- publicystyka: Jak pożreć konkurencję - o drodze zombie do czołówki letniego box-office

publicystyka:

artykuły

Jak pożreć konkurencję - o drodze zombie do czołówki letniego box-office

Tego upalnego lata, dwa tysiące trzynastego roku, żywe trupy wreszcie dokonały wyczynu, na który miały apetyt od lat. Znalazły się w hollywoodzkim blockbusterze i zawędrowały do pierwszej piątki amerykańskiego, letniego box-office. "World War Z" , obraz w który wtopiono miliony dolarów i wielokrotnie przerabiano scenariusz, ostatecznie okazał się kasowym sukcesem . George A. Romero, duchowy ojciec chrzestny zombiaków, powinien być z tego faktu prawdziwie dumny. Czy naprawdę jest, być może ktoś odważy się go o to zapytać…

 

Jak do tego doszło?

 

Dekadę temu, w 2003 roku w USA ukazały się dwa dzieła przełomowe dla gatunku. Max Brooks opublikował "Zombie survival" – poradnik przetrwania w świecie opanowanym przez zombie. Kilka lat temu w Polsce ukazało się pierwsze wydanie książki (wznowienie niebawem) i przyznam, że wówczas dałem się nabrać. Brooks jest synem znanego reżysera komedii, Mela Brooksa i z góry założyłem, że poradnik musi mieć prześmiewczy charakter. Kartkując książkę można było odnieść takie wrażenie. Rozdziały w rodzaju "Uzbrojenie i techniki zwalczania" wywoływały na twarzy niekontrolowany uśmiech. Jednakże, książka była rzeczywistym, pisanym ze śmiertelnie poważnym zacięciem poradnikiem przetrwania. Jako całość, jest to rzecz jasna wielkie mrugnięcie okiem do czytelnika, ale strona merytoryczna jest nie do podważenia. To rzetelny zombie survival, który w razie urzeczywistnionej zombie apokalipsy, spełniłby bez wątpienia swoją funkcję. Każdy autor – książki, gry, filmu, szykujący się do tego tematu, znajdzie w "Zombie survivalu" nieograniczone źródło pomocy i inspiracji.

 

Drugie dzieło – można je szczerze nazwać kluczowym, to "The Walking Dead"– komiksowa odyseja Ricka Grimesa, jego syna i ginących po kolei towarzyszy ich wędrówki w świecie opanowanym przez zombie. Już od dziesięciu lat ( w Polsce od 2005 roku, wydawca miał nosa do tego tytułu) możemy przeżywać niezwykłe wydarzenia z tego czarno– białego, ponurego komiksu. W międzyczasie powstał szalenie popularny serial który, tak jak w przypadku filmowej "Gry o tron", wyniósł na szczyty popularności swój pierwowzór. Pojawiły się gry inspirowane komiksem, jedna z nich zwyciężyła nawet w wielu rankingach na najlepszą grę 2012 roku. Zombie znalazły się w centrum uwagi, a producenci filmowi zwęszyli jeszcze większe pieniądze. I ostatecznie doszło do powstania tegorocznego blockbustera z Bradem Pittem w roli głównej – "World War Z", którego znikające plecy w wyścigu o miliony dolarów wpływów ze sprzedaży biletów (USA -200 mln, reszta świata -300 mln) , z zazdrością obserwują twórcy m.in. "Pacific Rim", czy "Wolverine".

 

A może najpierw o książce?

 

Film jest dość swobodną ekranizacją książki Maxa Brooksa pod tym samym tytułem. Można powiedzieć, że "Zombie survivalem" autor przygotował fundamenty pod swoje opus magnum. Fundamenty wyjątkowo solidne, bowiem "World War Z" to dzieło kompletne. Brooks, pisząc pierwszą książkę nakreślił szeroki plan działania, na bazie którego mógł wziąć się za naprawdę poważną rzecz. "World War Z" to zapisy rozmów głównego bohatera z ludźmi, którzy przeżyli światową wojnę z zombie. I znowu mamy śmiertelną powagę, choć znajdują się w książce lżejsze, dające wytchnienie fragmenty. Narrator jest śledczym komisji raportu powojennego ONZ. Przygotowując ów raport, podróżował w różnorodne zakątki Ziemi. Materiał jaki zebrał, według przewodniczącej komisji, zawierał zbyt wiele "czynnika ludzkiego" , zamiast suchych, przydatnych faktów i statystyk. Aby nie dać "umrzeć tym historiom", które wydają się być najważniejsze, śledczy publikuje sprawozdania z wojny w formie książki. Chronologia rozmów obejmuje czas od genezy, do zakończenia wojny. "Czynnik ludzki" jest ich tematem przewodnim.

 

Czynnik ludzki – dlaczego najważniejszy?

 

Wojna totalna w książce Brooksa, to w moim przekonaniu najlepiej opisane militarne wydarzenie w literaturze fantastycznej. Inaczej jest w "The Walking dead". Prawdziwej wojny tam nie widać, ludzie są rozproszeni na małe grupki, a czynnik ludzki w obu dziełach dotyczy czegoś innego. "World War Z" to powieść o upadku i odrodzeniu. "The Walking Dead" jak na razie wygląda na opowieść o samym upadku. W wymienionych dziełach (dołożyłbym do tej puli rewelacyjny "Feed" Miry Grant) zombie, wojna, apokalipsa są rzecz jasna tłem dla opowieści o ludziach. I zadziwia fakt, jak te opowieści są różne i jednocześnie prawdziwe.

 

W "Żywych trupach" mamy kolejne etapy ludzkiego zezwierzęcenia. Bohaterowie z konieczności zamieniają się w bestie, które bezwzględnie chronią siebie tak przed zombie jak i przed i innymi grupami ludzi, bądź sami zagarniają siłą bezpieczne tereny. Główny bohater, Rick Grimes, wciąż balansuje na cienkiej granicy człowieczeństwa, jakby wspomnienie dawnego świata nie pozwalało mu przekroczyć jej ostatecznie. Inaczej ma się sprawa z jego młodym synem. Dorastając w świecie bez zasad, wyraźnie lepiej się do niego przystosowuje. Aż boję się pomyśleć co zdarzy się, w dalekiej zapewne przyszłości w finale komiksu.

 

W "World War Z" więcej jest wiary w człowieka. Owszem, jest źle, widzimy często festiwal głupot w wykonaniu homo sapiens, ale też wielu rozmówców śledczego opowiada o wspólnym organizowaniu obrony w tych przerażających okolicznościach. Duże wrażenie robi "japońska" opowieść o ślepcu z Hiroszimy, który znajduje sens życia w czasie apokalipsy. A największe – rozmowa o "planie Redekera", bezlitosnym dla części populacji, acz skutecznym w swoich wytycznych opracowaniu, które pozwoliło ocalić ludzkość. "World War Z" to także opowieść o porażce współczesnej cywilizacji, nieprzystosowanej mentalnie oraz fizycznie (!) do radzenia sobie z przeciwieństwami losu (patrz rozdział o zapotrzebowaniach na niezbędne zawody podczas formowania ludzkiego kontrataku). W efekcie, oba dzieła o zombie unaoczniają, jak wiele możliwości w pokazaniu postaw ludzkich może wspomóc odpowiednio zarysowane, fabularne tło. Do tej dwójki dopiszę jeszcze, wspomnianą wcześniej książkę "Feed: Przegląd końca świata" – opowieść o młodych bloggerach biorących udział w kampanii prezydenckiej w czasie zminimalizowanej, acz wciąż trwającej zombie apokalipsy. Widzimy tam, że nawet w czasie straszliwym dla ludzkości są tacy, którzy nadal będą uprawiać nieszanujące przedstawicieli własnego gatunku gry polityczne.

 

"World War Z" – co w końcu z tym filmem?

 

A co z owego tła i czynnika ludzkiego pozostało w samym filmie "World War Z"? Słyszałem opinie tych, którzy nie czytali książki. Dla nich ów blockbuster to porządna i dająca do myślenia rozrywka. Może cieszyć fakt, że chociaż to pozostało w filmie z książki Maxa Brooksa. Dla tych jednak, którzy czytali książkę i potem obejrzeli film – owo dzieło wydaje się względem literackiego pierwowzoru niemal obrazoburcze. Powiem tylko o sprawach najprostszych. Przede wszystkim zombie w filmie gnają niczym Usain Bolt, a co gorsza nie zjadają ludzkiego mięsa! Owszem, biegające zombie są naprawdę straszne (n.p. w grze "Half Life 2) , ale patent wykorzystał już Zack Synder w remake'u "Świtu żywych trupów" i w "World War Z" nie robi to już tak dużego wrażenia. Co więcej, jak przystało na kino w zasadzie z zabarwieniem familijnym (!), w zasadzie nie widzimy krwi, ani ugryzień. Efekt grozy został głównie osiągnięty przez doskonały montaż scen z atakującymi zombie. Tymczasem Brooks w książce pokazał, jak niezwykle skuteczna jest armia snujących się ospale umarlaków i przy tym jak bezradne jest wobec tej nawałnicy, wyposażone w najnowocześniejszą broń wojsko. Po książce Brooksa z pewnym politowaniem patrzę na bohaterów rozwalających raz za razem celnymi strzałami głowy zombiaków w "The Walking Dead". W realu, którego wersję proponuje Brooks (a także Mira Grant w "Feed") , sprawy miałyby się zupełnie inaczej. Chaos, PTSD (zespół stresu pourazowego) , czyli po prostu ludzki rozum i uczucia, nie są dobrymi sprzymierzeńcami w walce z umarlakami…

 

W filmie, bohater o twarzy Brada Pitta też porusza się po różnych zakątkach świata, szukając genezy zarazy, jednak robi to w trakcie, a nie jak narrator z książki, po wojnie. Na seansie zahaczamy między innymi o Koreę Południową, gdzie słyszymy przynajmniej jedyny raz dorównującą wersji z książki opowieść – mowa w niej o wyrwaniu wszystkim obywatelom Korei Północnej zębów (jest to aby technicznie możliwe?) w celu uniknięcia zarazy. Czy postać grana przez Pitta zidentyfikuje źródło, bądź znajdzie antidotum na rozprzestrzeniający się wirus– niech sprawdzą potencjalni widzowie. W książce Brooksa oczywiście wszystko wygląda inaczej. Nie doświadczymy na szczęście rozwiązań w rodzaju deux ex machina (w filmie też nie, główny bohater ma bowiem wyjątkowe zdolności dedukcyjno– obserwacyjne), tylko pieśń pochwalną na temat ludzkiej pomysłowości, zaradności , odwagi, poświęcenia i zdolności przetrwania. W przeciwieństwie do "The Walking Dead" , to zarówno w przypadku książki i filmu, satysfakcjonujące przesłanie.

 

Quo vadis, zombie?

 

Nieumarły, żywy trup, wydaje się być idealnym przeciwnikiem dla człowieka. Dla czynności zabicia zombie mamy proste, moralne uzasadnienie. Rozprawiamy się z zagrażającą nam śmiertelnie kreaturą i jednocześnie uwalniamy od potwornej otoczki monstrum, które było kiedyś człowiekiem. Słowem – dokonujemy podwójnego, dobrego uczynku. Być może stąd bierze się ogromna popularność gier (n.p. nasze polskie "Dead Island") , w których bezkarnie, z podświadomym poczuciem wykonywania misji w słusznej sprawie nawalamy zombiaków. Trend rzeczywiście zacny, acz nieubłaganie wchodzący w zakręt. W sympatycznych filmach w rodzaju "Fido", czy "Wiecznie żywy", mamy wracających do społeczeństwa, stopniowo odzyskujących człowieczeństwo zombie. Ostatnia jaskółka to brytyjski serial "In the flesh". Wynaleziono tam sposób (codzienne zastrzyki z tajemniczej substancji w kark), dzięki któremu martwi ponownie stają się ludźmi. Powiedziane jest że cierpią na PSD (partially deceased syndrome czyli zespół częściowego obumarcia) , a to co robili w tym stanie nie było absolutnie ich winą. Niestety mocno ich to gnębi i trawi dusze w nawracających koszmarach z "martwego" okresu życia. Wracają do swoich domów i rodzin, oczywiście na pewnych warunkach… Bo przecież w czasie apokalipsy ludzie stworzyli front walki z zombie i też nie mogą o tym zapomnieć. A że w zetknięciu z nieznanym homo sapiens zachowują się jak na homo sapiens przystało, mamy gotowy scenariusz na dramat, a nawet historię wielkiej, nabierającej miłosnego charakteru przyjaźni dwójki męskich (!) bohaterów, cierpiących na PSD.

 

Jak widać, figura zombie ma wciąż wiele do zaoferowania. Może kiedyś doczekamy się żywego trupa w telenoweli albo w policyjnym filmie w roli partnera dobrego gliny? Wszystko przed nami. Byleby tylko te przyszłe dzieła były choć w połowie apetyczne jak te, omówione powyżej.

Komentarze

Po lekturze artykułu "Świat umarłych" Przemysława Pieniązka  z lipcowej NF, czułem pewien niedosyt, zwłaszcza że tekst był napisany przed premierą "World War Z". Po seansie, postanowiłem stworzyć suplement, w postaci recenzji filmu. Recenzja dziwnym trafem przekształciła się w artykuł, któremu ostatecznie spróbowałem nadać formę,  scharakteryzowaną  przez JeRzego w "Skąd się biorą artykuły". Rezultat niech ocenią czytelnicy… Inną wersją tytułu było, przed myślnikiem, "Daj się ugryźć! ". Najwięcej frustracji przysporzył mi problem odmiany słowa "zombie", w liczbie tak pojedynczej i mnogiej– każdy mówi co innego. Asekuracyjnie posiłkowałem się synonimami i zostawiałem po prostu "zombie" ( no bo w mnogiej  jak? zombies na zombiaki , zombowie, ziomale?)

Udany tekst – dobrze, że taki suplement powstał. "World War Z" jeszcze nie oglądałem, chociaż w pewnym momencie pewnie to zrobię (muszę dojrzeć psychicznie, bo za bardzo lubię książki Brooksa ;) ). Co do zombie w telenoweli – o ile wiem, to już było, w serialu "Dark Shadows" (tym samym, na którym opierał się niedawny film Burtona).

A za artykuł – wyróżnienie piórkiem. :)

Jerzy działa błyskawicznie :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Bardzo dziękuję za wyróżnienie. Człowiek rano wstaje, niepocieszony że trzeba biec juz do pracy, odpala przed wyjściem laptopa, a tu taka niespodzianka! Opłacało się solidnie popracować nad tekstem :)

Janku, gratulacje! Zasłużone piórko. 

Dzięki, Prokris. Jak sama widzisz, czas  chyba zejść z tej krótkiej drogi kariery poety – fantasty. Publcystyka wychodzi mi jednak lepiej :)

Cóż, w przeciągu dwóch tygodni dowiedziałeś się, co tak naprawdę Ci wychodzi i w którą stronę iść, nie każdy ma ten przywilej ;) Napisz coś o mainstreamie i Mieville'u niech nasze dyskusje, w których nie raz popisałeś się wiedzą nie idą na marne! Ładnie proszę :)

Graty, Panie Janek! Artykuł bardzo udany; czuć publicystę! ;)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Dziękować :) Jan, znużony kosmikomicznymi wyczynami Janka, stracił w końcu cierpliwość i przemówił mu do rozumu. I od razu widać efekty :)

A mogę się przyznać, że mi się artykuł podobał dosyć średnio? : D Chyba dlatego, że jakoś mało tego World War Z, a na to przede wszystkim liczyłem.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

"World War Z" – o filmie jest  jest tu może i niewiele, bo ciekawsze wydawały mi się okoliczności prowadzace do powstania blockbustera. Genezę wykoncypowałem sam, obserwując to zjawisko popkulturowe z naszego podwórka i pewnie o wielu rzeczach jeszcze nie wiem, ale artykuł przynajmniej wyszedł ode mnie, a nie sklecony np. z tekstów z Wikipedii, piórko od JeRzego wskazuje, że dałem radę. Jest tak czasem, że powstaje film i nikt potem nie pamieta, że najpierw był świetna, lepsza od filmu książka. Chciałem, górnolotnie mówiąc, żeby ta pamięć przetrwała.

Przyznam, że bardzo ciekawy tekst, dałeś radę, Jan Janek. Mnie osobiście fascynuje psychologiczny aspekt w dziełach post-apo (nie tylko z naszymi ukochanymi umarlakami), który daje naprawdę duże pole do popisu i aż mi się czasem trochę smutno robi, gdy widzę dzieła, które tego wcale nie poruszają i skupiają się tylko na akcji oraz masowej eksterminacji zombiaków.

Dzięki, Kalep. Mnie zawsze zastanawia, co by się działo, gdyby naprawdę umarli zaczęli wstawać z grobów, czy nie wiem, magia zaczęłaby działać. CZy człowiek wtedy by oszalał? Wpadł w stupor? Czy jednak dałby radę i jakoś się zorganizował – tak psychicznie jak i  fizycznie…?

Pewnie to drugie, ale nie zdziwiłbym się, gdyby skończyło się ogólną napierdzielanką. :)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

koiku, na wypadek takiego obrotu spraw i prorokowanego przez Ciebie końca, ja jestem zawsze przygotowany. W plecaku mam porządny scyzoryk (z młotkiem!), w pracy nogę od krzesła, co wygląda jak kij do bejsbola, no a w domu – żonę ;)

Scyzoryk z młotkiem zdziała cuda. Nie od dziś wiadomo, że bez młota, to nie robota!

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

U mnie bejsbol leży na dnie szafy, tej z galowymi garniturami. To połącznie gwaratuje, że jest szansa na to, by dobrze wyglądac w razie apokalipsy. Tematyki zombie nie lubię i unikam jak mogę. Tym bardziej gratuluję, że udalo Ci się przykuć moją uwagę do monitora na tyle długo, by doczytać do końca artykuł o umarlakach (ble!). Sprawnie i ciekawie napisane. Pozdrawiam.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Zalth, dzięki. Serce rośnie gdy człowiek czyta takie komentarze, bo ja juz bym coś w tekście przeprawiał, dodawał…. W garniaku z bejsbolem w łapkach, co by się dobrze prezentować – tym mnie rozwaliłeś :) Ale, ale, oprócz serca, rośnie też we mnie przekonanie, że portalowa brać dałaby radę gdyby nadeszła zombie, czy jaka tam apokalipsa. Jeden ma scyzoryk, drugi bejsbola, no i jeszcze żartem można przecież kąsać, ironią… Jakiś joke chciałem jeszcze rzucić, ale ktoś (coś)  drapie w drzwi, lepiej pójdę sprawdzić…

Właśnie u kumpla "Warm Bodies" (nie wiem, jaki ten film dostał tytuł po naszemu) wciągnąłem i to "nietypowe" podejście do zombiactwa mi się nawet spodobało. A i parę dobrych dżołków też się znalazło.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

 "Warm Bodies" to u nas jest  "Wiecznie żywy". Polskie wersje oryginalnych tytułów zawsze rządzą ;)

No, faktycznie się postarali. :)

A film miodzio, taki miks Edwarda Nożycorękiego z zombiakami i bohaterami o wyglądzie tych z Twighlighta. :)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Obejrzałem World War Z i taki renesans zombiaków mi pasi. Podobało mi się.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

A ja się zdziwiłem, że coś tu mryga przy moich zombiakach :)  Ty byś koiku książeczkę "World war z" czytnął, bo filmik przy niej wypada dość mizernie, choć da się oczywiście obejrzeć :) Książka, powtarzam, zajefajna, jedna z lepszych jakie czytałem w ostanich kilku latach. 

Ja bym i czytnal, ale tych do czytniecia to juz setki chyba… Czytne i dam znac:)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Nowa Fantastyka