- publicystyka: Król Bond - recenzja filmu "Black Panther"

publicystyka:

artykuły

Król Bond - recenzja filmu "Black Panther"

Black Panther jest w Polsce bohaterem mało znanym, chociaż w uniwersum Marvela od dawna odgrywa znaczącą rolę. Jego sylwetkę i kontekst, w jakim powstał i funkcjonuje, przybliża artykuł w “NF” 02/18. Fani Filmowego Uniwersum Marvela mieli okazję zetknąć się z nim po raz pierwszy w “Wojnie bohaterów” i już wtedy zaprezentował się bardzo interesująco. Teraz, w solowym filmie, mamy okazję poznać go lepiej i trzeba przyznać, że reżyser, Ryan Coogler, nie zmarnował potencjału tkwiącego w tej niezwykłej postaci.

 

 

Podobnie jak w “Hellboyu II: Złotej Armii”, tak i tutaj animowane intro wprowadza nas w świat Czarnej Pantery – można pokusić się o takie określenie, gdyż maleńkie afrykańskie państewko, Wakanda, jest właśnie takim zamkniętym mikroświatem ukrytym przed obcymi. Z pozoru skromna i uboga kraina pasterzy kóz – w rzeczywistości najbardziej zaawansowany technologicznie kraj, czerpiący swoje bogactwo z faktu, że jako jedyny na świecie dysponuje złożami kosmicznego metalu – wibranium (tego samego, z którego wykonana jest tarcza Kapitana Ameryki). Po śmierci ojca, króla T’Chaki, na tronie zasiąść ma jego syn, T’Challa (w tej roli Chadwick Boseman), dzierżący obecnie moc tytułowego mistycznego strażnika swej ojczyzny, wybrańca bogini Bast. Czas przekazania władzy staje się okazją do ingerencji sił, które mają własne dążenia i cele do osiągnięcia. Black Panther musi rozważnie dobierać sprzymierzeńców i podejmować decyzje o daleko idących konsekwencjach dla siebie i całej Wakandy.

 

 

Chociaż filmy ukazujące się w ramach MCU niejednokrotnie komentowały aktualną sytuację na świecie (szczególnie “Zimowy Żołnierz” i “Wojna bohaterów”), to właśnie “Black Panther” wysuwa się na pierwsze miejsce jeśli chodzi o zaangażowanie oraz mocny komentarz społeczny i polityczny. Wszystko za sprawą znakomitego doboru przeciwnika głównego bohatera. Erik Killmonger (grany przez Michaela B. Jordana) ma bardzo solidne, wiarygodne motywy, aby wystąpić przeciw T’Challi i ustalonemu porządkowi w Wakandzie – twórcy ukazują go w taki sposób, że widz jest w stanie go zrozumieć, nawet jeśli trudno z nim sympatyzować, nie mówiąc o zaakceptowaniu jego metod. Dylematy, przed którymi staje T’Challa, są bardzo na czasie i mocno rezonują wśród widowni. Co jest słuszniejsze: izolacjonizm oraz skupienie na wewnętrznym dobrobycie i bezpieczeństwie czy otwarcie na świat i przyjęcie odpowiedzialności także za potrzebujących poza własnymi granicami? Brzmi znajomo, prawda? Ale dostajemy tutaj również dramaty bardziej kameralne, osobiste, rodzinne – styk wielkiej polityki z indywidualnymi rozterkami postaci przywodzi na myśl (z zachowaniem skali, rzecz jasna) dramaty Szekspira.

 

 

Te dylematy zostały w “Black Panther” podane w oprawie wysokooktanowego kina akcji, które mocno przywodzi na myśl przygody Jamesa Bonda. Jak wspomniałem, Wakanda posiada bowiem futurystyczną technologię, a Czarna Pantera dysponuje nie tylko mistyczną mocą płynącą od bogini Bast, ale również wykonanym z wibranium kostiumem i arsenałem pomysłowych gadżetów, który mógłby zawstydzić Iron Mana. Rolę bondowego Q tutaj pełni Shuri (Letitia Wright) – młodsza siostra T’Challi, genialna wynalazczyni o niewyparzonym języku. Sceny w jej pracowni natychmiast kojarzą się z relacjami agenta 007 i słynnego kwatermistrza (wypada wspomnieć, że kryptonim “Q” to skrót od “Quartermaster”).

 

W filmie dostajemy mnóstwo scen pomysłowo zrealizowanych walk i pościgów. Niektóre prezentują się świetnie, jednak część pozostawia sporo do życzenia, ponieważ zbyt wyraźnie odczuwa się w nich obecność efektów cyfrowych, co szkodzi zawieszeniu niewiary. Do tego dochodzi sposób filmowania – chwilami zbyt poszarpany, niepotrzebnie teledyskowy. Dłuższe ujęcia dałyby znacznie lepszy, spójniejszy efekt, zwłaszcza że ciekawa choreografia walk aż prosiłaby się o staranniejsze wyeksponowanie. Od tej strony można mieć do filmu Cooglera najwięcej zastrzeżeń.

 

 

Sama Wakanda zbudowana jest na zderzeniu nowoczesności z tradycją Czarnego Kontynentu. Z jednej strony – futurystyczne polis, wieżowce, neony, kolej rodem z projektów Elona Muska. Z drugiej – rozległe afrykańskie przestrzenie i zaczerpnięte z plemiennych kultur wzornictwo, biżuteria, stroje czy sposoby zdobienia ciała. Również w znakomitej ścieżce dźwiękowej spotykają się różne brzmienia: hip-hopowe kawałki popularnych wykonawców obok fenomenalnej, symfoniczno-etnicznej muzyki autorstwa Ludwiga Goranssona. Kompozycję Szweda można by spokojnie postawić na półce obok takich perełek jak “The Ghost and the Darkness” Jerry’ego Goldsmitha czy “Tears of the Sun” Hansa Zimmera – pod warunkiem, że doczeka się oficjalnego wydania, bo jak na razie zapowiedziany jest tylko soundtrack z piosenkami.

 

Na koniec parę słów o obsadzie, w której właściwie nie ma słabych punktów. Chadwick Boseman pogłębia postać Czarnej Pantery – na jego bohaterze ciąży odpowiedzialność zupełnie innego rodzaju niż na większości herosów, ponieważ równocześnie jest władcą odpowiedzialnym za swój lud. T’Challa ma w sobie głębię, dojrzałość, zdolność do współczucia. W zestawieniu z nim Michael B. Jordan jako Killmonger nie wypada może tak charyzmatycznie, ale jest to znakomicie napisana rola, a aktor potrafił jej sprostać. Letitia Wright jako Shuri kradnie praktycznie każdą scenę ze swoim udziałem. Na drugim planie spotykamy wiele wyrazistych postaci – m.in. kapłana Zuriego (Forest Whitaker), generał Okoyę (Danai Gurira) czy przywódcę plemiennego W’Kabiego (Daniel Kaluuya). Martin Freeman jako agent Ross gra właściwie jak zwykle, ale pasuje do postaci, za to Andy Serkis w roli Ulyssesa Klaue wypada wręcz fenomenalnie.

 

 

“Black Panther” odkrywa przed nami kolejny wycinek uniwersum Marvela – oryginalny, malowniczy, intrygujący. Wakanda stała się miejscem, do którego zdecydowanie warto będzie wrócić.

 

CZARNA PANTERA (Black Panther). Reżyseria: Ryan Coogler. Scenariusz: Ryan Coogler, Joe Robert Cole. Muzyka: Ludwig Goransson. Zdjęcia: Rachel Morrison. Występują: Chadwick Boseman, Michael B. Jordan, Letitia Wright. USA 2018.

Komentarze

Niezły. Choć fabuła czysto pretekstowa, wprowadzająca postać Black Panthera (a czemu nie Czarnej Pantery?) do filmowego uniwersum Marvela. O czym jest ten film, zapomina się natychmiast po wyjściu z kina.

Denerwujące dwie rzeczy – manieryczny akcent wszystkich (za wyjątkiem, hm, bezbarwnych) aktorów. Jakimś wielkim znawcą angielskiego nie jestem,  ale wymowa w BP aż kłuje w uszy. Niech będzie – taka konwencja. Ale już bzdety o “dwóch miliardach uciskanych, którym należy dostarczyć broni, żeby zrobili porządek z kolonizatorami” – no dajcie spokój. Czyli Murz... ups, Afroafrykanów (?) w Kongu czy Nigerii też kolonizatorzy uciskają? I rytualne hasła o tym, że policja służy tylko do zamykania tych o innym kolorze skóry. Co ciekawe, gdzieś tam przemyca się info o tym, że “kolorowe społeczności” zajmują się głównie dilerką prochów i strzelaniem do siebie nawzajem.

Poza politpoprawnymi bzdetami – można obejrzeć. Humorystyczne wstawki bardzo mi się podobały, a najlepsi – nosorożce i Andy Serkis. Czy ten gość kiedyś się Oscara doczeka? Prawdziwy maestro!

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Nowa Fantastyka