Profil użytkownika


komentarze: 8172, w dziale opowiadań: 4410, opowiadania: 1671

Ostatnie sto komentarzy

Drakaino – jedno i drugie. Grupa zamknięta, ale powinna się ukazywać.

No i super, Jacku, Wiktorze i wybranietz. 

Gratuluję serdecznie. :)

Gratuluję, MrBrightside!

A, rozumiem. :)

Nie śledziłam tego wątku, bo takie głównie nowe legendy się w nim pojawiały, już po moich złotych portalowych czasach. ;) Cóż, wpisałam się przynajmniej w jedną z nich.

W tym numerze, oczywiście między innymi, jest fragment mojej "Pamięci lasu", do którego szczególnie zapraszam. :)

Zgadza się, kajam się. I właściwie od początku podejrzewałam, że wracam na kilka miesięcy, i niestety nadszedł właśnie ich kres.

Mnie ten nastrój właśnie zaczyna śmieszyć. W 6 odcinku była pewna rozmowa, wlaśnie mająca tworzyć napięcie, a wyszło -porobimy miny i ponuro opowiemy Wam, co było w poprzednich odcinkach, przy okazji robiąc przebitki na innych, ktorzy też nastrojowo gadają o dupie Maryny. Główna bohaterka cały czas mówi głosem, jakby zaraz miała umrzeć. A co do Zwierzchowskiego – polecane przez niego książki zazwyczaj przypadają mi do gustu, seriale za to prawie nigdy. I z tego powodu właściwie od początku podchodziłam do Devs jak do jeża.

Devs. Skończyłam 6 odcinek, ale od czwartego oglądam wyłącznie dla niezamierzonych efektów komicznych. Po drugim kieliszku wina zabawa jest świetna. Główna aktorka gra tak niesamowicie źle, że mam wrażenie, że na casting musiała wysłać kogoś innego.

Dziękuję Wam bardzo. :)

Dziekuję, dziewczyny i chłopaku. :)

Dawno się nie chwaliłam. Ale teraz z grubej rury. W ostatniej Nowej Fantastyce ukazała się recenzja mojej zapowiedzianej książki, “Szepty na wzgórzach”, kontynuacji “Pamięci Lasu” (miała być w kwietniu, przez epidemię się na razie nie ukaże, może e-book będzie przed wakacjami), ale tak naprawdę nic nie mogę powiedzieć na sto procent).

Recenzja dotyczy głównie “Szeptów…”, jednak ma też momenty, w których odnosi się do obydwu tomów. No i na 6 punktów ma 5, co sprawia, że już trochę za długo jestem w euforii. :)

 

Czy ja się mogę wepchnąć na bezczela? Zresztą, właśnie to zrobiłam.

Zerknijcie, proszę, na stronę 70, z recenzjami książkowymi, jak już przeczytacie opowiadania i felietony (albo może – zanim to zrobicie).

Dałabym tu teraz szereg infantylnych emotikonek, ale niestety portal ma ograniczony wybór. laugh

 

Fantastyka na luzie – książka, film, serial. Jest i grupa, i strona, ale na grupie więcej się dzieje. :)

MaSkrol – słyszałam dużo dobrego o tych dwóch książkach, m.in. właśnie to, że to co najmniej liga wyżej niż Grisze. Nawet zaczęłam czytać, ale mnie nie wciągnęło, chociaż tak, przyznaję, że napisane są porządnie. To już chyba moje widzimisię – za nic nie mogę się przekonać do przygód szesnastolatków o mentalności czterdziestolatków. ;)

Chociaż… Przecież słuchałam wszystkie części “Igrzysk Śmierci” i to nie było złe. Gaiman dla dzieciaków też ok (”Księga Cmentarna”)!

 

O, jakoś mi umknął ten temat. Od jakiegoś czasu jestem w pewnej grupie na FB związanej z fantastyką, bardzo sympatycznej. Tworzą ją głównie kobiety, młodsze, starsze, ale w większości jednak dorosłe. I zdumiało mnie, jak bardzo zajawione są na YA. To jest główny temat ich rozważań. Głównie Maas, Bardugo i jeszcze kilka nazwisk. Bardugo nawet próbowałam czytać, poległam w połowie drugiego tomu Trylogii Griszów. Maas – wystarczyło mi kilka akapitów jednej z książek udostępnionych w sieci, by się zorientować, że za cholerę nie rozumiem popularności (dużo poprawiania rudych loków, strzelania błękitnymi oczami, infantylnych przekleństw).

Nie, nie jestem targetem. Z synem czytałam Harry’ego Pottera, Zwiadowców, Baśniobór – nudziło mnie to okrutnie.

Właściwie jedyna książka z tej kategorii, którą przeczytałam bez bólu, było “Pół króla” Abercrombiego. Trylogii nie skończyłam, no bo aż tak się nie wkręciłam, ale jednak – bohaterowie byli niejednoznaczni, ciekawie skonstruowani. Ale to w końcu Abercrombie.

Panie, to już się nagrywa?

Więc nim Heniek zobaczył Matkę Boską, miał sen o pszczołach. Był ranek, gdy mi o tym opowiedział. Pamiętam. Ja pamięć mam lepszą niż słoń. Czekałem na śniadanie i czytałem w “Polityce”, jak Rakowski tłumaczy się z cen umownych. Danka gotowała jajka i parówki i smarowała chleb margaryną, a dzieci kotłowały się pod stołem. Kuba okładał Adasia gumowym smokiem chińskim i śmiał się okropnie, Adaś wrzeszczał, Danka darła się na nich obu, ja uciszałem ich wszystkich i próbowałem czytać tego Rakowskiego. Słowem, był pierdolnik jak to zawsze u nas o siódmej rano.

A ja mam wrażenie nieustannego deja vu. Dyskusję na dokładnie taki temat (rzeczywistego czy też wyimaginowanego obniżenia poziomu nominowanych tekstów) pamiętam z początków mojego pierwszego lożowania. A to było, nie wiem, z pięć lat temu? Raczej nie mniej. Ta dyskusja nie była w żaden sposób tak obfita i burzliwa, nie wyszła też zdaje się poza lożowe wątki (ale to tak dawno temu było, że chyba nic się nie stanie, jak wspomnę), ale jej sedno pozostało to samo.

System dyżurnych sprawił, że teksty nie umykają tak jak to się działo w zamierzchłej przeszłości, kiedy o nominacji decydowało właściwie wyłącznie szczęście. Problemem rzeczywiście jest to, że jeszcze chwila, a nikomu nie będzie się chciało w tej loży siedzieć.

EDIT :A miejsce życia, przyjaźni, rozmów etc. było tu zawsze. Ja tego teraz tak nie czuję jak kiedyś, bo po prostu znacznie rzadziej tu jestem, ale mam mnóstwo wirtualnych i trochę realnych znajomych stąd do tej pory, z których część też się już nie udziela prawie w ogóle albo w ogóle.

Merytoryczne wnioski? Nie ma och, ach i omdleń, są konkretne, podane bez egzaltacji uwagi i gdybym takie komentarze przeczytała pod moimi tekstami to szczęka by mi nie opadła, gdybym potem zobaczyła nominację. To tyle, bo wpadłam do tego wątku akurat teraz, większości pozostałych komentarzy nie czytałam, więc nie będę się wymądrzać.

Człowieka z Wysokiego Zamku porzuciłam po pierwszym odcinku. Wydał mi się serialem pełnym manekinów. Może za wcześnie?

Tales from the Loop na Amazonie. Na razie jestem zaskoczona. Niespieszne sf, po trzech odcinkach wciąż nie wiem, do czego zmierza. W dziwny sposób zasysające.

U mnie właściwie jak u Rosebelle, łącznie z tym niedawno bardzo głośnym reportażem, który mną również wstrzasnął. Szort jest ok, tylko za dużo w nim elementów, które odwracają od tego prostego faktu uwagę.

Błędów trochę narobiłeś, ale głównym problemem jest to, co napisali niektórzy przede mną. Opowiadanie w żaden sposób nie jest horrorem – ot, scenka z życia rodziny, a na końcu kot naskoczył na złodzieja. Finito.

Jakiś potencjał na pewno jest, chociażby w tym, że nie lecisz z historią na złamanie karku, potrafisz zatrzymać się na szczególe. Jednak do zajmujących opowiadań jeszcze trochę drogi masz.

Tak, przydałaby się jakaś korekta, bo interpunkcja i składnia sprawiają, że przez tak krótki tekst brnie się z mozołem. Pomysł jakiś jest, ale skoro jego wytłumaczenie zabrało ci niewiele mniej miejsca co samo opowiadanie – no to coś tu chyba jednak z jego przedstawieniem nie gra.

Daj znać jak poprawisz wskazane błędy. Chętnie wówczas przeczytam.

Podobało mi się, chociaż spodziewałam się jakiegoś bardziej wstrząsającego zakończenia. Nie wiem, wydawało mi się, że historia w pewnym momencie przestanie być żartobliwa, ujawni się jakieś drugie dno.

No tak, ale to moje widzimisię. Fajny tekst.

Podobało mi się, tym razem jednak głównie ze względu na formę. Temat może rzeczywiście w taki czy inny sposób przerabiany, jednak forma sprawiła, że wciągasz czytelnika w historię, a przede wszystkim w bohatera.

Ja teraz oglądam “Fargo” na HBO. To serial sprzed paru lat, ma trzy sezony, jestem na ostatnim. Każdy sezon co najmniej dobry, każdy inny. Pierwszy moim zdaniem był rewelacyjny, najbardziej klimatem podobny do filmu.

(Joseheim – ale nie, to nic co by pasowało do Twoich oczekiwań. Bez katastrof, dylematów moralnych, śmierci i kalectwa – hm, to takich chyba nie znam.)

 

A następny w kolejce – “Co robimy w ukryciu”. Już się nie mogę doczekać, bo słyszałam sporo dobrego, no a film był świetny.

Ja tak nie mam. Nie zaczynam pisać, dopóki nie mam wszystkiego przemyślanego od a do z.

Dobry klimat, są budujące nastrój detale, czająca się groza. Podobało mi się. Kliknęłabym bibliotekę, ale już za późno.

Ten tekst ma w sobie urok, w samej końcówce, która zmieniła moje podejście do niego. No bo większość czasu wydawał mi się taki sobie, ot, przeczytać i przejść do następnego, jednak finał… No, ładnie wyszedł.

Sama nie wiem, co napisać. Bo tekst płynie ładnie, baśniowo, dla mnie zdecydowanie zbyt baśniowo. A jednak jest w nim coś, co nie pozwala się od niego oderwać. Zgadzam się z Ninedin, że styl jest większą zaletą niż sama fabuła, ale, no cóż, w tym przypadku wystarczyło, by mnie przykuć do monitora. Bibliotekę klikam bez dwóch zdań.

No dobra, to było dziwne. Ale parę razy mnie rozbawiło, więc jak na tego typu tekst nie mam większych wymagań.

Ten tekst bardziej przypomina pośpieszne notatki do opowiadania niż właściwe opowiadanie. Mam wrażenie, że im dalej, tym bardziej jest niedbałe.

Błędy robisz wszelakie – interpunkcyjne, źle zapisujesz dialogi, powtórzenia (zwróć uwagę, jak często stosujesz czasownik “być”). 

Wprowadzasz postać i od razu dajesz jej opis, w osobnym akapicie, za każdym razem stosując podobny wzór.

Imię jej to Anna Gruszka – bardzo długie imię i do tego dwuczłonowe, przysięgłabym, że Gruszka to nazwisko.

Ale przede wszystkim opowiadanie jest niedbałe. Przysiądź nad następnym dłużej.

Ninedin: Czy Waszym zdaniem dostaliście za te opowiadania, które sami/e najbardziej cenicie?

 

Nie. Uważam, że moje niepiórkowe np. “Królowa”, “Gość w dom, Bóg w dom” lub “Gorączka” (którą z portalu zdjęłam) były znacznie lepszymi tekstami niż np.  “Pierwsza żona”, “Ostatnia z rodu” lub “Zamiana”, które piórka dostały.

Dziękuję. Opłacało się wrzucić link dla takiej opinii. :)

“Snowpiercer”, tego samego reżysera, który wyreżyserował Parasite, Joon-ho Bong. I, o żesz, kompletnie nie tego się spodziewałam.

A proszę, proszę. Sztos, to prawda.

Więc dziś przychodzę z kolejnym sztosem – przedwczoraj skończyłam drugi sezon koreańskiego serialu Kingdom na Netfliksie i już jestem na głodzie. Na szczęście skończył się tak, że jasno daje do zrozumienia, że trzeci też będzie, ale naprawdę trudno będzie mi się doczekać. Między pierwszym a drugim cierpiałam nieznośnie, teraz zanosi się na to samo. 

Oglądajcie, bo to chyba jeden z najbardziej niedocenionych seriali. Piękny wizualnie, ze świetnie wykreowanymi bohaterami, którym się kibicuje albo pragnie ich śmierci. Jest polityka, są zombiaki, jest kawał koreańskiej tradycji.

Rosebelle – ja byłam dość “popularna” na portalu, kiedy skończyłam swoją pierwszą książkę, więc betujących znalazłam całkiem sporo. Drugą dałam już do przebetowania tylko jednej osobie (oprócz męża, ale powiedzmy jego cielęcy zachwyt moją osobą jakoś go jednak dyskwalifikuje). Co do trzeciej, którą właśnie piszę, to nie mam pojęcia. Zastanawiam się, czy w ogóle komuś dać, czy jednak zaufać już wyłącznie sobie.

Natomiast myślę, że Twoja książka byłaby czymś, co mogłoby mnie zainteresować. Więc kończ i daj znać. :)

No patrz, komentarz Irki wyjaśnił mi wiele, a po Twoim tekście pozostałam zaintrygowana, ale z głupią miną. Tylko cóż, ja filozofię na studiach też miałam, skończyłam zdaje się z tróją, chociaż wydawało mi się, że jestem genialnie przygotowana. ;) Więc może nic dziwnego, że niewiele tu z rozumiałam.

Minus za taką przewidywalność, że aż głowa boli. A piszę to ja, czyli ktoś, komu przewidywalność rzadko przeszkadza. ;)

Dobrze napisane, czytało się całkiem przyjemnie.

Mnie się czytało nieźle. Nie za bardzo rozumiem narzekań na wątek romansowy, bo zajmuje raptem kilka linijek i jakoś specjalnie się nie narzuca. A przynajmniej wiadomo, że bohater ma jakieś życie prywatne, co w przypadku tego typu osobowości chyba nie jest oczywiste.

Natomiast to nie jest tekst dla mnie. Jakoś tam zdaję sobie sprawę z opisywanych zagrożeń, jednak paranoja i frustracja mnie bardziej irytują niż przekonują. Nie przeczytałam większości komentarzy i nie wiem, Autorze, jakie sam masz zapatrywania na te sprawy i – w gruncie rzeczy – akurat w tym przypadku niewiele mnie to interesuje. Patrzę na tekst jako tekst. A ten, jak już napisałam, czytało mi się nieźle. Chociaż chyba raczej bardziej jako ćwiczenie niż pełnoprawne opowiadanie, bo podobnych monologów frustratów jest w necie pełno, niekoniecznie na portalach literackich.

Podobało mi się. Koncept wybrańca i przepowiedni, którzy są stworzeni dla okoliczności, nie jest na pewno jakiś wyjątkowo nowy i oryginalny, ale ja zawsze lubię o nim czytać. Zresztą, to nie zarzut, bo sama kiedyś napisałam opowiadanie oparte na tym pomyśle i cały czas myślę, by je poszerzyć, musiałabym więc narzekać również na siebie. ;)

Napisane bardzo przyzwoicie, mimo pewnej przewidywalności czyta się dobrze.

Ode mnie głos do biblioteki.

Popieram – Outsider jest wspaniały.

Ale na HBO jest też wreszcie drugi sezon Babylon Berlin i to jest jeden z najlepszych seriali, jakie obejrzałam kiedykolwiek. Polecam jak mało co.

Wicked, Drakaino, Ninedin – ogromne gratulacje!

Obyczajowe wątki mi zazwyczaj nie przeszkadzają, niezależnie od stężenia, jeśli są sensowne i dobrze poprowadzone. To co mi często przeszkadza i co, jak uważam, często rujnuje całą opowieść, to wątki romansowe.

Widziałam “Jo Jo Rabbit”, “Parasite”, “Pewnego razu w Hollywood” oraz “Joker”. Każdy inny, każdy co najmniej dobry. Emocjonalnie chyba najbardziej podziałał na mnie “Jo Jo Rabbit”.

“Dwóch papieży” to dla mnie też zawód. Wyszła trochę jednak laurka, co w dzisiejszych czasach wydaje mi się lekko niesmaczne. Natomiast aktorsko cudowny, chociaż retrospekcje moim zdaniem niepotrzebne, zwłaszcza dlatego, że aktorzy z nich nie wytrzymują porównania z Hopkinsem i Prycem, przez co te fragmenty wyglądają jakoś tak bidnie.

 

EDIT: A z animacji widziałam “Toy Story” oraz “Jak wytresować smoka”. Fajniutkie.

 

Marasie, a jakbyś napisał o żeńskiej formie androida? Android?

Opowiadanie mi się podobało. Bohaterowie z charakterem, ta z krwi i kości i te niekoniecznie. Pomysł przeniesienia Trójkąta Sudeckiego w kosmos ciekawy, podobnie jak tej dla mnie niezrozumiałej górskiej gorączki, która ludzi w nie pcha wbrew rozsądkowi.

Jak już napiszesz, o jaki zbiór zasad Ci chodziło, to po chwili, od nieużywania większości w teorii, a pierwszych trzech w praktyce od lat, przypomniałam sobie ten, o którym mowa. Niewiele mi to pomogło.

A tak poza tym to mogę podpisać pod opiniami Dogsdumpling oraz Drakainy.

Spierniczyłam styczeń koncertowo, za co przepraszam i zabieram się za luty.

Gratuluję, Dogs!

 

Mnie się Ostrze (i cała trylogia) bardzo podobało. Abercrombie ma niezwykły dar do tworzenia ciekawych, niejednoznacznych bohaterów. Ale też tak ostatnio mam, że mało co kończę. Np. Czerwoną krainę tego samego Abercrombiego porzuciłam po dwustu stronach, a zmuszalam się do czytania tak długo, no bo, kurczę, Abercrombie. Ostatnio porzuciłam "Pięść" Bożeny Walewskiej, chociaż tyle dobrego o tym czytałam. Styl pisania jest taki baśniowy, niemal przypowieściowy, i zupełnie nie mogłam się wczuć w historię, a już w ogóle w bohaterów.

O, kurczę, dobra robota, kam. I niektórzy mają naprawdę imponującą liczbę tekstów. Gratuluję wszystkim, którzy są na liście.

Super, Tenszo! Gratulacje. :)

Koty, koty, wszędzie koty. Do miłośników kotów podchodzę z pewną nieufnością (chociaż sama kiedyś jednego miałam) i kiedy widzę, że w tekście ZNOWU jest kot, to tylko przewracam oczami.

Ale tu, niespodzianka. Pod sam koniec opowiadania moja zdegustowana mina zmieniła się w minę uśmiechniętą. Kliknęłabym, gdyby było jeszcze co klikać.

Wierzę Rybakowi, że w swojej klasie ten szort jest super. Ale ja jestem w innej klasie, więc nie za bardzo to dostrzegam.

To jest całkiem fajny tekst, tylko szkoda, że wciąż sporo w nim usterek. Są błędy z formatowaniem, interpunkcją, w niektórych miejscach składnia też wydaje mi się niezgrabna. Ale masz potencjał. Widać, że próbujesz układać ładne, plastyczne zdania i w wielu miejscach Ci się to udaje. Jestem przekonana, że będzie tylko lepiej. :)

Czy kiedy jeden z bohaterów zginie, to drugi zajmie się dwiema rodzinami?

Czytało się dobrze, bo opowiadanie jest dobrze napisane i chciałam się dowiedzieć, co będzie dalej. Tajemniczość jak tajemniczość, to raczej zaleta niż wada. Jednak są takie momenty, które nie sprawiają wrażenia tajemniczych, ale raczej nieprzemyślanych, jak właśnie krew z ucha czy odpowiedź na pytanie, które zadałam powyżej.

Podobno ma też być recenzja mojej “Pamięci Lasu” (autorstwa mistrzyni sf, Marianny, więc się boję jak cholera). No i jeszcze w planach był jej fragment (książki, nie Marianny), ale nie wiem, czy coś z tych planów zostało. W sumie promocja tej książki to ciąg tego, że ktoś o czymś zapomniał, coś się gdzieś zgubiło, więc jeśli fragment rzeczywiście będzie, to ja będę cała w skowronkach.

36.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z… jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie:

Trupia różdżko, złap matołka, 

Wrzuć z powrotem do kociołka.

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę.

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć.

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru. 

 

                                                                                                 ***

 

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami.

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden?

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek.

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki.

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir… piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę.

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

 

29.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z… jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie:

Trupia różdżko, złap matołka, 

Wrzuć z powrotem do kociołka.

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę.

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć.

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.

Bardzo sprawnie napisany tekst, klimat też niczego sobie. Zgadzam się jednak z tymi, którzy zwrócili uwagą na zbyt szybkie przeskoki. Miałam wrażenie pewnego chaosu i zastanawiałam się, do czego te wszystkie krótkie, rozedrgane nici poprowadzą. Bo zasugerowałeś mnóstwo problemów i wątków, które w końcu jednak doprowadziły do rozczarowującego dla mnie finału. Waga wszystkiego, co poruszyłeś w tym opowiadaniu, wydaje mi się niewspółmiernie wysoka w porównaniu z wagą zakończenia.

Zewsząd, ale jakoś tak głównie z reportaży.

po prawdzie, to tylko gdybanie i wolałbym nigdy się o tym nie przekonać :).

Że tak polecę truizmem – to zawsze jest gdybanie i nikt nie wie, jak by się zachował w sytuacji ekstremalnej, dopóki ta sytuacja nie nastąpi. I zachowanie Twoich bohaterów uważam za równie prawdopodobne, jak wiele innych alternatywnych.

MOŻLIWE SPOJLERY (chociaż po co ja to piszę, z komentarzy wyżej wszystko już wiadomo;)).

Powiem szczerze, że nie za bardzo rozumiem zarzuty dotyczące braku logiki w zachowaniu bohaterów. Przecież oni wszyscy umierają, dni wszystkich są policzone, chodzi tylko o to, by tej resztce  życia nadać jakikolwiek sens (popraw mnie, Jagiellonie, jeśli nie mam racji, wszystkich komentarzy nie czytałam). To nie są żołnierze na wojnie, którzy mają duże szanse na powrót do domu, więc ryzykowanie życia dla zdjęcia i sprawienia komuś kilku chwil szczęścia byłoby rzeczywiście trudne do zrozumienia. To umierający ludzie w pozbawionych nadziei okolicznościach.

Mnie się bardzo podobało. Mam nadzieję, że ktoś dokliknie do biblioteki.

Kłobook dziś ogłosił na FB, że się zamykają (powody osobiste/zdrowotne, tak napisali). Wiadomo, różne rzeczy mogą się zdarzyć i nigdy nie wiadomo, jak potoczą się losy wydawnicze kogokolwiek, ale to, co spotkało autorkę ostatnio promowanej u nich książki to coś, co mnie się wydaje wyjątkowo przykrą sytuacją: wydała pierwszy tom debiutanckiej książki, kolejne się nie ukażą i zostaje z tym jednym tomem i zapewne rozgrzebaną historią. I jeszcze do tego sprzedaż tylko przez stronę wydawnictwa, którą zamykają z końcem roku.

Rany, serio, to chyba najgorsze, co może spotkać początkującego autora, któremu udało się znaleźć wydawnictwo, jakiekolwiek by ono nie było.

 

EDIT: Avinnon, o proszę, Oficynka tak działa? Nie miałam pojęcia. Oni wydawali antologię opowiadań z jakiegoś otwockiego konkursu, w którym zdobyłam wyróżnienie, więc potem, jak szukałam wydawcy, to wysłałam książkę także do nich. Ale w ogóle się nie odezwali. Ciekawe, czy coś im się tam pozmieniało, czy zawsze mieli tę dziwną opcję.

Elanar napisał:

Tekst jest w zasadzie suchym opisem wydarzeń następujących w Takato. O przewijającym się Viktorze nie wiemy nic i tak też pozostaje po zakończeniu opowiadania. Atmosfera jest żadna, bo bardzo szybko rozkręcasz jatkę i ta w zasadzie już się nie kończy. A to niedobrze, bo jeśli nie dajesz czytelnikowi chwili na złapanie oddechu, to kolejne krwawe epizody nie robią już wrażenia. 

I ja mogę tylko się pod tym podpisać. W Twoim tekście jest jakaś historia, nawet jeśli niekoniecznie oryginalna, są jacyś bohaterowie. Mimo to wszystko czyta się jak pospieszną relację, w której nie ma miejsca na napięcie, stopniowanie grozy, jakiekolwiek emocje – a bez tego opowiadanie, a już na pewno horror, nie istnieje.

Jednak jest w tym Twoim pisaniu coś takiego, co nie pozwala na potraktowanie go zwykłym wzruszeniem ramion. Tylko pracy przed Tobą multum, bo wszystko jest niedopracowane i po łebkach.

Dzięki, Naz.

No cóż, nie mam się co kłócić. Miał być przyjemny, lekki tekst, bez specjalnych ambicji poznawczo-intelektualno-moralno-cholerawiecojeszcze, i tak chyba właśnie wyszło. ;)

No, no, i to jest całkiem porządne opowiadanie! Aż chciałoby się, żeby było dłuższe, bardziej rozwinięte. Chociaż w tej krótkiej formie też ma swój urok, bo zwodzi czytelnika. Mnie na początku wydawało się, że będzie to lekka, żartobliwa opowiastka o trzech niezbyt lotnych wojownikach, a wyszedł horror z grubej rury. Odpowiednio zamotany, odpowiednio krwawy i trzymający w napięciu.

Masz talent, Hazel. Koniecznie pisz dalej. Na razie ode mnie biblioteka.

Poprawiłeś? Bo coś nie widzę.

Tekst, jako ćwiczenie warsztatowe może się sprawdzić, gdyby wykonanie było lepsze i gdybyś rzeczywiście miał zamiar się na nim uczyć. Używasz czasem dziwnych zwrotów, które sprawiły, że kilka razy zatrzymałam się, próbując sobie wyobrazić, jak opisywana rzecz mogłaby wyglądać.

Przykłady (chociaż pewnie już ktoś z moich poprzedników zwrócił na to uwagę):

“prysnęły tumany kurzu”, “bezwładnie opadł na cztery łapy” (bezwładnie na cztery łapy? jak?), “niedoszlifowany fortepian” (znaczy, tu chyba rozumiem, o co ci chodzi, ale to jednak za cholerę nie pasuje), “brzęczący smutek, żal i gorycz”, “labirynt krzątaniny”, “jednym ciosem pozbawiły książkę kartek” (chciałabym zobaczyć ten cios. I tę książkę), “twarz Anny obskoczył obfity rumieniec”, “wybiegła z klasy i pokuśtykała… (co się stało, że nagle zaczęła kuleć?). I tak dalej.

Metafory nie są złe, oczywiście, wręcz przeciwnie. Tylko muszą mieć jakiś sens.

Aha, i nie wydaje mi się, że “Metro” można nazwać sagą. Sprawdź sobie, co to słowo znaczy.

Nie dość, że ja w ogóle jestem dość cięta na stylizowanie, to jeszcze patos tej Twojej zupełnie mnie dobił. ;) Jeśli to Twoje pisarskie początki – proponowałabym jednak zacząć od czegoś innego. Stylizacja to trudna rzecz, nawet dla doświadczonych. No, właściwie tyle, bo nie ma sensu za dużo się powtarzać po poprzednikach. Życzę Ci powodzenia w dalszych próbach. :)

Nowa Fantastyka