- publicystyka: Dziedzice krwi [recenzja]

publicystyka:

recenzje

Dziedzice krwi [recenzja]

Zostałem poproszony o recenzję. No to jest recenzja.

 

Dygresja pierwsza.

 

Na jednym ze spotkań realizowanych w ramach projektu promocji czytelnictwa Eugeniusz Dębski radził, żeby nie zabierać się za pisanie powieści, dopóki nie zobaczy się w druku min. 10 opowiadań swojego autorstwa. Potem takie uwagi słyszałem wiele razy od różnych osób parających się składaniem literek. Ma to swoje logiczne powody:

 

Pisanie należy wyćwiczyć. Zabierającym się za "swoją pierwszą powieść" zadaję pytanie, dlaczego nikt nie idzie prosto ze sklepu muzycznego grać w filharmonii, a jednocześnie wielu osobom wydaje się, że nauczenie się czytania i pisania od razu pociąga za sobą umiejętność faktycznego pisania beletrystyki.

 

Każdemu trafiają się teksty słabe, czasem żenujące. Niekiedy powodem jest błąd w samych założeniach fabuły lub bohaterów – wówczas należałoby napisać całość od zera. Albo w ogóle odpuścić i napisać coś innego. Znacznie mniej boli, jeżeli praca nad niewypałem zajęła dwa dni, a nie dwa miesiące.

 

Opowiadania i szorty są znacznie trudniejsze do napisania: mało jest miejsca na ekspozycję i na stworzenie więzi między bohaterem i czytelnikiem. Tym samym pisanie opowiadań znacznie więcej uczy. W powieści można walnąć opis miejsca na dziesięć stron; w opowiadaniu można tylko podrzucić kilka charakterystycznych i budujących klimat elementów (tu absolutnym mistrzem jest Łukasz Orbitowski), a resztę pozostawić wyobraźni czytelnika.

 

Jednocześnie opowiadania pozwalają szybciej przećwiczyć różne zabiegi stylistyczne – narracja pierwszoosobowa, trzecioosobowa, akcja, suspens, dialogi itd. Wszystkie powyższe mogą wystąpić w powieści i dobrze by było je wypracować wcześniej, żeby dobrej historii nie położyły drewniane dialogi lub (co często się zdarza) komiczne opisy scen erotycznych, nudne pościgów czy niewiarygodne walki.

 

No i ktoś te próby musi przeczytać i skrytykować. Znacznie łatwiej znaleźć "betujących" czytelników lub redaktorów, gdy tekst ma 10 tys. znaków, niż gdy jest dziesięć razy dłuższy. Są całe rzesze życzliwych ludzi, którzy przejrzą tekst i wytkną błędy, ale pod warunkiem, że zajmie im to godzinę, nie tydzień.

 

Dygresja druga.

 

Jakiś czas temu obserwowałem dyskusję, która wybuchła w odpowiedzi na pytanie, czemu młodzi autorzy zabierają się za fantasy? Przyznam, że na pierwszy rzut oka fantasy może wydawać się gatunkiem łatwiejszym niż science fiction. Po pierwsze, nie jest potrzebny risercz naukowy i technologiczny, skoro wszystko można sobie wytłumaczyć magią. Po drugie, fantasy wszyscy znają – jest w grach komputerowych, kinie komiksie, RPG. Co może być trudnego w gatunku, w którym najbardziej skomplikowanym przedmiotem jest miecz?

 

To właśnie prawdziwa trudność. Czytuję próby literackie młodych autorów i jeżeli wrzucają opko fantasy, to zawsze będzie tam karczma, zawsze będą tolkienowskie krasnoludy i zawsze jakieś skrzyżowanie Aragorna z Geraltem. A, nie. Nie zawsze. Czasami są to jakieś wariacje na temat Conana lub Achai. Akwen morza fantasy jest "przełowiony", historie są wtórne i naprawdę trudno znaleźć świeży punkt widzenia.

 

Dygresja trzecia.

 

Kilka razy brałem udział w różnych panelach i dyskusjach związanych z "warsztatem" i tematami pokrewnymi. Na Wrocławskich Dniach Fantastyki krytykowałem selfpublishing, na KFASON-ie, Krakowskim Festiwalu Amatorów Strachu, Obrzydzenia i Niepokoju, broniłem korzystania ze schematów w grozie. W grozie, bo panel dotyczył tego gatunku, ale te same argumenty można odnieść do innych gatunków i to nie tylko w literaturze, ale w dowolnej formie "opowiadania historii". Dobrze zastosowany schemat ułatwia kontakt z odbiorcą i pozwala go zaskoczyć, gdy nagle się od niego odejdzie.

 

Koniec dygresji.

 

W piątek odbędzie się w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki spotkanie z Mateuszem Sękowskim, stołecznym licealistą, który wydrukował sobie powieść. Tzn. "wydał ze współfinansowaniem", czyli zapłacił za druk, łamanie, korektę i redakcję. Autorze, dałeś się oszukać, przynajmniej w tych dwóch ostatnich punktach.

 

Jego „Dziedzice krwi” to pełna odwołań i zapożyczeń, nielogiczna, naiwna i pełna merytorycznych błędów historia o ćwierćelfie (sic!), który od osiemnastu lat poszukuje zemsty. Długo, prawda? Czas trwania tej zemsty doskonale tłumaczy

 

FABUŁA

 

Aerdin Veske jest takim niby-Geraltem/Aragornem/Mordimerem Madderdinem, który jest twardy, mało empatyczny, skryty, zorientowany na cel, ale wyłącznie wtedy, kiedy o tym mówi, a i to nie zawsze. W pogoni za zabójcami swojej rodziny robi wszystko, żeby zmarnować każdą sytuację, która faktycznie zbliża go do realizacji tego celu. Od swojego znajomego, który nazywa się Znajomy (ale potem jakoś inaczej, tak po około 150 stronach), dowiaduje się, że w ataku brali udział najemnicy Czarnego Słońca. Aerdin przystępuje do nich (nie bez wysiłku), ale tylko na chwilę. Potem odchodzi, ale tylko na chwilę. Potem w ogóle przystaje do gwardii króla, ale na chwilę; uczy się u czarnoksiężnika, ale przez chwilę. Wrrr!

 

Owa chwilowość wynika z pogardy dla wszystkich wokół i dziwnie pojmowanego egocentryzmu, który objawia się deklaracją pogardzania chłopami czy prostytutkami, a potem natychmiastowym udzielaniem im pomocy zupełnie bez powodu i ze szkodą dla osobistych celów. Duch, który opętał jednego z najemników, pewnie jest demonem... dlatego bohater mu pomaga. Aerdin nie idzie na wojnę, bo to nie jego walka, ale tylko przez tydzień.

 

Ale jednak jest coraz bliżej celu, mimo że robi wszystko, żeby do niego nie dotrzeć. Postępy STAJĄ SIĘ zgodnie z logiką deus ex machina – nagle (kiedy to potrzebne) okazuje się, że Aedrin ma umiejętności w zakresie posługiwania się magią; nagle (kiedy to potrzebne) okazuje się, że Znajomy jest sprawnym skrytobójcą, bo inny skrytobójca nauczył go kilku sztuczek, jak skradanie się, posługiwanie się petardami i samo skryte mordowanie. Nagle okazuje się, że skryba Czarnych Słońc, który był wcześniej karczmarzem (sic!), postanawia Aerdina usunąć w sposób, który nie wzbudzi podejrzeń, tzn. w trakcie testów kwalifikacyjnych do Słońc. Tak właśnie – wysyła na arenę nie niewolników, ale żołnierzy, potem kuszników, a potem bazyliszka. Jakie to szczęście, że nikt z widowni nie zorientował się, że ktoś tu ma nie przeżyć walki. Bardzo sprytne!

 

Poza tym, że protagonista działa bezsensownie, to również głupio. W mieście podaje fałszywe imię i nazwisko... po czym zdradza prawdziwe pierwszej osobie, z którą się zaprzyjaźnia. Zupełnie bez powodu! Wisz-rozumisz, tak naprawdę to nie jestem osobą, za którą się podawałem, ale cicho o tym, bo zabiję!

 

Fabuła jest niespójna. Bardziej by się nadawała na zbiór opowiadań. Nie widzę żadnego uzasadnienia, żeby ten zlepek niezwiązanych ze sobą przygód zamykać w jedną powieść. Może dla spotęgowania efektu niekonsekwencji i przypadkowości. Fabuła kuleje, bo kulawi są bohaterowie (o nich później), ale też kuleje

 

KONSTRUKCJA ŚWIATA

 

Śródziemie, pardon, Temeria... ehem... Przeciętny świat fantasy składa się z podłych dziur, brudnych spelun, ścieków płynących ulicami, stereotypów i kalek z różnych powieści, filmów i gier, których jest więcej niż tych ścieków. Zamieszkują go ludzie, którzy są typowymi ludźmi, krasnoludy (tak bardzo typowe), elfy (jeszcze bardziej typowe), magowie klasyczni, królowie, przemytnicy i... zaprzęgnięci w wozy opryszkowie (jeden z wielu zabawnych błędów redakcyjnych). Czas w tym świecie biegnie w różnym tempie, przez co czasami rozmowa trwa dzień, a czasem kilometry marszu, potyczki, walki, posiłki, rozmowy itd. mieszczą się w kilkunastu godzinach. A może to bohaterowie rozmawiają czasem tak wolno, a czasem trajkoczą z prędkością karabinu? Nie wiem.

 

Również światło zachowuje się dziwnie, bo czasami jeszcze jest jasno (a mimo to na placu płonie jasnym płomieniem ognisko), ale jednocześnie ciemno (mrok rozświetlają pochodnie). Tu jest tyle denerwujących błędów redakcyjnych, że... aż czyta się z zapartym tchem. Jaka bzdura wyskoczy na następnej stronie? Jaki idiotyzm wymyślą...

 

BOHATEROWIE

 

Ci są różnorodni. Pojawiają się w kolejnych miejscach... i od razu ciągną za sobą fabułę. Tzn. jeżeli pojawi się X, to za chwilę będzie przygoda, w której X odegra kluczową rolę. Nie w następnym rozdziale, ale od razu – na następnej stronie. Po tej przygodzie protagonista poustawia nowemu przyjacielowi całe życie i odejdzie w stronę zachodzącego słońca. Na tydzień.

 

Wyjątkiem jest Znajomy, który pełni tę rolę, jaką odegrał stary Spock w „Star Trek Into Darkness” – kiedy fabuła utyka, zjawia się, żeby trochę ją popchnąć. Niby jakoś się tłumaczy, ale kogo to obchodzi?

 

Również tłumaczenie z offu jest problemem. Bohaterowie przeżywają może połowę przygód – pozostałą część sobie opowiadają. Wiemy, że są jakieś zaszłości między Aedrinem i Znajomym, bo obaj sobie o nich opowiadają w rozmowie. To bardzo głupie rozwiązanie z dwóch powodów, na przykładzie "A pamiętasz, jak braliśmy ślub? Miałaś wtedy białą suknię. – No jasne, że pamiętam, przecież braliśmy ślub. Byłam tam".

 

1. Bohaterowie przywołują sytuacje, które nie powinny pojawiać się w dialogach. Ja wiem, że mam u ciebie dług i ty powołujesz się na ten dług. Nie tłumaczysz całej historii długu. To wygląda bardzo sztucznie i niewiarygodnie.

 

2. Przywołują sytuacje, które może i były emocjonujące, ciekawe, ale czytelnik dostaje tylko syntetyczne streszczenie. To czemu nie dostaje streszczenia całej powieści? Bo to byłoby streszczenie. Takie rozwiązanie, poza tym, że jest niewiarygodne, jest też tandetne. Wali mnie to, od kogo Znajomy nauczył się "sztuczek". Wali mnie to, że od słynnego skrytobójcy, bo nie znam tego skrytobójcy. Równie dobrze mógłby się nauczyć z książki. Wywołałoby to u mnie identyczną reakcję.

 

Sam protagonista jest szlachcicem. Mówi jak szlachcic i zachowuje się jak szlachcic... w wyobrażeniu internetowej gimbazy. I wszyscy mu wierzą na słowo, ustępują z drogi, bo... bo to szlachcic. Tadaaa! Nawet nie papież, tylko zubożały szlachcic bez ziemi. Taki sienkiewiczowski Rzędzian.

 

Drugoplanowych i epizodycznych postaci jest multum. Nie tyle, co w GoT, ale też można się pogubić. Dzielą się na trzy kategorie: mistrzowie w swojej dziedzinie, ofiary potrzebujące opieki i pomocy oraz ci źli, na których protagonista musi się zemścić. Czasami z tej drugiej kategorii trafiają do pierwszej absolutnie bez swojej zasługi (np. poprzez transfer wiedzy w trakcie nawiedzenia przez ducha). Protagonista (oczywiście) jest lepszy w każdej specjalizacji każdego z napotykanych bohaterów.

 

Motywacje postaci pobocznych są równie zagmatwane i nielogiczne jak Aedrina. Otrutego na uczcie głównego bohatera przyjaciel przynosi do wynajętego pokoju i tak bardzo jest wzburzony, zdenerwowany i smutny, że... zasypia.

 

Na szczęście rano protagonista budzi się. Czuje, że jest gorzej niż poprzedniego wieczora (kiedy był nieprzytomny!), i czarami sam się odtruwa.

 

Pierdzielnik w opisanych wyżej elementach potęguje

 

STYL I KOMPOZYCJA

 

Napisanie utworu to może 1/4 pracy. Wcześniej trzeba zebrać materiały, bo nawet fantastyka musi być wiarygodna, a po napisaniu tekst trzeba zredagować i to porządnie zredagować, a potem odnieść się do uwag redaktora. Czasami powoduje to konieczność napisania od nowa znacznych partii książki. Wątpicie w deklaracje autorów, że nie czytają swoich utworów w druku? To uwierzcie. Po sztafecie między autorem i redaktorem, po przemaglowaniu każdego akapitu, każdej sceny i każdego opisu nie można już patrzeć na to wypieszczone dziecię.

 

Rezygnacja z porządnej (krytycznej i czepialskiej) redakcji naraża autora na śmieszność i tutaj jest śmiesznie. Przeszły błędy merytoryczne, razi niespójność czasu, rażą opisy pojedynków (a może bardziej śmieszą niż rażą?), redundantne sceny, np. gdy protagonista żegna się przez kilka stron z różnymi postaciami. Zawsze tak samo, zawsze tymi samym słowy: wyjeżdżam, może się kiedyś zobaczymy, mam swoje sprawy, powodzenia. Przy kolejnej okazji: wyjeżdżam itd. Przy trzeciej i szóstej tak samo. Aż ciśnie się na język szekspirowskie "brevity is the soul of wit", co znaczy STRESZCZAJ SIĘ!

 

Tak. „Dziedzice krwi” to gniot. Strasznie niedopracowany gniot, który może robić za encyklopedię grzechów pisarskich wieku niemowlęcego. Najgorsze jest to, że nawet porządnie zredagowana, poddana korekcie, zmieniona, poprawiona, odchudzona o kilkadziesiąt stron byłaby to historia nadal najwyżej przeciętna. Tu nie ma nic nowego. To już wszystko było. Właśnie dlatego fantasy jest obecnie tak trudnym gatunkiem – wszystko już było!

 

No dobra. Ale są też

 

ZALETY

 

Gdyby Autor nie rokował, nie poświęcałbym tyle miejsca na recenzowanie „Dziedziców...”. Powieść ma swoje zalety i choć zasadniczo jest niespójna, nielogiczna i miejscami po prostu głupia, to nie wolno ich nie docenić.

 

Postaci nie są płaskie. Mają swoje manieryzmy, swoje tło, są wpisane (lepiej lub gorzej) w otoczenie i chociaż wyskakują w dziwnych momentach, które często trudno uzasadnić, to różnią się od siebie.

 

Tym samym dialogi nie (wszystkie) są drewniane, a już sceny humorystyczne są po prostu śmieszne. Dominuje humor prosty, żołnierski, ale pasuje on do bohaterów i ich stereotypowej rasowej podbudowy. Takie zabawne przerywniki też są niezłą umiejętnością.

 

PODSUMOWANIE

 

Trochę współczuję Autorowi falstartu. Historia Aedrina nie powinna była się pojawić w druku, nie powinna być powieścią. To "młodzieńczy" utwór, którego miejsce jest w szufladzie jako punkt odniesienia. Autor co rok powinien zaglądać do pliku i cieszyć się postępami prac nad warsztatem, a raczej śmiać się ze swoich wczesnych prób. Co rok z większym sentymentem i większym zażenowaniem. To, że utwór nie pojawił się w wydawnictwie, a w drukarni, która wypuści wszystko, za co jej zapłacą, powinno już być pewną wskazówką: to się nie nadaje.

 

Bo się nie nadaje.

 

Mateusz Sękowski, Dziedzice krwi

Wydawnictwo Novae Res, 2013

Komentarze

Hm, cóż. Twoja recenzja utwierdziła mnie w przekonaniu, że lepiej później niż za wcześnie. :)

Mee!

Lepiej, lepiej :)

 

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Ale pieprznik! :-) Ale, mimo wszystko, czuć zyczliwosc, szorstką bo szorstką, recenzenta.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jakieś cztery lata temu natknąłem się na książkę, której nie dało się czytać. Sprawdziłem wydawnictwo (jeszcze sam nic nie pisałem ambitniejszego od maili...) i dowiedziałem się, co to takiego selfpub.

Poczułem się oszukany :) Nawet przy książkach trzeba uważać.

I takie cudeńka jak Novae Res omijam szerokim łukiem.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Super recenzja :)

http://www.wakacyjnydom.pl

Wiem, że obecny wygląd strony może wprowadzić w błąd, ale recenzje książek powinny wylądować w innym miejscu → książki → recenzje. I powinny być przypisane do książki w bazie (jeżeli nie ma, należy dodać).

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Nowa Fantastyka