Profil użytkownika


komentarze: 139, w dziale opowiadań: 67, opowiadania: 13

Ostatnie sto komentarzy

Mam takie nieśmiałe pytanie: czy jest na portalu możliwość wyłączenia wyświetlania tekstów z tagami konkursowymi – tzn. żeby ich w ogóle nie widzieć na liście w Poczekalni?

Czy właśnie mozolne, wręcz ślamazarne pisanie każdego zdania, tak by było, jak najbliższe perfekcji?

To. Mam zwyczaj przerabiać każde napisane zdanie w nieskończoność, aż jestem w miarę zadowolony z wyniku, ale tak to już jest, gdy ma się naturę perfekcjonisty. W ostatnim czasie staram się trochę wyluzować i po prostu czerpać przyjemność z pisania, nie ruguję więc obsesyjnie powtórzeń, zaimków, siękozy, chyba że coś naprawdę kłuje mnie w oczy.

Najlepsze pomysły na całe zdania i sceny przychodzą mi – jak kilku osobom wyżej – w wannie, ale także podczas dłuższych posiedzeń w toalecie, w podróży, na spacerze i podczas zasypiania, dlatego przy łóżku zawsze trzymam kartkę z podkładką i ołówek. Pisać zacząłem właśnie ołówkiem, w notatniku, podczas jazdy busem do pracy. Dojazdy zabierały mi sporo czasu i w pewnym momencie zorientowałem się, że tracę czas, gapiąc się bezproduktywnie za szybę, więc równie dobrze mogę zacząć zapisywać to wszystko, co mi podczas tego gapienia się przychodzi do głowy, żeby nie przepadło. Obecnie uczę się pisać w miarę regularnie, niezależnie od napadów weny, ale i tak jednego dnia napiszę trzy strony, a innego – jedno zdanie.

Nie siadam do pisania bez gotowego planu w głowie – muszę znać kluczowe punkty mojej opowieści oraz zakończenie. Nie zdarzyło się jeszcze, żebym nie wiedział, jak chcę zakończyć historię, którą piszę. Jeżeli fabuła nie wykrystalizowała mi się do końca, ograniczam się do notowania pomysłów i pozwalam im spokojnie dojrzewać.

Myślę, że spokojnie mogą się obnosić ze swoimi prawdziwymi imionami. Jeżeli nie będą dokonywać żadnych nadludzkich czynów na oczach sąsiadów, to kto uwierzy, że są bogami? Panicz Colin może co najwyżej poczuć dumę, że zna pochodzenie ich imion.

Bogini jest uosobieniem wiosny, płodności i miłości, a do tego postacią trochę moralnie niejednoznaczną, więc scena byłaby jednak lekko podszyta erotyzmem. Chciałem się w niej skupić głównie na przeżyciach wewnętrznych chłopaka, który podczas tego pocałunku miałby poczuć w sobie niezwykłą siłę i radość.

Początkowo bohater miał mieć 16-18 lat, ale tak wyszło, że rozwaliłem sobie chronologię i im będzie starszy, tym bardziej historia zacznie rozchodzić się w szwach. Mogę mu ostatecznie dać lat piętnaście, żeby jego wiek odpowiadał wiekowi zgody, jaki przewiduje nasze współczesne prawodawstwo, ale nie wiem, czy to cokolwiek zmieni.

Uwaga Ajzan podsunęła mi pomysł, że równie dobrze sprawdziłby się pocałunek może nie w czoło, ale w policzek.

Nietypowe pytanie. Czy scena, w której bogini wyglądająca jak młoda, piękna kobieta składa namiętny pocałunek na ustach czternastoletniego chłopca, może zostać uznana za gorszącą? Kontekst jest taki, że chłopak dopiero co uratował świat, a owa bogini przekazuje mu w ten sposób w nagrodę cząstkę swojej mocy.

Mnie by ten niezidentyfikowany nie przeszkadzał, o ile tekst byłby napisany współczesną polszczyzną. Jeżeli masz stylizację na starodupny język naszych przodków, to odpada.

Czy termin “trickster” nie został przypadkiem wprowadzony przez współczesnych badaczy mitów? Więc jeśli bohaterami opowiadania/powieści są bogowie nordyccy, chyba nie powinni używać go w stosunku do Lokiego. Sugerowałbym coś szerszego znaczeniowo, na przykład “żartownisia”, “psotnika” albo “wesołka”. To nie do końca to samo, ale będzie dobrze kontrastowało z tym “wrakiem mężczyzny”.

Bolly, przejrzałem kilka Twoich ostatnich komentarzy, i większość brzmi jak Internetowy trolling, a czy jest to Twoim zamiarem, czy nie, pozostawiam Twojemu sumieniu. ♡

Ostatnio to ja się udzielałem głównie w wątkach poświęconych wzajemnej pomocy merytorycznej/językowej. Chyba, że chodzi Ci o mój komentarz w wątku z minipowieścią, ale ktoś to w końcu musiał napisać, żeby była jakaś przeciwwaga dla tej dziwnej nagonki na fragmenty powieści. Noszę się zresztą z zamiarem naskrobania małego artykuliku na temat.

Tak offtopowo wtrącę, że troll Bolly mnie rozśmieszył :-)

Dlaczego troll?

Cofam w takim razie wszystko, co dobrego powiedziałem o tekście.

Co do interpretacji tej historii, to nie lubię narzucać czytelnikom własnej interpretacji

Ilekroć coś takiego słyszę, tłumaczę to sobie tak: “Sam(a) nie wiem, o co mi chodziło, więc dorób sobie czytelniku własną interpretację”.

 

Narrator po tym jak podszedł na skraj łąki, zobaczył tylko krzyż. Nie było tam tarczy.

Eee… Bo chłopak i dziewczyna ją zabrali, tak jak i wiatrówkę? A krzyż to akurat dobra podpórka dla tarczy?

Bohater nie wyobraża sobie tego, co stało się na łące. On to fizycznie widzi. Jest świadkiem czegoś, co dzieje się poza nim. Omamy to coś innego – nie są zewnętrzne/ niezależne w stosunku do osoby, która je ma, gdyż to ona je wytwarza.

Opowiadanie interpretuję tak: bohater widzi na łące strzelających sobie z wiatrówki gówniarzy, akurat w miejscu, gdzie – podczas wojny? – miała miejsce jakaś egzekucja. W pewnej chwili ma taki “przebłysk”, w którym chłopak strzelający do tarczy kojarzy mu się, czy nawet zlewa w jedno z żołnierzem dokonującym owej egzekucji. Gdy młodzi odchodzą, okazuje się, że tarcza strzelnicza była oparta o brzozowy krzyż znaczący miejsce tej zbrodni z czasów wojny. Dlatego właśnie odebrałem ten tekst jako zderzenie beztroskiej teraźniejszości z okrutną przeszłością i doszedłem do wniosku, że porusza on problem braku szacunku dla historii i miejsc pamięci. Jeżeli intencje autorki były inne, to przepraszam, ale jestem zmuszony cofnąć swoje słowa o czytelnym przekazie. Jednocześnie proszę o objaśnienie tekstu, bo go nie rozumiem.

 

Bohater nie wyobraża sobie tego, co stało się na łące. On to fizycznie widzi. Jest świadkiem czegoś, co dzieje się poza nim. Omamy to coś innego – nie są zewnętrzne/ niezależne w stosunku do osoby, która je ma, gdyż to ona je wytwarza.

Sęk w tym, że osoba doświadczająca omamów jest PRZEKONANA, że faktycznie widzi to, co jej się tylko zwiduje. Nie jest krytyczna wobec swoich halucynacji, bo nie jest w stanie odróżnić rzeczywistości od objawów chorobowych. Jeśli krytycyzm jest zachowany, mówimy już nie o halucynacjach, a o halucynoidach. Narracja w opowiadaniu jest pierwszoosobowa, dlaczego więc miałbym wierzyć twojemu bohaterowi na słowo, że to, co widzi, jest prawdą?

Wizje i duchy zaliczam do fantastyki.

Jak dla mnie to tu nie było ani jednego, ani drugiego. Ot, bohater widzi oczami wyobraźni, co się na tej łące musiało wydarzyć przed laty. Idąc tym tokiem rozumowania, tekst o kimś, kto doznaje omamów wzrokowych, też jest fantastyką.

Co do fantastyki, ja rozumiem ją szeroko. Zdaję sobie jednak sprawę, że, przynajmniej dla części czytelników, moje teksty mogą z tego powodu być rozczarowujące.

To znaczy? Jak szeroko? Na upartego każdy tekst, w którym obecna jest fikcja literacka, można uznać za fantastykę, ale ja tego nie kupuję.

Ja przy czytaniu przed “i” robię w tym miejscu pauzę. Może się mylę, ale wydaje mi się, że zdanie podrzędne należy odgraniczyć przecinkami. Poza tym – gdybym postawił przecinek po i, jak chcesz, zmieniłoby się trochę znaczenie zdania, które sugerowałoby wtedy, że bohater, oprócz tego, że czuł, że nadchodzą ciężkie czasy, czuł także, że się nie mylił.

Który zapis bardziej Wam się podoba? To ma być ostatnie zdanie rozdziału.

 

  1. Czuł, że nadchodzą ciężkie czasy, i niestety nie mylił się.
  1. Czuł, że nadchodzą ciężkie czasy, i niestety – nie mylił się.
  1. Czuł, że nadchodzą ciężkie czasy – i niestety, nie mylił się.

Pomysł – nawet ciekawy, przekaz – czytelny. Wykonanie – no cóż… Dobór słów miejscami dziwaczny, jak u osoby, dla której polski nie jest językiem ojczystym.

 

Ale to nie jest fantastyka, tylko obyczaj, więc co ten tekst robi na portalu fantastyka.pl?

Podobało się.

 

Przekaz – myślę, że czytelny, zderzenie beztroskiej współczesności z dramatycznymi wydarzeniami sprzed lat. Emocje były, serce mi się ścisnęło przy ostatnim zdaniu. Wykonanie – dobre, nie ma się do czego przyczepić.

 

Ale to nie jest fantastyka. I nie jest to pierwszy tekst pozbawiony elementu fantastycznego, na który się tutaj natykam. Może portal powinien zmienić nazwę?

To nie kwestia matematyki, a psychologii.

Ale mnie interesuje akurat czysto matematyczny aspekt całej sprawy.

 

Nie logiczne, ale empirycznie stwierdzone ;)

Ale jak się nad tym zastanowić, to logiczne też.

 

Jeżeli np. grasz z kimś, kto zawsze wybiera kamień – strategia jest trywialna (zawsze nożyce).

Jeśli się chce przegrać, to owszem. ;)

 

Wracając do meritum – co z tą moją sceną? Bo to ma być taki hint, że postać jest jasnowidzem. Scena jest krótka i mogę ją wyciąć bez większej szkody dla całości, ale jeszcze się waham.

Przepraszam, że spamuję, ale dawno nie byłem taki produktywny pisarsko i moje zapotrzebowanie na konsultacje wzrasta.

 

Niech mi jakiś matematyk porządnie objaśni, najlepiej w prostych słowach, jak to jest z tym złudzeniem gracza. Ja to niby rozumiem, ale nie rozumiem. Nie ogarniam przede wszystkim różnicy między prawdopodobieństwem warunkowym i probabilistycznym. Prawdopodobieństwo wyrzucenia np. dwudziesty raz z rzędu orła czy reszki nie zależy od tego, co wyrzuciliśmy poprzednio – zgoda, to logiczne, ale równocześnie przecież wyrzucenie takiej serii jest bardzo, bardzo mało prawdopodobne – jak 2 do potęgi 20 bodajże.

 

Mam w jednym ze swoich tekstów scenę, w której pewna postać prawie czterdzieści razy z rzędu wygrywa w papier, kamień, nożyce (gdzie mamy nie dwa, jak przy rzucie monetą, a trzy możliwe wyniki – wygrana, przegrana lub remis, więc prawdopodobieństwo serii identycznych wyników powinno być jeszcze mniejsze). Czy drugi z graczy ma w takim wypadku prawo podejrzewać, że delikwent oszukuje albo posiada jakieś “paranienormalne” moce?

Pisząc, człowiek ma wrażenie, że odkrywa język polski na nowo.

 

Jeśli ktoś mówi, że jest w drodze od trzech dni, to który to dzień jego podróży? Trzeci czy czwarty?

 

Czy “kolumna wozów” może turkotać i podskakiwać na wybojach, czy tylko każdy z wozów z osobna?

Powróciłem zatem do agenta.

 

Jeszcze tylko jedna drobnostka: jak często karawana powinna robić postój? Raz dziennie – około południa albo zaraz po południu – wystarczy? A potem już tylko na noc?

Dzięki, Algir, za tak obszerną analizę i linki.

 

U mnie to nie będzie aż tak skomplikowane. Mam trzy wozy, którymi trzeba przewieźć towary przez las, taki umiarkowanie niebezpieczny, bo spotkać w nim można zbójów i dzikie zwierzęta, a jeśli się będzie miało wyjątkowego pecha – ogromne pająki i parę innych nieprzyjemnych stworów. Wyprawa ma potrwać około dziesięciu dni w jedną stronę. W skład karawany wchodzi ajent z dwoma pomocnikami, pełniącymi też rolę woźniców, oraz eskorta w postaci sześciu pieszych zbrojnych, po dwóch na wóz. Mam nadzieję, że od tak nakreślonej sytuacji nie pęknie u nikogo hak do zawieszania niewiary. Nie pomyślałem wprawdzie o tym, że co najmniej jeden jeździec powinien stanowić straż przednią, ale trochę obdarłoby mi to z dramatyzmu parę scen.

Zastanowię się jeszcze nad tym. Roboczo mam “ajenta” na przemian z “pełnomocnikiem”.

 

Skoro już przy transporcie dóbr jesteśmy – poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale złożona z konnych wozów karawana kupiecka wędrująca przez odludne i niekoniecznie bezpieczne tereny musiała chyba mieć jakiegoś luzaka, na wypadek gdyby któryś z koni ciągnących wozy padł, złamał nogę albo został w inny sposób “wyłączony z akcji”? Jeśli mam rację, to ile takich zapasowych koni powinno być?

Korzystam na co dzień z kilku słowników synonimów – oprócz tego jeszcze z synonim.net – choć w tym konkretnym przypadku okazały się nieprzydatne. Przypominam, że pytanie dotyczyło tego, jak prawidłowo nazwać człowieka, który zajmuje się przewozem towarów dla kupca lub organizacji kupieckiej.

“Faktor” kojarzy mi się raczej z czyimś “osiadłym” przedstawicielem handlowym, kimś, kto zarządza zamiejscową placówką handlową, a nie z kimś, kto nadzoruje transport towarów, ale pewnie się mylę.

 

Będę miał mały spór pomiędzy ajentem a dowódcą eskorty odnośnie pewnej decyzji dotyczącej bezpieczeństwa karawany, ale dowódca najemników ustąpi.

 

Dzięki za linki, Algir, na pewno przydadzą mi się przy pisaniu jeszcze innego tekstu.

Kupiec wysyła karawanę  wozów z towarami do innego miasta. Jak nazwać człowieka, który ten transport nadzoruje? Agent kupiecki? Pełnomocnik?

 

Karawanę eskortuje grupa najemników. Kto w takim razie powinien, na chłopski rozum, dowodzić całą tą ekspedycją i podejmować najważniejsze decyzje, np. w sprawie zmiany trasy czy w kwestiach dotyczących bezpieczeństwa? Ów agent, czy przywódca najemników?

Taka drobnostka.

 

Realia pseudośredniowieczne. Dwie wioski, żyjące sobie w sielankowej anarchii, dzieli jakaś godzina drogi przez las. Czy jest możliwe, żeby mieszkańcy obydwu wiosek nie znali się za dobrze? W sensie, raz na ruski rok ktoś z jednej zjawia się w drugiej, żeby coś tam sprzedać, kupić lub wymienić, ale nie ma aż takiej zażyłości, żeby jedni wiedzieli o drugich ze szczegółami, kto jest kim, kto z kim kręci, komu się urodziło dziecko, kto się zesrał, a komu się Matka Boska objawiła.

A czy ta sytuacja nie jest podobna do tej?

 

Ogrom zaskoczeń i wzruszeń tego dnia przytłoczył małego A. Najrozmaitsze burzliwe uczucia rodziły się w nim i gasły, gdy słuchał jak zaklęty opowieści (…).

To w końcu wycinać czy nie wycinać? Jest to układ ojciec + syn. Jest jeszcze matka, która się tej rozmowie przysłuchuje, ale to inny rodzaj gramatyczny.

No dobra, chyba ograniczę się do podmiany “urazu” na “rozcięcie”. To powinno załatwić sprawę. A mowy zależnej będę się starał unikać.

 

Ostatni przykład, dobrze?

 

Widok ten jak jeszcze nic innego w życiu ścisnął chłopca za serce.

– Nie mów tak! Nie wolno ci tak mówić! – zaprotestował gwałtownie malec i rzucił się przybranemu ojcu w ramiona.

 

Czy mogę wyciąć “malca”? Bo strasznie mi się ich namnożyło.

Drakaina – widzę, na czym polega rozróżnienie. Ale te sytuacje z wieżą rozumiem tak, że wieża – choć była oglądana przez bohatera w przeszłości – nadal stoi (nawiasem mówiąc, z drugiego przykładu może wynikać, że to bohater miał dwadzieścia metrów wysokości, ale to szczegół). Rana na czole istniała w przeszłości, ale teraz – w chwili, gdy czytelnik zapoznaje się z tekstem – już dawno jej nie ma, bo została opatrzona. Była czymś ulotnym, istniejącym jedynie przejściowo. Dlatego jest to dla mnie jakieś takie nieintuicyjne.

 

W poprzednim rozdziale mam zdanie zaczynające się następująco: Zdążył już domyśleć się, że ma do czynienia z (…), ale tam domyślenie się miało miejsce wcześniej, więc to chyba nie do końca to samo.

 

W ogóle język angielski wydaje mi się pod wieloma względami bardziej logiczny. From the worried glances she kept shooting towards him, rummaging through the box of domestic medications, he deduced his wound must have looked pretty serious. Gdybym pisał po angielsku, rozwiązałbym też swój problem z podmiotami i zaimkami. He – chłopak, she – kobieta, it – głowa, uraz. Ale pisanie w tym języku szłoby mi pewnie jeszcze wolniej niż po polsku. Jak żyć?

 

Tylko właśnie odnosi się do teraźniejszości, bo rozcięcie wygląda teraz.

Do teraźniejszości bohatera, którego cała historia jest opowiedziana w czasie przeszłym. Nie do “naszej” teraźniejszości. Ale pewnie szukam dziury w całym.

Czy “wywnioskował” aby na pewno wprowadza mowę  zależną?

 

Może w takiej formie: Ze zmartwionych spojrzeń, jakie mu od czasu do czasu posyłała, przetrząsając zawartość skrzyneczki z domowymi medykamentami, wywnioskował, że rozcięcie wygląda paskudnie brzmi to nieco lepiej, choć i tak dziwacznie.

 

Nie wiem, czy gryźć palce z zazdrości, czy kręcić głową nad Twoim perfekcjonizmem :)

Chyba raczej mi współczuć, bo jest wysoce niepewne, czy pracując w takim tempie zdołam w ogóle ukończyć którąkolwiek z moich powieści.

Tylko tutaj “wywnioskował, że rozcięcie musiało wyglądać” powinno być “musi wyglądać”, bo w polszczyźnie nie ma następstwa czasów.

Nie rozumiem. Dlaczego mam dać nagle czas teraźniejszy?

 

ale nie możesz reszty życia spędzić na poprawianiu jednego akapitu

Zdarza się, że na poprawianiu jednego akapitu spędzam długie miesiące, więc dla mnie to nie nowość.

Lepiej? Choć wciąż nie daje mi spokoju ta głowa posyłająca spojrzenia…

 

C ujęła chłopca za rękę i łagodnie pociągnęła za sobą do wnętrza izby. Kazała mu usiąść na ławie przy stole, a sama zajęła się przygotowywaniem wszystkiego, co było potrzebne, by opatrzyć zranioną głowę. Ze zmartwionych spojrzeń, jakie mu od czasu do czasu posyłała, przetrząsając zawartość skrzyneczki z domowymi medykamentami, wywnioskował, że rozcięcie musiało wyglądać paskudnie. Syknął z bólu, gdy kawałkiem zwilżonej tkaniny dotknęła jego czoła. Choć strasznie piekło, kiedy przemywała je zimną wodą, dzielnie wytrzymał ten zabieg. Oczyściwszy dokładnie ranę, posmarowała ją wonną ziołową maścią z maleńkiego słoiczka i ciasno obwiązała mu głowę chustą.

Nawet niezłe to było, choć zgadzam się z None – zakończenie mogłoby być lepsze. Ale może to i dobrze, że obyło się bez niepotrzebnego komplikowania i udziwniania. Ważne, że przesłanie jest jasne.

Tekst od początku nie był mi obojętny, bo sam popełniłem swego czasu wariację na temat “Czerwonego Kapturka”. Każde opowiadanie nawiązujące do znanych baśni lub przetwarzające je w sposób twórczy budzi w moim sercu ciepłe uczucia.

 

Poniżej garść baboli, które rzuciły mi się w oczy:

 

– Może zróbmy tak – zaproponował wilk: Ja odwiedzę babcię wcześniej, zaczekam u niej na ciebie, a ty przed przyjściem pozbierasz dla niej kwiaty. Zobacz, jakie piękne tu rosną!

Po “wilku” kropka, nowe zdanie od myślnika.

 

Widok był komiczny, ponieważ swym niskim wzrostem osłania jedynie jego nogi.

“Osłania” → “osłaniała”. Całe zdanie jakoś mi zgrzyta. Może się mylę, ale to chyba nie wzrost jako taki osłaniał nogi wilka, tylko dziewczynka charakteryzująca się niskim wzrostem.

 

– Dziewczynko… – zaniepokoił się myśliwy. – To wilk… Wilki nie przychodzą ludzi odwiedzać, wilki przychodzą ich zje…

– Zjednać – przerwał wilk, zbliżając się do dziewczynki. – Pomagają im się zjednać, odnaleźć. Mają świetny węch. Trzeba znaleźć twoją babcię, Kapturku.

We współczesnej polszczyźnie chyba nie ma czegoś takiego, jak “zjednać się” (dawniej bodajże synonimu “pojednać się (z kimś)”), jest tylko “zjednać”. Słowo to ma dwa znaczenia, ale w żadnym nie jest synonimem “odnaleźć się”.

 

– Nie zastałem jej, Kapturku, twojej babci tutaj nie było, gdy już przyszedłem.

“(…) twojej babci już tutaj nie było, gdy przyszedłem”.

 

Tym samym szeptem dodał również: Szkoda czasu.

Myślnik po dwukropku.

 

– Zabijają i obdzierają ze skóry?! – powtórzyła piskliwie dziewczynka. – To okropne. Dobrze, że z nim nie poszłam – stwierdziła zadowolona z własnej rozumności.

Przecież myśliwy wcale jej nie proponował, żeby gdzieś z nim poszła, tylko kazał się jej odsunąć, żeby mógł zastrzelić wilka.

 

jasne snopy

Snopy światła?

 

Z podniebnych widoków przeniosła wzrok na wilka, jego miękkie futro, w które wpiła palce, i na uszy stojące na baczność niczym żołnierze w szeregach armii.

Wyciąłbym “armii”. Przecież wiadomo, że nie straży pożarnej.

 

wciągając z sykiem oddech

Może nie jest to błąd, bo pojawia się u Iwaszkiewicza i w jakichś dziewiętnastowiecznych “Poezyjach”, ale dla mnie brzmi niezręcznie. Ściśle mówiąc, wciągnąć do płuc można powietrze, a sama czynność wciągania go – i wypuszczania – nazywamy oddechem.

 

Staruszka, ubrana w długa szarą sukienkę

“Długą”.

 

po czym, zbiera dla niej bukiet kwiatów

Niepotrzebny przecinek.

 

nie wie o tym, ze wilk połknął babcię

“Że”.

 

A ja chce zbaczać ze ścieżki

“Chcę”. Stosunkowo często gubią Ci się znaki diakrytyczne.

W tych zdaniach powyżej było zrozumiałe, ale gdy dałeś cały akapit, to widać, że przez sześć zdań tylko raz używasz podmiotów, a wszędzie potem masz zaimki.

Ale gdy częściej używam podmiotów, to efekt jest taki “szkolny” – “Asia poszła, dziewczynka zrobiła, Asia wiedziała…”.

 

Przy okazji – uważaj na purpurę (”Burzliwe uczucia”? WTF?)

Zwykły synonim do “gwałtowne”, czyli krótkotrwałe i o dużej intensywności. Nic szczególnie skomplikowanego. Na purpurę staram się uważać i uwierz mi, gdy porównywałem swoją obecną twórczość z próbką tego, co wysmarowałem w szkole średniej, odniosłem wrażenie, że mój aktualny styl jest wręcz prostacki.

 

i nie przeskakuj między punktami widzenia, co robisz w zacytowanym akapicie (to dziewczyna się martwi, to chłopiec się boi – lepiej, żeby dziewczyna się martwiła i widziała lęk chłopca).

Nie przeskakuję, cały czas trzymam się punktu widzenia A. On widzi jej zmartwione spojrzenia i po nich wnioskuje, że jego uraz wygląda poważnie, bo nie oglądał siebie w lusterku.

Przejrzałem teraz cały akapit, z którego pochodzi przykład ze zranioną głową, i chyba cały jest do poprawy…

 

C ujęła chłopca za rękę i łagodnie pociągnęła za sobą do wnętrza izby. Kazała mu usiąść na ławie przy stole, a sama zajęła się przygotowywaniem wszystkiego, co było potrzebne, by opatrzyć zranioną głowę. Sądząc po zmartwionych spojrzeniach, jakie mu od czasu do czasu posyłała, przeszukując zawartość skrzyneczki z domowymi medykamentami, uraz wyglądał naprawdę poważnie. Syknął z bólu, gdy kawałkiem zwilżonej tkaniny dotknęła jego czoła. Choć strasznie piekło, kiedy przemywała je zimną wodą, dzielnie wytrzymał ten zabieg. Oczyściwszy dokładnie ranę, posmarowała ją wonną ziołową maścią z maleńkiego słoiczka i ciasno obwiązała mu głowę chustą.

 

Można odnieść wrażenie, że to głowa posyłała zmartwione spojrzenia, a zwilżona tkanina przemywała czoło wodą…

A czy ta sytuacja jest dostatecznie jasna?

 

Ogrom zaskoczeń i wzruszeń tego dnia przytłoczył małego A. Najrozmaitsze burzliwe uczucia rodziły się w nim i gasły, gdy słuchał jak zaklęty opowieści (…).

 

“W nim” odnosi się do A, nie do “ogromu zaskoczeń i wzruszeń”.

 

Mam tego, niestety, jeszcze więcej. To poniżej uznano na innym forum za jasne i zrozumiałe, ale zaczynam już tracić co do tego pewność:

 

Primavera kochała złote słońce i jak nikt umiała sprawić, by karmiło ono ziemię swym dobroczynnym ciepłem. Dzięki jej czarom wszystko wokół zieleniło się i kwitło (…).

 

Czary mają być oczywiście Primavery, nie ziemi.

Odkąd tylko zacząłem pisać, sen z powiek spędza mi pewien problem natury językowej. Rzecz sprowadza się do tego, na ile to, o kim mowa w zdaniu, może spokojnie wynikać z kontekstu, a w którym momencie zaczyna się robić mętlik. Dla lepszego wyjaśnienia, o co mi chodzi, posłużę się dwoma przykładami z własnej twórczości.

 

Bohater A wysłuchał opowieści bohatera B o bohaterskim wyczynie tego ostatniego. Chwilę potem mam następujące zdanie:

 

Prawdziwe były wędrówki z B po lesie i jego bohaterski wyczyn, o którym dopiero co słuchał z wypiekami na twarzy.

 

Czy z powyższego zdania może błędnie wynikać, że to B wysłuchał opowieści o swoim własnym bohaterskim wyczynie, czy też kontekst dostatecznie jasno wskazuje, że słuchający i opowiadający nie są tą samą osobą? Czy mamy tutaj do czynienia z błędem językowym?

 

Druga sytuacja – bohaterka C opatruje zranioną głowę bohatera A.

 

Sądząc po zmartwionych spojrzeniach, jakie mu od czasu do czasu posyłała, przeszukując zawartość skrzyneczki z domowymi medykamentami, uraz wyglądał naprawdę poważnie. Syknął z bólu, gdy kawałkiem zwilżonej tkaniny dotknęła jego czoła.

 

Czy drugie zdanie może niezamierzenie sugerować, że to uraz syknął z bólu? Chciałbym uniknąć efektu komicznego.

 

Ilekroć w jakimś zdaniu czy dłuższym fragmencie tekstu mam kilka rzeczowników w tym samym rodzaju gramatycznym, zaczynam się obsesyjnie zastanawiać, czy kontekst załatwia sprawę, czy też muszę co chwila doprecyzowywać, o kim/czym mówię. Gdzie, waszym zdaniem, leży granica?

Tak czy inaczej zmiennych jest na tyle dużo, że masz sporo swobody, ale całkowitej ruiny raczej oczekiwać nie należy.

To dobrze.

 

A jeszcze co tych stosów, to czy po tylu latach powinno coś po nich pozostać? Jakieś na wpół spalone belki, kawałki drewna?

Dzięki za przypomnienie o tym, że polany zarastają, bo jakoś nie uwzględniłem tego w swoich rachubach. Ale i ładnych parę drzew trzeba by wyciąć, żeby zbudować stosy.

Czy pnie okolicznych drzew po tylu latach mogłyby wciąż być poczerniałe od dymu i sadzy?

 

Jeden i drugi okres trwałości przewiduje okresową konserwację.

No właśnie, a jak by to wyglądało bez konserwacji – gdy chałupa od jakichś dziesięciu lat stoi opuszczona? Chyba można założyć, że strzecha będzie w wielu miejscach gniła?

Polana raczej niewielka, las liściasty lub mieszany. Dzień chłodny, jesienny, lekki wiaterek. Stos lub stosy na tyle duże, by można było spalić na nich truchła dwunastu olbrzymów, z których każdy liczy sobie co najmniej trzy metry wysokości, a niektórzy mają w dodatku sporo tłuszczyku. A spalić ich bezwzględnie trzeba – w celach, powiedzmy, sanitarno-epidemiologicznych.

W praktyce chodzi mi o opisanie tego, co mogłoby pozostać po takiej operacji na polanie po jakichś ośmiu-dziesięciu latach. Mam scenę, w której bohater spaceruje po opasanej kamiennym murkiem/wałem ziemnym połaci spalonej, wyjałowionej ziemi (wyjałowionej na skutek działania trucizny zawartej we krwi olbrzymów, a nie samego całopalenia, bo to powinno przecież raczej użyźnić glebę) i przygląda się rozrzuconym tu i ówdzie fragmentom kości.

 

Przy okazji tego fragmentu mam jeszcze jedną drobną zagwozdkę. Po jakim czasie zaczyna gnić strzecha, a po jakim czasie będzie już całkowicie przegniła? Po ośmiu-dziesięciu latach bez jakiejkolwiek konserwacji powinno w ogóle coś pozostać z takiego poszycia? Znalazłem tylko wzmiankę, że słoma gnije “szybko”, szybciej niż trzcina, ale nie wiem, jak interpretować to “szybko”. Jest mi obojętne, czy strzecha będzie wykonana ze słomy czy trzciny.

Jako ktoś, kto nigdy nie rozpalał nawet ogniska, chciałbym się upewnić co do jednej rzeczy. Gdybym potrzebował wznieść wielki stos pogrzebowy – albo i kilka – na leśnej polanie i musiał jakoś ten stos zabezpieczyć, żeby nie wywołać przypadkiem pożaru, to czy wystarczyłoby usypać dookoła wał z ziemi? Zacząłem już pisać o kamiennym kręgu, ale przyszło mi na myśl, że wał byłby prostszym rozwiązaniem, no i nie musiałbym się martwić o dostępność kamieni. Jeżeli mam rację, to jak wysoki powinien być ten wał, żeby mieć pewność, że ogień się nie rozprzestrzeni?

Nie no, do oceny każdy ma prawo, możesz kliknąć cyferkę pod opowiadaniem.

Już kiedyś próbowałem i nie udało mi się. Ale to chyba dlatego – właśnie zdałem sobie z tego sprawę, brawo ja – że z uporem maniaka próbowałem kliknąć na cyferkę właśnie, a nie na te gwiazdki po prawej. Cóż, dobrze wiedzieć, że przynajmniej jeden z moich zarzutów jest inwalidą.

 

Wiele członków tej słynnej Loży to również członkowie redakcji przeróżnych czasopism, ludzie którzy sobie publikowali różne swoje teksty w wielu miejscach. I dlatego są w Loży.

Z tym chyba nie ma co polemizować.

 

Loża została wybrana, haha! Przez społeczność tego forum!!! Ludzie wybrali ludzi!!! Czy to jest dyktatura? Czy to jest komunizm? Czy to jest faszyzm? Nie, to demokracja!!!

Nie musisz krzyczeć, nie jestem głuchy. Rozumiem i przyjmuję do wiadomości.

 

Bolly, nie milcz, czytaj, komentuj i pisz – zmierz się z tym:)

Lepiej czytaj, komentuj, dyskutuj.

Nie chcę. Wystarczy mi, że raz na ruski rok napiszę jakiś komentarz, może komuś w czymś pomogę. Pisać piszę, no i to się chyba liczy, prawda? A jak już wspomniałem w temacie powitalnym – tym, co się ludziom podoba, przestałem się przejmować.

I sam się chyba czujesz jeszcze "gościem", skoro się witałeś zaledwie wczoraj w stosownym wątku, Bolly?

Cóż, napisałem chyba wyraźnie, że istnienie tego wątku zwyczajnie umknęło mojej uwadze. Z tej prostej przyczyny, że ten portal funkcjonuje i wygląda trochę inaczej niż typowe forum internetowe oparte na którymś z popularnych silników. Inna sprawa, że początkowo faktycznie nie zamierzałem grzać sobie tutaj miejsca, ale pomyślałem sobie, że zostanę, poczytam, poprzeglądam, bo w końcu co mi szkodzi. To, że nie zalewam działu Poczekalnia hektolitrami swojej twórczości i tylko okazjonalnie wypowiadam się o cudzych tekstach, nie znaczy, że mnie tu w ogóle nie ma. Ale może już lepiej zamilczę.

Bolly, mieliśmy tu kiedyś trolla wstawiającego jedynki tekstom osób, które napisały krytyczne komentarze pod jego tekstem. Jedna taka osoba wystarcza, żeby rozwalić proponowany przez Ciebie system i wypchnąć dobre opowiadanie z przynależnej mu kategorii.

To faktycznie stanowi pewien problem. Jedynym środkiem zaradczym byłaby w tym przypadku duża liczba ocen, ale nie można nikogo przymusić, żeby je wystawiał, choć dla niektórych czytelników byłoby to pewnie łatwiejsze niż napisanie komentarza.

 

Zapytam tak, Bolly. Jak wpadasz do kogoś w odwiedziny, to mu meble przestawiasz na powitanie, krytykujesz zasady obowiązujące w domu i stwierdzasz, że ma brzydką żonę?

Wydawało mi się, że skoro siedzę tu już prawie pół roku, to bardziej tu mieszkam niż wpadłem w odwiedziny, a skoro mieszkam, to i mogę mieć jakiś wpływ na wystrój tego mieszkania. Ale pewnie się myliłem. Skoro mało się udzielam, pewnie jestem obywatelem drugiej kategorii.

Zwróciłem tylko uwagę na zasady, które wydają mi się dziwne, i panujący tu – przynajmniej w moim odczuciu – brak demokracji. Mnie te zasady, jako niepublikującego, wprawdzie nie dotyczą, ale pewnie nie tylko ja uważam je za kontrowersyjne.

Cześć.

 

Choć od mojej rejestracji upłynęło już prawie pół roku, istnienie tego wątku jakoś umknęło mojej uwadze, wypadałoby zatem nadrobić tę zaległość i się przywitać.

 

Z zawodu jestem psychologiem szkolnym. Dotychczas byłem aktywny na kilku innych forach literackich, ale zniechęciłem się do udzielania się na nich i obecnie pozostaję raczej biernym czytelnikiem. Tutaj zarejestrowałem się głównie po to, by wziąć udział w konkursie, co koniec końców okazało się błędem i stratą czasu.

Ponieważ doszedłem do wniosku, że to bezcelowe i niczego tak naprawdę mnie nie nauczy, postanowiłem już więcej w Internecie nie publikować, zwłaszcza że w zasadzie nie piszę opowiadań, tylko skupiam się na równoległym rozwijaniu kilku dłuższych form. Przestało mi też zależeć na opinii innych, z wyjątkiem może kilku zaufanych osób. Wystarczy mi, że pisząc, realizuję cel egzystencjalny.

Nie ukrywam, że nie bardzo podoba mi się panująca tu atmosfera i zasady funkcjonowania tego portalu, co – mam nadzieję – nie przeszkodzi mi czasem okazać się przydatnym. Mogę pomóc zwłaszcza przy researchu z dziedziny psychologii i pedagogiki. Komentuję rzadko, gdy coś naprawdę mnie zainteresuje.

Jak się odpowiednio przygotuje takie konta to niekoniecznie łatwy.

Ciężko mi uwierzyć, że ktoś naprawdę byłby aż tak zdesperowany, żeby poświęcać czas na przygotowanie takiego przekrętu. Taki system oceniania, jaki proponuję, byłby raczej formalnością i służył odsianiu tekstów co najmniej przyzwoitych od totalnego chłamu.

 

Z drugiej strony co z sytuacją, gdy ktoś podrzuci znajomym link do swojego opowiadania? Oni byliby z miejsca posądzeni o bycie multikontem autora.

Jeśli ci znajomi byliby zarejestrowanymi użytkownikami z jakimś minimalnym stażem, którzy przywitali się w odpowiednim temacie i napisali już kilka komentarzy pod tekstami, to ja nie widzę problemu. Przecież w tej tzw. Loży też można mieć znajomków.

 

@Bolly, moim zdaniem statystyka nie jest dobrym narzędziem do oceny jakości, a średnia już w żadnym wypadku.

Czasem się przydaje.

 

Pewnie zapytasz, w tym momencie, dlaczego Loża, Jurki są, w czym są lepsze? Odpowiem krótko. Pierwszy argument: doświadczenie w komentowaniu

“Doświadczenie” w wyrażaniu własnej opinii czyni kogoś lepszym?

 

Drugi argument – te zasady się sprawdziły

Wątki takie jak ten są pewnym sygnałem, że być może nie do końca. Ale co ja się znam.

Łatwy w manipulowaniu? W jaki sposób? Multi-konta? Przecież to nie powinno być trudne do wykrycia.

Przepraszam, że się wtrącę, bo żałosny ze mnie ignorant, ale jaki jest w ogóle sens istnienia na tym portalu tego całego skomplikowanego systemu służącego ocenianiu i wyróżnianiu tekstów? Tych wszystkich nominacji, terminów, piórek, bibliotek? No i dlaczego tylko wąskie grono użytkowników, zebranych w tzw. “Loży”, ma prawo oceniania czyjejś twórczości? Czy o tym, czy tekst jest dobry, i czy zostanie w jakiś sposób wyróżniony, nie powinni móc decydować wszyscy czytający, a nie tylko wybrane grono VIP-ów? Jeśli już koniecznie trzeba jakoś segregować wrzucone teksty, to wystarczyłaby przecież prosta weryfikacja na podstawie średniej ocen. Opowiadania mogłyby trafiać z “Poczekalni” do jednego z kilku – trzech? – działów, zatytułowanych chociażby “Wybitne”, “Dobre/Przeciętne” i “Słabe”, automatycznie, po uzyskaniu pewnej minimalnej liczby ocen.

Cóż, osobiście uważam, że te tzw. “drabble” to straszny rak, a niestety pełno tego na każdym forum pisarskim. Ale ja w ogóle nie rozumiem współczesnych trendów w literaturze.

 

Powyższy utwór nawet zabawny, żart z Coelho dla najmłodszych może niezbyt subtelny, ale wywołał u mnie cień uśmiechu. Styl wydaje mi się trochę dziwny, pretensjonalny, zmanierowany.

Kolejne podejście. Mam nadzieję, że już ostatnie.

 

Skończyłem na “molikach”…

 

Są nieco większe, ale lubię się z nimi bawić, poza tym fajnie świecą.

Co ma wspólnego zamiłowanie Kito do bawienia się z molikami z ich wielkością? Poza tym jak niby można bawić się z owadami?

 

– Ee… Gdy się zgubiłem, usłyszałem krzyk i pobiegłem, ile sił w nogach do tamtego miejsca, gdzie go znalazłem.

Przed “ile sił w nogach” niepotrzebny przecinek. “(…) do tamtego miejsca, gdzie go znalazłem.” – no, bardzo konkretna informacja, nie ma co.

 

– To interesujące. – rzucił Kito.

Zbędna kropka po “interesujące”. Na NF jest taki artykuł o poprawnym zapisie dialogów. Uważam, że powinieneś go przeczytać.

 

Ściany jaskini wibrowały, niosącym się przez nie echem o ciemnej barwie głosu.

Niepotrzebny przecinek po “wibrowały”. O ile wiem, echo nie ma barwy głosu. To głos o ciemnej barwie może nieść się echem.

 

– To właśnie mój… ee… tato – zawahał się przez chwilę.

Ma jakieś wątpliwości? Aż się boję pytać.

 

Wilczek zupełnie nie wiedział, co robić, ponieważ rodzice zakazali mu sprowadzać tutaj ludzi.

Zdanie wydaje mi się trochę nie na miejscu, bo narracja jest prowadzona z perspektywy Yukiego. Może niech lepiej Kito o tym powie?

 

– To skomplikowane. Zapomniałem o czymś powiedzieć rodzicom i mogą być źli, gdyby dowiedzieli się, że przyprowadziłem gościa na kolację.

O, właśnie powiedział. Więc to zdanie wyżej jest niepotrzebne, powtarza tylko tę samą informację, wprowadzając w dodatku pewien dysonans w narracji. Skomplikowane? Bynajmniej, sprawa jest prosta jak drut. Przyprowadził gościa bez zapowiedzi i obawia się konsekwencji.

 

Yuki mocno zaniepokoił się zachowaniem Kity.

To w końcu odmieniasz imię “Kito” czy nie?

 

Niemniej postanowił on spełnić jego prośbę i ukryć się w piwniczce pełnej przetworów, mimo iż obawiał się, czy rzeczywiście była tak przestronna, jak zaczął mu opowiadać.

Na miejscu Yukiego obawiałbym się chyba czegoś innego. Osobiście “zaczął mu opowiadać” zastąpiłbym jednym słowem – “twierdził” lub “utrzymywał”. Bo jaką to “opowieść” można snuć o przestronności piwnicy?

 

Kito chwycił za właz i podniósł go do góry

Tnij śmiało “do góry”. Nie można niczego podnieść w dół.

 

Nagle z góry spadła lampa, która nie zdążyła się rozbić, dzięki jego zaradności i refleksowi.

A po co tutaj “zaradność”? Sam refleks by wystarczył. Zmieniłbym też nieco szyk zdania: “Nagle z góry spadła lampa, która dzięki jego refleksowi (na szczęście?) nie zdążyła się rozbić”. Swoją drogą, bardzo to było mądre ze strony Kito. No, chyba że próbuje Yukiego zabić. Od początku mi się nie podobał.

 

Yuki zorientował się, że siedział na drewnianej ławce.

Po co komu ławka w piwniczce na przetwory? Półki, owszem, może jakaś skrzynka, ale ławka? W dodatku u stóp drabiny?

 

u stropu niskiego sufitu

Nie wiem, czy wiesz, ale strop i sufit to jest zasadniczo to samo. No, sufit to dokładniej dolna powierzchnia stropu, więc gdybyś napisał na odwrót, to jeszcze miałoby jakiś sens. Ale czy nie prościej byłoby napisać po prostu “pod sufitem”? Za bardzo kombinujesz i przez to wychodzą Ci potworki jak z pewnego opka, które czytałem dawno, dawno temu: “Nie pomnę, bo nie pamiętam”.

 

były jednymi z nielicznych przysmaków, zauważonych przez niego

Wykreśliłbym “zauważonych przez niego”. No i ile tych przysmaków w końcu było – mało czy dużo? Chwilę wcześniej pisałeś o “przeróżnych wędlinach”. Bardziej zatem pasowałoby “licznych” niż “nielicznych”.

 

Mała twarz była piękna i zadbana, otoczona długimi, prostymi bursztynowymi włosami, które opadały powoli na ramiona, sprawiając, że czuły się bardziej żywe i zmęczone, a jej dwa błyszczące zielonkawe oczy były niemal zadziwiające, odbijając refleks świetlny, padający od lampy w rogu.

Oesu. Od czego by tu zacząć? Po “prostymi” przecinek. Włosy “czuły się”? Jak włosy mogą cokolwiek czuć? Może “wydawały się” jakieśtam? “Bardziej żywe i zmęczone”? Co to w ogóle znaczy? “Dwa oczy”? Ja znam tylko formę “dwoje oczu”.

 

Przepraszam, że zapytam Anni, ale… ee… Gdzie jest ten lis?

Ależ ci twoi bohaterowie uprzedzająco grzeczni – zawsze przepraszają, zanim zapytają. Czy Yuki nie powinien raczej trochę spanikować, gdy zauważył, że lisek nagle zniknął?

 

Yuki pochylił głowę w dół i sposępniał.

Znowu pleonazm – głowę się zawsze pochyla w dół. Sam do niedawna pisałem np. “zadarł do góry głowę” i nie zostało to dobrze odebrane, więc wiem, o czym mówię. Nawiasem mówiąc, to, że ktoś pochyla – albo jeszcze lepiej: spuszcza – głowę, aż nazbyt czytelnie pokazuje, że posmutniał, więc nie musisz tego dodatkowo wyjaśniać.

 

Anni początkowo nie chciała wierzyć jego słowom, sądząc, że może kłamać, lecz po chwili zrozumiała, że mówi prawdę. Usiadła w niewielkiej odległości od niego i skryła twarz w dłoniach, cicho łkając. Po zaróżowionych policzkach spłynęły dwie ledwo widoczne strużki łez, co bardzo go zasmuciło. Nie wiedział, że tą wiadomością, mógł sprawić jej przykrość.

Zaraz, zaraz. Przecież Anni tam była i wszystko musiała widzieć. Czyżby wtedy, gdy jest pod postacią lisa, wyłączała jej się świadomość? A może po przemianie w człowieka epizod bycia lisem zostaje pokryty niepamięcią? Wyciąłbym “sądząc, że może kłamać” i przecinek po “wiadomością”.

 

Nieoczekiwanie pomieszczenie, w którym się znajdowali, wypełniało się wodą.

Więc jednak wilcy chcieli go zabić. Albo mieszkają na terenach zalewowych i teraz będą się wykłócać ze Skarbem Państwa o odszkodowanie.

 

W ostatnim momencie chwycił się drabiny i chwilę później zaczął się wspinać.

A odczekał tę chwilę, bo…?

 

Komorę pełną wody oświetliła lampa pełna molików, dzięki czemu bez problemu uratował dziewczynę.

Powtórzenie. To jakaś nowa lampa, czy ta, którą próbował zabić Yukiego Kito? Jeśli ta sama, i cały czas świeciła, to “oświetlała”, a nie “oświetliła”.

 

człowieczej formy

“Ludzkiej”?

 

Jego twarde, surowe rysy upodabniały go do górala

Takiego naszego, podhalańskiego górala? W uniwersum stylizowanym na feudalną Japonię?

 

Przez dwie, duże dziurki wlatywało powietrze.

Niepotrzebny przecinek. Poza tym dziurki w nosie przeważnie są dwie. Nie znam stworzenia, które miałoby trzy. No i funkcją nozdrzy jest właśnie przepuszczanie powietrza. Chyba, że w tym wypadku powietrze tylko nimi wlatywało, a wylatywało uszami. To by była jakaś nowość.

 

Od stóp w górę nie nosił butów

Prawdopodobnie od głowy w dół nie nosił też kapelusza. Wyjątkowo kiepski sposób, by napisać, że miał buty bez cholewek, jeśli to właśnie miałeś na myśli.

 

jednak miał na sobie skórzane spodnie

Bogu dzięki. Bo po tej wzmiance o funkcjonalności nozdrzy szykowałem się już na opis wilczego… ekhm… instrumentu i tego, do czego służy. Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać.

 

kończące się w pasie, przepasanym mocnym materiałowym paskiem

W pasie przepasany był pasem… Proroku, spójrz mi prosto w oczy (no, wyobraź sobie, że to robisz) i powiedz szczerze, czy to brzmi dobrze. Czy w ogóle zadajesz sobie trud przeczytania tego, co napisałeś? Przy minimalnym wysiłku dałoby się to przecież sformułować inaczej, zgrabniej, bez powtórzeń i idiotycznych wzmianek, że spodnie kończyły się w pasie. Bo spodnie przeważnie kończą się w pasie. A może raczej zaczynają? Mniejsza z tym. “Miał na sobie skórzane spodnie, ściągnięte/przewiązane (w talii?) mocnym materiałowym paskiem (…)”. Da się? Da się.

 

w kształcie głowy wilka, z wyszczerzonymi kłami

Zbędny przecinek.

 

Górę okrywało starannie wykonane owcze futro

Może się nie znam, bo mieszczuch jestem, ale wydaje mi się, że owczego futra się nie wykonuje, ono po prostu rośnie na owcy. No, chyba że masz na myśli jakiś sweter czy inny uniform wykonany z owczej wełny.

 

pod którym posiadał prostą, lnianą koszulę.

Strasznie zgrzyta mi to “posiadał”. Może po prostu “nosił”?

 

Kamienne ściany idealnie maskowały drewniane boki, wyściełane w środku owczą wełną.

Eee… Co? Czym są “boki”? Wyściełane w środku wełną? Chodzi o jakąś drewnianą okładzinę, coś w rodzaju boazerii? Ale dlaczego wyściełanej w środku wełną? Ściany były w ten sposób ocieplane?

 

Kamienne ściany idealnie maskowały drewniane boki, wyściełane w środku owczą wełną. Wyposażenie tego pomieszczenia stanowiło pięć drewnianych krzeseł i stojący na środku duży stół, gdzie podano pyszne potrawy w glinianych misach. Wnętrze było dość przestronne i wielkości przynajmniej sześciu belek drewna.

Powtórzenia. Poza tym, czy bohaterowie nie powinni aby zająć się osuszaniem zalanej piwnicy i ratowaniem tych zapasów, które jeszcze da się uratować?

 

wielkości przynajmniej sześciu belek drewna

Co masz właściwie na myśli, pisząc o “belkach”?

 

Kuszący zapach unosił się w powietrzu. Ich aromat wodził za nos Yukiego, zachęcając do spróbowania ich wszystkich.

“Wodzić za nos” znaczy “oszukiwać, zwodzić kogoś”.

 

– Mimo to wolałbym, żebyś coś zjadł. Nie darowałbym sobie, gdyby przytrafiłaby ci się jakaś krzywda. Poza tym… to niezdrowe.

Co jest niezdrowe?

 

– W tym momencie najważniejsze jest twoje bezpieczeństwo. Wierzę, że to, o czym mówisz, pewnie by miało miejsce, ale powiedz…

Co by miało miejsce?

 

położone w rogu jego sprzęt

Położony.

 

W środku pływały również kawałki, drobno pokrojonych części, jadalnych fragmentów kapeluszy.

Części fragmentów… Nie mógłbyś jakoś prościej?

 

Chłopak spojrzał na danie, po czym usłyszał głośny, dobiegający z jego brzucha odgłos:

Moim zdaniem nadużywasz fraz określających następstwo czasowe – “po czym”, “zaraz potem”, po chwili”, “chwilę później”. W wielu przypadkach w zupełności wystarczyłby spójnik “i”.

 

Jednym ruchem zabrał się za jedzenie

Uch. “Natychmiast zabrał się za jedzenie”?

 

Wewnątrz były dwa łóżka, oddzielone od siebie w równej odległości oraz niewielka komódka.

Co to znaczy “oddzielone od siebie w równej odległości”? Dwa obiekty zawsze będą pozostawać w określonej odległości od siebie. Mogą być za to w jednakowej lub niejednakowej odległości od jakiegoś trzeciego obiektu. Jakiego? Może od komódki? To ona je oddzielała? Czy to jest takie ważne, że były od niej w równej odległości? Czy nie wystarczy powiedzieć, że “w pokoju stały dwa łóżka, a pomiędzy nimi niewielka komódka”?

 

Wilk życzył obojgu miłej nocy i odszedł

Który wilk? Kerto? Jego żona? Kito?

 

– Dziękuję – wypowiedziała na głos Anni

Bo gdyby powiedziała w myślach, to by nie usłyszał. D’UH.

 

– Za co?

Uuuuuch…

 

– Uratowałeś mnie. To nie było proste.

To raczej ona jego uratowała – przed Panną Bai. On tylko wyciągnął jej ten teges z trucizną z łapki. Choć z opisu wynikało chyba, że sama sobie wyciągnęła. Już się w tym wszystkim gubię…

 

Nie jestem zbyt dobrym szermierzem ani nie znam też żadnych zaklęć. Chętnie też bym się jakichś nauczył.

Po co to drugie “też”? Powiem więcej: po co tutaj jakiekolwiek “też”?

 

Czasami niektórzy potrzebują więcej czasu, żeby opanować niektóre zaklęcia

“Czasami więcej czasu”… Kolejna brawurowa konstrukcja. Po co Ci to “czasami” na początku zdania?

 

Potężny, pomarańczowoczerwony ładunek uderzył z łoskotem o kamienie, sprawiając, że ciepło rozeszło się po wszystkim, przez przypadek nie wywołując pożaru.

A więc tylko przypadkowi zawdzięcza, że nie wywołała pożaru w domu swoich gospodarzy?

 

UF! Aż mi się nie chce wierzyć, że dobrnąłem do końca. Czas na podsumowanie.

 

Pewnie się powtórzę, ale co mi tam: błędy, błędy, błędy. Językowe, logiczne, stylistyczne, składniowe, interpunkcyjne. Błąd na błędzie i błędem pogania, a im dalej, tym gorzej. Masz duże problemy z opisywaniem wyglądu zewnętrznego postaci oraz ich otoczenia, konstruowaniem opisów najprostszych scen i czynności, takich jak spożywanie posiłku. Powinien to umieć przeciętny uczeń szkoły średniej i założę się, że twój polonista wypisałby swój czerwony długopis, gdybyś mu dał do oceny ten tekst. O ile, rzecz jasna, wcześniej by się nie załamał. Straszne i zasmucające zarazem jest to, że nie panujesz nad językiem i wydajesz się nie rozumieć tego, co piszesz. Nie znasz znaczenia słów i związków frazeologicznych, sypie ci się gramatyka, przecinki sprawiają wrażenie powstawianych na chybił trafił, w związku z czym w wielu przypadkach trzeba się domyślać, co chciałeś przekazać. Tłumaczysz jak krowie na granicy rzeczy oczywiste, czujesz potrzebę zaznaczania, że facet miał dwie dziurki w nosie (dlaczego dla większej jasności nie dodałeś jeszcze, ile miał rąk i nóg?), a nie wyjaśniasz tego, co domaga się wyjaśnienia. Wciąż nie wiem na przykład, skąd ta nagła powódź w piwnicy i dlaczego wszyscy tak łatwo przeszli nad nią do porządku dziennego. Czy to były łzy Anni? God only knows. Bohaterowie zachowują się nielogicznie, ich emocje wydają się sztuczne, a charaktery zmieniają się co scenę. Dlaczego Kito tak się bał gniewu rodziców, skoro kolejne sceny z nimi dowodzą, że to najmilsi… wilczy… eee… ludzie pod słońcem? Kolejna zagadka.

Moja rada jest taka: póki co, nawet nie myśl o zabieraniu się za drugi rozdział, bo ten nadaje się tylko do napisania od nowa. Przeproś się ze słownikami, bo będą Ci potrzebne, i spróbuj więcej czytać, żeby trochę “nasiąknąć” poprawną polszczyzną. Ale przede wszystkim MYŚL przy pisaniu, wizualizuj sobie każdą scenę, bądź wyczulony na nonsensy i nielogiczności, maksymalnie krytyczny wobec własnej twórczości, jak i tego, co sam czytasz i oglądasz.

 

Życzę Ci powodzenia.

Zjawa jest wolniejsza przez łańcuchy, które ma na sobie, a jej ruchy… Bardziej powiedziałbym, że to ona postrzega Yukiego i Kitę, jako tych, którzy poruszają się wolno, zaś ona sama – dzięki swoim zdolnościom – jest szybsza. Dogoniła Yukiego, dlatego, że już tam po prostu była.

Wybacz, ale nic nie rozumiem z tego tłumaczenia.

 

Przecież nie każdy na pozór jest zły. Kito faktycznie jest wilkiem, ale to nie znaczy, że ma złe zamiary wobec Yukiego. Poza tym gdyby nie on, Yuki nadal by krążył po lesie.

Miałem na myśli to, że jedna wymiana zdań i chwila jazdy na jego grzbiecie to trochę za mało, by móc mówić o przyjaźni. Przy okazji – nie jestem pewien, czy dobrze rozumiesz znaczenie słów “na pozór”.

 

Gdyby lisek użył tej zdolności wcześniej – albo jego mama – to dalsza historia nie bardzo miałaby sens

To zrób tak, żeby miała sens.

 

poza tym “w tej formie” magia jest bardzo ograniczona, stąd niemożność użycia zdolności i złapanie lisicy.

A napisałeś później o tych ograniczeniach? Bo jak nie, to mamy klasyczny przykład tropu Forgot About His Powers. Z powodu mojej skłonności do kończenia tego, co rozpocząłem, spróbuję jeszcze doczytać ten rozdział i być może wtedy zmienię zdanie, ale jak na razie uważam, że stanowczo zbyt wiele rzeczy trzeba sobie u Ciebie dopowiadać.

 

To przede wszystkim baśń, a więc uważam, że trochę powinna zawierać w sobie tej dziecięcej naiwności – chęci poznawania świata i zawieraniu przyjaźni.

Owszem, zgadzam się. Tak w ogóle, to doceniam, że zdecydowałeś się spróbować swoich sił w tym wymierającym gatunku. Pamiętaj jednak, że nawet dziecko, wbrew pozorom, ma swój hak do zawieszania niewiary i umie dostrzec luki fabularne.

Mój kominek ma być prymitywny, zbudowany z paru grubo ciosanych głazów, zrezygnuję więc z wszelkich ekranów i parawanów. Na potrzeby zdarzenia, które chcę opisać, wystarczy mi leżący z przodu płaski kamień.

“(…) Zakazany Gaj był niebezpieczny i wynikających z niego zagrożeń nie należało bagatelizować.” 

W pewnym momencie Yuki mógł nie zdawać sobie sprawy z tego, że biegnie po niebezpiecznym terenie.

Teoretycznie mógł.

 

Ten moment pościgu jest spokojniejszy, dlatego wybrałem go na przedstawienie bohatera, przy okazji Yuki może spojrzeć na siebie i zobaczyć czy wszystko z nim jest w porządku, a czytelnik może dowiedzieć się jak wygląda. Później, w dalszych rozdziałach rozwijam akcję, więc wątpię, czy udało by mi się przedstawić go należycie.

Wciąż uważam, że ta scena wprowadza niepotrzebny przestój. Nie wspominając już o tym, że jeśli było na tyle ciemno, że Yuki nie zauważył jeziora, pewnie nie byłby też w stanie obejrzeć swojego odbicia w wodzie. Osobiście rozwiązałbym to trochę inaczej – zmęczony Yuki mógłby przysiąść przy jakiejś sadzawce jeszcze podczas włóczęgi po lesie, żeby napić się wody, i wtedy przyjrzeć się swojemu odbiciu. Gdybyś dodatkowo pozbył się tych deszczów niespokojnych, nie tylko uzasadniona stałaby się potrzeba ugaszenia przez chłopaka pragnienia, ale i zbieranie drewna przez Kito nabrałoby sensu.

 

Nie chciałem wspominać o lisku, bo uznałem, że skoro Yuki go uratował to nagle go nie porzuci na pastwę losu – mógłby mieć przez to wyrzuty sumienia – a poza tym lisiątko cały czas śpi, więc domyślnie uznałem, że lisek cały czas jest na jego ramieniu.

Nie zauważyłem wcześniej wzmianki, że lisek spał. No i jeszcze jedno – mogę się mylić, ale żeby utrzymać się na ramieniu Yukiego, zwłaszcza podczas ucieczki przed zjawą, lisek powinien się go chyba mocno trzymać pazurkami, co byłoby dość trudne, gdyby faktycznie spał.

 

Co do lisa, to dzisiaj naszła mnie jeszcze pewna wątpliwość w związku ze sceną, w której pokonuje on Pannę Bai. Jeśli potrafił strzelać z ogonów ognistymi pociskami, dlaczego nie użył tej umiejętności, żeby przegonić w ten sposób kłusowników, którzy porwali jego mamę? Powiem więcej – logiczne wydaje się przypuszczenie, że i lisia mama posiadała taką umiejętność, a więc jakim cudem tym dwóm łachmytom udało się ją schwytać?

Po dłuższej przerwie – ciąg dalszy.

 

Chłopak ukrył się w najbliższych krzewach, dostatecznie gęstych, aby nie odkryła tego zjawa.

“…nie odkryła go zjawa”?

 

Brak jakiejkolwiek skóry czy ciała powodował szeroki strach i odrazę wśród wszystkich istot żywych w lesie.

Zgrzyta mi jakoś to “powodował” i “szeroki strach”. Zamiast “powodował” dałbym “budził” lub “wzbudzał”. Zastanawiam się, co miałeś na myśli z tym “szerokim” strachem. Strach raczej szeroki być nie może, podobnie jak wąski, długi czy krótki. Może chodziło Ci o to, że ten strach był powszechny? Poprawione zdanie brzmiałoby zatem: “Brak jakiejkolwiek skóry czy ciała budził powszechny strach i odrazę wśród wszystkich żywych istot w lesie”.

 

Po chwili odsłonił kawałek liści

Co odsłonił?

 

Chciał krzyknąć, ale z ust uniósł się cichy szept. Nieoczekiwanie na twarzy ponownie pojawiła się ta sama łapa, która przed chwilą była na ramieniu. Yuki obrócił się za siebie, wypluwając resztki sierści, przyglądał się wilkowi.

Nie rozumiem. Yuki ugryzł tego wilka i w ustach pozostał mu kłąb sierści?

 

Dwoje okrągłych, żółtych ślepi gapiło się na niego, jednocześnie bez słów wyrażało, żeby się nie bał.

“Gapiło się” brzmi bardzo potocznie, przynajmniej dla mnie. Może “wpatrywało się/wpijało się (w niego)”? “Wyrażało” można byłoby zastąpić “dawało do zrozumienia”. Choć jeśli się nad tym zastanowić, to dawać coś do zrozumienia mógł raczej właściciel owych ślepi, a nie same ślepia.

 

Na jego grzbiecie spokojnie spał lis, uratowany z łap kłusowników.

Tu przecinek jest chyba zbędny.

 

Ulżyło mu, gdy uświadomił sobie, że był bezpieczny.

Komu ulżyło? Yukiemu czy wilkowi?

 

Błyskawicznie ruszyli przed siebie, nie znając dokładnego kierunku.

Nie znając kierunku czego?

 

Dopiero po którejś szarży zrozumieli swój błąd.

Na kogo/co szarżowali? Na tę Pannę Bai? Szarża (za sjp.pwn.pl) – «ostre natarcie kawalerii».

 

Znaleźli się przy Orlej Skale, miejsce to nazywali tak nieszczęśnicy, którzy po wielu potyczkach z potworami kończyli swój żywot na dole, gdzie znikąd wyrastały ostre, kamienne szpikulce, otoczone wodą z rzeki.

Zamiast pierwszego przecinka sugeruję kropkę lub myślnik. Jeśli kamienne szpikulce były otoczone wodą z rzeki, to raczej nie wyrastały znikąd, tylko z dna rzeki.

Są jeszcze trzy rzeczy, których tu nie rozumiem. Pierwsza rzecz – dlaczego to miejsce nazywa się Orlą Skałą? Nie widzę żadnego związku z orłami, a samych skał jest wiele – wyrastających z rzeki.

Druga rzecz – jak dochodziło do tego, że wspomniani przez Ciebie nieszczęśnicy tam ginęli? Potwory ich tam osaczały i spychały do rzeki? Popełniali samobójstwo, skacząc na ostre skały, by nie dać się rozszarpać potworom?

No i tu dochodzimy do trzeciej rzeczy – jakim cudem któryś z tych biedaków zdołał jeszcze przed śmiercią nadać temu miejscu nazwę? No i jak udało mu się przekazać tę nazwę innym nieszczęśnikom, czy w ogóle komukolwiek? Na chłopski rozum, nawet jeśli pomyślał sobie przed śmiercią: “Kurde, nie wiem dlaczego, ale to miejsce kojarzy mi się jakoś z orłami… Wiem, nazwę je Orlą Skałą!”, to powinien tę myśl i nazwę zabrać ze sobą do grobu.

Niby jedno zdanie, a ilość headscratcherów rozsadza mi mózg. Nie jest dobrze.

 

Byli tak blisko, lecz nadal tak daleko

Blisko, lecz daleko od czego?

 

Ich brawura została ukarana i nawet Kito nie wiedział, jak wyjść z tej opresji.

Jaka brawura? Zaatakował ich potwór i próbowali mu uciec. Wydaje mi się, że nic lepszego w tej sytuacji zrobić nie mogli. Nie ich wina, że Panna Bai jest jak stereotypowy morderca z horrorów – szybciej stoi niż oni biegną. Co ciekawe, tylko wtedy, gdy wymaga tego fabuła – jeśli dobrze pamiętam, Yuki zdołał przeszukać całą dolinę w poszukiwaniu liska, zanim zjawa go dogoniła, a teraz dopadła go zdumiewająco szybko, choć jechał na wilku. Jaką ona właściwie rozwija prędkość? Rozumiem, że Kito męczył się dźwiganiem Yukiego i nie biegł tak szybko, jak bez obciążenia, ale wciąż coś mi tu nie gra.

“Nawet Kito nie wiedział…” – dziwi mnie trochę to zaufanie, które Yuki najwyraźniej w nim pokładał. Chłopak ledwie go poznał i zamienił z nim kilka słów.

 

Nie czuł wobec niej strachu, zależało mu, żeby uratować nowo poznanego przyjaciela.

Sparafrazuję pewien tekst z popularnego kiedyś webkomiksu parodiującego twórczość Tolkiena: “Jedna jazda na grzbiecie to nie przyjacieł”. Poza tym wydaje mi się, że dopiero co przeczytałem o aurze strachu, która otaczała Pannę Bai.

 

Zaczarowana klinga milczała

A powinna śpiewać?

 

W tym momencie złoty lis przebudził się

To on przez cały czas spał? Przespał całą pogoń? Mocny ma sen, nie ma co.

 

Stworzenie rozłożyło pokaźny wachlarz, z którego białych końcówek ogona wystrzeliły jasne, niebieskie ogniki w stronę widma.

Oesu. Wachlarz? Jaki wachlarz? “Z którego białych końcówek ogona” – bez urazy, ale to brzmi, jak bełkot z Google Translate. No dobrze, spróbujmy coś z tym zrobić, żeby nie było, że tylko się czepiam, a nie daję żadnych wskazówek. Ja rozbiłbym tego potworka na dwa zdania: “Stworzenie rozłożyło na kształt wachlarza swoje dziewięć puchatych ogonów. Z ich białych końcówek wystrzeliły w stronę widma jasne, niebieskie (jasnoniebieskie?) ogniki (ogniste pociski?)”. Zakładam oczywiście, że ten mały lis, podobnie jak duży, miał dziewięć ogonów, choć w cytowanym zdaniu ogon jest w liczbie pojedynczej.

 

kierując się do domu, gdzie mieszkał wilczek.

“…do domu wilczka” albo “do jaskini, gdzie mieszkał wilczek”. Bo on mieszka w jaskini, a nie w domu. Jaskinia jest oczywiście jego domem, ale nie domem sensu stricto, tzn. wolnostojącym budynkiem mieszkalnym składającym się z dachu i czterech ścian.

 

Przede wszystkim w oczy rzucała się ogromna wielkość, w której można by ukryć wiele rzeczy w postaci żywności, która z łatwością mogłaby wykarmić całą wioskę albo broń, potrzebną rycerzom.

Nie jestem zwolennikiem obsesyjnego tropienia powtórzeń, ale przyznasz chyba, że to nie wygląda zbyt elegancko. Poza tym z powyższego zdania wynika, że żywność mogłaby wykarmić broń potrzebną rycerzom. Pomógłby tutaj przecinek przed “albo”, choć i tak spróbowałbym sformułować to inaczej.

 

Od dołu wyrastały skalne formacje w postaci stalagmitów, wokół których mnożyły się dzikie grzyby o rdzawych kapeluszach z białymi kropkami. Yuki nie wiedział, czy są jadalne, choć miał ochotę zjeść cokolwiek, by uśpić głód na chwilę.

Mógł po prostu poprosić o coś do jedzenia. Zapasów tam ponoć nie brakowało.

 

Nie umiał znaleźć odpowiednich słów, aby wyrazić swój podziw, lecz w duchu zadawał sobie pytanie: „Jak to możliwe?”, Kito natychmiast pośpieszył z wyjaśnieniem:

Spójnik “lecz” zastąpiłbym “a”. Po “Jak to możliwe?” dałbym kropkę.

 

– To Moliki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To drobne owady podobne do świetlików, a przynajmniej ja tak nazywam.

Zgubił się zaimek “je” pomiędzy “ja” i “tak”.

 

Tu z powodu późnej pory muszę przerwać czytanie. Przykro mi to mówić, ale nie mogę Ci obiecać, że do tekstu jeszcze wrócę. Niestety, jak zdążyłeś się zorientować, nie czyta mi się go przyjemnie, a wręcz przeciwnie – czytając, czuję się, jakbym brnął z wysiłkiem przez bagno. Historia, którą masz do opowiedzenia, nawet jeśli sama w sobie jest ciekawa, gubi się pod natłokiem błędów logicznych oraz językowych, głównie składniowych i interpunkcyjnych. Postępowanie bohaterów i sam sposób prowadzenia narracji uderza – w mojej ocenie – naiwnością i nieporadnością, a to skutecznie zniechęca mnie do dalszego obcowania z tekstem.

 

Postaram się jeszcze odnieść przynajmniej do twoich najświeższych “edytek”, które dopiero teraz zauważyłem. Na przyszłość lepiej odpowiadaj w osobnym komentarzu.

Dziękuję za komentarz.

 

Co do linków… Myślę, że “podstawy podstaw” mam już za sobą, a potrzebne wątki i artykuły umiem znaleźć sobie sam. Na dostaniu się do waszej Bliblioteki mi nie zależy – przeczytałem kilka z zamieszczonych tam opowiadań i nie podobały mi się, zamierzam zresztą niedługo usunąć ten tekst, tak jak to zrobiłem z napisaną na konkurs UFO “Czarownicą”. Na ogół niechętnie wypowiadam się o cudzej twórczości, a dotychczasowe doświadczenia z kilku forów literackich jeszcze tę moją niechęć pogłębiły. Nie będę też więcej pisał opowiadań, a ponieważ fragmenty dłuższych form, na których głównie się skupiam, są na NF niemile widziane, nie widzę sensu w grzaniu sobie tutaj miejsca i usilnym zabieganiu o popularność.

Jest pomysł na uwspółcześnienie starej bajki i pokazanie babci Czerwonego Kapturka w postaci usprawiedliwiającej obecność Jakuba Wilhelma, najemnika zwalczającego potwory, ale poza tym nic szczególnego w opowieści nie dostrzegłam.

Bo to lekki tekst, który nie próbuje udawać czegoś, czym nie jest.

 

W tekście jest trochę usterek, ale powstrzymałam się od ich wskazania, by znów nie narazić się na opinię Autora, że to bezsensowne zarzuty.

Mam taką złotą zasadę, że jeśli pojawi się u mnie chociaż cień wątpliwości, czy coś w cudzym tekście faktycznie jest błędem, staram się wyraźnie zakomunikować i podkreślić, że to tylko moje subiektywne odczucie.

Bolly, tak by to mniej więcej wyglądało tam, skąd pochodzę:

– Moją babcię, psze pana, zjod wielki, zły wilk – powiedziała. – To znaczy, chyba zjod – dodała zaraz z nadzieją w głosie, lecz, jak zauważył Jakub Wilhelm, bez szczególnego przekonania, jakby w pełni świadoma, że płonna to była nadzieja. – Poszłach dzisio do nij, coby ji zaniyść placek i flaszke wina, bo zachorzała i żeśmy pomyśleliśmy, że jak se podje, to ji dobrze zrobi. Ona mieszko tu niedaleko, psze pana, w chaupie na polanie. Zdziwiłach sie troche, bo dwirze do izby zastawiła odewrzite. W środku było strasznie ćma i musiałach bardzo uważać, coby się o nic nie wykopyrtnąć, w końcu obaczyłach babcię, w łóżku pod pierzyną i podeszłach do nij z koszyczkiem. Wyglądała jakosi dziwnie, zdało mi się, jakoby urosła od naszego ostatniego spotkania, pierwej pomyślałach, że to pewnie pierzyna tak ją pogrubio. Łoczy całkiem niepodobne do babcinych zaświeciły się raptem w ciemnościach jak dwa węgielki i żech ujrzała, że spod jej czepca sterczy także para długich, kudłatych uszu. Wcale mi się to nie spodobało, wcale a wcale!

„Baaabciu! – zawołałam przerażona. – Czymu mosz taki wielkie uszy?”.

Dzięki za propozycję, ale niestety – jak już wspomniałem w odpowiedzi na pierwszy komentarz, daje to trochę zbyt komiczny efekt.

 

Jedna osoba może i uznała, że Kapturek za ładnie się wypowiada, ale myślę, że jest to bardziej związane z faktem, że powiedziała od razu całą historię napotkanemu bohaterowi. Nie było w tym atmosfery przerażenia, Jakub Wilhelm też nie musiał się o nic dopytywać. Gdybyś zmienił monolog Kapturka w żywą dyskusję byłoby ciekawiej, a i brak stylizacji wcale by nie był odczuwalny.

Racja. Ale gdyby Kapturek zbyt często się plątał i powtarzał, a Jakub Wilhelm musiał zadawać mu dodatkowe pytania, tekst, który i tak miał być o połowę krótszy, wydłużyłby się ponad marę. Tę część historii, która zawiera się w relacji dziewczynki, każdy czytelnik wychowany w naszym kręgu kulturowym powinien dobrze znać, uznałem więc, że nie ma sensu niepotrzebnie jej przeciągać. Co do atmosfery przerażenia, to zasugerowałem w tekście, że Jakub Wilhelm poświęcił chwilę na uspokojenie Kapturka.

Myślałem, że zacytowałeś tę poprawioną wersję i znów miałem się przyczepić, ale rzuciłem jeszcze raz okiem na tekst i teraz widzę, że faktycznie jest trochę lepiej.

 

Jeszcze jedno pytanie: fragment, jak rozumiem, nie był betowany? Dawałeś go komukolwiek do przeczytania, zanim wrzuciłeś go na NF?

 

No to jedziemy dalej… Piszę jeszcze raz, bo jednym przypadkowym kliknięciem skasowałem sobie efekty pracy z ostatnich czterdziestu minut.

 

Jedynych, których obawiał się najbardziej, byli inni ludzie

Jedynymi.

 

Zanim się zorientował, przekraczał granicę Zakazanego Gaju, znajdując się w innej strefie, zwanej Białą Puszczą.

“(…) przekroczył granicę Zakazanego Gaju i znalazł się (…)”?

 

Dominowały tutaj śnieżnobiałe brzozy o niezwykłych owocach, kwitnących dopiero na wiosnę.

Jeśli dobrze pamiętam z biologii, kwitną kwiaty, a nie owoce.

 

„Ależ tu ciemno”. – pomyślał Yuki.

W takich przypadkach kropki po cudzysłowie – ani przed nim – nie stawiasz.

 

Prawie bezchmurny szlak na horyzoncie przecierały nieliczne obłoki.

Ni w ząb nie rozumiem tego zdania.

 

zwiastowało, nastanie nocy w pełni.

Niepotrzebny przecinek.

 

Idąc przed siebie, Yuki czuł, że ślepia bestii były skierowane wprost na niego.

Bardzo konkretnej czy “jakiejś” bestii? Bo w tym drugim przypadku zdanie brzmiałoby lepiej w następującej formie: “Idąc przed siebie, Yuki czuł, że wprost na niego skierowane były ślepia bestii”. Albo lepiej: “wpatrywały się w niego ślepia bestii”.

 

Po zejściu ze ścieżki dostrzegł kogoś zbierającego drewno na opał.

Późny, w dodatku mocno deszczowy wieczór nie jest chyba najszczęśliwszą porą na zbieranie drewna w lesie, w którym roi się od niebezpieczeństw, i w którym tak łatwo zabłądzić.

 

Podszedł jeszcze bliżej i spotkał tajemniczą postać.

Może po prostu: “Podszedł bliżej do tajemniczej postaci”?

 

Okazał się nią, podobny do niego, młodzieniec.

W tym zdaniu przecinki są zbędne.

 

Na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się niczym szczególnym, z wyjątkiem ogona, z fragmentem bieli na końcu, machającego radośnie z tyłu oraz wilczych uszu stojących na głowie i kłów przypominających psie.

No, faktycznie – niczym szczególnym się nie wyróżniał. Wypisz, wymaluj mój sąsiad z góry. ;) Szkoda, że było ciemno, bo mogłeś wspomnieć o tych wilczych atrybutach zanim jeszcze nazwałeś Pana Wilczka “tajemniczą postacią”.

 

W dłoniach trzymał zgromadzone szczapy, lecz widząc nieznajomego, zaprzestał zbierania.

Czy szczapa nie jest aby efektem porąbania drewna siekierą? W lesie na pewno można zbierać chrust, ale chyba nie szczapy.

 

– Nazywam się Yuki – wyznał przybysz. – I… chyba się zgubiłem – stwierdził niepewnym głosem.

Osobiście zmieniłbym “wyznał” na prostsze “powiedział”, a “niepewnym głosem” na “niepewnie”.

 

Mieszkam niedaleko, w jaskini. Tam mam swoją norę.

Wydawało mi się, że nora powinna być wygrzebana w ziemi.

 

Wskazał palcem w kierunku północnego wschodu.

Żaden ze mnie harcerz, ale skoro Yuki potrafił tak dokładnie określić kierunek, w którym wskazywał Kito, to chyba nie powinien mieć większych problemów z wydostaniem się z lasu.

 

– Jasne, Kito. Naprawdę jest stąd jakieś wyjście?

Powiedziałbym, że z lasu jest nieskończenie wiele wyjść. O ile nie jest on otoczony murem czy czymś podobnym.

 

– Oczywiście, ale może najpierw… Pójdziesz do mnie? – Kito zapytał, nieco onieśmielony. – Wyglądasz na przemarzniętego, pewnie nic nie jadłeś już od jakiegoś czasu.

“Kito zapytał” → “zapytał Kito”. Na miejscu Yukiego bym mu nie ufał. Typ zachowuje się podejrzanie.

 

– Dziękuję. Chętnie skorzystam z zaproszenia.

Nie rób tego, Yuki! Nie znasz baśni o Czerwonym Kapturku?

 

– Proszę bardzo. Tak rzadko mam okazję z kimś porozmawiać, zazwyczaj sam tutaj siedzę samotny jak palec.

No właśnie! Widocznie stoi za tym jakiś powód…

 

Yuki cofnął się, wyciągając miecz ze skórzanej pochwy. Wówczas stal zaczęła emanować dziwnym światłem.

Orkowie są blisko!

 

Ostrze rozjaśniło zarośla, pozwalając, by wkrótce z nich, wyłoniła się obrzydliwa zjawa Panna Bai.

Hmm. Więc gdyby Yuki nie poświecił, to zjawa by się nie wyłoniła? Po “nich” niepotrzebny przecinek. Tu mam dla Ciebie małą radę – jeśli nie jesteś pewien, czy w danym miejscu postawić przecinek, to go nie stawiaj. Braku jednego czy dwóch mógłbym nawet nie zauważyć, ale ich nadmiar strasznie wybija mnie z rytmu przy czytaniu. W powyższym zdaniu, oprócz logiki i interpunkcji, kuleje też składnia. “Z nich” powinno stać po “wyłoniła się”.

 

Czasami zabierał go ze sobą na lekcje walki mieczem do specjalnego miejsca w lesie, jakim była polana.

Co było w tej polanie takiego specjalnego?

 

Pokazywał, jak należało obchodzić się z bronią, ale chyba nawet doświadczony znawca lasu i jego skarbów jak on, nie wiedziałby jak pokonać zjawę.

“Pokazywał, jak należało obchodzić się z bronią, ale chyba nawet taki doświadczony znawca lasu i jego skarbów, jak on, nie wiedziałby, jak pokonać zjawę”.

 

Mógł przecież użyć specjalnej zdolności swojego ostrza, ale przypomniał sobie również, że nie znał odpowiedniego zaklęcia, które ją przywoływało.

Czyli jednak nie mógł. Oczywiście mowa o jakiejś innej, poza świeceniem, magicznej właściwości tego miecza? Swoją drogą, trochę szkoda, że chłopak nosi taką niesamowitą magiczną broń, nie umiejąc wykorzystać wszystkich jej możliwości. To trochę tak, jakby nosił ze sobą karabin, żeby okładać nim wrogów na odlew.

 

Niespodziewanie poślizgnął się na kamieniu i spadł w głąb niedużego jeziora.

Mam rozumieć, że biegł urwistym brzegiem?

 

Po chwili dopłynął do brzegu, po czym spojrzał w swoje odbicie, w wodzie.

Mieszkańcy wioski Mizuro czasami nazywali Yukiego śnieżnym chłopcem z powodu bardzo bladej cery. Rodzice mówili mu, że jest wyjątkowy i faktycznie tak było. Każdy mógł przekonać się o jego uprzejmości i serdeczności, jaką okazywał nie tylko starszym wioski, ale również miejscowemu kapłanowi Patki, który nie cieszył się zbyt dobrą sławą z powodu swojej gburowatości.

Niebieskie oczy wyglądały jak dwa małe paciorki, przesłaniane chwilami przez opadającą grzywkę, spowodowaną kłębiąca się na głowie krótką czupryną.

Goni go zjawa, a ten zaczyna przyglądać się swojemu odbiciu w wodzie? Wiesz, mógłbyś poczekać z tym opisem wyglądu zewnętrznego i osobowości Yukiego na jakiś bardziej odpowiedni, spokojniejszy moment.

 

Nagle przerażony zauważył, że na jego ramieniu nie było liska. Musiał go jak najszybciej odnaleźć.

Podczas lektury co chwila zastanawiałem się, gdzie się podział mały lis z poprzedniego fragmentu. Skoro cały czas towarzyszy chłopakowi, warto byłoby wspomnieć o nim od czasu do czasu. O lisie, nie chłopaku.

 

Tutaj niestety przerwę, bo robię się śpiący. Nadal jest mocno tak sobie.

Stylizacja wypowiedzi dziewczynki nierówna. Dałbyś radę wszystko pociągnąć jakąś jedną gwarą?

Jak wspomniałem, mam z tym pewien problem.

 

Dęby mają dosyć grube pnie, zwłaszcza potężne. Udało im się wdrapać?

Giganty w rodzaju Bartka widuję raczej rzadko, a mieszkam na skraju Puszczy Kozienickiej, ale ten “potężny” rzeczywiście może wprowadzać w błąd. Może dać tam po prostu “drzewo”?

Ostatecznie Yukiemu udało się natrafić na konstrukcję, przypominającą grzędę dla ptaków[1].

Zapomniałeś jeszcze o niepotrzebnym przecinku.

 

Nagle jedna z ceramicznych płytek dachu głośno spadła na ziemię, roztrzaskując się na ziemi, na kilka mniejszych odłamków.

Powtórzenie (“na ziemi” jest niepotrzebne), zbędny przecinek po “ziemi”. Weź też pod uwagę i to, co wcześniej mówiłem o roztrzaskiwaniu się.

 

Yuki szybkim ruchem dobył strzały z kołczanu i wystrzelił ją w kierunku grubego osiłka z toporem w ręku a bronią palną w drugiej. Grot trafił w pobliskie drzewo, co z kolei zwróciło uwagę jego mądrzejszego kolegi.

Yuki szybkim ruchem dobył strzały z kołczanu i mocno naciągnął cięciwę swojego łuku. Wystrzelił ją w kierunku grubego osiłka z toporem w ręku a bronią palną w drugiej. Grot trafił jednak w pobliskie drzewo, co z kolei zwróciło uwagę jego mądrzejszego kolegi. Chłopak stanął jak wryty, usiłując wymyślić dobrą taktykę na walkę z dwoma bandytami; obawiał się, że cokolwiek by nie zrobił to i tak nie miałby z nimi najmniejszych szans.

Zdaje się, że przez pomyłkę zostawiłeś dwie wersje tego samego akapitu. Niestety, nawet druga, poprawiona wersja, mnoży u mnie pytania i wątpliwości.

Raz: a więc jednak strzelał, żeby zabić. Jeśli dobrze rozumiem, wbrew temu, co mówiłeś wcześniej, sugerujesz, że strzelił do faceta, JEDNAK nie trafił. Dwa: zastanawiam się nad zwrotem “stanął jak wryty”. Czy to znaczy, że Yuki strzelał w biegu? To by wyjaśniało, dlaczego chybił. Trzy: moim zdaniem wyglądałoby to trochę bardziej naturalnie, gdyby najpierw zastanowił się, co robić, a następnie, z braku lepszego pomysłu, spróbował strzelić na postrach. A, wróć. On strzelał, żeby zabić.

No i jeszcze jedna kwestia, którą miałem poruszyć już wcześniej, ale jakoś wypadło mi to z głowy. Skąd właściwie wiemy, że drugi z kłusowników był mądrzejszy? Chyba nie stąd, że był mniejszy i szczuplejszy od kolegi?

A teraz literówka w tytule.

 

O, teraz dopiero zobaczyłem twoją odpowiedź na uwagi. No to jedziemy.

 

“Akcja toczy się w świecie fantasy, utrzymanym w stylistyce Kraju Kwitnącej Wiśni. “ – Świat przeze mnie przedstawiony rzeczywiście odnosi się do klimatów feudalnej Japonii, ale nie jest jej bezpośrednim odwzorowaniem. Wszystkie odniesienia służą budowie tego uniwersum i powstałe przypisy stworzyłem w celu wyjaśnienia niektórych zwrotów. 

Rzeczywiście, Yuki powinien wiedzieć, czym jest brama torii, ale opisywany przeze mnie Zakazany Gaj to miejsce do którego rzadko się ktokolwiek zapuszcza, stąd kiedy Yuki gubi się w lesie, nie wie czym jest tajemnicza brama, bo widzi ją po raz pierwszy.

Rozumiem. Brama torii jest jednak w Japonii czymś bardzo rozpoznawalnym, można je spotkać na każdym kroku, nie tylko na drodze do świątyń, ale i pomniejszych kapliczek. Jeśli twój świat jest taką baśniową wersją Japonii, to chłopak mimo wszystko powinien gdzieś, przynajmniej raz w życiu, taką bramę widzieć. Scenę odebrałbym jako bardziej wiarygodną, gdybyś zamiast tego na przykład zaznaczył, że Yuki nie wiedział, że w Zakazanym Gaju znajduje się świątynia.

 

Posąg i scena świątyni ma duże znaczenie i nie jest tylko zapychaczem. Pełni formę ukrytego morału i napędza akcję, w sposób taki, że gdy główny bohater słyszy wołanie o pomoc, natychmiast biegnie by uratować tajemnicze osoby.

No tak, przypomniałem sobie znaczenie wizualnego symbolu trzech mądrych małp i teraz widzę już sens tej sceny.

 

Tutaj chodzi o to, że stworzenia z tego lasu, są traktowane przez kłusowników jako “żywe” trofea, to znaczy bardziej cenne niż przykładowe poroże.

Może w takim razie zamiast o trofeach napisz o żywych okazach łowionych do prywatnych zwierzyńców?

 

Myślę, że Yukiemu nie chodziło o zabicie kłusowników, ale po prostu chciał ich przestraszyć, żeby wypuścili lisa. Zamiast tego prawdopodobnie chybił, co tłumaczy dlaczego grot trafił drzewo, a nie kłusownika.

Nawet przestraszeni równie dobrze mogli po prostu uciec wraz ze swoją cenną zdobyczą.

 

Po prostu Yukiemu wydawało się podejrzane, że kłusownicy tak długo przebywali w jednym miejscu.

Ja, jako czytelnik, wcale nie wiem, czy oni przebywali tam długo. W tekście sugerujesz, że było wręcz przeciwnie. Yuki usłyszał pisk, który lis mógł z siebie wydać w momencie, gdy złapał się w pułapkę. Chłopak “w mgnieniu oka” znalazł się w miejscu, w którym do tego doszło, i zobaczył kłusowników z zapakowanym już do klatki lisem. Sama klatka mogła być zresztą pułapką, w którą zwierzak wszedł, a tamci dwaj właśnie wyszli z krzaków, żeby mu się przyjrzeć. Nic nie wskazuje, żeby z jakiegoś powodu zwlekali. Mogłeś napomknąć, że jeden z nich szukał czegoś po krzakach, a drugi go osłaniał. Po ich ucieczce Yuki mógłby faktycznie chcieć sprawdzić, czego szukał kłusownik.

Ok, a teraz poważnie. Po pierwsze, faktycznie masz problemy z dialogami. To twoje “se pomyśleliśmy, że jak se poje…” jest okropne. Moja rada, jeśli chcesz pisać fantasy w klimacie Sapkowskiego, zacznij czytać teksty staropolskie. To stamtąd większość twórców czerpie te świetne odzywki swoich bohaterów. “Se” pochodzi raczej z gwary, choć tu akurat specjalistką nie jestem. “Psze pana” też raczej stropolskie nie jest. Ty po prostu udziwniasz dialogi, stosujesz niepoprawne formy, a to nie załatwia sprawy i na dodatek wygląda nieelegancko.

Wcześniej zarzucono mi, że Kapturek wypowiada się zbyt poprawnie jak na niewykształconą młodą wieśniaczkę, do tego jeszcze mocno zestresowaną – to oczywiście prawda, bo w zasadzie poza tym nieszczęsnym “psze pana” i “se” zamiast “sobie” nie popełnia istotnych błędów językowych. Co do tekstów staropolskich – raz: one były pisane w większości przez szlachtę, dwa: nie zależało mi na radykalnym archaizowaniu wypowiedzi Kapturka, założenie było trochę inne. Chciałem tu zastosować coś w rodzaju kompozycji szkatułkowej, takiej “baśni w baśni”, sprawić, by czytelnik przy monologu dziewczynki nabrał wrażenia, że czyta “Czerwonego Kapturka” w jakimś przedwojennym tłumaczeniu. Gdybym sięgnął po podobną stylizację, jak Sapkowski w przypadku mieszkańców Górnej (a może Dolnej? nie pamiętam) Posady, efekt byłby trochę zbyt komiczny.

 

Po drugie, stworzyłeś bohatera na wzór i podobieństwo Geralta z Rivii i pewnie każdy ci to wytknie, możesz oczywiście próbować się tak bawić, ale daleko na tym nie zajedziesz.

Jakuba Wilhelma łączy z Geraltem jedynie wspólna profesja. Nie jest mutantem, nie ma zdolności magicznych ani żadnych innych szczególnych uzdolnień, jest po prostu błędnym rycerzem ze specjalnością. Ale nie traktuję opowiadań z nim jako coś więcej niż wprawki.

 

Czytając twoje opowiadanie, pomyślałam w pewnej chwili, że może piszesz odrobinę z przmróżeniem oka. Wiele na to wskazywało. Twój bohater wdawał mi się przeciwieństwem Geralta, takim wiedźminem – nieudacznikiem. I to mi się spodobało. Kiedy uśmiercił babcię, wybuchnęłam śmiechem i byłam zachwycona.

Bo trochę tak miało być. Jest chyba dość oczywiste, że Jakub Wilhelm ma jednak nieco zawyżone mniemanie o swoich umiejętnościach, a jego największym atutem są dobre chęci. Mam w planie jeszcze dwa opowiadania z tym bohaterem, i w zasadzie jedynym potworem, nie licząc babci-wilkołaczycy, którego zabija, jest pijany gnom, biegający nago po piwnicy pewnego kupca. No, jest jeszcze jeden potwór, ale ten przypadkowo zabija się sam.

 

Niestety, zaraz później wychodzi na to, że Jakub Wilhelm co prawda się pomylił, ale przecież w końcu i tak jakąś bestię zabił. Na koniec dajesz mu rozterki typowe dla Geralta.

Taki mały rollercoaster – trochę śmieszno, trochę straszno. Ale pewnie powinienem się zdecydować, czy celuję bardziej w komedię, dramat czy horror.

 

Nich spróbuje wcisnąć Czerwonemu Kapturkowi kit o tym, że babcia w istocie była wilkołakiem, albo niech salwuje się ucieczką.

Początkowo realnie rozważałem tę drugą opcję. Miałem dopisać scenę, w której Jakub Wilhelm zabiera koszyczek Czerwonego Kapturka, wyskakuje przez okno na tyłach domu i ucieka w las, oglądając się nerwowo za siebie jak Adaś Miauczyński z “Dnia Świra” po tym, jak powalił na ziemię paniusię od “jamnika”. Uznałem jednak, że nie pasuje mi to do charakteru postaci. Bo to taki dobry rycerzyk, któremu daleko do cynicznego niekiedy Geralta.

 

Dziękuję za poświęcony czas!

Przy okazji – myślę, że kolejne fragmenty powieści powinieneś tytułować według schematu “Yuki i Pani Wschodniego Wiatru – rozdział X”. Tytuł całości jest w końcu ważniejszy niż tytuł rozdziału.

Jest to pierwszy rozdział mojej powieści pod tytułem “Yuki i Pani Wschodniego Wiatru”, którą aktualnie piszę. Początkowo miała to być książka dla dzieci, którą dwa razy wysyłałem konkurs Biedronki “Piórko”, lecz po jakimś czasie postanowiłem zmienić formę i nadać jej inny kształt.

Jak by to powiedział Wuj Stan z “Gravity Falls”: “Mam tak samo, tyle że odwrotnie!”. Jestem w trakcie pisania powieści, ale zastanawiam się, czy jej nie przyciąć i nie zrobić z niej młodzieżówki.

 

Wiatr nabierał na sile

Przybierał.

 

z góry zaczął padać silny deszcz

“Z góry” można swobodnie wyciąć. Deszcz nie będzie w końcu padał z dołu. ;)

 

skórzane spodnie ze skóry niedźwiedzia

Jak skórzane, to wiadomo, że ze skóry. Przymiotnik możesz wyciąć.

 

Zamiast tego był uzbrojony w swój łuk, wykonany z młodego dębu

Po “dębu” przecinek. Wtrącenia są z obu stron odgraniczone przecinkami.

 

Idąc coraz dalej, zauważył gęste chwasty, blokujące dalszą ścieżkę.

Proponuję wyciąć “dalszą”. Przecinek chyba też nie jest niezbędny.

 

Ostatecznie Yukiemu udało się natrafić na konstrukcję, przypominającą grzędę dla ptaków[1].

Niepotrzebny przecinek. No i taka mała wątpliwość – skoro świat jest wzorowany na feudalnej Japonii, to czy Yuki nie powinien dobrze wiedzieć, czym jest brama torii? Bo sprawia wrażenie, że widzi coś takiego po raz pierwszy, i dlatego konstrukcja kojarzy mu się z grzędą dla ptaków. Fajnie, że dajesz przypisy, ale jeśli się nad tym zastanowić, zawarte w nich informacje spokojnie mogłeś wpleść w główny tekst. Przykład: “Ostatecznie Yukiemu udało się natrafić na bramę torii – konstrukcję przypominającą kształtem grzędę dla ptaków i znaczącą drogę do chramu lub świętego miejsca”.

 

Po krótkim namyśle przekroczył jej próg.

Dałbym po prostu: przeszedł przez nią. “Próg” kojarzy mi się raczej z wejściem do budynku.

 

Nagle jedna z ceramicznych płytek dachu głośno spadła na dół, roztrzaskując się na ziemi, na kilka mniejszych odłamków.

Z tym zdaniem mam kilka problemów. “Spadła na dół” to pleonazm, zamiast którego można ewentualnie dać “spadła na ziemię”, jeśli chcesz koniecznie zachować rytm zdania. Głośny dźwięk powinien towarzyszyć raczej upadkowi płytki, a nie stanowić cechę procesu spadania, dlatego bardziej logicznie brzmiałoby: “spadła z brzękiem (lub innym dźwiękiem, jaki powinna wydać roztrzaskująca się o ziemię ceramiczna dachówka)”. Po “ziemi” niepotrzebny przecinek. “Na kilka mniejszych odłamków” jest w zasadzie zbędne, bo “roztrzaskać się” znaczy właśnie “rozbić się na kawałki”. A te zawsze będą mniejsze od całości.

 

Zastanawiam się, czy cała scena w świątyni ma jakieś znaczenie dla fabuły, czy jest tylko zapychaczem. Skoro skierowałeś moją uwagę na złoty posąg przedstawiający trzy małpy, to liczę na to, że ten posąg odegra jeszcze jakąś rolę jeśli nie w tym, to w którymś z kolejnych rozdziałów twojej powieści. No wiesz, Prawo Zachowania Detali.

 

Dwójka nieznanych mężczyzn ze strzelbami trzymała lisa, uwięzionego w metalowej klatce. Najprawdopodobniej byli to kłusownicy, należący do jednej z gildii, rozsianych po królestwie, zajmującej się nielegalnym zbieraniem rzadkich okazów zwierząt.

Przecinek po “gildii” niepotrzebny. Trochę zgrabniej brzmiałoby może “należący do jednej z rozsianych po królestwie gildii”. Czy wszystkie te “gildie” zajmują się kłusownictwem, czy tylko ta jedna?

 

Różni handlarze płacili krocie złotych monet za złapane trofea.

Mogę się mylić, bo się na tym nie znam, ale o trofeum myśliwskim mówimy chyba wtedy, gdy jest to łeb lub poroże zabitego zwierzęcia, w dodatku zabitego własnoręcznie, a nie żywe zwierzę złowione na zamówienie.

 

Yuki szybkim ruchem dobył strzały z kołczanu i wystrzelił ją w kierunku grubego osiłka z toporem w ręku a bronią palną w drugiej. Grot trafił w pobliskie drzewo, co z kolei zwróciło uwagę jego mądrzejszego kolegi.

Co Yuki chciał właściwie zrobić i co zamierzał przez to osiągnąć? Strzelał do faceta i spudłował, czy też może myślał, że trafiając w drzewo wystraszy dwóch oprychów uzbrojonych w strzelby, kuszę i topór? Chciał ich zabić czy zmusić ich, żeby wypuścili lisa? Nie zaszkodziłoby wejść na chwilę do jego głowy. Brakuje mi poza tym informacji, czy mężczyźni widzieli Yukiego, czy siedział gdzieś w krzakach oraz jaka odległość dzieliła go od kłusowników.

 

Te domniemania przerwał gwałtowny wiatr, który pojawił się znikąd i zmusił obu mężczyzn do odwrotu, z dużym lisem o dziewięciu ogonach w złotym kolorze. Gdy zagrożenie minęło, Yuki podszedł do tego miejsca, by dowiedzieć się, czego tak naprawdę chcieli kłusownicy.

W jaki sposób wiatr zmusił ich do odwrotu? Faktycznie był tak silny, że aż stanowił zagrożenie? Podejrzewam, że próbowała coś tutaj zdziałać tytułowa Pani Wschodniego Wiatru, ale chyba coś jej nie wyszło. Nie rozumiem, dlaczego Yuki chciał dowiedzieć się, czego chcieli kłusownicy, skoro wyraźnie widział, że dali drapaka z uwięzionym w klatce lisem. Na jego miejscu uznałbym, że chcieli złapać lisa, no i go złapali.

 

Średniej wielkości lis o podobnej barwie do tamtego, który został porwany, wyraźnie się go bał. Nie wiedząc, jakie ma zamiary, opuścił swoją bogatą kitę i coraz bardziej wycofując się do tyłu, schował się w starej kłodzie. Musiał wykazać się sprytem, jeśli chciał pomóc stworzeniu.

Masz tu bardzo klasyczny pleonazm. A poza tym w drugim zdaniu podmiotem domyślnym jest lis, więc wypadałoby na początku trzeciego zdania zaznaczyć, że to chłopiec musiał wykazać się sprytem, a nie ów zwierzak. Jeszcze jedno: skąd pomysł, że lis wymagał jakiejkolwiek pomocy? Domyślam się, że chodzi o uwolnienie jego domniemanego towarzysza, porwanego przez kłusowników, ale na tym etapie nie jest to zupełnie jasne.

 

Nie minęło dużo czasu, nim lis opuścił norę. Wyglądało na to, że bardzo cierpiał, kulejąc na jedną z łap. Przenikliwym spojrzeniem dostrzegł dziwny przedmiot, przypominający drzazgę albo zwykły kolec, wypełniony przedziwnym płynem.

Raz: czy lis nie schował się aby wewnątrz pustej kłody, a nie w norze? Dwa: teraz już rozumiem, o jaki rodzaj pomocy chodziło, ale Yuki powinien był najpierw zauważyć, że lis kuleje. Trzy: z fragmentu wynika, że to lis przenikliwym wzrokiem dostrzegł przedmiot tkwiący w swojej własnej łapie.

 

Sprawnym ruchem wyciągnął z łapy groźny wynalazek i kolejny raz dokładnie go obejrzał. Jego oczy zaświeciły się na niebiesko. Po chwili nie miał wątpliwości, że w środku znajdowała się trucizna i gdyby dostała się do organizmu zwierzęcia, mogłoby ono nie mieć tyle szczęścia.

Ten ustęp też warto byłoby okrasić trochę “Yukimi” i “chłopcami”, żeby było wiadomo, że to nie lis sam wyciąga sobie z łapy… no właśnie, wynalazek? Domyślam się, że to jakaś zatruta strzałka kłusowników. Nie rozumiem też, czyje oczy zaświeciły się na niebiesko, i co to właściwie oznacza.

 

Yuki rozpromienił się, ale natychmiast powrócił myślami do swojej obecnej misji, która nieco się skomplikowała – musiał odnaleźć mamę lisa i bezpieczną drogę do domu.

Dlaczego musiał odnaleźć mamę lisa? Bo jeśli się nad tym zastanowić, to wcale nie musiał, zależało to tylko od jego dobrej woli. Na jego miejscu spróbowałbym zresztą wydostać się najpierw z tego lasu.

 

W ten oto sposób przebrnąłem przez pierwszą z trzech części tekstu. Biorąc pod uwagę, jak krótki był to fragment, przebijałem się przez niego zadziwiająco długo, a to z powodu licznych potknięć językowych, fragmentów, które mi zgrzytały czy w jakiś sposób wybijały mnie z rytmu, jak i headscratcherów, które kazały mi zastanawiać się, czy postępowanie bohatera ma sens.

 

Podsumowując: jak na razie jest mocno tak sobie, w mojej opinii tekst wymaga przemyślenia i dopracowania. Wiedząc co nieco na temat tego, jak lisy są postrzegane w kulturach Dalekiego Wschodu, przypuszczam, że dalej może być nieco lepiej, więc jeśli uznasz, że moje uwagi do czegoś Ci się przydadzą i nie masz nic przeciwko komentarzom w częściach, postaram się wrócić w wolnym czasie do Yukiego.

O co właściwie chodzi z tym “toonasem”? Google wyrzuca linki do wykopa oraz do jakiejś książki “o seksie i samotności”.

To nie tak, że mam obsesję na punkcie bronienia swojego tekstu. Przeciwnie, dobrze widzę jego mankamenty i już nie mogę się doczekać, żeby przystąpić do jego poprawiania. Chodzi o to, że przez niektóre z zarzutów, które tu padły, poczułem się niejako zmuszony do tłumaczenia, że nie jestem wielbłądem.

To dziwne, że czytelnik domaga się ode mnie wytłumaczenia, co to jest zagadkowy ton, rozwlekły dźwięk, dlaczego bohater był zasapany, skoro były tego co najmniej cztery powody, albo ma pretensje o to, że nie zaznaczyłem, że polana była otoczona lasem (dla świętego spokoju zmienię tę polanę na łąkę, gdy będę dokonywał poprawek), a jakimś cudem nikt – poza jedną bystrą betą – nie zarzucił mi, że czarcie kręgi są przecież utworzone przez grzyby, a nie wypalone w trawie. Bo to jest oczywisty błąd merytoryczny, którego nie mam jak obronić, mógłbym się co najwyżej zasłonić licentia poetica.

Pamiętam, że natknąłem się kiedyś w Internecie na złośliwą recenzję jednej z moich ulubionych baśni Andersena, która jest w zasadzie opowiadaniem grozy – “Dziewicy Lodów” (nie mylić z “Królową Śniegu”). Autorka zastanawiała się m. in., skąd w duńskiej wiosce tak wielu “kretynów o tłustych twarzach” i sugerowała “nierobienie sobie dzieci z Duńczykami”, podczas gdy akcja opowiadania dzieje się w Szwajcarii, a Andersen opisuje rzeczywiście istniejącą, niegenetyczną chorobę, zwaną kretynizmem tarczycowym lub matołectwem, która dawniej występowała powszechnie w regionach górskich, czyli tam, gdzie dieta ludności była uboga w jod. Na minus tekstu zaliczyła także to, że główny bohater nie ginie, choć on zdecydowanie zginął i bardziej dosłownie jego śmierci nie dało się chyba pokazać. Wyobrażam sobie, że gdyby Andersen żył, to czułby się trochę jak ja na NF, choć pewnie za bardzo sobie pochlebiam.

 

Mimo tej dozy żółci, którą pozwoliłem sobie wylać powyżej, jestem bardzo wdzięczny za twój komentarz – zawsze to jest jakaś informacja zwrotna. Dziękuję również za “klika”.

Dlaczego łapczywie łapał powietrze?

Yyy… Bo im szybciej się przebiera nogami, tym gwałtowniej się łapie powietrze? A im powietrze jest chłodniejsze, tym trudniej oddychać? A pod wpływem silnych emocji oddech też przyspiesza? Nie wspominając już o tym, że chłopaczyna sporo się tego dnia “nalatał” i miał prawo być zmęczony.

 

I naprawdę zauważył konary na kształt kościelnego sklepienia?

Skoro chodził tamtędy wielokrotnie, to musiałby być ślepy, żeby ich nie zauważyć. A że życie średniowiecznego chłopa koncentrowało się wokół pracy i religii, wydaje mi się całkiem normalne, że te splątane konary kojarzyły mu się właśnie ze sklepieniem gotyckiego kościoła. Artystyczna dusza do tego niepotrzebna.

 

I z powodu jakich wysiłków krakały szyderczo ptaki? Że idzie? To dla wiejskiego chłopca jakiś wysiłek?

Chodzi o wysiłek wkładany w pokonanie trasy. Wydawało mu się, że wrony śmieją się z niego, bo idzie, idzie i jakoś dojść nie może.

 

To jest przykład zdań napisanych dla klimatu, ale od czapy, jeśli chodzi o fabułę. Bo ani idąc chłopak nie powinien się specjalnie zmęczyć, żeby musieć łapczywie łapać powietrze, a gdyby nawet jakoś to uzasadnić, to wysiłek jak widać nie przeszkodził jego artystycznej duszy zauważyć konarów w kształcie kościelnego sklepienia. W mojej opinii jest to wpadka autora, który tak się rozsmakował w klimacie, że zaczął gubić sens wypowiedzi.

Ten fragment jest akurat bardzo “życiowy” w tym sensie, że opisałem w nim niejako własne doświadczenie. Często skracam sobie drogę przez las, gdy idę na dworzec PKP. Idę szybkim marszem, bo zdarza mi się wychodzić w ostatniej chwili. Odkąd pamiętam, w okresie jesienno-zimowym ciężko mi było oddychać, a im bardziej się boję, że nie zdążę na ten cholerny pociąg i spóźnię się do roboty, tym bardziej serducho mi wali i oddech przyspiesza. Podobnie się czuję, gdy idę np. późnym wieczorem przez park. Ale ja w dzieciństwie leczyłem się na astmę, więc może jest w tym trochę racji i moje doświadczenie jest w jakiś sposób wyjątkowe. Nie zgodzę się jednak z tym, że gubię sens wypowiedzi. Każdy swój tekst czytam wielokrotnie i zazwyczaj dobrze wiem, co chcę osiągnąć. A że nie zawsze wychodzi, to inna sprawa.

 

Myślę też, że nie dopracowałeś porteru psychologicznego chłopaka. Z jednej strony, ojciec posyła go na targ w interesach, i to jest całkiem normalne. W dawnych czasach dzieci bardzo szybko zaczynały pracę na gospodarstwie, z drugiej strony, rodzice straszą go babą jagą, a on ciągle powtarza, że musi być grzeczny, jak jakiś kilkulatek. I gdy na końcu widzi już UFO i kosmitów, mógłbyś pokusić się chociaż o cień wątpliwości, że to nie jest jednak czarownica na miotle.

Słyszałeś może o Jenny Haniver albo morskim biskupie? Nie mam pojęcia, z której strony zwykła płaszczka może przypominać smoka albo biskupa, ale tak się właśnie kojarzyła mieszkańcom szesnastowiecznej Europy. Nie widzę więc przeszkód, dla których stereotypowy szary kosmita, w dodatku ubrany w powłóczystą szatę (w opisach rzekomych porwań oni nie zawsze są nadzy) nie mógłby się skojarzyć ze starą czarownicą. A tajemnicze światło to czary i tyle. W Fatimie czy Medjugorie, w XX wieku, krążące na niebie UFO zostało wzięte za “wirujące słońce”. W Indiach zdeformowane dzieci czy zwierzęta są brane za bogów. A to zaledwie pierwsze z brzegu przykłady.

Powiedziałbym, że umiejętność niedzielenia się niektórymi swoimi wytworami też jest rzeczą cenną – vide kurioza w rodzaju “Gówna artysty”.

Nie wszyscy wiedzą, ale ja tylko wyrażam swoją opinię.

 

A opinia, jak to opinia, jest osobista i subiektywna.

Bolly, najpierw napiszę w czym się z Tobą zgadzam, bo zgadzam się niemal w całości – trudno się zresztą nie zgodzić, jeśli ktoś pisze “nie zrozumiałem, nie odczytałem, z niczym mi się nie kojarzy, nie wiem, nie spędziłem miło czasu” – sama prawda. Doceniam takie podejście.

Staram się cały czas używać komunikatów typu “JA”, bo nie jestem żadną wyrocznią.

 

Pierwsze zdanie powinno brzmieć tak, jak brzmi, gdyby przypadkiem miało brzmieć inaczej, to na pewno by brzmiało.

Wierzę. Choć brzmi to w moich uszach co najmniej dziwacznie. Spójnik “że” wydaje mi się bardziej naturalny, bo wprowadza dopowiedzenie tego, co zasygnalizowano w pierwszym zdaniu. “Nie wszyscy wiedzą…” implikuje pytanie “co?”, “o czym?”. “Ale” brzmi tak, jakby wprowadzało zaprzeczenie pierwszej części zdania. Nie czepiałbym się “ale”, gdyby zdanie brzmiało np. “Nie wszyscy o tym wiedzą, ale Trzech Króli jest tak naprawdę Czterech”.

 

Piszesz, że nie wiesz, co miało na celu zestawienie królów karcianych, któych faktycznie jest czterech, z biblijnymi Trzema Królami. Ja też nie wiem. Może chodzi o to, że biblia, jak większość historii tego typu, opowiada głównie o mężczyznach (poniżej 10% postaci Starego i Nowego Testamentu to kobiety, większość nie jest wymieniona z imienia, większość prawie nic nie mówi), a tutaj autor chciał mrugnąć okiem i powiedzieć, że historia zbawienia jest także historią kobiet? Ale w sumie cholera wie. Może to tylko zgryw autora.

Tylko że akcent w twoim tekście wcale nie jest położony na Króla Kier, tylko Króla Trefl. To on różni się od pozostałych, jest w jakiś sposób wyjątkowy.

 

Żongler, może Alicję w Krainie Czarów?

Tyle że “Alicję”, choć jest dość autystyczna, da się zrozumieć. Wszystkie alegorie – no, przynajmniej większość – da się jednoznacznie odczytać, nawiązania wyłapać. Dodgson zostawia wskazówki, a resztę można sobie dopowiedzieć, znając jego biografię i realia epoki. Twój tekst nie jest nawet autystyczny, bo – jak sam przyznałeś, sam nie wiesz, o co w nim w ogóle chodzi.

 

Na usta ciśnie mi się jedno pytanie. Jakim cudem tekst, który: 1) nie spełnia wymogów formalnych do tego, by nazwać go opowiadaniem; 2) sprawia wrażenie, że jest fragmentem; 3) zawiera pretekstowy element fantastyczny; 4) nie ma żadnego sensu, został wyróżniony i trafił do tzw. “Biblioteki”? To chyba nie najlepiej świadczy o poziomie tego portalu. Ponieważ widziałem tu już szorta o prezerwatywach szturmujących zamek, czy czymś w tym stylu, zaczynam się zastanawiać, czy nie jest to aby jakiś współczesny trend, którego nie rozumiem. I mówię to jako umiarkowany sympatyk dadaizmu i surrealizmu.

Pierwsze zdanie nie powinno przypadkiem brzmieć: “Nie wszyscy wiedzą, że Trzech Króli jest tak naprawdę czterech”?

 

Nie podzielam zachwytów nad tekstem. Nie zrozumiałem go, nie wzbudził we mnie żadnych emocji. Jeśli to alegoria, to niestety nie odczytałem jej, bo opisane postacie królów nie kojarzą mi się z niczym poza kartami. Naprawdę nie wiem też, co miało na celu zestawienie króli karcianych, których faktycznie jest czterech, z biblijnymi Trzema Królami.

 

Kilku minut poświęconych na czytanie nie spędziłem miło. Miałem wrażenie, że autor pisze, co mu fantazja na pióro przyniesie, bez żadnej refleksji nad tym, czy ma to jakikolwiek sens. Taki sobie słowotok, sztuka dla sztuki. Nie ma tu żadnej fabuły, żadnej akcji, tekst nie przekazuje żadnej (zrozumiałej dla takich jak ja prostaczków) myśli, do niczego nie prowadzi. W zasadzie nie jest to nawet opowiadanie, tylko rozbudowany opis. Cóż, chyba po prostu nie jestem docelowym odbiorcą tego typu tekstów.

Wiadomo już dokładnie, kiedy będzie ogłoszenie wyników? I gdzie mam zgłosić, że po zakończeniu konkursu chciałbym otrzymać na pw informację o liczbie zdobytych przeze mnie punktów?

Pamiętaj też, że konstruktywna krytyka może tylko pomóc, a i tak ostateczna decyzja należy do autora :) Dlatego nie trza się wkurzać, ino cieszyć, że ktoś czyta, poświęca czas, niechby nawet krytykując :D

Lubię krytykę, ale gdy rzeczywiście jest konstruktywna. Tutaj dostałem jak dotąd kilka celnych uwag, ale zadziwiająco dużo było też czepiania się poprawnych zwrotów i sformułowań z języka polskiego, w których nie ma niczego niezwykłego i które znaleźć można w co drugiej książce. Bardzo mnie to zaskoczyło i pozostawiło pewien niesmak. Póki co odnoszę wrażenie, że na Weryfikatorium czy Artefaktach można otrzymać bardziej rzetelną i merytoryczną krytykę, ale może jeszcze zmienię zdanie.

 

Mi się podobało, daję klika.

A co to oznacza?

Pełna zgoda co do nadmiaru zaimków (zauważyłem, że z biegiem czasu coraz skuteczniej je w swoich tekstach wyłapuję), zadzierania/unoszenia głowy do góry oraz wódki, która faktycznie jest anachronizmem (sam nie piję i mam zerową wiedzę na temat alkoholi). Nad “malcem” i “trzewikami” jeszcze się zastanowię, gdy po zakończeniu konkursu będę poprawiał opowiadanie. Reszta to bzdury, mniejsze lub większe. Po czuprynie jak najbardziej można się podrapać, usta zaciąć, można ścisnąć kogoś (podobnie jak ująć lub złapać) za rękę/nogę/szyję/cokolwiek innego, znak może być bezbożny lub bluźnierczy – przynajmniej u Lovecrafta i jego naśladowców. ;) We fragmencie o polanie kilkakrotnie wspomniane są drzewa. Widziałem osoby, które miały na policzkach lśniące ślady po łzach. To konkretne Oko jest wielką literą, bo tak ma być.

 

Pisarzem jestem przeciętnym, może trochę mniej niż przeciętnym, ale rażących błędów językowych nie popełniam, więc na kolejne bezsensowne zarzuty podobne do tych drakainy i regulatorów po prostu nie będę już odpowiadał.

 

Styl jest, jaki jest. Nie każdemu musi się podobać i ja to szanuję. Jak już chyba wcześniej wspomniałem, staram się pisać tak, jak sam chciałbym czytać. Lubię, kiedy akcja rozkręca się powoli, na ogół czytam z przyjemnością teksty, które innych szybko nużą. Nie wiem, może takie mamy czasy, że wszyscy się spieszą, niecierpliwią i dążą do natychmiastowej gratyfikacji. W tym konkretnym tekście jego długość i rozwlekłość były też środkiem do celu, który, jak widzę, niestety nie został osiągnięty.

W historii przeszkadzało mi, że końcówka wcale nie wynika z wcześniejszych wydarzeń. Czy gdyby chłopcy nie poszli obejrzeć śladów albo w ogóle targu nie było, coś by się zmieniło w tej kwestii? Tyle tylko, że młynarczyk miał gotową interpretację zdarzeń, więc zobaczył czarownicę, a nie plugawego diabła.

O to właśnie chodziło. Do porwania przez obcych doszłoby tak czy siak. Młynarczykowi wydawało się, że spotkała go kara za jego złe zachowanie, i to jeszcze – o ironio! – w dniu, w którym poprzysiągł sobie poprawę, podczas gdy on się w tym wszystkim od początku do końca w ogóle nie liczył. Obcy zaatakowali młyn, bo – podobnie jak chata na polanie – stał na uboczu, a jego mieszkańcy byli łatwym celem. Choć jestem w stanie zrozumieć, dlaczego taki rodzaj twistu, jeśli można to nazwać twistem, nie przypadł Ci do gustu.

 

Dałeś jedną dużą literę, to i drugiej nie skąp.

Łał. Jak to się stało, że dopiero Ty to zauważyłaś? A parę osób przed Tobą przecież czytało tekst, no i sam sprawdzałem go tyle razy. 0_o

W opcjach edycji widziałem usunięcie tekstu. Nie trzeba zostawiać pustego wątku z trzema kropkami.

Oczekujecie, że unikniecie kary.

Oczekiwać a mieć nadzieję to dwie różne rzeczy. Jak to szło? Hoping for the best, but expecting the worst…

Ajzan,

 

Miejmy nadzieję, że skończy się na “idź i nie grzesz więcej”. :/

No właśnie – chciałem być uczciwy.

 

To była zmiana trzech-czterech słów, żadnej ingerencji w strukturę zdań. O kilku zmianach poinformowałem w komentarzu pod tekstem z 15 stycznia, więc tutaj mam jasność, nie pamiętam jednak, kiedy zmieniłem “ciżmy” na “trzewiki”. Zmianę z 16/17 stycznia anulowałem.

Opowiadanie wrzuciłem na betę już 27 grudnia. Chciałem opublikować 6 stycznia, ale czekałem dodatkowy tydzień, bo do betowania zgłosił mi się jeszcze jeden człowiek, który ostatecznie z betą się nie wyrobił.

 

Jak mówiłem, sprawę mojego zgłoszenia pozostawiam osobom decyzyjnym. Ktoś chyba ma jakiś wgląd w historię zmian. Bo ja naprawdę nie pamiętam na 100%, kiedy wprowadziłem ostatnią poprawkę.

No dobra, muszę tu coś z siebie wyrzucić, bo nie daje mi to spokoju.

 

Pod wpływem zajadłej krytyki ze strony drakainy podmieniłem w moim opowiadaniu kilka słów na inne. Jestem na 99% pewien, że zrobiłem to jeszcze przed północą 15 stycznia, ale ostatnio jestem tak zakręcony, że nie mam co do tego absolutnej pewności.

 

Wiem za to, że 16 albo 17 stycznia usunąłem jedno słowo, ale natychmiast się zreflektowałem i dokonałem kolejnej edycji, przywracając je tam, gdzie było.

 

Swój los składam w ręce jurorów. Jeśli zostanę zdyskwalifikowany, zaakceptuję to, bo jestem gotów ponieść konsekwencje swojego roztargnienia. Choć mam cichą nadzieję, że do tego jednak nie dojdzie. Nie to, żebym ostrzył sobie zęby na miejsce w finałowej dziesiątce, bo na to jestem za cienki w uszach, ale fajnie byłoby chociaż dotrwać do końca i poznać oceny punktowe jury.

 

Nie wiem, czy jestem jedynym, który ma takie zdanie, ale osobiście uważam, że do czasu rozstrzygnięcia konkursu możliwość komentowania opowiadań powinna być wyłączona. Komentarze mogą przecież wpływać na ocenę jurorów, stwarza to też pole do nadużyć, wojen podjazdowych pomiędzy uczestnikami konkursu.

Zależy, co rozumieć przez debiut. To moje drugie ukończone opowiadanie, ale pierwsze, które wrzuciłem tutaj. Mam też na koncie kilka rozdziałów powieści, ale ten portal to chyba nie miejsce dla dłuższych form.

 

Co do tego południowego zachodu, to oczywiście masz rację. Wystarczyłby sam “zachód”.

 

Dzięki za pozytywny feedback. To budujące.

Nowa Fantastyka