Profil użytkownika

Niegdyś tolkienomaniak, później fan twardego science fiction i Lovecrafta, obecnie miłośnik baśni i szeroko rozumianego dziecięcego fantasy, żyjący w świecie wróżek, syrenek, smoków, skrzatów i olbrzymów. Obsesyjny perfekcjonista. Rzadko czytam opowiadania na portalu, głównie wtedy, gdy coś mnie naprawdę zainteresuje lub ktoś mnie o to poprosi. Przyjmuję zaproszenia do wzajemnego betowania. Zastrzegam sobie prawo do nieodpowiadania na komentarze przesadnie uszczypliwe, niemerytoryczne i świadczące o braku umiejętności czytania ze zrozumieniem.


komentarze: 637, w dziale opowiadań: 242, opowiadania: 75

Ostatnie sto komentarzy

Tak więc koncert fajerwerków z pomysłem i solidną peuntą

Och, jak Ty to pięknie ubrałeś w słowa!

 

Początek dosyć trudny, bo wybrałeś też trudną formę – czyste dialogi, bez didaskaliów. Miałem więc problem z wstępnym wyobrażeniem sceny, co i rusz musząc uzupełniać ją o kolejne ujawniane przez rozmówców detale.

Sam na ogół nie znoszę tekstów, które zaczynają się od dialogu, ale wydaje mi się, że tutaj dostatecznie jasno naszkicowałem kontekst – już po kilku pierwszych wersach wiadomo, że dialog ma miejsce pomiędzy ojcem a nastoletnim synem, mieszkańcami jakiejś wioski, a wzmianka o zamkach w połączeniu z kategorią “fantasy” wskazuje na realia quasi-średniowieczne.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

fmsduval, a nie myślałeś o tym, żeby zostawić nazwę w oryginale, zapisując ją kursywą? Np. “Z kieszeni bib shirta wyjął cośtamcośtam…”, ew. “Z kieszeni koszuli typu bib shirt wyjął cośtamcośtam…”?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Tę szczególną relację rodzinną można odczytać na różne sposoby, a jeden z nich – mniej lub bardziej “kanoniczny”, a więc zgodny z intencją autora – jest taki: rodzice wcale nie bali się o to, że sobie nie poradzi, po prostu tak bardzo go kochali, że nie chcieli się z nim rozstawać, a troska o jego bezpieczeństwo była jedynie pretekstem, by nie pozwolić mu odejść, przybrany syn z kolei nie chciał im robić przykrości mówiąc, że prawdziwym powodem jego wyprawy jest chęć odszukania prawdziwych rodziców. Oczywiście nie mam też nic przeciwko interpretacji poprzednich komentujących, którzy widzieli tam tylko zwykłą nadopiekuńczość cokolwiek odklejonych od rzeczywistości rodziców – ukazaną interakcję można więc potraktować jako moment, w którym ojciec i matka wreszcie przejrzeli na oczy.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Podkreślam, takie było moje wrażenie jako nowego usera, które mogą – ale wcale nie muszą – podzielać inni świeżo zarejestrowani.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Łoł, obrodziło komentarzami.

 

Zabrakło “w” po “wtuliła.

Poprawione.

 

A potem robisz twist, że to olbrzym i tu zaczyna się robić ciekawie

Bardzo podoba mi się zwrot akcji :)))

Dobry jest i niespodziewany twist.

A więc cel został osiągnięty. Trochę się bałem, czy twist, wokół którego zbudowałem całego szorta, zadziała jak należy, ale widzę, że niepotrzebnie. :-)

 

I druga rzecz, to mocno skrótowe i infodumpowe streszczenie historii małego olbrzyma. Nie wiem, czy dało się to zrobić lepiej, ale to mi nie zagrało.

opowiedziana telegraficznym skrótem historia małego olbrzyma pozostawia niedosyt.

A dwóch betujących sugerowało mi coś dokładnie odwrotnego, czyli przycięcie tej części szorta. :-) Pod względem kompozycyjnym tekst składa się niejako z dwóch części, pierwsza to dialog chłopaka z przybranym ojcem, druga – wyjawienie, kim tak naprawdę jest nasz bohater, i jak znalazł się pod opieką zwykłych wieśniaków, a także krótka demonstracja tego, co potrafi. Pisząc, zastanawiałem się, jakie zachować między nimi proporcje, i myślę, że dobrze postąpiłem, dzieląc szorta mniej więcej na pół.

 

Dobre. Lubię wplatanie baśniowych motywów do tekstów. Ciągnąłbym to dalej, aż do pełnowymiarowej historii, bo to tylko wstęp, a mógłby rozwinąć się w ciekawy retelling znanego motywu. Są szanse na sequel?

Olbrzymy są jednymi z fantastycznych istot, które często goszczą w moich tekstach, podobnie jak wróżki/elfy i inne stworzenia w skrajnie różniących się rozmiarach. Mam na warsztacie m. in. luźno nawiązującą do baśni o Jasiu i łodydze fasoli powieść “Pantagruela z Obłocznego Królestwa”, o mieszkającej w zamku wśród chmur olbrzymce, która odkrywa leżący w dole świat ludzi, pouczającą bajeczkę o trzech małych wróżkach oraz inspirowane ilustracjami Don Kenna opowiadanie o skrzatach zwanych warzątkami, których wrogami są odrażające, potworne olbrzymy – jagowie.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Na początku swojej przygody z pisaniem, jeszcze za czasów liceum, próbowałem imitować Tolkiena, no i nie wyszło mi to na dobre. Później Lema, ale kiepsko mi szło. Gdy już byłem starym koniem, zaczęło mnie ciągnąć do baśni (Grimmów, Andersena, Wiecherta i innych) oraz tego, co lubię nazywać literaturą międzypokoleniową – czyli taką, którą z przyjemnością mogą czytać i dzieci, i dorośli, która promuje uniwersalne wartości, wrażliwość moralną i ukazuje pewne podstawowe, proste prawdy o świecie i ludziach, oczyszczając je z patyny cynizmu i wulgarności. Duży wpływ na moje pisarstwo wywarła trylogia fantastyczna Astrid Lindgren (“Mio, mój Mio”, “Bracia Lwie Serce”, “Ronja, córka zbójnika”), podoba mi się też styl pisania C. S. Lewisa z jego żarcikami, dygresjami i zwrotami do czytelnika – czytając go, mam wrażenie, że słucham opowieści dziadka siedzącego w fotelu i pykającego fajkę.

 

Ogólny klimat, w jaki celuję w swojej twórczości, idealnie oddaje to intro do “Baśni braci Grimm” od Nippon Animation: https://www.youtube.com/watch?v=KUjZVhG26YA

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

W czasie mojego profesjonalnego pisania, zawsze korzystałem (tzn. klient korzystał) z korekty-redakcji-korekty, więc się łapię. Tzn. piszę z błędami. Dopiero w tym roku (2022) mam nadzieję się nauczyć skutecznie interpunkcji, choć pozaportalowo jestem wyśmiewany, że to umiejętność niepotrzebna.

Okej, z tym “idiotą” trochę popłynąłem. Ale są osoby, które tej korekty potrzebują i czasem nawet same o nią proszą, jak i takie, którym jest ona niepotrzebna, przynajmniej taka dogłębna, bo nikt nie jest nieomylny i za wskazanie neutralnym tonem jednego brakującego przecinka czy zaimka zawsze chętnie cmoknę w rączkę. Problemem jest, w moim odczuciu, wrzucanie wszystkich nowych do jednego wora tylko dlatego, że  są na portalu nowi.

 

Tu dodam, że kiedyś na SB była radocha z malutkiego fragmentu mojego tekstu, który akurat został zaproponowany przez starego piórkowca, bo ja tak nie piszę. Czytając to, miałem ubaw jeszcze większy, ale nie wsypię z kogo się śmiano.

Eee… To w końcu śmiano się z fragmentu twojego tekstu czy nie twojego?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Nie przeczytałem wszystkich wypowiedzi w tym wątku, tylko jakąś połowę, może 2/3, ale myślę, że powinienem dorzucić swoje trzy grosze, bo sam byłem jedną z tych “świeżynek”, które dość szybko zniknęły z portalu – z tym że po około pół roku wróciłem, zaproszony do betowania tekstu jednego z portalowych znajomych, i jakoś tak wyszło, że już zostałem. Powody mojego zniknięcia były następujące:

1. Zakładanie z góry, że debiutant jest młodym, niedoświadczonym gówniarzem, i wynikające stąd protekcjonalne traktowanie go. Już samo określenie “świeżynka” działa mi na nerwy jako lekceważące.

2. Zakładanie z góry, że debiutant jest idiotą i nie potrafi pisać po polsku, i wynikające stąd usilne poszukiwanie w jego tekstach najdrobniejszych choćby błędów językowych – tzw. “łapanki”. Mam wrażenie, że są tu osoby, które gdy natkną się na poprawnie napisany tekst debiutanta, popadają w konsternację i nie wiedzą, co robić. No bo przecież powinien roić się od błędów, co nie? Wciąż mam w pamięci tę (złośliwą?) satysfakcję bijącą od komentarza jednej z użytkowniczek, gdy po dłuższej wymianie opinii na temat warstwy językowej mojego opowiadania w końcu znalazła w nim jeden brakujący przecinek.

3. Zakładanie, że debiutant portalowy = debiutant w ogóle. A przecież portal NF nie jest całym światem, są jeszcze inne portale literackie, na których można umieszczać swoją twórczość.

4. Mój pierwszy tekst na portalu został skrytykowany jeszcze zanim go opublikowałem, zaraz po wrzuceniu na betalistę (sic!). Za co? Za pozornie wykluczające się tagi.

5. Niektórzy tutaj skarżą się, że świeżynka nie odpowiada na komentarze. Ale czasem po prostu nie wiadomo jak odpowiadać. Napiszesz lakonicznie, że dziękujesz za opinie, to ci zarzucą, że nie dyskutujesz i niepotrzebnie nabijasz licznik komentarzy. Odpowiesz uprzejmie, że nie zgadzasz się z uwagami, to powiedzą ci, że “bronisz Częstochowy”, bo “dobry tekst powinien bronić się sam”.

6. Czasem “świeżynka” nie odpowiada, bo jest też aktywna na innych portalach literackich, o których wspomniałem wyżej, lub po prostu ma życie osobiste i inne zainteresowania poza pisarstwem (nawet po powrocie zdarzały mi się dłuższe przerwy w zaglądaniu na portal).

7. Zasady działania portalu wydały mi się niepotrzebnie skomplikowane i mało przejrzyste. Do dzisiaj nie rozumiem, jak działa to całe dawanie klików do Biblioteki, zgłaszanie do piórek, po co w ogóle są te piórka, czy lożanie to to samo co dyżurni itd.

8. Męcząca “portalowa nowomowa” i duża liczba autystycznych żartów funkcjonujących w komunikacji pomiędzy starszymi stażem użytkownikami – te wszystkie “ulubione emotki Baila Organy” itp.

9. Ktoś wspomniał, że na portalu jest kilkudziesięciu aktywnych użytkowników. Ja swego czasu miałem wrażenie, że max. dziesięciu-dwunastu. Wszędzie widziałem te same nicki i awatary, albo przynajmniej tak mi się wydawało.

 

Tak wyglądała moja perspektywa jako nowego użytkownika, jakim byłem prawie cztery lata temu. Choć od tego czasu wiele się zmieniło, zarówno na portalu (chyba), jak i w moim sposobie myślenia, niektóre z wymienionych przeze mnie problemów wciąż trapią w moim odczuciu to miejsce i mogą zrażać do niego “świeżynki”.

 

EDIT: Jeśli ktoś poczuł się urażony moim wpisem – lub jeśli zdaniem admina nie wnosi on nic do tematu i jest tylko niepotrzebnym biciem piany – proszę o jego wycięcie.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Potrzebuję kogoś, kto rzuciłby okiem na mój najnowszy wytwór – króciutkiego (zaledwie 3,5k znaków) szorta fantasy pt. “Chciałbym wyruszyć w świat”. Nie jestem pewien, czy nadaje się do tego, by go opublikować.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Wiadomo przecież, że Tarnina jest mądrzejsza niż jakikolwiek słownik. ;-)

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Wydaje mi się, że dobrze byłoby dodać ten zaimek, bo bez niego wychodzi, że płaszcz wprowadziła, a nie właścicielkę płaszcza.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

“Ponad wszelkie wyobrażenie” i “ponad wszelkie wyobrażenia” – czy obie formy są poprawne?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Czy zaimek zwrotny “się” jest typograficzną sierotką, tj., czy trzeba go przenieść do nowej linijki, gdy występuje na końcu wersu? Zawsze to robiłem, ale zacząłem mieć wątpliwości.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Dziękuję za miłe komentarze.

 

Jedno w tekście mi zgrzytało, tutaj na przykładzie:

Pośród mrocznych cieni widział coraz wyraźniej ostro zakończony, pokryty szczeciniastą sierścią pysk, otwierający się i zamykający w rytm ciężkich oddechów. Naciągnięty na czoło biały czepek z falbanką nadawał śpiącemu monstrum wygląd cudaczny i groteskowy.

Sama sytuacja już obrazuje czytelnikowi z czym ma do czynienia (z jakim absurdalnym wyglądem potwora) więc średnio leży mi komentowanie tego przez narratora. 

Bo w sumie czytelnik czuje i wie, a narrator przekazuje: “ale ja i tak Ci powiem”.

Ja tutaj akurat nie widzę żadnego naddawania – narracja jest personalna, prowadzona z punktu widzenia Jakuba Wilhelma, więc skoro jemu wilkołak w czepku wydał się groteskowy, to o tym wspominam.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Nie wiem, co właśnie przeczytałem, bo chyba nie opowiadanie. Wygląda mi to raczej na jakieś puste, pseudofilozoficzne rozważania, w dodatku napisane dość dziwnym stylem, silącym się na poetyckość, obficie okraszonym “wzniosłymi” metaforami, a zarazem koślawym, zgrzytającym w moich uszach, jakby język polski nie był dla autorki językiem ojczystym. Dużo błędów interpunkcyjnych i innych drobnych baboli, które sprawiają wrażenie niechlujstwa. Po przeczytaniu nie zrodziły się we mnie żadne pytania, bo nie mam pojęcia, o co miałbym zapytać – może tylko o stan świadomości, w jakim to było pisane. Niestety, nie udało Ci się mnie kupić, autorko, ani pomysłem, ani wykonaniem, ale na pewno znajdą się tacy, do których tekst przemówi, a nawet się nim zachwycą.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Bijacz pliz, ja do każdego tekstu mam plik-brudnopis, do którego przenoszę każde usunięte lub przeformułowane zdanie, przez co pliki te są wielokrotnie dłuższe niż same teksty.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

… wut? Jak można nauczyć w szkole "kompetencji społecznych"? I co to w ogóle jest?

Sama chciałabym tak naprawdę wiedzieć.

Stawiam, że chodzi o zdolności interpersonalne, komunikacyjne, umiejętność wyrażania własnych potrzeb, myśli, uczuć i emocji, asertywność, empatię, zdolność współdziałania w grupie, radzenia sobie ze stresem i trudnymi emocjami, poczucie własnej wartości itd.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

W grze “The Longest Journey” sprzedajemy magnetyczny śrubokręt handlarzowi w świecie fantasy, wciskając mu, że to czarodziejska różdżka. A właściwie, jeśli dobrze pamiętam, to on się upiera, że to jest różdżka, i koniecznie chce ją mieć. ^^

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

bemik, drakaina – jak kiedyś w opowiadaniu nazwałem coś takiego ciżmami, to ktoś z czytelników się o to przyczepił i zmieniłem “ciżmy” na “trzewiki”.

 

Finkla – zależy mi właśnie na tym, żeby się niepotrzebnie nie rozwodzić nad wyglądam tych butów, a zarazem dać pojęcie, o jaki rodzaj obuwia mi chodzi.

 

regulatorzy – a skórznie to nie miały przypadkiem dłuższej cholewki i nie służyły typowo do jazdy konnej?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Znalazłem w anglojęzycznym Internecie trzy etapy pisania opowieści wyróżnione ze względu na stosunek autora do swojego dzieła:

1) Przed pisaniem – kochasz swoją opowieść.

2) Podczas pisania – nienawidzisz swojej opowieści.

3) Po napisaniu – kochasz swoją opowieść.

 

Sama prawda, przynajmniej w moim przypadku.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Okej, to mi w zupełności wystarczy.

 

Mam jeszcze jedno pytanie, tym razem do znawców obuwia. Czy tego typu buty, jak u postaci na ilustracji poniżej, mają jakąś nazwę? Nie chcę ciągle pisać “buty” ani szczegółowo ich opisywać. To chyba nie są trzewiki, bo te muszą być sznurowane. A może nie muszą?

 

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Czyli nie dałoby się. To dobrze. Tzn. dobrze dla mojej fabuły.

 

drakaina, mówię o tym panu:

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Czy w warunkach średniowieczno-renesansowych dałoby się jakoś zastąpić utracone palce dłoni łucznika, by był w stanie dalej posługiwać się łukiem? Jakieś cwane ruchome protezy z drewna lub metalu, podobne do tych, jakie miał ekscentryczny wynalazca z animowanego “Avatara”? Ktoś słyszał o takich przypadkach?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Od długiego już czasu doświadczam problemu polegającego na  tym, że zadowalam się odgrywaniem wymyślonych przez siebie historii w swojej głowie i nie czuję potrzeby ich spisywania. To trochę tak, jakbym sobie odpalał film ma ekranie wyobraźni – odrobina rozrywki przy zerowym wysiłku, a pisanie za bardzo przypomina pracę.

Do tego dochodzi jeszcze inny, aczkolwiek sprzężony z powyższym problem, z którym zmagam się praktycznie od początku swojej przygody z pisaniem. Podobno gdy programista poprawia jeden błąd w kodzie, w pobliżu pojawia się dziesięć nowych. Ja często tak mam, gdy redaguję swoje teksty – usunięcie jednego powtórzenia albo jakiejś niezręczności językowej prowadzi do pojawienia się innych usterek, aż całość sypie się jak domek z kart, a kiedy próbuję napisać problematyczny fragment zupełnie od nowa, zaczyna on brzmieć sztucznie i zatraca sens tego, co chciałem przekazać. W rezultacie boję się tykać to, co już napisałem, i coraz częściej zamykam się ze swoimi bohaterami we własnym wewnętrznym świecie, gdzie bezpiecznie przeżywam wraz z nimi ich przygody.

Czy ktoś z Was ma podobnie? Macie może jakieś rady, jak się ogarnąć i zmotywować do dalszego pisania?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Teraz widzę, że ten “epilog otwierający księgę” faktycznie miał tak działać, poprzez sałatkę słowną pokazywać szaleństwo bohatera. Ale dalej, kiedy zaczyna się właściwa akcja, wcale nie jest dużo lepiej. Są długaśne, potwornie rozbudowane zdania, pełne napuszonych, tak przekombinowanych, że aż pustych metafor (to się nazywa z angielska purple prose i cóż, na ogół nie cieszy się uznaniem czytelników), słowa użyte niezgodnie z ich znaczeniem, liczne błędy interpunkcyjne, błędy w zapisie dialogów itd. Spróbowałem podejść do tekstu po raz drugi i ponownie odbiłem się od niego jak od ściany, bo w moim odczuciu jest po prostu napisany fatalnym stylem.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Obawiam się, marasie, że ten nick to tylko wierzchołek góry lodowej…

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Fuj, fuj, fujka. Drabble w zasadzie udane, choć nie w moich klimatach, no i zgodzę się z marasem, że jego – tekstu, nie marasa – fantastyczność jest dyskusyjna.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Przeczytałem parę pierwszych akapitów i odpadłem, bo miałem wrażenie, że właśnie dostaję udaru. Nie wiem, co bierzesz, ale zdecydowanie powinieneś to odstawić.

 

EDIT: Jeśli jesteś osobą cierpiącą na schizofrenię lub innego rodzaju zaburzenia psychiczne, wybacz mi moje ostre słowa.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Taka drobna zagwozdka. Piszę sobie bajeczkę o trzech podróżujących razem wróżkach, nazwijmy je A, B i C, z których każdej przydarza się pewna przygoda. Czy lepiej przedstawić te trzy przygody w takiej kolejności, w jakiej postacie wróżek zostają wprowadzone w pierwszej części tekstu (czyli ABC)*, czy może od końca (CBA) albo w jeszcze innej, przypadkowej kolejności (BAC, ACB)?

 

*Bo to będzie tak, że do wróżki A przyłączy się w drodze wróżka B, a do nich wróżka C.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

A co to za problem wspomnieć o tym niezwykłym podobieństwie w tekście? O ile dobrze pamiętam, w “Psie Baskerville’ów” i “Przypadku Charlesa Dextera Warda” był taki motyw, że bohater wyglądał wypisz, wymaluj jak swój odległy przodek, i było to istotne dla fabuły.

 

pytanie, skąd będzie wiadomo, że ktoś X lat temu uśmiechał się tak samo.

Może antenat uśmiecha się tak z portretu nad kominkiem? Albo mamy do czynienia z długowieczną postacią, która pamięta i bohatera, i jego przodka.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Reprezentatywny fragment na stronie głównej skutecznie przyciągnął moją uwagę. Na całości bynajmniej się nie zawiodłem – opowiadanie przeczytałem bardzo szybko, jednym tchem, właściwie łyknąłem bez popitki, co mi się rzadko zdarza. Sprawnie napisany, umiejętnie grający na emocjach, miejscami zabawny i rozgrzewający serducho, choć ogólnie gorzki tekst, z absolutnie dobijającym finałem, który momentalnie ściera uśmiech z twarzy i wysysa z serducha całe ciepło, jakie zdążył w nie tchnąć. Tematyka opowiadania jest niewątpliwie żywa i aktualna – im bliżej świąt, tym częściej zadaję sobie pytanie, czy jeszcze kiedyś będzie jak dawniej…

 

Knut nie odstawił picia, ale nie użynał się do nieprzytomności

Ortograf.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Że nie powiedziała ani słowa. Czyli wszystko jasne.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

…nie powiedziała jednak o niczym matce…

 

czy

 

…nie powiedziała jednak o wszystkim matce…?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Filmy mają większe pole do popisu, jeśli chodzi o wywołanie ciarek u widza, niż książki u czytelnika. Prosta sprawa, wspomniałeś o tym – muzyka, obraz, sam widok jakiegoś horrorowego upiora itd.

Dorzuciłbym do tego technikę jump scare.

 

Tak samo jak z opisami postaci, które mają wyglądać na straszne.

Przypomniałeś mi, jak swego czasu spore wrażenie zrobił na mnie opis dementora bez kaptura w “Harrym Potterze i Więźniu Azkabanu”. Nieswojo czułem się też podczas scen na cmentarzu w “Czarze Ognia”. Ale byłem wtedy w podstawówce.

 

Owszem, jestem w stanie bać się tego, o czym przeczytałem. Nie wiem czy mogę mówić o takim stanie, że nie dało się zasnąć, ale z pewnością o pewnej gonitwie myśli i poczucia przytłoczenia.

Zdarza się to wtedy, gdy czytam sugestywne relacje z wojen, powstań, konfliktów zbrojnych. W szczególności bolą mnie opisy nieszczęść i bólu jaki dotyka cywili, losy osieroconych i okaleczonych dzieci itd.

Potrafią mnie także dotknąć do żywego opisy przestępstw, porwań i tortur, jakim poddani są niewinni ludzie, którzy stali się ofiarami bandytów. 

Lęk wynika z poczucia, że doświadczenie względnego spokoju w jakim przyszło mi żyć, wcale nie musi być dane raz na zawsze, nie jest czymś stałym.

Mam tak samo – opisy różnych autentycznych okrucieństw, podłości i cudzych cierpień budzą we mnie gwałtowne emocje, choć z reguły jest to raczej gniew niż strach. Okrucieństwa i cierpienia mogą być zresztą fikcyjne, o ile są prawdopodobne i realistycznie odmalowane. Dwa przykłady, które przychodzą mi na myśl, to “Paradyzja” Zajdla z jej sugestywnie przedstawionym systemem totalitarnym, który do dziś śni mi się po nocach, oraz “Zasady walki” Elizabeth Moon, powieść science fiction, ale z bardzo realistycznie potraktowanym wątkiem uprzedmiotowienia kobiet przez fundamentalistów religijnych, który uczynił lekturę na tyle nieprzyjemną, że zmuszony byłem ją przerwać.

 

Problem z horrorami moim zdaniem bierze się stąd, że koncentrują się na coraz większym atakowaniu widza bodźcami, ale przestały zastanawiać się nad budowaniem wiarygodności sceny. W związku z tym czytelnik nie zawiesza niewiary, a zdarzeń niewiarygodnych bać się nie sposób. Umysł rozumie, że czyta bzdury, które mogą co najwyżej rozbawić swoją groteskowością.

Myślę, że z tym właśnie wiąże się duża popularność miejskich legend, internetowych creepypast i contentu w rodzaju głośnej swego czasu “Krainy Grzybów” Wiktora Striboga – łatwiej wywołać strach u czytelnika, gdy fikcji literackiej nadaje się pozory autentyzmu, albo gdy granica między rzeczywistością a fikcją staje się rozmyta i niepewna.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Od dłuższego czasu chodzi mi po głowie pewna wątpliwość, mianowicie czy słowo pisane – powieść, opowiadanie – może w ogóle straszyć? Czy podczas lektury horroru poczuliście kiedykolwiek prawdziwy strach, przynajmniej w takim stopniu, w jakim potrafi go wywołać horror w innych mediach, takich jak filmy czy gry komputerowe? Choć w mojej czytelniczej karierze pochłonąłem całkiem sporo utworów grozy, w gruncie rzeczy niewiele było w niej momentów, w których autentycznie poczułem ciarki. Ostatnim razem zdarzyło mi się to parę lat temu, przy scenie ukazania się Lockwoodowi ducha Katarzyny w będących „jedynie” powieścią gotycką „Wichrowych Wzgórzach”. Niby jedna krótka scena, a było w niej coś tak plastycznego i działającego na wyobraźnię, że aż mi się zimno zrobiło jak chyba przy żadnym horrorze. Wciąż nie był to jednak strach nawet w najmniejszym stopniu porównywalny z tym, jaki ciągle zdarza mi się poczuć, gdy kolejny raz ogrywam moje ulubione gry z gatunku survival horror.

Niestety, albo i stety, należę do osób, na które silnie oddziałują bodźce wzrokowe i słuchowe (dźwięki, muzyka). Jestem bardzo wrażliwy na atmosferę miejsc i scenerii, zdarza mi się dostrzegać przejawy upiorności i niesamowitości w tym, co dla innych jest zupełnie zwyczajne. Ilekroć jednak próbuję potraktować takie doświadczenia jako pisarskie inspiracje, z rozczarowaniem przekonuję się, że są to ulotne wrażenia, fenomeny, których nie da się łatwo ubrać w słowa bez popadnięcia w przesadę lub śmieszność. Myślę, że pewne rzeczy zwyczajnie nie nadają się do tego, by je komunikować inaczej niż wizualnie. Co innego czytać o czymś, a co innego zobaczyć, doświadczyć zmysłami. Rozwlekły, szczegółowy opis Providence na początku „Przypadku Charlesa Dextera Warda” nie przemówił do mojej wyobraźni tak, jak zrobiłby to z pewnością widok rodzinnego miasta Lovecrafta, możliwość przespacerowania się jego ulicami.

Podobnie sprawy mają się u mnie z dźwiękiem. Nie wyobrażam sobie carpenterowskiego „Cosia” bez charakterystycznego „plumkania” Ennio Morricone, „Dziecka Rosemary” bez kołysanki Komedy, a wyżej wspomnianych survival horrorów bez ścieżki dźwiękowej pełnej tajemniczych szmerów, trzasków i szeptów. Klimat grozy w potężnym stopniu budują właśnie odpowiednio dobrane dźwięki, często niedookreślone i niejednoznaczne, a sama próba opisania ich słowami odziera je w moim odczuciu z owej niejednoznaczności, sprawiając, że tracą swoją moc wpływania na – przynajmniej moją – wyobraźnię. Horrory filmowe, operujące wizualiami i dźwiękiem, oddziałują więc na mnie znacznie silniej niż literatura grozy, a gry, które dodatkowo pozwalają mi wpływać na tempo akcji i doświadczania wrażeń wzrokowych i słuchowych, silniej niż filmy.

Pokuszę się o stwierdzenie, że tym, co straszy w literackich horrorach, są często pomysły same w sobie. To one przede wszystkim zapadają w pamięć i przemawiają do naszej wyobraźni. Idee pasożytniczego widma światła z „Koloru z przestworzy” Lovecrafta czy teleportacji z „Jauntingu” Kinga, która dla ciała trwa tylko chwilę, ale dla umysłu całą wieczność, do dzisiaj wywołują u mnie dreszcz. Wykonanie, cała sfera techniczna, choćby kulała, schodzi na dalszy plan, kiedy pomysł niesie ze sobą potężny ładunek grozy, a zwłaszcza gdy trafia do naszych najgłębszych osobistych lęków. Podobnie jest zresztą z horrorami filmowymi, które jednak brak dobrego pomysłu potrafią skutecznie zamaskować klimatyczną oprawą audiowizualną.

A jak to jest w waszym przypadku? Czy jesteście w stanie bać się tego, o czym tylko przeczytacie? Czy zdarzyło Wam się czytać fikcję literacką (opowiadanie, powieść), po której autentycznie nie mogliście w nocy zasnąć?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Dziękuję za słowa uznania. Tekst nie miał w założeniu powalać na kolana, dlatego nie spodziewałem się, że zostanie doceniony w konkursie. Ale miło mi, że spodobał się zarówno jurorom, jak i użytkownikom tutaj.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Osobiście jestem przeciwnikiem światotworzenia – a przynajmniej światotworzenia jako celu samego w sobie. W przeciwieństwie do wielu autorów, którzy zaczynają od kreacji własnego uniwersum, by następnie głowić się nad bohaterami i fabułą, ja wolę zaczynać od postaci, a dopiero potem zastanawiać się, jak może wyglądać świat, w którym żyją, i w którym rozgrywa się ich historia. Staram się przy tym nie pozwalać, by ten świat i jego własności w jakiś sposób ich przytłoczył czy zdominował. Uważam, że dobrze napisana historia, która działa na poziomie emocji, wcale nie potrzebuje rozbudowanej fikcyjnej polityki, geografii, religii czy natłoku nazw własnych w specjalnie stworzonych sztucznych językach, dlatego wszystko to ograniczam w swojej twórczości do niezbędnego minimum. Bliskie jest mi zatem podejście nazwane przez None fabułocentrycznym. Po opowiadania i powieści skonstruowane według tej metody, a przynajmniej przesunięte w jej kierunku na kontinuum zasady-fabuła, sięgam również jako czytelnik. Konieczność zaznajamiania się z rozbudowanym uniwersum na ogół bardzo mnie męczy.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Przepraszam, że odkopuję stary temat, ale jest coś, co nie daje mi spokoju. Czy do kolejnego tomu tej antologii miałoby szansę dostać się opowiadanie poruszające tematykę transseksualizmu, ale promujące samoakceptację własnego ciała zamiast zmiany płci?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Jak już poruszyłaś temat, to wypadałoby napisać w skrócie, o co chodzi, bo nie tylko nie przytoczyłaś żadnych szczegółów, ale nawet ogólnie nie wyjaśniłaś, co to jest za “sytuacja”. Ja słyszałem tylko, że Rowling coś tam psioczyła na transów, ale z dalszej części twojej wypowiedzi wynika, że chodzi jednak o coś innego – bodajże o jej niechęć do kanonicznych fanfików (?).

 

Chciałam zwrócić jedynie uwagę, że przez jej silny związek z Harrym Potterem, obrywa cała seria.

A ja chciałbym zwrócić uwagę, że gdyby nie ona, to całej serii by w ogóle nie było. Nie rozumiem, co złego w tym, że twórca chce zachować pełną kontrolę nad swoim dziełem i uniwersum. Też nigdy bym nie pozwolił, żeby jakieś anony pisały oficjalne sequele i spin offy do moich powieści, chyba że byłbym już stary, zmęczony i rozpaczliwie potrzebował pieniędzy.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Tak ostatnio zdarza mi się myśleć o sytuacji z Rowling i fandomem HP.

O jakiej sytuacji? Był ostatnio jakiś skandal z udziałem Rowling?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Jak nie obieranie, to przynajmniej oczkowanie ziemniaków.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Przekreślone usunąłbym, bo niepotrzebne.

Powtórzone “jest” w drugim zdaniu wypowiedzi ojca zauważyłem dopiero po wrzuceniu tekstu na portal i wciąż zastanawiam się, czy coś z tym fantem zrobić, czy zostawić opko takim, jakie oryginalnie poszło na konkurs.

 

Z bijącym sercem chłopiec zbliżył się do tronu.

Rozumiem, co chcesz powiedzieć, ale to też dziwne – z bijącym sercem. A przedtem nie biło?

https://wsjp.pl/index.php?id_hasla=27184

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Wcale mnie to nie dotknęło, jestem po prostu ciekawy, jakie konkretnie elementy mojego stylu mogły sprawić, twoim zdaniem, że tekst trafił do odbiorców “instytucjonalnych”.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Dziękuję za miłe komentarze.

 

Jedno mi zawadziło: z tego, co mówi Pogodotwórczyni wynika, że jak umiera to cały świat zamarza. A co z rejonami, których zima nigdy się nie ima? Wiem, że to takie trochę czepialstwo, ale jeśli piszesz o naszej rzeczywistości to ta sprzeczność rzuciła mi się w oczy. Chyba, że to inny, baśniowy świat, który raz do roku w całości pokrywa śnieg. Ale o tym wzmianki żadnej nie ma.

Nie zaprzątałbym sobie tym głowy. Przyjmijmy, że to nasz świat, ale ukazany z, hmmm… lokalnej, zaściankowej perspektywy. ;-)

 

Tekst jest wręcz idealnie napisany pod wszelkiego rodzaju instytucje edukacyjne/publiczne i wcale się nie dziwię, że wygrał ten konkurs :)

Co konkretnie masz na myśli? Pisałem tak, jak lubię pisać, nie nastawiałem się na wygraną i nie próbowałem za wszelką cenę trafić w gusta jurorów.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Dawno, dawno temu, w latach 90., czytałem pewien komiks science fiction. Czytałem to może za wiele powiedziane, bo albo nie potrafiłem jeszcze zbyt dobrze czytać, albo zwyczajnie niewiele z niego zrozumiałem. W każdym razie z czystej ciekawości chciałbym dowiedzieć się, co to właściwie było. Akcja działa się na obcej planecie, zamieszkanej przez rasę kosmitów, którzy wyglądali dokładnie tak jak w załączniku. Jeden z tych obcych znalazł bombę, która wybuchła i pozbawiła go połowy ciała, zastąpionej następnie cybernetycznymi implantami. Zamiast utraconego ogona stwór dostał mechaniczne nogi. “Bomba” mogła też być jakimś robotem czy urządzeniem, które wbrew woli obcego przerobiło go na cyborga, dokładnie nie pamiętam. Pamiętam za to scenę, w której ów kosmita-cyborg stał przed jakimś siedzącym na kamiennym tronie humanoidalnym władcą, jakby mu rzucał wyzwanie albo coś. Czy ktoś kojarzy ten komiks?

 

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

A dałbym głowę, że wcześniej nie była linkiem…

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Jak mam interpretować tę emotkę, Tarnino?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Bo pewnie czytałaś. Odsyłam do przedmowy. :-)

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Właśnie dowiedziałem się, że mój baśniowy szort pt. “Dlaczego jesień płacze” został nagrodzony w zorganizowanym przez lokalną bibliotekę publiczną konkursie “Jesień piórem malowana”. Na tle waszych sukcesów to niewiele, ale i tak jestem dumny.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Tak właśnie myślałem. Dzięki.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

To znowu ja. Czy w wyrażeniu “jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki” słowo “czarodziejskiej” można zastąpić słowem “magicznej”?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Dzięki i przepraszam za głupie pytanie. Na swoje wytłumaczenie mam tylko to, że ostatnio nie jestem w najlepszej kondycji psychofizycznej.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Dotarł do zamku, w którym, jak głosiła wieść, mieszka/mieszkała czarownica.

 

Czy to będzie mowa zależna?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

czarownica, odrażająco owadzia no i scena porwania, która wespół z wypalonymi kręgami przypomina mi historie o porwaniach przez UFO

Bo to jest właśnie porwanie przez kosmitów. Inspiracją było dla mnie zdanie z jakiegoś starego artykułu o porwaniach przez obcych, że w dawnych czasach dokonywane przez nich uprowadzenia przypisywano wiedźmom.

 

Dzięki za miłe słowa. Ostatnio jestem trochę zarobiony, ale w wolnej chwili dokonam jeszcze drobnych poprawek w opowiadaniu.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Bolly, to, że znany pisarz użył kiedyś jakiegoś sformułowania, niczego nie dowodzi.

Ale Prusa to Ty szanuj! I nie tylko jego, bo frazę “utkwić oczy (w czymś)” znajdziesz też u Sienkiewicza, Marii Rodziewiczówny itp.

 

Rydel pisał o śmierci, a ona mogłaby nawet wrzeszczeć szeptem, a ty piszesz o chłopcu.

Ale w taki, a nie inny sposób wypowiadać kwestię Śmierci musiał również aktor na scenie, bowiem mówimy tu o dramacie, czyli utworze z założenia scenicznym. Być może problem z tym piskliwym szeptem polega na tym, że niektórzy czytelnicy – bo nie tylko Ty zwróciłaś mi na to uwagę, Alicello, fraza ta wzbudziła kontrowersje już przy poprzedniej publikacji – biorą ją trochę zbyt dosłownie. Bo “piskliwy szept”, o jaki mnie – i zapewne Rydlowi także – chodziło, to raczej coś z pogranicza pisku i szeptu, taki anemiczny dyszkancik, który w zależności od sytuacji może brzmieć zabawnie lub upiornie. Mimo wszystko nie znam lepszego sposobu na określenie takiego właśnie piszcząco-szepczącego głosu, jak właśnie “piskliwy szept”.

 

Przy wzmiankach o zbyt długich zdaniach odsyłasz mnie do przedmowy. Czyli twierdzisz, że skoro to eksperyment to nikt nie ma prawa się na temat stylistyki wypowiadać? Chyba właśnie na tym polega eksperyment, żeby poznać opinie i sprawdzić, czy udało Ci się osiągnąć zamierzony efekt.

Ależ każdy ma prawo krytykować, ma prawo mówić do woli, że się nie podoba. Zauważ jednak, że w tym przypadku miarą sukcesu eksperymentu byłoby raczej to, na ile umiejętnie tekst naśladuje styl pisarzy grozy drugiej połowy XIX i początków XX wieku, jak H. P. Lovecraft, Algernon Blackwood, Sheridan Le Fanu itd.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Fajne otwarcie, tylko zdanie przekombinowane i “za dużo grzybków” :P.

Zaproponuję tak:

 

Niebo ciemniało w zastraszającym tempie nad rozległą połacią nagich, bezlistnych drzew. Suche konary kołysały się i skrzypiały żałośnie przy gwałtownych podmuchach wiatru.

Może i brzmi zgrabniej, ale wtedy drugie zdanie nie wynika logicznie z pierwszego. Cały akapit jest poświęcony temu, że nadciąga zmierzch, o warunkach pogodowych informuję niejako przy okazji, dla podkręcenia klimatu. Dlatego od ciemniejącego nieba przechodzę do tej wątłej jasności niknącej za chmurami.

 

Ogólnie opowiadanie mi się podobało, choć początek nie zachęcał, a długie i przekombinowane zdania utrudniały lekturę.

Dzięki. Jak wspomniałem w przedmowie, opowiadanie było swego rodzaju eksperymentem stylistycznym, normalnie staram się nie nadużywać długich i wielokrotnie złożonych zdań.

 

Można powiedzieć o połaci lasów, ale nie drzew.

Widziałem takie sformułowanie w niejednej książce.

 

Jeśli drzewa są nagie to wiadomo, że bezlistne.

Może chodzić o to, że są okorowane. :-)

 

To jest bardzo długie zdanie oparte na konstrukcji choć coś to coś, ale elementy kluczowe tej konstrukcji rozdziela po kilkanaście słów, co bardzo utrudnia zrozumienie tekstu.

Tutaj podmiot od orzeczenia rozdziela jedenaście słów. Zanim doczytałam co ten głos zrobił zapomniałam, że chodziło o głos.

Kolejne bardzo długie zdanie, w którym można się zgubić.

Ponownie odsyłam do wzmianki o stylistycznym eksperymencie. U Lovecrafta czy Blackwooda też zdarzało mi się czytać niektóre zdania po kilka razy, bo zanim doszedłem do końca, zapominałem początku, ale i tak ich lubię.

 

kikuty zżętego zboża = ściernisko

A na czym konkretnie polega problem? Ściernisko składa się z masy pojedynczych kikutów zżętego zboża, które chrzęściły pod stopami chłopców.

 

Uważajcie gdzie stąpacie albo patrzcie pod nogi.

Może i “uważajcie pod nogi” jest trochę potoczne, ale chłopskie dzieci nie muszą wypowiadać się językiem literackim.

 

Oczy to raczej tkwiły w jego głowie. Można utkwić wzrok.

Chłop utkwił oczy we mgle, co na kształt śniegu bieliła pola i łąki, i szeptał: „Kiedy ranne wstają zorze”. B. Prus, “Placówka”.

 

Czy to jest takie ważne, może wystarczyłaby tylko średnica, żeby pokazać skalę. Jeśli poinformujesz od kształcie pierścienia, to czytelnik da radę to sobie wyobrazić.

Być może masz rację i powinienem był ograniczyć się do jednej z tych dwóch informacji.

 

Szept nie może być piskliwy.

ŚMIERĆ (syczącym, piskliwym szeptem): Dokąd? Dokąd, opętańcze? L. Rydel, “Betlejem polskie”.

 

A czy można coś pozostawić w tyle przed sobą?

A to faktycznie będę musiał poprawić.

 

Z poprzedniego zdania wynika, że chłopiec dopiero zbliżał się do młyna, a teraz jest już przy drzwiach. I gdzie stoi ojciec, w progu? Jeśli tak to światło ma za plecami.

Wyobraziłem to sobie tak, że młynarz stoi trochę bokiem do źródła światła, żeby dobrze widzieć Horsta. Spotykają się jakieś parę metrów przed drzwiami. Ale dałaś mi do myślenia, być może poprawię coś w tym fragmencie.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Stanę trochę w opozycji do zdania Bolly. Sapek potrafi napisać dobrą scenę erotyczną:

Gdy odszedł, Geralt i Essi stali długo, oparci o pokraczną wierzbę schyloną nad nurtem. Stali, trzymając się za ręce. Potem wiedźmin mówił, mówił cicho i długo, a oczko Oczka było pełne łez.

A potem, na bogów, zrobili to, ona i on.

I wszystko było dobrze

A. Sapkowski, “Trochę poświęcenia”

No cóż, ja w pamięci mam raczej scenę z pierwszych stron “Ostatniego życzenia”, te kiczowate teksty o unoszeniu się wśród morszczynów czy innych moczarek kanadyjskich o mało nie sprawiły, że odłożyłem książkę zaraz na początku lektury. A mnie naprawdę trudno jest zniechęcić.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Nie wiem, co to w ogóle tutaj robi. Fabuły brak – ot, dwoje ludzi jedzie do lasu, żeby się poruchać na łonie natury. Fantastyki brak. Brak nawet tytułu, a to już jest jawna kpina i lekceważenie czytelnika. Skoro to tylko ćwiczenie literackie, to może lepiej było wrzucić to np. na Weryfikatorium? Albo na jakiś portal z erotykami, nie wiem. Styl mi się nie podoba, osobiście uważam, że trąci kiczem. Niełatwo jest napisać dobrą, niewzbudzającą zażenowania scenę erotyczną, nawet wielki Sapkowski tego nie potrafi, i moim skromnym zdaniem Tobie też nie wyszło.

 

stanowczym ruchem zdjął buty ze skarpetkami

stanowczym ruchem zsunął z serdecznego palca obrączkę

Silne, stanowcze objęcie

Objął ją nagą i stanowczo skierował ku ziemi.

Jego pierś opadła wydając z siebie stanowczy szelest.

Czy twój bohater wszystko musi robić stanowczo? Przy okazji – nie bardzo rozumiem, co to jest ten “stanowczy szelest”, jakim cudem w ogóle ludzka pierś może szeleścić, a buty razem ze skarpetkami raczej trudno byłoby zdjąć jednym ruchem.

 

On był przecięty w torsie

Na dwie połówki?

 

Jego dłoń spłynęła po jej plecach jak leniwa kropla deszczu po szybie. Zacisnęła uda na jego biodrach.

Dłoń zacisnęła uda?

 

Przy okazji – nie jesteś taki anonimowy, autorze, a przynajmniej nie dla każdego, bo ja widzę twój nick przy tytule opowiadania, gdy wejdę w Firefoksie w zakładkę Historia.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Chyba już kiedyś tutaj o to pytałem, ale wiecie, skleroza… Kiedy mówimy, że coś wydarzy się za, dajmy na to, dziesięć dni, to mamy na myśli, że wydarzy się dziesiątego dnia od dziś (nie licząc dziś), czy jedenastego, po upływie pełnych dziesięciu dni?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Moim zdaniem – słabe i sensu nie ma w tym za grosz.

Po pierwsze, skoro babka nie mogła mieć dzieci, to jakim cudem została babką ogłoszeniodawcy? No, chyba że adoptowała córkę/syna, czyli matkę/ojca tegoż, ale to by chyba skutecznie zabijało potrzebę posiadania substytutu w postaci dziecka-lalki.

Po drugie, formuła ogłoszenia zupełnie się nie sprawdza, bo ogłoszenie powinno zachęcać do zakupu/przyjęcia za darmo oferowanego przedmiotu, a to robi coś zupełnie przeciwnego. Byłoby lepiej, gdyby krótkie, niewinnie sformułowane ogłoszenie było tylko wstępem do opowiadania o lalce.

Po trzecie, jaki jest związek pomiędzy śmiercią lalkarza a głosem wydobywającym się z lalki? Jego dusza została w niej uwięziona czy co? Tekst nawet nie próbuje tego wyjaśnić i urywa się, zanim na dobre się zaczyna. A szkoda, bo miałem nadzieję na ciekawe i kreatywne wykorzystanie cokolwiek oklepanego motywu nawiedzonej lalki. Mnie samemu chodzą po głowie dwa pomysły na oparte na nim opowiadania grozy – jedno to taka mroczna wersja “Pinokia”, w której w wyjątkowo realistyczną drewnianą kukłę wstępuje przypadkiem ludzka dusza, w drugim zaś nowy właściciel lalki o morderczych skłonnościach próbuje ją z nich wyleczyć, otaczając ją miłością i szacunkiem.

Swoją drogą, ja bym chętnie takiego porcelanowego chłopczyka przygarnął. Może zaspokoiłbym w ten sposób swój instynkt tacierzyński, który się we mnie od czasu do czasu niespodziewanie odzywa, odkąd stuknęła mi trzydziestka. :-)

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Stał jakiś futurystyczny facet na wieży bynajmniej niefuturystycznego zamku i się zabił. Okej. I co dalej?

 

Chudy mężczyzna w długim płaszczu na klamry celował sobie w skroń z futurystycznego blastera na którym złociła się inskrypcja: „MX101V”.

Brakuje przecinka przed “na którym”.

 

Dostateczna odległość na śmierć od upadku z dużej wysokości gdyby wystrzał z broni nie zakończył się sukcesem.

Przecinek przed “gdyby”.

 

Wilgotny od deszczu mur wieży strażniczej tysiącletniego zamku zazgrzytał pod podeszwą buta, gdy ciało osunęło się w ciemność w wyniku siły odrzutu jaką spowodował wystrzał z blastera.

Przecinek przed “jaką”.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Dziecko można zapisać na kółko teatralne, czy raczej do kółka teatralnego?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Siostra kupowała kiedyś magazyn, ale okazjonalnie i raczej dla fajnych i praktycznych dodatków niż komiksu. Do dziś ma ramkę na zdjęcie ozdobioną wizerunkiem Irmy, torbę, zakładkę-spinacz do książki, zapinaną na guzik teczkę i “żabią” portmonetkę.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Większość czasu potrafił spędzić, stojąc bezczynnie i wodząc dookoła nieobecnym wzrokiem.

 

Przecinek przed “stojąc” jest potrzebny czy nie?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Dziękuję za komentarz. Przy okazji pozwolę sobie odnieść się też do kilku innych, które jakoś mi umknęły.

 

Tylko dlaczego Noc pozbawiła go wspomnień ? Żeby nie chciał się zemścić ? Moim zdaniem wyczyszczenie komuś pamięci jest jak śmierć osobowości … a więc tak samo złe jak zabójstwo.

Żeby nie chciał się zemścić, to raz. Żeby nie żył przeszłością i zamiast bawić się beztrosko, nie przeżywał dzień w dzień, że właśni rodzice skazali go na śmierć, to dwa. Przyjąłem wreszcie, że utrata wspomnień z poprzedniego wcielenia jest nieodłącznie związana z transformacją w inną istotę. Twoja dusza, esencja, pozostaje wprawdzie ta sama, ale zaczynasz od nowa. Tabula rasa.

 

Nie rozumiem też jaki jest morał tego szorta

Gdyby tylko nadać temu sens, wdrukować morał….

Hmmm. Mnie też zabrakło jakiegoś morału albo ukarania złych.

Opowieść nie musi mieć morału, by wywoływać emocje. Jak już chyba wcześniej wspominałem, ta króciutka historyjka nie miała niczego uczyć, ale wzruszać i skłaniać do przemyśleń.

 

Urocza, choć smutna z początku bajka z morałem. Mścić jest prosto, ale nie pomoże to tym, którzy zostali skrzywdzeni, dlatego jest ważniejsze naprawienie tych krzywd.

Nie myślałem o tym jako o morale całej historii, ale fajnie, że zwróciłeś na to uwagę, Belegorze, bo od tego wszystko się zaczęło. W baśni “Peterchens Mondfahrt” Gerdta von Bassewitza, która była dla mnie jednym ze źródeł inspiracji, Wróżka Nocy wyraża pogląd dokładnie odwrotny – że ukaranie złego człowieka jest ważniejsze od naprawienia wyrządzonego przez niego zła. Wydało mi się to okrutne i bezduszne, dlatego moja Noc woli naprawiać krzywdy niż na własną rękę wymierzać sprawiedliwość.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

I gdzie u Bolly’iego widzisz pomoc ?

 

Dopiero w trzecim komentarzu napisał coś konstruktywnego :

A nie przegapiłeś przypadkiem mojego pierwszego posta, w którym w związku z uzasadnionymi zarzutami postawionymi przez drakainę radziłem Ci, żebyś przestał kombinować i podrzuciłem pomysł ze szczurami? Może później byłem nieco za ostry, za co przepraszam, ale z tym atakowaniem przesadzasz.

 

Pytałem tylko o żywność, bo to mi było potrzebne do realistyczniejszej otoczki powieści low fantasy.

Tak właściwie, to ja nie rozumiem, po co Ci konkretne wartości liczbowe. Chyba nie zamierzasz wymieniać w powieści, że miasto A wysłało do miasta B X kilogramów pszenicy, Y kilogramów kaszy itd.? Ja na pewno nie chciałbym czegoś takiego czytać. Uważam, że w fantasy lepiej unikać podawania konkretnych miar i wag, ale w miarę w możności posługiwać się ogólnikami (“z miasta A przywieziono dość żywności, by widmo śmierci głodowej przynajmniej na razie przestało zaglądać mieszkańcom B w oczy“) albo obrazowym porównaniem (“z miasta A przywieziono tyle worków z pszenicą, że ułożona z nich sterta zdawała się wygłodniałym mieszkańcom B piętrzyć aż pod niebiosa”).

 

Realistycznie to ludzie w tym głodującym mieście będą jedli wszystko, co się choćby śladowo nadaje do zjedzenia, a wierz mi, że jeszcze w XIX wieku na pewno jedzono (np. na biednych wsiach na przednówku albo i w oblężonych miastach): świece łojowe, wyroby skórzane, absolutnie wszystkie odpady kuchenne – obierki, najgorsze podroby. Będą łapać szczury i jeść szczury albo i myszy czy gołębie. Zjedzą psy, koty i konie, i cokolwiek innego będą mieli w mieście.

Słyszałem, że podczas oblężenia Paryża przez Prusaków w 1871r. mieszkańcy zjedli nawet słonia z zoo.

 

Kraków przedlokacyjny miał 2000 mieszkańców, zaraz po lokacji liczebność wzrosła o 10 tys., potem aż do XIX w. w zasadzie co najwyżej się podwoiła (bo to fluktuowało).

Serio? Czytam sobie właśnie “Kopię i warkocze” Stefana Majchrowskiego, gdzie akcja toczy się za panowania Aleksandra Jagiellończyka, i gdy bohater, młody szlachcic, wjeżdża do stołecznego Krakowa, dowiaduje się, że mieszka tam aż osiemdziesiąt tysięcy ludzi. Może chodziło o osiem, a nie osiemdziesiąt tysięcy, ale dam głowę, że stało tam jak byk “óśm dziesiąt/dziesiątek”.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Napisałem “książka” ze względu na objętość tego dzieła, tak się zwykle robi

Co nie znaczy, że to poprawne.

 

Nie zarzucaj mi, że w moim dziele nie ma ciekawego bohatera, bo tego nie masz prawa wiedzieć, nigdzie nie opublikowałem tej powieści.

Pożyjemy, zobaczymy.

 

Rysunek był zaś robiony na szybko i miał być tylko czytelny, a zrobiłem go w CorelDraw i uwaga – po opisaniu miasta tekstowo.

W czym zrobiłeś, w tym zrobiłeś. Bardziej martwi mnie wątpliwa praktyczność całej tej lokacji – miastu wciśniętemu pomiędzy wysokie góry zagrażają lawiny, wiosenne powodzie (które zapewne przyczyniły się do powstania tego jeziora), nie mówiąc już o zimnie. A że tą przełęczą biegnie ważny szlak kupiecki? Nie trzeba siedzieć na samej przełęczy, żeby ją skutecznie kontrolować. Na miejscu założyciela tego miasta rozejrzałbym się za dogodniejszą lokalizacją w pobliżu.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Nie było przełęczy, ale była droga wiodąca do grobowców królów Gondoru. Były też linie murów opasujące kolejne poziomy wznoszące się coraz wyżej na zboczu góry, i właśnie one nasunęły mi skojarzenie z Minas Tirith, a w połączeniu z twoim nickiem inspiracja wydała mi się oczywista.

 

PS. Może nie marnujesz się, naśladując Tolkiena, ale na pewno marnujesz się, pisząc o miastach-państwach o handlowym znaczeniu podejmujących akcje humanitarne. Weź może opowiedz jakąś historię w skali mikro, koncentrującą się wokół ciekawego bohatera, to nie będziesz musiał zaprzątać sobie głowy problemami w stylu pojemności tysiąca mieszczańskich żołądków.

 

PPS. Książek się nie pisze. Powieści się pisze. Książka to jest oprawiony papier, na którym wydrukowano powieść.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Iluvathar, czy to jest coś w rodzaju Minas Tirith 2.0? Ale kombinujesz. No i jeśli zanim zaczniesz pisać, musisz sobie rysować mapki w Paintcie, to daleko nie zajedziesz. Przepraszam, ale rzygać mi się chce, gdy widzę, jak kolejny, być może całkiem utalentowany autor marnuje się, próbując naśladować Tolkiena, który może i dobry był w zabawę w wymyślanie światów, ale w moim odczuciu pisarzem był słabym.

 

W pierwszym mieście żywności brakło z powodu przedłużającej się, pięciomiesięcznej zimy (gryzoni też) :)

Umiem czytać. Podobnie jak drakaina uważam po prostu, że to mało sensowne.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

No ja wiem, i tym właśnie sposobem uniknęlibyśmy takiego rozwiązania. Oba miasta miały jednakowe, całkiem zwyczajne, nie-górskie spichlerze, w których znajdowało się dość żywności na tak długą zimę, nawet z nadwyżką, ale w jednym szczury czy inne wygłodniałe szkodniki wlazły przez dziurę w ścianie/podłodze i wszystko wyżarły. Albo zepsuła się, bo była źle przechowywana, albo jacyś złodzieje rozkradli, whatever.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Iluvatharze, zamiast kombinować z olbrzymimi spichrzami pośrodku przełęczy, zrób może tak, że zapasy w tym głodującym mieście były źle zabezpieczone i wyżarły je jakieś gryzonie czy inne miejscowe szkodniki, którym zima też ostro dała się we znaki.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Czy Was też drażni, gdy widzicie angielskie guinea pig w kontekście eksperymentów przetłumaczone dosłownie jako świnka morska, podczas gdy w języku polskim mamy równoważne określenia królik doświadczalny i szczur laboratoryjny?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Kobiety nie podejrzewają, one dobrze o tym wiedzą.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

To może nakreślę z grubsza kontekst: mieszkańcy pewnej wioski, dość oddalonej od cywilizacji, acz położonej nieopodal uczęszczanego traktu, przymuszeni głodem chwycili się zbójeckiego rzemiosła. Kobiety zostają w domach, podczas gdy mężczyźni zasadzają się na podróżnych na skraju lasu, przy drodze. Napadniętych wyrzynają w pień, by nie pozostał żaden świadek zdarzenia, i ukrywają w lesie, a sami jak gdyby nigdy nic wracają z łupami do domów. Mój bohater zostaje ugoszczony przez żonę jednego ze zbójców pod nieobecność jej męża, i ostrzeżony przez nią szczęśliwie omija wracającą po udanym napadzie bandę. Pora wieczorno-nocna bardzo by mi pasowała, bo łatwiej byłoby mu wtedy przemknąć niezauważonym między drzewami.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Mam taką zagwozdkę dotyczącą zbójectwa przydrożnego. O jakiej porze doby najlepiej jest zasadzać się na przejeżdżających podróżnych? Dotąd wydawało mi się, że późnym wieczorem lub w nocy, bo pod osłoną mroku najłatwiej się ukryć przed naszą ofiarą, ale na chłopski rozum wiąże się z tym szereg problemów. W ciemnościach widoczność jest ograniczona, więc jeśli napadnięci postanowią się bronić i dojdzie do potyczki, można przypadkiem zranić własnego człowieka, ofiara może też umknąć nam do lasu (załóżmy, że akcja dzieje się na drodze leśnej) i wykorzystać zasłonę nocy, by zgubić pogoń. Problemem jest wreszcie i to, że chyba mało kto podróżuje nocą, większość kupców czy innych wędrowców raczej staje obozem na nocleg.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Nie kojarzę tego użytkownika, afera z nim związana jakoś mnie ominęła, ale pamiętam, że odkąd jestem na portalu, było już kilku takich przypadków, gdy ktoś nowo zarejestrowany zachowywał się w sposób wskazujący na chorobę psychiczną.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Uważam, że niezbędne do nauki pisania jest czytanie, ale nie takie zwyczajne, tylko nastawione na analizę tekstu.

To właśnie miałem na myśli, Zanais, mówiąc o czytaniu.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Jeśli ktoś mimo odebranej edukacji nie opanował języka polskiego w stopniu co najmniej komunikatywnym, to żaden kurs pisania mu nie pomoże. A takich rzeczy jak styl, sposób prowadzenia fabuły, konstruowania bohaterów i budowania klimatu, spokojnie można się nauczyć, po prostu czytając ulubionych pisarzy. Takie jest moje zdanie.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Ajzan – to napisz (wreszcie) coś niezwiązanego z mitologią skandynawską. Zakładam, że potrafisz. ;-)

 

Outta – mam wrażenie, że nie zrozumiałeś, na czym polega dylemat Ajzan.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Jak dla mnie te imiona nie są bardziej podobne do siebie niż wspomnianego Saurona i Sarumana albo Bolka i Lolka. Ale moja opinia i tak nie powinna Cię przesadnie obchodzić, bo jestem casualem niemającym pojęcia o mitologii skandynawskiej. Twoja grupa docelowa, czyli – jak mniemam – miłośnicy wspomnianej mitologii, z pewnością nie będzie mieć problemu z rozróżnieniem obydwu bogiń i właściwie odczyta aluzję.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Tolkien jakoś nie miał problemu, żeby nazwać czarne charaktery odpowiednio “Sauron” i “Saruman”, przez co casuale notorycznie ich mylą. Podobnie jak Bolka z Lolkiem.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Ten cytat, który zainspirował Cię, Tarnino, do napisania powyższego felietonu, to chyba mój? Kocham być dla innych inspiracją. :-D

 

Co do samego artykułu – można go podsumować następująco:

 

Zapewne jestem stuknięta.

No cóż, próby zawracania kijem Wisły podparte przekonaniem, że jakiś bliżej nieokreślony “ktoś” sztucznie przyspiesza naturalny proces ewolucji języka, z mojego punktu widzenia świadczą o pewnym odklejeniu od rzeczywistości.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Terminy “basior” i “wadera” brzmią dla mnie jakoś tak… formalnie, specjalistycznie. No i odnoszą się raczej do wilków, a mam wrażenie, że wilkołak to jednak nie do końca wilk, tak jak zmutowany Jeff Goldblum to nie do końca mucha. :-P

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Co do zakończenia, prawdopodobnie chodzi właśnie o trolla

Prawdopodobnie? Kto jak kto, ale sam autor powinien wiedzieć, o co mu chodziło.

 

pamiętajmy, że napisany przeze mnie szort to rodzaj legendy – nie wszystko musi się zgadzać w 100%.

To po co w ogóle nawiązywać do LotRa? Tym bardziej, że wyskakujesz z tym nawiązaniem na końcu ni z gruchy, ni z pietruchy. Równie dobrze mógłbyś napisać, że Izahakh przyłączył się do bandy Robin Hooda, zamieszkał w Nibylandii z wróżkami albo został lordem Sithów.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

No cóż, opowiadanie nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Historie biblijne, zwłaszcza te starotestamentowe, są dostatecznie upiorne i makabryczne w oryginale, nie widzę więc sensu takich przeróbek. Może jest tu jakieś drugie dno, jakieś głębsze przesłanie, które mi umknęło, nie wiem.

 

Izahakh nigdy już nie ujrzał światła dnia, z czasem zdziczał i zapomniał mowy ludzi, aż wreszcie został zgładzony przez Dziewięciu Piechurów z Zachodu. Ale to było wiele epok później, w zupełnie innym świecie…

Nie rozumiem tego zakończenia. Początkowo myślałem, że to jakieś nawiązanie do Tolkiena, ale twój Izahakh ani na Balroga, ani na Golluma mi nie wygląda (ten ostatni zginął zresztą z własnej ręki), a z kolei Wielki Goblin z Gór Mglistych nijak się ma do Dziewięciu Piechurów. Może chodzi o skalnego trolla z Morii? Ale on został zabity przez Drużynę Pierścienia tylko w filmie Jacksona, w książce, jeśli dobrze pamiętam, został dźgnięty w stopę przez któregoś z hobbitów i uciekł.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Tarninę olśniło – chodzi o berka. Grę, znaczy. “You’re it” = “berek”. Ale, żeby takie rzeczy wiedzieć, trzeba trochę w langłydżu czytać…

Tajemnica mojego dzieciństwa rozwiązana. 0_0 No, prawie rozwiązana, bo wciąż nie wiem, jak ta klątwa w grze miała niby działać. Może miała jakieś skutki dla rozgrywki wieloosobowej? Może trzeba było dotknąć innego gracza, aby sam stał się “berkiem”? Ale po co? No cóż, czas odświeżyć sobie kultowego klasyka…

 

Może nie do końca w temacie błędów translatorskich, ale przekładów ogólnie – co sądzicie o tłumaczeniach Słomczyńskiego? Bo mnie osobiście uderza w nich toporny styl i miejscami zbytnia dosłowność przekładu, przekombinowane, nietrafione określenia zamiast bardziej oczywistych synonimów oraz dziwaczne, koślawo skonstruowane zdania, będące najwyraźniej efektem usilnych – i całkowicie bezsensownych – prób wiernego odwzorowania angielskiej gramatyki przy pomocy języka polskiego. Problemem nie jest na pewno styl oryginalnych dzieł, bo np. “Alicję w Krainie Czarów” znam również w tłumaczeniu Antoniego Marianowicza i jego przekład, mimo błędów, podoba mi się zdecydowanie bardziej – mam wrażenie, że język jest w nim bardziej naturalny, lekki, potoczysty. Świeżo po lekturze rewelacyjnego “Piotrusia Pana i Wendy” w przekładzie Michała Rusinka sięgnąłem po “Piotrusia Pana w Ogrodach Kensingtońskich” w – jedynym dostępnym – tłumaczeniu Słomczyńskiego i niestety trochę psuje mi ono obcowanie z dowcipnym stylem Barriego.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Ze sklepów masowo wykupywane są kłódki i rygle. „Nie damy sobie w kaszę dmuchać” – mówią.

Kłódki i rygle mówią?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Sprawa z betowaniem wygląda tak, że możesz poczekać, aż ktoś sam się zgłosi i wyśle Ci propozycję, którą Ty akceptujesz lub odrzucasz, klikając w odpowiednią opcję, albo sama wybrać sobie kogoś i wysłać mu poprzez znajdującą się na samym dole w jego profilu zakładkę zaproszenie do betowania, które ten ktoś również może zaaakceptować lub odrzucić.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Mówi, że bardzo dziękuje. :-)

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

A pochwalę się jeszcze kolejnym dziełem siostry. Ta sama postać, co poprzednio. ^^

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

No i to jest, uważam, zdrowe i słuszne podejście. Masz wizję, to ją realizujesz tak, jak na to zasługuje, a nie podcinasz jej skrzydła, bo konkurs, albo dlatego, że Stephen King czy inny mądrala tak każe.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Dobrze Cię rozumiem, Ajzan. Moje teksty też mają skłonność do puchnięcia, co jest jednym z powodów, dla których trudno mi cokolwiek ukończyć. Mówiąc o “puchnięciu” nie mam na myśli tego, że dodaję coraz to nowe wątki, sceny i postacie w miarę pisania, ale to, że – tak jak Ty, jak mniemam – na ogół zwyczajnie niedoszacowuję objętości produktu końcowego. A w tym nie ma przecież nic złego, o ile nie jest się ograniczonym przez konkursowe zasady i deadlajny. Każda historia powinna mieć długość wystarczającą do jej opowiedzenia w sposób pełny i satysfakcjonujący, i nie zawsze da się ją wtłoczyć w z góry założoną liczbę znaków.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Tak to już bywa, że wpadnie mi jakiś głupi pomysł do głowy.

Pomysł akurat byłby się w stanie obronić, gdyby realizacja była lepsza. Wiesz, jak ja bym to napisał? Po pierwsze, umiejscowiłbym akcję nie w Auschwitz, tylko w jakimś mniej znanym, może nawet fikcyjnym obozie koncentracyjnym, najlepiej w w jakiejś odludnej, klimatycznej lokalizacji, żeby zbudować odpowiedni nastrój. Po drugie, rozbudowałbym trochę opowiadanie, czyniąc osią fabuły dociekania “dobrego” esesmana, co się właściwie dzieje w obozie i czemu tak naprawdę służą dziwne eksperymenty Herr Doktora. Mam poczucie, że cele badań powinny być przynajmniej do pewnego stopnia utajnione, a więc żadnego przechwalania się przez doktorka, że robi superbroń dla Führera – mógłby to wyznać dopiero przyparty do muru, z lufą pistoletu na gardle. Postarałbym się lepiej – i nieco obszerniej – opisać finałową konfrontację pomiędzy doktorem i esesmanem, bo teraz to wygląda mniej więcej tak: “Dej Polaków, zrobię z nich kamień filozoficzny!” – “A rób se co chcesz, wal się”. Zaakcentowałbym różnicę ich celów i sposobów myślenia, przy okazji wchodząc też głębiej w temat oskarżenia Herr Doktora o szaleństwo i marnowanie dobrej siły roboczej. Bo wbrew obiegowym opiniom, ukształtowanym m. in. pod wpływem wspomnianych przeze mnie filmów o Indym, większość nazistów, w tym sam Hitler, wcale nie wierzyła w zjawiska nadprzyrodzone. Część się w to bawiła, owszem, głównie towarzystwo skupione wokół Himmlera bodajże, ale reszta to jednak byli pragmatycy. Obersturmführer mógłby się chociaż kapkę zdziwić, że z pozoru trzeźwo myślący uczony zajmuje się jakimiś gusłami. Tam powinny paść ważne pytania, m. in. właśnie o sposób wykorzystania kamienia filozoficznego jako broni. Bo ja rzeczywiście nie pamiętałem – albo nigdy nie wiedziałem – o tym, że miał wskrzeszać zmarłych. Pan esesman też miałby prawo tego nie wiedzieć. Mógłby w pierwszej chwili pomyśleć, że chodzi o produkcję złota na potrzeby wojennej gospodarki, i dopiero Herr Doktor wyprowadziłby go z błędu. Jak widzisz, choć pomysł w najlepszym wypadku należałoby uznać za taki sobie, to jednak nie da się ukryć, że drzemie w nim jakiś potencjał. Szkoda, że nie udało Ci się go wykrzesać.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Jest tu tylko pomysł i nic więcej, w dodatku średnio oryginalny, bo wyraźnie trąci Indianą Jonesem, i chyba nie do końca przemyślany – w jaki niby sposób kamień filozoficzny miałby zostać wykorzystany przez nazistów jako broń? Jeśli dobrze pamiętam, miał dawać nieśmiertelność, zatrzymując proces starzenia, ale nie chronił przed kulami ani nie zmieniał zwykłego Hansa w obdarzonego nadludzkimi zdolnościami superżołnierza. Wykonanie co najmniej niechlujne – kropka po tytule, nie wiadomo po co separatory na początku i na końcu tekstu, błędy w zapisie dialogów, liczne jak na tak krótki tekst błędy językowe różnego kalibru. A to “zlecić się” w przedmowie to jakaś staropolszczyzna?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Autorskie też mają prawo się nie podobać. :-]

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Jest niewątpliwie słodkie oraz sugerujące konkretny dźwięk oraz określony stosunek emocjonalny opisującego do opisywanego. Jeśli o ten dźwięk, a przede wszystkim o ten stosunek Ci chodzi – nie widzę przeciwwskazań. Ale zadaj sobie najpierw pytanie, co Tobie mówi ta fraza i czy na pewno o to chodzi.

Bolly,  nie, tylko nie srebrnych dzwoneczków. Ciut kiczowate.

W zasadzie i tak chciałem zastosować tutaj mały Lampshading – bohaterka wielokrotnie spotykała się w ckliwych romantycznych powieściach z tą frazą, ale nijak nie umiała sobie wyobrazić, jak ten “dzwoneczkowy” śmiech miałby brzmieć, dopóki sama czegoś takiego nie usłyszała.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Co sądzicie o sformułowaniu, że czyjś śmiech brzmiał jak dźwięk srebrnych dzwoneczków? Wydaje mi się, że gdzieś kiedyś – może nawet na tym portalu? – zetknąłem się z opinią, że to oklepane i/lub kiczowate, i nie daje mi to spokoju.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

“Chinatown” często tłumaczy się jako “chińską dzielnicę”. Jeśli te insekty są w twoim uniwersum dyskryminowane, to co powiesz na coś w stylu “owadziego getta”?

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Nowa Fantastyka