Profil użytkownika


komentarze: 59, w dziale opowiadań: 37, opowiadania: 6

Ostatnie sto komentarzy

Cóż, osobiście uważam, że te tzw. “drabble” to straszny rak, a niestety pełno tego na każdym forum pisarskim. Ale ja w ogóle nie rozumiem współczesnych trendów w literaturze.

 

Powyższy utwór nawet zabawny, żart z Coelho dla najmłodszych może niezbyt subtelny, ale wywołał u mnie cień uśmiechu. Styl wydaje mi się trochę dziwny, pretensjonalny, zmanierowany.

Kolejne podejście. Mam nadzieję, że już ostatnie.

 

Skończyłem na “molikach”…

 

Są nieco większe, ale lubię się z nimi bawić, poza tym fajnie świecą.

Co ma wspólnego zamiłowanie Kito do bawienia się z molikami z ich wielkością? Poza tym jak niby można bawić się z owadami?

 

– Ee… Gdy się zgubiłem, usłyszałem krzyk i pobiegłem, ile sił w nogach do tamtego miejsca, gdzie go znalazłem.

Przed “ile sił w nogach” niepotrzebny przecinek. “(…) do tamtego miejsca, gdzie go znalazłem.” – no, bardzo konkretna informacja, nie ma co.

 

– To interesujące. – rzucił Kito.

Zbędna kropka po “interesujące”. Na NF jest taki artykuł o poprawnym zapisie dialogów. Uważam, że powinieneś go przeczytać.

 

Ściany jaskini wibrowały, niosącym się przez nie echem o ciemnej barwie głosu.

Niepotrzebny przecinek po “wibrowały”. O ile wiem, echo nie ma barwy głosu. To głos o ciemnej barwie może nieść się echem.

 

– To właśnie mój… ee… tato – zawahał się przez chwilę.

Ma jakieś wątpliwości? Aż się boję pytać.

 

Wilczek zupełnie nie wiedział, co robić, ponieważ rodzice zakazali mu sprowadzać tutaj ludzi.

Zdanie wydaje mi się trochę nie na miejscu, bo narracja jest prowadzona z perspektywy Yukiego. Może niech lepiej Kito o tym powie?

 

– To skomplikowane. Zapomniałem o czymś powiedzieć rodzicom i mogą być źli, gdyby dowiedzieli się, że przyprowadziłem gościa na kolację.

O, właśnie powiedział. Więc to zdanie wyżej jest niepotrzebne, powtarza tylko tę samą informację, wprowadzając w dodatku pewien dysonans w narracji. Skomplikowane? Bynajmniej, sprawa jest prosta jak drut. Przyprowadził gościa bez zapowiedzi i obawia się konsekwencji.

 

Yuki mocno zaniepokoił się zachowaniem Kity.

To w końcu odmieniasz imię “Kito” czy nie?

 

Niemniej postanowił on spełnić jego prośbę i ukryć się w piwniczce pełnej przetworów, mimo iż obawiał się, czy rzeczywiście była tak przestronna, jak zaczął mu opowiadać.

Na miejscu Yukiego obawiałbym się chyba czegoś innego. Osobiście “zaczął mu opowiadać” zastąpiłbym jednym słowem – “twierdził” lub “utrzymywał”. Bo jaką to “opowieść” można snuć o przestronności piwnicy?

 

Kito chwycił za właz i podniósł go do góry

Tnij śmiało “do góry”. Nie można niczego podnieść w dół.

 

Nagle z góry spadła lampa, która nie zdążyła się rozbić, dzięki jego zaradności i refleksowi.

A po co tutaj “zaradność”? Sam refleks by wystarczył. Zmieniłbym też nieco szyk zdania: “Nagle z góry spadła lampa, która dzięki jego refleksowi (na szczęście?) nie zdążyła się rozbić”. Swoją drogą, bardzo to było mądre ze strony Kito. No, chyba że próbuje Yukiego zabić. Od początku mi się nie podobał.

 

Yuki zorientował się, że siedział na drewnianej ławce.

Po co komu ławka w piwniczce na przetwory? Półki, owszem, może jakaś skrzynka, ale ławka? W dodatku u stóp drabiny?

 

u stropu niskiego sufitu

Nie wiem, czy wiesz, ale strop i sufit to jest zasadniczo to samo. No, sufit to dokładniej dolna powierzchnia stropu, więc gdybyś napisał na odwrót, to jeszcze miałoby jakiś sens. Ale czy nie prościej byłoby napisać po prostu “pod sufitem”? Za bardzo kombinujesz i przez to wychodzą Ci potworki jak z pewnego opka, które czytałem dawno, dawno temu: “Nie pomnę, bo nie pamiętam”.

 

były jednymi z nielicznych przysmaków, zauważonych przez niego

Wykreśliłbym “zauważonych przez niego”. No i ile tych przysmaków w końcu było – mało czy dużo? Chwilę wcześniej pisałeś o “przeróżnych wędlinach”. Bardziej zatem pasowałoby “licznych” niż “nielicznych”.

 

Mała twarz była piękna i zadbana, otoczona długimi, prostymi bursztynowymi włosami, które opadały powoli na ramiona, sprawiając, że czuły się bardziej żywe i zmęczone, a jej dwa błyszczące zielonkawe oczy były niemal zadziwiające, odbijając refleks świetlny, padający od lampy w rogu.

Oesu. Od czego by tu zacząć? Po “prostymi” przecinek. Włosy “czuły się”? Jak włosy mogą cokolwiek czuć? Może “wydawały się” jakieśtam? “Bardziej żywe i zmęczone”? Co to w ogóle znaczy? “Dwa oczy”? Ja znam tylko formę “dwoje oczu”.

 

Przepraszam, że zapytam Anni, ale… ee… Gdzie jest ten lis?

Ależ ci twoi bohaterowie uprzedzająco grzeczni – zawsze przepraszają, zanim zapytają. Czy Yuki nie powinien raczej trochę spanikować, gdy zauważył, że lisek nagle zniknął?

 

Yuki pochylił głowę w dół i sposępniał.

Znowu pleonazm – głowę się zawsze pochyla w dół. Sam do niedawna pisałem np. “zadarł do góry głowę” i nie zostało to dobrze odebrane, więc wiem, o czym mówię. Nawiasem mówiąc, to, że ktoś pochyla – albo jeszcze lepiej: spuszcza – głowę, aż nazbyt czytelnie pokazuje, że posmutniał, więc nie musisz tego dodatkowo wyjaśniać.

 

Anni początkowo nie chciała wierzyć jego słowom, sądząc, że może kłamać, lecz po chwili zrozumiała, że mówi prawdę. Usiadła w niewielkiej odległości od niego i skryła twarz w dłoniach, cicho łkając. Po zaróżowionych policzkach spłynęły dwie ledwo widoczne strużki łez, co bardzo go zasmuciło. Nie wiedział, że tą wiadomością, mógł sprawić jej przykrość.

Zaraz, zaraz. Przecież Anni tam była i wszystko musiała widzieć. Czyżby wtedy, gdy jest pod postacią lisa, wyłączała jej się świadomość? A może po przemianie w człowieka epizod bycia lisem zostaje pokryty niepamięcią? Wyciąłbym “sądząc, że może kłamać” i przecinek po “wiadomością”.

 

Nieoczekiwanie pomieszczenie, w którym się znajdowali, wypełniało się wodą.

Więc jednak wilcy chcieli go zabić. Albo mieszkają na terenach zalewowych i teraz będą się wykłócać ze Skarbem Państwa o odszkodowanie.

 

W ostatnim momencie chwycił się drabiny i chwilę później zaczął się wspinać.

A odczekał tę chwilę, bo…?

 

Komorę pełną wody oświetliła lampa pełna molików, dzięki czemu bez problemu uratował dziewczynę.

Powtórzenie. To jakaś nowa lampa, czy ta, którą próbował zabić Yukiego Kito? Jeśli ta sama, i cały czas świeciła, to “oświetlała”, a nie “oświetliła”.

 

człowieczej formy

“Ludzkiej”?

 

Jego twarde, surowe rysy upodabniały go do górala

Takiego naszego, podhalańskiego górala? W uniwersum stylizowanym na feudalną Japonię?

 

Przez dwie, duże dziurki wlatywało powietrze.

Niepotrzebny przecinek. Poza tym dziurki w nosie przeważnie są dwie. Nie znam stworzenia, które miałoby trzy. No i funkcją nozdrzy jest właśnie przepuszczanie powietrza. Chyba, że w tym wypadku powietrze tylko nimi wlatywało, a wylatywało uszami. To by była jakaś nowość.

 

Od stóp w górę nie nosił butów

Prawdopodobnie od głowy w dół nie nosił też kapelusza. Wyjątkowo kiepski sposób, by napisać, że miał buty bez cholewek, jeśli to właśnie miałeś na myśli.

 

jednak miał na sobie skórzane spodnie

Bogu dzięki. Bo po tej wzmiance o funkcjonalności nozdrzy szykowałem się już na opis wilczego… ekhm… instrumentu i tego, do czego służy. Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać.

 

kończące się w pasie, przepasanym mocnym materiałowym paskiem

W pasie przepasany był pasem… Proroku, spójrz mi prosto w oczy (no, wyobraź sobie, że to robisz) i powiedz szczerze, czy to brzmi dobrze. Czy w ogóle zadajesz sobie trud przeczytania tego, co napisałeś? Przy minimalnym wysiłku dałoby się to przecież sformułować inaczej, zgrabniej, bez powtórzeń i idiotycznych wzmianek, że spodnie kończyły się w pasie. Bo spodnie przeważnie kończą się w pasie. A może raczej zaczynają? Mniejsza z tym. “Miał na sobie skórzane spodnie, ściągnięte/przewiązane (w talii?) mocnym materiałowym paskiem (…)”. Da się? Da się.

 

w kształcie głowy wilka, z wyszczerzonymi kłami

Zbędny przecinek.

 

Górę okrywało starannie wykonane owcze futro

Może się nie znam, bo mieszczuch jestem, ale wydaje mi się, że owczego futra się nie wykonuje, ono po prostu rośnie na owcy. No, chyba że masz na myśli jakiś sweter czy inny uniform wykonany z owczej wełny.

 

pod którym posiadał prostą, lnianą koszulę.

Strasznie zgrzyta mi to “posiadał”. Może po prostu “nosił”?

 

Kamienne ściany idealnie maskowały drewniane boki, wyściełane w środku owczą wełną.

Eee… Co? Czym są “boki”? Wyściełane w środku wełną? Chodzi o jakąś drewnianą okładzinę, coś w rodzaju boazerii? Ale dlaczego wyściełanej w środku wełną? Ściany były w ten sposób ocieplane?

 

Kamienne ściany idealnie maskowały drewniane boki, wyściełane w środku owczą wełną. Wyposażenie tego pomieszczenia stanowiło pięć drewnianych krzeseł i stojący na środku duży stół, gdzie podano pyszne potrawy w glinianych misach. Wnętrze było dość przestronne i wielkości przynajmniej sześciu belek drewna.

Powtórzenia. Poza tym, czy bohaterowie nie powinni aby zająć się osuszaniem zalanej piwnicy i ratowaniem tych zapasów, które jeszcze da się uratować?

 

wielkości przynajmniej sześciu belek drewna

Co masz właściwie na myśli, pisząc o “belkach”?

 

Kuszący zapach unosił się w powietrzu. Ich aromat wodził za nos Yukiego, zachęcając do spróbowania ich wszystkich.

“Wodzić za nos” znaczy “oszukiwać, zwodzić kogoś”.

 

– Mimo to wolałbym, żebyś coś zjadł. Nie darowałbym sobie, gdyby przytrafiłaby ci się jakaś krzywda. Poza tym… to niezdrowe.

Co jest niezdrowe?

 

– W tym momencie najważniejsze jest twoje bezpieczeństwo. Wierzę, że to, o czym mówisz, pewnie by miało miejsce, ale powiedz…

Co by miało miejsce?

 

położone w rogu jego sprzęt

Położony.

 

W środku pływały również kawałki, drobno pokrojonych części, jadalnych fragmentów kapeluszy.

Części fragmentów… Nie mógłbyś jakoś prościej?

 

Chłopak spojrzał na danie, po czym usłyszał głośny, dobiegający z jego brzucha odgłos:

Moim zdaniem nadużywasz fraz określających następstwo czasowe – “po czym”, “zaraz potem”, po chwili”, “chwilę później”. W wielu przypadkach w zupełności wystarczyłby spójnik “i”.

 

Jednym ruchem zabrał się za jedzenie

Uch. “Natychmiast zabrał się za jedzenie”?

 

Wewnątrz były dwa łóżka, oddzielone od siebie w równej odległości oraz niewielka komódka.

Co to znaczy “oddzielone od siebie w równej odległości”? Dwa obiekty zawsze będą pozostawać w określonej odległości od siebie. Mogą być za to w jednakowej lub niejednakowej odległości od jakiegoś trzeciego obiektu. Jakiego? Może od komódki? To ona je oddzielała? Czy to jest takie ważne, że były od niej w równej odległości? Czy nie wystarczy powiedzieć, że “w pokoju stały dwa łóżka, a pomiędzy nimi niewielka komódka”?

 

Wilk życzył obojgu miłej nocy i odszedł

Który wilk? Kerto? Jego żona? Kito?

 

– Dziękuję – wypowiedziała na głos Anni

Bo gdyby powiedziała w myślach, to by nie usłyszał. D’UH.

 

– Za co?

Uuuuuch…

 

– Uratowałeś mnie. To nie było proste.

To raczej ona jego uratowała – przed Panną Bai. On tylko wyciągnął jej ten teges z trucizną z łapki. Choć z opisu wynikało chyba, że sama sobie wyciągnęła. Już się w tym wszystkim gubię…

 

Nie jestem zbyt dobrym szermierzem ani nie znam też żadnych zaklęć. Chętnie też bym się jakichś nauczył.

Po co to drugie “też”? Powiem więcej: po co tutaj jakiekolwiek “też”?

 

Czasami niektórzy potrzebują więcej czasu, żeby opanować niektóre zaklęcia

“Czasami więcej czasu”… Kolejna brawurowa konstrukcja. Po co Ci to “czasami” na początku zdania?

 

Potężny, pomarańczowoczerwony ładunek uderzył z łoskotem o kamienie, sprawiając, że ciepło rozeszło się po wszystkim, przez przypadek nie wywołując pożaru.

A więc tylko przypadkowi zawdzięcza, że nie wywołała pożaru w domu swoich gospodarzy?

 

UF! Aż mi się nie chce wierzyć, że dobrnąłem do końca. Czas na podsumowanie.

 

Pewnie się powtórzę, ale co mi tam: błędy, błędy, błędy. Językowe, logiczne, stylistyczne, składniowe, interpunkcyjne. Błąd na błędzie i błędem pogania, a im dalej, tym gorzej. Masz duże problemy z opisywaniem wyglądu zewnętrznego postaci oraz ich otoczenia, konstruowaniem opisów najprostszych scen i czynności, takich jak spożywanie posiłku. Powinien to umieć przeciętny uczeń szkoły średniej i założę się, że twój polonista wypisałby swój czerwony długopis, gdybyś mu dał do oceny ten tekst. O ile, rzecz jasna, wcześniej by się nie załamał. Straszne i zasmucające zarazem jest to, że nie panujesz nad językiem i wydajesz się nie rozumieć tego, co piszesz. Nie znasz znaczenia słów i związków frazeologicznych, sypie ci się gramatyka, przecinki sprawiają wrażenie powstawianych na chybił trafił, w związku z czym w wielu przypadkach trzeba się domyślać, co chciałeś przekazać. Tłumaczysz jak krowie na granicy rzeczy oczywiste, czujesz potrzebę zaznaczania, że facet miał dwie dziurki w nosie (dlaczego dla większej jasności nie dodałeś jeszcze, ile miał rąk i nóg?), a nie wyjaśniasz tego, co domaga się wyjaśnienia. Wciąż nie wiem na przykład, skąd ta nagła powódź w piwnicy i dlaczego wszyscy tak łatwo przeszli nad nią do porządku dziennego. Czy to były łzy Anni? God only knows. Bohaterowie zachowują się nielogicznie, ich emocje wydają się sztuczne, a charaktery zmieniają się co scenę. Dlaczego Kito tak się bał gniewu rodziców, skoro kolejne sceny z nimi dowodzą, że to najmilsi… wilczy… eee… ludzie pod słońcem? Kolejna zagadka.

Moja rada jest taka: póki co, nawet nie myśl o zabieraniu się za drugi rozdział, bo ten nadaje się tylko do napisania od nowa. Przeproś się ze słownikami, bo będą Ci potrzebne, i spróbuj więcej czytać, żeby trochę “nasiąknąć” poprawną polszczyzną. Ale przede wszystkim MYŚL przy pisaniu, wizualizuj sobie każdą scenę, bądź wyczulony na nonsensy i nielogiczności, maksymalnie krytyczny wobec własnej twórczości, jak i tego, co sam czytasz i oglądasz.

 

Życzę Ci powodzenia.

Zjawa jest wolniejsza przez łańcuchy, które ma na sobie, a jej ruchy… Bardziej powiedziałbym, że to ona postrzega Yukiego i Kitę, jako tych, którzy poruszają się wolno, zaś ona sama – dzięki swoim zdolnościom – jest szybsza. Dogoniła Yukiego, dlatego, że już tam po prostu była.

Wybacz, ale nic nie rozumiem z tego tłumaczenia.

 

Przecież nie każdy na pozór jest zły. Kito faktycznie jest wilkiem, ale to nie znaczy, że ma złe zamiary wobec Yukiego. Poza tym gdyby nie on, Yuki nadal by krążył po lesie.

Miałem na myśli to, że jedna wymiana zdań i chwila jazdy na jego grzbiecie to trochę za mało, by móc mówić o przyjaźni. Przy okazji – nie jestem pewien, czy dobrze rozumiesz znaczenie słów “na pozór”.

 

Gdyby lisek użył tej zdolności wcześniej – albo jego mama – to dalsza historia nie bardzo miałaby sens

To zrób tak, żeby miała sens.

 

poza tym “w tej formie” magia jest bardzo ograniczona, stąd niemożność użycia zdolności i złapanie lisicy.

A napisałeś później o tych ograniczeniach? Bo jak nie, to mamy klasyczny przykład tropu Forgot About His Powers. Z powodu mojej skłonności do kończenia tego, co rozpocząłem, spróbuję jeszcze doczytać ten rozdział i być może wtedy zmienię zdanie, ale jak na razie uważam, że stanowczo zbyt wiele rzeczy trzeba sobie u Ciebie dopowiadać.

 

To przede wszystkim baśń, a więc uważam, że trochę powinna zawierać w sobie tej dziecięcej naiwności – chęci poznawania świata i zawieraniu przyjaźni.

Owszem, zgadzam się. Tak w ogóle, to doceniam, że zdecydowałeś się spróbować swoich sił w tym wymierającym gatunku. Pamiętaj jednak, że nawet dziecko, wbrew pozorom, ma swój hak do zawieszania niewiary i umie dostrzec luki fabularne.

Mój kominek ma być prymitywny, zbudowany z paru grubo ciosanych głazów, zrezygnuję więc z wszelkich ekranów i parawanów. Na potrzeby zdarzenia, które chcę opisać, wystarczy mi leżący z przodu płaski kamień.

“(…) Zakazany Gaj był niebezpieczny i wynikających z niego zagrożeń nie należało bagatelizować.” 

W pewnym momencie Yuki mógł nie zdawać sobie sprawy z tego, że biegnie po niebezpiecznym terenie.

Teoretycznie mógł.

 

Ten moment pościgu jest spokojniejszy, dlatego wybrałem go na przedstawienie bohatera, przy okazji Yuki może spojrzeć na siebie i zobaczyć czy wszystko z nim jest w porządku, a czytelnik może dowiedzieć się jak wygląda. Później, w dalszych rozdziałach rozwijam akcję, więc wątpię, czy udało by mi się przedstawić go należycie.

Wciąż uważam, że ta scena wprowadza niepotrzebny przestój. Nie wspominając już o tym, że jeśli było na tyle ciemno, że Yuki nie zauważył jeziora, pewnie nie byłby też w stanie obejrzeć swojego odbicia w wodzie. Osobiście rozwiązałbym to trochę inaczej – zmęczony Yuki mógłby przysiąść przy jakiejś sadzawce jeszcze podczas włóczęgi po lesie, żeby napić się wody, i wtedy przyjrzeć się swojemu odbiciu. Gdybyś dodatkowo pozbył się tych deszczów niespokojnych, nie tylko uzasadniona stałaby się potrzeba ugaszenia przez chłopaka pragnienia, ale i zbieranie drewna przez Kito nabrałoby sensu.

 

Nie chciałem wspominać o lisku, bo uznałem, że skoro Yuki go uratował to nagle go nie porzuci na pastwę losu – mógłby mieć przez to wyrzuty sumienia – a poza tym lisiątko cały czas śpi, więc domyślnie uznałem, że lisek cały czas jest na jego ramieniu.

Nie zauważyłem wcześniej wzmianki, że lisek spał. No i jeszcze jedno – mogę się mylić, ale żeby utrzymać się na ramieniu Yukiego, zwłaszcza podczas ucieczki przed zjawą, lisek powinien się go chyba mocno trzymać pazurkami, co byłoby dość trudne, gdyby faktycznie spał.

 

Co do lisa, to dzisiaj naszła mnie jeszcze pewna wątpliwość w związku ze sceną, w której pokonuje on Pannę Bai. Jeśli potrafił strzelać z ogonów ognistymi pociskami, dlaczego nie użył tej umiejętności, żeby przegonić w ten sposób kłusowników, którzy porwali jego mamę? Powiem więcej – logiczne wydaje się przypuszczenie, że i lisia mama posiadała taką umiejętność, a więc jakim cudem tym dwóm łachmytom udało się ją schwytać?

Po dłuższej przerwie – ciąg dalszy.

 

Chłopak ukrył się w najbliższych krzewach, dostatecznie gęstych, aby nie odkryła tego zjawa.

“…nie odkryła go zjawa”?

 

Brak jakiejkolwiek skóry czy ciała powodował szeroki strach i odrazę wśród wszystkich istot żywych w lesie.

Zgrzyta mi jakoś to “powodował” i “szeroki strach”. Zamiast “powodował” dałbym “budził” lub “wzbudzał”. Zastanawiam się, co miałeś na myśli z tym “szerokim” strachem. Strach raczej szeroki być nie może, podobnie jak wąski, długi czy krótki. Może chodziło Ci o to, że ten strach był powszechny? Poprawione zdanie brzmiałoby zatem: “Brak jakiejkolwiek skóry czy ciała budził powszechny strach i odrazę wśród wszystkich żywych istot w lesie”.

 

Po chwili odsłonił kawałek liści

Co odsłonił?

 

Chciał krzyknąć, ale z ust uniósł się cichy szept. Nieoczekiwanie na twarzy ponownie pojawiła się ta sama łapa, która przed chwilą była na ramieniu. Yuki obrócił się za siebie, wypluwając resztki sierści, przyglądał się wilkowi.

Nie rozumiem. Yuki ugryzł tego wilka i w ustach pozostał mu kłąb sierści?

 

Dwoje okrągłych, żółtych ślepi gapiło się na niego, jednocześnie bez słów wyrażało, żeby się nie bał.

“Gapiło się” brzmi bardzo potocznie, przynajmniej dla mnie. Może “wpatrywało się/wpijało się (w niego)”? “Wyrażało” można byłoby zastąpić “dawało do zrozumienia”. Choć jeśli się nad tym zastanowić, to dawać coś do zrozumienia mógł raczej właściciel owych ślepi, a nie same ślepia.

 

Na jego grzbiecie spokojnie spał lis, uratowany z łap kłusowników.

Tu przecinek jest chyba zbędny.

 

Ulżyło mu, gdy uświadomił sobie, że był bezpieczny.

Komu ulżyło? Yukiemu czy wilkowi?

 

Błyskawicznie ruszyli przed siebie, nie znając dokładnego kierunku.

Nie znając kierunku czego?

 

Dopiero po którejś szarży zrozumieli swój błąd.

Na kogo/co szarżowali? Na tę Pannę Bai? Szarża (za sjp.pwn.pl) – «ostre natarcie kawalerii».

 

Znaleźli się przy Orlej Skale, miejsce to nazywali tak nieszczęśnicy, którzy po wielu potyczkach z potworami kończyli swój żywot na dole, gdzie znikąd wyrastały ostre, kamienne szpikulce, otoczone wodą z rzeki.

Zamiast pierwszego przecinka sugeruję kropkę lub myślnik. Jeśli kamienne szpikulce były otoczone wodą z rzeki, to raczej nie wyrastały znikąd, tylko z dna rzeki.

Są jeszcze trzy rzeczy, których tu nie rozumiem. Pierwsza rzecz – dlaczego to miejsce nazywa się Orlą Skałą? Nie widzę żadnego związku z orłami, a samych skał jest wiele – wyrastających z rzeki.

Druga rzecz – jak dochodziło do tego, że wspomniani przez Ciebie nieszczęśnicy tam ginęli? Potwory ich tam osaczały i spychały do rzeki? Popełniali samobójstwo, skacząc na ostre skały, by nie dać się rozszarpać potworom?

No i tu dochodzimy do trzeciej rzeczy – jakim cudem któryś z tych biedaków zdołał jeszcze przed śmiercią nadać temu miejscu nazwę? No i jak udało mu się przekazać tę nazwę innym nieszczęśnikom, czy w ogóle komukolwiek? Na chłopski rozum, nawet jeśli pomyślał sobie przed śmiercią: “Kurde, nie wiem dlaczego, ale to miejsce kojarzy mi się jakoś z orłami… Wiem, nazwę je Orlą Skałą!”, to powinien tę myśl i nazwę zabrać ze sobą do grobu.

Niby jedno zdanie, a ilość headscratcherów rozsadza mi mózg. Nie jest dobrze.

 

Byli tak blisko, lecz nadal tak daleko

Blisko, lecz daleko od czego?

 

Ich brawura została ukarana i nawet Kito nie wiedział, jak wyjść z tej opresji.

Jaka brawura? Zaatakował ich potwór i próbowali mu uciec. Wydaje mi się, że nic lepszego w tej sytuacji zrobić nie mogli. Nie ich wina, że Panna Bai jest jak stereotypowy morderca z horrorów – szybciej stoi niż oni biegną. Co ciekawe, tylko wtedy, gdy wymaga tego fabuła – jeśli dobrze pamiętam, Yuki zdołał przeszukać całą dolinę w poszukiwaniu liska, zanim zjawa go dogoniła, a teraz dopadła go zdumiewająco szybko, choć jechał na wilku. Jaką ona właściwie rozwija prędkość? Rozumiem, że Kito męczył się dźwiganiem Yukiego i nie biegł tak szybko, jak bez obciążenia, ale wciąż coś mi tu nie gra.

“Nawet Kito nie wiedział…” – dziwi mnie trochę to zaufanie, które Yuki najwyraźniej w nim pokładał. Chłopak ledwie go poznał i zamienił z nim kilka słów.

 

Nie czuł wobec niej strachu, zależało mu, żeby uratować nowo poznanego przyjaciela.

Sparafrazuję pewien tekst z popularnego kiedyś webkomiksu parodiującego twórczość Tolkiena: “Jedna jazda na grzbiecie to nie przyjacieł”. Poza tym wydaje mi się, że dopiero co przeczytałem o aurze strachu, która otaczała Pannę Bai.

 

Zaczarowana klinga milczała

A powinna śpiewać?

 

W tym momencie złoty lis przebudził się

To on przez cały czas spał? Przespał całą pogoń? Mocny ma sen, nie ma co.

 

Stworzenie rozłożyło pokaźny wachlarz, z którego białych końcówek ogona wystrzeliły jasne, niebieskie ogniki w stronę widma.

Oesu. Wachlarz? Jaki wachlarz? “Z którego białych końcówek ogona” – bez urazy, ale to brzmi, jak bełkot z Google Translate. No dobrze, spróbujmy coś z tym zrobić, żeby nie było, że tylko się czepiam, a nie daję żadnych wskazówek. Ja rozbiłbym tego potworka na dwa zdania: “Stworzenie rozłożyło na kształt wachlarza swoje dziewięć puchatych ogonów. Z ich białych końcówek wystrzeliły w stronę widma jasne, niebieskie (jasnoniebieskie?) ogniki (ogniste pociski?)”. Zakładam oczywiście, że ten mały lis, podobnie jak duży, miał dziewięć ogonów, choć w cytowanym zdaniu ogon jest w liczbie pojedynczej.

 

kierując się do domu, gdzie mieszkał wilczek.

“…do domu wilczka” albo “do jaskini, gdzie mieszkał wilczek”. Bo on mieszka w jaskini, a nie w domu. Jaskinia jest oczywiście jego domem, ale nie domem sensu stricto, tzn. wolnostojącym budynkiem mieszkalnym składającym się z dachu i czterech ścian.

 

Przede wszystkim w oczy rzucała się ogromna wielkość, w której można by ukryć wiele rzeczy w postaci żywności, która z łatwością mogłaby wykarmić całą wioskę albo broń, potrzebną rycerzom.

Nie jestem zwolennikiem obsesyjnego tropienia powtórzeń, ale przyznasz chyba, że to nie wygląda zbyt elegancko. Poza tym z powyższego zdania wynika, że żywność mogłaby wykarmić broń potrzebną rycerzom. Pomógłby tutaj przecinek przed “albo”, choć i tak spróbowałbym sformułować to inaczej.

 

Od dołu wyrastały skalne formacje w postaci stalagmitów, wokół których mnożyły się dzikie grzyby o rdzawych kapeluszach z białymi kropkami. Yuki nie wiedział, czy są jadalne, choć miał ochotę zjeść cokolwiek, by uśpić głód na chwilę.

Mógł po prostu poprosić o coś do jedzenia. Zapasów tam ponoć nie brakowało.

 

Nie umiał znaleźć odpowiednich słów, aby wyrazić swój podziw, lecz w duchu zadawał sobie pytanie: „Jak to możliwe?”, Kito natychmiast pośpieszył z wyjaśnieniem:

Spójnik “lecz” zastąpiłbym “a”. Po “Jak to możliwe?” dałbym kropkę.

 

– To Moliki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To drobne owady podobne do świetlików, a przynajmniej ja tak nazywam.

Zgubił się zaimek “je” pomiędzy “ja” i “tak”.

 

Tu z powodu późnej pory muszę przerwać czytanie. Przykro mi to mówić, ale nie mogę Ci obiecać, że do tekstu jeszcze wrócę. Niestety, jak zdążyłeś się zorientować, nie czyta mi się go przyjemnie, a wręcz przeciwnie – czytając, czuję się, jakbym brnął z wysiłkiem przez bagno. Historia, którą masz do opowiedzenia, nawet jeśli sama w sobie jest ciekawa, gubi się pod natłokiem błędów logicznych oraz językowych, głównie składniowych i interpunkcyjnych. Postępowanie bohaterów i sam sposób prowadzenia narracji uderza – w mojej ocenie – naiwnością i nieporadnością, a to skutecznie zniechęca mnie do dalszego obcowania z tekstem.

 

Postaram się jeszcze odnieść przynajmniej do twoich najświeższych “edytek”, które dopiero teraz zauważyłem. Na przyszłość lepiej odpowiadaj w osobnym komentarzu.

Dziękuję za komentarz.

 

Co do linków… Myślę, że “podstawy podstaw” mam już za sobą, a potrzebne wątki i artykuły umiem znaleźć sobie sam. Na dostaniu się do waszej Bliblioteki mi nie zależy – przeczytałem kilka z zamieszczonych tam opowiadań i nie podobały mi się, zamierzam zresztą niedługo usunąć ten tekst, tak jak to zrobiłem z napisaną na konkurs UFO “Czarownicą”. Na ogół niechętnie wypowiadam się o cudzej twórczości, a dotychczasowe doświadczenia z kilku forów literackich jeszcze tę moją niechęć pogłębiły. Nie będę też więcej pisał opowiadań, a ponieważ fragmenty dłuższych form, na których głównie się skupiam, są na NF niemile widziane, nie widzę sensu w grzaniu sobie tutaj miejsca i usilnym zabieganiu o popularność.

Jest pomysł na uwspółcześnienie starej bajki i pokazanie babci Czerwonego Kapturka w postaci usprawiedliwiającej obecność Jakuba Wilhelma, najemnika zwalczającego potwory, ale poza tym nic szczególnego w opowieści nie dostrzegłam.

Bo to lekki tekst, który nie próbuje udawać czegoś, czym nie jest.

 

W tekście jest trochę usterek, ale powstrzymałam się od ich wskazania, by znów nie narazić się na opinię Autora, że to bezsensowne zarzuty.

Mam taką złotą zasadę, że jeśli pojawi się u mnie chociaż cień wątpliwości, czy coś w cudzym tekście faktycznie jest błędem, staram się wyraźnie zakomunikować i podkreślić, że to tylko moje subiektywne odczucie.

Bolly, tak by to mniej więcej wyglądało tam, skąd pochodzę:

– Moją babcię, psze pana, zjod wielki, zły wilk – powiedziała. – To znaczy, chyba zjod – dodała zaraz z nadzieją w głosie, lecz, jak zauważył Jakub Wilhelm, bez szczególnego przekonania, jakby w pełni świadoma, że płonna to była nadzieja. – Poszłach dzisio do nij, coby ji zaniyść placek i flaszke wina, bo zachorzała i żeśmy pomyśleliśmy, że jak se podje, to ji dobrze zrobi. Ona mieszko tu niedaleko, psze pana, w chaupie na polanie. Zdziwiłach sie troche, bo dwirze do izby zastawiła odewrzite. W środku było strasznie ćma i musiałach bardzo uważać, coby się o nic nie wykopyrtnąć, w końcu obaczyłach babcię, w łóżku pod pierzyną i podeszłach do nij z koszyczkiem. Wyglądała jakosi dziwnie, zdało mi się, jakoby urosła od naszego ostatniego spotkania, pierwej pomyślałach, że to pewnie pierzyna tak ją pogrubio. Łoczy całkiem niepodobne do babcinych zaświeciły się raptem w ciemnościach jak dwa węgielki i żech ujrzała, że spod jej czepca sterczy także para długich, kudłatych uszu. Wcale mi się to nie spodobało, wcale a wcale!

„Baaabciu! – zawołałam przerażona. – Czymu mosz taki wielkie uszy?”.

Dzięki za propozycję, ale niestety – jak już wspomniałem w odpowiedzi na pierwszy komentarz, daje to trochę zbyt komiczny efekt.

 

Jedna osoba może i uznała, że Kapturek za ładnie się wypowiada, ale myślę, że jest to bardziej związane z faktem, że powiedziała od razu całą historię napotkanemu bohaterowi. Nie było w tym atmosfery przerażenia, Jakub Wilhelm też nie musiał się o nic dopytywać. Gdybyś zmienił monolog Kapturka w żywą dyskusję byłoby ciekawiej, a i brak stylizacji wcale by nie był odczuwalny.

Racja. Ale gdyby Kapturek zbyt często się plątał i powtarzał, a Jakub Wilhelm musiał zadawać mu dodatkowe pytania, tekst, który i tak miał być o połowę krótszy, wydłużyłby się ponad marę. Tę część historii, która zawiera się w relacji dziewczynki, każdy czytelnik wychowany w naszym kręgu kulturowym powinien dobrze znać, uznałem więc, że nie ma sensu niepotrzebnie jej przeciągać. Co do atmosfery przerażenia, to zasugerowałem w tekście, że Jakub Wilhelm poświęcił chwilę na uspokojenie Kapturka.

Myślałem, że zacytowałeś tę poprawioną wersję i znów miałem się przyczepić, ale rzuciłem jeszcze raz okiem na tekst i teraz widzę, że faktycznie jest trochę lepiej.

 

Jeszcze jedno pytanie: fragment, jak rozumiem, nie był betowany? Dawałeś go komukolwiek do przeczytania, zanim wrzuciłeś go na NF?

 

No to jedziemy dalej… Piszę jeszcze raz, bo jednym przypadkowym kliknięciem skasowałem sobie efekty pracy z ostatnich czterdziestu minut.

 

Jedynych, których obawiał się najbardziej, byli inni ludzie

Jedynymi.

 

Zanim się zorientował, przekraczał granicę Zakazanego Gaju, znajdując się w innej strefie, zwanej Białą Puszczą.

“(…) przekroczył granicę Zakazanego Gaju i znalazł się (…)”?

 

Dominowały tutaj śnieżnobiałe brzozy o niezwykłych owocach, kwitnących dopiero na wiosnę.

Jeśli dobrze pamiętam z biologii, kwitną kwiaty, a nie owoce.

 

„Ależ tu ciemno”. – pomyślał Yuki.

W takich przypadkach kropki po cudzysłowie – ani przed nim – nie stawiasz.

 

Prawie bezchmurny szlak na horyzoncie przecierały nieliczne obłoki.

Ni w ząb nie rozumiem tego zdania.

 

zwiastowało, nastanie nocy w pełni.

Niepotrzebny przecinek.

 

Idąc przed siebie, Yuki czuł, że ślepia bestii były skierowane wprost na niego.

Bardzo konkretnej czy “jakiejś” bestii? Bo w tym drugim przypadku zdanie brzmiałoby lepiej w następującej formie: “Idąc przed siebie, Yuki czuł, że wprost na niego skierowane były ślepia bestii”. Albo lepiej: “wpatrywały się w niego ślepia bestii”.

 

Po zejściu ze ścieżki dostrzegł kogoś zbierającego drewno na opał.

Późny, w dodatku mocno deszczowy wieczór nie jest chyba najszczęśliwszą porą na zbieranie drewna w lesie, w którym roi się od niebezpieczeństw, i w którym tak łatwo zabłądzić.

 

Podszedł jeszcze bliżej i spotkał tajemniczą postać.

Może po prostu: “Podszedł bliżej do tajemniczej postaci”?

 

Okazał się nią, podobny do niego, młodzieniec.

W tym zdaniu przecinki są zbędne.

 

Na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się niczym szczególnym, z wyjątkiem ogona, z fragmentem bieli na końcu, machającego radośnie z tyłu oraz wilczych uszu stojących na głowie i kłów przypominających psie.

No, faktycznie – niczym szczególnym się nie wyróżniał. Wypisz, wymaluj mój sąsiad z góry. ;) Szkoda, że było ciemno, bo mogłeś wspomnieć o tych wilczych atrybutach zanim jeszcze nazwałeś Pana Wilczka “tajemniczą postacią”.

 

W dłoniach trzymał zgromadzone szczapy, lecz widząc nieznajomego, zaprzestał zbierania.

Czy szczapa nie jest aby efektem porąbania drewna siekierą? W lesie na pewno można zbierać chrust, ale chyba nie szczapy.

 

– Nazywam się Yuki – wyznał przybysz. – I… chyba się zgubiłem – stwierdził niepewnym głosem.

Osobiście zmieniłbym “wyznał” na prostsze “powiedział”, a “niepewnym głosem” na “niepewnie”.

 

Mieszkam niedaleko, w jaskini. Tam mam swoją norę.

Wydawało mi się, że nora powinna być wygrzebana w ziemi.

 

Wskazał palcem w kierunku północnego wschodu.

Żaden ze mnie harcerz, ale skoro Yuki potrafił tak dokładnie określić kierunek, w którym wskazywał Kito, to chyba nie powinien mieć większych problemów z wydostaniem się z lasu.

 

– Jasne, Kito. Naprawdę jest stąd jakieś wyjście?

Powiedziałbym, że z lasu jest nieskończenie wiele wyjść. O ile nie jest on otoczony murem czy czymś podobnym.

 

– Oczywiście, ale może najpierw… Pójdziesz do mnie? – Kito zapytał, nieco onieśmielony. – Wyglądasz na przemarzniętego, pewnie nic nie jadłeś już od jakiegoś czasu.

“Kito zapytał” → “zapytał Kito”. Na miejscu Yukiego bym mu nie ufał. Typ zachowuje się podejrzanie.

 

– Dziękuję. Chętnie skorzystam z zaproszenia.

Nie rób tego, Yuki! Nie znasz baśni o Czerwonym Kapturku?

 

– Proszę bardzo. Tak rzadko mam okazję z kimś porozmawiać, zazwyczaj sam tutaj siedzę samotny jak palec.

No właśnie! Widocznie stoi za tym jakiś powód…

 

Yuki cofnął się, wyciągając miecz ze skórzanej pochwy. Wówczas stal zaczęła emanować dziwnym światłem.

Orkowie są blisko!

 

Ostrze rozjaśniło zarośla, pozwalając, by wkrótce z nich, wyłoniła się obrzydliwa zjawa Panna Bai.

Hmm. Więc gdyby Yuki nie poświecił, to zjawa by się nie wyłoniła? Po “nich” niepotrzebny przecinek. Tu mam dla Ciebie małą radę – jeśli nie jesteś pewien, czy w danym miejscu postawić przecinek, to go nie stawiaj. Braku jednego czy dwóch mógłbym nawet nie zauważyć, ale ich nadmiar strasznie wybija mnie z rytmu przy czytaniu. W powyższym zdaniu, oprócz logiki i interpunkcji, kuleje też składnia. “Z nich” powinno stać po “wyłoniła się”.

 

Czasami zabierał go ze sobą na lekcje walki mieczem do specjalnego miejsca w lesie, jakim była polana.

Co było w tej polanie takiego specjalnego?

 

Pokazywał, jak należało obchodzić się z bronią, ale chyba nawet doświadczony znawca lasu i jego skarbów jak on, nie wiedziałby jak pokonać zjawę.

“Pokazywał, jak należało obchodzić się z bronią, ale chyba nawet taki doświadczony znawca lasu i jego skarbów, jak on, nie wiedziałby, jak pokonać zjawę”.

 

Mógł przecież użyć specjalnej zdolności swojego ostrza, ale przypomniał sobie również, że nie znał odpowiedniego zaklęcia, które ją przywoływało.

Czyli jednak nie mógł. Oczywiście mowa o jakiejś innej, poza świeceniem, magicznej właściwości tego miecza? Swoją drogą, trochę szkoda, że chłopak nosi taką niesamowitą magiczną broń, nie umiejąc wykorzystać wszystkich jej możliwości. To trochę tak, jakby nosił ze sobą karabin, żeby okładać nim wrogów na odlew.

 

Niespodziewanie poślizgnął się na kamieniu i spadł w głąb niedużego jeziora.

Mam rozumieć, że biegł urwistym brzegiem?

 

Po chwili dopłynął do brzegu, po czym spojrzał w swoje odbicie, w wodzie.

Mieszkańcy wioski Mizuro czasami nazywali Yukiego śnieżnym chłopcem z powodu bardzo bladej cery. Rodzice mówili mu, że jest wyjątkowy i faktycznie tak było. Każdy mógł przekonać się o jego uprzejmości i serdeczności, jaką okazywał nie tylko starszym wioski, ale również miejscowemu kapłanowi Patki, który nie cieszył się zbyt dobrą sławą z powodu swojej gburowatości.

Niebieskie oczy wyglądały jak dwa małe paciorki, przesłaniane chwilami przez opadającą grzywkę, spowodowaną kłębiąca się na głowie krótką czupryną.

Goni go zjawa, a ten zaczyna przyglądać się swojemu odbiciu w wodzie? Wiesz, mógłbyś poczekać z tym opisem wyglądu zewnętrznego i osobowości Yukiego na jakiś bardziej odpowiedni, spokojniejszy moment.

 

Nagle przerażony zauważył, że na jego ramieniu nie było liska. Musiał go jak najszybciej odnaleźć.

Podczas lektury co chwila zastanawiałem się, gdzie się podział mały lis z poprzedniego fragmentu. Skoro cały czas towarzyszy chłopakowi, warto byłoby wspomnieć o nim od czasu do czasu. O lisie, nie chłopaku.

 

Tutaj niestety przerwę, bo robię się śpiący. Nadal jest mocno tak sobie.

Stylizacja wypowiedzi dziewczynki nierówna. Dałbyś radę wszystko pociągnąć jakąś jedną gwarą?

Jak wspomniałem, mam z tym pewien problem.

 

Dęby mają dosyć grube pnie, zwłaszcza potężne. Udało im się wdrapać?

Giganty w rodzaju Bartka widuję raczej rzadko, a mieszkam na skraju Puszczy Kozienickiej, ale ten “potężny” rzeczywiście może wprowadzać w błąd. Może dać tam po prostu “drzewo”?

Ostatecznie Yukiemu udało się natrafić na konstrukcję, przypominającą grzędę dla ptaków[1].

Zapomniałeś jeszcze o niepotrzebnym przecinku.

 

Nagle jedna z ceramicznych płytek dachu głośno spadła na ziemię, roztrzaskując się na ziemi, na kilka mniejszych odłamków.

Powtórzenie (“na ziemi” jest niepotrzebne), zbędny przecinek po “ziemi”. Weź też pod uwagę i to, co wcześniej mówiłem o roztrzaskiwaniu się.

 

Yuki szybkim ruchem dobył strzały z kołczanu i wystrzelił ją w kierunku grubego osiłka z toporem w ręku a bronią palną w drugiej. Grot trafił w pobliskie drzewo, co z kolei zwróciło uwagę jego mądrzejszego kolegi.

Yuki szybkim ruchem dobył strzały z kołczanu i mocno naciągnął cięciwę swojego łuku. Wystrzelił ją w kierunku grubego osiłka z toporem w ręku a bronią palną w drugiej. Grot trafił jednak w pobliskie drzewo, co z kolei zwróciło uwagę jego mądrzejszego kolegi. Chłopak stanął jak wryty, usiłując wymyślić dobrą taktykę na walkę z dwoma bandytami; obawiał się, że cokolwiek by nie zrobił to i tak nie miałby z nimi najmniejszych szans.

Zdaje się, że przez pomyłkę zostawiłeś dwie wersje tego samego akapitu. Niestety, nawet druga, poprawiona wersja, mnoży u mnie pytania i wątpliwości.

Raz: a więc jednak strzelał, żeby zabić. Jeśli dobrze rozumiem, wbrew temu, co mówiłeś wcześniej, sugerujesz, że strzelił do faceta, JEDNAK nie trafił. Dwa: zastanawiam się nad zwrotem “stanął jak wryty”. Czy to znaczy, że Yuki strzelał w biegu? To by wyjaśniało, dlaczego chybił. Trzy: moim zdaniem wyglądałoby to trochę bardziej naturalnie, gdyby najpierw zastanowił się, co robić, a następnie, z braku lepszego pomysłu, spróbował strzelić na postrach. A, wróć. On strzelał, żeby zabić.

No i jeszcze jedna kwestia, którą miałem poruszyć już wcześniej, ale jakoś wypadło mi to z głowy. Skąd właściwie wiemy, że drugi z kłusowników był mądrzejszy? Chyba nie stąd, że był mniejszy i szczuplejszy od kolegi?

A teraz literówka w tytule.

 

O, teraz dopiero zobaczyłem twoją odpowiedź na uwagi. No to jedziemy.

 

“Akcja toczy się w świecie fantasy, utrzymanym w stylistyce Kraju Kwitnącej Wiśni. “ – Świat przeze mnie przedstawiony rzeczywiście odnosi się do klimatów feudalnej Japonii, ale nie jest jej bezpośrednim odwzorowaniem. Wszystkie odniesienia służą budowie tego uniwersum i powstałe przypisy stworzyłem w celu wyjaśnienia niektórych zwrotów. 

Rzeczywiście, Yuki powinien wiedzieć, czym jest brama torii, ale opisywany przeze mnie Zakazany Gaj to miejsce do którego rzadko się ktokolwiek zapuszcza, stąd kiedy Yuki gubi się w lesie, nie wie czym jest tajemnicza brama, bo widzi ją po raz pierwszy.

Rozumiem. Brama torii jest jednak w Japonii czymś bardzo rozpoznawalnym, można je spotkać na każdym kroku, nie tylko na drodze do świątyń, ale i pomniejszych kapliczek. Jeśli twój świat jest taką baśniową wersją Japonii, to chłopak mimo wszystko powinien gdzieś, przynajmniej raz w życiu, taką bramę widzieć. Scenę odebrałbym jako bardziej wiarygodną, gdybyś zamiast tego na przykład zaznaczył, że Yuki nie wiedział, że w Zakazanym Gaju znajduje się świątynia.

 

Posąg i scena świątyni ma duże znaczenie i nie jest tylko zapychaczem. Pełni formę ukrytego morału i napędza akcję, w sposób taki, że gdy główny bohater słyszy wołanie o pomoc, natychmiast biegnie by uratować tajemnicze osoby.

No tak, przypomniałem sobie znaczenie wizualnego symbolu trzech mądrych małp i teraz widzę już sens tej sceny.

 

Tutaj chodzi o to, że stworzenia z tego lasu, są traktowane przez kłusowników jako “żywe” trofea, to znaczy bardziej cenne niż przykładowe poroże.

Może w takim razie zamiast o trofeach napisz o żywych okazach łowionych do prywatnych zwierzyńców?

 

Myślę, że Yukiemu nie chodziło o zabicie kłusowników, ale po prostu chciał ich przestraszyć, żeby wypuścili lisa. Zamiast tego prawdopodobnie chybił, co tłumaczy dlaczego grot trafił drzewo, a nie kłusownika.

Nawet przestraszeni równie dobrze mogli po prostu uciec wraz ze swoją cenną zdobyczą.

 

Po prostu Yukiemu wydawało się podejrzane, że kłusownicy tak długo przebywali w jednym miejscu.

Ja, jako czytelnik, wcale nie wiem, czy oni przebywali tam długo. W tekście sugerujesz, że było wręcz przeciwnie. Yuki usłyszał pisk, który lis mógł z siebie wydać w momencie, gdy złapał się w pułapkę. Chłopak “w mgnieniu oka” znalazł się w miejscu, w którym do tego doszło, i zobaczył kłusowników z zapakowanym już do klatki lisem. Sama klatka mogła być zresztą pułapką, w którą zwierzak wszedł, a tamci dwaj właśnie wyszli z krzaków, żeby mu się przyjrzeć. Nic nie wskazuje, żeby z jakiegoś powodu zwlekali. Mogłeś napomknąć, że jeden z nich szukał czegoś po krzakach, a drugi go osłaniał. Po ich ucieczce Yuki mógłby faktycznie chcieć sprawdzić, czego szukał kłusownik.

Ok, a teraz poważnie. Po pierwsze, faktycznie masz problemy z dialogami. To twoje “se pomyśleliśmy, że jak se poje…” jest okropne. Moja rada, jeśli chcesz pisać fantasy w klimacie Sapkowskiego, zacznij czytać teksty staropolskie. To stamtąd większość twórców czerpie te świetne odzywki swoich bohaterów. “Se” pochodzi raczej z gwary, choć tu akurat specjalistką nie jestem. “Psze pana” też raczej stropolskie nie jest. Ty po prostu udziwniasz dialogi, stosujesz niepoprawne formy, a to nie załatwia sprawy i na dodatek wygląda nieelegancko.

Wcześniej zarzucono mi, że Kapturek wypowiada się zbyt poprawnie jak na niewykształconą młodą wieśniaczkę, do tego jeszcze mocno zestresowaną – to oczywiście prawda, bo w zasadzie poza tym nieszczęsnym “psze pana” i “se” zamiast “sobie” nie popełnia istotnych błędów językowych. Co do tekstów staropolskich – raz: one były pisane w większości przez szlachtę, dwa: nie zależało mi na radykalnym archaizowaniu wypowiedzi Kapturka, założenie było trochę inne. Chciałem tu zastosować coś w rodzaju kompozycji szkatułkowej, takiej “baśni w baśni”, sprawić, by czytelnik przy monologu dziewczynki nabrał wrażenia, że czyta “Czerwonego Kapturka” w jakimś przedwojennym tłumaczeniu. Gdybym sięgnął po podobną stylizację, jak Sapkowski w przypadku mieszkańców Górnej (a może Dolnej? nie pamiętam) Posady, efekt byłby trochę zbyt komiczny.

 

Po drugie, stworzyłeś bohatera na wzór i podobieństwo Geralta z Rivii i pewnie każdy ci to wytknie, możesz oczywiście próbować się tak bawić, ale daleko na tym nie zajedziesz.

Jakuba Wilhelma łączy z Geraltem jedynie wspólna profesja. Nie jest mutantem, nie ma zdolności magicznych ani żadnych innych szczególnych uzdolnień, jest po prostu błędnym rycerzem ze specjalnością. Ale nie traktuję opowiadań z nim jako coś więcej niż wprawki.

 

Czytając twoje opowiadanie, pomyślałam w pewnej chwili, że może piszesz odrobinę z przmróżeniem oka. Wiele na to wskazywało. Twój bohater wdawał mi się przeciwieństwem Geralta, takim wiedźminem – nieudacznikiem. I to mi się spodobało. Kiedy uśmiercił babcię, wybuchnęłam śmiechem i byłam zachwycona.

Bo trochę tak miało być. Jest chyba dość oczywiste, że Jakub Wilhelm ma jednak nieco zawyżone mniemanie o swoich umiejętnościach, a jego największym atutem są dobre chęci. Mam w planie jeszcze dwa opowiadania z tym bohaterem, i w zasadzie jedynym potworem, nie licząc babci-wilkołaczycy, którego zabija, jest pijany gnom, biegający nago po piwnicy pewnego kupca. No, jest jeszcze jeden potwór, ale ten przypadkowo zabija się sam.

 

Niestety, zaraz później wychodzi na to, że Jakub Wilhelm co prawda się pomylił, ale przecież w końcu i tak jakąś bestię zabił. Na koniec dajesz mu rozterki typowe dla Geralta.

Taki mały rollercoaster – trochę śmieszno, trochę straszno. Ale pewnie powinienem się zdecydować, czy celuję bardziej w komedię, dramat czy horror.

 

Nich spróbuje wcisnąć Czerwonemu Kapturkowi kit o tym, że babcia w istocie była wilkołakiem, albo niech salwuje się ucieczką.

Początkowo realnie rozważałem tę drugą opcję. Miałem dopisać scenę, w której Jakub Wilhelm zabiera koszyczek Czerwonego Kapturka, wyskakuje przez okno na tyłach domu i ucieka w las, oglądając się nerwowo za siebie jak Adaś Miauczyński z “Dnia Świra” po tym, jak powalił na ziemię paniusię od “jamnika”. Uznałem jednak, że nie pasuje mi to do charakteru postaci. Bo to taki dobry rycerzyk, któremu daleko do cynicznego niekiedy Geralta.

 

Dziękuję za poświęcony czas!

Przy okazji – myślę, że kolejne fragmenty powieści powinieneś tytułować według schematu “Yuki i Pani Wschodniego Wiatru – rozdział X”. Tytuł całości jest w końcu ważniejszy niż tytuł rozdziału.

Jest to pierwszy rozdział mojej powieści pod tytułem “Yuki i Pani Wschodniego Wiatru”, którą aktualnie piszę. Początkowo miała to być książka dla dzieci, którą dwa razy wysyłałem konkurs Biedronki “Piórko”, lecz po jakimś czasie postanowiłem zmienić formę i nadać jej inny kształt.

Jak by to powiedział Wuj Stan z “Gravity Falls”: “Mam tak samo, tyle że odwrotnie!”. Jestem w trakcie pisania powieści, ale zastanawiam się, czy jej nie przyciąć i nie zrobić z niej młodzieżówki.

 

Wiatr nabierał na sile

Przybierał.

 

z góry zaczął padać silny deszcz

“Z góry” można swobodnie wyciąć. Deszcz nie będzie w końcu padał z dołu. ;)

 

skórzane spodnie ze skóry niedźwiedzia

Jak skórzane, to wiadomo, że ze skóry. Przymiotnik możesz wyciąć.

 

Zamiast tego był uzbrojony w swój łuk, wykonany z młodego dębu

Po “dębu” przecinek. Wtrącenia są z obu stron odgraniczone przecinkami.

 

Idąc coraz dalej, zauważył gęste chwasty, blokujące dalszą ścieżkę.

Proponuję wyciąć “dalszą”. Przecinek chyba też nie jest niezbędny.

 

Ostatecznie Yukiemu udało się natrafić na konstrukcję, przypominającą grzędę dla ptaków[1].

Niepotrzebny przecinek. No i taka mała wątpliwość – skoro świat jest wzorowany na feudalnej Japonii, to czy Yuki nie powinien dobrze wiedzieć, czym jest brama torii? Bo sprawia wrażenie, że widzi coś takiego po raz pierwszy, i dlatego konstrukcja kojarzy mu się z grzędą dla ptaków. Fajnie, że dajesz przypisy, ale jeśli się nad tym zastanowić, zawarte w nich informacje spokojnie mogłeś wpleść w główny tekst. Przykład: “Ostatecznie Yukiemu udało się natrafić na bramę torii – konstrukcję przypominającą kształtem grzędę dla ptaków i znaczącą drogę do chramu lub świętego miejsca”.

 

Po krótkim namyśle przekroczył jej próg.

Dałbym po prostu: przeszedł przez nią. “Próg” kojarzy mi się raczej z wejściem do budynku.

 

Nagle jedna z ceramicznych płytek dachu głośno spadła na dół, roztrzaskując się na ziemi, na kilka mniejszych odłamków.

Z tym zdaniem mam kilka problemów. “Spadła na dół” to pleonazm, zamiast którego można ewentualnie dać “spadła na ziemię”, jeśli chcesz koniecznie zachować rytm zdania. Głośny dźwięk powinien towarzyszyć raczej upadkowi płytki, a nie stanowić cechę procesu spadania, dlatego bardziej logicznie brzmiałoby: “spadła z brzękiem (lub innym dźwiękiem, jaki powinna wydać roztrzaskująca się o ziemię ceramiczna dachówka)”. Po “ziemi” niepotrzebny przecinek. “Na kilka mniejszych odłamków” jest w zasadzie zbędne, bo “roztrzaskać się” znaczy właśnie “rozbić się na kawałki”. A te zawsze będą mniejsze od całości.

 

Zastanawiam się, czy cała scena w świątyni ma jakieś znaczenie dla fabuły, czy jest tylko zapychaczem. Skoro skierowałeś moją uwagę na złoty posąg przedstawiający trzy małpy, to liczę na to, że ten posąg odegra jeszcze jakąś rolę jeśli nie w tym, to w którymś z kolejnych rozdziałów twojej powieści. No wiesz, Prawo Zachowania Detali.

 

Dwójka nieznanych mężczyzn ze strzelbami trzymała lisa, uwięzionego w metalowej klatce. Najprawdopodobniej byli to kłusownicy, należący do jednej z gildii, rozsianych po królestwie, zajmującej się nielegalnym zbieraniem rzadkich okazów zwierząt.

Przecinek po “gildii” niepotrzebny. Trochę zgrabniej brzmiałoby może “należący do jednej z rozsianych po królestwie gildii”. Czy wszystkie te “gildie” zajmują się kłusownictwem, czy tylko ta jedna?

 

Różni handlarze płacili krocie złotych monet za złapane trofea.

Mogę się mylić, bo się na tym nie znam, ale o trofeum myśliwskim mówimy chyba wtedy, gdy jest to łeb lub poroże zabitego zwierzęcia, w dodatku zabitego własnoręcznie, a nie żywe zwierzę złowione na zamówienie.

 

Yuki szybkim ruchem dobył strzały z kołczanu i wystrzelił ją w kierunku grubego osiłka z toporem w ręku a bronią palną w drugiej. Grot trafił w pobliskie drzewo, co z kolei zwróciło uwagę jego mądrzejszego kolegi.

Co Yuki chciał właściwie zrobić i co zamierzał przez to osiągnąć? Strzelał do faceta i spudłował, czy też może myślał, że trafiając w drzewo wystraszy dwóch oprychów uzbrojonych w strzelby, kuszę i topór? Chciał ich zabić czy zmusić ich, żeby wypuścili lisa? Nie zaszkodziłoby wejść na chwilę do jego głowy. Brakuje mi poza tym informacji, czy mężczyźni widzieli Yukiego, czy siedział gdzieś w krzakach oraz jaka odległość dzieliła go od kłusowników.

 

Te domniemania przerwał gwałtowny wiatr, który pojawił się znikąd i zmusił obu mężczyzn do odwrotu, z dużym lisem o dziewięciu ogonach w złotym kolorze. Gdy zagrożenie minęło, Yuki podszedł do tego miejsca, by dowiedzieć się, czego tak naprawdę chcieli kłusownicy.

W jaki sposób wiatr zmusił ich do odwrotu? Faktycznie był tak silny, że aż stanowił zagrożenie? Podejrzewam, że próbowała coś tutaj zdziałać tytułowa Pani Wschodniego Wiatru, ale chyba coś jej nie wyszło. Nie rozumiem, dlaczego Yuki chciał dowiedzieć się, czego chcieli kłusownicy, skoro wyraźnie widział, że dali drapaka z uwięzionym w klatce lisem. Na jego miejscu uznałbym, że chcieli złapać lisa, no i go złapali.

 

Średniej wielkości lis o podobnej barwie do tamtego, który został porwany, wyraźnie się go bał. Nie wiedząc, jakie ma zamiary, opuścił swoją bogatą kitę i coraz bardziej wycofując się do tyłu, schował się w starej kłodzie. Musiał wykazać się sprytem, jeśli chciał pomóc stworzeniu.

Masz tu bardzo klasyczny pleonazm. A poza tym w drugim zdaniu podmiotem domyślnym jest lis, więc wypadałoby na początku trzeciego zdania zaznaczyć, że to chłopiec musiał wykazać się sprytem, a nie ów zwierzak. Jeszcze jedno: skąd pomysł, że lis wymagał jakiejkolwiek pomocy? Domyślam się, że chodzi o uwolnienie jego domniemanego towarzysza, porwanego przez kłusowników, ale na tym etapie nie jest to zupełnie jasne.

 

Nie minęło dużo czasu, nim lis opuścił norę. Wyglądało na to, że bardzo cierpiał, kulejąc na jedną z łap. Przenikliwym spojrzeniem dostrzegł dziwny przedmiot, przypominający drzazgę albo zwykły kolec, wypełniony przedziwnym płynem.

Raz: czy lis nie schował się aby wewnątrz pustej kłody, a nie w norze? Dwa: teraz już rozumiem, o jaki rodzaj pomocy chodziło, ale Yuki powinien był najpierw zauważyć, że lis kuleje. Trzy: z fragmentu wynika, że to lis przenikliwym wzrokiem dostrzegł przedmiot tkwiący w swojej własnej łapie.

 

Sprawnym ruchem wyciągnął z łapy groźny wynalazek i kolejny raz dokładnie go obejrzał. Jego oczy zaświeciły się na niebiesko. Po chwili nie miał wątpliwości, że w środku znajdowała się trucizna i gdyby dostała się do organizmu zwierzęcia, mogłoby ono nie mieć tyle szczęścia.

Ten ustęp też warto byłoby okrasić trochę “Yukimi” i “chłopcami”, żeby było wiadomo, że to nie lis sam wyciąga sobie z łapy… no właśnie, wynalazek? Domyślam się, że to jakaś zatruta strzałka kłusowników. Nie rozumiem też, czyje oczy zaświeciły się na niebiesko, i co to właściwie oznacza.

 

Yuki rozpromienił się, ale natychmiast powrócił myślami do swojej obecnej misji, która nieco się skomplikowała – musiał odnaleźć mamę lisa i bezpieczną drogę do domu.

Dlaczego musiał odnaleźć mamę lisa? Bo jeśli się nad tym zastanowić, to wcale nie musiał, zależało to tylko od jego dobrej woli. Na jego miejscu spróbowałbym zresztą wydostać się najpierw z tego lasu.

 

W ten oto sposób przebrnąłem przez pierwszą z trzech części tekstu. Biorąc pod uwagę, jak krótki był to fragment, przebijałem się przez niego zadziwiająco długo, a to z powodu licznych potknięć językowych, fragmentów, które mi zgrzytały czy w jakiś sposób wybijały mnie z rytmu, jak i headscratcherów, które kazały mi zastanawiać się, czy postępowanie bohatera ma sens.

 

Podsumowując: jak na razie jest mocno tak sobie, w mojej opinii tekst wymaga przemyślenia i dopracowania. Wiedząc co nieco na temat tego, jak lisy są postrzegane w kulturach Dalekiego Wschodu, przypuszczam, że dalej może być nieco lepiej, więc jeśli uznasz, że moje uwagi do czegoś Ci się przydadzą i nie masz nic przeciwko komentarzom w częściach, postaram się wrócić w wolnym czasie do Yukiego.

O co właściwie chodzi z tym “toonasem”? Google wyrzuca linki do wykopa oraz do jakiejś książki “o seksie i samotności”.

To nie tak, że mam obsesję na punkcie bronienia swojego tekstu. Przeciwnie, dobrze widzę jego mankamenty i już nie mogę się doczekać, żeby przystąpić do jego poprawiania. Chodzi o to, że przez niektóre z zarzutów, które tu padły, poczułem się niejako zmuszony do tłumaczenia, że nie jestem wielbłądem.

To dziwne, że czytelnik domaga się ode mnie wytłumaczenia, co to jest zagadkowy ton, rozwlekły dźwięk, dlaczego bohater był zasapany, skoro były tego co najmniej cztery powody, albo ma pretensje o to, że nie zaznaczyłem, że polana była otoczona lasem (dla świętego spokoju zmienię tę polanę na łąkę, gdy będę dokonywał poprawek), a jakimś cudem nikt – poza jedną bystrą betą – nie zarzucił mi, że czarcie kręgi są przecież utworzone przez grzyby, a nie wypalone w trawie. Bo to jest oczywisty błąd merytoryczny, którego nie mam jak obronić, mógłbym się co najwyżej zasłonić licentia poetica.

Pamiętam, że natknąłem się kiedyś w Internecie na złośliwą recenzję jednej z moich ulubionych baśni Andersena, która jest w zasadzie opowiadaniem grozy – “Dziewicy Lodów” (nie mylić z “Królową Śniegu”). Autorka zastanawiała się m. in., skąd w duńskiej wiosce tak wielu “kretynów o tłustych twarzach” i sugerowała “nierobienie sobie dzieci z Duńczykami”, podczas gdy akcja opowiadania dzieje się w Szwajcarii, a Andersen opisuje rzeczywiście istniejącą, niegenetyczną chorobę, zwaną kretynizmem tarczycowym lub matołectwem, która dawniej występowała powszechnie w regionach górskich, czyli tam, gdzie dieta ludności była uboga w jod. Na minus tekstu zaliczyła także to, że główny bohater nie ginie, choć on zdecydowanie zginął i bardziej dosłownie jego śmierci nie dało się chyba pokazać. Wyobrażam sobie, że gdyby Andersen żył, to czułby się trochę jak ja na NF, choć pewnie za bardzo sobie pochlebiam.

 

Mimo tej dozy żółci, którą pozwoliłem sobie wylać powyżej, jestem bardzo wdzięczny za twój komentarz – zawsze to jest jakaś informacja zwrotna. Dziękuję również za “klika”.

Dlaczego łapczywie łapał powietrze?

Yyy… Bo im szybciej się przebiera nogami, tym gwałtowniej się łapie powietrze? A im powietrze jest chłodniejsze, tym trudniej oddychać? A pod wpływem silnych emocji oddech też przyspiesza? Nie wspominając już o tym, że chłopaczyna sporo się tego dnia “nalatał” i miał prawo być zmęczony.

 

I naprawdę zauważył konary na kształt kościelnego sklepienia?

Skoro chodził tamtędy wielokrotnie, to musiałby być ślepy, żeby ich nie zauważyć. A że życie średniowiecznego chłopa koncentrowało się wokół pracy i religii, wydaje mi się całkiem normalne, że te splątane konary kojarzyły mu się właśnie ze sklepieniem gotyckiego kościoła. Artystyczna dusza do tego niepotrzebna.

 

I z powodu jakich wysiłków krakały szyderczo ptaki? Że idzie? To dla wiejskiego chłopca jakiś wysiłek?

Chodzi o wysiłek wkładany w pokonanie trasy. Wydawało mu się, że wrony śmieją się z niego, bo idzie, idzie i jakoś dojść nie może.

 

To jest przykład zdań napisanych dla klimatu, ale od czapy, jeśli chodzi o fabułę. Bo ani idąc chłopak nie powinien się specjalnie zmęczyć, żeby musieć łapczywie łapać powietrze, a gdyby nawet jakoś to uzasadnić, to wysiłek jak widać nie przeszkodził jego artystycznej duszy zauważyć konarów w kształcie kościelnego sklepienia. W mojej opinii jest to wpadka autora, który tak się rozsmakował w klimacie, że zaczął gubić sens wypowiedzi.

Ten fragment jest akurat bardzo “życiowy” w tym sensie, że opisałem w nim niejako własne doświadczenie. Często skracam sobie drogę przez las, gdy idę na dworzec PKP. Idę szybkim marszem, bo zdarza mi się wychodzić w ostatniej chwili. Odkąd pamiętam, w okresie jesienno-zimowym ciężko mi było oddychać, a im bardziej się boję, że nie zdążę na ten cholerny pociąg i spóźnię się do roboty, tym bardziej serducho mi wali i oddech przyspiesza. Podobnie się czuję, gdy idę np. późnym wieczorem przez park. Ale ja w dzieciństwie leczyłem się na astmę, więc może jest w tym trochę racji i moje doświadczenie jest w jakiś sposób wyjątkowe. Nie zgodzę się jednak z tym, że gubię sens wypowiedzi. Każdy swój tekst czytam wielokrotnie i zazwyczaj dobrze wiem, co chcę osiągnąć. A że nie zawsze wychodzi, to inna sprawa.

 

Myślę też, że nie dopracowałeś porteru psychologicznego chłopaka. Z jednej strony, ojciec posyła go na targ w interesach, i to jest całkiem normalne. W dawnych czasach dzieci bardzo szybko zaczynały pracę na gospodarstwie, z drugiej strony, rodzice straszą go babą jagą, a on ciągle powtarza, że musi być grzeczny, jak jakiś kilkulatek. I gdy na końcu widzi już UFO i kosmitów, mógłbyś pokusić się chociaż o cień wątpliwości, że to nie jest jednak czarownica na miotle.

Słyszałeś może o Jenny Haniver albo morskim biskupie? Nie mam pojęcia, z której strony zwykła płaszczka może przypominać smoka albo biskupa, ale tak się właśnie kojarzyła mieszkańcom szesnastowiecznej Europy. Nie widzę więc przeszkód, dla których stereotypowy szary kosmita, w dodatku ubrany w powłóczystą szatę (w opisach rzekomych porwań oni nie zawsze są nadzy) nie mógłby się skojarzyć ze starą czarownicą. A tajemnicze światło to czary i tyle. W Fatimie czy Medjugorie, w XX wieku, krążące na niebie UFO zostało wzięte za “wirujące słońce”. W Indiach zdeformowane dzieci czy zwierzęta są brane za bogów. A to zaledwie pierwsze z brzegu przykłady.

Powiedziałbym, że umiejętność niedzielenia się niektórymi swoimi wytworami też jest rzeczą cenną – vide kurioza w rodzaju “Gówna artysty”.

Nie wszyscy wiedzą, ale ja tylko wyrażam swoją opinię.

 

A opinia, jak to opinia, jest osobista i subiektywna.

Bolly, najpierw napiszę w czym się z Tobą zgadzam, bo zgadzam się niemal w całości – trudno się zresztą nie zgodzić, jeśli ktoś pisze “nie zrozumiałem, nie odczytałem, z niczym mi się nie kojarzy, nie wiem, nie spędziłem miło czasu” – sama prawda. Doceniam takie podejście.

Staram się cały czas używać komunikatów typu “JA”, bo nie jestem żadną wyrocznią.

 

Pierwsze zdanie powinno brzmieć tak, jak brzmi, gdyby przypadkiem miało brzmieć inaczej, to na pewno by brzmiało.

Wierzę. Choć brzmi to w moich uszach co najmniej dziwacznie. Spójnik “że” wydaje mi się bardziej naturalny, bo wprowadza dopowiedzenie tego, co zasygnalizowano w pierwszym zdaniu. “Nie wszyscy wiedzą…” implikuje pytanie “co?”, “o czym?”. “Ale” brzmi tak, jakby wprowadzało zaprzeczenie pierwszej części zdania. Nie czepiałbym się “ale”, gdyby zdanie brzmiało np. “Nie wszyscy o tym wiedzą, ale Trzech Króli jest tak naprawdę Czterech”.

 

Piszesz, że nie wiesz, co miało na celu zestawienie królów karcianych, któych faktycznie jest czterech, z biblijnymi Trzema Królami. Ja też nie wiem. Może chodzi o to, że biblia, jak większość historii tego typu, opowiada głównie o mężczyznach (poniżej 10% postaci Starego i Nowego Testamentu to kobiety, większość nie jest wymieniona z imienia, większość prawie nic nie mówi), a tutaj autor chciał mrugnąć okiem i powiedzieć, że historia zbawienia jest także historią kobiet? Ale w sumie cholera wie. Może to tylko zgryw autora.

Tylko że akcent w twoim tekście wcale nie jest położony na Króla Kier, tylko Króla Trefl. To on różni się od pozostałych, jest w jakiś sposób wyjątkowy.

 

Żongler, może Alicję w Krainie Czarów?

Tyle że “Alicję”, choć jest dość autystyczna, da się zrozumieć. Wszystkie alegorie – no, przynajmniej większość – da się jednoznacznie odczytać, nawiązania wyłapać. Dodgson zostawia wskazówki, a resztę można sobie dopowiedzieć, znając jego biografię i realia epoki. Twój tekst nie jest nawet autystyczny, bo – jak sam przyznałeś, sam nie wiesz, o co w nim w ogóle chodzi.

 

Na usta ciśnie mi się jedno pytanie. Jakim cudem tekst, który: 1) nie spełnia wymogów formalnych do tego, by nazwać go opowiadaniem; 2) sprawia wrażenie, że jest fragmentem; 3) zawiera pretekstowy element fantastyczny; 4) nie ma żadnego sensu, został wyróżniony i trafił do tzw. “Biblioteki”? To chyba nie najlepiej świadczy o poziomie tego portalu. Ponieważ widziałem tu już szorta o prezerwatywach szturmujących zamek, czy czymś w tym stylu, zaczynam się zastanawiać, czy nie jest to aby jakiś współczesny trend, którego nie rozumiem. I mówię to jako umiarkowany sympatyk dadaizmu i surrealizmu.

Pierwsze zdanie nie powinno przypadkiem brzmieć: “Nie wszyscy wiedzą, że Trzech Króli jest tak naprawdę czterech”?

 

Nie podzielam zachwytów nad tekstem. Nie zrozumiałem go, nie wzbudził we mnie żadnych emocji. Jeśli to alegoria, to niestety nie odczytałem jej, bo opisane postacie królów nie kojarzą mi się z niczym poza kartami. Naprawdę nie wiem też, co miało na celu zestawienie króli karcianych, których faktycznie jest czterech, z biblijnymi Trzema Królami.

 

Kilku minut poświęconych na czytanie nie spędziłem miło. Miałem wrażenie, że autor pisze, co mu fantazja na pióro przyniesie, bez żadnej refleksji nad tym, czy ma to jakikolwiek sens. Taki sobie słowotok, sztuka dla sztuki. Nie ma tu żadnej fabuły, żadnej akcji, tekst nie przekazuje żadnej (zrozumiałej dla takich jak ja prostaczków) myśli, do niczego nie prowadzi. W zasadzie nie jest to nawet opowiadanie, tylko rozbudowany opis. Cóż, chyba po prostu nie jestem docelowym odbiorcą tego typu tekstów.

Wiadomo już dokładnie, kiedy będzie ogłoszenie wyników? I gdzie mam zgłosić, że po zakończeniu konkursu chciałbym otrzymać na pw informację o liczbie zdobytych przeze mnie punktów?

Pamiętaj też, że konstruktywna krytyka może tylko pomóc, a i tak ostateczna decyzja należy do autora :) Dlatego nie trza się wkurzać, ino cieszyć, że ktoś czyta, poświęca czas, niechby nawet krytykując :D

Lubię krytykę, ale gdy rzeczywiście jest konstruktywna. Tutaj dostałem jak dotąd kilka celnych uwag, ale zadziwiająco dużo było też czepiania się poprawnych zwrotów i sformułowań z języka polskiego, w których nie ma niczego niezwykłego i które znaleźć można w co drugiej książce. Bardzo mnie to zaskoczyło i pozostawiło pewien niesmak. Póki co odnoszę wrażenie, że na Weryfikatorium czy Artefaktach można otrzymać bardziej rzetelną i merytoryczną krytykę, ale może jeszcze zmienię zdanie.

 

Mi się podobało, daję klika.

A co to oznacza?

Pełna zgoda co do nadmiaru zaimków (zauważyłem, że z biegiem czasu coraz skuteczniej je w swoich tekstach wyłapuję), zadzierania/unoszenia głowy do góry oraz wódki, która faktycznie jest anachronizmem (sam nie piję i mam zerową wiedzę na temat alkoholi). Nad “malcem” i “trzewikami” jeszcze się zastanowię, gdy po zakończeniu konkursu będę poprawiał opowiadanie. Reszta to bzdury, mniejsze lub większe. Po czuprynie jak najbardziej można się podrapać, usta zaciąć, można ścisnąć kogoś (podobnie jak ująć lub złapać) za rękę/nogę/szyję/cokolwiek innego, znak może być bezbożny lub bluźnierczy – przynajmniej u Lovecrafta i jego naśladowców. ;) We fragmencie o polanie kilkakrotnie wspomniane są drzewa. Widziałem osoby, które miały na policzkach lśniące ślady po łzach. To konkretne Oko jest wielką literą, bo tak ma być.

 

Pisarzem jestem przeciętnym, może trochę mniej niż przeciętnym, ale rażących błędów językowych nie popełniam, więc na kolejne bezsensowne zarzuty podobne do tych drakainy i regulatorów po prostu nie będę już odpowiadał.

 

Styl jest, jaki jest. Nie każdemu musi się podobać i ja to szanuję. Jak już chyba wcześniej wspomniałem, staram się pisać tak, jak sam chciałbym czytać. Lubię, kiedy akcja rozkręca się powoli, na ogół czytam z przyjemnością teksty, które innych szybko nużą. Nie wiem, może takie mamy czasy, że wszyscy się spieszą, niecierpliwią i dążą do natychmiastowej gratyfikacji. W tym konkretnym tekście jego długość i rozwlekłość były też środkiem do celu, który, jak widzę, niestety nie został osiągnięty.

W historii przeszkadzało mi, że końcówka wcale nie wynika z wcześniejszych wydarzeń. Czy gdyby chłopcy nie poszli obejrzeć śladów albo w ogóle targu nie było, coś by się zmieniło w tej kwestii? Tyle tylko, że młynarczyk miał gotową interpretację zdarzeń, więc zobaczył czarownicę, a nie plugawego diabła.

O to właśnie chodziło. Do porwania przez obcych doszłoby tak czy siak. Młynarczykowi wydawało się, że spotkała go kara za jego złe zachowanie, i to jeszcze – o ironio! – w dniu, w którym poprzysiągł sobie poprawę, podczas gdy on się w tym wszystkim od początku do końca w ogóle nie liczył. Obcy zaatakowali młyn, bo – podobnie jak chata na polanie – stał na uboczu, a jego mieszkańcy byli łatwym celem. Choć jestem w stanie zrozumieć, dlaczego taki rodzaj twistu, jeśli można to nazwać twistem, nie przypadł Ci do gustu.

 

Dałeś jedną dużą literę, to i drugiej nie skąp.

Łał. Jak to się stało, że dopiero Ty to zauważyłaś? A parę osób przed Tobą przecież czytało tekst, no i sam sprawdzałem go tyle razy. 0_o

W opcjach edycji widziałem usunięcie tekstu. Nie trzeba zostawiać pustego wątku z trzema kropkami.

Oczekujecie, że unikniecie kary.

Oczekiwać a mieć nadzieję to dwie różne rzeczy. Jak to szło? Hoping for the best, but expecting the worst…

Ajzan,

 

Miejmy nadzieję, że skończy się na “idź i nie grzesz więcej”. :/

No właśnie – chciałem być uczciwy.

 

To była zmiana trzech-czterech słów, żadnej ingerencji w strukturę zdań. O kilku zmianach poinformowałem w komentarzu pod tekstem z 15 stycznia, więc tutaj mam jasność, nie pamiętam jednak, kiedy zmieniłem “ciżmy” na “trzewiki”. Zmianę z 16/17 stycznia anulowałem.

Opowiadanie wrzuciłem na betę już 27 grudnia. Chciałem opublikować 6 stycznia, ale czekałem dodatkowy tydzień, bo do betowania zgłosił mi się jeszcze jeden człowiek, który ostatecznie z betą się nie wyrobił.

 

Jak mówiłem, sprawę mojego zgłoszenia pozostawiam osobom decyzyjnym. Ktoś chyba ma jakiś wgląd w historię zmian. Bo ja naprawdę nie pamiętam na 100%, kiedy wprowadziłem ostatnią poprawkę.

No dobra, muszę tu coś z siebie wyrzucić, bo nie daje mi to spokoju.

 

Pod wpływem zajadłej krytyki ze strony drakainy podmieniłem w moim opowiadaniu kilka słów na inne. Jestem na 99% pewien, że zrobiłem to jeszcze przed północą 15 stycznia, ale ostatnio jestem tak zakręcony, że nie mam co do tego absolutnej pewności.

 

Wiem za to, że 16 albo 17 stycznia usunąłem jedno słowo, ale natychmiast się zreflektowałem i dokonałem kolejnej edycji, przywracając je tam, gdzie było.

 

Swój los składam w ręce jurorów. Jeśli zostanę zdyskwalifikowany, zaakceptuję to, bo jestem gotów ponieść konsekwencje swojego roztargnienia. Choć mam cichą nadzieję, że do tego jednak nie dojdzie. Nie to, żebym ostrzył sobie zęby na miejsce w finałowej dziesiątce, bo na to jestem za cienki w uszach, ale fajnie byłoby chociaż dotrwać do końca i poznać oceny punktowe jury.

 

Nie wiem, czy jestem jedynym, który ma takie zdanie, ale osobiście uważam, że do czasu rozstrzygnięcia konkursu możliwość komentowania opowiadań powinna być wyłączona. Komentarze mogą przecież wpływać na ocenę jurorów, stwarza to też pole do nadużyć, wojen podjazdowych pomiędzy uczestnikami konkursu.

Zależy, co rozumieć przez debiut. To moje drugie ukończone opowiadanie, ale pierwsze, które wrzuciłem tutaj. Mam też na koncie kilka rozdziałów powieści, ale ten portal to chyba nie miejsce dla dłuższych form.

 

Co do tego południowego zachodu, to oczywiście masz rację. Wystarczyłby sam “zachód”.

 

Dzięki za pozytywny feedback. To budujące.

“Urwipołcie”? Przecież to brzmi komicznie. Naprawdę taki efekt chcesz wywołać u czytelnika?

Może i brzmi niezamierzenie zabawnie, ale każdego śmieszy trochę coś innego. Mnie na przykład zawsze rozśmiesza pojawiający się u Sapkowskiego “mutant”, bo zaraz sobie wyobrażam czarodziejów w spiczastych czapkach dokonujących sekwencji DNA.

 

Dlatego konstruowanie tekstu polecam zacząć od znalezienia MacGuffina, potem w oparciu o niego wykreować bohaterów, intrygę, a w subtelności typu budowa nastroju poprzez długie opisy, to można się ewentualnie bawić później :)

No cóż, ja nie zawsze szukam w krótkich formach ciekawych bohaterów i sensacyjnych fabuł. Przeważnie zresztą ich nie znajduję, bo – jak już wspomniałem wcześniej – najzwyczajniej w świecie nie ma na to miejsca. Prawdziwą sztuką jest właśnie napisanie opowiadania one-shota, w którym znajdziemy to wszystko, o czym piszesz.

Na upartego fabułę każdego tekstu, czy to opowiadania, czy opasłej powieści można streścić w kliku zdaniach. “Władca Pierścieni”? Proszę bardzo: “Kilku kolesi wyrusza zniszczyć magiczny pierścień. W końcu im się to udaje”. “Lalka”? “Bogaty właściciel sklepu zaleca się do zubożałej arystokratki. Ona go nie chce”.

Powtórzę jeszcze raz, bo chyba nie zostałem dobrze zrozumiany: moim zamiarem było tylko i wyłącznie stworzenie klimatu grozy, skupiłem się więc nie na CO, tylko na JAK. Horst miał być everymanem, równie ciekawym, co bezimienny chłopiec z “Króla Olch” Goethego. Przypomina mi to trochę sytuację z pewnego forum, gdzie inny mój tekst, stylizowany na baśń, został skrytykowany za baśniowość.

 

Re: impresjonizm… Jednym z najpiękniejszych jego przykładów jest taka scena w “Jądrze ciemności” Conrada, gdzie Marlow płynie rzeką na statku i zauważa, że coś mu przeleciało koło głowy – dopiero jakiś czas później orientuje się, że są to bodaj strzały czy jakieś podobne pociski, w każdym razie, że zostali zaatakowani przez tubylców. Impresjonizm to niedosłowność, to obserwacja tego, jak postrzegamy świat – nie od razu ze szczegółami, ale właśnie czasem taki rozmazany.

Miałem raczej na myśli apelowanie do zmysłów poprzez operowanie wizualiami i dźwiękiem. Zdaniem jednej z beta-czytelniczek właśnie to wyszło mi całkiem przyzwoicie.

Ale że aż 40 osób, choć poświęciło czas na napisanie opowiadania na konkurs, zdecydowało się go jednak nie wysyłać albo o tym zapomniało?

drakaina,

 

Poprawiłem “obdartusów” na “urwipołciów”, “kynocefali” na “psiogłowców”, a “czyniły” na “robiły”, poprzedniego “robienia” jednak nie ruszając.

 

Choć w jednym to już autor popłynął – ten młynarczyk biegający po lesie w ciżmach :D

Zastanowię się jeszcze nad tymi “ciżmami”, bo przyznaję się bez bicia, że kompletnie nie mam pojęcia, co mógł mieć na nogach średniowieczny chłop. Jesienią raczej bosy nie był, ale zarówno “buty” jak i “trzewiki” brzmiały dla mnie zbyt współcześnie. “Ciżmy” rzeczywiście kojarzą się z obuwiem z fantazyjnie podwiniętymi noskami, ale dam głowę, że w co najmniej jednej powieści fantasy autor używał tego słowa w znaczeniu “buty”.

 

Są słowa mocniej i słabiej związane ze swoim pochodzeniem. Pawęż należy do tych najsłabiej w ten sposób odczytywanych. Można się zastanawiać nad mnóstwem innych: kolor bordowy (wielu ludzi zna wina bordoskie, więc ten związek jest nieco silniejszy), bajońskie sumy, czy adamaszek. Kiedy ten związek jest słaby, statystyczny czytelnik nie wyczuje fałszu. Ale jak widzę w przekładzie fantasy dziejącej się w generic fantasylandzie określenie, że ktoś “siedział po turecku”, to już jest nie okej.

Ba, w jednym z tłumaczeń “Władcy Pierścieni” jest bodajże mowa o “mięsie armatnim”. :D

 

Nadużywanie przymiotników – i ogólnie styl tego tekstu – jest chyba oczywistym nawiązaniem do twórczości pisarzy grozy z początku ubiegłego wieku. Którym kiedyś zarzucano to samo, a teraz są już klasykami literatury. Problem w tym, że – w mojej subiektywnej ocenie – tutaj wyszło to siermiężnie i bez polotu.

Lovecraft, Algernon Blackwood, Mary Shelley, Stoker, Stefan Grabiński – to są moi mistrzowie. A że ich zawiodłem, to inna sprawa. :-(

 

Polecam następny tekst napisać normalnym dla Ciebie, niewymuszonym językiem, nawet gdyby to miał być tekst o zamierzchłej przeszłości. A czas poświęcony na wyszukiwanie słów w Google Books przeznaczyć na skonstruowanie bardziej rozbudowanej intrygi, bardziej wyrazistych bohaterów i inne takie :) Niestety opowiadanie na 25 tys znaków którego fabułę da się streścić w dwóch zdaniach, bohaterów opisać jednym, a i sam pomysł na kolana nie powala, to nie jest coś fajnego. Przynajmniej dla mnie.

Pierwszy raz próbowałem napisać horror, choć już wcześniej romansowałem trochę z tym gatunkiem. Budowanie ciekawej intrygi i tworzenie wyrazistych bohaterów nie było wcale moim zamiarem. Chciałem zbudować klimat, podziałać na wyobraźnię, pobawić się w swoisty impresjonizm. Horst miał być everymanem, z którym każdy mógłby się trochę utożsamić.

Sam w opowiadaniach na 25 tysięcy znaków nie szukam sensacyjnych fabuł i zapadających w pamięć bohaterów, bo po prostu nie ma w nich na to miejsca, tylko ciekawego pomysłu. Mój, czyli percepcja klasycznych, uprowadzających ludzi “szarych obcych” i ich wytworów przez średniowiecznego kmiotka, nie był zbyt oryginalny, przyznaję. Miałem nadzieję, że chociaż droga Horsta będzie Wam się dłużyć tak, jak to opowiadanie, i udzieli Wam się klimat, ale jeśli nie wyszło – przepraszam.

to przemieszanie imion

Imiona: Horst, Cedric i Simon znalazłem w spisie niemieckich imion męskich. Dwa ostatnie po prostu spolszczyłem.

 

Nic mi tu nie wskazywało na czasy po rekonkwiście, nie mam też tak naprawdę pojęcia, gdzie to się dzieje i czy rekonkwista ma w związku z tym jakiekolwiek znaczenie dla bohaterów ;)

Jak już wspomniałem na betaliście, jest tutaj jedno małe nawiązanie do “Malleusa”, który został wydany po raz pierwszy w 1487 roku, więc akcja dzieje się prawdopodobnie na początku XVI wieku, ale dokładny czas i miejsce akcji celowo pozostawiłem niedookreślone.

 

Formalnie jednym i drugim, i jeszcze archeologiem :/

Ooo, szacunek. A skąd ta niezadowolona emotka? Bo ja naprawdę zazdroszczę. Sam miałem być nauczycielem historii, ale skończyłem jako psycholog.

Cóż, dla mnie klimat też nie bardzo wyszedł, między innymi przez te kwestie językowe i narracyjne na których się potykałam. Co do technikaliów, widzę, że należysz do tej grupy autorów, którzy po prostu wiedzą lepiej, więc nie będę dyskutować ze wszystkim, quod scripsi, scripsi i tu moja rola komentatora się kończy. To Twój tekst, możesz w nim zostawić, co tylko chcesz. Musisz się jednak liczyć z uwagami krytycznymi, jeśli uprzesz się przy czymś, co jest wyraźnie niepoprawne lub niezgrabne.

Przeciwnie, ja bardzo cenię sobie krytyczne uwagi, ale wtedy, gdy rzeczywiście są sensowne – w paru przypadkach przyznałem Ci przecież rację, z innymi uwagami nawet nie dyskutowałem. Nie czuję się jednak dobrze, gdy ktoś zarzuca mi błędy językowe tam, gdzie ich nie ma. A to, czy coś jest niezgrabne, to rzecz gustu. Staram się pisać tak, jak sam chciałbym czytać, i choć jeszcze długa droga przede mną, pewne cechy mojego stylu pozostaną niezmienione.

Co do krytyki, to po to właśnie zarejestrowałem się na portalu i wziąłem udział w konkursie. Nie po to, żeby wygrać, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że opowiadanie jest w najlepszym wypadku przeciętne, rzemieślnicze. Chciałem się przede wszystkim dowiedzieć, jak je ocenią jurorzy i użytkownicy. Jeśli będą przeważały głosy krytyczne, to cóż, dam sobie spokój, wrócę do pisania do szuflady albo znajdę sobie jakąś niszę. :-)

 

To jedno zamień to drugie, byle z sensem. “Czynić wrażenie” jest po prostu złym frazeologizmem.

Dla frazy “czyniły wrażenie” mamy 906 wyników w GoogleBooks, w tym Sienkiewicz, Orzeszkowa, Joseph Conrad. Brzmi to może nieco staroświecko, ale zestawienie wyrazów wydaje się być poprawne. Jeśli nie, to już naprawdę nie wiem, komu mam wierzyć.

 

Co do chuchania i dmuchania. Punkt pierwszy: w takim średniowieczu i w tych sferach jedynak to rzecz dziwna, wokół której mógłbyś zbudować całą intrygę – bo może po śmierci iluś tam braci i sióstr został się im jeden syn, a więcej już raczej mieć nie będą.

Istnieje całe mnóstwo przyczyn, dla których kobieta lub mężczyzna mogą mieć problemy z płodnością. Młynarzowa nie wydaje się być okazem zdrowia.

 

A rozdmuchiwane niekiedy ponad miarę nieprzywiązywanie się do dzieci istniało – dzieci umierały na potęgę, więc inwestycja w nadmiar uczuć po prostu się nie opłacała społecznie.

Wiem. Strata krowy była większą tragedią niż śmierć dziecka. A jednak podtrzymuję to, co powiedziałem wcześniej – ludzie są bardzo różni, w każdej epoce. To nie tak, że w średniowieczu chłop nie potrafił pokochać swojego dziecka. Wielu rzeczywiście traktowało dziecko tylko jako inwestycję, ale tak jest też współcześnie – np. w Chinach, ale w Polsce też. Ludzka natura jest zasadniczo niezmienna – człowiek potrafi kochać i przywiązać się, bo to go czyni człowiekiem, ale w społeczeństwie i tak zawsze znajdziemy cały wachlarz postaw.

 

Z kmieciem zaznaczyłam wyłącznie z powodów, powiedzmy, zawodowych. To słowo nie z głównego rejestru, w którym utrzymane jest Twoje opowiadanie, słowo nacechowane, a historycznie mające konkretne znaczenie. Dobrze, jeśli piszący jest wszelkich takich uwarunkowań świadomy.

Dla ciekawości – jesteś polonistką? A może historyczką? Jeśli to drugie, to doradź mi proszę, czy nie zmienić Maurów na Osmanów. Od wczoraj nad tym główkuję i nie mogę się zdecydować. Rekonkwista już niby dawno zakończona, za to Turcy panują na całych Bałkanach, ale czy Horst w ogóle odróżniłby jednych od drugich?

drakaina,

 

Narracja jest rozwleczona, więc horrorowość średnio się sprawdza.

Łiii, jak to jest rozwleczona narracja, to spróbuj przeczytać “Wierzby” Blackwooda. Tam interesujący pomysł rzeczywiście spalił na panewce z powodu wodolejstwa autora. Prawda, znaków wyszło mi ciut więcej, niż planowałem, ale właśnie tyle średnio mają moje teksty.

 

Trochę dynamizmu by tu nie zaszkodziło.

W sensie? Za cel postawiłem sobie raczej budowanie klimatu niż opisywanie sensacyjnej akcji.

 

Pierwszy akapit aż boli stereotypem.

Dobry stereotyp nie jest zły. Ja po prostu lubię takie klimaty. :-)

 

Niebo raczej bywa szare w różnym natężeniu i jasności, ale popielate? To niby synonim, ale nie do wszystkiego pasuje.

Niebo początkowo było “ołowiane”, ale zorientowałem się, że wyglądałoby ono jak przed burzą, a niezupełnie o to mi chodziło. “Popielaty” jest dla mnie synonimem szarego – jak popiół właśnie. A zresztą – wiesz, że mężczyźni odróżniają tylko trzy kolory? Nie będę wymieniał jakie, bo nie wypada. :-)

 

“Zdążał do młyna dobrze sobie znaną ścieżką, którą okoliczni chłopi zwykli wozić tam zboże na przemiał.” – “tam” jest niepotrzebne, bo raczej nie wozili tego zboża gdzie indziej; “na przemiał” to się daje niechciane rzeczy, a nie zboże. Zboże raczej do zmielenia. Ale tak naprawdę ta informacja jest zbędna, bo zasadniczo do tego służy młyn.

Owszem, można się było bez zaimka obyć, choć czasami jego wycięcie sprawia, że zdanie nie brzmi już tak naturalnie. Wypowiadając je na głos, czuję, że w takim miejscu jakby “potykam się”, czegoś mi brakuje. To jest oczywiście całkiem subiektywne odczucie. Fraza “zboże na przemiał” występuje dość powszechnie w literaturze – 157 wyników w GoogleBooks.

 

“Zdążał do młyna dobrze sobie znaną ścieżką, którą okoliczni chłopi zwykli wozić tam zboże na przemiał. Sucha trawa, wygnieciona kołami wozów, szeleściła głośno pod jego stopami. Droga dłużyła się chłopcu niemiłosiernie. Choć kroczył żwawo, łapczywie łykając chłodne jesienne powietrze i wydmuchując małe obłoczki pary, przypominająca tunel ścieżka

A dajcież spokój. Słowo powtórzyło się dwukrotnie w jednym akapicie, w dodatku nie w następnym zdaniu. Czym miałem je zastąpić? “Wąskim pasem ziemi wydeptanym przez ludzi lub zwierzęta albo specjalnie przygotowanym dla pieszych”?

 

Horst, Cedryk i Szymon – każde imię z innej bajki, a świat raczej nie wygląda na kosmpolityczny…

To są wszystko niemieckie imiona, tyle że dwa ostatnie w wersji spolszczonej.

 

“trzech małych obdartusów“ – dlaczego obdartusów? Na moje oko co najmniej dwaj mają jak na ten świat raczej zamożnych rodziców, ze stałą pracą, całkiem dochodową. To nie ulicznicy.

Uwaga słuszna, choć miałem raczej na myśli to, że ubrania są trochę sfatygowane i powycierane od zabaw na świeżym powietrzu. Może “urwipołciów” brzmiałoby lepiej.

 

“zagadkowym tonem przestrzegł ich rudzielec” – jaki to jest zagadkowy ton?

Zadzwoń do mnie, to powiem Ci coś zagadkowym tonem. :-) 37 wyników w GoogleBooks dla frazy “zagadkowym tonem”, 5 dla “zagadkowy ton”.

 

“Ze wzgórza rozciągał się widok na płaską jak stół polanę” – tylko na polanę? Bo polana zazwyczaj jest w środku lasu. “Widać było polanę” byłoby ok

Gdybym dopisał, że na polanę i otaczający ją las, to byś się przyczepiła, że polana – no właśnie – zazwyczaj jest w środku lasu, więc informacja zbędna. To trochę jak z tą słynną “wyspą otoczoną wodą” u Cervantesa. :-)

 

“przemówił piskliwym szeptem” – hmm, troszkę mi się to kłóci

Daj mi swój numer, to zadzwonię do Ciebie i powiem Ci też coś piskliwym szeptem. 7 wyników w GoogleBooks dla “piskliwym szeptem”, 23 dla “piskliwy szept”.

 

“głośny, rozwlekły jęk” – rozwlekły?

Każdy dźwięk może być rozwlekły. To znaczy, że długo rozbrzmiewa.

 

“bluźnierczej magii” – powiało Lovecraftem. A serio: nadużywasz przymiotników. To nie jest dobre. W dodatku bluźniercze pojawia się ponownie trochę dalej

Bo ja lubię Lovecrafta. I przymiotniki. :-)

 

“zamorscy kynocefale” – jesteś pewny, że on jednak nie powie “psiogłowcy”? Greka nie jest tam raczej językiem używanym przez lud…

Ale to ja mówię, nie on. No dobra, masz mnie. Chciałem się pochwalić, że zrobiłem risercz.

 

“Na szczycie wzgórza zapanowało przejmujące zimno.” – nie jest to bardzo dobre zdanie. Niepotrzebnie udziwniasz styl.

A co z tym zdaniem nie tak? Bo dla mnie ono jest proste jak konstrukcja pizzy.

 

“Na szeroko rozstawionych nogach stał nad nim młynarz, potężny, barczysty mężczyzna, którego twarz, oświetlona nikłym blaskiem płonącego wewnątrz izby ognia, wykrzywiała się teraz w ponurym grymasie.“ – narracja jest z perspektywy syna tego człowieka, więc taki obiektywny opis nieco razi

Wskazuje na pewien dystans pomiędzy rodzicem a dzieckiem.

 

“Z przyjaciółmi! A ojciec i matka to co, już się nie liczą? My tu odchodziliśmy od zmysłów!” – nie jestem zwolenniczką ukazywania dawnych epok jako czasów ludzi pozbawionych serca i nieprzejmujących się dziećmi, ale jednak ten poziom dwudziestopierwszowiecznej nadopiekuńczości nie pasuje do świata, który kreujesz

Mają jednego syna i trochę już w niego zainwestowali, więc nie dziwota, że na niego chuchają i dmuchają, a przypomnę, że to nie jest poziom dwudziestopierwszowiecznego bezpieczeństwa i włóczenie się po zmierzchu mogło się skończyć dla niego nieciekawie. Nie po to dają mu żryć, żeby jego wilki gdzieś w lesie zeżarły. A tak serio, ludzie są bardzo różni. Nawet teraz, w XXI wieku.

 

“Malec przełknął z wysiłkiem ślinę“ – malec to dobre dla czterolatka, a bohater jest chyba sporo starszy…

Jakiś lepszy pomysł na synonim? Bo mam jeszcze inny tekst, dużo dłuższy, w którym bohaterem jest chłopiec w wieku ~8 lat, i tam regularnie nazywam go właśnie “malcem”.

 

“największe wrażenie czyniły oczy” – robiły

Mam już w tym samym akapicie, na początku, słowo “robić”. To wtedy by było powtórzenie. Sama sobie zaprzeczasz.

 

Tak dla porządku kmieć to nie po prostu synonim chłopa, ale zamożny gospodarz.

Masz na myśli, że mógł wysłać parobka, zamiast fatygować się do młyna osobiście? Bo choć nie każdy chłop jest kmieciem, to jednak każdy kmieć jest chłopem, czyż nie?

Nigdzie nie znalazłem takiej informacji.

 

A co oznacza szara gwiazdka lub jej brak obok tytułu opowiadania?

Zdaje się, że niechcący opublikowało mi się opowiadanie z komentarzami od beta-czytelników pod nim, a chyba nie powinno ich tam być. Czy mogę tekst usunąć i wrzucić jeszcze raz?

drakaina,

 

Czas i miejsce akcji mojego opowiadania są z założenia niedookreślone, choć można przyjąć, że jest to Rzesza w I połowie XVI wieku. Właśnie wtedy i właśnie tam wpływ przesądów na temat wiedźm był największy, podobnie jak nasilenie prześladowań oskarżonych o czary. Zamieściłem też małe nawiązanie do “Malleusa” i tego, co on wprowadził, więc akcja rozgrywa się na pewno po 1487 roku. W powszechnej świadomości czarownice kojarzą się jednak silnie ze średniowieczem, a ja potraktowałem temat dość swobodnie, skupiając się raczej na budowaniu klimatu, stąd dwa wykluczające się tagi. Po namyśle postanowiłem je usunąć, żeby nikt nie zarzucał mi ignorancji. Z tagami tutaj w ogóle mam problem, bo mogą być źródłem potężnych spojlerów.

 

Korzystając z okazji, ponawiam prośbę o zapoznanie się z opowiadaniem.

Zdjęcie takie czarno-białe, można by pomyśleć, że nie żyje… :(

 

Sto lat!

Dodałem opowiadanie na konkurs UFO pt. “Czarownica”. Tekst średniej długości (niecałe 25k znaków), w klimacie grozy, mam nadzieję, że w miarę przyjemny w odbiorze.

Musiałbym całą konstrukcję zdania zmienić. Z pisaniem to trochę jak z programowaniem – zmienisz jedną rzecz, to zaraz musisz pozmieniać dziesięć innych.

 

Beczą owce, meczą kozy – tak mnie przynajmniej w dzieciństwie uczono – a w zestawie owych zwierząt dominują akurat kozy i kury. :-)

Lepiej brzmi “gdakania i meczenia zwierząt” czy “gdakanie i meczenie zwierząt”? Dodam od razu, że nie chcę tych “zwierząt” dodatkowo rozbijać na poszczególne gatunki.

Nowa Fantastyka