- publicystyka: Kolejna recenzja "Pustkowia Smauga"

publicystyka:

Kolejna recenzja "Pustkowia Smauga"

Tylko na tym portalu pojawiło się kilka recenzji „Pustkowia Smauga”, a od czasu premiery filmu upłynęło już tyle czasu, że prawdopodobnie każdy mój czytelnik będzie po seansie, jednak żadna z tych rzeczy nie przeszkadza mi w tym, by dodać swoje trzy grosze : )

 

 

Przed seansem „Niezwykłej podróży” byłem z jednej strony pełen oczekiwań podsycanych wspomnieniem „Władcy Pierścieni”, a z drugiej zdystansowany ze względu na informację o podzieleniu Hobbita na trzy filmy. Skończyło się niestety na drobnym rozczarowaniu.

W tym roku moim punktem odniesienia była przede wszystkim pierwsza część przygód Bilba i reszty, a więc poprzeczka nie została zawieszona wysoko i na szczęście udało się ją przeskoczyć. Szkopuł w tym, że mogło być o wiele lepiej, ale po kolei.

Film zaczyna się klasycznie, bo w karczmie, od krótkiej sceny wyjaśniającej nam genezę wyprawy, to znaczy od rozmowy Thorina z podpuszczającym go Gandalfem. Jako że konwersacja odbywa się przy piwie, oczywiście cała sprawa kończy się na stwierdzeniu „Ja? Nie zrobię? No to patrz!”. No dobrze, może trochę zmyślam, ale sens jest ten sam. Bogatsi o wiedzę płynącą z tego niezbędnego wstępu zostajemy wrzuceni w wir akcji. Orły dały ciała w pierwszej części i podrzuciły naszych bohaterów za wysoko, przez co biedaczyska schodzili tak długo, że orkowie zdołali ich dogonić. A to oczywiście tylko początek kłopotów kompanii – pająki, ksenofobiczne elfy, odmłodzony Orlando Bloom – przyznacie sami, że wiele strasznych rzeczy czeka biednych krasnoludów i ich włamywacza. Czego odmówić „Pustowiu Smauga” nie można, to tego, że rzeczywiście cały czas coś się dzieje, a momenty na złapanie oddechu nie dłużą się, doskonale miarkując tempo. Przy tej długości produkcji utrzymanie odpowiednich proporcji tak, by nie zanudzić ani nie zamęczyć widowni to nie lada wyzwanie, a Jacksonowi owa sztuka się udała. Prawie.

Oczywiście na sceny akcji trzeba spojrzeć z odpowiednim nastawieniem, lekko mrużąc oko, a może nawet oba. Podobnie jak w poprzedniej części, walki i akrobacje to często sploty nieprawdopodobnie szczęśliwych wypadków, niewiarygodnych i przekraczających granice rozsądku. Właśnie tym zresztą filmy na podstawie „Hobbita” różnią się najbardziej od ekranizacji „Władcy Pierścieni” – wydarzenia są przestawione z nastawieniem na rozśmieszenie widza i zapewnienie mu czystej, nieco bezrefleksyjnej rozrywki. Brak tu epickiego rozmachu czy głębszych treści. I w tym akurat nic złego, jednak nieco bardziej krytycznie należy ocenić tak dziwne sytuacje jak to, że znani z robienia hałasu orkowie okazują się w tym filmie zmyślnymi skrytobójcami, zdolnymi podkraść się niezauważalnie do elfów, o ludziach nie wspominając. Takie rzeczy są zwyczajnymi błędami fabularnymi.

Wyjątkiem od wszechobecnej lekkości są wydarzenia wykraczające poza oryginalną historię „Hobbita”, czyli wędrówka Gandalfa, niechybnie przybliżająca go do konfrontacji z siłami Czarnoksiężnika. Tu klimat zmienia się, a atmosfera staje się cięższa, po prostu mroczniejsza. W dodatku możemy na własne oczy przekonać się, że czarodziej potrafi coś więcej niż puszczanie fajerwerków i świecenie. Ja, widząc to, byłem zdumiony. A scena kulminacyjna tego wątku – odpowiednio efekciarska – niezwykle przypadła mi do gustu.

Zostawmy jednak w tym miejscu Gandalfa i wróćmy do naszej kompanii. Wspomniane przeze mnie wcześniej zalety filmu pryskają wraz z dotarciem do finału. Długiego i nużącego finału. Tym, na co większość widzów niecierpliwie czekała, było spotkanie ze Smaugiem. I dopóki w jego skarbcu siedzi sam Bilbo, możemy czuć się usatysfakcjonowani. Dobre wrażenie szybko jednak znika, gdyż krasnoludy postanawiają się wtrącić. Od tej pory przebiegły, zwinny, potężny smok jest robiony w konia przez dziewięciu pokurczów, którzy postanawiają dostarczyć sobie jak i jemu dawkę wieczornego joggingu, skakania i dyndania na linach. Brak muzyki z Benny Hilla uważam za poważne niedopatrzenie twórców. Jakby tego było mało, w przerwach od ganianki dostajemy przesłodkie zwieńczenie zupełnie zbędnego i przyprawiającego o nudności międzyrasowego wątku miłosnego. Wydaje mi się, że internetowy mem pod tytułem „i tak to lepsza historia miłosna od Zmierzchu” wreszcie dotarł do miejsca, gdzie użyty być nie może.

To naprawdę przykre – wspomniane dwa mankamenty skutecznie zacierają naprawdę dobre wrażenie, jakie przez dwie trzecie seansu wywołuje film. I nawet przemawiający głosem serialowego Sherlocka Holmesa Smaug swoją ostatnią, przyprawiającą o gęsią skórkę kwestią nie jest w stanie tego uratować.

Komentarze

O tym: odobnie jak w poprzedniej części, walki i akrobacje to często sploty nieprawdopodobnie szczęśliwych wypadków, niewiarygodnych i przekraczających granice rozsądku Wspomniane przeze mnie wcześniej zalety filmu pryskają wraz z dotarciem do finału. Długiego i nużącego finału. I o tym:  Jakby tego było mało, w przerwach od ganianki dostajemy przesłodkie zwieńczenie zupełnie zbędnego i przyprawiającego o nudności międzyrasowego wątku miłosnego. Mówił mi brat, który był niedawno w kinie na Hobbicie. Przypuszczałam, że umieszczenie baby w filmie będzie błędem, ale myślałam przynajmniej, że Jackson postara się to jakoś ograć. Nie miałam czasu, żeby wybrać się do kina, ale niedługo nadrobię zaległość i sprawdzę, czy macie rację, aczkolwiek pewnie tak, bo już od paru osób słyszałam podobne opinie.  Cóż, podzielenie książki, która ma blisko 350 stron, na trylogię filmową, to jak strzał w stopę. Dzielić to można było WP. No ale mamona jest mamona. Mimo że Hobbit to lekka lekturka, bajkowa, to i taką można łatwo skopać. Szkoda by było. 

Lekka, przyjemna i zabawna jest to recenzja. I zgadzam się z nią bardzo bardzo. :)

odmłodzony Orlando Bloom

Zaraz zaraz! Według bardzo pewnego, lokalnego źródła informacji, Bloom chyba grał tego tam, no, co dzieciom kłamie, że wszystko będzie dobrze (jakby nie mógł córce prosto z mostu: Nie bój nic skarbuś, zginiemy przynajmniej w męczarniach) przemytnika. A Legolasa grał tylko i wyłącznie Legolas! :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Co do recenzji w jednym miejscu muszę Cię poprawić, było 7 krasnoludów plus hobbit nie 13. Przypominam, że 4 zostało w mieście.  A teraz do rzeczy… Moim skromnym zdaniem pierwszą część oglądało się przyjemniej niż "pustkowie" chociażby dlatego, że nie musiałem oglądać scen z Legolasem i Tauriel…nie przypadli mi do gustu. Jak powiedział kiedyś NC w WP elfy były zbyt idealne…a tutaj są jeszcze lepsze. W ogóle nie przekonuje mnie motyw 2 elfów z łatwością radzących sobie z małą armią orków. Te ich akrobacje może i efektowne, ale raczej wzbudzajace uśmiech politowania, gdyż naprawde ciężko uzyskać inną rekację na widok ich dokładnej choreografii i nienaturalnych wykrętów. Ot takie terminatory Śródziemia. Prawdę mówiąc w ogóle elfy w Hobbicie mi się nie podobają, są takie moim zdaniem zbyt <nie chcę  nikogo tutaj obrazić> gejowe strasznie. Zachowanie Tharundila, tak miał na imię ojciec Legolasa? Nie ważne, ale smiać mi się chcialo na widok jego gry ;)  A co do samego Legolasa dla mnie wyglądał jak Joffrey z GoT. Chcieli go odmłodzić? Wyszło komicznie i sztucznie. Lekki niesmak prawdę mówiac odczuam,bo wyglądał o wiele gorzej niż w WP. Tauriel…no cóż była po to żeby być. Kobietki musiały mieć swoją postać, żeby móc się z kimś utożsamiać.  Fabuła – zgadzam się dużo akcji, aż za dużo troszkę. I tak naprawdę w sumie nic się tam nie działo. Krasnoludy biegną, krasnoludy czekają, krasnoludy jadą na koniach, krasnoludy idą, krasnoludy czekają, krasnoludy walczą. Trochę monotonnne to, ale coż taka ksiażka. A co do książki…3 filmy stanowczo za dużo. Wg mnie wystarczyłoby ograniczyć się do samego Hobbita i ewentualnie wątek z gandalfem, elfy wywalić i było by ok.  Smok i jego głos to napewno plus. WIELKI PLUS. Bilbo kolejny plus. Nie wiem dlaczego, ale szczególnie podobało mi się jak chciał wywinąć się od smoka i w pewnym momencie całkowicie spokojnie jak gdyby nigdy nic kucnął chcąc przeczekać – uwielbiam tą scene ;)  Efekty napewno na plus..niestety oglądalem w 2d więc nie mogłem się cieszyć w 100 % z nich.  Muzyka w sumie słabsza niż w poprzedniej części. Nic raczej na dłużej nie zapamiętałem. Może poza piosenką końcową, która w ogóle mi nie pasowała do klimatu filmu.  Chyba to wszystko co chcialem napisac…ogolnie uważam, że pustkowia są słabsze od poprzednika ;) A recenzja calkiem ok ;) 

Kurcze, a ja w filmie zupełnie inaczej odebrałam scenę Smaug-krasnoludy, raczej na zasadzie że krasnoludom wydaje się, że zwodzą smoka, a w rzeczywistości doprowadzają do jego "uwolnienia" – i jest to ich winą, jak prorokował Bard, a nie smoka. Smaug nie dałby się tak po prostu zwodzić, to on wygrał w tej bitwie i racje są poniekąd po jego stronie.

Przecież Smaug mógłby się "uwolnić" kiedy tylko miał na to ochotę.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Dlatego użyłam cudzysłowu :P Chodzi o takie bardziej symboliczne uwolnienie – do głosu doszła chciwość Thorina, który mógł po prostu wziąć nogi za pas i ratować przyjaciół, ale nie. Postawił na szali życie wszystkich, żeby odzyskać swoje skarby i doprowadził przez to do masakry. Smaug doskonale wie, że krasnoludy nie mogą mu nic zrobić, ale bawi się z nimi, prowokuje je coraz bardziej – aż do wybuchu. Ale jak widać tylko ja to tak odebrałam, bo to już kolejna recenzja narzekająca na naiwność Smauga, więc pewnie nadinterpretuję :P

Zabawna recenzja i lekka, Berylu :)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Czy ktoś zauważył Petera Jacksona w Hobbicie? :) Bo tak naprawdę to on jest pierwszą osobą pojawiającą się w filmie ;)     

Ja :-P

@Almari – a więc są jeszcze osoby, które nie były na Pustkowiu! No właśnie, niektórzy bronią decyzji o zrobieniu z Hobbita trylogii, ale dla mnie to niezrozumiałe. Wydawało mi się, że decydującym w tym wszystkim będzie motyw z Sauronem, ale nie, tego z dodanych elementów jest najmniej. Mamy za to dłużyzny w pierwszej części, i fatalny wątek miłosny oraz półgodzinna zabawa w chowanego ze Smaugiem.

 

@ Alicjo, Koik – miało być lekko i zabawnie – dobrze, że się udało i nie wyszło lekko i głupio. Alicjo, cieszy mnie, że się zgadzamy ; ) @Idaho – no cóż, elfy już takie – przy następnym słowie co wrażliwsi zatykają uszy i zamykają oczy – pedalskie, są. Moim zdaniem rola króla elfów została zagrana świetnie, bardzo mi się podobała ; ) @Prokris – tak? Ja przegapiłem ; /

 

 

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

dołączę się do Alicji i koika i też przyznam, że bardzo zabawna recenzja (ta muzyczka z Benny Hilla…)  i zgodzę się z Idaho, który docenił postać Bilba. zwróciliście uwagę, jak mało go jest w filmie pomimo dobrej gry aktorskiej?  co do pedalstwa elfów: mam swoją teorię. Tauriel złamie Legolasowi serce i biedny elf przerzuci się z pobratymców na krasnoludy, co po latach zwieńczy się "przyjaźnią" z Gimlim. mówię wam. coś w tym jest. 

Berylu, nie martw się, ja też :D Niemniej, Jackson osobiście wybrał się na plan filmowy, żeby zaprosić widzów na zabawę. Niczym Tarantino ;)

Othersun – też odniosłem wrażenie, że w "Pustkowiu" cała uwaga została skupiona na krasnoludach. Z drugiej strony, jakby się nad tym zastanowić, to do Bilba należą kluczowe sceny :) Chodzi zapewne o to, że w pierwszej części psychologicznie bardziej siedzieliśmy u hobbita – zdobycie się na podróż, pokonywanie własnych słabości, potrzeba udowodnienia swojej przydatności, nabranie odwagi – a w drugiej skupiamy się na krasnoludach – Thorin i jego motywacja, zapalczywość, Kili i jego… no, to pomińmy ; )

 

Ciekawe co Legolas z Gimlim mieliby do powiedzenia o Twojej teorii :)

 

Prokris – jak ostatnio widziałem Tarantino, to dynamit urywał mu tyłek, więc może nie do końca niczym on ; )

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Legolas i Gimli po Wojnie o Pierścień ponoć ruszyli w świat, by zobaczyć piękne miejsca i zwalczać resztki zła. Gdyby mnie znaleźli, pewnie odpowiedzieliby na moją dyskryminację strzałami i toporem.

@beryl "no cóż, elfy już takie – przy następnym słowie co wrażliwsi zatykają uszy i zamykają oczy – pedalskie, są. Moim zdaniem rola króla elfów została zagrana świetnie, bardzo mi się podobała ; ) "

Ok, może nie była źle zagrana…ale weź np pod uwage grę Michaela Sheena, ktory grał tego głównego dowódcę wampirów w Zmierzchu (tak, tak wsyd się przyznać ale niesetety ogladałem;( ). Grał on na podobnej zasadzie jak tutaj król elfów, ale z tym że jego postać była odgrywana hmm..możnaby rzec bardziej w komediowy sposób, jak gdyby aktor nie starał się na siłę pokazać tego, jakim groźnym jego postać jest przeciwnikiem wiedząc, że nikt nie potraktuje świecącego wampirka na poważnie. Tutaj wg mnie zbyt poważnie aktor zagrał tego elfa, ale ok taki był zamiar,  tak elfy może mają się zachowywać i wyglądac.      A co do samych krasnoludów jakby nie patrzeć jest to historia o nich więc nie ma czemu się dziwić. Bilbo jest tam tylko dodatkiem. Tak przynajmneij mi się wydaje ;) 

Biblio dodatkiem? to czemu tytuł nie brzmi "13 krasnoludów"? 

@othersum Zauważ, że historia zaczyna się na poznaniu Bilba, on też odgrywa ważną rolę w planie krasnoludów, ale tak naprawdę historia kręci się wokół Thorina i tego jak chce odzyskać to co mu się należy. Od początku do końca najważniesjzym elementem są tutaj krasnoludy. 

Jeszcze jedno, wiem że wikipedia nie jest najlepszym  źródłem informacji, no ale najszybszym: "Hobbit, czyli tam i z powrotem (ang. The Hobbit or There and Back Again) − powieść autorstwa J.R.R. Tolkiena, wydana w 1937 roku[1]. Opowiada o wyprawie podjętej przez kompanię Thorina do okupowanej przez smoka Smauga Samotnej Góry w celu zabicia go i odzyskania dawnej siedziby krasnoludów. Po drodze, w jaskini Golluma, Bilbo Baggins znajduje Jedyny Pierścień."

Bohaterem Hobbita był i jest Bilbo, nie żaden Thorin, ani reszgta krasnoludów. Bilbo to nie dodatek, ale główna postać tej historii, jeśli ktoś twierdzi inaczej, polecam przeczytać książkę ;)

"I needed to believe in something"

Po prostu Jackson bawi się akcentami, czasem znacznie bardziej skupiając się na krasnoludach niż głownej postaci. W przypadku filmu i do tego trylogi jest to jak najbardziej zrozumiałe. Ale Bilbo tak czy siak rządzi. wybór aktora przez Jacksona był po prostu strzałem w dziesiątkę. 

"I needed to believe in something"

Ja powiem tak – to, że jakiś koleś tworząc artykuł na wikipedii tak sobie sformułował zdanie, to żaden argument w dyskusji pt. o kim jest książka. Nie mówiąc o tym, że dosyć mało gramatycznie te zdania buduje, jak widać :)

 

Książka jest głównie o Biblbie i nie bez przyczyny nazywa się "Hobbit". W filmie, mimo tego, co może się wydawać, jest podobnie.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Po pierwsze: recenzja jest sprawnie napisana i dobrze się dzieje, że starasz się swoje zastrzeżenia i krytyczne uwagi jakoś uargumentować. Po drugie: w kwestii samych zastrzeżeń, podzielę się moimi przemyśleniami. Nie po to, żeby negować Twoje uwagi, ale żeby pokazać inne spojrzenie na pewne kwestie. 1. Sceny akcji nastawione na rozśmieszenie widza – film grający na tej samej emocjonalnej nucie może być męczący (taki dla mnie był "Człowiek ze stali", który praktycznie non stop był sieriozny i pełen patosu). Lżejsze sceny są konieczne, żeby te cięższe mocniej do nas trafiły. Dodatkowo trzeba brać poprawkę na to, że film jest adresowany także do dzieci, a one odbierają takie sceny inaczej niż dorośli. 2. Skradające się orki – to niekoniecznie jest błąd. Owszem, orki są kojarzone z hałaśliwymi i tępymi bydlętami, ale sensowniej widzieć w nich przede wszystkim rasę stworzoną do efektywnego prowadzenia wojny. A w wojnie potrzebna jest także drapieżnicza przebiegłość i zwinność. 3. Przesłodkie zwieńczenie międzyrasowego wątku miłosnego – jestem na 99% pewny, że w trzecim filmie zobaczymy bardzo tragiczne zwieńczenie tego wątku (pisałem już o tym w innych miejscach).

Z opóźnieniem, ale odpisuję ; ) Dzięki za komentarz, Jerzy.

 

Widzisz, chciałem Cię tu ściągnąć specjalnie, żeby odnieść się do punktu 3. Nawet jeżeli założymy, że to rzeczywiście będzie tragiczne zwieńczenie wątku miłosnego, to trzeba zadać sobie pytanie: po co to komu? Zacznijmy od tego, że trzecia część wejdzie do kin za rok. A my na długim seansie Pustkowia Smauga musieliśmy znosić beznadziejnie skonstruowany wątek romantyczny – czy to, że potencjalnie za rok wyniknie z tego coś sensownego cokolwiek tu zmienia? Moim zdaniem nie, odbiór filmu jest, jaki jest.

Inna sprawa, czy rzeczywiście owa domniemana tragedia miłosna przysłuży się trylogii? Ocenimy dopiero za rok, ale na dzisiaj wygląda to tak, że romans elfki z krasnoludem psuje dobry film.

I słówko o orkach – cóż, ja rozumiem je tak, jak zostały mi przedstawione chociażby we Władcy Pierścieni czy pierwszej części Hobbita – a próżno było szukać tam rzeczy wskazujących na to, by byli cichymi zabójcami. Z drugiej strony, wszyscy wiemy jak wyczulone zmysły mają elfy i widać to było też w "Pustkowiu".

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

UWAGA SPOILER! Inna sprawa, czy rzeczywiście owa domniemana tragedia miłosna przysłuży się trylogii? Ocenimy dopiero za rok, ale na dzisiaj wygląda to tak, że romans elfki z krasnoludem psuje dobry film. Mogę sobie wyobrazić, jaki problem z krasnoludami musiał mieć Jackson gdy pracował nad "Hobbitem". Trzynastu niemal równorzędnych bohaterów, którzy w książkowym pierwowzorze w większości są zaledwie zdawkowo naszkicowani, a tutaj trzeba ich odróżnić od siebie, nadać im charakter i sprawić, że widz będzie się przejmować ich losami. Najprostszy zabieg w filmach jest taki, że grupa bohaterów na starcie jest sporo liczniejsza niż na końcu, a po drodze część ginie – ich śmierć popycha akcję do przodu i jednocześnie sprawia, że zaczynamy poważnie traktować zagrożenia czyhające na pozostałych. Jak to jednak zrobić, skoro musisz doprowadzić komplet do Bitwy Pięciu Armii? Wybierasz krasnoluda, który ma zginąć i budujesz wokół niego taki wątek, żeby jego śmierć była szczególnie dotkliwą stratą. Najskuteczniejszy jest w tym przypadku wątek miłosny. Gdy w dodatku uczucie rozwija się z przeszkodami (miłość międzyrasowa, trójkąt uczuciowy), widz zaczyna się mocniej angażować w bieg wydarzeń, kibicować zakochanym. Tutaj dodatkowo Jackson piecze kilka pieczeni na jednym ogniu, bo przy okazji pogłębia postać Legolasa, dając mu udziałem (uzasadnionym zresztą) w wydarzeniach z "Hobbita" punkt wyjścia do jego postawy we "Władcy Pierścieni" i uzupełnia niedobór silnych kobiecych postaci, z którymi mogłyby się identyfikować dziewczęta oglądające film. A jeszcze co do orków – "Orcs were once elves…". ;)

Nowa Fantastyka