Profil użytkownika


komentarze: 431, w dziale opowiadań: 388, opowiadania: 158

Ostatnie sto komentarzy

Co do idealności Lucyfe, to nie chodzi mi o jej dobro/zło, ale o jej cechy, Wszak ona nie ma przywar, ksiądz jest gruby, anioł gniewny i butny, Jezus nie błyszczy miłością. A ona jest przy nich na swój sposób kryształowa i w pewnym sensie niewinna, w oderwaniu od dobra czy zła.

Koniec końców to przecież ZAMIANA. :)

krar85, dzięki za odwiedziny. :) 

Fajnie, że zwróciłeś uwagę na to, że choć początek zapowiada apikalipse, to – zamierzenie! – do niej nie dochodzi. 

Co do tego jak minęły eony i jak to drgnienie zostało odebrane, to tak samo jak w standardowym opisie stworzenia była światłość przed źródłem światła. Poza tym jest teoria, że istnieje coś takiego jak "zegar wszechświata" którego tik wynosi jakąś jedną kwadrylionową czy inną mikroskopijną część sekundy, do tego w mechanice kwantowej czas po prostu "jest". A przestrzeń? Cóż, opis i tak nie jeat zgodny z wielkim wybuchem, więc załóżmy, że była i przestrzeń. 

Co do feminizacji… przecież Lucyfe nie jest taka idealna, koniec końców jest trucicielką, choć jej trucizna nie zabija. :P

Dzięki Wam wszystkim za komentarze, na prawdę nie spodziewałem się, że ten tekst trafi do aż tylu osób i jestem mile zaskoczony – a za to powinienem podziękować Olciatce i BasementKey, bo na pewno by się tak nie stało bez waszych zgłoszeń w temacie piórkowym, więc dzięki Wam jeszcze raz!

A teraz po kolei. :) 

 

joseheim, co do użycia albo:

Wreszcie była pewna liczba jeńców, która za wszelką cenę próbowała pozostać, nie chciała wracać do ZSRR. Może mieli złe przeczucia, może byli bardziej inteligentni i odgadli, co ich czeka, a może niektórzy mieli rzeczywiście nieczyste sumienie, albo zrobili coś złego, żeby przeżyć, albo tylko mieli dość 'Raju" – https://sjp.pwn.pl/korpus/zrodlo/Wreszcie-byla;103,2;52692.html

Zwróć uwagę na pierwsze albo. Wydaje mi się, ale oczywiście wydaje, że użyłem go podobnie. 

 

ManeTekelFares… w sumie sam odpowiedziałeś sobie, dlaczego napisałem tyle, a nie więcej. :P

Czasem mniej znaczy więcej – zawsze kieruję się tą maksymą, może choć nie zawsze słusznie. 

Sprawa z zaimkami, chociaż nie pamiętam, bym ich nadużywał, ale przecież pamięć jest zawodna, może być to pochodna stylizacji wypowiedzi. 

 

NoWhereMan, rozumiem, że to zniwelowanie klimatu polega na tym, że na koniec dostajemy, może połowiczny, ale happy end. Tak, historia mogłaby skończyć się wcześniej/inaczek, ale straciłbym wtedy najważniejszy dla mnue element, czyli zderzenie dziecięcej wizji ojca z jego wizerunkiem w oczach wszystkich pozostałych.

 

oidrin, Finkla, myślę, że ten labirynt nie jest aż tak zawiły. :) 

Gorzej, jakby wszystko było podane na tacy, to to dopiero mi się nie podoba. 

 

Anet jak zwykle na posterunku. :) 

 

No też muszę przyznać, że tytuł nie zachęca do lektury, więc po zmianie czytelników by przybyło. 

Może "Bajka korporacyjna"… lepszego pomysłu nie mam. :P

Zapoznaj się z zasadami stosowania przecinków przed „albo”.

Przecinek orzed albo może się pojawić, jeśli oddziela dopowiedzenie/wtrącenie. :) 

Reg, rozsądzisz? 

 

Proponowana zamiana szyku: „nie mogłem iść sam” podkreśla przekaz

Tak, ale zastosowany szyk brzmiał mi bardziej… dziecinnie. 

 

Co do powtórzeń, to zastanawiałem się, czy przekonstruować te zdania, albo użyć zamienników, ale uznałem, że ti będzie zbyt przekombinowane zważywszy na postać narratora. Z powtórzeniami zdania brzmią, oczywiście dla mnie, bardziej wiarygodnie. 

 

Bo to jedyne, co dostajemy – szkic konfliktu międzyrasowego

Konflikt nie jest clou tegi tekstu, tylko właśnie postawa ojca, a raczej to, jak go widzi syn. I nawet nie najważniejsza jest ta "łzawość", ale właśnie moralna ocena ojca, który jest potępiony przez ogół, ale ukochany przez syna. Widzimy jego rozdarcie wewnętrzne, poznajemy powody, czemu znalazł się w takiej sytuacji. 

 

całość nie rzuciła mnie na kolana

Tak bywa, rzucanie się na kolana jest nieobowiązkowe. :) 

Potencjał nie wykorzystany w pełni, mało tu fabuły, nie widzę fantastyki… dobra, a serio to opowiadanie bardzi w miim stylu! Na pewno mogłoby być dłuższe, ale to nie oznacza, czy lepsze. Dla mnie ta historia jest pięknie skomponowana, oddziałuje na poziomie emocjonalnym, genialnie spleciony świat dziecięcych wyobrażeń z rzeczywistością. Świetne! 

Wyszedł na niewielki balkon. Dosypał ziaren do karmnika i przez chwilę czekał, ale żadne ptaki nie przylatywały. Co roku było ich coraz mniej. Widać wolały trzymać się z dala od miasta

Od razu widać, że fantastyka! Miasta pełne są gołębi, które robią gdzie popadnie. :P

 

Ciekawe opowiadanie. 

Przez większość aż mnie skręcało ze złości, jak opisywałaś to całe poniżanie Marka, ale tak samo mam przy oryginalnym Kopciuszku, czyki zagrało na poziomie emocji. Byłem szczerze ciekaw, jak z tego wybrniesz, ale tego, kurde, się nie spodziewałem! Bardzo zaskakujący twist, a jednocześnie pasujący do całej historii. 

Wysyłam do biblioteki. 

 

Swoją drogą, czy moc czarów nie znika aby po północy? 

 

I też sądzę, że coach chrzestny byłby lepszy. :P A jeszcze jakby zamiast spełniać życzenia powiedział, że Marek może być kim chce, wystarczy, że w to uwierzy, to w ogóle wyszłaby genialna parodia. xD

 

 

Dzban potoczył się po stole, rozpryskując wokół rubinową fontannę

Jakby czegos tu brakowalo… 

 

chłopcy zaś dumnie prezentowali swe atuty

( ͡° ͜ʖ ͡°)

 

Czuł narastającą wokół panikę, lecz nie poświęcił temu uwagi

Panika to stan, który raczej ciężko zignorować. 

 

Na powierzchni unosiło się połamane deski

Literówka. 

 

Chciała go spoliczkować za bezczelne zachowanie, lecz nim zdążyła wykonać ruch, ponownie osunął się na piasek. Zemdlał.

Nie czekając, aż rozbitek znów się ocknie, szybko wślizgnęła się do wody i popłynęła przed siebie

Dwa słowa, które uważam za zbędne, bo z kontekstu wynika, że zemdlał, a skoro zrobiła coś "nie czekając aż…", to też można domyślić się, że szybko. :) 

 

 

Rozbawienie sióstr rozgniewało syrenę jeszcze bardziej. Oburzona, wypadła do ogrodu i skryła się w gąszczu, który w zamierzeniu babki miał być jej własną rabatą. Zamysł ten się nie udał – dopiero pod przymusem najmłodsza wnuczka zasadziła czerwoną płaczącą wierzbę i obsadziła ją pierwszymi lepszymi kwiatami, a później całkowicie straciła zainteresowanie grządką. Rośliny zdziczały i splątały się ze sobą, tworząc wyśmienitą kryjówkę przed całym światem

Czy ten ogród nie znajduje się aby pod wodą? 

Wiem, możesz to zaraz tak wytłumaczyć, że mają tam sferę wypełnioną powietrzem, ale, mimo wszystko… psuje to klimat. 

 

 próbując pokryć zmieszanie, pochylił się i wyciągnął rękę.

Ukryć. 

 

aksamitny kolor

Czyli jaki? 

 

Po chwili jego dziwnie drapieżne rysy zmiękły, a kolejny uśmiech rozjaśnił całą twarz, nadając jej łagodny, dobrze znany wyraz. 

– Chodź, zabiorę cię do zamku. Pora, byś wrócił do domu

Podmiot domyślny sugeruje, że to mówi Syren(ka) a nie Książę. 

 

Z czasem chłopak zaczynał odczytywać sygnały coraz lepiej, w miarę jak ich specyficzna więź się pogłębiała.

"Chłopak" nie określa tu jednoznacznie, o kim mowa. 

 

Nie mógł do tego dopuścić. Pokochał swego księcia całym sercem… 

Tu z początku też nie wiadomo, kto nie mógł. Wydawać się może, że Szambelan. 

 

 Ta cisza – swobodna, choć pełna elektryzującego napięcia

Nie mów tego, opisz to. 

 

Ostrożnie podszedł do łoża małżonków, pochylił się nad nimi i jednym płynnym ruchem poderżnął obojgu gardła

Jednym ruchem podciął gardła dwum osobom, których głowy nie znajdowały się na tej samej linii? 

 

 

Całkiem niczego sobie. Zmiana przychodzi nieoczekiwanie, jest… niecodzienna i na pewno był to odważny pomysł. Sądzę jednak, że mogłaś zrealizować go lepiej. To znaczy warsztatowo – przynajmniej dla mnie – jest w porządku, ale pewne elementy historii są niewyeksponowane na rzecz takich, które, na to wychodzi, są całkiem zbędne. Na przykład cały motyw przyjaciela księcia mógłby być o wiele krótszy. To znaczy wiadomo, że był on potrzebny by syrenka mogła się w niego wcielić, ale jej rozważania o tym, który z mężczyzn bardziej jej się podobał nie są potrzebne w tekście. Za to przydałoby się lepiej podkreślić (czyli opisać!), że jest z niej chłopczyca, która wolałaby być trytonem. Myślę, że to by był świetny motyw, gdybyś położyła na niego akcent. 

A tak sprawy ważne – jak identyfikacja płciowa, czy orientacja seksualna – dzieją się z boku, a my dostajemy wzmianki o tym dlaczego książe musi się ożenić. W efekcie wypada to trochę naiwnie, bo z jednej strony książę jest hereto (jest? czy on był gejem, tylko nie wychwyciłem tego od początku), ale w chodzi w zażyłą, prawie erotyczna relację z przyjacielem, po czym kończy ją bez większych emocji. Podobnie Syrenka zbytnio nie przejmuje się zmianą ciała, jakby w gruncie rzeczy nie sprawiało jej to różnicy, nie było ważnym elementem tozsamosci, tylko kosmetyką. I to dałoby się w tekście obronić, a nawet zrobić z tego atut(!), gdyby miało to w nim swoje uzasadnienie. 

 

 

Cześć Koi! 

 

spodziewałam się czegoś mocniejszego, bardziej skomplikowanego, tymczasem moje wrażenia pokrywają się w większości z opiniami poprzednich komentujących.

Raz wyjdzie lepiej, raz gorzej… po takim czasie niepisana chyba wyszło nienajgorszej. :P

 

Równocześnie zakładam, że chodziło Ci o takie uproszczenie, połączone z mocno spolaryzowanym, wręcz groteskowo przekoloryzowanym światem i miało to na celu uwypuklenie kontrastu. Rozumiem, że chciałeś w ten sposób pokazać, że wszystko jedno po której stronie jest władza, jej metody są tak samo plugawe, a nienawiść, skądkolwiek płynie, ma zawsze taki sam zły skutek. I to jest na plus

Dokładnie o to! 

 

 Chcę wierzyć, że taki zabieg pozwalający na przejrzenie się w “krzywym zwierciadle” faktycznie dałby niektórym do myślenia. 

No, przede wszystkim to chodzi o to, że wszyscy jesteśmy ludźmi. A ludzie mogą być podli, jak w moim opku, albo szlachetni. I warto się zastanowić, czy chcielibyśmy żyć w świecie ludzi podłych, czy szlachetnych. 

 

Także finalnie – najadałam się :)

Smacznego. :) 

 

 

Reg, bardzo miło cię widzieć! 

Nie wątpię, że wszystko zrozumiałaś. :) Tekst przedstawia ojca oczami dziecka. Cokolwiek ojciec nie robi, dla syna jest troskliwym, rodzicem. Obserwujemy z perspektywy syna wybór, przed jakim stanął ojciec i jego tragedię. Ja z kolei rozumiem, że tekst, który jest zbudowany głównie na emocjach, może nie być w twoim guście, podobnie, jak nie był w guście na ten przykład Finkli. :) 

Za to z fantastyki, poza elfami, są przecież zaświaty i nawet bogini się przechadza. 

 

Tekst jest krótki, ale widzę, że łapanka też krótka, co chyba najbardziej mnie cieszy z twojego komentarza, bo chociaż twoje rady są nieocenione, to aż miło patrzeć, kiedy się okazuje, że udało się napisać coś, co nie jest naszpikowane błędami. :) 

 

Pozdrawiam! 

Ten szort jest sponsorowany orzez słowo "konstrukt". :P

 

Nie powiem, ciekawy retelling starej legendy w futurystycznym settingu. Bardzo szanuję to światotwórstwo. Spodobał mi się klimat tej historii i połączenie średniowiecza z technologią, ale w pewnych miejscach dostrzegłem luki (może tylko ja).

Nie jest dla mnie jasne, dlaczego smok tak szybko zmienia zdanie i postanawia nagrodzić człowieka, w końcu nim gardzi.

Zastanawia mnie, kto wykonuje uzbrojenie wojowników, w końcu posiadają SI i wizjery na których wyświetla się wirtualny obraz, więc ktoś to musi konstruować a przynajmniej naprawiać.

Nie pasuje ni totalna bierność bohatera – przysluchuje się słowom smoka, nie protestuje, nie podejmuje próby walki ani ucieczki, tylko poddaje się Bestii, choć nie wie, co go czeka. 

 

El Lobo Muymalo, dzięki za wizytę! 

Co do zachwytów, to jedni się zachwycają, inni nie, więc nie jesteś osamotniony. :) 

Fabuła… nie ma twistu (poza tym, z zaświatami) i poziom emocji z uzasadnionych przyczyn jest stały, a przeciwieństwa losu, które napotykają, są opisane z perspektywy czasu i ich wspomnienie służy czemu innemu, niż wywołaniu niepewności o los bohatera… ale w sumie jesteś drugą osobą, która to wspomina i na pewno ma to uzasadnienie. 

Co do narratora, w pewnych momentach, może… ale z drugiej strony taka zbyt infantylna narracja mogłaby wyjść na szkodę, a tego nie chciałem. Poza tym dzieci, które doświadczą traumy, często mają w sobie "dorosłość". 

Co do wyjaśnienia, czemu ojca bili, a czemu nie – akurat to jest między wierszami. Nie wprost, bo narrator tego nie wie / nie chce wiedzieć. Parę osób to odgadło. ;) W sumie, jeśli oddzielisz się od narratora, szybko to zobaczysz między słowami. :P

Na początku tekst wywarł na mnie ogromne wrażenie. 

Świetnie oddałaś klimat cyberpunku, ten człowiek z obudowie, dwa procent biologicznego ciała, ta tajemnicza kopuła. Świetny klimat i haczyk. 

Kiedy potem okazało się, że za kopułą jest miasto robotów odczułem pierwsze zgrzyty, ale rozumiałem tę wizję. Co prawda brakowało mi celu w tym odwróconym Matrixie, w którym maszyny same siebie uwięzily, ale nadal tekst przekonywał mnie klimatem. Nieźle zasugerowałaś plan bohatera, to, co ma zamiar zrobić z ludźmi – to bardzo… ludzkie.

Niestety, ostatni fragment totalnie wybił mnie z rytmu. Może nie dostrzegłem powiązania z innymi elementami historii, nie wiem, ale poczułem, jakbyś próbowała złapać dwie sroki za ogon. 

Dzięki, Cytryno, za wizytę i cieszą mnie Twoje pozytywne odczucia. :) 

Co do tego, dlaczego Lucyna taka jest – wcieliła się w człowieka. Nie napomknąłem o tym w tekście, ale zasugerowałem, że taką umiejętność posiada. Pewnie chciała zobaczyć, co takiego fajnego na tym świecie, może nawet jakiegoś Antychrysta urodzić przy okazji? A wyszło, jak wyszło. Paralela Jezusa celowa. :) 

Co do Tolkiena, rzeczywiście! Całkiem bym nie pomyślał o tym podobieństwie, ale fakt, jest na pewnym poziomie. 

Przyszła, zmasakrowała, na koniec jeszcze zabrała jedyną wymówkę i się skrzywiła, i co tu ja mogę ci napisać, poza… 

 

Twoje uwagi niewątpliwie są słuszne, problem w tym, że tysiąc słów jest wymaksowane, ale jeśli  kiedy przyjdzie mi wrócić z dłuższą wersją, wezmę Twoje uwagi pod uwagę. :P

 

Mytrix, dzięki za opinię, w sumie mógłbym powtórzyć to, co pod opinią Wilka i Finkli, ale czytasz komentarze, to nie będę się powtarzał. :) Dzięki za przeczytanie! Będzie miło, jak kiedyś jeszcze zajrzysz do mojego tekstu, bo fabuły raz są mniej, raz bardziej zawiłe. :)

 

Sara, raczej nie ma tu mrożenia krwi w żyłach, czy skoków adrenaliny, jak napisał Wilk, opowiadanie płynie powoli, swoim tempem. Dzięki za komentarz. :)

Koi, co mogę powiedzieć, odczytujesz moje zamiary jak z otwartej księgi. :) 

 

A jednoznacznie negatywna w tym wszystkim to jest elfia pani i jej kraina nieśmiertelnych tylko dla czyściutkich duszyczek ;)

Nie mów tego głośno, bo jeszcze cię Bóg usłyszy. :P

Spójrz na to inaczej: tak się wczułeś w postać narratora, że zobaczyłeś ojca jego oczami. :) 

Koimeoda, super, że zwróciłaś uwagę na to, jak opowiadanie z perspektywy dziecka przekłada się na ilość informacji, które otrzymujemy o tym, co się dzieje. Dokładnie o taki efekt chodziło. :) 

 

Finkla, to już do labiryntu i jeszcze raz szukać! Może nawet znajdziesz trochę tej fabuły w fabule. :P

 

Irka, fakt, smutne to moje opko, nawet pojawiły się głosy, że mroczne – następnym razem postaram się napisać coś wesołego. :P

Cieszę się, że trafiła do ciebie perspektywa dziecka, właśnie na tej subtelności mi zależało. Tak samo nie chciałem oceniać w tekście tego, co się stało, by z jednej strony każdy mógł sam to ocenić, a z drugiej by pokazać, że za złem może kryć się coś innego niż duchowe okropieństwo i lubowanie się w cierpieniu innych, tylko bezsilność, nadzieja i miłość. Gdyby ludzie czynili zło, tylko dlatego, że są źli, świat byłby o wiele prostszy i zerojedynkowy. 

Nie spodziewałem się takiej popularności tego tekstu, a widzę, że niektórzy czytają nawet nie swoje komentarze – Dzięki Wam! :) 

 

I po kolei:

 

ANDO dzięki za wizytę! Twoje skojarzenie jest jak najbardziej trafne. :) 

Elementów fantastycznych nie chciałem dodawać więcej, by realizm sytuacji nie ucierpiał – poza tym chyba wizyta w zaświatach to dość by tekst uznać za fantastyczny. Tak sądzę. 

 

404 jedna deklaracja z drugą się nie kłóci, bo dałem tylko trop, a nie napisałem wprost. :P

Wiem, zachowuję się jak polski polityk, ale do rzeczy… SPOILER WARNING ludzie w sytuacjach kryzysowych przyjmują skrajne postawy, a skrajne, to nie oznacza racjonalne. O ile rozumiem, że możesz motywacji ojca nie popierać, a samego ojca nie lubić, to ich prawdopodobieństwa będę bronił jak konstytucji. Ludzie nie dokonują takich kalkulacji na chlodno, na pewno nie jeśli chodzi o ich dzieci – nie bez powodu szantażyści wykorzystują właśnie dzieci jako słaby punkt. Ojciec… miał albo pozwolić synowi umrzeć, albo próbować go wyleczyć. O tym, jakich metod chwytają się ci, którzy mają chore dzieci, kiedy cierpią na ciężkie choroby, można poczytać. Znachorzy, dziwne terapie, sekty… 

Do tego dochodzi potęga zastraszenia. Gdyby ludzie kierowali się matematyką, a nie emocjami, to zamknięci w obozach zagłady pokonaliby ich nieliczny i słabo wyposażony personel. 

Poza tym nigdzie nie stwierdziłem, czy to ojciec im zaproponował współpracę, czy oni ją na nin wymogli. 

… a ostatecznie, to jestem zdania, że autorzy nie tworzą, tylko współtworzą swoje dzieła, więc traktuj to jako interpretację, a nie arbitralny pogląd. :) 

 

krar85 dzięki za opinię! Co do fantastyki na siłę, to Seener doskonale wyłożył, co daje obecność elfów. A jeśli mowa o fantastykę na siłę, to właśnie więcej jej elementów byłoby… na siłę. :) 

 

Finkla, ciekawa interpretacja! Nie oczekiwałem takiej, ale to dobrze, bo widać, że telst pozostawia pole dla wyobraźni. 

Asylum, jasne, masz święte prawo do własnego odbioru i oczekiwania bardziej rozbudowanych opisów męki może mieć uzasadnienie. :) 

Mnie, kiedy wyobrażałem sobie to opowiadanie, przyszło do głowy to, że rodzic za wszelką cenę od dziecka chciałby ten cały trud odsunac. Dlatego narrator wspomina, że np. ojciec prawie nie jadł, by on mógł jeść. Dlatego też ojciec postępuj tak, jak postępuje, żeby zapewnić synowi jak najlepsze życie, nawet w takich warunkach. 

Pozdrawiam! 

Asylum, dzięki za wizytę. :) 

Co do przeciwności i przygód – tekst jest opowiadany przez narratora z pewnej perspektywy i przeciwności, które, a jakże, są, opisuje nie tak, jakby działy się przed chwilą, by wywołać niepokój o los bohaterów, ale właśnie już "po wszystkim". Pewien etap ich historii się zakończył, definitywnie, nie wiadomo (choć można się domyślać) jak, ale chciałem, by czuć było, że historia jest opowiadana z odpowiednio dalekiej perspektywy czasu. Narrator mówi o spaleniu wioski, o tułacze, o tym, jak złamał nogę, jak chorował, a miejsce, w którym mogli liczyć na pomoc, zostało zniszczone, mówi o tym, jak jego ojciec wracał pobity, jak kończył im się prowiant… oj, trochę ich spotkało, już nie wspominając o finale ich podróży.

Ale fakt, nie opowiadam tego w sposób, który stworzyłby wartką akcję, raczej, jak wspominał Wilk, tekst płynie powoli, bardziej jak refleksja nad tym, co zaszło, niż przedstawienie wydarzeń. :) 

Świetna zamiana, myślę, że jedna z najlepszych, szczególnie zważywszy na zakończenie, które niby sugeruje, a niby nie sugeruje, co się wydarzyło po ostatnim "może". Materiał do zmiany był trudny, bo jak tu nie popaść we wtórność? Ale tobie się udało. Ujęła mnie osoba Astronoma, który rezygnuje z oatrzenia na ludzi, zamiast tego patrzy na swoje pięty – zamierzenie czy nie, wyszło ci świetne drugie dno i dla mnie tem fragment skradł cały tekst.

Drażniły mnie za to podsumowania Małej Księżniczki na końcu każdego mini-rozdziału. Przemyślałbym, czy w ogóle są potrzebne, a jeśli już, to czy muszą być tak wprost podawane. 

Ta wyprawa nie była przygotowana. Od samego początku i miałem nadzieję, że nie do końca. 

Pole siłowe zniosło mnie na twardy grunt, raczej miękki, gdyż stałem po kolana w kwietnej łące

Rozumiem, co miałaś na myśli, ale mimo wszystko te gry słów wyglądają niezgrabnie. 

Tak jak mnie, po czym szybko zganiłem się w myślach, bo przecież mąż, a to dla nich święte związki.

Coś mi nie gra w drugiej części zdania. O wiele lepiej brzmiałoby: "bo przecież to był jej mąż, a dla nich związek to świętość. 

 

Co do samego opowiadania, to, niestety, nie podeszło mi. Nie widzę związku między tajemniczą technologią na planecie (na którą muszą mieć fundusze) a drakońskim prawem w kwestii związków i polityki prorodzinnej. Po prostu nie skleja mi się to w całość. 

Podobnie jak to, że pierwszy od stu lat (nieoficjalny, ale mimo wszystko) ambasador z Ziemi jest przyjmowany przez jakąś tam przeciętną parę i to nawet taką, która nie została zweryfikowana, by stanowić przykład modelowy ich społeczeństwa. To tak jakby Kim Dzong Un zgodził się na wjazd reportera do Korei Północnej i dał mu poznać przeciwników rządu. 

Do tego prolog i epilog, który za bardzo nie wiem, czemu służy – to znaczy ok, pokazuje, co stało się z Ziemią, ale nie wyciągnąłem z tego żadnej puenty. 

Może po prostu nie zrozumiałem tego tekstu. 

 

Pozdrawiam 

Widzę, że tu się niezły offtoo zrobił, więc muszę zainterweniować i się dołączyć. 

Jeden z moich ulubionych:

 

Breżniew przyjechał do Polski. Gomułka oprowadza go po ulicach Warszawy.

– To jest ulica Lenina.

Widząc akceptację na twarzy gościa, Gomułka prowadzi go następnie na ulicę Żukowa i Plac Dzierżyńskiego. Breżniew tak się rozochocił, że gdy mijali następny plac, sam spytał o nazwę. Gomułka zmieszał się wyraźnie.

– To jest Plac Zbawiciela…

Breżniew poklepał przyjaźnie Gomułkę po ramieniu.

– No Władek, bez przesady, nie trzeba…

 

Swoją drogą z dowcipami o komunistach tonjest tak, że trudno rozpoznać, co jest zmyślone, a co jest prawdą. 

Na przykład: po śmierci Stalina odgórnie narzucono polskim czasopismom, by na pierwszej stronie dały nagłówek "Stalin nie żyje"… wystarczy powiedzieć, że po tym numerze redaktor "Po Prostu" stał się byłym redaktorem, bo zbitkę: "Po Prostu Stalin nie żyje" uznano za prowokację. 

Nie, Olciatko, tekst nie kłamie i to ludzie spalili wioskę. 

Kluczem jest to, kiedy syn i ojciec dostawali zapasy, a kiedy ojciec wracał pobity. I jego reakcja na widok spalonej chaty Dagoberta i Astrid. :) 

Cześć Finkla! 

 

Fajny pomysł, żeby pokazać zaświaty innych ras (acz nie wykorzystałeś w pełni tego potencjału). 

Namawiacie. :P

To był tekst całkiem nie o tym i nie chciałem przenosić środka ciężkości w tę stronę. Aczkolwiek rozumiem, czemu ten pomysł się podoba. 

 

Ale – jeśli dojdzie do głosowania nad piórkiem – będę na nie, bo czuję się niedopieszczona fabularnie, nie ma tu jakichś świeżych pomysłów. Tylko kompozycja ze znanych skądinąd elementów, za mocny zapach zwyczajnej, ludzkiej historii (ci Indianie). Samymi emocjami mnie nie kupisz.

Tak, bo to ludzka historia ubrana w fantasy. Gdyby fabuła była zaplątana, to sądzę, że ucierpiał właśnie ten ładunek emocjonalny, bo ta warstwa by go przykryła. A tak, historia zmierza do określonego punktu, bardzo prawdopodobnego, wręcz tak mogłaby się potoczyć w rzeczywistości, jakby odjąć fantastykę z opowiadania – dla mnie w tym tkwi siła tego tekstu, ale jako autor nie mogę tu być obiektywny (:P), a twoją opinię rozumiem i nawet takiej się spodziewałem. :) 

 

Zastanawiał mnie wiek narratora. OK, elfy rosną i dojrzewają wolniej niż ludzie. Ale mija sporo czasu – rzeczy dzieją głównie w pełnie, a chłopiec musiał ich już sporo widzieć, skoro robi jakieś podsumowania – i narrator się nie zmienia. Niby te wydarzenia nieźle pamięta (w odróżnieniu od ludzkiego dwu– trzylatka), ale nie wpływają na jego stan wiedzy. Jakby zapisał w mentalnej kronice, ale nie rozumiał, co z tego zapisu wynika i nigdy notatek nie czytał. Rodzice są bogami – wierzy im bez zastrzeżeń, właśnie jak dwu– trzylatek. A z drugiej strony – potrafi rozpoznać, kiedy tata kłamie. Odrobinę mi te rzeczy zgrzytały. To nie jest istotny zarzut, ale gdybyś kiedyś robił z tego powieść, przemyśl takie kwestie.

To akurat, Finklo, miałem dobrze przemyślane, trochę ja bazie własnych rodzicielskich doświadczeń. 

Mam w domu sześciolatka – i nadal jest to wiek, kiedy opinia rodziców jest bardzo ważna, wręcz sądzi, że rodzice mogą wszystko… a przy tym, już od dawna, potrafi oszukiwać. :P Do tego kwestie śmierci dopiero niedawno zaczęły być dla niego w miarę zrozumiałe, ale nadal twierdzk, że on nie umrze i zawsze będzie z rodzicami. :) Za to kwestie zła moralnego są w tym wieku jeszcze abstrakcją, jeśli dziecko wie, że czegoś nie wolno, to dlatego, że dorosły tak powiedział. 

Sądzę, że nawet jeśliby przyjąć, że historia, którą narrator opowiada, rozgrywała się mniej więcej jak miał te pięć, czy sześć lat, nie ma tu nieścisłości. Nawet mógłby być starszy, bo weź pod uwagę, że on nie ma nikogo poza ijcem, więc kogo ma widzieć jako wzór? A w dodatku pewne rzeczy, ze względu na traumę, może od siebie odrzucać. 

 

Co do pełni – w sytuacji, kiedy nie ma się kalendarza, tak najłatwiej określić czas spotkania. :P

I jest w tym sporo racji, ale też nie do końca chodzi o akcent – można było choćby pokierować spostrzeżeniami odbiorcy. Co jest cholernie trudne i przy czym bardzo łatwo przedobrzyć lub zepsuć całość. Ale gdyby się udało przy jednoczesnym (!) zachowaniu subtelności – ugrać na wywoływanych wrażeniach można by sporo.

To jest kunszt, panie – oby przyszedł z czasem. :) 

 

To jest chyba inny rodzaj komplikacji. Bo to można przedstawić równie dobrze jako skomplikowane dosłownie, jak i skomplikowane w sensie "a może to twoje postrzeganie, zwykły człowieku, jest do bani". Nie musi być dużo, by zmusić odbiorcę do myślenia.

Właśnie t a k i e g o relatywizmu nie chciałem. To znaczy, nie chciałem negować zła tego, co robi ojciec. Chciałem pokazać, że kryje się za tym miłość dla syna, że zmusza go pewna konieczność i sytuacja – na tym poziomie znajduje się "relatywizm" w tym opowiadaniu. 

 

Widziałem już Twój tekst, który "technicznie" i "klimatycznie" był bardzo wysoko, tym razem jest tekst, który wysoko jest "tematycznie", ale brakło tego "wow".

 Może trafi się jeszcze pomysł na tekst z "wowem", ten… po prostu inaczej go sobie nie wyobrażam. 

 

Olciatka, dzięki za wizytę! :) 

Co do tego, co zrobił ojciec… nie powiem. Z jednej strony to dobrze, że nie jest to podane tak, by było oczywiste, bo narrator odrzuca od siebie tę myśl i jest jeszcze dzieckiem, więc w ogóle ciężko mu to sobie uzmysłowić. 

A co ojciec zrobił? Parafrazując Czarnego Pana: są znaki (w tekście), przyjacielu, i więcej niż pogłoski.

 

Jest kilka fragmentów, które, jeśli czytać uważnie, jasno mogą to wskazać. 

 

Pozdrawiam 

Wilku, przede wszystkim dzięki ci za poświęcony czas i tak rozbudowaną opinię. 

Do głosowania piórkowego jeszcze tak daleko, że hoho, o ile do niego dojdzie, a ty zaserwowałeś mi już komentarz godzien eliminacji piórkowych. :) 

Nie chciałbym wpływać na twoją opinię, bo przecież to sprawa indywidualnego odbioru i preferencji, ale prawem czytelnika oceniać, a prawem autora odnieść się do oceny. :P

 

Trochę mam problem z tym wykrzyknikiem. Krzyk, pewność, to jest tu naturalne, a jednak wybiło mnie z rytmu. Może gdyby lekko przeredagować, to ten wykrzyknik byłby tu bardziej naturalny? Ale mogę nie mieć racji, zobaczymy, czy ktokolwiek będzie mieć podobne wrażenie.

 Wiesz, długo zastanawiałem się nad tym wykrzyknikiem, bo jestem świadom tego, że wybija z rytmu, szczególnie, że w całym tekście, nawet przy opisie najbardziej dramatycznych wydarzeń, się nie pojawia, ale… on miał wybić z rytmu. Niespodziewanie narrator wyraża gniew, w jednej, jedynej sytuacji: kiedy ktoś krytykuje jego ojca. Później jeszcze raz unosi się emocjami, powątpiewając w doskonałość miejsca, do którego trafił. Ojciec, jaki by nie był, jest dla niego wzorem i prędzej zaneguje ostateczną, boską sprawiedliwość, niż zmieni swoje myślenie o ojcu.

Słabo to zaakcentowałem? Ano, może, ale wiele rzeczy w tym tekście zaznaczam subtelnie. Ta niedoslownosc – moim zdaniem – buduje jego klimat i nie mógłbym, nie chciałbym z niej rezygnować, nawet za cenę tego, że jakaś intencja autora nue zostanie odczytana. 

 

Niby drobiazg, niby w pierwszej chwili łatwo to przegapić, ale to jest, a raczej mogłoby być największa siłą tekstu.

 To chyba materiał na oddzielny tekst. Tak, wiem, że wielu ludzi tutaj, albo w ogóle wielu ludzi, lubi historie skomplikowane, wielowątkowe, im więcej, tym lepiej… a ja z kolei w swoim pisaniu zawsze kieruję się tą wizją, którą chcę uchwycić i ucinam, ucinam, żeby nic nie kradło jej pola. 

Ta historia jest o ojcu i synu, przede wszystkim o miłości ojca do syna i afirmacji ojca przez syna, wydanych na próbę. Gdybym pociągnął ten wątek… tak, to miałoby rozmach. Mógłbym nawet uderzyć w tony relatywizmu, pokazać, że to co złe było dla elfów, nie było złem dla ludzi, ale jeśli uchwycić to, co zrobił ojciec, ciężko byłoby to rozgrzeszyć z jednej strony. A z drugiej zagubiły się w tym relatywizmie obraz syna, który mimo wszystko podziwia i kocha ojca, i nie dopuszcza do siebie myśli, że mógłby zrobić coś złego. Tak samo gdzieś rozmyłaby się tragedia ojca, który wie, że jego zło jest oczywiste, ale, jak sam twierdzi, zrobi dla syna wszystko. Nawet jeśli dzięki temu przeżyje dłużej o rok, miesiąc, dzień.

Tekst od początku do końca jest subtelny, wręcz kameralny i taki rozmach… w moim odczuciu by go zepsuł. A na pewno przestałby być tym tekstem, który chciałem napisać. 

 

Bo jeśli tu – niestety! – z tego nie skorzystałeś (być może przypadkiem, być może w obawie przed wybiciem z wiarygodności narratora, to i tak szkoda zmarnować pomysł. Działaj!

Tak, jak napisałem wyżej, jest to całkowicie nieprzypadkowe i wynika z wrodzonej sympatii do tekstów, które opierają się na klimacie, a nie zawiłościach fabularnych – i chyba tamie teksty wychodzą mi najlepiej – i jeśli kolejny raz dostanę za to 9 "Nie"… to chyba wyjdzie na to, że moje pisanie po prostu nie jest piórkowe. Może kiedyś się zmieni. :) 

 

Tymczasem dzięki za komentarz! 

… a jeśli do głosowania nad tym opowiadaniem dojdzie, to jeszcze masz dużo czasu, by albo zmienić opinię, albo utwierdzić się w swoim przekonaniu. :) 

 

Pozdrawiam

Basement, super, że zwróciłeś uwagę na relację ojciec-syn i to, jak się zachowują względem siebie. Ogromny nacisk kładłem w tej historii właśnie na pokazanie ich stosunków. Jako ojciec, sam zastanawiam się, ile mógłbym zrobić dla swoich dzieci, czy dałbym rade zrobić coś złego dla ich dobra… i dlatego myślę, że postawa ojca jest bardzo prawdopodobna. 

Czy ojciec zrobił coś bardzo złego? Mógłbym odpowiedzieć, ale tak, jak unikałem walenia wprost w tekście, tak będę je omijał w komentarzach. :P

 

Tekst na klika się nadaje ewidentnie, a myślę, że może także powalczyć o piórko.

Fajnie by było, fakt, że piórka dostają naprawdę świetne teksty, ale zobaczymy. :)

Jak już ktoś je zgłosi, bo uzna, że jest na tyle dobre, to będę to poczytywać za sukces.

 

Dzięki za znalezienie literówki! 

 

Rrybaku, bardzo mi pochlebia Twoja opinia! Tym bardziej, że w podobnym czasie wrzuciliśmy podobnie opowiadaną historię. :)

 

Co do brzytwy Lema – wiedziałem, że takie zarzuty się pojawią, stąd taka przedmowa. :P

Widzę, że bez mrugnięcia okiem prześwietliłeś wszystkie moje inspiracje, chociaż w sumie są one tak mocno wplecione w tekst, że od razu nasuwa się porównanie elfy=Indianie. W zasadzie dziwi mnie, czemu tak rzadko (rzadko? może wcale nie) w literaturze taka paralela się pojawia. 

Na swoją obronę mam te fragmenty, w których Matka jest przedstawiana jako bogini, oraz – przede wszystkim – ostatni fragment, gdzie narrator trafia do świata-lasu bez bólu, bez chorób, bez zimy, gdzie spotyka wszystkich. Nawet matkę, która “odeszła” dawno temu. Nie powiedziane jest wprost, że to świat pozagrobowy – bo takie walenie wprost nie pasowałoby do tego tekstu – ale zasugerowane jest to mocno. 

Witam pierwszego czytacza. :)

 

Fajna historia. Naprawdę. Mocno melancholijna, a ja takie lubię czasem poczytać. Poruszasz w niej też ważny dla mnie temat: czy bycie dobrym jest wystarczające by osiągnąć zbawienie, kiedy neguje się, lub nawet nienawidzi, bogów. A to rodzi pytanie, czy bogowie są hipokrytami, łasymi na uwielbienie wiernych i nakazującymi im być dobrymi, ale karzącymi tych, którzy są dobrzy, lecz nie oddają im czci.

W zasadzie on bogów wcale nie-nienawidzi, właściwie to, co się dzieje, jest ukryte gdzieś między wierszami. Narrator nie mówi o tym wprost, wręcz w ogóle o tym nie mówi, bo raz – jest dzieckiem, a dwa – nie przyjmuje do siebie tego, że jego ojciec mógłby zrobić coś złego.

 

To “z” przed dymu, chyba niepotrzebne.

Fakt.

 

To tylko sugestia, ale przemyśl jak brzmiałoby zastąpienie pogrubionego: była całym światem.

Tak, to by była bardziej poprawne… ale zastanowiłem się, jakby to powiedziało dziecko i przyjąłem taki wariant, jaki wpisałem.

 

Coś mi tutaj zgrzyta. Chodzi mi o “dostrzeganie”. IMO trzeba by to nieco przebudować, ale nie będę się upierał, bo to może tylko moje widzimisię.

Nad tym musze pogłówkować… no nic, zobaczymy, co przyniosą kolejne komentarze. :)

Nie czytałem pierwszej części, ale wrzucę ją do kolejki, bo to opowiadanie bardzo mi się podobało i szczerze mnie rozbawiło. Frajda z czytania niesamowita! Aż zacząłem rozmyślać nad specyfiką piórek, bo dostają je zazwyczaj teksty ambitne, a jeśli nawet nie ambitne, to pisane na serio, a przecież i pół-serio można stworzyć coś świetnego! 

Żarty bardzo w moim guście, fajne słowotwórstwo, a to z informatykami to po prostu złoto. 

Produkcja niemechanicznych zabawek została zakończona kilkanaście lat temu

Ciężko sobie wyobrazić, by ktoś, mówiąc sam do siebie, wypowiedział tę kwestię. Włożyłbym ja w usta narratora, nawet gdzieś kilka akapitów dalej, jako takie wtrącenie mimochodem. 

 

– Capellio, posłuchaj mnie uważnie. Musisz zrozumieć jedną rzecz…– Zrobił pauzę dla podkreślenia ważności swojej wypowiedzi. – Nie wolno mówić prawdy

– Niby dlaczego? – Capellia zmarszczyła brwi

[…]

– Bo nikt jej nie lubi.

Dobra, już samo to powinno posłać ten tekst do biblioteki. 

Takiej zmiany się nie spodziewałem, do tego podałaś to w świetny sposób. Ale to było dobre!

 

Szła wzdłuż wybrzeża, mijając wypoczywających turystów. Kilkuletnia dziewczynka bawiła się mechanicznym psem, który merdał ogonem i wydawał dźwięki podobne do szczekania, podczas gdy jej mama zlecała przelew na rzecz schroniska dla zwierząt. Wysoka blondynka lajkowała w mediach społecznościowych kolejną akcję przeciwko zanieczyszczaniu środowiska, jednocześnie wyrzucając za siebie pustą puszkę po pepsi.

Bardzo wszechwiedzący ten narrator. A Pepsi z wielkiej. :)

 

Opuściła zdrętwiałe ręce. Z opuszki palca spłynęła krew.

Czy ona już się zmieniła w prawdziwą dziewczynkę? Bo jeśli nie, to ta krew jest nie na miejscu.

 

 

Ciekawa zamiana, sam w życiu bym n ania nie wpadł. Świetny pomysł z zastąpienia kłamstwa – prawdą. Doceniam też koncepcję obłudnego świata, choć, moim zdaniem, zbyt dobitnie to podkreślasz. 

Pewne fragmenty można byłoby skrócić, niektóre zupełnie wyciąć. Np. ten o VeroMondo < wizyta w parku zupełnie nic nie przyniosła, poza wprowadzeniem tego urządzenia, a samo urządzenie pojawiło się jeszcze tylko raz, na koniec – już o wiele większe znaczenie miał tablet i to on mógł posłużyć jako zwieńczenie tej historii. 

Zakończenia trochę nie zrozumiałem. Czyżby drogi Capelii i Sartanii się rozeszły?

 

Ogólnie rzecz biorąc dobry tekst, więc polecam do biblioteki. 

 

 

Akurat w momencie, w którym  pierwszy lądownik – z tobą, mamą, mną jako pilotem i kilkunastoma tysiącami osiedleńców wchodził w górne warstwy atmosfery planety – celu naszej wieloletniej podróży.

Przeredagowałbym to zdanie, bo użyte w ten sposób półpauzy wprowadzają zamieszanie. Proponuję:

Akurat w momencie, w którym  pierwszy lądownik – z tobą, mamą, mną jako pilotem i kilkunastoma tysiącami osiedleńców – wchodził w górne warstwy atmosfery planety, będącej celem naszej wieloletniej podróży.

 

Dwukilometrowy międzygwiezdny korab, zawierający wszystko, co potrzebne, by zapoczątkować na tej niepozornej planetce, kilkaset lat świetlnych od Sol, zupełnie nową cywilizację, właśnie wyłączył tranzytową osłonę siłową, ale jeszcze nie włączył lokalnej, orbitalnej.

Tu z kolei oddzieliłbym półpauzami zaznaczony fragment (wiem, narzekam).

 

W przyrodzie nic nie ginie, znasz to powiedzenie?

Skąd miałaby znać? Jest z ojcem od małego na obcej planecie. 

 

Bo po co brałby zwłoki jednej z ofiar i trzymał je przy sobie, zamiast pochować, jak resztę?

To “jednej z ofiar” trochę takie… sztywne. I chyba niepotrzebne. 

 

 

…dobra, pierwszy raz do długiego czasu dorwałem się do komputera, stąd ta łapanka. 

 

Dobre opowiadanie. Prowadzisz narrację nieśpiesznie, pozwalasz sobie na snucie tej historii i mnie ot kupiło, złapałem rytm tej historii i byłem tam z Tobą. To mi się podobało i wcale nie dlatego, że, całkowitym przypadkiem, pracuję właśnie nad podobnie opowiadanym tekstem.

Przyznam, że w pewnym momencie – przy zdmuchiwaniu świeczek – nabrałem sporych podejrzeń, czy aby ta córeczka w ogóle istnieje, czy nie jest wytworem wyobraźni narratora (bo w końcu które dziecko nie chce zdmuchnąć świeczek?) i spodziewałem się twistu… a ty zrobiłeś jeszcze lepszy twist!

To połączenie sci-fi ze zjawiskami paranormalnymi bardzo mi się spodobało, a epilog przy okazji świetnie podsumowuję “racjonalną” postawę, która odrzuca wszystko to, czego racjonalnie nie da się wyjaśnić. Przez chwilę myślałem, że to będzie opowieść o dorastaniu i rozpadzie więzi między córką a opuszczonym przez nią ojcem, a ta puenta mnie zaskoczyła.

 

Widzę, że opowiadanie wywołało długą dyskusję, więc pozwoliłem sobie jej nie czytać. :)

 

Pozdrawiam! 

Hej Basent! 

Dzięki za opinię i cieszy mnie Twój pozytywny odbiór. :) 

 

Co do uwag (pozwól, że bez cytowania, bo z urzadzenia mobilnego piszę) :

 Koronkę też można odmawiać na paciorkach, służą di tego specjalne… koronki, czyli taki różaniec do koronki. :P Są też koronki różańcowe, które odmawiać można na różańcu. 

A koronki czy różańce są różne, mogą być też kolorowe (moja babcia miała kiedyś kolorowy różaniec). 

 

Głazy… hmm, to słowo najlepiej mi pasowało, ale może powinienem poszukać lepszego. Miałem na myśli fragmenty samej kopuły. 

 

Literoweczka poprawiona. :) 

 

Bóg występuje tu raczej tytularnie, by podkreślić, że chodzi o Boga, a nie jakiegoś tam boga. 

 

Pozdrawiam! 

Dzięki rrybaku za wizytę. :)

 

Absolutnie rewelacyjny jak dla mnie finał i ostatnie zdanie. Chciałbym tak umieć budować finały moich opowiadań. Gratulacje . Szczere.

Ktoś to zauważył! Bardzo mi to schlebia. 

 

Samo opowiadanie niestety wydaje mi się trochę nierówne. Ma fragmenty naprawdę świetne, ale są i nieco słabsze, np. wizyta Archanioła Michała u Jah, ta oznaczona rzymską II.

Zacząłem się w tym momencie nieco zawieszać, choć sam ten fragment był niezbędny z punktu widzenia kompozycji i akcji – mógłby być znacznie krótszy. Z korzyścią dla całości.

MTF wyżej wyraził podobny pogląd, acz wskazał zupełnie inny fragment, więc nie wiem ile w tym preferencji. Niemniej rozumiem, co mas zna myśli, bo też różne fragmenty pisało mi się inaczej. Fragment II jest o tyle specyficzny, że relatywnie krótki tekst miał zawrzeć w sobie i element spotkania Michała i Ewy, i spotkanie Michała i Jezusa < własnie po to, by maksymalnie skoncentrować treść. Czy mógłby być krótszy? Jak najbardziej! Ale kilka razy słyszałem, że w moich opowiadaniach nie wiadomo do końca o co chodzi, więc chciałem tu nie pozostawić wątpliwości. 

 

Co do samego tematu – kolejne dziś przeczytane przeze mnie opowiadanie ontologiczno – religijne w istocie. Z ewidentną herezją ;D. Co wskazuje na to, jak ważny dla nas Europejczyków i Polaków jest nadal nasz, jak to ładnie mówią – judeochrześcijański kulturowy fundament. Bo – też mówią – można być wierzącym, ateistą, deistą i… antydeistą. Czyli nie wierzyć, ale w tego KONKRETNEGO Boga :). Niejako Mu na zlość :).

W pełni się zgadzam. 

“Judeochrześcijańskość” przebija w wielu aspektach, nawet tam, gdzie się jej nie spodziewamy. 

Fajnie się czytało, podobał mi się ten klimat jak z Indiany Jonesa, a przede wszystkim muszę powiedzieć, że pięknie budujesz zdania i prowadzisz narrację. Fabuła jednak nieco już ograna, do tego te fragmenty rapowane wydają mi się doklejone na siłę… albo inaczej: bez nich tekst nic by nie stracił. Może nawet by zyskał. 

To by było ciekawe. W kolejnym odcinku Nieumarły Wołodyjowski vs. Azja wodny mag. xD

 

Widać, że się setnie bawiłaś, bo tekst ma taką płynność, że aż niesie ze sobą czytelnika.

Czyli to wszystko efekt kłótni małżeńskiej? :)

Dzieci zawsze cierpią, jak się rodzice kłócą. :P

 

Sprawności w opowiadaniu nie można Ci odmówić, więc daruję sobie marnowanie zasobów serwera na pochwały.

:)

 

Trochę mi zazgrzytało terminologiczne wrzucanie prędkości światła, galaktyk i czasoprzestrzeni do tej swoistej baśni. Nie pamiętam tytułu, ale czytałem kiedyś opowiadanie, w którym kosmonauta (chya) natrafił w przestrzeni na Boga mieszającego “słonecznicę”. Tam złączenie języka przypowieści i języka futurystyki wyszło świetnie. Może ktoś z tu obecnych pamięta co to mogło być?

Przyłączam się do pytania, chętnie porównam.

Co do mojego pomysłu i odczuwanych przez Ciebie zgrzytów, zastanawiałem się, czy wprowadzenie terminów fizycznych będzie wyglądało dobre i ostatecznie się na nie zdecydowałem z dwóch powodów.

Po pierwsze: chciałem odrzeć bogów z magicznej/mistycznej otoczki (jak wspomniane gotowanie słonecznicy, ale brzmi fajnie, nie powiem, że nie :P) i pokazać ich działania w kontekście zjawisk fizycznych.

Po drugie: zastanawiałem się, a w sumie zastanawiam się od dłuższego czasu, jak wyglądałaby Biblia, szczególnie opis stworzenia (i Apokalipsa) spisana współczesnym językiem, przy użyciu współczesnych pojęć. 

Ale to jest fajnie napisane!

Bardzo mi się podobało, niektóre fragmenty, zwłaszcza na początku, jakby żywcem wyciągnięte z Sienkiewicza i to idealnie zbudowało klimat. Kilka pierwszych zdań i już mi w głowie grało “W stepie szerokim…”. 

Trudno mi ocenić to opowiadanie bez wpływów sentymentu do Wołodyjowskiego, ale kurczę, przecież o to chodzi w wykorzystywaniu oryginału, by czytelnik już postaci znał i wiązał już z nimi pewne emocje. Nie wiem, jakby tekst wypadł, gdyby to nie była historia Wołodyjowskiego i Kmicica, ale sądzę, że tak napisany, nadal byłby bardzo dobry.

Tylko pułkownika szkoda.

Bosman, masz rację, że tekst mógłby być dłuższy, a co do twistu, to zgodze się tak samo, jak z poprzednikami, choć w tym wypadku nie miałem zamiaru zaskakiwać, a raczej pokazać obraz świata odwróconego o 180 stopni. :)

Pozdrawiam

Olciatka, przede wszystkim dzięki za opinię i przeczytanie większości moich opowiadań. :) 

Bardzo miłe słowa napisałaś o tej zamianie, może poszczęści mi się w konkursie. 

Yekst już trafił do biblioteki, ale i tak dzięki. :) 

Katia, dzięki za opinię i klika. :) 

Kolejna osoba stwierdza, że to odważny pomysł, a obawiałem się, że teraz takie przeróbki są bardzo typowe. Uff :) 

Zacznę od tego, że pomysł całkiem ciekawy. Najwięcej problemu z tym konkursem miałem z samym znalezieniem pomysłu na zamianę, przerobiłem w myślach najpierw wszystkie klasyczne/disneyowskie historie, ale nie potrafiłem znaleźć oryginalnego spojrzenia. Tobie się udało, chciałbym taką wersję bestii zobaczyć, ale… no właśnie, nadal chciałbym. 

Dla mnie nie to nie opowiadanie, tylko streszczenie. Językowo narracja wyszła sprawnie, ale nie czułem tu napięcia, nie byłem w stanie poznać bohaterów i przejąć się ich losem, a nawet jak nie przejąć, to zainteresować się fabułą. Nie jestem zwolennikiem rozciągniętych w czasie historii, może dlatego, że za bardzo przypominają mi kroniki dziejów, a nie opowieść, w którą mogę wejść. 

Inaczej opowiedziana, twoja wersja Pięknej i Bestii na pewno by mnie oczarowala. 

oidrin, Lilith to postać nieobecna w Księdze Rodzaju, jej genezą są dwa opisy stworzenia, więc na potrzeby tej zamianki jej po prostu… nie ma. :P

Jest za to obecna w tradycji żydowskiej, jedna z interpretacji tej postaci zakłada, że Lilith zwiodła Adama pod postacią węża, więc tutaj moglibyśmy zrobić jakieś odniesienie, ale pisząc opowiadanie pominąłem tę postać. 

 

Dzięki, Finkla. :) 

Co do jabłka, to tutaj wszedłem trochę w teologię, ale nie chciałem tego wykładać w tekście. Spożycie zakazanego owocu spowodowało, że ludzie stracili więź z Bogiem (stracili stan świętości z powodu grzechu). Jezus jest za to nazywany Drugim Adamem, więc uznałem, że w podobny sposób mógłby zostać oszukany. 

Irka, wydaje mi się, że żeńska wersja Lucyfera wypadła jednak mniej diabolicznie. Przynajmniej nie chce zaciągnąć wszystkich do piekła. :P

Wiesz, w końcu jesteśmy stworzeni na ich podobieństwo, a jak w niebie tak i na ziemi. :) 

Cieszę się, że udało mi się zaskoczyć – i to nie raz! – tym bardziej, że tej Lucyny się właśnie obawiałem. 

A Michał… poza oczywiście zamierzonym komizmem tej sytuacji, po prostu sądził, że Matki pozbyli się na amen. 

 

MTF, dzięki za garść uwag. :) 

Po kolei:

Nie za bardzo komplikujesz?

Wiem, że (dla wielu) zdania wielokrotnie złożone to zło, ale właśnie próbuję to zło ujarzmić. 

Zacytowany fragment trochę skróciłem, najbardziej po to, by uniknąć powtórzenia, a trochę też dlategk, że to w końcu nie wykład o architekturze. 

 

Jesteś pewien, że żeliwo to dobry materiał na drzwi? Obstawiałbym drewniane ze stalowymi okuciami, albo drewniane obite blachą. Mogę się mylić, ale jakoś nie kojarzę żeliwnych drzwi. Ale by to musiała być mega forma, żeby zrobić z taki odlew

Słusznie. Zmieniłem na żeliwne okucia. :) 

 

Trochę zgrzyta, IMO.

Wywaliłem fragment z drugim weszła, bo w sumie zbędny. 

 

Hmmm, to anioł musiał wysłuchać opowieści księdza, by się dowiedzieć o tym, co przez ćwierć wieku działo się na Ziemi?

Wiesz, w kosmicznej perspektywie ćwierć wieku to ledwie chwilka. Mając cały wszechświat do oglądania, można przegapić jakieś tam 25lat. A nawet całą epokę, jak się spojrzy na średniowiecze (taki żarcik, średniowiecze to wcale nie takie mroczne wieki). 

 

Co zastawione? Jeśli dom to czy mógł rozpoczynać się dwie ulice dalej?

 

 Musiałem być głodny, bo zjadłem jedno słówko. 

 

Nie pogniewaj się za to, co teraz napiszę. Mam wrażenie, że pod względem stylu i zgrabności słownej czytam inne opowiadanie. Wspomniałem już wcześniej, że w mojej ocenie zbyt komplikowałeś zdania. A tu dosłownie przepłynąłem przez tekst, nie zatrzymując się. Piękny fragment.

 

A dlaczego miałbym się pogniewać? To też mój ulubiony fragment. 

 

 Wracamy do skomplikowanych konstrukcji. Przypominam w tym miejscu, że przedstawiane opinie są głosem czytelnika (sztuk: jeden) o określonych preferencjach.

Patrz punkt pierwszy. :) 

 

Gdyby władca piekieł był kobietą… hmmm. A może jest. :-) Wszak te wszystkie księgi spisywali faceci i to w kulturze uznającej kobietę za podległą sobie…

Właśnie! We wielu mitologiach występują pary stwórców, pierwiastek kobiecy i męski, judeochrzescijanstwo jest tutaj bardzo szowinistyczne. Szczególnie, że, jeśli czytać słowo w słowo opis stworzenia, to nie do końca wiadomo, czy w ogóle kobieta posiada duszę!

 

Udane opko. Odnieś się proszę do moich uwag i poklikamy.

Czyżbym kiedyś zostawił Cię bez odpowiedzi? Jeśli tak, to przepraszam! 

 

 

 

Świetny tekst, wciągnął mnie bez reszty. 

Podobało mi się połączenie magii i technologii, podobał mi się sposób, w jaki pokazałeś używanie magii, nawet jeśli część rzeczy była trudna do wyobrażenia, jak miałaby dokładnie wyglądać. 

I fabuła, i sposób w jaki ją poprowadziłeś, wzbudzała zainteresowanie od pierwszych zdań.

Jeśli miałbym przy czymś po marudzić, to przy niewidzialnosci – troche banalna rzecz, jak na tak niebanalny świat. Nie wiem też dokładnie, czy magia jest w nim wszechobecna, czy korzystają z niej wybrani, jak w takim Harrym Potterze i wszystko dzieje się w "normalnym" świecie. Wyobrażałem sobie tę drugą opcję. 

Pomysł godzien jeszcze dłuższego tekstu, może nawet całej serii. 

 

Przychodzi mi dać klika. :) 

 

P. S. Jakiej historii to była Zamiana? Niestety, nie zorientowałem się. 

Sypialnia jest w jako-takim stanie, coś się rozlało na dywanie.

Dobry flow

 

Eee… jak na opowiadanie o rapie, to bardzo mało w nim rapu i całej otoczki kultury hiphopowej. Nie ma tu slangu, nie ma tu lansu, nie ma tu jojczenia na ciężkie dzieciństwo ani szastania zielonymi (do wyboru wersja polska i amerykańska), samego rapu też tu nie ma. Można byłoby podstawić pod Tupaca… kogokolwiek sławnego, choćby Michaela Jacksona. 

Fabuła sama w sobie bardziej jal zaczątek jakiejś historii, niż sama historia, a tytuł był taki obiecujący. 

Taktyczny komentarz. 

 

P. S. ND, szykuj się. xD

Interesująca zamiana. 

Z początku nie do końca wiadomo, jaką ubraną w nowe szaty historię obserwujemy, ale to dobrze, tekst ma szansę zainteresować swoją treścią, a nie odniesieniem do oryginału. Później już wszystko wiadomo, ale oluz za to, że nie uprawiasz łopatologii, tylko opowiadasz historię, ufając czytelnikowi, że zna oryginał i sam połączy kropki. 

Sam pomysł na zamianę osobliwy, przyznam, że nie pomyślałbym o tego typu działalności, ale dzięki zakończeniu udało Ci się uczynić z biznesu Madame element mocno związany z fabułą. Samo zakończenie… dobrze, że taki przyjąłeś scenariusz. ;)

Może nie zauważyłem fajerwerków, ale wyszedł ci kawał porządnego opowiadania. 

I jeszcze wspomnę, że świetny tytuł. Przyciąga uwagę. 

Masz wybitny talent do kreowania ciekawych, niebanalnych światów. Przy okazji – wrócisz do tego z Granic…? Bo tamten miał w sobie to coś, co podobałoby mi się w dłuższej, nielimitowanej formie

…bo się zarumienię. :P

Lubię swoje światy i lubię tworzyć nowe i do wielu z nich chciałbym wrócić, a świat z Granicy jest jednym z takich. Już kilka razy naeet się przymierzałem, by napisać kontynuację tego czy innego tekstu, albo wykorzystać uniwersum, ale na razie atakują mnie nowe pomysły. 

 

Co do reszty teksty – zgodzę się z Finklą, że tej intrydze brakuje czegoś. Zapytasz, czego konkretnie? Hmm, jakiegoś bardziej niespodziewanego plot twistu może, bardziej wyrazistych bohaterów – tak rzucam, chociaż nie jestem całkiem pewna, ale chciałabym rzucić sensowną sugestię 

Myślę, że trafiłaś w punk. To jest z tym twistem. 

Plan pierwotny zakładał, by pokazać Hannego w rozmowie ze swoim przeciwnikiem politycznym, a potem akcja przeszłaby do getta, gdzie Levik spotyka się z przywódcą odseparowanych i akcja toczy się jak powyżej, ale w szpitalu okazuje się, że tym przywódcą był sam Hanne, w innym ciele, który manipulował mniejszościąi celowo spowodował konflikt.

Uznałem jednak, że chciałbym zaprezentować jeszcze kilka innych elementów, przez co twist wyszedł mniej spektakularny, bo bardziej prawdopodobny. 

 

Z rzeczy bardziej językowych są tu strasznie długie zdanie, z których niektóre mnie zatrzymały. Są też takie zbudowane tak świetnie, że długość nie przeszkadza w ich odbiorze

Tak, bawiłem się przy tyk tekście długimi zdaniami, spodobało mi się takie pisanie. Z podanych przykładów mnie bardziej podoba się zdanie nr 1. Co zrobić… 

Cześć Finklo! 

Cieszę się, że światotwórstwo przypadło do gustu, bo właśnie miałem wątpliwości, czy będzie przypadać do gustu. 

Co do fabuły, intryga jest podła i przyziemna i kierowana najpodlejszymi i najprzyziemniejszymi motywami, do tego wychodzi na to, że nawet na idealistę można znaleźć haka, by go przenicować, by się sprzedał i zdradził swoje ideały, a ludzie bardzo szybko chwytają się haseł pełnych nienawiści… w sumie niewiele tu wymyśliłem, wziąłem to, co dzieje się teraz w naszym kraju, zamieniłem obozy miejscami, dorzuciłem fantastycznej otoczki. 

Witam pierwszą czytelniczkę i kłaniam się nisko!

 

Dzięki za uwagi. Słusznie, że też tego nie zauważyłem. Papieżyca poddawala pod dyskusję, poddawala krytyce, a w końcu stanęło na wątpliwość, ale jedno d zapomniało wyskoczyć z szeregu. 

Drugi potworek to też efekt zmian do zmian. Już poprawiłem. :) 

 

Akapit wydał się dziwny – i dobrze. Jednym w głównych wątków jest sprowadzenie życia do roli produktu, a z tego wyszła dziwność. Jest też zawoalowane wskazanie z jakich środowisk wyrosła ta cywilizacja, ale jak widzę, nie rzuca się to w oczy, więc jest dobrze. 

 

Pozdrawiam również 

Suweren, bardzo mi miło, że uwagi okazały się przydatne. 

Wrzucony tekst możesz edytować dowolną ilość razy, więc jeśli planujesz jakieś zmiany – śmiało! Im wcześniej, tym lepiej, bo kolejni czytelnicy będą widzieć już zaktualizowaną wersję. 

 

Polecam też komentować opowiadania innych. :) 

Trzech najemników – Blady, Wilk i Łysy – siedziało na swych stałych miejscach przy zabrudzonym stole w rogu zadymionej karczmy.

Niepotrzebnie ich przedstawiasz. Lepiej zrobić przy okazji dialogów. Jeszcze lepiej, jakbyś wyjawił wtedy, dlaczego mają takie a nie inne przydomki, powstałaby z tego fajna narracja. 

 

Poza tym nie miał przywdziane nic

Dziwnie to brzmi. Może: Nie przywdział niczego więcej? 

 

Hmm, szorciak jest poprawnie skonstruowany, dobrze napisany, błędy jeśli są, to nie rzucają się w oczy, klimat takiej rpg'owej sesji czy wzorowanego na d&d fantasy oddany. Jest nawet syn Conana i Geralta z Rivii (ciekawe, kto w tym związku był kobietą), czyli wszystko jest. Tylko nie wiem, czy to wszystko, to aby nie za mało… 

Puenta boleśnie oczywista, może stąd moje wątpliwości. Twistu też nie było, ale nie jest to warunek konieczny. Nie mniej jednak brakuje mi tu takiej kropki nad i. 

… ale nad tym niech się głowią inni, szczególnie ostatni kliker. Ja daję pierwszego klika i zobaczmy, jak to się rozwinie. :) 

O raju! 

 

Dobrze wyszedł zabieg z niechronologicznym przedstawieniem wydarzeń. 

Fabuła w sam raz na szorciak, w dodatku naszpikowana odniesieniami, czyli podobała mi się bardzo. 

Sugestywnie dobrane pseudonimy postaci, zręcznie wpleciony cytat z ukrzyżowania, pomysłowe nawiązanie do ran Chrystusa. 

 

O ile rozumiem, Kozioł jest tutaj przeinaczeniem ofiary Chrystusa (czy w ogóle ofiary Bogu, biorąc pod uwagę miejsce akcji), a może wręcz Antychrystem? 

Ciekawi mnie, co rzeczywiście Kozioł Zastał w swoim raju, bo wydaje mi się, że został oszukany. 

 

Za to muszę przyczepić się do wstawek muzycznych. Ok, kreacja postaci, ale na tak krótki tekst, to wg mnie zbyt wiele znaków poświęciłeś na te nawiazania, tym bardziej, że fabularnie nie były kluczowe. 

Niemniej jednak to tylko drobny mankament, tekst powinien być już dawno w Bibliotece, więc spieszę go zgłosić. 

A czasem nawet Wiktoria

Dobór imienia nieprzypadkowy? :P

 

Szybko poszło! Opowiadanie dosyć ciekawe, sprawnie napisane i pomysłowo łączące szkocką legendę ze sci-fi. Może nie powiedziałbym, że to cyberpunk, brakowało mi trochę tego brudu kontrastującego z pogactwem elit i wszechogarniającej technologii, ale nie będę skupiać się na szufladkowaniu. Trochę mi zabrakło oryginalności, tekst raczej typowy i typowe ujęcie tematu. 

Zakończenie ciut przewidywalne, ale tylko ciut, bo myślałem, że to on ją, a nie ona jego. 

 

Co więcej? 

Ze wszystkich twoich tekstów, które czytałem, ten niestety podoba mi się najmniej. 

Zabrakło tego… czegoś. Mam wrażenie, że nie bawiłaś się przy pisaniu, jak przy opowiadaniu na Kaw(f)kę, albo na Zielonogórskie. Tam popuściłas wodze fantazji, tutaj chyba trochę obawiałaś się opuścić strefę komfortu. 

…oczywiście taka opinia jest spowodowana tym, że wysoko ustawiłaś sobie poprzeczkę. :) 

W części 17 jest właśnie taki opis. Przed tym jak bohater wjeżdża na drogę prowadzącą do chaty. 

 

To było tam wcześniej? :O

Chyba doświadczyłem efektu Mandeli. 

Na początek wyrażę swoje ubolewanie, że nie dane jest mi się spastwić nad tekstem w komentarzu, a specjalnie wybrałem takie fragmenty, których nie wybrała Reg… niestety komentarz pisałem na telefonie i go wcięło. :(

Powiem więc tylko, że warto przejrzeć opowiadanie pod kątem brakujących przecinków, zbędnych zaimków i powtórzeń, ale znowuż nie ma tego aż tak wiele do poprawy. 

Kilka zdań mi zgrzytało, niestety, już ich teraz nie przytoczę, więc czekaj na innego nadgorliwca. :)

 

Co do samego opowiadania…

Przyznaję, że gdyby nie polecajka Reg na krzykpudle, to bym po nie nie sięgnął. Nie dlatego, że jest kiepskie, nie, nie, jest dobre, ale tytuł nie zachęta do lektury. Rozważyłbym zmianę. “Portfel” brzmi nijako, tytuł nie zapada w pamięć, do tego jednowyrazowe tytuły nie są dobrym pomysłem.

W końcu jednak, okrężną droga, ale zawsze, tu trafiłem i przyznaję, że była to bardzo przyjemna w odbiorze lektura! Prawie 45tys. znaków, niby przez większość czasu nic się nie dzieje, obserwujemy tylko scenę z kiepskiego życia bohatera, a przeleciałem przez tekst bez ani chwili znużenia. To zasługa stylu, świetnie to opowiedziałeś i choć miejscami wydawało mi się, że ozdabiasz aż za bardzo (nie wszędzie muszą pojawiać się przymiotniki :)), to mój odbiór jest zdecydowanie pozytywny.

Kiedy bohater trafił do domu Antoniego, to już wiedziałem, że będzie się działo. I się nie zawiodłem. Może bardziej zaakcentowałbym ten związek między bólem głowy bohatera i jego odpornością na leki (bo w końcu bierze ich sporo), ale to tylko takie marudzenie.

Co do samego zakończenia: jeśli wokół były inne domy, a nawet posterunek nieopodal, to opisałbym okolice o wiele wcześniej, w momencie, kiedy bohater jedzie samochodem. W tamtym fragmencie opis pozwalał sądzić, że trafił na pustkowie, a tutaj w parę chwil, pieszo, podczas zawiei, dociera do posterunku (i on wie, że tam jest ten posterunek!). Wydaje mi się to przyklejone trochę na siłę, a gdybyś tylko wcześniej o tym wspomniał (a jeszcze jakby bohater chociaż raz pomyślał o tym, że w pobliżu jest posterunek) to wyszłoby zgrabnie. 

Przyznaję, że bardzo mu kibicowałem i koniec mnie przytłoczył, chociaż spodziewałem się tego. Happy End by nie pasował – to znaczy może i by pasował, ale byś musiał poświęcić dodatkowe ileś tysięcy znaków na zamknięcie wątków. Stąd moje podejrzenie takiego a nie innego twistu. 

Podsumowując: udany tekst!

 

Pozdrawiam

Hej! Opowiadanie zebrało bardzo dobre recenzje i bez wątpienia zasłużone, ponieważ temat (anoreksja?) poruszony niebanalnie i bardzo obrazowo, chociaż… mężczyzna w opowiadaniu jest mi zbędny. Według mnie lepszy miałoby wydźwięk, jakby to dziewczyna sama sobie mówiła, że jest zbyt niedoskonała “bo coś”. A może, żeby to odbicie do niej mówiło? Na koniec też przyłożyłbym akcent na to, że nie ważne jak byłaby chuda, to i tak choroba kazałaby jej chudnąć: czyli jakieś ostatnie zdanie, gdzie dostrzega jeszcze kilka włókien do zerwania czy coś, by uczynić te satysfakcję jedynie chwilową. Dobra, narzekam.

Temat zrealizowany nietuzinkowo, a przy tym w sposób, który porusza, choć w moim przypadku to nie było chyba najbardziej fortunne poruszenie, bo mnie dosłownie obrzydził. Nie byłem w stanie czytać opowiadania z przyjemnością i z ulgą przyjąłem jego długość, ale kurczę, to jest dopiero koncept, napisać cos o poważnym problemie, napisać to dobrze i jednocześnie tak, by czytanie wywoływało nieprzyjemne uczucie. Pasowało to do tekstu i sprawdziło się w krótkiej formie… dłuższej bym chyba nie wytrzymał. ;)

Swoją droga tekst nadawałby się na Granice Nieskończoności, szkoda, że opublikowałaś go już po konkursie.

Gratulacje dla wybranych! Kilka tekstów, które zdążyłem przeczytać, na pewno zasługuje na trafienie do ebooka, a resztę obiecuję doczytać, ale to może jak już ten ebook wyjdzie. :P

Gdy minęli rzędy niewiarygodnie wysokich palm i drzew bananowych, oczom inspektora ukazała się wioska miejscowych

Nawet nie czuję, jak rymuję. :P

Wykreśliłbym miejscowych, bo tego idzie się domyślić. 

 

– Chuja psiego!

Tu, jako stary piernik, jestem zobowiązany ponarzekać. Strasznie dużo tych przekleństw w tekście, a im ich więcej, tym bardziej tracą moc wyrazu, za to – przynajmniej mnie – kują w oczy. 

 

Bambusowa opaska i stanik z palmowych liści były jedynymi częściami garderoby, jakie miała na sobie, toteż doskonale mógł przyjrzeć się wspaniałym, naturalnym kształtom. Krągłym biodrom, wydatnym piersiom, długim, smukłym nogom. Szybko jednak otrząsnął się ze sprośnych, męskich myśli.

Wdowa, dwójka dzieci, społeczeństwo pierwotne, a tu figura idealna, piersi pełne i ani jednego rozstępu. Widać, że fantastyka. ;) 

 

– Przebadaliśmy przesłane przez ciebie próbki. Nie uwierzysz, ale to wodnik trzeciego stopnia. Nie spotkaliśmy żadnego osobnika od…

I do wysłania próbki był potrzebny najdroższy specjalista na świecie? Ten komendant to serio jakiś lebiega, skoro sam tego nie zbadał. 

 

– Nie ma sprawy. Nawet fajnie, że mogłem dla odmiany zrobić w końcu coś dobrego 

Nie pasuje mi stylizacja tej wypowiedzi. 

 

– Po prostu udawaj, że ci się podobam i takie tam. – Fua uśmiechnęła się zagadkowo. – Podkręciłem nieco czujniki i posłałem je nad ocean. Wykryły zbliżającego się do plaży stwora. I tam będziemy na niego czekać.

Podmiot się zepsuł. 

 

Ta wyspa i te wody są jałowe jeśli chodzi o inne stworzenia

Skoro o tym dobrze wiedzą, to po co w ogóle marnują siły na połów między pełniami? 

 

 

Szczerze, to niestety jak dla mnie wyszło całkiem przeciętnie. Nawet plot twist na koniec nie był zbyt zaskakujący. Fabuła podawana na tacy, trudno było się zżyć z bohaterem, albo zaintrygować jego przygodą… to znaczy: na mnie nie zadziałało. Od arbitralnych opinii trzymam się z dala. :) 

Dość typowy postapokaliotyczny klimat, ale podobało mi się nawiązanie to koncepcji zerowego wzrostu i zestawiona z nią katastrofa ekologiczna. Trochę pod koniec za bardzo rzuciłeś akcent na "granice" i "nieskończoność", poza tym szczegółem opowiadanie mi podeszło. 

 

Bardzo mroczna wizja przyszłości, a jednocześnie bardzo realne motywacje i postępowanie bohaterki. Świetnie weszłaś w rolę matki, która dla swojego dziecka zrobi wszystko. Doskonale oddałaś też problem nierówności społecznych, dyskryminacji, straconych szans. Opowiadanie jest przy tym bardzo realistyczne. Ludzka historia pełna jest aktów segregacji, wiele krajów w różnych punktach historii praktykowało lub praktykuje odbieranie dzieci matkom/rodzicom z różnych powodów. Samo wykonanie bez zarzutu. 

Marek Tulliusz Cyceron miał już siedemdziesiąt dziewięć lat

Zza grobu przemawiał? :P

Dobra, dobra, wiem, historia alternatywna, ale po przedmowie musiałem choć jedną rzecz wytknąć. Złośliwa natura daje o sobie znać. 

 

Nie mógł zauważyć, że Serwilla w tym samym momencie kreśli w powietrzu magiczny run.

Runę. 

 

Pomysł wydaje mi się ciekawy, ale, niestety, realizacja nie przypadła mi do gustu. 

Oczywiście warsztatowo ok, choć moim zdaniem stosując w tekście jako zamienne określniki wszystkie z imiona/tytuły Oktawiana Augusta, wprowadzasz pewien chaos narracyjny. Oczywiście z kontekstu, albo z wiedzy czytelnika, wiadomo, że jeden z drugi Cezar to inna osoba, ale czyni to czytanie uciążliwym. 

Zastrzeżenia mam do tego, co wspomniałeś w przedmowie, czyli nieścisłości. Rozumiem, że z założenia to była historia alternatywna, ale moim zdaniem zbyt mało w niej alternatywy, by po przeczytaniu tekstu mieć pewność, że to celowy zabieg. 

W pewnym momencie w opowiadaniu pojawia się tyle postaci, że przyznaję, że się trochę zgubiłem i musiałem wszystko sobie w głowie poukładać. 

Na wstępie pięknie stylizujesz mowę Cycerona, za to końcowy krótki monolog Brunhildy razi w oczy zbyt współczesną stylizacją. 

Ciekawe, a przede wszystkim skłaniające do myślenia. 

Nie jestem pewien, czy pochwyciłem zamysł autora – a raczej na pewno mi coś umknęło, nie za bardzo zrozumiałem okoliczności śmierci Stena. Niemniej jednak tekst poruszył moje szare komórki, dostrzegam analogię w tym, jak cywilizacja odrzuciła historię z zakończeniem, w którym po chwili żałoby Blik rozstaje się z myślą o Stenie. 

Sam pomysł na cywilizację techniczną, odrzucającą historię, dla mnie jest przekonujący. Czytałem kiedyś ile informacji ludzkość produkowała sto lat temu, a ile teraz, nie przytoczę liczb, ale dysproporcje są ogromne. Obecnie nie jest możliwe nawet posiadać całą wiedzę z wybranej przez siebie dziedziny. Może takie odrzucenie historii wydaje się z naszej perspektywy błędem, ale pomyśleć, co będzie za tysiąc, dwa tysiące, dziesięć tysięcy lat? Jak wiele informacji będziemy w stanie przetworzyć i przechować względem tych, które wytwarzamy? 

Może idę z tym za daleko, ale to tylko znak, że szort działa na wyobraźnię, a to chyba najważniejsze. 

Nie mów mi o nadrabianiu, przez jakiś czas nie zaglądałem tutaj i się zebrało tyle tekstów… 

W konstrukcji fabuły raczej nie, ale ten Przewodniczący wpatruje się w rybki i może łatwo skojarzyć się z Boltem i zmylić czytelnika. Myślę, że dodatkowy opis na początek trzeciej części mógłby spełnić zadanie. Dodałbym też coś o tym, że szczury go zainteresowały i przeniósł je na inną planetę, choć może to już by było zbyt łopatologicznie. 

Bardzo mi się podobało. 

Od razu wszedłem w klimat, podeszło mi powiązanie z wierzeniami indian, a sama granica nieskończoności przedstawiona została niebanalnie. Kilka słów też należy się stylowi, który sprawił, że po prostu popłynąłem z tekstem. 

Fajna satyra. Może fabuły nie ma tu wiele, ale haloo, tysiąc słów! Czytało się bardzo dobrze, stykldopasowany do puenty, puenta zabawna, cóż więcej powiedzieć? Fizyków pokonał chłopski rozum. 

Widzę, że pisarstwo covidowe kwitnie. Nadal mam co do tego motywu mieszane uczucia, ale w Twoim wydaniu nawiązanie mi się spodobało. Oby nas taki głód nie czekał. 

Co do sanego opowiadania, jest dobrze napisane, może jeden przecinek zgubiony i przy drzwiach i szczurach zaszwankował podmiot domyślny, ale nie popsuło to moich ogólnych wrażeń. Lubię zagadki a dla mnie zakończenie tego opka było zagadką… i niestety poległem przy niej. 

Trwając przy swoim zmieniłem początek trzeciej części, chcąc zasugerować, że Bolt wcześniejszą scenę obserwował “z góry”. Że to on stoi za zorganizowaniem się i atakiem szczurów, które zniszczą ludzkość. Planeta stracona. Przenosi się więc z tym mikroskopem w inną część wszechświata i kontynuuje pracę nad ewolucją szczura. Ma nadzieję, że tym razem eksperyment się powiedzie.

Nie wywnioskowałem tego z tekstu, a to świetny motyw. 

 

 

Miałem na myśli nie tylko opisy miejsc, ale zdarzeń i przeżyć.

…a pod poporzednim Twoim tekstem marudziłem, że zbyt obszerny. Maruda ze mnie, weź tu traf. 

 

Ten tekst zdecydowanie zasługuje na dakszy ciąg, ale nie o ojcu, o Jasku i Małgosi i Babie Jadze zza zasłony. :P

Nie wiem, czy to wystarczające na retelling, raczej na wstęp do bardzo oryginalnego retellingu, ale i tak mi się podobało. Czyżbym zauważył inspirację coboldowym awatarem? :P

Dobry tekst, choć czuć trochę, że tu i ówdzie narracja została przycięta, a wiem, że umiesz tworzyć bardzo rozbudowane opisy. Może ciut zbyt często narrator wspomina, o tym, że to Zasłona i że to zakazane – te słowa można było przeznaczyć na coś innego. 

Mimo to, tekst mnie oczarował, chciałbym dowiedzieć się więcej o tym, co spotkało Hansa i Gretę, chyba przez wykorzystanie tych imion nie mogę pozbyć się wrażenia, że to wstęp do jakiejś magicznej historii. :)

Z tym gipsem to zależy, jak ten tekst odebrać, bo to, że ludzie nie zauważają problemu, albo nauczyli się go obchodzić (co w sumie jest bardziej popularną strategią obecnie, niż problem rozwiązywać), nie oznacza, że problemu nie ma. :P

pikaczu, miło mi :)

 

kasjo, kurde, to wyszło humorystycznie? xD chyba, że to z powodu groteski, to w sumie… coś może w tym być. 

 

Kameleon, nie wiem skąd pomysł, by smok ujeżdżał konia i odwrotnie, ale nie wnikam. :P

Czy pokręcone… owszem, jak najbardziej, jeszcze jak! W końcu mamy smoki i konie w kosmosie. 

 

thargone, motywy biblijno-religijne są bardzo popularne, a ja cierpię na przypadłość bycia ich wielkim miłośnikiem, co niestety bardzo często przekłada się na moje pisanie. Tak, poszedłem trochę na skróty, bo nie musiałem kreować postaci od podstaw, ale doskonale rozumiesz, dlaczego. :)

 

grzelulukas, nie oczekiwałem, że ktoś do tego szorta będzie wracał pamięcią, nie ma w nim wielkich dramatycznych przeżyć, jest za to rozmach w kreacji świata – bardziej miałem na celu, by ktoś na chwilkę przystanął między akapitami i wyobraził sobie właśnie takie uniwersum. A nóź widelec kogoś ta wizja zafascynuje, bo za mną taki obrazek chodził i chodził i chodził długi czas. 

Nevaz, dzięki za odwiedziny. 

Co do mitologicznej wstawki, myślę, że masz sporo racji. Mnie też się wydaje, że niektóre historie miałyby większy wydźwięk bez elementu fantastycznego, ale co założenia konkursowe, to założenia konkursowe – za to dzięki temu opowiadanie nie jest tylko wojennym tragicznym romansem. :)

 

fizyk111, cóż, w książkach, filmach, serialach, grach czy gdzie tam jeszcze, bohaterowie często i gęsto słuchają radia, albo oglądają wiadomości, albo przeszukują internet, by zdobyć informacje – to część życia przecież. Czy traktować to jako infodump? W niektórych przypadkach może tak, ale tutaj zasłyszana informacja jest ograniczona do minimum, a do tego motywuje tłum do podjęcia konkretnych działań. 

Okej, trochę spóźniony, ale szykuję odpowiedź. 

 

Opowiadanie jest napisane ładnym językiem i jest tu garść interesujących pomysłów.

:)

 

Niestety, jest również parę elementów, które nie pozwoliły mi osiągnąć pełni przyjemności:

:(

 

1) nadmiar nazw własnych – wprowadzał zamieszanie, przytłaczał i ucinał immersję subtelnością prawego sierpowego o szóstej rano

Widzisz, jedni lubią, inni nie lubią.

Pamiętam, że jak brałem się za “Inne Pieśni” Dukaja, to po dwóch stronach odrzuciłem – a jak podszedłem do nich po kilku latach, po części z większą wiedza, po części z większa ciekawością, zrobiło to na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

Moja babcia mawiała w takich sytuacjach: jedni lubią jak im cyganie grają, inni jak im nogi śmierdzą.:P

 

2) brak haczyka – początek czytało mi się jak po grudzie, trzy dni zaczynałam tekst i odpadałam po kilku akapitach. Nie zadajesz żadnych pytań, nie informujesz nas, czemu mamy kibicować (szczerze mówiąc, do tej pory nie jestem pewna, czy Falguni to funkcja, rola, rasa, gatunek czy imię), a jedynie przytłaczasz rozbudowanym, pozbawionym wyjaśnień światotwórstwem

Wut can i say… myślałem, że notka na początek, plus Pani Nocy, plus klimat będzie dostatecznym haczykiem. Rozumiem, że przynęta była za słaba. 

A Falguni to typowo hinduskie imię. :)

 

worek wielokropków ci się rozsypał – wybacz, jestem zagorzałą hejterką wielokropków, ich nadmiar wywołuje we mnie fleszbaki madkowych postów na grupach miejskich na facebooku

No, wielokropki, wracać do wora!

 

4) za dużo infodumpów nienaturalnie wplecionych w tekst (legenda, wspomnienia, rozmowa z "lekarzem"); w ogóle nie czułam zaangażowania w historię

Tego się trochę obawiałem. Pomysł, by przedstawić legendę opowiadaną w opowiadaniu jest infodumpny, a tym bardziej pomysł, by przedstawić legendę i prawdę, jaka się za nią kryje… nie mam tu linii obrony. :<

 

Najgorszy chyba jednak problem, jaki mam z tym tekstem, to taki, że nie jestem do końca pewna, ile z niego zrozumiałam. Na pewno nie zrozumiałam wszystkiego, bo nie załapałam powiązania banerów reklamowych z historią R., ani kim ostatecznie była królowa Śpiących. To też sprawiło, że opowiadanie skończyłam z rozczarowaniem.

Tekst dość głęboko wchodzi w hinduską perspektywę – a ta jest pełna iluzji, nie zero-jedynkowa i trochę zawiła. Samo imię “Maja” oznacza dosłownie “cos, czego nie ma”, czyli iluzje właśnie. 

Wydawało mi się, że połączenie haseł z historią Rishita jest widoczne, ale może rozmyło się, kiedy przebudowywałem ten fragment tekstu. Fragmenty opisują przeszłość. Różne punkty zwrotne w historii, związane z nowa technologią, manipulacją genami itp. która doprowadziła do wyhodowania dziecka (Rishita) mającego nadnaturalne moce. Z grubsza to.

Samego tekstu tj. kim jest Maja, to oznaczało zakończenie nie chciałbym tłumaczyć. 

 

To jest niejako twój wstęp. Czy naprawdę chcesz witać czytelnika czymś takim? Ten opis nie jest ciekawy, fajny ani seksowny. “Koszula za mała o rozmiar” to w ogóle koszmarek, bo nie działa na wyobraźnię czytelnika. Geki, czytałam twoje teksty. Stać cię na więcej. O wiele więcej. Haczykuj – i to haczykuj ostro

Wstęp jest troszkę dłuższy, w kolejnych linijkach buduję klimat. W tym fragmencie rzeczywiście haczyka nie ma. 

 

 

Czasownik “czynić” to pusty koszmar – podobnie jak być czy robić.

Oklepanych porównań też nie lubimy – wyświechtane frazy są dla mózgu przezroczyste. Unikaj ich jak mój podopieczny prysznica.

Będę pamiętał. :)

 

Za dużo krótkich fragmentów w jednym zdaniu, zaburzona dynamika, irytacja czytelnika.

Fakt, rytm trochę siadł.

 

Tu słowem kluczem będzie (niespodzianka): wyszeptał.

<biję się dłonią w czoło>

 

Po co to? 

Hmmm… zlewała się z ciemnością, tylko oczy i żeby były widoczne

 

No, podsumowując, było ładnie, masz niezły skill, ale wiem, że stać cię na więcej. Powodzenia :)

I’ll be back! 

 

Przeczytane, zgłoszone (zaraz będzie), polubione. 

Klimat na początku trochę jak z Opowieści o Pilocie Pirxie. Fragmenty retrospektywne moim zdaniem nazbyt rozbudowane, ale koniec końców nie działały na minus przy odbiorze. Ucieszyło mnie, że wykorzystałeś względność czasu, bo rzadko się to zdarza, chociaż mam wątpliwość, czy przy podróży z prędkością wyższą niż prędkość światła nasi kosmonauci nuenpowinni młodnieć? Ale to takie dywagacje, bo przecież przekroczenie tej prędkości jest niemożliwe (a jeśli już, wiązałoby się z kilkoma innymi skutkami ubocznymi), a i tak bardzo sprawnie to wykorzystałeś w opowiadaniu. 

Podobało mi się, co więcej mogę powiedzieć? :) 

Jedna tylko uwaga: jakby ktoś dzień w dzień raczył się dwudziestoprocentiwym alkoholem i tylko dwudziestoprocentowym alkoholem, to raczej nie dożyłby odnalezienia przez ekipę ratunkową.

Porządne opowiadanie, napisane w bardzo obrazowy sposób, do tego bezbłędnie, jak na moje oko (może poza półpauzą na początku). Fabuła sprawnie łączy dwa zupełnie różne światy, początkowo może troszkę rozwleczona, ale twist w pełni to usprawiedliwia – i rzeczywiście jest nieoczekiwany. Motywacje Odyna jak dla mnie wiarygodne. Trochę mniej wiarygodny sposób jego pokonania, tym bardziej, że na wstępie widzimy jego walkę z ogromnym wężem. Skąd Majowie posiadali wiedzę, jak unieszkodliwić bogów? Poza tym małym mankamentem podobało mi się. 

To, co bym zmienił, to nadał akcji więcej dynamizmu, szczególnie w scenie z wężem. Do tego parę razy miałem wrażenie, że opis jest aż nazbyt zerojedynkowy, jakbyś chciał prowadzić czytelnika za rączkę. Historia Ameryki prekolumbinskiej to nie moja bajka, więc nie wiem, czy pojęcia pojawiające się w tekście są Twoje, czy to research, ale czasem nie trzeba wszystkiego tłumaczyć – chociaż trudno przy tak egzotycznym temacie zachować balans, by czytelnik się nie pogubił. Nie wszystko też trzeba nazywać. Określenia takie jak Jukatan, czy Majowie (choć może nie mam tu racji, bo są zaadaptowane z ich języka) skutecznie wybijały mnie z immersji. Nie wspomnę już nawet o modrowronce jukatanskiej. :) 

Dopracowanie tych elementów w moim odczuciu uczyniłoby z dobrego tekstu bardzo dobry. 

W każdym razie klik się należy. 

 

Pozdrawiam

CM, z tego, co pamiętam, to 998.;)

 

Upchnąć fantasy – nie low fantasy, nie realizm magiczny, nie alegorię – w tysiąc słów to rzeczywiście wyzwanie. Miejsca na światotwórstwo było bardzo mało, a chciałem pokazać tę wizję. Cóż, rozumiem, że kosmicznych rozmiarów smiczyska dewastujące księżyc i czasoprzestrzenne rumaki jednym zostaną na dłużej w głowie, a inni szybko o nich zapomną. Sam przy takiej ilości czytanych tekstów, wiele z nich zapominam. 

W każdym razie dzięki za klika. :) 

 

Przeczytałem opko i z rozpędu pierwsze komentarze. 

Gdybyś dodał jeszcze kilka słów na koniec, że to ostatni dzień z życia psa, myślę, że tekst by zyskał. Taki moment wzruszenia świetnie by go dopełnił. 

Poza tym: super styl, a co najważniejsze – skoncentrowałeś w praktycznie tysiącu słów całą opowieść. Tam nie ma nawet jednego zbędnego wysrazu, czysty przekaz, a tak skonstruowany, że jeszcze dobrze się czyta. 

Szacun. 

Nowa Fantastyka