolwiek wysiłku myślowego) a to w krainę Magii i Miecza, a to w Świat Wewnętrzny bohatera, a to w końcu – w bezładne jego majaczenia. Powiecie – nie każdy może być od razu twórcą spójnego świata “Innych pieśni”. Albo zgoła “Lodu”. Może i nie każdy, lecz starać się mimo wszystko trzeba. Jeśli praca Autora nie ma się okazać już w przedbiegach kpiną nie tylko z innych lecz i z samego siebie.

Morał? Najprostszy z możliwych: chcesz tworzyć fantastykę, najpierw (i to nade wszystko!) pilnuj realiów. Sprawdzaj, sprawdzaj, sprawdzaj! Na początku na porządny research przeznaczaj regularnie 60-70 procent czasu zużytego na cały proces twórczy. Potem nieco tylko mniej. Niedobór fantazji będzie ci może wybaczony i nazwany szlachetną powściągliwością. Ba! może nawet spotka się z uznaniem redaktorów decydujących o dalszych losach dziełka. Lecz niedoboru wiedzy i co gorsza – nadmiaru lenistwa – nie daruje ci jednak w tej branży, jako debiutantowi,  nikt!

Bo – i tu teza trzecia – fantastyka, jak żadna chyba inna literatura, ZAWSZE wymaga opierania się na zweryfikowanej WIEDZY! Jeśli zaś na prognozach – to rozumnych. Brzytwa Ockhama tego akurat gatunku, co brzmi wręcz prowokacyjnie, dotykać powinna wyjątkowo często. Nawet, o dziwo!, jeśli mamy zamiar pisać o elfach czy duchach, sięgajmy do tekstów źródłowych, do archetypów kulturowych, a dopiero potem bierzmy się za ich twórcze przekształcanie, by nie wyskoczyć z filozoficznym czy choćby i metafizycznym babolem, dyskwalifikującym nas w oczach nawet średnio wyrobionego czytelnika już na starcie.

Okrutna prawda: myślący redaktor z miejsca wsadzi nie spełniający tego wymogu tekst potencjalnego debiutanta do “dolnej szuflady”. Jeśli zaś redaktor nie wykaże się należytą uwagą, zapłaci za to sam wydawca, bo czytelnik raz nabrany – kolejne próby zwalenia na niego wysiłku dopasowywania niedopracowanych i niechlujnych utworów leniwego autora do zinternalizowanego obrazu świata, w tym także fantastycznego świata, skwituje szyderczym śmiechem. Albo co gorsza – znudzonym wzruszeniem ramion.

Komentarze

Tak, tak, tak. Chyba napiszę podobny poradnik w kwestii historii alternatywnych. Bo o ile na nieścisłości w sprawach nauki (w sensie science) i techniki jeszcze ktokolwiek zwraca uwagę, to na bzdury historyczne  – znacznie rzadziej, a dla specjalisty jest to równie bolesne. I nie mam nawet na myśli drobnych anachronizmów, które i tak zawzięcie tropię, ale naprawdę poważne babole, głównie właśnie w książkach z alternatywnymi wersjami historii (w tym utytułowanych), a nie po prostu osadzonych w danej epoce, bez większego mieszania w wydarzeniach.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hi, hi, to Ci pomogę;). Bo to nie tylko dla specjalisty jest bolesne, a dla każdego czytelnika, który przeszedł cykl edukacji, nie zaś – jak w dekadach ostatnich – pozoracji. Gdyby mi nie było szkoda, włosy interesująco szpakowate bym garściami rwał nad polską edukacją historyczną, lecz wiem, niestety, że ten proces nie może być przypadkowy, a poddane mu miliony ofiar nie bez powodu rugowano z historycznego, cywilizacyjnego i narodowego fundamentu. Zabierz narodowi historię, jej zrozumienie, umiejętność pojmowania choćby najprostszych jej reguł, pozbaw kulturowego kanonu, a dostaniesz w ręce nie naród, lecz plastelinę do dowolnego formowania na przyszłość, a przede wszystkim – do bezpiecznego okradania. Ze wszystkiego, bo gdzie Słowo znika i jego rozumienie (jak pisał Boy,acz o czymś nieco innym;), tam i sama Rzecz umiera. Wysnuwając analogię: Jaki procent mieszkańców Poski zna dziś choćby 5 procent jej historii? A historii Europy?Naprawdę uważasz, że aż taką inflację wiedzy przeprowadzono na Starym Kontynencie i w Polsce w ostatnim ćwierćwieczu przypadkowo? Chociażem ostatni chyba możliwy piewca czasów PRL, i wcale za nią nie tęsknię, to niedawno aż westchnąłem nad wysokim poziomem nauczania przedmiotów humanistycznych w dobie onej. A może tu tkwi przyczyna szisiejszych baboli? Powszechny , a dziesięcioleciami indukowany i narastający kryzys humanizmu w ogóle?

Dam Ci przykład na podbudowanie tezy o indukowanym charakterze kryzysu nauk humanistycznych w Polsce. Najlepszy chba serial historyczny TVP w całej jej historii, gotowiec dla licealistów: Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy, o wybiciu się Wielkopolan na niepodległość po stuletniej pokojowej walce z niemieckim zaborcą, budującej to co najważniejsze w takiej walc: Kapitał ludzki, społeczny, finansowo-gospodarczy w efekcie. Wiesz, że po premierze w 1981, serial nie był, aż do dziś ANI RAZU wyświetlony w publicznej polskiej telewizji (więc nigdzie)? A wiesz dlaczego? Bo postać historczna, nieważne Hipolit Cegielski, Piotr Wawrzyniak czy kto inny, wypowiada tam to JEDNO podstawowe zdanie: "Kto oddaje obcym ziemię, środki produkcji czy handel, ten dziś zdrajcą Polski!". Okazało się zbyt niebezpieczne dla nadzorców degrengolady edukacyjnej ostatnich trzech dekad. Ba! Jestem ewien, że także ci, którzy ostatnio zdecydowali o zdjęciu serialu z półki po prawie 40 latach leżakowania, gdyby rozumiel to zdanie (dziś brzmiałoby pewnie: "Brandy, finanse, patenty, surowce strategiczne i kształcenie obywateli", też by go nie zdejmowali .

 

Ależ ja nie potrzebuję podbudowy, sama to widzę... Ja jestem stara matura i aczkolwiek nauczycieli miałam różnych, w tym w liceum faceta, który na długie lata przekonał mnie, że nie mam pojęcia o historii ani umysłu do niej (było na odwrót, to on był historykiem patologicznym: daty, mapa, koniec; ale nastolatek tak nie myśli), aż musiałam wracać okrężną drogą, ale spustoszenia nowych systemów edukacji widziałam na kolejnych rocznikach studentów...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Z tym, że ja chcę napisać o czymś troszkę innym – że jak się chce pisać historię alternatywną, to należy przemyśleć skutki rozejścia się wersji w konkretnym, przyjętym momencie, a nie zmieniać w jednym miejscu (na osi czasu, choć terytorialnie też), a w innych już nie :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

To będę kibicować szczerze, bo historia alternatywna to mój ulubiony gatunek. Ale o tym sza, żeby nie zapeszyć!:)

 

Hmm, bardzo zatem ciekawa opinii o pewnej powieści...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

O jakiej?Uprzedzam, że dziś grypę mam, ciężko mi się myśli:)

 

Tej, co to reklamy nowego wydania chodzą od czasu do czasu na banerze powyżej ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Różne chodzą:) "PO"? Jeśli ta, to jeszcze nie czytałem, ale co mi tam:)))

 

Czekaj, czekaj..." Z...a"?

 

Yup. Aż wywaliłam już napisaną odpowiedź ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

U mnie latają naprzemiennie. Pomyślę i odpowiem.

Już przemyślałem. Kluczowa była tu bitwa pod Lipskiem. Piskorski potraktował armie koalicji jak Brytyjczycy pwstańców Mahdiego, a to nie takie proste by było. Ja nie pamiętm już, czy Piskorski podał LICZBĘ ethetowych kulomiotóe (traktujmy je dla ułatwienia jak ckm– y maxima;), ale musiałaby być ich dobra setka, by przynajmniej próbować przeważyć przewagę koalicji, a wynosiła ona zdaje się grubo ponad 100 tys. ludzi i co znacznie ważniejsze – jakieś półtora tysiąca armat. I teraz podstwowa sprawa– taktyka wojsk wówczad. Marsze, kontrmarsze piechoty przede wszystkim! Nie wierzę, by generałowie ówcześni byli kretynami, a jeśli nawet, porucznicy na pewno nie. A co najważniejsze – o ile kulomioty etherowe były genialne w obronie, to fatalne w natarciu! Bo musiałyby przestrzrliwać się przez kolumny własnego wojska.! Co innego w obronie – a do teo sprowadzała się ta bitwa od początku dla Francuzów. W takiej sytuacji kulomioty wiele by nie pomogły bez taktyki XX wiecznej, jej Napoleon nie znał Chodzi o linie okopów w obronie! !Przypominam, że ówczesne odprzodowe muszkiety i karabiny wymagały ładowania STOJĄC! Poza tym Piskorski nie docenił mobilności kawalerii. A przede wszystkim przewagi ponad 1500 armat koalicji, które mogłu strzelać także jak haubice, czyli częściowo spoza zasłon (jaszczy). A precyzja ówczesnej artylerii jest dziś zdecydowanie niedoceniana. Na morzu, z kołyszącego się pokłafu na prawie pół mili brytyjskie arnaty rozwalałycel beczkę na wodzie, góra w trzeciej salwie burtowej (14armat na fregacie). I ostatnia sprawa: Logistyka. Aby te nawet 100 dajmy na to kulomiotów eterowych rozwaliło lekko licząc 50 tys ludzi wroga , każdu musiałby wystrzelić statystycznie (dane z IIwś) nie po 500 kul, a le po jakieś 3-4 tysiące! Oczywiście lufy by nie wytrzumały. Obecnie nawet w supernowoczesnych ckmach, lufy wymienia się co godzinę ognia, makymalnie! Wtedy trzeba by je wymieniać co kilkanaście minut – gorsze stopy metali! A w tym czasie koalicyjna konnica i artyleria po kolei skoncentrowanym ogniem robiłyby swoje. I ostatnia sprawa: 300 tysięcy kul do kulomiotów etherowuch na jedną bitwę. Kula muszkietowa ważyła wtfy kilkanaście gramów. Dajmy na to 15. 4,5 mln gramów tookoło pięciu ton pocisków. STALE PODAWANYCH I ŁADOWANYCH. Przy stu kulomiotach to ledwie kilkadziesiąt kg na jedrn, przy dziesięciu jednak to już pół tony. A każde zakłócenie, np trafny strzał artylerii wroga to koniec takiego odcinka obrony, bo, przypomnijmy -piechota stała stłoczona Z TYŁU!Gdzie artyletia naparzała w nią jak w kaczki. Słowrm, nie wiem czy przy piechocie z taktyką XVIII wieczną, w istocie, Napoleon nie przegrałby z tumi kulomiotami jeszcze szybciej (bo przeszkolenie piechoty walczącej kolumnami do obrony okopowrj musiałoby potrwać. Ha! I rzecz podstawowa – ówczesne armie były armiami manewtowymi, a nie okopoeymi. Zmuszenie – jedyna logiczna taktyka – armii Napoleona do obrony okopowrj, to koniec Francji, wystarczyłoby ją wyminąć i już. Odcięta, oblężona (furaż by się szybko skończył), najpierw musiałaby zjesć własne konie, a potem poddać się bez walki. Bardzo mi się cykl Piskorskiego podoba, ale na taktyce mieszanej XIC i XX wiecznej by poległ:D w realnym świecie.

O widzisz. Doskonały przykład mi dałeś do ręki. Skupiłeś się wyłącznie na realiach bitwy. A bitwa jest tu nieistotna. Lipsk był już właściwie ukoronowaniem tego, co wydarzyło się przez poprzednie pół roku i to głównie poza polami bitew. Ale załóżmy, że tak wybrał. Dodał do tego, co było, te eterowe działa i co tam jeszcze, Napoleon bitwę wygrał, mamy pewność, że wygrałby też kampanię 1814 roku itede. Tylko że Piskorski założył, że wygrana pod Lipskiem zmienia wyłącznie to, że Napoleon utrzymał się przy władzy, a Poniatowski nie zginął. Kompletnie pominął gigantyczne (!) zmiany polityczne, jakie wywołałaby ta wygrana (albo odwrócenie sytuacji w 1813 z dowolnego innego powodu), zakładając, że jeśli pominąć bitwy lat 1814-15, a raczej ich brak, oraz sytuację Księstwa Warszawskiego, wszystko pozostaje bez zmian. Dla mnie ta powieść nie jest żadną historią alternatywną, bo za mało wyciągnięto wniosków z założeń wyjściowych. Ale więcej – jak już napiszę swój poradnik.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Sorki, znóe paluch moje i chiński smartfonik są niekompatybilne. :) Ja sobie inneho podejścia w realnych warunkach pola bitwy pod Lipskiem nie wyobrażam! Zwłaszcza że te pierwsze kulomioty były wg Piskorskiego raczej stacjonarne. Na taczanki się nie nadawały, zbyt znaczna liczba obsługujących! Oczywiście, nie wziąłem pod uwagę psychologii pola walki. Ale to by się zrównoważyło. Nie zdajemy sobie sprawy, jakiej w ogóle odwahi wymagało wyjście takiej kolumny ZAWODOWEGO eojska naprzeciw podobnej kolumnu wtoga. Stały oko w oko 50 METRÓW od siebie i strzelały salwami! Po pierwszych doniesieniach o kulomiotach – komenda Padnij! I tyle. A do akcji rusza artyleria. Przy czym wojsko Napoleona i tak nie może atakować, bo dostanie się pod władny ogień. A teraz wyobraź sobie armi Napoleona zamkniętą w otoczeniu pod ogniem 2200 armat wroga. Na jej miejsvu sam bym te kulomioty po jakimś czadie rzezi rozwalił :)

Słucha, w tym sęk że Napoleon z tymi ethetowumi cekaemami przerżnąłby i tę bitwę też. Jak sobie to autor wyobraża? Tajna broń, więc władna piechota i kawaleria nieprzeszkolona do walki przy jej wsparciu. Przeszkolona? To szpiedzy koalicji tym samym są uprzedzeni ivprzygotowani taktycznie. Kiedyś był taki japoński film, w którym nowoczesna kompania Sił Samoobrony trafia w przeszłość, gdzie na jej czołgi i śmigłowce rusza wataha samurajów. Po pierwszym zdziwieniu, samurajowie spuszczają tym żołnierzom z Xx wieku nieziemski łomot, po prostu dopadowując swoją taktykę do słabości wroga. Ja nie wychodziłem nawry poza bitwę pod Lipskiem, bo jeszvze pred nią było pozamiatane. Wellington już we Francji, blokada kontynentalna wywołała powszechne braki i wrzenie ludności francuskiej, Rosjanie rośli z każym miesiącrm w realną siłę... Było po ptokach, masz rację. Ale Lipsk i tak by Napoleon przegrał! Zły punkt wyjścia do historii alternatywnej autor zrobił. Trzeba było kulomioty dostarczyć już pod Borodino, a przede wszystkim zabić ecześniej Kutuzowa:)

Oki, ale to są technikalia. A ja nie mówię o przebiegu bitwy – równie dobrze mógł znapalmować (zeterować) wszystko i nie przejmować się strategią i taktyką. Chodzi mi o konsekwencje bitwy, to jest ważniejsze dla historii alternatywnej niż technikalia, które – przyznaję – są niedobre, ale drugorzędne. Bo dalej cały świat opiera się na tym, co po bitwie, a to kompletnie się kupy nie trzyma...

Ja osobiście zresztą, gdybym chciała robić zmianę w 1813, poszłabym bez kulomiotów w pościg za Prusakami po Dreźnie i wtedy Lipsk od razu wyglądałby inaczej.

Co więcej, w założeniu, że to ma być steampunk, mogę przyjąć, że na widok całkowicie nowego typu artylerii, która robi dziwne rzeczy, część wojska po prostu idzie w rozsypkę, i w sumie może tak byłoby sensowniej ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Słowrm, kluczem Napoleona do Europy było wtedy pokonanie i podbicie Rosji (a oberwał już od niej i zadoby Francji na nieudaną kampanię zmarnował, a przedevwszystkim – zerwanie brytyjskiej blokady kontynentalnej. A tu żadne kulomioty by nie pomogły. Zatopiona fregara czy z kulomiotem czy bez, po prostu tonie, a fregaty i liniowce zatapiało się armatami! Co z tego, że on większy, skoro ma taką samą szczękę jak ja , mawiają bokserzy;). Podobnie zastanawiają się lterpisarzr, czy bomba atomowa Hitlea pomogłaby mu wygrać II ws. W 1944 nawet – już nie. Bo przez rok odpaliłby takich może pięć, a tymczasrm Stany w dwa lata zrobiłyby 50! A wkolejne -150! Nie ta skala gospodarki!

Powtarzam: Włączanie techniki czysto obronnej XX wiecznej, bez dostosowania do tego taktyki całej reszty atmii przynosi więcej szkód niż pożytku dla własnej armii. Z dostosowaniem – likwiduje efekt zadkoczenia i pozwala przygotować się drugiej stronie. Wywiaf i kontrwywiad były zawsze! W ostateczności armie koalivji wycofałyby się PRZED bitwą. I Napokeon mógłby im pomachać tylko ze swymi obronnumi kulomiotami.A tymczasem gospodatka mu by się i tak zawaliła i głodny lud zbuntował.;)

Nie, nie musiał podbijać Rosji, kampania rosyjska go bardzo osłabiła, ale nie pogrążyła całkowicie, zwłaszcza że zdołał odbudować armię zdolną zagrozić koalicji. Gdyby w 1813 inaczej poszły rokowania między potencjalnymi koalicjantami, to wszystko byłoby do uratowania. Na obaleniu Napoleona naprawdę zależało jedynie Anglikom (skądinąd przejechali się na zniesieniu blokady, bo Anglię zalały tanie francuskie towary), a chwilowo carowi, ale car szybko zmieniał zdanie i była szansa, że mu się odwidzi. Austrii – nie, Prusom – tak sobie, a tym wszystkim języczkom u wagi w rodzaju Skandynawów było ganz egal. Anglicy wykonali niezłą robotę kupując sojuszników, a jak już Austria zmieniła zdanie, kiedy zobaczyła, jak się sprawy mają, to się zrobiło tak sobie. No i potem trochę przez niedogadanie, trochę przez różne pomyłki, Napoleon nie posłał pogoni za wojskiem pruskim po Dreźnie w sierpniu, co odbiło się na Lipsku.

Co do taktyki – zgoda. Wywiad – niestety czasem zawodzi. Plus dochodzą drobne czynniki dodatkowe.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Kłopoty ze spóźnianiemsię miał N i pod Waterloo. Ale i tu można piwiedzieć, że był sam sobie winien"ze mną -orły, beze mnie – nikim"– pamiętasz? Skoro sam taki modrl zarządzania wybrał, jego klęska była tylko kwestią czasu.

 

Tu pełna zgoda, w dużej mierze system napoleoński poległ przez to, że jego twórca był control freak :D Administracja państwowa też na tym cierpiała.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nowa Fantastyka