Profil użytkownika


komentarze: 1148, w dziale opowiadań: 544, opowiadania: 424

Ostatnie sto komentarzy

mr.maras:

No właśnie. Ja i Rrybak pokazaliśmy swoje (jak się okazało zbyt słabe dla MC) teksty konkursowe. A gdzie reszta odrzuconych?

 

No cóż, miałem wrzucić mój tekst do działu opowiadań, ale zmieniłem zdanie. :) Poniżej wyjaśnię, dlaczego.

 

Sporo czasu przeznaczonego na pisane zajęło mi wymyślanie uniwersum. Niedługo przed deadlinem zacząłem wyjmować z niego fragmenty, aby upchnąć je w opowiadaniu. Efekt takiego sztukowania okazał się jednak fatalny: przede wszystkim popełniłem błąd, który Marek Oramus w satyrycznym eseju “Siedem grzechów głównych polskiej fantastyki” określił jako “czy ktoś wie dokąd jadę?”. No więc, nie wiedziałem za bardzo dokąd jadę. ;) Dlaczego więc odważyłem się wysłać ten tekst? Prawdę mówiąc, ośmieliły mnie te oto słowa mc skierowane do jednego ze współkonkursowiczów: … IMO nie ma takiej potrzeby. Jeśli Twój tekst trafi na podium, to i tak będziemy nad nim jeszcze pracować redakcyjnie, i wtedy naniesiesz te zmiany. Tak więc pomyślałem sobie, że a nuż mój pomysł na tyle spodoba się redaktorowi, że poprawki będę mógł nanieść później. :D

 

Bardzo mi jednak szkoda porzucać wymyślone uniwersum i związane z nim pomysły, dlatego postanowiłem jeszcze raz przejrzeć opowiadanie, poprawić je i ponownie przesłać, tym razem na ogólną skrzynkę działu literatury polskiej. Następnie poczekam dwa miesiące i jeżeli nie będzie odzewu jeszcze raz poprawię opowiadanie (w końcu – jak ktoś powiedział – sztuka pisania w dziewięćdziesięciu procentach polega na poprawianiu) i znowu je wyślę, ale tym razem w inne miejsce, bo trzeba wypróbowywać rozmaite kanały dystrybucji. (Może “Fahrenheit”?).

 

PS (krótko, bo się rozpisałem za bardzo ;) ): Mam opracowany świat, i dobierając z niego nowe elementy mogę napisać inne opowiadanie, choć zbliżone treściowo do poprzedniego. A starej niedoróbki nie warto publikować, bo czytelników należy szanować bardziej niż redaktorów (żart).

A ja, zgodnie z regulaminem, powinienem zostać skreślony już we wrześniu. I chociaż obiecałem jeszcze pokomentować w październiku, to jednak zdecydowałem się całkowicie zrezygnować z dyżurowania. Myślę, że dobrze mi zrobi przejście na pozycje ocenianego, tak więc już od tego miesiąca będziecie mogli zacząć pastwić się nad moimi tekstami w działach publicystyki lub opowiadań. Miłego komentowania, szczególnie nowym dyżurnym. :)

Gratulacje dla zwycięzców! :D

 

Też się nie udało, ale może to lepiej, bo mam szansę rozwinąć swój pomysł (inspirowany w większym stopniu opowiadaniami Woody'ego Allena niż klasycznym fantasy) w bardziej zajmującą i spójną historię.

To ja pewnie jestem pierwszy od końca, bo moje główne opowiadanie konkursowe nie sięgnęło 14000 znaków, a napisany w ostatniej chwili szort mógłby wziąć udział w konkursie spodenkowym na dawnym forum pisma “Science Fiction, Fantasy i Horror”, gdzie limit wynosił 3500 znaków (ze spacjami).

Myślę, że jednak szkoda byłoby marnować takiego zaangażowania portalowiczów oraz kilkumiesięcznego wysiłku związanego z czytaniem i ocenianiem ich prac. Dlatego sugeruję, w razie braku podium, jakiś tekst podsumowujący połączony z uwagami warsztatowymi.

No cóż, jak już wspominałem, decyzję Loży przyjmuję z należną pokorą. Ponieważ jednak nie zostałem jeszcze wykreślony z grafiku, przeczytam przypadające na mój dyżur opowiadania (zrobię to nawet po wykreśleniu).

 

Najwyższy zresztą czas, żebym i ja wreszcie zamieścił na Portalu jakieś opko. Wziąłem wprawdzie udział w Nieformalnym Konkursie Fantasy, ale wyników jeszcze nie ma, a pamiętam, że obiecałem kiedyś napisać opowiadanie wyjaśniające, dlaczego Kosmici są tacy idealni w porównaniu z Ziemianami. Może więc powinienem je wreszcie napisać i powalczyć o piórko?

Przykro mi, ale ja także nie będę w stanie wyrobić się z limitem na sierpień.

To nie szorcik, tylko scenka, ale dobrze napisana i warto by umieścić ją w jakimś prawdziwym opowiadaniu, mającym początek, środek i zakończenie.

Mroczny rycerz ratuje papieża. Prawdę mówiąc aż do końcówki myślałem, że to szatan ratuje papieża i ten koncept wydał mi się zabawniejszy. :) Poza tym: czy Batman jest katolikiem, skoro zwraca się do biskupa Rzymu "Ojcze Święty"?

Zastanawiam się nad czymś takim: Opowiadanie nawiązuje do archetypu "mądrego kosmity" (bardziej zaawansowanego pod względem poznawczym i moralnym), czy jednak nie byłoby zabawniejsze, gdyby do analizy ziemskich obyczajów wyznaczyć sztuczną inteligencję albo trzymających się sztywnych procedur badaczy (i w obu przypadkach ukazać ich kompromitację)? Otrzymalibyśmy wtedy satyrę zarówno na ziemskie obyczaje, jak i na pewnego rodzaju wizje sztucznej inteligencji oraz działalności badawczej i obie te satyry nawzajem by się wzmacniały. W obecnej postaci zaś element satyryczny osłabiony został przez wyeksploatowaną i mało realistyczną wizję "dobrych kosmitów".

 

Poza tym akcja nagle zostaje przerwana i otrzymujemy zakończenie na zupełnie inny temat: nieoczekiwanie czytelnik dostaje publicystyczną satyrę polityczną, chociaż można przecież z dotychczasowej akcji łatwo wyciągając element zaskoczenia.

 

Ogólnie jednak opowiadanie jest sympatyczne i zasługuje na rozwinięcie.

Rzeczywiście, wszystko dzieje się zbyt szybko, jakby to był bardziej szkic, niż pełnoprawne opowiadanie. Można by też darować sobie zbędne ozdobniki, w rodzaju:

 

(…) naukowiec szedł naturalnym dla niego, szybkim krokiem (…)

 

Czy to istotne dla fabuły, że taki sposób chodzenia był dla niego naturalny?

 

Ponadto:

 

Gdy w dwa tysiące trzysta dwudziestym siódmym roku doszło do ataku terrorystycznego

 

– Pamiętacie zamach w dwa tysiące trzysta trzydziestym siódmym?

 

Chodzi o ten sam zamach terrorystyczny?

Już na początku lektury nabrałem podejrzeń:

 

(…) poganiany przez wydawnictwo które chciało mieć jakieś moje opowiadanie w tym roku (…)

 

które wyjaśniły się w następnym zdaniu:

 

(…) ale wydawnictwo które męczyłem telefonami co godzinę było nieubłagane (…)

 

Tak więc tylko chciejstwo wannabe autora kazało mu pomieszać namolne indagowanie przez niego pewnego wydawnictwa z pragnieniem zakupu przez owo wydawnictwo jego tekstu.

 

Następnie wannabe autor cofa się za pomocą wehikułu czasu do 2 lipca 1985 roku, aby namówić znajomego autora na warsztaty literackie. W tym celu udał się do jego domu:

 

Kiedy pojawił się i zaoferowałem mu prowadzenie kursów pisania fantastyki naukowej (…)

 

A powinieneś – drogi wannabe autorze – zacząć od modnego ostatnio zawołania: „Jest pan moim fanem!”

 

(…) on się zdziwił, że mnie widzi i odmówił nie wierząc że mi coś źle idzie .

 

A czy kiedykolwiek przeczytał to, co napisałeś?

 

Przez kilka kolejnych dni próbowałem go namówić, ale on zdenerwowany odmawiał mi za każdym razem .

 

Bo trzeba było – skoro już cofnąłeś się do lat 80. – zamiast do znajomego pisarza, udać się do Klubu Tfurców.

Pragniemy pana zaprosić na I zjazd Sojuszu Patriotów, ufam że pan jako wiarygodny i obiektywny dziennikarz polityczny (…)

 

Po czym prawicowi politycy poznali, że Arkadiusz jest “wiarygodnym i obiektywnym dziennikarzem politycznym”? Po tym, że w swoich tekstach stosuje prawicową interpunkcję.

Jak napisał gdzieś Karol Marks: “Za pierwszym razem koniec świata przejawia się jako tragedia, za drugim jako farsa”. Zabawne.

Dziś kończy się termin konkursu – ale! Wychodzi na to, że ponieważ konkurs nieoficjalny, to i termin też ;-) Jeśli jest takie zapotrzebowanie, to jasne, czemu nie – jak się umówimy na poniedziałek 07.07 będzie OK?

 

Naprawdę można przesyłać do siódmego lipca? Bo wprawdzie właśnie skończyłem dziś pisać konkursowe opowiadanie, ale cóż, jest ono nieodleżane, więc te parę dodatkowych dni bardzo by mi się przydało.

No cóż, nie wypełniłem majowego limitu lektury i komentarzy. I chociaż w pewnym stopniu przyczyniła się do tego awaria grafiku, to jednak nie zamierzam na nikogo zrzucać odpowiedzialności, traktuję to jako wyłącznie swój błąd, czy też niedopatrzenie.

 

Tak się jednak składa, że obecnie intensywnie pracuję nad opowiadaniem na nieoficjalny konkurs fantasy ogłoszony przez _mc_ (a ponadto nad pewnym zaległym artykułem i jeszcze jednym obiecanym szortem), dlatego nie chcąc zanadto rozpraszać swojej aktywności:

 

Składam wniosek o urlop na czerwiec.

 

Przy czym, jeżeli w tej sytuacji (dwa miesiące bez komentarzy pod rząd) regulamin nakazuje skreślenie mnie z listy dyżurnych, przyjmę tę decyzję z należną pokorą.

Przyznam, że czytało mi się przyjemnie. Do zakończenia, które niezbyt pasuje do reszty. Co na przykład wynikało z tego, że w czasie swojej przygody Kamil wiedział co robić, gdy wróci do domu i znał swój cel i co wywołało takie refleksje? No i co się tak naprawdę z nim działo podczas tej “przerwy w życiorysie”? “Calima” składa się z wciągającego wstępu oraz szkicowego środka i zakończenia. Warto te części rozwinąć.

Kolejna wariacja na temat “Gwiazdy” Herberta George’a Wellsa. Nie jest to wadą, w końcu nie istnieją w pełni oryginalne pomysły, oryginalne może być co najwyżej ich ujęcie. Jednak po “Melancholii” Larsa von Triera może być trudno wywołać należyte wrażenie tego rodzaju tematyką. Ale na przykład Arthur C. Clarke w opowiadaniu “Dziewięć miliardów imion Boga” wyszedł z podobnego, co Wells, punktu – czyli od zagrażającej Ziemi kosmicznej katastrofy – tyle że obrócił to zagadnienie o 180 stopni. Opowiadanie Clarke’a też jest już wprawdzie leciwe, ale pokazuje, że jak się zastanowić, to nawet z banalnego tematu można wyciągnąć coś oryginalnego.

Ta “ciemna, szara postać stojąca w rogu pokoju” nijak nie wynika z treści opowiadania. To się nazywa deus ex machina i jest błędem (o ile nie piszesz imitacji dramatu antycznego). Niech twoim następnym zamiarem będzie powiązanie owej stojącej w kącie istoty z opowiadaniem.

No dobra, wezmę udział. Przy czym jednak zamierzam kierować się przede wszystkim gustem własnym (nie wykluczam mieszanki SF i fantasy). Jeśli zaś chodzi o teksty odrzucone, to sugerowałbym ich sukcesywne wklejanie do Poczekalni, aby mogły powalczyć o piórka brązowe.

Niestety, nie wyrobię marcowego limitu lektur i komentarzy.

W sumie niezła scenka. Czy jednak jednak tekst straciłby dużo, gdyby napisać go bardziej tradycyjnie? Na przykład z partiami dialogowymi po myślnikach?

 

PS Podczas lektury miałem skojarzenia z pierwszym tomem “Pana Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza.

Interesujący pomysł, dobrze pomyślany, chociaż gorzej zrealizowany (te krótkie dialogowe akapity!, lepiej byłoby zastąpić je bardziej zwartą relacją). Ten fragment zaś

 

– Mamy dla was nową skórkę. Tak. Tak. To ten. Trzydzieści. Tak. Może nawet sieci neuronowe? Dobrze.

 

zbyt łatwo pozwolił mi domyślić się, jakie będą losy głównego bohatera.

 

Mimo błędów, które wytknęli przedpiścy, muszę przyznać, że takiej właśnie fantastyki naukowej oczekuję. Mam więc nadzieję, że autor (autorka?) popracuje nad tym tekstem, bo jest szansa na wartościowe opowiadanie.

 

(…) by zakończyć przwrotną puentą. 

 

No, nie wiem. Kompozycyjnie wyjście z wirtualnej rzeczywistości niczym nie różni się od przebudzenia ze snu. Nie lubię takich zakończeń i wiem, że nie jestem w tym odosobniony. Po prostu nie można serio przejmować się czymś, co było tylko snem lub zabawą w virtualu. Można jednak powiązać virtual z realem, podobnie jak sen z jawą (przykłady: “Incepcja” Christophera Nolana, “Matrix” znanych sióstr, które kiedyś były braćmi), tak, aby przygody w wyobrażonym świecie miały wpływ na ten real, a więc konkretne znaczenie.

Pomysł dziwaczny (czyżby satyra na sekty w rodzaju scjentologów?), ale przyznam, że opowiadanie zdołało utrzymać moje zainteresowanie do samego końca.

Wiem, to był żart. :) Ale zaakcentowanie dziedzicznej psychopatii faktycznie sprawiłoby, ze wszystkie elementy układanki zaczęłyby do siebie pasować.

Ojciec znowu bił mamę. (…) Z kuchni dochodziły krzyki kłócących się rodziców.

 

Skoro bił, to to nie były odgłosy kłótni, tylko katowania.

 

Elementem fantastycznym była jednoczesna śmierć obojga rodziców, podczas jednego z ich rzadkich wypadów na zakupy? (Nadprzyrodzona interwencja?).

 

To raczej makabreska niż horror i zalążek niż pełnoprawne opowiadanie, a kluczem do jego poprawy wydaje mi się ten fragment: “Rodzice mieli bardzo trudne charaktery. Byli natomiast inteligentni, i tą inteligencję odziedziczył Robert”. To mogłoby być mianowicie opowiadanie o inteligentnym psychopacie, który odziedziczył swoją psychopatię przynajmniej po ojcu. Dziedziczna psychopatia byłaby wiarygodną motywacją czynu głównego bohatera.

Kilka zdań wyjaśnienia, dlaczego wrzu­ci­łem kopię ro­bo­czą jako go­to­wy tekst. Miało to pewne uza­sad­nie­nie. Otóż po­sta­no­wi­łem w szcze­gól­ny spo­sób obejść ten wy­jąt­ko­wy dzień, jakim jest 29 lu­te­go. Czte­ry lata temu wę­dro­wa­łem w stru­gach mar­z­ną­ce­go desz­czu na Ka­la­tów­ki, w tym zaś roku – po­nie­waż za­po­wia­da­ła się sło­necz­na i w miarę cie­pła po­go­da – wy­ru­szy­łem do Prze­ło­mu Du­naj­ca, aby ze Sro­mo­wiec Niż­nych przejść Drogą Pie­niń­ską do Szczaw­ni­cy. Wy­ciecz­ka była bar­dzo udana, po po­wro­cie uświa­do­mi­łem sobie jed­nak, że prze­cież ten dzień wy­pa­da­ło­by uczcić też ja­kimś tek­stem. Nie­ste­ty, nie mia­łem ni­cze­go skoń­czo­ne­go w szu­fla­dzie, sia­dłem więc do kom­pu­te­ra, szyb­ko na­pi­sa­łem ten szkic i za­mie­ści­łem z datą dnia prze­stęp­ne­go na Por­ta­lu. Będę go teraz po­pra­wiał (zresz­tą to, co obec­nie wi­dzi­cie, ma za sobą kilka po­pra­wek), ale już teraz mo­że­cie ko­men­to­wać ten fe­lie­ton  i zgła­szać do niego uwagi. Nie cy­tuj­cie tylko tego posta, bo prawdopodobnie znik­nie on, gdy tekst zo­sta­nie osta­tecz­nie skoń­czo­ny.

 

Poza tym fe­lie­ton ten jest pew­ne­go ro­dza­ju eks­pe­ry­men­tem. Do­sta­łem otóż jakiś czas temu za­da­nie, aby upchnąć pewną po­pu­lar­no­nau­ko­wą treść w 13 500 zna­kach (ze spa­cja­mi). Chcia­łem więc spraw­dzić, ile da się zmie­ścić w ta­kiej ob­ję­to­ści i oka­za­ło się, że nie­wie­le. Nawet tak po­bież­ne po­trak­to­wa­nie te­ma­tu wy­czer­pa­ło więk­szość usta­lo­ne­go li­mi­tu. Po­pu­lar­no­nau­ko­wy ar­ty­kuł (na inny, choć czę­ścio­wo po­dob­ny, temat) bę­dzie więc tylko za­ry­sem za­gad­nie­nia, a ten fe­lie­ton także nie bę­dzie miał wię­cej niż te 13 500 zna­ków (ze spa­cja­mi), tak że jest pra­wie skoń­czo­ny. Za­pra­szam do ko­men­to­wa­nia.

Przeczytałem w ramach dyżuru, cóż jednak mogę napisać mądrzejszego od komentarzy przedpiśców? Faktycznie opowiadanie jest przegadane i zakończone od czapy, ale to jest zbyt dobry pomysł, żeby go w ten sposób zmarnować. Rekina nie zabrakło, rekin by tu wszystko zepsuł, zabrakło natomiast związków: między wewnętrznymi opowiadaniami-snami, między wszystkimi tymi opowiadaniami a zakończeniem oraz między treścią snów a światem opowiadania. Pierwszy z tych problemów można by rozwiązać wprowadzając na przykład wymóg, aby kolejni opowiadający prezentowali coraz bardziej przerażające sny. Wtedy zastosowana puenta byłaby sugestywnym zwieńczeniem całości.

Skoro nasz geniusz dokonał swoich obliczeń, to znaczy, że:

 

Wiedział co jest aktualnym, tzn. aktualnym na przełomie XIX i XX wieku, problemem w fizyce (był to problem rozchodzenia się fal w hipotetycznym eterze) i jakie są próby jego rozwiązania.

Posiadł wiedzę z dziedziny matematyki i fizyki na poziomie wyższym niż nauczana wówczas w gimnazjach.

Takiej wiedzy nie zdobywa się w wyniku objawienia albo w wiejskiej szkółce. Potrzebny jest do tego: dostęp do odpowiednio wyposażonej biblioteki; czas, który można przeznaczyć na pobyt w takiej bibliotece (dobro trudno dostępne dla kogoś, kto pochodzi z ubogiej rodziny, a więc najprawdopodobniej musi pracować); odpowiedni kapitał kulturowy (np. tradycja rodzinna i zachęta ze strony bliskich do takiego, a nie innego spędzania czasu), którego raczej trudno się spodziewać w rodzinie należącej do klasy niższej. Wreszcie o tym, co jest aktualnym problemem w nauce i jakie są propozycje jego rozwiązania najlepiej dowiedzieć się spędzając czas w towarzystwie innych uczonych lub mając dostęp do recenzowanych czasopism naukowych (artykuły popularnonaukowe z modnych wówczas i względnie tanich kalendarzy nie wystarczą).

 

Pamiętacie może “szalonego wynalazcę” z “Króla Skorpiona”? Taka postać jest kompletnie niemożliwa do zaistnienia w “tamtych czasach” (nieistotne przy tym, że to świat fantasy), ponieważ jej pojawienie się wymagałoby istnienia całej infrastruktury społeczno-naukowo-kulturowej, po której w świecie tego filmu nie widać było najmniejszego śladu. Podobnie w “Geniuszu” nie widać śladu tego, co mogłoby przyczynić się do pojawienia naszego geniusza. Musiałby on skorzystać z czyjegoś sponsoringu, jak Michael Faraday “zaproszony” do środowiska uczonych przez Humphry Davy’ego (wówczas swoich odkryć dokonałby sam będąc już uczonym, a przynajmniej studentem) albo z opłacanej przez państwo infrastruktury umożliwiającej ludziom pochodzącym z ubogich rodzin zdobycie wykształcenia, tak jak to było w Stanach Zjednoczonych w latach 50. XX wieku, gdy podatki dla najbogatszych przekraczały 90%.

 

Faktem jest, że nie każdy – niezależnie od miejsca urodzenia – może zostać milionerem i nie każdy może zostać genialnym uczonym. Najlepiej to wszystko osiągnąć rodząc się w odpowiedniej rodzinie, ale to nie jest przypadek bohatera tego szorta.

Sympatyczne, ale dość wcześnie można się domyślić zakończenia.

Świetna satyra na prawicową mentalność. Może nieco przegadana, ale miejscami autentycznie zabawna i – co najważniejsze – celna. Zastanawiałem się nad tym i doszedłem do wniosku, że obecność takiego utworu w Bibliotece ma sens.

Fajnie napisane, dobrze i ciekawie się czyta, choć faktycznie, to jest fragment a nie zamknięte opowiadanie.

Co do walki o przywództwo i konieczności zabicia Matki. to sytuacja ta jest całkiem realistyczna, często spotykana w społecznościach na wcześniejszych poziomach rozwoju cywilizacyjnego. Mogę tu wymienić na przykład zabijanie tzw. świętych królów przez ich następców: zwyczaj udokumentowany u Celtów, jego pozostałością mogła być instytucja Króla Lasu z italskiego Nemi w czasach rzymskich, ale prawdopodobnie był on znacznie bardziej rozpowszechniony. Na przykład egipskie święto sed – odnowienia sił króla – mogło być pozostałością podobnego zwyczaju w predynastycznym Egipcie.

Historia lub antropologia dostarcza nam przykładów innych podobnego rodzaju tradycji, które mogą nam wydawać się dziwaczne, nielogiczne lub nawet odrażające. Scytowie na przykład nakłaniali starszych ludzi do samobójstwa, aby nie byli obciążeniem dla plemienia. Królowie pierwszej dynastii egipskiej (od XXXI do XXIX w. p.n.e.) zabierali ze sobą w zaświaty sporą część swojego ziemskiego dworu, a podobny zwyczaj znamy też z sumeryjskiego Ur z czasów tamtejszej I dynastii (XXVI w. p.n.e.). Jeden z tamtejszych grobowców nazwany został przez jego odkrywcę Wielkim Kanałem Śmierci, zawierał bowiem obok ciała władcy setki innych szkieletów: żołnierzy, muzyków z instrumentami i innych członków dworu. Nam może to wydawać się absurdalne: takie marnotrawstwo ludzi, mających pewnie różne użyteczne umiejętności, ale starożytni mogli na te sprawy patrzeć zupełnie inaczej.

Tak więc jest do czego nawiązywać próbując opisać prymitywne społeczności.

Pomysł z "nocnymi karetkami" polującymi na dawców narządów do kliniki jest całkiem niezły, gubi się jednak w natłoku opisów przeżyć bohatera i jego relacji ze Staśkiem. Czytelnik może się znudzić zanim dojdzie do mało wyraźnej puenty. Warto ją jakoś podrasować (np. główny bohater odkrywa, że dawcą została bliska mu osoba) a resztę skrócić. (No i jeszcze zauważyłem gdzieś brak spacji koło przecinków i wielokropka).

Pomysł na opowiadanie całkiem ciekawy i warty rozwinięcia, na szorta jednak lepiej nadają się pojedyncze scenki, prowadzące do zaskakującego zakończenia. Inaczej może wyjść – tak jak w tym przypadku – streszczenie opowiadania.

Nie mam zamiaru bronić każdego systemu ideowego, jeśli jest tworem ludzi i może być z góry wadliwy.

 

Wszystkie systemy ideowe są tworem ludzi.

 

Tolerancja to akceptowanie wolnej woli drugiego człowieka i absolutnie nic poza tym. Czyli nie rozwalam łba temu gościowi, bo wierzy w pierdoły, bo ma wolną wolę.

To niezłe ujęcie.

 

Z tego nie wynika, że uważam, że to w co wierzy jest dobre i słuszne, ewentualnie percepcja jest wadliwa.

Też tak nie uważam. Pokazałem tylko, że Twój sposób obrony chrześcijaństwa nadawałby się także do obrony islamu, komunizmu i wielu innych systemów ideowych.

 

Terror tolerancji kwitnie na Zachodzie na całego. Ludzi zwalnia się z pracy za noszenie krzyżyka, teraz w Wielkiej Brytanii ze szpitala zaczęli wyrzucać pacjentów za to, że komuś się nie podoba LGBT, to nie jest terror? Według mnie jest.

To są tak zwane miejskie legendy, najczęściej niewiele mające wspólnego z prawdą.

 

Na tym kończę swój udział w dyskusji. Mam nadzieję, że sprawiła radość autorowi powyższego dzieła, bo napisaliśmy kupę długich komentarzy ;)

Widać, że dziełko okazało się inspirujące. ;)

Tego nawet inkwizycja nie zakładała. Herezja zawsze powstaje wewnątrz wspólnoty (…)

 

Ale koncepcja oblężonej twierdzy zakłada, że w środku są ideowi katolicy lub komuniści i jeżeli cokolwiek zagraża realizacji ich idei, to zawsze są to ludzie nieideowi lub nie w pełni ideowi (na przykład niepojętne jeszcze, “lgnące” do księży dzieci, czy też mało rozgarnięci wierni, którzy naczytali się nieprawomyślnej literatury albo wraże środowiska, które samą swoją obecnością i niewłaściwym wyglądem sprowadzają ludzi prawomyślnych lecz niedoświadczonych na manowce). Nigdy w tej koncepcji źródłem zła nie może być więc ten zespół idei, który wyznają w pełni pojętni prawowierni.

 

A teraz nas czeka inkwizycja w imię tolerancji i poprawności politycznej.

 

Terror tolerancji to koncepcja wymyślona przez ludzi, którzy nienawidzą tolerancji, sami więc chętnie stworzyliby coś w rodzaju inkwizycji, aby ją zwalczać. A przecież to tolerancja sprawia, że ludzie o odmiennych poglądach mogą razem przejechać kilka nawet przystanków autobusem bez wywoływania publicznej awantury, więc co w niej złego?

 

A przy okazji: przyszło mi do głowy ogólne pojęcie, które moglibyśmy wykorzystać do obrony dowolnego systemu ideowego. Otóż każdy system ideowy jest dobry, tylko ludzka percepcja tych idei jest wadliwa.

 

 

Masz ty­po­wo mark­si­stow­sko-le­ni­now­skie poj­mo­wa­nie te­ma­tu wspar­te to­tal­ną igno­ran­cją w dzie­dzi­nie hi­sto­rii chrze­ści­jań­stwa. :)

 

Mogę się zre­wan­żo­wać: masz ty­po­wo mark­si­stow­sko-le­ni­now­ski spo­sób dys­ku­to­wa­nia. :)

 

Po­ję­cie “zwie­dze­nia” po­cho­dzi z li­te­ra­tu­ry mo­na­stycz­nej IV wieku (…)

 

Ale po­cho­dze­nie tego po­ję­cia jest mało istot­ne dla na­szej dys­ku­sji. Uży­łeś go dla wy­ka­za­nia, że ide­owy chrze­ści­ja­nin nie może czy­nić zła, a ja po­ka­za­łem, w jaki spo­sób ana­lo­gicz­ne po­ję­cia mogą słu­żyć do obro­ny do­wol­ne­go sys­te­mu idei.

 

Co się tyczy in­kwi­zy­cji (…)

 

Cóż, dla mnie tor­tu­ro­wa­nie i pa­le­nie ludzi na sto­sach jest czymś głę­bo­ko od­ra­ża­ją­cym, nie­za­leż­nie od tego ilu ludzi w ten spo­sób zgi­nę­ło i w ja­kich hi­sto­rycz­nych oko­licz­no­ściach to się stało. Nie chciał­bym żyć w świe­cie z in­kwi­zy­cją, nawet ła­god­ną. Ale zdaję sobie sprawę, że to wszyst­ko za­le­ży od po­zio­mu i ro­dza­ju mo­ral­nej wraż­li­wo­ści i dla kogoś in­ne­go nawet krwa­wa in­kwi­zy­cja hisz­pań­ska może być czymś do­pusz­czal­nym. Ro­zu­miem to, ale nie chcę, żeby lu­dzie tego po­kro­ju prze­ję­li kie­dy­kol­wiek wła­dzę w Pol­sce.

 

W Pra­wo­sła­wiu na­wia­sem mó­wiąc nigdy nie ist­nia­ła.

 

Ale też prze­śla­do­wa­no in­no­wier­ców albo heterodoksów. Nie je­stem zresz­tą pe­wien (bo czy­ta­łem to dość dawno temu), ale zdaje się Cyril Mango w swo­jej “Hi­sto­rii Bi­zan­cjum” wspo­mi­na o in­kwi­zy­cji za­pro­wa­dzo­nej za ce­sa­rza Alek­se­go I Kom­ne­na. Któ­ryś z ów­cze­snych bi­zan­tyj­skich po­etów miał się przed nią ukry­wać na dachu Hagia So­phia.

 

Wra­ca­jąc do te­ma­tu: fak­tem jest, że wy­znaw­cy roz­ma­itych idei mogą w imię tych idei czy­nić rze­czy uzna­wa­ne za zło. Mo­że­my teraz przy­jąć, że wszyst­kie te idee są jakoś ułom­ne albo od­wrot­nie – wszyst­kie one są dobre, tylko ułom­ny jest re­ali­zu­ją­cy je czło­wiek (za spra­wą “zwie­dze­nia”, “odej­ścia od isto­ty idei”, czy cze­go­kol­wiek in­ne­go). I to są o wiele cie­kaw­sze te­ma­ty niż za­kła­da­nie, że zło może po­cho­dzić wy­łącz­nie z ze­wnątrz danej wspól­no­ty ide­owej.

Jasne, pojęcie “zwiedzenia” powstało, aby wyjaśnić, dlaczego chrześcijaństwo jest dobre, chociaż jego wyznawcy zachowują się w sposób trudny do etycznej obrony (np. dlaczego wyznawcy Chrystusa stworzyli torturującą i palącą ludzi na stosach inkwizycję, albo dlaczego istnieją księża-pedofile). Analogiczne pojęcia można jednak stworzyć dla islamu, komunizmu a nawet neoliberalizmu (dlaczego np. neoliberalne reformy w Chile wymagały zaprowadzenia zbrodniczej dyktatury Pinocheta?). Każdy zespół idei jest dobry, tylko wśród jego zwolenników występuje jakiś odpowiednik “zwiedzenia”, to oczywiste.

Marcinie, gdzie zasłyszałeś takie bzdury?

 

Jak napisałem, w kościelnej propagandzie.

 

Natomiast zjawisko o którym mówisz nazywa się zwiedzeniem. Nie można go nazwać szczerą wiara w Chrystusa, bo u podstaw ma oszukiwanie samego siebie, czyli hołubienie własnych grzesznych namiętności pod płaszczykiem wiary.

 

Mogę kryterium “zwiedzenia” uznać za poprawne do oceny moralnej chrześcijan, pod warunkiem, że wykorzystamy je obiektywnie także do oceny innych religii lub zespołów idei. Na przykład:

 

“Nie jest szczerą taka wiara w Allaha, u której podstaw leży oszukiwanie samego siebie, czyli hołubienie własnych grzesznych namiętności pod płaszczykiem wiary”.

 

Albo:

 

“Nie jest szczerym komunistą ten, czyje ideowe zaangażowanie jest tak naprawdę oszukiwaniem samego siebie, czyli hołubieniem własnych aspołecznych namiętności pod płaszczykiem ideowości”.

 

Jeżeli sprawiedliwie wszystkich, a nie tylko chrześcijan, będziemy oceniać według kryterium “zwiedzenia”, to nie mam nic przeciwko jego stosowaniu.

 

Ale zrobiła nam się tu dyskusja teologiczna, a przecież chodzi tylko o to, że omawiane opko jest dość banalne w swoich konstatacjach: zło przychodzi z zewnątrz organizacji (chrześcijańskiej, muzułmańskiej, komunistycznej itp.). Jak to się jednak dzieje, że szczery komunista zaczyna oszukiwać samego siebie i pod płaszczykiem zaprowadzania na Ziemi komunizmu buduje łagry? Oto jest temat na całą powieść, a nie tylko opowiadanie.

Morał opowiadania: wierzcie każdemu obdartemu przybłędzie, bo przypadkowo może mieć rację.

Jedno mnie zastanawia: przecież plotka to potęga! Ludzie plotkują o sobie nieustannie, potrafiąc zrobić z przysłowiowej igły równie przysłowiowe widły. A tutaj nic! Wokół tytułowego grafika nie pojawiła się żadna mroczna aura twórcy, z którym lepiej się nie zadawać. Wszyscy, jak ćmy do świecy, ciągną do niego po te obrazki. To właśnie wydaje mi się mało przekonujące. A poza tym opowiadanie jest fajnie napisane i dobrze się je czyta.

To banał: zło do wspólnot chrześcijańskich przychodzi z zewnątrz – ze świata pogan, ateistów itp. Ten pogląd zgodny jest z kościelną propagandą. Znacznie jednak ciekawsze byłoby wyjaśnienie zjawiska szczerej wiary w Chrystusa, która prowadzi do zła. Poza tym – gdzie jest ta definicja?

Faktycznie, nie ma fantastyki, ale mogłaby być. Przecież z niemal każdym miejscem w górach – szczytem, polanką lub stawkiem – związana jest jakaś legenda albo zadziwiająca opowieść, o których wzmianki można by wpleść do tekstu takiego literackiego przewodnika. Wyszłoby wtedy coś w rodzaju “Fantastycznego Atlasu Polski” Pawła Dunin-Wąsowicza, tyle że w tym przypadku ograniczonego do gór. A tekst czytało się nieźle.

 

PS Przypomniałem sobie właśnie, że podobne krajoznawcze książki pisał Stanisław Pagaczewski, twórca przygód Baltazara Gąbki.

Zgadzam się z drakainą, że skoncentrowałeś się, Autorze, na długim i nudnym wstępie, zamiast rozwinąć ciekawie zapowiadający się ciąg dalszy.

Dowcip spalony przedwcześnie odkrytą puentą, której można się domyślić w momencie, gdy główny naukowiec podsuwa dowódcy talerzyk z zawartością do spróbowania. Reszta opka to już tylko rozciągnięcie tej puenty. Znacznie zabawniej pomysł ten wykorzystany został w filmie “Podróż na Księżyc” z cyklu “Wallace i Gromit”.

Jak nazywa się ten błąd, którego nazwa odnosi się do Macieja Parowskiego, a który polega na tym, że autor ma kłopoty z pokazaniem, ile osób znajduje się w pomieszczeniu, więc nagle znikąd wyskakuje jakaś nowa postać? Jakkolwiek się nazywa, ten błąd właśnie tutaj wystąpił.

 

Ponadto: w jakim więzieniu jego pensjonariusz ma swobodny dostęp nie tylko do opału, ale też na przykład miecza ojca, czy innych artefaktów? No i autor zapomniał dopisać tytułową podróż w czasie.

Bajka o tym, że należy być przedsiębiorczym, kupować taniej i sprzedawać drożej, a pierwszy milion najlepiej ukraść (różnym Haneczkom, na przykład). Nie przemawia do mnie.

Tak może być. Nieźle napisana fantastyka bliskiego zasięgu. Kliknąłem na Bibliotekę.

Pomysł na “Słownik Odczuć” podobał mi się. Nie bardzo jednak rozumiem, dlaczego nie można normalnie wypożyczyć go w bibliotece i po co kolekcjoner właściwie go wypożyczył? (Co on w ogóle kolekcjonował?)

Czytało się nieźle. Dwa składniki tego fantastyczno-naukowego tekstu mają charakter magiczny: Nagła przemiana organizmu ludzkiego w mechaniczny oraz ludzki sposób myślenia robotów.

Nie dostrzgłem złośliwości. Chyba się robisz politycznie nadwrażliwy. ;-) – Żarcik! XD

 

To taka konwencja, jak na przykład podczas rozmowy kwalifikacyjnej, gdy mówią “zadzwonimy do pana/pani”, zamiast prostego “spadaj”. ;-)

 

PS Niestety, ponieważ pracuję teraz nad zamówionym tekstem, mniej pilne prace będą musiały poczekać, tak więc obiecane opko zamieszczę co najmniej z tygodniowym opóźnieniem (tzn. po 13 X).

Cóż mogę napisać? Bardzo dobre fantasy! Wprawdzie jako współczesny racjonalista nigdy nie udałbym się na tego rodzaju pielgrzymkę, ale jako (amatorski) pasjonat historii doceniam sprawne oddanie średniowiecznych klimatów.

olbrzym spał, a nie był sparaliżowany

 

No właśnie w tym sęk.

Mało sensowna historia z tym niemowlęciem olbrzyma. Znamy wprawdzie coś podobnego ze świata przyrody: osa paraliżuje jadem pająka i składa w nim jaja, z nich zaś wylęgają się larwy, które wyjadają go żywcem, omijając ważne dla życia organy. Tyle że – powtórzę – pająk jest sparaliżowany, nie może więc rosnąć. No i takie spustoszenia w organizmie olbrzyma, jakich dokonały krasnoludy, nijak się mają do chirurgicznej precyzji larw os.

Wieloznaczność słów spowodowała niejednoznaczność zakończenia. Opowiadanie jest o tym, że Paweł ograł w karty diabła, ale to:

 

On już odchodził, uśmiechając się do mnie z rozbawieniem.

 

sugeruje, że oddał swoje życie za życie matki.

No i proszę: taka sobie satyra oraz uszczypliwy komentarz okazały się doskonałym źródłem inspiracji. Siedziałem sobie dziś rano na tronie, do którego król (a kto wie, może nawet Władimir Putin?) piechotą chodzi i nagle spadło na mnie objawienie: wiem jak wyjaśnić doskonałość kosmitów w inny sposób niż tylko chciejstwem autora.

 

Tak więc Autorze, Tarnino: napiszę!

 

Ale nie od razu, bo mam teraz trochę pilnych zajęć, więc może – skoro wyjściowe opowiadanie jest o wyborach – dajmy sobie czas do wyborów 13 października. Dobrze?

 

dobre pytanie. Napiszesz?

 

Chybiony przytyk, bo ja się nie wyzłośliwiam, tylko naprawdę jestem ciekawy, jak ten problem można by rozwiązać. (A na razie nie napiszę, bo nie mam pomysłu :) ).

Przeczytałem. I cóż mogę napisać? Konstatacja, że ludzie są skłóceni i trudno im się porozumieć jest banalna. Mniej banalne byłoby wyjaśnienie, dlaczego mimo wszystko często jakieś porozumienie następuje. Moim zdaniem wynika to z tego, że postronny obserwator często nie potrafi odróżnić sporu merytorycznego od niemerytorycznego. Typowy dla demokracji stan sporu na temat rozwiązań rozmaitych problemów traktuje więc on jak walkę i brak jedności społecznej. Właśnie to złudzenie jest powodem, że tak wielu ludzi niechętnych jest demokracji i ulega złudnemu urokowi pozornej stabilności dyktatur.

 

Najciekawsza byłoby jednak wyjaśnienie, dlaczego ci wszyscy kosmici z umoralniających opowiastek sf zawsze są tacy idealni.

To bardziej konspekt opowiadania niż opowiadanie. A co do tak ujętej duszy, to jest to typowa hipostaza: drewno się pali, bo posiada siłę palącą a żywe organizmy mają w sobie siłę życiową itd. itp. Obok tego istnieją jednak procesy utleniania oraz rozmaite procesy energetyczno-informacyjne w żywym organizmie. Palenie się drewna lub działanie żywego organizmu można jednak w dostateczny sposób wyjaśnić za pomocą tych procesów. Po co więc dodawać do nich siłę palącą, siłę życiową lub duszę? Hipostazy niczego nie wyjaśniają, a tylko komplikują rzeczywistość.

To jeszcze klik na Bibliotekę ode mnie. Opowiadanie przypomina mi tę komedię o Sherlocku Holmesie wynajętym przez doktora Watsona, który był faktycznym detektywem. (Chyba z Michaelem Caine’m).

Mam tylko taką ogólną refleksję dotyczącą opowiadań, w których ludzie rozmawiają ze sztuczną inteligencją:

 

SI zbyt łatwo przechodzą w nich test Turinga. Ale takie opowiadania niczego nie wnoszą do problemu możliwości jej zaistnienia.

 

Czekam teraz na opowiadanie, którego autor pokaże mi sztuczną inteligencję, która nie imituje człowieka, ale wiadomo, że faktycznie jest inteligentna, ma swoiste dla siebie uczucia i rzeczywiście może w pewnych granicach naśladować człowieka (jeżeli jej się zachce).

 

 

Dobrze zrozumiałem, że tekst ma w przewrotny sposób uczyć podstaw pierwszej pomocy? Jeżeli tak, to niezbyt pasuje do niego reklama palenia papierosów. (Ale szorcik faktycznie zabawny).

To się bardziej nadaje na stand-up niż opowiadanie. Tylko trzeba dokonać skrótów, bo po pewnym czasie dowcip staje się nużący. I akcję można by przenieść do Polski. Przecież u nas też spadają meteory, chociaż może nie tak efektowne, jak ten z Czelabińska. Pozwoliłoby to uniknąć rusofobicznego stereotypu głupiej rosyjskiej kobiety.

 

Co do zakończenia: nie ma związku pomiędzy zainteresowaniami naszego (g)astronoma a sceną finałową. Gdyby jednak Pietia przewidział uderzenie meteorytu i akcja wiązałaby się z jego próbami ostrzeżenia mieszkańców, to wtedy co innego.

Klimat klasycznego science fiction, jak ze starych numerów “Młodego Technika” i antologii, którymi zaczytywałem się w dzieciństwie. Bardzo mi się podobało. zasłużona Biblioteka.

Faktycznie scenka, ale zabawna, mogłaby więc być wstępem do czegoś większego.

Pamiętam te czasy, gdy sam byłem łowcą: dojeżdżałem na zajęcia częściowo pociągiem, a częściowo autobusem, nabrałem więc doświadczenia w polowaniu na miejsca w obu tych środkach komunikacji. (Najtrudniej było coś złowić w piątkowe popołudnia, gdy tłumy studentów wracały na weekend do domu). Tak więc z jednej strony tekst mnie rozbawił, z drugiej skłonił do wspomnień. Brak fantastyki mi nie przeszkadza, ale faktycznie można by poskracać dłużyzny. Proponuję skrócenie szorta do “szortalowych” 3500 znaków (ze spacjami).

Po pierwsze i najważniejsze: psychopaci i socjopaci jak najbardziej mogą wierzyć w “jednego Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych”. Co więcej mogą oni być bardzo dumni z tej swojej wiary.

Zasłużona Biblioteka. Dobre opowiadanie. Sprawdziłoby się także w realiach III RP.

Według SJP PWN:

 

doniosły “mający wielkie znaczenie, odgrywający istotną rolę”

 

Zastanowiłbym się na Twoim miejscu, Autorze, czy o to właśnie słowo Ci chodziło.

 

-Przepraszam Cię, nie udało mi się. – Soren wysłał myśl do swojej ukochanej.

 

Czy wysłał tę myśl w formie pisemnej (taki telepatyczny SMS)? Jeżeli nie, do duża litera jest zbędna.

 

swojego przeciwnika

 

A czyjego, jeśli nie swojego? Zbędny zaimek.

 

-A teraz, udowodnię Ci, że nie potrzebuję Twojego pozwolenia.

 

Duże litery jak wyżej. Angra nie wysyłał przecież listu do Sorena.

 

Kobieta szybkim ruchem utworzyła trójkąt ze swoich dłoni

 

Bo trzeba było zaznaczyć, że nie chwyciła dłoni swego pana. To się nazywa zaimkoza.

 

Pomysł na eksperyment niezły, pod warunkiem, że poszczególne części będą zamkniętymi całościami, a tu niestety mamy tylko scenkę.

 

PS Popraw spacje.

W wielu sprawach nie zgadzałem się z Maciejem Parowskim, ale zawsze z przyjemnością czytałem – i nadal będę czytał – jego teksty. Już za życia stał się prawdziwym klasykiem popkultury.

Co do zrzutów świadomości pojawia się pytanie: czy emocje można sprowadzić do procesów stricte informacyjnych, jakie zachodzą w ludzkim mózgu i jakie ewentualnie można by “zgrać” do komputera. Otóż sądzę, że problem ten został już dawno rozwiązany na gruncie cybernetyki (vide “Cybernetyka i charakter” Mariana Mazura): procesy informacyjne (“myślenie”) przebiegają wewnątrz korelatora – takiego na przykład, jak mózg – natomiast to, co zwykliśmy odbierać jako emocje, jest relacją między mózgiem a resztą ciała, z którym ten mózg jest zintegrowany. Otóż “umysł” oderwany od ludzkiego ciała przestałby być ludzkim umysłem, nie można by więc z nim wejść w typowe międzyludzkie interakcje. Albo przekształciłby się w jakiegoś “obcego” (Aliena) albo rozpadłby się prędko, szczególnie, gdyby przemieszczał się pomiędzy różnymi komputerami – “ciałami”.

Ta próba napisania fikcyjnej notki encyklopedycznej (z wymyślonego świata fantasy) niestety zupełnie się nie udała. Przede wszystkim należy usunąć z niej wszelkie wtręty fabularne. Co do ostatniego akapitu: stwierdzenie, że “ból po stracie przyjaciela narastał w sercu chłopca przez lata” jest mało prawdopodobne psychologicznie (raczej “czas goi rany”), podobnie jak wyjaśnienie, że był on podstawą zmiany obyczajów plemienia (nie wyjaśniono jednak, w jaki sposób przełamany został opór społeczności, który z pewnością musiał być silny – wynika to choćby z wcześniejszej wzmianki o społecznym ostracyzmie wobec tych, którzy nie byli w stanie dokonać rytualnego zabójstwa). No, albo można spróbować napisać opowiadanie. Tylko że wtedy ten “ból po stracie przyjaciela” trzeba będzie pokazać w jakiejś emocjonującej scence, a nie tylko poinformować o nim.

Ale po co to wszystko się działo, co zostało opisane w tym tekście?

Były już zabawy bogów pokazane “z góry” (to znaczy z punktu widzenia tychże bogów), tutaj natomiast mamy taką zabawę pokazaną z dołu (to znaczy z punktu widzenia samej “zabawki”). To ciekawe, dobrze napisane, a puenta “pieprzyć bogów” zasługuje na duży plus (choć tu ciekawość bierze, co było dalej?). Gdyby jeszcze ten cel gry był bardziej sprecyzowany, to satysfakcja czytelnika byłaby pełna. Zasłużona Biblioteka.

Tekst ewidentnie w stylu filmu “Obłędny rycerz”, czyli pseudohistoria z językiem stylizowanym na współczesną mowę potoczną (bo chyba nie miał to być żargon młodzieżowy?). Wszystkie postacie (nie ważne: smok, czarodziej, czy rycerz) mówią tak samo, mają niezróżnicowane charaktery.

 

Teraz przyjrzyjmy się strukturze:

 

I. Na wstępie otrzymujemy scenkę walki, w której rycerz przegrywa ze smokiem. (I po co ten wtręt: “jak się być może domyślacie”? Niczego się nie domyślamy, dlaczego mielibyśmy to robić? Chcemy poczytać zabawną historię, a nie domniemywania autora, czego się domyślamy, a czego nie).

 

II. Potem przenosimy się do pracowni Merlina w zamku Camelot: okazuje się, że czytaliśmy relację, którą tytułowy bohater Gawain składa czarodziejowi. Dowiadujemy w ten sposób czegoś o kontekście wyjściowej historii i otrzymujemy istotną informację, że rycerze Okrągłego Stołu nie mogą kłamać.

 

III. Następnie wracamy do rozmowy ze smokiem, z której dowiadujemy się, że to nie smok zabił ludzi w wiosce.

 

I dotąd było całkiem nieźle (pomimo nieporadnego języka i stylizacji na “Obłędnego rycerza”), potem jednak otrzymaliśmy serię skrótowych scenek, które niczego nie wyjaśniają (prawdziwy zabójca w jakiś tajemniczy sposób dostaje się w ręce Gawaina i do wszystkiego się przyznaje dzięki magii tarczy z wizerunkiem Świętego Graala, zleceniodawca zabójstwa – rycerz Morholt – “zręcznie omijał niezdolność do kłamstwa” – ale w jaki sposób?), a tylko wprowadzają zamieszanie i mają pędem zaprowadzić czytelnika do – mało zaskakującego zresztą – zakończenia.

 

Widać, że autorowi nie chciało się popracować ani nad rozwinięciem tych skrótowych scenek, ani nad poprawą języka. Po co w takim razie wrzucił ten szkic opowiadania na Portal? Jak już wspominałem, przez pierwsze trzy-cztery akapity historia rozwijała się całkiem nieźle, autor mógł więc wykazać się większą cierpliwością i jeszcze nad nim posiedzieć, odleżeć parę tygodni, jeszcze raz je przeczytać, poprosić o betowanie, może dobrze zrobiłaby też tekstowi rezygnacja z pseudośredniowiecznego sztafażu i umieszczenie akcji w czymś bardziej przypominającym średniowiecze prawdziwe (rycerze nie siedzieli za biurkami – pierwsze biurko zostało skonstruowane dla króla Francji Henryka IV – ale widzimy je także w cyklu “Zwiadowcy” Johna Flanagana, jakby pseudośredniowiecze było nieważne bez pana na zamku siedzącego za biurkiem :D).

 

No cóż, nieporadność języka zawsze świadczy o nieporadności struktury. Po prostu ktoś, kto zastanowi się nad jednym, zastanowi się też nad drugim. Wynikanie jest tutaj bezwyjątkowe.

Czyta się nieźle, ale to jest wstęp do opowiadania, a nie samo opowiadanie, więc z oceną poczekam, aż zostanie ono napisane.

Opowiastka o dziecięcej przyjaźni, której miejscem jest sen. Byłaby niezła, gdyby miała mocniejsze zakończenie: obecne nie prowadzi do żadnego istotnego rozwiązania, ani wyjaśnienia. To raczej wstęp do właściwej opowieści, która powinna być do niego dopisana. Postać dyrektorki – wbrew pozorom – bardzo realistyczna.

Pierwsza opowieść jest satyrą na taki “lewacki” wymysł jak program wyrównywania szans. Tyle że jest to satyra według typowych polsko-prawackich wzorów, a więc mijająca istotę rzeczy o kilometr, uderzająca zaś w wydumanego przeciwnika. Poziom dość żenujący. Jeżeli pozostałe opowiastki – zdaniem komentatorów – są gorsze od pierwszej, to mówi to o nich wszystko.

@Irka Luz Bardziej sensowne jest wyjaśnienie, że swoja grą na game Boyu, gdy akurat miał na sobie ceremonialną szatę, spowodował śmierć kultystów. :D

Ale jaki jest związek między śmiercią kultystów a faktem, że Wielki Ahura miał na sobie ceremonialną szatę, gdy znalazł Game Boya?

Na Ziemię przybywa diabeł pod postacią kosmity. Trafia na karykaturalnych wieśniaków mówiących dziwnym językiem. I kto tu jest potworem? Stereotyp jest tu potworem. I bardziej mam na myśli stereotyp dzikiego wieśniaka niż wrogiego kosmity.

Komca, widzisz to co ja? – powiedziała zatrzymując się, by spojrzeć na krajobraz z bezpiecznej odległości.

 

Nie można oddalić się od krajobrazu. To prawie tak, jakby próbować wyjść poza Wszechświat.

 

Wyciągnęła z torby lekki skafander z nufratu ostatniej z produkowanych przed Zdarzeniem generacji, i zaczęła wsuwać go na rozebranie przed chwilą ciało.

 

Trzymała koło siebie czyjeś rozebrane ciało i nikt tego nie zauważył?

 

Schowała ściągniętą wcześniej długą lnianą koszulę do torby, zapakowała ją w ochronny kondom i przerzuciła przez ramię.

 

Wyraźnie widać, że zamiast uczciwego wychowania seksualnego, bohaterka miała w szkole wychowanie do życia w rodzinie.

 

 

 

 

 

Fascynujący temat! Mnie samego zaintrygowały wydarzenia na Przełęczy Diatłowa, od kiedy tylko przeczytałem o nich w magazynie “Ale historia”, zdaje się w 2013 roku. Wydaje mi się jednak, że są ciekawsze próby wyjaśnienia tej tragedii niż UFO, na przykład eksperymenty prowadzone przez wojsko.

Po pierwszej lekturze powiem tyle: Podobał mi się pomysł z części pierwszej – budowa własnego ciała z “tworzywa snu”, natomiast część druga (w jaskini) wydała mi się dołączona tutaj na siłę.

Opozycjoniści, w porządku – ale z jakiej partii?

 

Obojętne. Dla Prezesa wszyscy opozycjoniści są skrzeczącymi dziwolągami.

Przecież to oczywiste:

 

Umierające miasto jest symbolem podupadającej III RP;

Dom symbolizuje siedzibę rządzącej Partii, w którym dzieją się rzeczy równie absurdalne, co tragikomiczne;

przybysze z innego świata to opozycjoniści; natomiast główny bohater to Prezes, który pociąga za wszystkie sznurki.

 

Opowiadanie nieźle napisane, ale jak dla mnie zbyt upolitycznione.

Chaotyczna fabuła, dziwaczny język. Czyżby Obcy przybyli pod postacią zmaterializowanych postaci ze snu? Podbijają świat tworząc śniączki? Trochę to przekombinowane.

Odwrócenie “Extensy” Jacka Dukaja. I w “Extensie” i w “Martwej Kropce” ludzkość dokonuje transferu umysłów do wirtualnej rzeczywistości, rezygnując z ograniczeń materialnego ciała. W “Extensie” Ziemia – w ciągu dalszej lektury przekonujemy się, że może to dotyczyć nawet całej Galaktyki – dewastowana jest przez nanoboty będące materialnym podłożem postludzkich umysłów. Zielony Kraj – ostatnie miejsce zamieszkałe przez ludzi starego typu – skazany jest na zagładę. Podobnie niszczycielska jest oplatająca Ziemię sieć w “Martwej Kropce”. Tutaj jednak odwrotnie: gdzieś w Kosmosie są jeszcze istoty, które nie zrezygnowały z bytowania w swych naturalnych ciałach i to one zdobywają Ziemię, niszcząc wirtualny świat postludzi, którzy okazali się bezbronni w tym starciu.

 

I to mi się podoba! Wprawdzie tak warstwa intelektualna, jak i literacka (zbyt rozpoetyzowany język) znacznie ustępują poziomowi dzieł Jacka Dukaja, ale:

 

– czyta się całkiem nieźle;

– charakterystyka zamkniętych w swoim własnym świecie postludzi wydaje mi się całkiem trafna;

– wymowa ideowa dzieła do mnie przemawia (zgadzam się z decyzją Systemu, aby oddać świat Przybyszom).

 

Tak więc zagłosuję za Biblioteką.

Oryginalne jest to, że chociaż po raz kolejny otrzymujemy odbijający się w oczach kosmitów obraz prymitywnych Ziemian, to jednak tym razem bez moralizatorstwa: kosmitka akceptuje Ziemian i zdaje się ich rozumieć.

 

Gdzie tu jednak ewolucyjny paradoks? Jakie siły ewolucji sprawiły, że kosmici z omawianego opowiadania, albo na przykład z powieści Jerzego Broszkiewicza, są od nas lepsi moralnie? Według starej fantastyki edukacyjnej wyższość moralna miała być wynikiem postępu umysłowego. Ale to jest gołosłowne chciejstwo, autorzy nie potrafili bowiem przedstawić żadnego mechanizmu, który do takiego rozwoju miałby doprowadzić. Tutaj podobnie: co sprawiło, że przebieg ewolucji na F’Rejquejio był nieparadoksalny? Czytelnik chętnie by te dwa procesy ewolucyjne porównał.

 

Autorzy dawnej fantastyki, w stylu wspomnianego Broszkiewicza, chcieli nas zawstydzić, natomiast autorka “Paradoksu Darwina” postanowiła najwyraźniej pójść w inną stronę – zaskoczenia czytelnika. Tyle że czytelnik na długo przed puentą domyślił się, że trafił na Ziemię.

 

Ale opowiadanie czyta się naprawdę dobrze, chociaż bez zaskoczenia.

Nie wyglądało to zbyt dobrze. W mieszku zostało tylko dziesięć irydzkich miedziaków. Miał jeszcze około stu lomardzkich złotych monet. Nie miały już jednak praktycznie żadnej wartości.

Teoretycznie mógłby stopić złoto i spróbować podrobić irydzką walutę, ale w praktyce było to niewykonalne.

 

Pomyliłeś pieniądz kruszcowy z pieniądzem papierowym. Jasne, że znak emitenta wybity na monecie jest gwarantem jej wartości, ale złoto posiada ją niezależnie od tego. No chyba, że nastąpiła zapaść cywilizacyjna, wtedy złoto faktycznie straci wartość, nabiorą jej zaś rzeczy niezbędne do przeżycia. Ale przecież to nie ten przypadek, tutaj nastąpił tylko upadek jednego państwa.

Nowa Fantastyka