Profil użytkownika


komentarze: 39, w dziale opowiadań: 20, opowiadania: 3

Ostatnie sto komentarzy

To nie tak, że mam obsesję na punkcie bronienia swojego tekstu. Przeciwnie, dobrze widzę jego mankamenty i już nie mogę się doczekać, żeby przystąpić do jego poprawiania. Chodzi o to, że przez niektóre z zarzutów, które tu padły, poczułem się niejako zmuszony do tłumaczenia, że nie jestem wielbłądem.

To dziwne, że czytelnik domaga się ode mnie wytłumaczenia, co to jest zagadkowy ton, rozwlekły dźwięk, dlaczego bohater był zasapany, skoro były tego co najmniej cztery powody, albo ma pretensje o to, że nie zaznaczyłem, że polana była otoczona lasem (dla świętego spokoju zmienię tę polanę na łąkę, gdy będę dokonywał poprawek), a jakimś cudem nikt – poza jedną bystrą betą – nie zarzucił mi, że czarcie kręgi są przecież utworzone przez grzyby, a nie wypalone w trawie. Bo to jest oczywisty błąd merytoryczny, którego nie mam jak obronić, mógłbym się co najwyżej zasłonić licentia poetica.

Pamiętam, że natknąłem się kiedyś w Internecie na złośliwą recenzję jednej z moich ulubionych baśni Andersena, która jest w zasadzie opowiadaniem grozy – “Dziewicy Lodów” (nie mylić z “Królową Śniegu”). Autorka zastanawiała się m. in., skąd w duńskiej wiosce tak wielu “kretynów o tłustych twarzach” i sugerowała “nierobienie sobie dzieci z Duńczykami”, podczas gdy akcja opowiadania dzieje się w Szwajcarii, a Andersen opisuje rzeczywiście istniejącą, niegenetyczną chorobę, zwaną kretynizmem tarczycowym lub matołectwem, która dawniej występowała powszechnie w regionach górskich, czyli tam, gdzie dieta ludności była uboga w jod. Na minus tekstu zaliczyła także to, że główny bohater nie ginie, choć on zdecydowanie zginął i bardziej dosłownie jego śmierci nie dało się chyba pokazać. Wyobrażam sobie, że gdyby Andersen żył, to czułby się trochę jak ja na NF, choć pewnie za bardzo sobie pochlebiam.

 

Mimo tej dozy żółci, którą pozwoliłem sobie wylać powyżej, jestem bardzo wdzięczny za twój komentarz – zawsze to jest jakaś informacja zwrotna. Dziękuję również za “klika”.

Dlaczego łapczywie łapał powietrze?

Yyy… Bo im szybciej się przebiera nogami, tym gwałtowniej się łapie powietrze? A im powietrze jest chłodniejsze, tym trudniej oddychać? A pod wpływem silnych emocji oddech też przyspiesza? Nie wspominając już o tym, że chłopaczyna sporo się tego dnia “nalatał” i miał prawo być zmęczony.

 

I naprawdę zauważył konary na kształt kościelnego sklepienia?

Skoro chodził tamtędy wielokrotnie, to musiałby być ślepy, żeby ich nie zauważyć. A że życie średniowiecznego chłopa koncentrowało się wokół pracy i religii, wydaje mi się całkiem normalne, że te splątane konary kojarzyły mu się właśnie ze sklepieniem gotyckiego kościoła. Artystyczna dusza do tego niepotrzebna.

 

I z powodu jakich wysiłków krakały szyderczo ptaki? Że idzie? To dla wiejskiego chłopca jakiś wysiłek?

Chodzi o wysiłek wkładany w pokonanie trasy. Wydawało mu się, że wrony śmieją się z niego, bo idzie, idzie i jakoś dojść nie może.

 

To jest przykład zdań napisanych dla klimatu, ale od czapy, jeśli chodzi o fabułę. Bo ani idąc chłopak nie powinien się specjalnie zmęczyć, żeby musieć łapczywie łapać powietrze, a gdyby nawet jakoś to uzasadnić, to wysiłek jak widać nie przeszkodził jego artystycznej duszy zauważyć konarów w kształcie kościelnego sklepienia. W mojej opinii jest to wpadka autora, który tak się rozsmakował w klimacie, że zaczął gubić sens wypowiedzi.

Ten fragment jest akurat bardzo “życiowy” w tym sensie, że opisałem w nim niejako własne doświadczenie. Często skracam sobie drogę przez las, gdy idę na dworzec PKP. Idę szybkim marszem, bo zdarza mi się wychodzić w ostatniej chwili. Odkąd pamiętam, w okresie jesienno-zimowym ciężko mi było oddychać, a im bardziej się boję, że nie zdążę na ten cholerny pociąg i spóźnię się do roboty, tym bardziej serducho mi wali i oddech przyspiesza. Podobnie się czuję, gdy idę np. późnym wieczorem przez park. Ale ja w dzieciństwie leczyłem się na astmę, więc może jest w tym trochę racji i moje doświadczenie jest w jakiś sposób wyjątkowe. Nie zgodzę się jednak z tym, że gubię sens wypowiedzi. Każdy swój tekst czytam wielokrotnie i zazwyczaj dobrze wiem, co chcę osiągnąć. A że nie zawsze wychodzi, to inna sprawa.

 

Myślę też, że nie dopracowałeś porteru psychologicznego chłopaka. Z jednej strony, ojciec posyła go na targ w interesach, i to jest całkiem normalne. W dawnych czasach dzieci bardzo szybko zaczynały pracę na gospodarstwie, z drugiej strony, rodzice straszą go babą jagą, a on ciągle powtarza, że musi być grzeczny, jak jakiś kilkulatek. I gdy na końcu widzi już UFO i kosmitów, mógłbyś pokusić się chociaż o cień wątpliwości, że to nie jest jednak czarownica na miotle.

Słyszałeś może o Jenny Haniver albo morskim biskupie? Nie mam pojęcia, z której strony zwykła płaszczka może przypominać smoka albo biskupa, ale tak się właśnie kojarzyła mieszkańcom szesnastowiecznej Europy. Nie widzę więc przeszkód, dla których stereotypowy szary kosmita, w dodatku ubrany w powłóczystą szatę (w opisach rzekomych porwań oni nie zawsze są nadzy) nie mógłby się skojarzyć ze starą czarownicą. A tajemnicze światło to czary i tyle. W Fatimie czy Medjugorie, w XX wieku, krążące na niebie UFO zostało wzięte za “wirujące słońce”. W Indiach zdeformowane dzieci czy zwierzęta są brane za bogów. A to zaledwie pierwsze z brzegu przykłady.

Powiedziałbym, że umiejętność niedzielenia się niektórymi swoimi wytworami też jest rzeczą cenną – vide kurioza w rodzaju “Gówna artysty”.

Nie wszyscy wiedzą, ale ja tylko wyrażam swoją opinię.

 

A opinia, jak to opinia, jest osobista i subiektywna.

Bolly, najpierw napiszę w czym się z Tobą zgadzam, bo zgadzam się niemal w całości – trudno się zresztą nie zgodzić, jeśli ktoś pisze “nie zrozumiałem, nie odczytałem, z niczym mi się nie kojarzy, nie wiem, nie spędziłem miło czasu” – sama prawda. Doceniam takie podejście.

Staram się cały czas używać komunikatów typu “JA”, bo nie jestem żadną wyrocznią.

 

Pierwsze zdanie powinno brzmieć tak, jak brzmi, gdyby przypadkiem miało brzmieć inaczej, to na pewno by brzmiało.

Wierzę. Choć brzmi to w moich uszach co najmniej dziwacznie. Spójnik “że” wydaje mi się bardziej naturalny, bo wprowadza dopowiedzenie tego, co zasygnalizowano w pierwszym zdaniu. “Nie wszyscy wiedzą…” implikuje pytanie “co?”, “o czym?”. “Ale” brzmi tak, jakby wprowadzało zaprzeczenie pierwszej części zdania. Nie czepiałbym się “ale”, gdyby zdanie brzmiało np. “Nie wszyscy o tym wiedzą, ale Trzech Króli jest tak naprawdę Czterech”.

 

Piszesz, że nie wiesz, co miało na celu zestawienie królów karcianych, któych faktycznie jest czterech, z biblijnymi Trzema Królami. Ja też nie wiem. Może chodzi o to, że biblia, jak większość historii tego typu, opowiada głównie o mężczyznach (poniżej 10% postaci Starego i Nowego Testamentu to kobiety, większość nie jest wymieniona z imienia, większość prawie nic nie mówi), a tutaj autor chciał mrugnąć okiem i powiedzieć, że historia zbawienia jest także historią kobiet? Ale w sumie cholera wie. Może to tylko zgryw autora.

Tylko że akcent w twoim tekście wcale nie jest położony na Króla Kier, tylko Króla Trefl. To on różni się od pozostałych, jest w jakiś sposób wyjątkowy.

 

Żongler, może Alicję w Krainie Czarów?

Tyle że “Alicję”, choć jest dość autystyczna, da się zrozumieć. Wszystkie alegorie – no, przynajmniej większość – da się jednoznacznie odczytać, nawiązania wyłapać. Dodgson zostawia wskazówki, a resztę można sobie dopowiedzieć, znając jego biografię i realia epoki. Twój tekst nie jest nawet autystyczny, bo – jak sam przyznałeś, sam nie wiesz, o co w nim w ogóle chodzi.

 

Na usta ciśnie mi się jedno pytanie. Jakim cudem tekst, który: 1) nie spełnia wymogów formalnych do tego, by nazwać go opowiadaniem; 2) sprawia wrażenie, że jest fragmentem; 3) zawiera pretekstowy element fantastyczny; 4) nie ma żadnego sensu, został wyróżniony i trafił do tzw. “Biblioteki”? To chyba nie najlepiej świadczy o poziomie tego portalu. Ponieważ widziałem tu już szorta o prezerwatywach szturmujących zamek, czy czymś w tym stylu, zaczynam się zastanawiać, czy nie jest to aby jakiś współczesny trend, którego nie rozumiem. I mówię to jako umiarkowany sympatyk dadaizmu i surrealizmu.

Pierwsze zdanie nie powinno przypadkiem brzmieć: “Nie wszyscy wiedzą, że Trzech Króli jest tak naprawdę czterech”?

 

Nie podzielam zachwytów nad tekstem. Nie zrozumiałem go, nie wzbudził we mnie żadnych emocji. Jeśli to alegoria, to niestety nie odczytałem jej, bo opisane postacie królów nie kojarzą mi się z niczym poza kartami. Naprawdę nie wiem też, co miało na celu zestawienie króli karcianych, których faktycznie jest czterech, z biblijnymi Trzema Królami.

 

Kilku minut poświęconych na czytanie nie spędziłem miło. Miałem wrażenie, że autor pisze, co mu fantazja na pióro przyniesie, bez żadnej refleksji nad tym, czy ma to jakikolwiek sens. Taki sobie słowotok, sztuka dla sztuki. Nie ma tu żadnej fabuły, żadnej akcji, tekst nie przekazuje żadnej (zrozumiałej dla takich jak ja prostaczków) myśli, do niczego nie prowadzi. W zasadzie nie jest to nawet opowiadanie, tylko rozbudowany opis. Cóż, chyba po prostu nie jestem docelowym odbiorcą tego typu tekstów.

Wiadomo już dokładnie, kiedy będzie ogłoszenie wyników? I gdzie mam zgłosić, że po zakończeniu konkursu chciałbym otrzymać na pw informację o liczbie zdobytych przeze mnie punktów?

Pamiętaj też, że konstruktywna krytyka może tylko pomóc, a i tak ostateczna decyzja należy do autora :) Dlatego nie trza się wkurzać, ino cieszyć, że ktoś czyta, poświęca czas, niechby nawet krytykując :D

Lubię krytykę, ale gdy rzeczywiście jest konstruktywna. Tutaj dostałem jak dotąd kilka celnych uwag, ale zadziwiająco dużo było też czepiania się poprawnych zwrotów i sformułowań z języka polskiego, w których nie ma niczego niezwykłego i które znaleźć można w co drugiej książce. Bardzo mnie to zaskoczyło i pozostawiło pewien niesmak. Póki co odnoszę wrażenie, że na Weryfikatorium czy Artefaktach można otrzymać bardziej rzetelną i merytoryczną krytykę, ale może jeszcze zmienię zdanie.

 

Mi się podobało, daję klika.

A co to oznacza?

Pełna zgoda co do nadmiaru zaimków (zauważyłem, że z biegiem czasu coraz skuteczniej je w swoich tekstach wyłapuję), zadzierania/unoszenia głowy do góry oraz wódki, która faktycznie jest anachronizmem (sam nie piję i mam zerową wiedzę na temat alkoholi). Nad “malcem” i “trzewikami” jeszcze się zastanowię, gdy po zakończeniu konkursu będę poprawiał opowiadanie. Reszta to bzdury, mniejsze lub większe. Po czuprynie jak najbardziej można się podrapać, usta zaciąć, można ścisnąć kogoś (podobnie jak ująć lub złapać) za rękę/nogę/szyję/cokolwiek innego, znak może być bezbożny lub bluźnierczy – przynajmniej u Lovecrafta i jego naśladowców. ;) We fragmencie o polanie kilkakrotnie wspomniane są drzewa. Widziałem osoby, które miały na policzkach lśniące ślady po łzach. To konkretne Oko jest wielką literą, bo tak ma być.

 

Pisarzem jestem przeciętnym, może trochę mniej niż przeciętnym, ale rażących błędów językowych nie popełniam, więc na kolejne bezsensowne zarzuty podobne do tych drakainy i regulatorów po prostu nie będę już odpowiadał.

 

Styl jest, jaki jest. Nie każdemu musi się podobać i ja to szanuję. Jak już chyba wcześniej wspomniałem, staram się pisać tak, jak sam chciałbym czytać. Lubię, kiedy akcja rozkręca się powoli, na ogół czytam z przyjemnością teksty, które innych szybko nużą. Nie wiem, może takie mamy czasy, że wszyscy się spieszą, niecierpliwią i dążą do natychmiastowej gratyfikacji. W tym konkretnym tekście jego długość i rozwlekłość były też środkiem do celu, który, jak widzę, niestety nie został osiągnięty.

W historii przeszkadzało mi, że końcówka wcale nie wynika z wcześniejszych wydarzeń. Czy gdyby chłopcy nie poszli obejrzeć śladów albo w ogóle targu nie było, coś by się zmieniło w tej kwestii? Tyle tylko, że młynarczyk miał gotową interpretację zdarzeń, więc zobaczył czarownicę, a nie plugawego diabła.

O to właśnie chodziło. Do porwania przez obcych doszłoby tak czy siak. Młynarczykowi wydawało się, że spotkała go kara za jego złe zachowanie, i to jeszcze – o ironio! – w dniu, w którym poprzysiągł sobie poprawę, podczas gdy on się w tym wszystkim od początku do końca w ogóle nie liczył. Obcy zaatakowali młyn, bo – podobnie jak chata na polanie – stał na uboczu, a jego mieszkańcy byli łatwym celem. Choć jestem w stanie zrozumieć, dlaczego taki rodzaj twistu, jeśli można to nazwać twistem, nie przypadł Ci do gustu.

 

Dałeś jedną dużą literę, to i drugiej nie skąp.

Łał. Jak to się stało, że dopiero Ty to zauważyłaś? A parę osób przed Tobą przecież czytało tekst, no i sam sprawdzałem go tyle razy. 0_o

W opcjach edycji widziałem usunięcie tekstu. Nie trzeba zostawiać pustego wątku z trzema kropkami.

Oczekujecie, że unikniecie kary.

Oczekiwać a mieć nadzieję to dwie różne rzeczy. Jak to szło? Hoping for the best, but expecting the worst…

Ajzan,

 

Miejmy nadzieję, że skończy się na “idź i nie grzesz więcej”. :/

No właśnie – chciałem być uczciwy.

 

To była zmiana trzech-czterech słów, żadnej ingerencji w strukturę zdań. O kilku zmianach poinformowałem w komentarzu pod tekstem z 15 stycznia, więc tutaj mam jasność, nie pamiętam jednak, kiedy zmieniłem “ciżmy” na “trzewiki”. Zmianę z 16/17 stycznia anulowałem.

Opowiadanie wrzuciłem na betę już 27 grudnia. Chciałem opublikować 6 stycznia, ale czekałem dodatkowy tydzień, bo do betowania zgłosił mi się jeszcze jeden człowiek, który ostatecznie z betą się nie wyrobił.

 

Jak mówiłem, sprawę mojego zgłoszenia pozostawiam osobom decyzyjnym. Ktoś chyba ma jakiś wgląd w historię zmian. Bo ja naprawdę nie pamiętam na 100%, kiedy wprowadziłem ostatnią poprawkę.

No dobra, muszę tu coś z siebie wyrzucić, bo nie daje mi to spokoju.

 

Pod wpływem zajadłej krytyki ze strony drakainy podmieniłem w moim opowiadaniu kilka słów na inne. Jestem na 99% pewien, że zrobiłem to jeszcze przed północą 15 stycznia, ale ostatnio jestem tak zakręcony, że nie mam co do tego absolutnej pewności.

 

Wiem za to, że 16 albo 17 stycznia usunąłem jedno słowo, ale natychmiast się zreflektowałem i dokonałem kolejnej edycji, przywracając je tam, gdzie było.

 

Swój los składam w ręce jurorów. Jeśli zostanę zdyskwalifikowany, zaakceptuję to, bo jestem gotów ponieść konsekwencje swojego roztargnienia. Choć mam cichą nadzieję, że do tego jednak nie dojdzie. Nie to, żebym ostrzył sobie zęby na miejsce w finałowej dziesiątce, bo na to jestem za cienki w uszach, ale fajnie byłoby chociaż dotrwać do końca i poznać oceny punktowe jury.

 

Nie wiem, czy jestem jedynym, który ma takie zdanie, ale osobiście uważam, że do czasu rozstrzygnięcia konkursu możliwość komentowania opowiadań powinna być wyłączona. Komentarze mogą przecież wpływać na ocenę jurorów, stwarza to też pole do nadużyć, wojen podjazdowych pomiędzy uczestnikami konkursu.

Zależy, co rozumieć przez debiut. To moje drugie ukończone opowiadanie, ale pierwsze, które wrzuciłem tutaj. Mam też na koncie kilka rozdziałów powieści, ale ten portal to chyba nie miejsce dla dłuższych form.

 

Co do tego południowego zachodu, to oczywiście masz rację. Wystarczyłby sam “zachód”.

 

Dzięki za pozytywny feedback. To budujące.

“Urwipołcie”? Przecież to brzmi komicznie. Naprawdę taki efekt chcesz wywołać u czytelnika?

Może i brzmi niezamierzenie zabawnie, ale każdego śmieszy trochę coś innego. Mnie na przykład zawsze rozśmiesza pojawiający się u Sapkowskiego “mutant”, bo zaraz sobie wyobrażam czarodziejów w spiczastych czapkach dokonujących sekwencji DNA.

 

Dlatego konstruowanie tekstu polecam zacząć od znalezienia MacGuffina, potem w oparciu o niego wykreować bohaterów, intrygę, a w subtelności typu budowa nastroju poprzez długie opisy, to można się ewentualnie bawić później :)

No cóż, ja nie zawsze szukam w krótkich formach ciekawych bohaterów i sensacyjnych fabuł. Przeważnie zresztą ich nie znajduję, bo – jak już wspomniałem wcześniej – najzwyczajniej w świecie nie ma na to miejsca. Prawdziwą sztuką jest właśnie napisanie opowiadania one-shota, w którym znajdziemy to wszystko, o czym piszesz.

Na upartego fabułę każdego tekstu, czy to opowiadania, czy opasłej powieści można streścić w kliku zdaniach. “Władca Pierścieni”? Proszę bardzo: “Kilku kolesi wyrusza zniszczyć magiczny pierścień. W końcu im się to udaje”. “Lalka”? “Bogaty właściciel sklepu zaleca się do zubożałej arystokratki. Ona go nie chce”.

Powtórzę jeszcze raz, bo chyba nie zostałem dobrze zrozumiany: moim zamiarem było tylko i wyłącznie stworzenie klimatu grozy, skupiłem się więc nie na CO, tylko na JAK. Horst miał być everymanem, równie ciekawym, co bezimienny chłopiec z “Króla Olch” Goethego. Przypomina mi to trochę sytuację z pewnego forum, gdzie inny mój tekst, stylizowany na baśń, został skrytykowany za baśniowość.

 

Re: impresjonizm… Jednym z najpiękniejszych jego przykładów jest taka scena w “Jądrze ciemności” Conrada, gdzie Marlow płynie rzeką na statku i zauważa, że coś mu przeleciało koło głowy – dopiero jakiś czas później orientuje się, że są to bodaj strzały czy jakieś podobne pociski, w każdym razie, że zostali zaatakowani przez tubylców. Impresjonizm to niedosłowność, to obserwacja tego, jak postrzegamy świat – nie od razu ze szczegółami, ale właśnie czasem taki rozmazany.

Miałem raczej na myśli apelowanie do zmysłów poprzez operowanie wizualiami i dźwiękiem. Zdaniem jednej z beta-czytelniczek właśnie to wyszło mi całkiem przyzwoicie.

Ale że aż 40 osób, choć poświęciło czas na napisanie opowiadania na konkurs, zdecydowało się go jednak nie wysyłać albo o tym zapomniało?

drakaina,

 

Poprawiłem “obdartusów” na “urwipołciów”, “kynocefali” na “psiogłowców”, a “czyniły” na “robiły”, poprzedniego “robienia” jednak nie ruszając.

 

Choć w jednym to już autor popłynął – ten młynarczyk biegający po lesie w ciżmach :D

Zastanowię się jeszcze nad tymi “ciżmami”, bo przyznaję się bez bicia, że kompletnie nie mam pojęcia, co mógł mieć na nogach średniowieczny chłop. Jesienią raczej bosy nie był, ale zarówno “buty” jak i “trzewiki” brzmiały dla mnie zbyt współcześnie. “Ciżmy” rzeczywiście kojarzą się z obuwiem z fantazyjnie podwiniętymi noskami, ale dam głowę, że w co najmniej jednej powieści fantasy autor używał tego słowa w znaczeniu “buty”.

 

Są słowa mocniej i słabiej związane ze swoim pochodzeniem. Pawęż należy do tych najsłabiej w ten sposób odczytywanych. Można się zastanawiać nad mnóstwem innych: kolor bordowy (wielu ludzi zna wina bordoskie, więc ten związek jest nieco silniejszy), bajońskie sumy, czy adamaszek. Kiedy ten związek jest słaby, statystyczny czytelnik nie wyczuje fałszu. Ale jak widzę w przekładzie fantasy dziejącej się w generic fantasylandzie określenie, że ktoś “siedział po turecku”, to już jest nie okej.

Ba, w jednym z tłumaczeń “Władcy Pierścieni” jest bodajże mowa o “mięsie armatnim”. :D

 

Nadużywanie przymiotników – i ogólnie styl tego tekstu – jest chyba oczywistym nawiązaniem do twórczości pisarzy grozy z początku ubiegłego wieku. Którym kiedyś zarzucano to samo, a teraz są już klasykami literatury. Problem w tym, że – w mojej subiektywnej ocenie – tutaj wyszło to siermiężnie i bez polotu.

Lovecraft, Algernon Blackwood, Mary Shelley, Stoker, Stefan Grabiński – to są moi mistrzowie. A że ich zawiodłem, to inna sprawa. :-(

 

Polecam następny tekst napisać normalnym dla Ciebie, niewymuszonym językiem, nawet gdyby to miał być tekst o zamierzchłej przeszłości. A czas poświęcony na wyszukiwanie słów w Google Books przeznaczyć na skonstruowanie bardziej rozbudowanej intrygi, bardziej wyrazistych bohaterów i inne takie :) Niestety opowiadanie na 25 tys znaków którego fabułę da się streścić w dwóch zdaniach, bohaterów opisać jednym, a i sam pomysł na kolana nie powala, to nie jest coś fajnego. Przynajmniej dla mnie.

Pierwszy raz próbowałem napisać horror, choć już wcześniej romansowałem trochę z tym gatunkiem. Budowanie ciekawej intrygi i tworzenie wyrazistych bohaterów nie było wcale moim zamiarem. Chciałem zbudować klimat, podziałać na wyobraźnię, pobawić się w swoisty impresjonizm. Horst miał być everymanem, z którym każdy mógłby się trochę utożsamić.

Sam w opowiadaniach na 25 tysięcy znaków nie szukam sensacyjnych fabuł i zapadających w pamięć bohaterów, bo po prostu nie ma w nich na to miejsca, tylko ciekawego pomysłu. Mój, czyli percepcja klasycznych, uprowadzających ludzi “szarych obcych” i ich wytworów przez średniowiecznego kmiotka, nie był zbyt oryginalny, przyznaję. Miałem nadzieję, że chociaż droga Horsta będzie Wam się dłużyć tak, jak to opowiadanie, i udzieli Wam się klimat, ale jeśli nie wyszło – przepraszam.

to przemieszanie imion

Imiona: Horst, Cedric i Simon znalazłem w spisie niemieckich imion męskich. Dwa ostatnie po prostu spolszczyłem.

 

Nic mi tu nie wskazywało na czasy po rekonkwiście, nie mam też tak naprawdę pojęcia, gdzie to się dzieje i czy rekonkwista ma w związku z tym jakiekolwiek znaczenie dla bohaterów ;)

Jak już wspomniałem na betaliście, jest tutaj jedno małe nawiązanie do “Malleusa”, który został wydany po raz pierwszy w 1487 roku, więc akcja dzieje się prawdopodobnie na początku XVI wieku, ale dokładny czas i miejsce akcji celowo pozostawiłem niedookreślone.

 

Formalnie jednym i drugim, i jeszcze archeologiem :/

Ooo, szacunek. A skąd ta niezadowolona emotka? Bo ja naprawdę zazdroszczę. Sam miałem być nauczycielem historii, ale skończyłem jako psycholog.

Cóż, dla mnie klimat też nie bardzo wyszedł, między innymi przez te kwestie językowe i narracyjne na których się potykałam. Co do technikaliów, widzę, że należysz do tej grupy autorów, którzy po prostu wiedzą lepiej, więc nie będę dyskutować ze wszystkim, quod scripsi, scripsi i tu moja rola komentatora się kończy. To Twój tekst, możesz w nim zostawić, co tylko chcesz. Musisz się jednak liczyć z uwagami krytycznymi, jeśli uprzesz się przy czymś, co jest wyraźnie niepoprawne lub niezgrabne.

Przeciwnie, ja bardzo cenię sobie krytyczne uwagi, ale wtedy, gdy rzeczywiście są sensowne – w paru przypadkach przyznałem Ci przecież rację, z innymi uwagami nawet nie dyskutowałem. Nie czuję się jednak dobrze, gdy ktoś zarzuca mi błędy językowe tam, gdzie ich nie ma. A to, czy coś jest niezgrabne, to rzecz gustu. Staram się pisać tak, jak sam chciałbym czytać, i choć jeszcze długa droga przede mną, pewne cechy mojego stylu pozostaną niezmienione.

Co do krytyki, to po to właśnie zarejestrowałem się na portalu i wziąłem udział w konkursie. Nie po to, żeby wygrać, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że opowiadanie jest w najlepszym wypadku przeciętne, rzemieślnicze. Chciałem się przede wszystkim dowiedzieć, jak je ocenią jurorzy i użytkownicy. Jeśli będą przeważały głosy krytyczne, to cóż, dam sobie spokój, wrócę do pisania do szuflady albo znajdę sobie jakąś niszę. :-)

 

To jedno zamień to drugie, byle z sensem. “Czynić wrażenie” jest po prostu złym frazeologizmem.

Dla frazy “czyniły wrażenie” mamy 906 wyników w GoogleBooks, w tym Sienkiewicz, Orzeszkowa, Joseph Conrad. Brzmi to może nieco staroświecko, ale zestawienie wyrazów wydaje się być poprawne. Jeśli nie, to już naprawdę nie wiem, komu mam wierzyć.

 

Co do chuchania i dmuchania. Punkt pierwszy: w takim średniowieczu i w tych sferach jedynak to rzecz dziwna, wokół której mógłbyś zbudować całą intrygę – bo może po śmierci iluś tam braci i sióstr został się im jeden syn, a więcej już raczej mieć nie będą.

Istnieje całe mnóstwo przyczyn, dla których kobieta lub mężczyzna mogą mieć problemy z płodnością. Młynarzowa nie wydaje się być okazem zdrowia.

 

A rozdmuchiwane niekiedy ponad miarę nieprzywiązywanie się do dzieci istniało – dzieci umierały na potęgę, więc inwestycja w nadmiar uczuć po prostu się nie opłacała społecznie.

Wiem. Strata krowy była większą tragedią niż śmierć dziecka. A jednak podtrzymuję to, co powiedziałem wcześniej – ludzie są bardzo różni, w każdej epoce. To nie tak, że w średniowieczu chłop nie potrafił pokochać swojego dziecka. Wielu rzeczywiście traktowało dziecko tylko jako inwestycję, ale tak jest też współcześnie – np. w Chinach, ale w Polsce też. Ludzka natura jest zasadniczo niezmienna – człowiek potrafi kochać i przywiązać się, bo to go czyni człowiekiem, ale w społeczeństwie i tak zawsze znajdziemy cały wachlarz postaw.

 

Z kmieciem zaznaczyłam wyłącznie z powodów, powiedzmy, zawodowych. To słowo nie z głównego rejestru, w którym utrzymane jest Twoje opowiadanie, słowo nacechowane, a historycznie mające konkretne znaczenie. Dobrze, jeśli piszący jest wszelkich takich uwarunkowań świadomy.

Dla ciekawości – jesteś polonistką? A może historyczką? Jeśli to drugie, to doradź mi proszę, czy nie zmienić Maurów na Osmanów. Od wczoraj nad tym główkuję i nie mogę się zdecydować. Rekonkwista już niby dawno zakończona, za to Turcy panują na całych Bałkanach, ale czy Horst w ogóle odróżniłby jednych od drugich?

drakaina,

 

Narracja jest rozwleczona, więc horrorowość średnio się sprawdza.

Łiii, jak to jest rozwleczona narracja, to spróbuj przeczytać “Wierzby” Blackwooda. Tam interesujący pomysł rzeczywiście spalił na panewce z powodu wodolejstwa autora. Prawda, znaków wyszło mi ciut więcej, niż planowałem, ale właśnie tyle średnio mają moje teksty.

 

Trochę dynamizmu by tu nie zaszkodziło.

W sensie? Za cel postawiłem sobie raczej budowanie klimatu niż opisywanie sensacyjnej akcji.

 

Pierwszy akapit aż boli stereotypem.

Dobry stereotyp nie jest zły. Ja po prostu lubię takie klimaty. :-)

 

Niebo raczej bywa szare w różnym natężeniu i jasności, ale popielate? To niby synonim, ale nie do wszystkiego pasuje.

Niebo początkowo było “ołowiane”, ale zorientowałem się, że wyglądałoby ono jak przed burzą, a niezupełnie o to mi chodziło. “Popielaty” jest dla mnie synonimem szarego – jak popiół właśnie. A zresztą – wiesz, że mężczyźni odróżniają tylko trzy kolory? Nie będę wymieniał jakie, bo nie wypada. :-)

 

“Zdążał do młyna dobrze sobie znaną ścieżką, którą okoliczni chłopi zwykli wozić tam zboże na przemiał.” – “tam” jest niepotrzebne, bo raczej nie wozili tego zboża gdzie indziej; “na przemiał” to się daje niechciane rzeczy, a nie zboże. Zboże raczej do zmielenia. Ale tak naprawdę ta informacja jest zbędna, bo zasadniczo do tego służy młyn.

Owszem, można się było bez zaimka obyć, choć czasami jego wycięcie sprawia, że zdanie nie brzmi już tak naturalnie. Wypowiadając je na głos, czuję, że w takim miejscu jakby “potykam się”, czegoś mi brakuje. To jest oczywiście całkiem subiektywne odczucie. Fraza “zboże na przemiał” występuje dość powszechnie w literaturze – 157 wyników w GoogleBooks.

 

“Zdążał do młyna dobrze sobie znaną ścieżką, którą okoliczni chłopi zwykli wozić tam zboże na przemiał. Sucha trawa, wygnieciona kołami wozów, szeleściła głośno pod jego stopami. Droga dłużyła się chłopcu niemiłosiernie. Choć kroczył żwawo, łapczywie łykając chłodne jesienne powietrze i wydmuchując małe obłoczki pary, przypominająca tunel ścieżka

A dajcież spokój. Słowo powtórzyło się dwukrotnie w jednym akapicie, w dodatku nie w następnym zdaniu. Czym miałem je zastąpić? “Wąskim pasem ziemi wydeptanym przez ludzi lub zwierzęta albo specjalnie przygotowanym dla pieszych”?

 

Horst, Cedryk i Szymon – każde imię z innej bajki, a świat raczej nie wygląda na kosmpolityczny…

To są wszystko niemieckie imiona, tyle że dwa ostatnie w wersji spolszczonej.

 

“trzech małych obdartusów“ – dlaczego obdartusów? Na moje oko co najmniej dwaj mają jak na ten świat raczej zamożnych rodziców, ze stałą pracą, całkiem dochodową. To nie ulicznicy.

Uwaga słuszna, choć miałem raczej na myśli to, że ubrania są trochę sfatygowane i powycierane od zabaw na świeżym powietrzu. Może “urwipołciów” brzmiałoby lepiej.

 

“zagadkowym tonem przestrzegł ich rudzielec” – jaki to jest zagadkowy ton?

Zadzwoń do mnie, to powiem Ci coś zagadkowym tonem. :-) 37 wyników w GoogleBooks dla frazy “zagadkowym tonem”, 5 dla “zagadkowy ton”.

 

“Ze wzgórza rozciągał się widok na płaską jak stół polanę” – tylko na polanę? Bo polana zazwyczaj jest w środku lasu. “Widać było polanę” byłoby ok

Gdybym dopisał, że na polanę i otaczający ją las, to byś się przyczepiła, że polana – no właśnie – zazwyczaj jest w środku lasu, więc informacja zbędna. To trochę jak z tą słynną “wyspą otoczoną wodą” u Cervantesa. :-)

 

“przemówił piskliwym szeptem” – hmm, troszkę mi się to kłóci

Daj mi swój numer, to zadzwonię do Ciebie i powiem Ci też coś piskliwym szeptem. 7 wyników w GoogleBooks dla “piskliwym szeptem”, 23 dla “piskliwy szept”.

 

“głośny, rozwlekły jęk” – rozwlekły?

Każdy dźwięk może być rozwlekły. To znaczy, że długo rozbrzmiewa.

 

“bluźnierczej magii” – powiało Lovecraftem. A serio: nadużywasz przymiotników. To nie jest dobre. W dodatku bluźniercze pojawia się ponownie trochę dalej

Bo ja lubię Lovecrafta. I przymiotniki. :-)

 

“zamorscy kynocefale” – jesteś pewny, że on jednak nie powie “psiogłowcy”? Greka nie jest tam raczej językiem używanym przez lud…

Ale to ja mówię, nie on. No dobra, masz mnie. Chciałem się pochwalić, że zrobiłem risercz.

 

“Na szczycie wzgórza zapanowało przejmujące zimno.” – nie jest to bardzo dobre zdanie. Niepotrzebnie udziwniasz styl.

A co z tym zdaniem nie tak? Bo dla mnie ono jest proste jak konstrukcja pizzy.

 

“Na szeroko rozstawionych nogach stał nad nim młynarz, potężny, barczysty mężczyzna, którego twarz, oświetlona nikłym blaskiem płonącego wewnątrz izby ognia, wykrzywiała się teraz w ponurym grymasie.“ – narracja jest z perspektywy syna tego człowieka, więc taki obiektywny opis nieco razi

Wskazuje na pewien dystans pomiędzy rodzicem a dzieckiem.

 

“Z przyjaciółmi! A ojciec i matka to co, już się nie liczą? My tu odchodziliśmy od zmysłów!” – nie jestem zwolenniczką ukazywania dawnych epok jako czasów ludzi pozbawionych serca i nieprzejmujących się dziećmi, ale jednak ten poziom dwudziestopierwszowiecznej nadopiekuńczości nie pasuje do świata, który kreujesz

Mają jednego syna i trochę już w niego zainwestowali, więc nie dziwota, że na niego chuchają i dmuchają, a przypomnę, że to nie jest poziom dwudziestopierwszowiecznego bezpieczeństwa i włóczenie się po zmierzchu mogło się skończyć dla niego nieciekawie. Nie po to dają mu żryć, żeby jego wilki gdzieś w lesie zeżarły. A tak serio, ludzie są bardzo różni. Nawet teraz, w XXI wieku.

 

“Malec przełknął z wysiłkiem ślinę“ – malec to dobre dla czterolatka, a bohater jest chyba sporo starszy…

Jakiś lepszy pomysł na synonim? Bo mam jeszcze inny tekst, dużo dłuższy, w którym bohaterem jest chłopiec w wieku ~8 lat, i tam regularnie nazywam go właśnie “malcem”.

 

“największe wrażenie czyniły oczy” – robiły

Mam już w tym samym akapicie, na początku, słowo “robić”. To wtedy by było powtórzenie. Sama sobie zaprzeczasz.

 

Tak dla porządku kmieć to nie po prostu synonim chłopa, ale zamożny gospodarz.

Masz na myśli, że mógł wysłać parobka, zamiast fatygować się do młyna osobiście? Bo choć nie każdy chłop jest kmieciem, to jednak każdy kmieć jest chłopem, czyż nie?

Nigdzie nie znalazłem takiej informacji.

 

A co oznacza szara gwiazdka lub jej brak obok tytułu opowiadania?

Zdaje się, że niechcący opublikowało mi się opowiadanie z komentarzami od beta-czytelników pod nim, a chyba nie powinno ich tam być. Czy mogę tekst usunąć i wrzucić jeszcze raz?

drakaina,

 

Czas i miejsce akcji mojego opowiadania są z założenia niedookreślone, choć można przyjąć, że jest to Rzesza w I połowie XVI wieku. Właśnie wtedy i właśnie tam wpływ przesądów na temat wiedźm był największy, podobnie jak nasilenie prześladowań oskarżonych o czary. Zamieściłem też małe nawiązanie do “Malleusa” i tego, co on wprowadził, więc akcja rozgrywa się na pewno po 1487 roku. W powszechnej świadomości czarownice kojarzą się jednak silnie ze średniowieczem, a ja potraktowałem temat dość swobodnie, skupiając się raczej na budowaniu klimatu, stąd dwa wykluczające się tagi. Po namyśle postanowiłem je usunąć, żeby nikt nie zarzucał mi ignorancji. Z tagami tutaj w ogóle mam problem, bo mogą być źródłem potężnych spojlerów.

 

Korzystając z okazji, ponawiam prośbę o zapoznanie się z opowiadaniem.

Zdjęcie takie czarno-białe, można by pomyśleć, że nie żyje… :(

 

Sto lat!

Dodałem opowiadanie na konkurs UFO pt. “Czarownica”. Tekst średniej długości (niecałe 25k znaków), w klimacie grozy, mam nadzieję, że w miarę przyjemny w odbiorze.

Musiałbym całą konstrukcję zdania zmienić. Z pisaniem to trochę jak z programowaniem – zmienisz jedną rzecz, to zaraz musisz pozmieniać dziesięć innych.

 

Beczą owce, meczą kozy – tak mnie przynajmniej w dzieciństwie uczono – a w zestawie owych zwierząt dominują akurat kozy i kury. :-)

Lepiej brzmi “gdakania i meczenia zwierząt” czy “gdakanie i meczenie zwierząt”? Dodam od razu, że nie chcę tych “zwierząt” dodatkowo rozbijać na poszczególne gatunki.

Nowa Fantastyka