Profil użytkownika


komentarze: 6679, w dziale opowiadań: 3083, opowiadania: 1206

Ostatnie sto komentarzy

Gratuluję raz jeszcze!

 

Komentarze pojawią się. Z trudnym do przewidzenia acz raczej niewielkim opóźnieniem, ale się pojawią.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

O, to już? Fajnie, fajnie, gratulacyjnie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Pytania:

 

1. Czy jesteś za wprowadzeniem tajności głosowania?

b) TAK

 

2. Czy jesteś za ograniczeniem liczby kadencji członka Loży?

a) NIE

 

 

3. Czy uważasz, że liczba osób w Loży powinna ulec zmianie?

a) NIE

 

 

4. W przypadku remisu w głosowaniu na członków Loży:

a) Do Loży w pierwszej kolejności dostaje się osoba z większą liczbą skomentowanych tekstów, a jeśli te liczby są równe, to ta, która ma więcej komentarzy w dziale opowiadań.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nie świeci mi tu żadna gwiazdka, czyli że jeszcze i publicznie nie gratulowałem, Cetunio. No cóż, lepiej późno niż za późno – gratuluję, cieszę się nieskończenie i niecierpliwie zazdraszczam.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Gratulacje, Coboldzie. Aż serce rośnie.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, jak doceniam Twoje elaboraty, tak opuszczę nad tym kurtynę ciszy. Jeśli pierwszym największym problemem opowiadania jest dla Ciebie kolej konna z zabłoconymi drewnianymi szynami (nie od razu istniały żelazne, prawda?), to bardzo ciężko mi traktować reszty komentarza z należytą uwagą. Nawet jeśli jego treść ma sens, tak Twoje podejście do opowiadań (rozmaitych na tym portalu) jest równie chaotyczne i często… zależne od chwili? Nie wiem. Tutaj zabrzmiałeś jakby od samego początku uprzedzony. Jesteś inteligentny i oczytany, ale za cholerę nie umiem ani Cię zrozumieć, ani do Ciebie dotrzeć.

 

Dziękuję, że wierzysz we mnie i moją inteligencję, ale tutaj faktycznie trochę się nie rozumiemy.

Jeśli pierwszym największym problemem opowiadania jest dla Ciebie kolej konna z zabłoconymi drewnianymi szynami (nie od razu istniały żelazne, prawda?), to bardzo ciężko mi traktować reszty komentarza z należytą uwagą.

 

Zacznę od tego, że to pierwsze zdanie wcale nie było największym moim problemem, bynajmniej. Posłużyło mi jedynie za przykład tego, że zupełnie zawiodła… hmmm… komunikacja między Tobą a odbiorcą. Spójrz na to zdanie z mojej perspektywy. Ty, jako autor wiesz, co chciałeś przekazać, ale dla mnie to zdanie nie ma żadnego kontekstu. Zero, nul, nic, nihil. Nada. To jest sam początek opowieści, więc nie mam żadnego wyobrażenia o sytuacji, o bohaterach, a czasie akcji… Mam za to wagon ciągnięty przez konie i ślizgający się po torach. Skąd mam wiedzieć, że to drewniane tory? Nie precyzujesz tego, a naturalnym i oczywistym skojarzeniem dla torów u czytelnika w XXI w. są żelazne szyny, pociąg i tak dalej. Z tym poślizganiem też śliska sprawa. To słowo, moim zdaniem, zupełnie nie pasuje do sytuacji. Pośliznąć to się można na lodzie, na płytkach podłogowych w supermarkecie – o ile wierzyć tym fajnym, żółtym tabliczkom ostrzegawczym – albo po innej płaskiej, śliskiej powierzchni. Ale wagon na torach? Mógł sunąć, zjechać, ewentualnie koła mogły się ŚLIZGAĆ. Ale pośliznąć już nie.

Tak więc mam pierwsze, pozbawione kontekstu zdanie, a ja zwyczajnie się od niego odbijam, bo jest dla mnie niezrozumiałe, wręcz błędne. Więc wracam do niego, czytam jeszcze raz, drugi, trzeci, próbuję sobie jakoś to zinterpretować, odgadnąć co Autor miał na myśli, co dokładnie mi w tym zdaniu nie leży, jak powinno wyglądać… A że to samo otwarcie opowiadania, to wbija się w pamięć. Ale czy rodzi uprzedzenia do tekstu? Niekoniecznie. Owszem, potraktowałem je jako swoistą informację, czy może wręcz ostrzeżenie, że tekst może być ciężki w odbiorze – i tak faktycznie było, bo nie nadążałem ani za fabułą ani, bywało, za opisami – ale w żadnym wypadku nie uprzedziłem się do niego, wręcz przeciwnie. Historia z początku wydawała mi się naprawdę obiecująca.

Nie przyznaję się też do tego, jakobym miał chaotyczne i “humorzaste” podejście do opowiadań na portalu. Oczywiście nikt nie musi mi wierzyć czy się ze mną zgadzać w tej kwestii, ale mogę Cię zapewnić, że staram się w swojej ocenie wychodzić daleko poza subiektywne preferencje czy “humory” (rzadko wrzucam komentarze “na gorąco”*).

Mam nadzieję, że nieco Ci pomogłem w zrozumieniu mnie i następnym razem – o ile będzie jeszcze okazja – zdołasz do mnie dotrzeć.

 

Peace!

 

* – Niniejszy komentarz możesz uznać za wyjątek.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Skądinąd, Cieniu, ujawnij głosy retrowizjowe

Hmmm?

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Mam wrażenie, że już ostatnio (w ogóle sorry, że nie podjąłem wtedy dalszej dyskusji) mówiłem Ci, iż Twoje opowiadania zostawiam sobie na koniec zestawienia piórkowego w charakterze deserku, ponieważ mam niemal-pewność jakości i wyśmienitego smaku. I nawet przy założeniu, że nie siądzie mi na tyle, bym kogucim obyczajem piał z zachwytu, sypiąc jednocześnie pierzem dookoła, to i tak wiem, że czeka mnie spora czytelnicza frajda.

No cóż… Rzadziej niż bym chciał, ale zdarzają się takie momenty, kiedy naprawdę cieszę się, gdy mam rację.

Pomysł miałeś zasadniczo banalny, a przy tym, tak fundamentalnie, nietuzinkowy jak hamburger z McDonalda. Niemniej, jak się okazuje, był to pomysł w swej prostocie iście rewelacyjny. Siadło w punkt po prostu. A może – a może i bardziej niż “może” – wszystko rozbija się o to, że masz waszeć więcej niż dosyć talentu i umiejętności, by tak oklepany pomysł udźwignąć i jeszcze wyciągnąć z niego naprawdę świetną historię.

Osobne propsy, ma się rozumieć, za rozmach. Bo o ile czytywałem i widywałem już gros historii o tym, że zamiast tych jedynie słusznych, wygrali ci z półksiężycem, połamanym krzyżem, sierpem i młotem albo inną gwiazdą nieparzystoramienną, tak jeszcze nie spotkałem się z pomysłem, by zwycięzcami uczynić tych o masywniejszych szczękach i cięższych maczugach. I to jest chyba jedyny naprawdę oryginalny (przynajmniej dla mnie) akcent w tym opowiadaniu.

Inna rzecz, że jeśli wierzyć teorii, iż wygraliśmy życie biegając – więcej tym tematem przynudzałem u Mistrza Cobolda pod opowiadaniem Na obraz i podobieństwo, więc teraz, wybacz, nie będę się rozwodził – Twój koncept na ssaka naczelnego nie miał szans się ziścić w żadnym wypadku, więc opowiadanie należałoby traktować jako cokolwiek romantyczne fantasy, a nie sci-fi.

Cały dowcip polega jednak na tym, że ja, człek generalnie dość mocno skłaniający się ku temu, by wierzyć, iż koncept z urodzonymi biegaczami jest prawdziwy (nawet jeśli nie kluczowy, to jednak bardzo istotny w małp wyścigu ewolucyjnym), kupuję Twoją opowieść. Powiem więcej: jest ona na tyle sugestywna, że nie tylko podczas lektury zdołałem zawiesić niewiarę, ale też naprawdę kibicowałem Sehowi i jego plemieniu, mimo że to przecież “wróg”( i tak, od początku właściwie byłem świadom, że w tym wypadku kibicuję, z góry znając wynik walki).

Zapewne na karb mojej ignorancji można zrzucić, że fakt, iż w ciągu kilkunastu-kilkudziesięciu lat, no, powiedzmy w ciągu życia jednego pokolenia, Neandertalczycy przeskoczyli pewnie kilka, może kilkanaście wieków rozwoju homo-może-jednak-wcale-nie-tak-bardzo-sapiensa (a jeśli wziąć pod uwagę tę skądinąd bardzo ładną scenę końcową, w której Seh uczy się tolerancji, to można założyć nawet, że o całe tysiąclecia;), jakoś szczególnie mi nie przeszkadzał. Prawdę mówiąc, patrząc na Seha, czasem faktycznie widziałem uczące się niemal-zwierzę, ale generalnie jednak postrzegałem go jako swoistego Robinsona Cruzoe otoczonego zgrają Piętaszków, który musiał na nowo wynajdywać pewne znane już sobie wynalazki, jak, np. gliniane naczynia, żeby móc ugotować sobie rosół z Barnaby. Nie wiem czy właśnie taki efekt chciałeś osiągnąć (pewnie nie), ale wyszło jak wyszło, a przy tym wyszło to po prostu na dobre, bo całość, mimo wszystko, wypada na tyle naturalnie, że kiedy rozum mówił: “Hola, hola, napaleńcze! Przecież to już przesada!”, jakaś inna część mnie odganiała go miotłą, powtarzając: “Nie nudź!”. Koniec końców stanęło na tym, że – mimo oczywistych jednak zastrzeżeń – zostałem z myślą, że w sumie, to może i dałoby radę w tę stronę.

Ergo – motyw przewodni opowiadania masz u mnie na plus.

Poza tym na plus masz jeszcze… no, zasadniczo to chyba wszystko. Co prawda mam wrażenie, że jeśli chodzi o styl, to jego estetyka została nieco w tyle za taką “Kumari”; tutaj było bardziej rzeczowo, a mniej… błyskotliwie. Wiesz, znacznie rzadziej – niemniej wciąż jednak – miałem myśli w stylu: “Pisklątko, ależ to jest ładne/fajne/mądre/wszystkie z powyższych zdanie!” Co nie zmienia oczywiście faktu, że tekst jest napisany bardzo porządnie, fajnym językiem, niezwykle obrazowo i wciągająco. Klimat – takie porządne postapo z elementami “drogi” i trochę jednak filmu historycznego (żeby nie popłynąć i nie powiedzieć: przyrodniczego) – też rewelacja.

Najbardziej jednak podobało mi się poczucie realizmu bijące z tego opowiadania, przy czym w tej chwili nie mówię o wynalazkach Seha, a o postaciach, kulturze, trybie życia, komunikowaniu się, hierarchii… Słowem jednym bądź kilkoma, o tym wszystkim, dzięki czemu miało się wrażenie, że ta społeczność istniała naprawdę, a Ty całymi dniami siedziałeś ukryty gdzieś w krzakach i obserwowałeś ich życie codzienne.

Tylko punkt kulminacyjny – walka – wydał mi się już taki trochę za bardzo “do przodu”; zbyt nagły, pośpieszny, jakby skondensowany (zgaduję, że wybrzmiewają w tym echa limitu, taka jego mać) i przez to trochę jednak zaburzający tempo, balans i co tam jeszcze można było zaburzyć. Generalnie, tak na me gusta, powstał pewien delikatny acz wyczuwalny dysonans, który jednak rzutuje na odbiór całości w stopniu co najwyżej niezerowym.

Co do obrazków z współczesności natomiast, również robią robotę. Scena wyjściowa, nie dość, że bardzo ładna, to jeszcze, mimo że nie ma hitchcockowego trzęsienia ziemi, od razu chwyta czytelnika (przyznać jednak muszę, że “kobieta o nietypowej urodzie” zupełnie mi się nie podobała. Jakieś takie nieładne, a przy tym na swój sposób nachalne to zdanie. Trochę tak, jakbyś wskazał palcem na niepełnosprawnego autobusie i krzyknął: “Mamo, patrz, on jest INNY!” – tak więc pierwsze wrażenie mogłoby być lepsze). Epilog natomiast jest takim sympatycznym mrugnięciem oka w stronę Darwina.

 

Podsumowanie niniejszego komentarza będzie bardzo (nawet jak na mnie ;) krótkie, ale za to treściwe: miałem rację.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Po znajomości trzymał nie będę Cię w niepewności i szybko zdradzę, że – nic nie poradzę – choć tekst czaruje, Cieniu, maruda, go nie kupuje (tak, wiem, że już wiesz, ale komentarz przeleżał mi na dysku dosyć długo – zbyt długo, za co sorry – a teraz szkoda mi wywalać ten gupi wstemp).

 

Nie mogłem dać Ci z czystym sumieniem piórka za opowieść, która – jak się okazało – nie jest Twoją opowieścią, a samym życiem. Nie mogę jej więc ocenić pod kątem pomysłu, historii, zwrotów akcji, finału (choć na tym akurat to może nawet skorzystałaś, bo tak średnio mi się cała ta intryga ;) czy bohaterów, bo nie są Twoi. Ta opowieść nie jest Twoja. Jedyne więc, co mogę tu oceniać – przynajmniej pod kątem fabuły – to wartość dodana. A ta, niestety, nie jest satysfakcjonująca. Jak się tak bowiem zastanowić, to ogranicza się ona do zmiany środków lokomocji z lądowych na powietrzne i przekłamania historii księcia pana, przy czym żaden z tych elementów nie jest kluczowy dla fabuły; niczego nie zmienił, nie wyjaśnił, nie umotywował ani nie rozwiązał. Zhong, jako że jego dalsze dzieje wypadają poza sakramentalne “KONIEC”, jest urwanym tematem, a fakt, że przeżył, jak sama napisałaś, to tylko Twój kaprys. Natomiast wszelkie te latające łódki, papamobile i latawce są jedynie ozdobnikiem opowiadania i fajnym patentem na wkręcenie się w tematykę konkursu, jednak z punktu widzenia samej historii nie wydają się być w ogóle istotne. Bo czy to czyni jakąś różnicę, w jaki sposób podróżował cesarz, posłańcy, szpiedzy, ludność cywilna i szpicle cesarzowej? Nie, skoro rezultat jest nadal (niemal) dokładnie ten sam.

Mówiąc krótko, fabularnie tekst się nie broni jako Twoja opowieść.

Ale…

Ale mamy jeszcze literacki aspekt opowieści – i to jest niefabularna wartość dodana – a ten z pewnością jest prawdziwie wysokiej próby. Nie obejdzie się bez zastrzeżeń, i owszem, ale, generalnie, w tym punkcie opowiadanie zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Może nie wprawiło w prawdziwy zachwyt, ale myślę, że jeszcze wszystko przed nami.

Zanim jednak urządzę sobie seans bezwstydnego miodolejstwa, obiecane zastrzeżenia. A ściślej, to jedno, acz dość mocne zastrzeżenie: o mało mnie tym tekstem nie zabiłaś. Początek jest, wybacz dosadność, na tyle nieprzystępny, że uśpił mnie jak kołysanka pańskie dziecię (o czwartej nad ranem co prawda, ale to niewiele zmienia; nie w moim przypadku). A, jak wiadomo, najwięcej ludzi umiera we śnie.

Mówiąc wprost a uczciwie, jest ciężko, niezbyt porywająco, ciężko, przegadanie, niejasno i ciężko. Przede wszystkim zabrakło jakiegoś porządnego haczyka na odbiorcę; czegoś, co pozwoliłoby mu (mi) zaczepić się w opowiadaniu; nabrać przekonania, że warto, że tekst ma do zaoferowania coś, po co chce się sięgnąć. Zamiast tego jest sporo opisów i wymieszanych z funkcjami i tytułami nazwisk, które ciężko (ciężko, ciężko) zapamiętać i jeszcze ciężej od siebie odróżnić… No dobra, przesadzam. Ale tylko odrobinkę.

Brakuje za to akcji, jakiegoś naprawdę interesującego konceptu czy wreszcie literackiej błyskotliwości na takim poziomie, że każde kolejne zdanie byłoby najprawdziwszą ucztą dla oczu i spragnionego piękna umysłu estety, i która wynagrodziłaby wręcz pejzażową statyczność obrazu. Fakt, jeśli chodzi o stylistykę, operowanie słowem, budowanie nastroju i, generalnie, cała literacką stronę tekstu, jest świetne, bardzo przyjemnie – i na tym na razie poprzestanę – ale nie na tyle jednak, by równoważyło to dość mało porywający, a przy tym trudny początek.

Z drugiej strony nie mogę też powiedzieć, że przy opowiadaniu zatrzymał mnie jedynie obowiązek, i że gdyby to leżało wyłącznie w mojej gestii, to dałbym sobie spokój i poszukał czegoś lżejszego. Jak już bowiem wspominałem, estetyka tekstu jest bardzo na plus, a tematyka co najmniej obiecująca, więc – mimo że opowieść nie porwała mnie od pierwszego akapitu (ani kilku kolejnych, prawdę mówiąc) – o “brnięciu” też mowy być nie może.

A im dalej, tym lepiej. Człowiek zaczyna rozróżniać postaci i ich role, w tekście coś zaczyna się dziać, a literki… no, po prostu cieszą. Mimo mojego uprzedniego marudzenia, podkreślić muszę, że koncept na te wszystkie latające cudeńka wypadł Ci naprawdę świetnie. Z punktu widzenia fabuły to jedynie ozdoba – wiem, że się powtarzam – ale przyznać trzeba, że ozdoba bardzo ładna i doskonale dobrana do metaforycznych “szat”, którymi zdobisz to opowiadanie. I chodzi mi nie tylko o to, że przyłożyłaś się do tematu bardzo pilnie i cały ten koncept sprawia wrażenie mocno przemyślanego i spójnego – wręcz przekonującego – ale też o to, że z niesamowitą wręcz gracją wkomponowałaś go w klimat Orientu. Nie jestem znawcą tematu, ale z pewnością jestem jego entuzjastą, i jako taki ośmielam się twierdzić, że latający Chińczycy są tutaj tak bardzo naturalni, że właściwie nie przyciągają uwagi. Albo, inaczej rzez ujmując: gdybym nie wiedział, że to sci-fi (i może gdybyś nie kładła na nie takiego nacisku), uznałbym te wszystkie łodzioloty za w pełni naturalny element tła w cesarskich Chinach. Świetna mała rzecz, naprawdę.

Cieszy też wiedza, jaką przelałaś w ten tekst. Widać od razu, że wiesz o czym piszesz i wiesz, jak należało to pisać. Reserch do tego opowiadania musiał być sporym wyzwaniem, ale coś mi mówi, że sięgał on głębiej niż Wiki czy w ogóle Internet; że możesz pochwalić się elementarną, a nie powierzchowną wiedzą o kulturze Wschodu. Jeśli mam rację, to brawa za niezwykle umiejętne wykorzystanie zasobów. Natomiast jeśli się mylę – no cóż, jeszcze większe brawa, bo to znamionuje rodzaj talentu inny jeszcze, ale nie mniej istotny od tego, który widać u Ciebie gołym okiem.

 

Mam nadzieję, że następnym razem, gdy się spotkamy tu, na Enefach, będę miał możliwość zapoznania się z czymś naprawdę i całkowicie Twoim, a nie tylko z Twoją interpretacją czy też parafrazą historii. I mam nadzieję, że nie każesz na siebie zbyt długo czekać.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cny Panie, smoku Pańskiemu co prawda pierz do latania zbędny, ale myślę, że zaszkodzić też nie zaszkodzi. A Piórko wręczyć mu ochotę mam niemałą, bo to zacny kawał gadziny jest. Reasumując – komentarz będzie z tych króciutkich.

Gorzej, że mimo wszystko trochę niemrawy, bo – pomijając tło (też zresztą nie do końca oryginalne) – cała historia jest ograna do bólu. Ot, kolejna szpiegowska przygoda, jakich wiele. Liczyłem na jakiś choćby delikatny, ale fajny twist czy po prostu nieszablonowe zakończenie, ale się, niestety, rozczarowałem. Ponadto zdecydowanie bym wolał jednak coś “z pola”, jak Twoja “kwiląca sowa”, bo dworskie intrygi zawsze mnie nieco nudziły (plebs jestem widocznie – trudno), ale to już subiektywne marudzenie, które nijak nie wpływa jednak na ocenę końcową niniejszego dzieła. 

Nie sposób zresztą nie docenić, że mamy tu prostą, logiczną, dziur pozbawioną historię, która – sama w sobie – po prostu mi się podobała (i to nie tylko dlatego, że miłą zagrała melodię na patriotycznych strunach mej duszy ;). Ponadto jest to historia napisana w sposób zachwycający. Ale że moje prosienkiewiczowskie preferencje już znasz, wiele nad tym rozwodził się nie będę. Klimat rewelacyjny, stylizacja, nawet jeśli po sienkiewiczowemu błędna (w co, nie wnikając, wątpię), wypadła świetnie, naturalnie i przekonująco, dialogi chędogie, bohaterowie też odpowiednio dostrojeni do epoki, że tak powiem. Generalnie, jeśli chodzi o stronę literacką – dla mnie bombarda. Warsztatowo też większych uwag bez, choć kilka przecinków gdzieś tam jeszcze Ci się zbiesiło.

Krótko i na temat: “Smok” to prosta i mało odkrywcza, ale ciekawa i składna historia napisana w sposób jak na mój gust rewelacyjny. Lektura sprawiła mi ogrom czytelniczej frajdy i mam nadzieję, że doczekam się więcej. Najlepiej na papierze. Tak więc czekam na druk, a tymczasem mały motywator z mojej strony.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Łódź, Bielsko czy Andrychów? Biorąc pod uwagę wielkość opisanego miasta i jego znaczenie, to myślę, że jednak Łódź, ale BB i Andrychów też szczycą się piękną włókienniczą tradycją więc… A może jeszcze jakieś inne miasto? No ciekawe, ciekawe.

Podobnie zresztą jak samo opowiadanie, które – co przyznaję niemal entuzjastycznie – czytało mi się ciut lepiej niż dobrze. Chciałbym powiedzieć coś bardziej budującego – i, jasna cholera, kusi mnie, by to zrobić – ale… A nawet: ALE, bo trochę rzeczy do się czepiania jest.

Najsampierw styl może, bo o nim krótko. Sam początek dość mocno znamionuje brak pewnego „wyczucia” pióra. Później to wrażenie rozmywa się coraz bardziej – albo po prostu przestałem zwracać nań uwagę – niemniej pierwsze wrażenie miałem takie, że tekst jest napisany przez utalentowaną, ale jednak amatorkę. Nie jest to oczywiście jakkolwiek rozumiana wada – ani Twoja, ani opowiadania. W końcu wszystko musi mieć jakiś swój początek. Zwracaj jednak uwagę na zdania takie jak to:

Po nalanej twarzy Konstantego Hecka przeszedł nieprzyjemny grymas, a mężczyzna potem westchnął ciężko i otarł czoło chusteczką.

Jest wyraźnie przekombinowane, a przy tym, eufemistycznie rzecz ujmując, niezbyt ładne. I nie chodzi tylko o to, że “potem” brzmi tu niemal dwuznacznie (bo to od później, czy od tego, co Heck ścierał chusteczką? ;).

 

Technicznie jest już zupełnie przyzwoicie, choć nie mnie oceniać, ile w tym zasługi Twojej, a ile poprzednich komentatorów. Szczególnie, że mignęły mi tu i Reg, i Tarnina. Tak czy inaczej, choć miejscami nadal zgrzyta to i owo, głównie w interpunkcji, “czytliwość” opowiadania na tym nie straciła niemal zupełnie.

Gorzej natomiast z fabułą, bo ta – głównie świat przedstawiony – mnie nie przekonuje zupełnie. Przy czym sam już nie wiem, który z jej aspektów wiedzie w tym mnie nieprzekonywaniu prym, jako że opcji jest nie mniej niż kilka. Inna rzecz, że wszystkie zasadniczo łączą się ze sobą na tyle, że rozdzielanie ich też niekoniecznie ma jakikolwiek sens.

Generalnie wszystko można bowiem zamknąć w jednym słowie: skala.

Aleksander Hersbert. Zupełnie nie jest dla mnie wiarygodne, że facet, który ma patent na alternatywne, śmiesznie tanie i kosmicznie wydajne źródło energii, zadowala się sobiepaństwem w jednym, niechby i najnowocześniejszym mieście na świecie i wykorzystywaniem swojego potencjału na tak mikrą skalę. Wnosząc po tym, jak typa przedstawiłaś, powinien mieć on znacznie większe ambicje; tak od zmonopolizowania całego świata wzwyż.

Inna rzecz, że nawet jeśli Hersbrt był skłonny zadowolić się jedynie jednym miastem, to zupełnie, ale to zupełnie nie wierzę, że siły ościenne też były skłonne zadowolić się faktem, że tylko w tym jednym mieście (Łódź, Bielsko, Andrychów?) ludzie mają innowacyjną, znacznie bardziej wydajną technologię niż cała reszta świata. Nie mówię tu nawet o zawistnej konkurencji, która z pewnością chciałaby wykraść ten patent, i to za wszelką cenę, ale Rząd Królestwa z pewnością zmusiłby Hersberta do współpracy, bo dzięki temu zyskaliby ogromną przewagę militarną i ekonomiczną nad wszystkimi, od moskala i szwaba po jankesa i brytola. Z tego samego powodu jedni, drudzy czy dziesiąci, ci najbliżsi i ci najdalsi sąsiedzi, chcieliby zdobyć taką technologię dla siebie, i to raczej nie przebierając w środkach, co niemal na pewno skończyłoby się wojną i – w ostatecznym rezultacie – zrównaniem wszystkiego z ziemią. Jakkolwiek potoczyłaby się historia, gdyby ktoś faktycznie odkrył w tamtych czasach (a niechby i teraz – w ogóle to bez sensu, że, nie licząc może ognia i pary, nie mamy żadnych alternatywnych źródeł energii dla elektryczności) jakiś nowy, genialny patent na energię, opisany przez Ciebie scenariusz z pewnością jest w czołówce tych najmniej prawdopodobnych.

Nie przekonuje mnie też starożytna cywilizacja na poziomie rozwoju, o którym człowiek w XIX czy XX w. (a niechby i współcześnie) może tylko marzyć, a która istniała tylko na takim skrawku terenu, i po której nie zostały bardziej realne, namacalne ślady niż jakieś niejasnego pochodzenia kryształki, które w równie niejasny sposób stanowią kronikę dziejów owej cywilizacji. Ponadto o samej tej cywilizacji jest w tekście za mało. Wiemy że byli, mieli fajne patenty na energię i wyciszanie pomieszczeń, i że sami się unicestwili. A przecież po tylu latach zbierania informacji od nich i na ich temat, opisane przez Ciebie miasto powinno wyglądać zupełnie, ale to zupełnie inaczej niż niemal typowe miasto-fabryka z kilkoma zaledwie odchyłami. Bardziej jak przemysłowy „Blade Runner”.

Tak więc tło opowieści jest zdecydowanie zbyt spłaszczone i nieprzemyślane, wręcz naiwne, by mogło być przekonywujące.

Za to sama historia – ot, taka niewyszukana, ale wciągająca opowieść z pogranicza sensacji i kryminału – już o wiele lepiej (oczywiście jeśli pominąć zarys świata przedstawionego). Nie na tyle, bym wpadł w prawdziwy zachwyt, bo kilka uwag się znajdzie, ale jest po prostu przyjemna i fajnie prowadzona.

Czego mus mi się przyczepić, to finał. Tu akurat stricte subiektywnie będę marudził, ale osobiście o wiele bardziej wolałbym, żebyś zamknęła opowieść na samym wybuchu, nadając mu przy tym pewnej niejednoznaczności, tak, żeby nie do końca było wiadomo, czy to sabotaż, czy zataczająca koło historia. Byłoby, moim zdaniem cokolwiek skromnym, o wiele ładniej, mocniej i sugestywniej.

Poza tym sam motyw Zycha nie wypadł najlepiej. Koleś wyskakuje niemal znikąd, wykłada bohaterowi (i czytelnikom) wszystkie niuanse historii, wyjaśnia niedopowiedzenia, rozwiązuje zagadki i rozdaje bezcenne artefakty, po czym w pojedynkę i poza kadrem pcha fabułę do przodu, niezależnie od bohatera, jego planów i poczynań. Taki skacowany deus ex machina.

Kolejna sprawa, Gustaw. Mówiąc dosyć dosadnie, rozwaliło mnie, że kiedy pały po niego przyszli, koleś w ogóle się zastanawiał, cytując Polsat: “Dlaczego ja?”. Niezbyt dobrze świadczy to o lotności jego umysłu. Co ciekawe jednak, kiedy chwilę później o to samo zapytał go sam Wielki Fabrykant, Gustaw był już doskonale świadom, dlaczego go wezwano. Widzisz tu brak logiki i konsekwencji?

Tego, że Gustaw dał się zmanipulować jak dziecko, się nie czepiam, bo przez cały tekst miałem wrażenie, iż koleś jest jednak bardziej naiwnym nastolatkiem niż dorosłym już facetem. Za to pewnie mógłbym się przyczepić właśnie do faktu, że dorosły już facet sprawia wrażenie w najlepszym razie odrostka z mlekiem miast wąsa. Życie zna jednak i takie przypadki, więc dam pokój.

 

Podsumowania słowy kilkoma, zaprezentowałaś bardzo sympatyczne, lekkie i przyjemne opowiadanie, które jednak nie broni się fabularnie jako składna całość.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Niestety, nie mogę powiedzieć wiele ponad to, że tekst mnie zmęczył, nie dając w zamian nic, co miałbym ochotę wziąć. Cała reszta będzie zasadniczo rozwinięciem powyższego.

Już pierwsze zdanie – Kasztan zarżał donośnie i omal nie stracił równowagi, kiedy koła wagonu poślizgnęły się na zabłoconych szynach. – zwyczajnie mnie zablokowało. Rżący Kasztan – wiadomo, tu wielkiej filozofii nie ma, ale jak tu połączyć kunia z wagonem? Kuń wagon ciungnie? Może i ciungnie, tylko czemu kuń, a nie pociąg? (jest wagon, powinien być i pociąg). Tudzież czemu wagon, a nie wóz, powóz, karocę, dyliżans, furmankę, rydwan albo inną karetę? No i jak, do stu tysięcy beczek rumu przez diabła wodą chrzczonego, koła wagonu mogły się pośliznąć na szynach? Jedno zdanie, sam początek, a ja już zupełnie nie ogarniam. Chaos.

A potem jest już tylko weselej.

Pomysł, na ile go rozumiem (przy czym bezpieczniej przyjąć, że jednak nie rozumiem), jakiś był, i owszem, ale za to forma, w jakiej go zrealizowałeś, zupełnie do mnie nie trafia. Dla świętego wszystkich zgromadzonych spokoju nie będę analizował tekstu po kolei, a miast tego zadowolę się ogólnikami. Myślę jednak, że tym razem to w zupełności wystarczy. Tak więc, w ogólnikach rzecz ujmując, zabrakło mi w tym wszystkim logiki, głębi i spójności, przez co całe opowiadanie przypomina wędrówkę przez totalnie porąbany sen, w dodatku cudzy, w którym ja, jako pasażer na gapę, nawet przez moment nie mam tego zbawiennego poczucia, że wszystko ma sens i jest absolutnie normalne; poczucia, które nie pozwala śniącemu zrozumieć, że śni i wszystko to, co jemu wydaje się składne, tak naprawdę jest chaotycznym zlepkiem surrealizmów wszelakich, których – co boli już po przebudzeniu – ni jak nie da się poskładać w genialną, niesamowicie porywającą historię, mogącą być materiałem na świetną powieść.

No więc przez całe opowiadanie miałem wrażenie, że utknąłem w takim właśnie śnie, jednak bez tej ochrony w postaci totalnego zawieszenia niewiary. I właśnie dlatego wędrówka bohaterów po wnętrzu Atlasa dla mnie bardzo męcząca. Jedna rzecz, to opisy, które – choć ładne; w ogóle językowo bardzo ładny tekst – miejscami nieco nużyły, a przy tym bywały mocno nieczytelne i pogłębiały tylko chaos (jak to pierwsze zdanie), a zupełnie inna, to sama historia. Ta bowiem składa się z szeregu poszczególnych scen, które na swój sposób wynikają jedna z drugiej (choć nie zawsze), ale tak naprawdę nie bardzo się ze sobą łączą. Jak we śnie właśnie. Tu jacyś Tatarzy w sterowcach i jakaś wojna, z gwałtami na koniach (konno ;) w tle, zaraz potem jakaś sztuka teatralna we wnętrzu Góry-Budynku, jakby obok nic się nie działo, sołdaci robiący w gacie ze strachu przed Pandorą, która jest w sumie nie wiadomo kim/czym, i która w ogóle chyba już nie żyje (niby się pojawia, jest jej opis, ale nie zrozumiałem, czym ona właściwie jest – ciałem zalanym bursztynem?), a mimo to zabija jakieś swoje akolitki, co wynika z niczego i nic nie wynika z tego, podobnie ten motyw z koralami… Pietrow – kolejna postać bez historii, która zasadniczo – takie miałem przemożne wrażenie – pojawia się tylko po to, żeby Prometeusz faktycznie mógł zakończyć swoją wędrówkę na szczycie. Celu i sensu tej wędrówki również nie rozumiem. Niby to po prostu pragnienie starego człowieka, który jeszcze raz chciałby wrócić do domu i w nim umrzeć, ale cały czas pozostawiałeś mnie z wrażeniem, że za tym wszystkim kryje się coś jeszcze. Ale co – niech mnie Tatar na koniu, nie wiem. Z punktu widzenia Galileusza ten trip też wypada tak sobie. Nie przekonała mnie ta postać, nie przekonały mnie jej motywy (albo zwyczajnie ich nie rozumiem). Dialogi, które w teorii miały mnie na coś naprowadzić, też tylko pogłębiały wrażenie chaosu, jakiegoś takiego oderwania i wspomnianego już braku głębi (w rozumieniu, że po prostu ślizgałeś się po powierzchni każdej sceny, miejsca, postaci i motywów).

Technicznie tekst również miejscami wciąż niedopracowany. Jakieś tam zaginione przecinki i inne takie, o które nie ma za bardzo sensu się czepiać, ale też, na przykład, totalnie pogmatwany podmiot w scenie z koralikami, również nieco utrudniały odbiór.

Mówiąc krótko, nie odnalazłem się w tym opowiadaniu zupełnie, przykro mi.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Zastanawiałem się, czy ma sens zaczynać niniejszy komentarz tak, żeby nie było od razu, że opowiadanie mi się nie – albo raczej: tak, ALE… – by czasem znów nie wleźć pod miecz tutejszego Świętego Inkwizytora i, co ważniejsze, aby przypadkiem nie ukrzywdzić Szanownej Autorki, ale no… Nie wyszło, prawda?

 

Literacko – pomijając może, moim zdaniem nieudany eksperyment z interaktywnością, do którego zresztą wrócę za akapit, najdalej dwa – jest fajnie, ale wciąż jednak bardziej (bardziej, czyli nie całkowicie) na zasadzie poczucia solidności niż zachwytu formą. Czy to jednak zarzut? Nie, niekoniecznie. Dla mnie szczególną wartość ma literatura, w której można się “rozsmakować” (czyli, że nie odmówię sobie truizmu: od dobrej historii wolę dobrze opowiedzianą historię), ale każdy rodzaj twórczości ma swoje walory i może na swój sposób służyć opowieści. I tutaj naprawdę fajnie się to zgrało, bo jest na tyle ładnie i z iskierką, że na poziomie stricte literackim czerpałem z lektury swoistą przyjemność, a jednocześnie wciąż na tyle “rzeczowo”, bym zdołał się “zaczepić” w tym Twoim dystopijnym świecie. W niniejszej historii taki rodzaj narracji sprawdza się, śmiem twierdzić, o wiele lepiej niż malowanie słowem, bo tu ważny jest przede wszystkim przekaz. No i mamy tu do czynienia ze światem zero-jedynkowym, którego pokazanie, o ile ma być sugestywne, również wymaga nieco zero-jedynkowego podejścia, jeśli wiesz, co mam na myśli.

Zanim jednak przejdę do tego świata, obiecanych o interakcji słów kilka. Otóż pomysł, póki nie przekonałem się, jak wygląda w praktyce, wydał mi się tyleż intrygujący, co i obiecujący, a fajny przy tem. W rezultacie okazało się jednak, że sprowadza się on zasadniczo do marnowania mojego czasu na skakanie po nowych kartach w przeglądarce, bo do tekstu – poza tym, że wygląda sympatycznie – nie wnosi nic. Bo co, tak naprawdę, zmieniłoby się w opowiadaniu, gdyby załączniki były nierozerwalną jego częścią? Odpowiedź, przynajmniej dla mnie, jest klarowna. Tak więc mamy interesujący, ale w gruncie rzeczy trochę jednak pusty motyw. Inna rzecz, że gdybym poświęcił chwilę na zastanowienie się, czego właściwie spodziewam się po tej interakcji, pewnie nie znalazłbym odpowiedzi. To trochę (albo i więcej niż trochę) jak z ludźmi, których niby się zna, ale nigdy się ich nie widziało oczyma prywatnymi: lektorów, aktorów dubbingowych, ludzi na portalu, et cetera. Kiedy w końcu głos zgra się z twarzą, często człowiek przeżywa jakiś tam szok poznawczy, bo “nie tego się spodziewałem” czy też „nie tak sobie ciebie wyobrażałem”, choć, tak naprawdę, to jednak nigdy nie miało się żadnego konkretnego wyobrażenia na czyjś temat. Miewam tak ja i wiem, że miewają inni. Fascynujące zjawisko.

No, ale wracając do owej interaktywności, mam tu jeszcze jedną uwagę, która chyba nieźle sprawdzi się jako wstępniak do kolejnej części komentarza, czyli marudzenia na fabułę. Otóż udostępnione fragmenty twórczości imć Nortona są, wybacz dosadność, rażące. Osobliwie “Ocalony”, bo o ile “Raj”, który ma formę nudnego, a przy tym zawiłego i raczej mało odkrywczego eseju, broni się jako chałupniczy elektorat młodego buntownika, chcącego po prostu zmienić świat, to jednak “Ocalony” jest już po prostu odstraszającym, ociekającym propagandą kiczem, który – i to jest chyba najgorsze, bo pewnie zamierzone – w zestawieniu ze słowem “bestseller” i pokazanym przez Ciebie szumem medialnym oraz efektami, jakie owo dzieło wywołało, daje efekt koszmarnej groteskowości. Inaczej rzecz ujmując, jeśli chciałaś za sprawą tego fragmentu pokazać, jak głupie, naiwne i warte co najwyżej społecznego wykluczenia będą nasze (choć, dejcież Bóg, nie moje), dzieci, to wyszło Ci to wzorowo. Nawet zbyt dobrze, powiedziałbym. Tak czy inaczej ze wszystkich strasznych i smutnych – choć moim zdaniem zupełnie nierealnych, na czym najbardziej tekst się wykłada, tak swoją drogą – motywów w Twojej wizji “jutra”, ten jest zdecydowanie najsmutniejszy. I najstraszniejszy, bo jednak bardzo prawdzie podobny. A nawet zatwierdzony; jestem pewien, że ewolucja socjal-ekonomiczna i cywilizacyjna pójdzie w innym niż opisany kierunku, ale dezintegracja gatunku homo jako sapiens, zresztą zamierzona, jest już faktem.

Niemniej… W sumie, to może bym się i zgodził, albo chociaż przełknął taką wizję przyszłości, ale tylko wtedy, gdybyś przesunęła czas akcji do jedynki, może nawet dwójki w drugiej kolumnie datownika. I nie chodzi tu o rozwój technologii, którą pokazujesz. Wszak podobne do opisanch zabawki mamy już dzisiaj. A te, których nie mamy, będziemy mieli jutro. Niestety.

Problemem jest totalnie nierealne dla mnie zestawienie dzisiejszego obrazu społeczeństwa z tym Twoim z 2023 roku, o ile mnie pamięć nie myli. Nie ma, ale to kurde nie ma, możliwości, by ludzkość za cztery lata zgodziła się na opisany przez Ciebie model gospodarczy. Generalnie jestem zdania, że przekonanie kilkuset milionów (a może trzeba by tu już mówić o miliardach?) ludzi, żeby nie wiem jak sfrustrowanych i przerażonych, że coś jest albo czarne, albo białe, to bajka, nie socjo-sci-fi, więc tak naprawdę tutaj i kalendarzem byś się nie wybroniła. Chyba, że pokazałabyś społeczeństwo prawie wymarłe; takie, które Thanos mógłby wskazać palcem i powiedzieć: „A nie mówiłem?” Ale że osadziłaś akcję w takim a nie innym czasie i takich a nie innych realiach, to pozwolę sobie polemizować z tym, co mam, pomijając to, co być by mogło.

Przede wszystkim dam sobie obciąć wszystkie paznokcie, że w ciągu kilku najbliższych lat (a pewnie i dłużej; o wiele dłużej), osób korzystających ze socjalu będzie w Europie – i na świecie w ogóle – przybywać. I nie mówię tu tylko o ludności napływowej. Mamy starzejące się społeczeństwa, mamy coraz więcej chorób cywilizacyjnych, mamy coraz więcej pomysłów na nowe choroby cywilizacyjne… już teraz mamy miliony ludzi, którzy wręcz żyją i utrzymują się dzięki pomocy tego czy innego państwa, mamy też organizacje typu Kościół, Avaaz, Amnesty International, mamy w społeczeństwie ludzi o lewicowych poglądach, mamy ludzi po prostu dobrych, którzy odnajdują siebie i jakąś namiastkę sensu istnienia w pomaganiu innym. No i w końcu mamy też rzesze tych zwyczajnych, ale z dobrze dostrojonym kompasem moralno-etycznym, którzy w żaden sposób nie zgodziliby się na zaprezentowane przez Ciebie rozwiązania. A ja mam pytanie: co z nimi? Jakim cudem te miliony na socjalu, lewicowcy, obrońcy praw człowieka i każdy zdrowo myślący człowiek nagle stracili prawo głosu albo zmienili zapatrywania? Jak komuś udało się w ogóle przekonać całą zbudowaną na pewnej, w sumie nie najgorszej zresztą etyce cywilizację, że socjal jest czarno-czarnie zły i że trzeba wypalić go do gołej ziemi? Moim zdaniem na coś podobnego nie ma najmniejszych szans w ogóle, przynajmniej póki ludzie mają organiczne mózgi i serca, a osobliwie nie ma na to szans w ciągu tych kilku najbliższych lat. Tendencja – patrz: #500+ – jest raczej odwrotna. I chociaż widać już jak na dłoni, że socjal unicestwi naszą kulturę, zarówno wyniszczając “cywilizowanego Europejczyka” (A na co mi dziecko? Szkoda czasu i pieniędzy, w końcu na starość będę miał emeryturę, a im więcej teraz przepracuję, tym będzie ona wyższa) jak i otwierając bramy do “naszego świata” ludności napływowej, która ma zupełnie inną mentalność i pomysły na życie, to jednak nie wierzę w radykalizm. Nie na taką skalę i nie z pominięciem wszystkich tych, którzy obecny stan rzeczy uważają za jedynie słuszny (nawet jeśli jest to słuszność wybiórcza, indywidualna).

Do tego matka sprzedająca i skazująca na śmierć własne dziecko (a potem próbująca je pocieszyć, złapać z nim kontakt, by później oficjalnie się odżegnać… eee…). Rozumiem chęć pokazania, jak bardzo zesrało się społeczeństwo, ale no kurcze, bez przesady. 

Generalnie rzecz ujmując, tło opowiadania zupełnie mnie nie przekonuje.

Inną rzeczą, którą muszę uznać za spory minus, jest funkcjonowanie systemu w świecie przedstawionym. Vox populi… to jedno – osobiście uważam demokrację za straszliwe zło, zwłaszcza wśród nacji, które nie potrafią z niej korzystać (jak nasza), i którym nie jest ona do niczego potrzebna, więc pomysł, by oddawać pełną władzę w ręce ludzi, szczególnie takich jak opisałaś matołków, co to nie potrafią rozpoznać propagandy nawet, gdy pluje im w twarze, budzi mój wewnętrzny, czysto subiektywny sprzeciw. Już dzisiaj opinię wyrabia się na podstawie tego, co chcą, żebyśmy myśleli – nawet nie rozwijam tematu – więc jaką tragikomedią musiałoby być społeczeństwo, które decyduje o czyimś życiu i śmierci na podstawach tak nędznych jak zmanipulowane przez rząd (bo przecież wciąż istnieje jakaś grupa realnie trzymająca władzę – co, de facto, czyni Twój system marionetkowym, a chyba też nie o to chodziło?) informacje, których nie da się rzetelnie zweryfikować? Groza. Z punktu widzenia Wielkiego Brata, który już teraz rządzi nami przez manipulację, na pewno byłoby to wygodne i słuszne (poruszenie i piętnowanie tego typu motywów to multum plusików u mnie – to tak, jakbyś się zastanawiała), ale czy na taką skalę możliwe? Chyba nie. Żaden system nie jest i raczej nie może być aż tak idiotoodporny.

Ale mniejsza, bo w sumie, to chciałem o czymś innym. Otóż niemal rozbawiła mnie naiwność prawa i jego egzekwowanie. Osobliwie argument o tym, że nie likwiduje się wykluczonych od razu, bo to nieetyczne. Wykluczeni to ludzie realnie skazani na śmierć, a nie na banicję, więc ni cholery nie łapię, czemu się ich nie sprząta po prostu. W końcu dlaczego zastrzelenie kogoś w pustostanie, na ulicy czy w świątyni, w której są jacyś wierni, miałoby być bardziej etyczne niż humanitarne uśpienie delikwenta w zaciszu jego własnego domu albo, niechby, w jakimś więzieniu? I co jest etycznego w skazywaniu ludzi na głód, bezdomność, choroby, żebractwo, złodziejstwo, upokorzenia? W imię czego to wszystko? Wychodzi mi, że w imię dobrej zabawy polismajstrów, którzy lubią sobie od czasu do czasu do kogoś postrzelać, a nie za bardzo mają ku temu okazje.

No i czy przywrócenie takiego typa do łask, i to w celach wyraźnie propagandowych, jest legalne, a przy tym nie nazbyt grubymi nićmi szyte (nikogo nie zastanowiło, że facio najpierw odzyskał życie, potem dopiero na nie “zapracował?)? Dla mnie – jak najbardziej.

Do tego dochodzą jakieś takie drobiazgi, jak ta aplikacja, bez której dzieci nie potrafią się uczciwie wykiprować (motyw zapewne przerysowany, ale jednak obrazowy), kontra papierosy (papierosy, serio? Jakim cudem to legalne i niepiętnowane w takim świecie?) i, generalnie, mamy obraz świata ciekawego, z potencjałem, ale mocno nieprzemyślanego i nielogicznego.

Z założeniami konkursu – to już tak na marginesie – też, moim zdaniem, nie poradziłaś sobie w sposób satysfakcjonujący. Jest motyw odzyskiwania twarzy, ale tak naprawdę bohater nie miał z tym odzyskiwaniem nic wspólnego. Od początku był marionetką; zabawką w rękach Władzy (choć dziwne, że tak niskiego szczebla); kukiełką, która nie zrobiła zupełnie nic, by się zrehabilitować w oczach społeczeństwa, i która w żaden sposób na tą swoją “odzyskaną twarz” nie zasłużyła.

Każdy tekst fantastyczny, a sci-fi wybiegające nieco w przyszłość chyba szczególnie, powinien być jak najmocniej osadzone w realiach, żeby dało się go „kupić” (teksów niefantastycznych też się to zresztą tyczy). Twoje opowiadanie, niestety, nie spełnia tego warunku, więc – mimo że sama historia (nie licząc pewnych zgrzytów), była nawet ciekawa, a całość zaprezentowana w satysfakcjonującej oprawie – nie mogę powiedzieć, że jestem lekturą usatysfakcjonowany.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

No więc wykonanie pozwolę sobie skwitować wyrażającym satysfakcję uśmiechem, bo czyta się po prostu dobrze, płynnie i bez zgrzytów. Jak na tekst napisany na kolanie… to nie powiedziałbym, że to tekst pisany na kolanie. Jest po prostu dobrze, no.

Natomiast z fabułą już zdecydowanie gorzej, bo o ile pomysł wyjściowy miałaś zwyczajnie świetny, o tyle, moim zdaniem, rozwinięcie (osobliwie finał) już mocno zawodzi.

Pomijam już to, że Adam przez cały tekst snuje się z kąta w kąt i zasadniczo wyciąga wciąż te same wnioski tylko w różnych kombinacjach, ale już fakt, że wyciągał zeznania od Legranda po kawałku, przez kilka posiedzeń i ileśtam dni – mimo że właściwej opowieści od A do Z było tak naprawdę na kilka, góra kilkanaście minut monologu – w moich oczach jest już bardzo niewiarygodny. Rozumiałbym jeszcze, gdyby informacje faktycznie trzeba było od niego (czy też od innych bohaterów dramatu) wyciągać siłą, jakoś go łamać, zachęcać, zdobywać zaufanie czy cokolwiek. Ale nie. Owszem, są jakieś próby uzasadnienia takiego rozwlekania, ale dla mnie wszystko i tak wygląda, jakbyś po prostu grała na czas, by… no i właśnie nie wiem, po co. Jedyny wniosek, jaki mi się nasuwa, to potrzeba udeptania sobie miejsca na pełnoprawne opowiadanie, a nie szorta. Generalnie jest więc mocno, a przy tym zupełnie tym razem niepotrzebnie przegadany ten tekst. Nie wygląda to – przynajmniej dla mnie – fajnie ani naturalnie. Nie podsyca to też ciekawości co do rozwiązania zagadki (bo ta chwyciła już na początku) ani nie utrzymuje zainteresowania samą historią. Nie mogę powiedzieć, że te powolne dokładanie cegiełek i ciągłe dywagacje Adama na temat zdrad, romansów, motywów i przemilczeń jakoś specjalnie nużyły (no, może trochę), ale w pewnym momencie zacząłem zadawać sobie pytanie: po co? Zwłaszcza, że nie prowadziło to ani Adama, ani fabuły do przodu praktycznie w ogóle.

Tutaj za startup posłużył poniekąd losowy a dziwny przypadek zamiany ciał, który na nowo pobudził moje zainteresowanie sprawą – byłem autentycznie ciekaw, jak to rozwiążesz – i faktycznie pchnął opowieść do przodu, ale, jak się okazało, w dość nieciekawym dla mnie kierunku i jednak za szybko, przynajmniej w porównaniu z całą resztą opowieści (brak balansu).

Wygląda to tak: przez cztery piąte opowiadania (albo i gorzej) Adam snuje się jak, za przeproszeniem, smród po gaciach i nic wiele się nie dzieje, a potem PYK!, nagły zwrot akcji (zamiana ciał), bynajmniej nie będący efektem “śledztwa” (cudzysłów, bo dla mnie to jednak nie do końca adekwatne słowo), przyjeżdża V. i już: szybkie, brzydko infodumpowe, a przy tym totalnie niesatysfakcjonujące i do pewnego stopnia niejasne/nielogiczne zakończenie a’la Vidocq ex Machina. Takie trochę na odwal się, bym rzekł może nawet.

Nie kupuję tego, że Vidocq na podstawie informacji i domysłów, nie przeprowadzając zasadniczo żadnego własnego śledztwa wyciągnął jedynie słuszne wnioski i na ich podstawie powyciągał od wszystkich zainteresowanych zeznania, które idealnie pasowały do jego teorii. Nie kupuję również tego, że pruderyjna kura domowa i robiący ze strachu o własną karierę urzędniczyna (swoją drogą raczej nie typ przystojnego poety, o jakim marzyła szacowna małżonka, więc te swaty też mnie nie przekonują) praktycznie bez zająknięcia przyznali się do swoich małych grzeszków i sekrecików – i to jeszcze w obecności Legranda, którego te grzeszki dotyczyły – jakby byli zahipnotyzowani. Do tego naprawdę brzydkie spłaszczenie wątków z przestępstwami, które Gilbert sobie rzekomo wyobrażał, bo – mam wrażenie – ni jak nie dało się ich dopasować do całego konceptu, co zauważyłaś po prostu zbyt późno, by dało się/chciało Ci się je wycinać z tekstu albo zmieniać, i przepis na rozczarowujące zakończenie mamy gotowy.

Ponadto, jak już wspomniałem, jest w tym wszystkim grosik nielogiczności, bo skoro “talent” tytułowego bohatera działa na opak i spełnia życzenia innych pod jego adresem (przy czym jednak nie łapię, jak to się ma do szumu wokół tej jego powieści, bo tam sam Legrand był autorem powstałej kreacji; nic w tekście nie świadczy o tym, by było inaczej), to jednak ta zamiana ciał mi nie pasuje. No, w każdym razie nie do końca, bo jeśli przyjąć, że była to manifestacja życzenia Adama odnośnie tego “wchodzenia w cudzą skórę”, to jednak tyczyła jego samego i była zbyt ogólnikowa, bym bez mrugnięcia okiem to po prostu kupił. Przynajmniej w wersji podanej przez policjanta, ponieważ w tekście ten urwany fragment, chyba jedyny jaki można powiązać z tematem:

“– Każda zagadka jest warta rozwiązania – odparł sentencjonalnie Adam. – Tylko czasami ma się wrażenie, jakby nie dało się ich rozwiązać, nie będąc…

Kim? – zapytał sam siebie.”

mnie nie przekonuje, bo całość wygląda, jakby wtedy Adam nie dokończył zdania, tylko zamyślił się już nad czymś innym, więc te sakramentalne słowa nie padły. Dlatego też nie zrozumiałem tego wyjaśnienia i musiałem szukać w tekście potwierdzenia tych domysłów policjanta, co już samo w sobie jest niefajne, bo znaczy, że nie zagrało to tak jak powinno. Co gorsza, zasadniczo tego potwierdzenia nie znalazłem. Tutaj po prostu zdajesz się na dobrą wolę czytelnika (”Albo coś w tym rodzaju – mruknął(.)(s)(S)zczegółowe wyjaśnienie musi poczekać.”), a tej trochę mi jednak brakuje, bo cała intryga – choć pomysł miałaś naprawdę zacny – jest jednak pozszywana zbyt grubymi nićmi i ze zbyt mocno naciągniętego momentami materiału.

Inna kwestia, że Legrand powinien mieć w życiu totalnie, ale to totalnie przerąbane; odbijając się od rzeczywistości jak piłeczka w pinballu; każda myśl czy słowo pod jego adresem, czy też w jakikolwiek sposób z nim związane, powinny wywracać mu życie do góry nogami. Wciąż i wciąż. Kiedy zaginął, jego żona chciała, jak stoi w tekście, żeby się znalazł, mniejsza o to, czy żywy. (Dlaczego się więc nie znalazł?) W przeciągu tych kilku lat inni też na pewno mieli jakieś swoje życzenia w związku z jego osobą, często pewnie sprzeczne. A nie daj Boże, żeby biedak kogoś obraził albo, niechby, zastąpił komuś drogę albo szturchnął w karczmie, w rezultacie czego zostałby obdarowany życzeniem w stylu: „Niech cię szlag!”, „Idź do diabła!”, „Pies cię…!”^^

Generalnie zmierzam do tego, że facet powinien umrzeć najdalej po tygodniu od chwili, gdy ujawniła się ta jego moc, a zwariować – po trzech dniach. Tymczasem jakoś nic podobnego w opowiadaniu nie widać. Są tylko przypadki, można by rzec, wybiórcze. I ta wybiórczość też nieco razi.

 

Szkoda, że limity, terminy i inne takie, bo to chyba przez nie nie udźwignęłaś swojego, było nie było, rewelacyjnego pomysłu.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cześć!

Zacznę może od zaznaczenia, że jakkolwiek na żadnym poziomie tekst nie wywołał u mnie efektu WOW, to jednak też na żadnym poziomie mi nie nie pasował. Zasadniczo niemal nie ma się czego przyczepić.

Niemal.

Najgorzej wypada początek. Już w pierwszej scenie rzuciła mi się w oczy ogromna dziura logiczna, która tkwiła mi gdzieś tam w głowie przez całe opowiadanie (i tkwi w niej do teraz), jak taki mały kamyczek w bucie, który uwiera, irytuje i męczy przez całą drogę, ale też nie uwiera, nie irytuje i nie męczy na tyle, by człowiekowi chciało się zatrzymywać, ściągać buta i zrobić z kamyczkiem porządek. Inna rzecz, że w tym wypadku i kamyczek i but są metaforyczne, więc za cholerę nie idzie zrobić z nimi porządku. Ale do rzeczy.

Otóż, generalnie, chodzi o kontrakt Pietera.

Opowieść zaczyna się w chwili, kiedy Van der Eeckhout podsuwa mu jego przedłużenie do podpisania. Czyli że na mocy prawnej stary kontrakt wygasa wkrótce samoistnie i wynalazca będzie mógł wrócić do domu. I teraz wielopoziomowe pytanie, na które nie znalazłem odpowiedzi w tekście, a które nurtuje mnie jako ten metaforyczny kamyk: po co Pieter ten kontakt znów podpisał? Dlaczego niby musiał to zrobić? W tekście jest wyjaśnione, co się stanie, jeśli kontrakt zostanie zerwany –

– Lepiej, żeby się udało. Nie muszę chyba panu przypominać, jakie kary przewiduje pana kontrakt za odmowę wykonywania poleceń Kompanii? Co może się wtedy stać nie tylko z panem, ale też z pańską rodziną?

 – ale skoro wygasa samoistnie? Nie ma o tym ani słowa.

Okej, zapewne chodzi tu tylko o pozór, bo w końcu Zjednoczona Kompania nie podlega żadnym prawom ani sądom, ludzkim czy boskim – na pewno w Azji, a pewnie też i w Europie – więc rzeczony świstek nie ma realnego znaczenia a de Neyn nie mógł powiedzieć tak po prostu: dzięki, nie jestem zainteresowany, sam trafię do drzwi.

Tylko że ja, widząc (czytając) tę scenę, tego nie wiem. Nie znam jeszcze kontekstu, nie znam niuansów i nie rozumiem, dlaczego koleś po prostu nie tupnie nóżką. I mam z tym wielkie, paskudne “WTF?”.

Generalnie rzecz ujmując, pod tym kątem pierwsza scena mocno zawodzi. A jeśli dodać do tego potężny a brzydki infodump, który w niej upchnąłeś (tyrada o wynalazkach bohatera i osiągnięciach Kompanii – ten rodzaj ekspozycji naprawdę mnie drażni, szczególnie, gdy nie jest niczym nieuzasadniony – jak w tym wypadku – bo można było wpleść pewne informacje w sposób bardziej naturalny i oczywisty, a przy tym subtelniejszy), początek, mimo że bezsprzecznie obiecujący, nieco mnie zniechęcił do opowiadania.

No i Van der Eeckhout. Postać, którą od pierwszego wrażenia mam znielubić, a nawet poczuć do niej głęboką awersję. To wyszło Ci tak dobrze, że chyba trochę aż za… Już od pierwszej chwili gość skojarzył mi się z Ratcliffem z disnejowkiej Pocahontas. Czyli bohater przerysowany, trochę wręcz groteskowy, co dalsza część opowiadania na swój sposób to potwierdza – facet jest smolistym akcentem w czarno-czarnym świecie stworzonym przez kompanię. I jakkolwiek ta właśnie monotonia kolorów jest bodaj największą wadą całego opowiadania, bo pozbawia Twoją wizję realizmu (i znów: okej, wszystko pokazane jest przez pryzmat głównego bohatera, na co biorę poprawkę, a koloniści w Azji – czy gdziekolwiek indziej – generalnie byli taką właśnie szarańczą, na co też biorę poprawkę, ale tutaj to wszystko jest jednak ciut za bardzo przejaskrawione), tak gubernatora jednak nie sposób nie docenić za zaradność, spryt i pomyślunek. Jakkolwiek nie mogę powiedzieć, że typa lubię czy szanuję, przyznać muszę, że to zdecydowanie najciekawsza postać w całej opowieści.

Generalnie rzecz ujmując znajomość z panem de Neyn zaczęła nam się cokolwiek niefortunnie i średnio przyjemnie, co – jak się obawiałem – będzie rzutować na dalszy jej przebieg. Szczęśliwie okazało się jednak, iż moje obawy są na wyrost; dalej jest bowiem już tylko lepiej, ładniej i ciekawiej.

Historia Pietera, osobliwie zaś jej finał, są mocno na plus. Happy end (Pieter ucieka, potajemnie oddaje swój wynalazek Francom i Angolom, Kopmania upada) też nie byłby zły – nie dla mnie – ale tak jak jest, jest z pewnością mniej szablonowo i ciekawiej. Ogólnie pomysł na latających Chińczyków też się sprawdził (i to dwukrotnie, tyle że u Ciebie jest jednocześnie ciekawiej, ale i mniej… naturalnie… niż u Sy).

Literacko, poza wspomnianym infodumpem, opowiadanie również robi robotę. Napisane jest fajnie, bardzo obrazowo i przyjemnie (masz dryg do opisów), a przy tym bez większych zgrzytów w wykonaniu (za to z kilkoma mniejszymi, z którymi jednak mniejsza w sumie), w rezultacie czego czytało się po prostu dobrze, można było płynąć przez tekst.

Generalnie opowiadanie zdecydowanie mi się podoba, bo jest i fajny koncept na fantastykę (sci-fi trochę ciężko to jednak nazwać, bo brak tu konkretów co do działania flogistenu; tego, jak w ogóle może istnieć – choć pewnie wielu się ze mną nie zgodzi), i pomysł na opowieść z ciekawym, mocnym zakończeniem, i naprawdę zacne wykonanie, i bohaterowie, mimo że kontrowersyjni (gubernator w sumie, bo Pieter taki jednak… niewyróżniający się z tłumu), to jednak dosyć ciekawi.

Dobra, kończę powoli i idę coś zjeść, bo – mam wrażenie, patrząc na powyższe moje pitolenie – że pustka w żołądku zaczęła emanować na inne obszary mojego jestestwa.

No więc krótko: jest fajnie, nawet bardziej niż fajnie, niemniej – mimo że mankamenty, na które pozwoliłem sobie zwrócić uwagę, są raczej nominalne – na etapie pisania niniejszego zdania wciąż biję się sam ze sobą, bo TAK jednak kusi (skoro nie ma naprawdę solidnych podstaw do NIE), a z drugiej strony wciąż brak w tym wszystkim jednak czegoś, co urwałoby mi którąś z bardziej przydatnych części ciała. Po lekturze czuję sporą satysfakcję, bo to dobry tekst jest, ale… ale na Piórko wymagam czegoś więcej niż po prostu dobrego tekstu. O wiele więcej.

Koniec końców nie dogadałbym się z sumieniem, gdybym przyklepnął Ci TAKa. Ale to już wiesz.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

O!

 

Spóźnione, ale szczere: graty z muzeum!

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Maraton gratulacji czas zacząć:

Gratulowanie!

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

No to luz; Irka Luz.

Irko, prosim nową zgadywankę.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

I owszem, nawet bardzo, ale plany, zobowiązania i serce wreszcie w inną stronę kierują me kroki.

Ale tak serio – niedzielną porą wieczorową byłby li kto chętny na dolewkę?

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Zaraz turnee… Co ja poradzę, że wszędzie mam blisko?^^

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

11.05 będę wizytował Rudą Śląską, więc tak jakby będę w pobliżu. Na piwo jednak nie dotrę, szans nie ma, przykrość wielka. Gdyby znalazł się kto chętny  w niedzielę po sumie kufelek jaki osuszyć, to może coś by się dało zrobić, ale tak, to nie. (Yup, czujcie się sprowokaceni ;).

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dobra, Fifi, Drako, co do szyku przestawnego jednak macie rację, co potwierdza nie tylko PWN, ale także i zaprzyjaźnione mi panie redaktorki: Urszula Garder-Szmidt oraz Joanna Czarkowska.

Pierwsza pisze tak:

CB:

– Witaj (bez kropki) – (z małej) jego siostra powiedziała spokojnie zza biurka.

 Jak rozumiem taki zapis, gdzie pierwsze występuje podmiot, a potem orzeczenie, jest błędny?

UG: Tak, taki zapis jest w 100% błędny. Wstawka od narratora może być zapisana małą literą wyłącznie przy szyku przestawnym, gdzie stanowi dopowiedzenie kwestii dialogowej.

 

Natomiast pani Czarkowska ujęła rzecz w ten sposób:

W przypadku szyku przestawnego “Pomocnik” (zdanie przykład: – Cześć! – pomocnik Mikołaja zawołał już z daleka. przyp. CB) dużą literą. Ale, gdybym dostała taki tekst do redakcji, przestawiłabym natychmiast na szyk normalny.  I “zawołał” dała małą literą. Szyk przestawny stosuje się tylko i wyłącznie wtedy, gdy wymaga tego specyfika stylu, najczęściej w narracji. Tu nie ma uzasadnienia. Tak samo tryb bierny – owszem, wiele czasowników formę bierną ma, ale jej użycie musi być uzasadnione!

Wciąż jednak gdzieś po głowie krąży mi jakaś inna dyskusja z kimś, kogo teraz już nie pamiętam (w sensie, że nie potrafię dobrać twarzy i głosu do sceny), a kto na pewno stanowił dla mnie swojego rodzaju autorytet jako twórca. I pamiętam, że ten ktoś uczył mnie właśnie tej “drugiej szkoły”. Niemniej, o ile zdołam zaznać spokoju nie przypomniawszy sobie uprzednio, kto był moim interlokutorem, puszczam tamtą debatę w niepamięć.

Zwracam więc honor i kajam się uniżenie.

 

Natomiast co do tego:

Zdanie z uśmiechem – bezwzględnie z kropką.

Jednak nie masz racji, Drakaino. W prywatnej bibliotece znalazłbym multum ku temu dowodów, ale myślę, że lepiej zrobię, przywołując do tablicy dwoje redaktorów, których kiedyś zagadywałem o podobne kwestie, acz w innym nieco kontekście. Uzyskane wtenczas odpowiedzi jednak pasują i tutaj, więc proszę:

Pierwsza, ponownie, będzie Joanna Czarkowska:

Hej, rozumiem, że pytasz, czy to w dialogu napisać małą czy wielką literą. Otóż:

Wzdycha – małą.

Prycha – małą.

Śmieje się – małą.  

To są czynności gębowe ????

Ale z płaczem już jest „wesoło”.

Zalała się łzami –  na pewno dużą.

Zapłakała – dużą

A

wybuchnęła płaczem, płacze  – … na dwoje babcia wróżyła. Zależy jak kto do tego podejdzie. Jak do łez – dużą, jak do ryku – małą. 

Drugim z zagadniętych redaktorów był niejaki Michał Cetnarowski. Swoją drogą, jego wypowiedź rzuca na cały temat się śmiania – którego fortunnie dla nas użył wtedy jako przykładu – bardzo ciekawe światło:

Jeśli opisujesz czynność, za przeproszeniem, gębową (taka intencja), to mała:

– No nie wierzę – uśmiechnął się Jacek.

Ale jeśli chcesz podkreślić sam czasownik (czynność w oderwaniu od mówienia), to duża.

– No nie wierzę. – Jacek się uśmiechnął.

Wtedy też najczęściej po półpauzie dialogowej idzie zdanie o konstrukcji zdania oznajmującego.

Tyle ode mnie, już nie mieszam.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

To tylko jedna szkoła. Druga – taka, która bardziej do mnie przemawia – twierdzi, że jeśli można za pomocą szyku przestawnego napisać dokładnie to samo zdanie, to nie ma znaczenia czy pierwszy jest podmiot, czy orzeczenie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jako beta, pozwolę sobie na delikatną polemikę:

 

– Osiągnął pan naprawdę wiele[+.] – Collins znowu przerwał Haberowi.

– Nauka służy światu w czasie pokoju[+.] – Fritz wygłosił

– Milcz[+.] – DeValera przerwał Collinsowi.

W tych wypadkach raczej jednak bez kropek, bo didaskalia w każdym wypadku sugerują użycie przez bohaterów “czynności gębowych”. To “przerywanie” co prawda dyskusyjne, ale ja z czystym sumieniem bym to podciągnął. Natomiast “wygłaszanie”, jak na Cienia Burzy mózg nieduży, dyskusyjne nie jest i tu kropki być nie powinno.

Natomiast poniższy przykład to już wzór literackich kontrowersji. Wielu dałoby kropkę, a wielu uznałoby, że nie jest potrzebna. Ja, o ile pamiętam, zdecydowałem się jej nie sugerować jednak, bo w tym wypadku didaskalia to takie trochę bardziej rozbudowane: “uśmiechnął się”, przy którym też nie wrzucamy kropy. Dla pełnego obrazu przytaczam fragment w całości:

– Niech pan nie kusi[+.] – Heerhaus znowu pokazał w uśmiechu wybrakowane zęby. – A pan, panie Haber, skąd wiedział, gdzie go znaleźć?

 

 

– Cieszę się – zagadnął Heerhaus – że właśnie mnie poprosił pan o pomoc.

– Chciałem mieć pewność – przymilał się Fritz – że sprawa będzie załatwiona zawodowo.

Tutaj natomiast, przy dialogu, czepianie się powtórzenia “że” uważam jednak za przesadę. W takich wypadkach naturalność jest o wiele istotniejsza niż “poprawność” językowa. Dla drugiego “że” jedyną sensowną alternatywą bez rozkopywania całego zdania jest “iż”, które bynajmniej nie brzmi naturalnie. Generalnie jakoś nie wyobrażam sobie, żeby w zwykłej międzyludzkiej rozmowie jeden (normalny – bo mi się zdarza, ale też nie na poziomie spójników) interlokutor zwracał uwagę na to, jakich słów przed chwilą użył ten drugi i za wszelką cenę starał się uniknąć powtarzania za nim.

 

W dyskusje odnośnie uwag do szyku nie wchodzę, bo to już rzecz gustu. Przy czym o ile nie twierdzę, że Twoje propozycje są złe czy po prostu gorsze, to jednak nie uważam też, żeby były lepsze.^^

 

Cała reszta uwag, jak na mój gust, na pinć z plusikiem.

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

ale nie dostałam żadnego nowego, a za poprzednie mam książki xD

Czyli poszło lepiej, niż to sobie wymarzyłem.^^

Co do komentarzy, to jednak nie wiem, co mam Wam powiedzieć. Panowie Redaktorzy chęci mają (poczucie winy też), ale za to nie mają czasu zupełnie. Co jeden, to gorzej zalatany. Może po prostu trzebaby, żeby Malakh zamienił się działem z MC, i wszystko będzie jak trzeba?

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jakiś może się i trafi, ale z mojej perspektywy – pudło.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

A ja chętnie te domysły poznam. W zamian może sprzedam jakiś dodatkowy trop.^^

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Wiosenne graty dla każdego i tyle razy, ile trzeba.

 

Ponadto chciałem dzisiaj pochwalić pewnego redaktora naczelnego pewnej znanej Wam, fajnej gazety. Za co? Otóż wielu spośród Was przekona się o tym wkrótce. Odkurzcie skrzynki na listy.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Niezbyt pomocny ten fragment.^^

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Hmmm… “Chłopaki nie płaczą”, być może. Nie kojarzę takiego tekstu z tego filmu, ale pamiętam scenę, w której teoretycznie mógłby on paść.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Gratuluję raz jeszcze.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jest jakiś pomysł, całkiem fajny zresztą, ale kładzie go – choć może nie nokautuje – raz, że wykonanie, dwa, że uproszczenia fabularne, które mocno okroiły tekst z logiki.

Moje zastrzeżenia do wykonania brzmią mniej więcej tak: Masz w ręku narzędzie, i to dobre narzędzie, takie z wyższej półki, ale jeszcze nie potrafisz nim operować na satysfakcjonującym (przynajmniej mnie) poziomie. Pod tym względem prym wiedzie przede wszystkim początek, który jest napisany, wybacz dosadność, po prostu topornie, niemniej przez całą lekturę miałem wrażenie, że “można było lepiej”; że jest w tym – w Tobie – iskra, ale nie udało Ci się rozdmuchać jej w prawdziwy ogień (odniosłem wrażenie, że momentami wręcz siliłeś się na lekkość i dowcip). Albo, jeśli pominąć dziwne metafory, po prostu nie wykorzystałeś potencjału, który w sobie masz. Nie znaczy to, że opowiadanie jest napisane źle czy choćby nijako, bo ma swoje momenty. I to całkiem sporo. Ale – jak mówię – można było lepiej. A nawet dużo lepiej. I to wyraźnie czuć, przez co jednak tylko wzrasta poczucie niedosytu.

Fabularnie – no cóż, fajne ogranie motywów Kopciuszka i świetny finał, chyba najlepszy z możliwych (choć dało się poprowadzić go lepiej i chyba należy przemyśleć, czy dla byłych wspólników bohatera mordowanie tegoż, gdy znów znalazł się w centrum uwagi i patrzy nań cały świat, jest faktycznie najlepszym rozwiązaniem; osobiście jestem doskonale przeciwnego zdania), z cudownie gorzką puentą w postaci Moszyna. To mi się w opowiadaniu podobało chyba najbardziej.

Gorzej, że cała prowadząca do tego finału historia już mi nie gra. Jest fajna, ciekawa, zbudowana na chwytliwym pomyśle – z którego mógłby powstać zupełnie niezły scenariusz całkiem fajnego filmu – ale jednak dość mocno niedopracowana. A ściślej, to o ile wszystko jako tako trzyma się kupy aż do momentu, gdy w tle pojawia się Pantofelek – swoją drogą, bardzo mało wysublimowana nazwa – to później już z górki (choć nie na rympał). Samo istnienie instytucji, która umożliwia różnego rodzaju “odpadom” i “zesłańcom”, jak Tomasz, dostanie się do lepszych stref, choćby czasowe i niepełne, ale anonimowe i bez żadnego nadzoru, jest gotową receptą na katastrofę. Wystarczy odrobina sprytu, dobry plan – a przy takich możliwościach raczej nietrudno o taki – i albo komuś zaraz zaczną ginąć miliony, albo jakiś wkurzony na system, ale bardziej ogarnięty i zdeterminowany niż Sadzowski koleś zrobi totalną rozpierduchę, zamieniając Strefę Pierwszą w Pierwszy Krąg Piekła. Opisany przez Ciebie przykład tylko pokazuje, jakie to łatwe i oczywiste. Generalnie Pantofelek jest sztandarowym przykładem imperatywu narracyjnego – instytucja, która raczej nie ma racji bytu w wymyślonym przez Ciebie świecie, ale która jest, bo pasuje do zamysłu Autora.

Nie brak w tekście również innych tego rodzaju smaczków, jak choćby chemia, która doprowadziła do tego, że Tomasz stracił pamięć. Tyle, że tu nie chodzi nawet o to, że trochę zbyt wygodne, a trochę zbyt naciągane i dziwnie pasujące do założeń fabuły to wszystko (choć może i niekoniecznie; nie w świecie, w którym ludzie potrafią przenosić własne świadomości/dusze do innych ciał – a propos; przydałoby się rozwinięcie tematu, bom ciekaw, czy to były tylko puste powłoki, czy po prostu istnieje fach ludzi, którzy wynajmują swoje ciała Pantofelkowi? Skałaniałbym się raczej ku tej pierwszej opcji – zwłaszcza że druga dość niebezpiecznie ociera się o jeden z moich pomysłów do zrealizowania na kiedyś^^ – ale pewności nie mam. Inna rzecz, że taki “nośnik” – sztucznie stworzone ciało bez duszy, świadomości i umysłu, które jednak trzeba utrzymać przy życiu i o nie dbać – wydaje się strasznie drogą i skomplikowaną zabawką, więc tym bardziej dziwi brak jakiegokolwiek nadzoru nad użytkownikiem), a o to głównie, że Tomek nawet nie próbował uświadomić sobie, że coś z jego pamięcią jest mocno nie ten teges. Nie wyobrażam sobie przejść nad czymś takim do porządku dziennego, nie mówiąc już o tym, że miałbym żyć przez tyle lat i nawet nie pomyśleć, że czegoś mi brakuje. To, jako totalna dla mnie abstrakcja, jest chyba największym defektem całej historii. A fakt, że Sadzowki na bankiecie zdaje się już w pełni władać swoimi wspomnieniami, choć nie wiadomo kiedy i w jaki sposób je odzyskał, wcale sprawy nie ułatwia.

Kolejna kwestia, to ten nieszczęsny dokument, który nie dość, że bierze się zasadniczo z powietrza, co jest po prostu słabe, to powoduje fabularny zgrzyt innego jeszcze rodzaju. Otóż nie rozumiem i nie mogę sobie wyobrazić, jak do tego doszło, że Moszyn pozwolił, by to Nowickiemu Tomasz oddał dokument do opublikowania. Gość musiał się naprawdę sporo natrudzić by go zdobyć (kolejna sprawa – dziwne, że Zioło i Sterczyński nie postarali się w ogóle, by go zdobyć i zniszczyć, co byłoby posunięciem tyleż oczywistym co i raczej banalnym przy ich wpływach i możliwościach) więc powinien zadbać, by to jego nazwisko z owym papierkiem kojarzono. Bo tak, jak jest, jest tak, że gość naprawdę sporo stracił na tym niedopatrzeniu. Można by te moje zarzuty odbić argumentem, że Moszyn nie chciał afiszować swoich koneksji z Sadzowkim i całą sprawą, bo to mogłoby być niebezpieczne, ale gotowy na “pięć po dwunastej” artykuł, w którym musiało znaleźć się sporo pikantnych szczegółów, zdradzał owe powiązania o wiele bardziej niż zrobiłby to papierek wręczony “losowo wybranemu” dziennikarzowi.

Jakichś tam niedociągnięć fabularnych można by pewnie znaleźć jeszcze z kilka, ale nadgorliwość, podobno, jest gorsza od faszyzmu, a ja, jak wierzę, już i bez tego dostatecznie uargumentowałem, dlaczego opowiadanie mi się… Nie no, nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobało, bo wciągnęło, bo czytało się przyjemnie, bo skłoniło do refleksji, bo fajny pomysł i wykonanie z iskierką. Niemniej mogło być lepiej.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Lubię to Twoje pisanie, bo jest w nim i jakiś pomysł zawsze, i niemały zmysł artystyczny, i ciesząca oko estetyka, i porządne wykonanie. I tutaj, generalnie, również tego nie zabrakło – za co dziękuję – aczkolwiek…

Jest też sporo rzeczy, które jednak mnie w tym opowiadaniu stopowały, i to już od samego początku. A mówiąc “od samego początku”, mam na myśli sam początek właśnie.

Nie dość, że przez to przedzieranie się przez lawinę francuzczyzny, łaciny, nazwisk, tytułów, miejsc i słów “zaginionych” – takich, które, choć fajnie budują klimat czasu i miejsca, nie tylko określają przedmioty od dawna już nie używane (to samo w sobie akurat nie jest problemem; przynajmniej w wielu, wielu przypadkach), ale jak mi się zdaje, są dość rzadkie nawet w staropolskim, więc nawet posiłkując się kontekstem, chwilami po prostu nieco się gubiłem – to jeszcze, drażniły mnie te quasi-zwroty do czytelnika (“Po co się tam wybrałem? Doprawdy, niewdzięczne pytanie.”) bo w moim odczuciu to dość toporny sposób na otwieranie czytelnikowi drzwi do dalszej opowieści, a przy okazji – i to jest chyba jeszcze gorsze – niemal stuprocentowa gwarancja, że można się spodziewać łamania bardzo mądrej zasady: nie mów – pokaż.

Tutaj się to, niestety, również sprawdziło, szczególnie później, kiedy zwyczajnie wyłożyłeś całą intrygę i wszystkie jej niuanse na zasadzie “kawa-ława”, zostawiając bardzo niewiele pola dla wyobraźni i domyślności czytelnika. Osobiście nie czytałem Pachnidła – choć podobno mam czego żałować (przy okazji: dzięki za spoiler;) – i nie widziałem filmu, więc nawet ten krótki moment, między tym, jak nawiązałeś do Grenouilla, a wyjaśniłeś, kim ów był, zupełnie nic mi nie dał.

Kolejnym dla mnie zgrzytem była ta pomieszana chronologia. Być jak Quentin Tarantino – wiadomo, fajna sprawa, ale tutaj to takie trochę na siłę i, moim zdaniem, niepotrzebne. A w każdym razie nie w takiej formie. Mogłeś to albo wymieszać lepiej, tak żeby finał spotkania z damami zmieszał się z finałem retrospekcji (czyli, de facto, zakończenia) – i za takim rozwiązaniem bym optował – albo nie mieszać wcale. Tymczasem najpierw pokazujesz nam rezultat dążeń bohatera, potem jego cele i motywację, a na koniec metodologię, co, nie przymierzając, brzmi już trochę jak przypisy czy spis źródeł; czytało mi się to z równą namiętnością w każdym razie. Mówiąc wprost, nie udało Ci się utrzymać mojego zainteresowania. A szkoda, bo przez sporą część pierwszej sceny, gdy już trochę się rozkręciła – mimo strasznego przegadania (i tu: całego tekstu. Ale że przegadałeś go zupełnie ładnie, to się nie czepiam) – szło Ci to zupełnie nieźle.

Potem jednak zaczęło się wykładanie kawy na ławę i spóźnione, a przy tym dosyć mało frapujące wyjaśnienia, z których dla mnie najważniejsze było to, że w całym opowiadaniu nie ma tak naprawdę nawet oryginalnego pomysłu, a jedynie rozwinięcie cudzego konceptu, co też raczej nie wzbudziło mojego entuzjazmu, choć – przyznaję – koncept, generalnie, fajny. Choć też i niewiele ponad to, zwłaszcza że liczyłem, iż jednak pójdziesz jakąś własną ścieżką, z oczywistymi nawiązaniami do Pachnidła, bo tego już uniknąć się nie dało, ale jednak nie tak… bezpośrednio.

Mówiąc krótko, choć nie mogę powiedzieć, że opowiadanie mi się nie podobało – bo na wielu poziomach zrobiło robotę: klimat, dialogi, język, opisy – nie mogę też powiedzieć, że jestem nim oczarowany.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Spróbujcie jeszcze poszukać czegoś na stronie airbnb.

A Ty, Naz, nie daj sobie wmówić, że jesteś za stara na cokolwiek.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Berylu, kiedy zdradza się zakończenie, to to jest spoiler. Ale spoko, zwłaszcza że Jaśnie Pan myśl miał światłą z tym olewaniem zginania karteczek, o czym sam o nie pisałem, z powodów wiadomych. Niemniej ta część jest głównie dla Komisji Podglądania Gier I Zakładów, żeby widzieli, że karteczki były nówki sztuki, niezginane wcześniej ani nic, więc i losowanie uczciwe, bez powtórek i tak dalej. Na kogo padło, na tego hop-bęc!

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Stream na żywo? Kurde, to by mogło być ciekawe. Może za rok. Wtedy nadal będzie dwudziesty pierwszy wiek i szałowa technologia. My, być może, też tu będziemy.

 

Tym razem jednak musicie zadowolić się powrotem do klasyki, czyli tradycyjnymi linkami do filmików, w dodatku niemal niemych (jakieś tam mlaski i plaski w tle pewnie są, ale nic ponadto). W ramach nagrody pocieszenia: cztery książki do rozdania i ręce najfajniejszej Sierotki Losującej po mojej stronie Buga.

 

To jeszcze raz, dla porządku, listy osób biorących w losowaniu, z przypisanymi odpowiednio numerkami:

 

Skomentowali wszystkie (Arena czarnoksiężnika – trzy książki):

1. Darcon

2. Staruch

3. Thargone

4. CountPrimagen

5. Chroscisko

6. Mr.maras

7. Asylum

8. SzyszkowyDziadek

9. Werwena

10. Sy

 

Skomentowali te, na które głosowali (Arena Książęca – jedna książka):

1. Drakaina

2. Aqq

3. Deirdriu 

4. Kam_mod

5. Łukasz Kuliński

6. Ninedin

7. Bellatrix

8. Wiktor Orłowski

9. Tensza

 

A oto i wideorelacje z obu losowań, zaprezentowane Państwu w czasie niemal-rzeczywistym:

 

Arena Książęca

 

Arena Czarnoksiężnika

 

Miłego seansu.

Zwycięzcom gratuluję i proszę o podesłanie adresów do wysyłki.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Graty z orbity – ciut spóźnione, ale szczere.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Okey, załatwione. To jest dobra wiadomość. Zła jest taka, że wideo-zapisy z losowania streamingują się – czy co tam takie filmiki robią, żeby dostać się na YT – w cholerę długo, a mnie znów wzywa droga, i to dość pilnie, więc niestety nie obejrzycie ich dzisiaj. Ja ze swojej strony nie zepsuję Wam niespodzianki i nie podam wyników bezpośrednio, więc musicie zaczekać do jutra, przykro mi.

Dla jasności podam od razu, że numerki są przypisane poszczególnym użytkownikom wedle kolejności z list powyżej.

Wyszło, powiem Wam, ciekawie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Z poszanowania dla Twoich preferencyj czytelniczych, postaram się o zwięzłość.

 

Wziąłeś na warsztat sztampę i, niestety, nie udało Ci się wyciągnąć z tego nic nowego, wyrwać się poza schemat, zaskoczyć w jakikolwiek sposób, pokazać coś nowego, sprawić, by… sorry, miało być krótko. No więc nie wyłamałeś się poza schemat brzydkiego kaczątka, które wcale nie okazuje się być łabędziem. Inna rzecz, że gdyby okazało się łabędziem, to nadal byłby to tekst schematyczny, tyle, że tym razem schematyczny po hollywoodzku, czyli jeszcze gorzej.

Ale…

Wiesz, kiedy na horyzoncie zamajaczył mi napis “koniec”, a ja i tak już od dawna wiedziałem, w jakim kierunku zmierza ta historia, na króciutką chwilkę oderwałem wzrok od tekstu i niemal – ale tylko niemal – przeskoczyłem do ostatniego zdania, tak bardzo byłem ciekaw, na jakie rozwiązanie się zdecydowałeś. Złe, bardzo złe (ale najbliższe mojemu kaczemu sercu) czy też… jedynie słuszne. I już sam ten fakt, ta niemal sekunda, mówi o moim stosunku do tego opowiadania więcej, niż zdołałbym tu napisać w standardowym eseju, którego tak bardzo – acz nieudolnie – staram się uniknąć.

Po prosu lubię takie opowieści i na swój sposób lubię każdą z możliwych opcji ich zakończenia. Lubię, tą tandetną sztampę, kiedy wszystko kończy się dobrze, bo przecież po to czytamy, żeby choć na chwilę uciec z tego świata; nijakiego, a mimo wszystko w tej swojej nijakości wyjątkowo podłego. Lubię też złe zakończenia, bo są prawdziwe, przekonujące i bolesne, szczególnie, kiedy czytelnik zdoła jakoś utożsamić się z bohaterem i… “poczuć go”. A ja Twojego Mistrza “poczułem” bardzo wyraźnie, co albo źle świadczy o mnie, albo dobrze o nim. A może jedno i drugie.

Jest jeszcze trzeci rodzaj zakończeń takich opowieści – niedopowiedzenie. I jest to właśnie ta jedynie słuszna opcja, przynajmniej dla mnie. Takie zakończenia lubię najbardziej, bo jednocześnie nigdy nie dowiem się, jak było naprawdę i wiem to doskonale, bo sam sobie tę prawdę dopisuję. Ode mnie zależy, czy Mistrz Tramonte stał się łabędziem, czy pozostał kaczką.

I tutaj mam taką myśl, że właśnie ten rodzaj zakończenia chciałeś zaserwować. Albo przynajmniej stworzyć ułudę tej chęci. Nie mogę jednak powiedzieć, że Ci się to udało, ponieważ jest o to jedno zdanie za dużo. Nie do końca świadczy ono o jakiś Twoim wyborze, bo nic do końca nie zostało powiedziane przecież, ale już przeważa szalę w jednym konkretnym kierunku.

Niemniej wciąż – podobało mi się. Mimo tego, że historia momentami nie jest opowiedziana tak zgrabnie, jak by mogła (kilka niepotrzebnych wstawek i dłużyzn) a sposób w jaki wywabiłeś Mistrza na scenę mnie jednak rozczarował (choć też swój urok ma) – podobało mi się. Głównie na zasadzie szkiełek, czuć, oczu, mędrców i tak dalej, ale wrażenia czysto estetyczne tekst również pozostawił po sobie bardzo pozytywne.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Zacznę może od tego, co mi się w opowiadaniu nie podobało, bo – podobno – zawsze lepiej iść w stronę światła.

Co mnie najbardziej drażniło, to Twoja zupełnie niezrozumiała dla mnie maniera niedopowiadania podmiotu, która raz, że wyraźniej umniejszała jakościowo tekst, dwa, że zwyczajnie utrudniała jego odbiór, bo często nawet w dialogach – których przecież w opowiadaniu ani razu chyba nie prowadziły naraz więcej niż dwie osoby (a nie, dobra; śmierć nieboga była dziełem zbiorowym) – czy wręcz opisach, które tyczyły wyłącznie jednej postaci i jej czynności, zwyczajnie rozjeżdżał mi się ten podmiot i choć niby bez problemu rejestrowałem, o kim i o czym akurat piszesz, to i tak odnajduję takie fragmenty jako swoiste literackie Stoperany. Przy czym – trochę się powtórzę, a trochę dopowiem – nie zastanawiałem się nad tym, o co Ci w danym fragmencie chodziło, tylko… no, po co? Dlaczego w ten sposób. Pisać przecież potrafisz, nie brak Ci umiejętności, by nie popadać w przeciwną skrajność i zamordować tekst nadmiernymi powtórzeniami imion, nazwisk czy innych określeń albo nie popaść w śmieszność, na siłę doszukując się jakichś oryginalnych.

Poza tym, jeśli chodzi o wykonanie ze stricte technicznego punktu widzenia, zastrzeżeń większych nie mam. Gdzieś tam mignęły jakieś literówki czy odklejony przecinek, ale to nic, co chciałoby się pamiętać.

Natomiast jeśli chodzi o samą fabułę, też będę głośniej narzekał niż chwalił.

Są dziury i niedopowiedzenia, które – osobliwie przy opowiadaniu o tak pokaźnych rozmiarach – mnie drażniły, ale zacznę od futorospekcji wieńczącej dzieło, bo to chyba właśnie ona gryzie mnie najbardziej. A gryzie mnie, ponieważ… No cóż, pewnie nie uda mi się dokładnie oddać tego, co czuję, bo chyba sam nie do końca potrafię dojść z tym do ładu, ale spróbować trzeba. Tak więc: chyba po prostu liczyłem na coś więcej; coś prawdziwszego, konkretniejszego i sensowniejszego. Na coś, czego mógłbym się uczepić, szukając odpowiedzi na pytanie: ale o co, właściwie, chodzi? Albo inaczej: zabrakło mi puenty, a zamiast niej dostałem tylko kilka, zupełnie dla mnie nieistotnych – bo w sporej mierze oderwanych od rzeczywistości, w której mnie osadziłeś – informacji, z którymi nie mam co zrobić. Z jednej strony potęgują one depresyjny nastrój całego dzieła, ale z drugiej też go zabijają, właśnie przez to, czym są, czym nie są, czym być powinny i czym się nie stały. Jeden konkretny przykład, żeby nie popadać w wydumany bełkot: Averi, jako ostatni z cudów doliny jest, moim zdaniem, zupełnie od czapy – jedyna przesłanka w tekście, dająca jakąś podwalinę pod takie rozwiązanie, to odczytywanie szeptów Nieboga. Tyle tylko, że ja odebrałem to raczej jako umiejętność czytania z ruchu warg, czy coś takiego, a samą moc/zdolność prorokowania przypisałem olbrzymowi. Tak więc przedstawienie Averego w takim świetle wybrzmiało mi jako akord tworzący pewien dysonans, a przy tym zupełnie niepotrzebnie melodramatyczny.

Niepodobały mi się również niektóre sceny, jak choćby drugie spotkanie Averego z Różanem, tedy, gdy chłop pana we dwory prowadził, bo wypadła strasznie sztucznie (zaczyna się od dociekania oczywistości – w końcu Różan sam wysłał gościa do Sennej, więc wydedukowanie po wyrazie twarzy Nesmo, że się spotkali było dla mnie takim trochę WTF?), czy scena walki żołdactwa z Niebogiem, choć tu głównym dla mnie problemem była jej – jakże odmienna od całej reszty tekstu i przy tym nienaturalna – dynamika, szczególnie fakt, że wojskowi znaleźli Nieboraka zupełnie bez szukania, z marszu, jakby do celu prowadził ich Krzysztof Hołowczyc. Miałem wrażenie jakiegoś takiego pośpiechu i niechlujności w tym wszystkim, jakbyś ścigał się z terminami i/lub limitem.

Do tego dochodzi cała sterta pytań bez odpowiedzi, jak na przykład o te białe żagle, o to, dlaczego matka bohatera, kiedy zaczęła chorować, po prostu nie wróciła do Doliny, co dokładnie stało się z pozostałymi cudami i kim/czym oni w ogóle byli; generalnie: dlaczego Dolina była taka wyjątkowa/magiczna do czego dążył (bądź dążyła) Niebóg i czemu miała posłużyć ta genderowska wstawka, skoro tylko zamieszała, nie dodała nic od siebie – poza ładnym, mądrym zdaniem – i nie wyjaśniając nic z tego, co wyjaśnienia domagało się już wczaśniej, o co chodziło z tymi zanikami pamięci, dlaczego nie było już dzieci, i tak (trochę) dalej. Nie są to co prawa kwestie, które p o w i n n y zostać wyjaśnione, a raczej takie, które osobiście chciałbym, żeby wyjaśnione – czy choćby lepiej nakreślone – zostały. Dolina Białych Żagli to miejsce dziwne od samego początku do – jak się okazuje – samego końca, i choć myślę, że potrafię uszanować ten Twój zamysł, by taką właśnie pozostawić ją już na zawsze, nie jestem Ci zań wdzięczny. Po prostu lubię wiedzieć, lubię rozumieć, lubię mieć jasność. Zagadki też lubię, ale dlatego, że mają jakieś swoje rozwiązania. Tutaj wiele z nich, łączących się w jedną większą, zresztą trudną do sprecyzowania zagadkę, tych rozwiązań nie ma albo są one zbyt enigmatyczne, czy wręcz połowiczne, bym poczuł się lekturą usatysfakcjonowany.

Co mi się natomiast podobało? No tu, tradycyjnie, będzie krócej, bo jak coś jest dobre, to po prostu jest dobre i nie ma za bardzo nad czym się rozwodzić.

Literacko, pomijając tą awersję do podmiotów, w porządku z odchyłami w stronę ładnie, bardzo ładnie i pięknie, dzięki czemu lektura, mimo że długa i niewiele bardziej dynamiczna niż rzeźby Nieboga, dała się przeczytać z zainteresowaniem i przyjemnością; osobliwie, kiedy trafiały się zdania-perełki. Samotniki też są świetnym, choć, moim zdaniem, niewykorzystanym pomysłem. Lepiej nadałby się na główną oś fabularną – nośnik całej opowieści – niż nieszczęsny olbrzym. Przede wszystkim jednak klimat – ładny, smutny, depresyjny, słodko-gorzki, ciężki i magiczny. Nie jestem pewien, czy faktycznie mi do końca siadł, tak prawdę mówiąc, ale – tak w miarę możliwości obiektywnie – jako twór swojego kreatora wypadł świetnie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Darconie, specjalnie przedłużyliśmy kadencję poprzedniej Loży o miesiąc, by zrównało się to z rokiem kalendarzowym i by “stara Loża” mogła we własnym gronie ogarnąć plebiscyt od A do B. Dlaczego? Ano dlatego właśnie, żeby było wygodniej, efektywniej i, przede wszystkim, szybciej.

Do tej pory było tak, że członkowie nowej Loży musieli na chybcika czytać i komentować opowiadania z jedenastu miesięcy nieswojej kadencji (plus, oczywiście, swoje grudniowe), żeby móc oddać głosy w pierwszym etapie plebiscytu. Przechodziłem przez to, więc mogę Cię zapewnić, że taki maraton to nic fajnego, szczególnie na “dzień dobry” w Loży i może człowiekowi obrzydzić tę robotę… A nie, sorry – za robotę, zdaje się, ktoś komuś płaci… ten wolontariat, a przy tym cały proces przeciągał się niepotrzebnie o miesiąc, dwa, trzy. Raz chyba było i tak, że w Nowej Fantastyce wyniki plebiscytu zostały opublikowane dopiero w czerwcu.

Tak więc sam chyba przyznasz, że były to problemy o wiele istotniejsze dla całej społeczności, osobliwie dla nowych członków gremium, niż zagadnienie, z ilu osób faktycznie składa się Loża.

Inna rzecz, że moim skromnym zdaniem poruszane przez Ciebie zagadnienie jest zupełnie nieistotne i – przede wszystkim – ni jak się ma do tematu kadencyjności, bo zupełnie o niczym nie świadczy, a sama kadencyjność niczego by w takim przebiegu plebiscytu nie zmieniła.

Natomiast jeśli chodzi o to, czy tych troje świetnych ludzi, pisarzy i lożan (jeśli myślenie o nich – czy o kimkolwiek na tym portalu – w ten sposób generuje TWA, to tak; mam tu swoje TWA, kłaniam się pięknie) było faktycznie potrzebnych tak długo, to odpowiadam z pełną świadomością i odpowiedzialnością: tak.

To był nasz rok, my za niego odpowiadaliśmy, więc przebieg plebiscytu od A do Z powinien pozostać w “naszych rękach”. Tak jest po prostu uczciwie wobec wszystkich.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

W sensie? Lista jest, nikt nie zgłaszał sprzeciwów, ale na zorganizowanie porządnego głosowania czas znajdę nie wcześniej jak w niedzielę. Nie ma co prawda gwarancji i na to, ale nie przewiduję poważniejszych komplikacji, więc myślę, że uda mi się dotrzymać słowa i zamknąć temat jeszcze w tym tygodniu. A nie, no dobra – książkę nagrodę wyślę już w przyszłym.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Chulera, faktycznie! Nie wziąłem pod uwagę nicków, które wykluczyliśmy z list do losowania już na początku, jako oczywistych niekomentujących. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina, przepraszam.

 

Zatem aktualizacja:

 

Skomentowali wszystkie:

Darcon

Staruch

Thargone

CountPrimagen

Chroscisko

Mr.maras

Asylum

SzyszkowyDziadek

Werwena

Sy

 

Skomentowali te, na które głosowali:

Drakaina

Aqq

Deirdriu 

Kam_mod

Łukasz Kuliński

Ninedin

Bellatrix

Wiktor Orłowski

Tensza*

 

Nie skomentowali:

Stn

Anet

Teyami

Jeroh

Miodziek

śnieg

Trost

dawid majerski

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cisza na moście, cisza w komnacie, kto zapomniał o zagadce, ten ściąga gacie!

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Przepięknie! Dziękuję.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Czas na krótkie – nawet bardzo krótkie – podsumowanie zabawy:

Nikt nie trafił pierwszej trójki, nikt nie dostanie ode mnie książki. A szkoda.

Niemniej dziękuję wszystkim za udział i – mam nadzieję – do zobaczenia w przyszłym roku.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Skoro emocje nieco już opadły, to mam dla Was obiecaną garstkę statystyk:

 

Poniżej Zamieszczam wyłącznie te opowiadania, które otrzymały jakikolwiek głos od Loży (każdy jej członek miał do dyspozycji tych głosów od pięciu do dziesięciu):

master-of-orion: Szept pielgrzymów – 9

thargone: Długo i szczęśliwie – 8

Cerleg: A jednak będzie – 5

wisielec: Seleukos w Kolchidzie – 5

SzyszkowyDziadek: Robaczywe miasto – 5

funthesystem: Szósta minuta na językach – 4

NoWhereMan: Status ofiary ściśle reglamentowany – 3

SzyszkowyDziadek: Dzwoneczek i Klub Solipsystów – 3

cobold: Na obraz i podobieństwo – 3

Cobold: Madonna z Ufo. Palimpsest – 3

drakaina: Jeśli wykluczysz możliwe – 3

wybranietz: Spadkodawcy – 3

wybranietz: Aberracja mrozowiska – 3

Thargone: Bieluń i chryzantemy – 2

mr.maras: Husarz Śmierci – 2

master-of-orion: Nadzorca – 2

CountPrimagen: Smakołyk dla dżdżownicy – 2

Wybranietz: Illicium – 2

rybak: Opowieści starego Nawigatora: Skowronki i sowy z Keplera 78b – 1

wybranietz: Czerw Zwycięzca – 1

katia72: Oczy zalane atramentem – 1

Issander: Arecibo – 1

chroscisko: Kumari – 1

joseheim: Miedź brzęcząca

Mytrix: [Miejsce na twoja reklamę!] – 1

CountPrimagen: Luminescencyjny pokrak – 1

joseheim: Panna z wilkiem – 1

Staruch: Czas milczenia i czas mówienia – 1

AQQ: Ziemia – 1

Katia72: Uciekające barwy – 1

Zygfryd89: Nocne Radio znów nadaje. Pochwała ciszy – 1

 

Tak wyglądała pierwsza tura pierwszej tury. Nie udało nam się w niej wyłonić jednak najlepszej, znanej Wam już dziesiątki, więc odbyła się dogrywka. W tej dogrywce wzięło udział siedem opowiadań (te z trzema zdobytymi punktami), a każdy członek loży przypisywał im odpowiednio od jednego do siedmiu punktów. Oto ostateczny rezultat:

 

cobold: Madonna z Ufo. Palimpsest – 33 pkt.

cobold: Na obraz i podobieństwo  – 30 pkt.

wybranietz: Aberracja mrozowiska – 30 pkt.

NoWhereMan: Status ofiary ściśle reglamentowany – 30 pkt.

--------------------------------------------------------------------------------

wybranietz: Spadkodawcy – 29 pkt.

drakaina: Jeśli wykluczysz możliwe – 24 pkt.

SzyszkowyDziadek: Dzwoneczek i Klub Solipsystów – 20 pkt.

 

Z mojej strony to na razie tyle. Proszę jeszcze Panów Victorów o podesłanie mi na priv adresów i potwierdzenia, że możemy zRODOwać Was w Nowej Fantastyce.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Coś tam edytowałem poprzedniego posta, a teraz dobranoc się już z państwem.

Dziękuję za uwagę i mam nadzieję, że udało mi się choć trochę umilić Wam ten poniedziałkowy wieczór.

 

Peace!

 

Edyta:

Gratki też dla Cienia za narastające emocje podczas plebiscytu i ogłaszania wyników – kilka godzin temu weszłam na stronę tak o, z przyzwyczajenia, zobaczyć co słychać, a skończyło się na odświeżaniu co sekundę, gdy dochodziła już północ :)

O, to, to, to! <3

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Asylum, rozumiem, że “jutro”, czyli 5 po północy? Bo nie wierzę, że da się zasnąć na samym finale :p

No ja, prawdę mówiąc, delikatnie już odpływam.

 

Ale wróćmy do tematu, bo oto nadszedł moment, na który wszyscy czekaliście.

 

Jeden jest absolutnie wspaniały, drugi – bezkonkurencyjny.

Jeden rozwalił mi system, drugi – no cóż, też rozwalił mi system.

Jeden… A zresztą czniał się wymądrzanie, bo północ zaraz, a wyniki obiecałem dzisiaj.

 

Miejsce drugie, z fenomenalną liczbą dwunastu głosów i boską przychylnością zajął:

Tomasz Matera (wisielec) i jego Seleukos w Kolchidzie.

 

Miejsce pierwsze, z liczbą OSIEMNASTU głosów, zdobył:

Marcin Moń (Master-of-orion): Szept pielgrzymów.

 

Gratuluję.

 

Peace!

 

Edyta:

Kurde, i uciekło… No nieważne.

Panowie, serdeczne, serdeczne gratulacje raz jeszcze, chwał i chałwa. Oczywiście spodziewajcie się wzmianki o tym doniosłym wydarzeniu na łamach wiadomej gazetki oraz – co jakoś wydębię od tych skubanców; tyle, że nie wiem jeszcze jak – komentarzy od całej redakcji magazynu Nowa Fantastyka.

 

Przypomnijcie mi, to podam Wam jutro zestawienie głosów Loży na poszczególne opowiadania w pierwszym (kwalifikacyjnym) etapie plebiscytu.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Każdego żal…

Chociaż nie, tego typa, o którym opowiem Wam teraz, akurat nie żal ani trochę, bo choć nie wygrał plebiscytu, to w końcu znalazł się na podium; okazał się jednym z trzech najlepszych opowiadaczy opowieści na tym opowiadań padole. A przecież mamy tu tysiące tekstów, setki użytkowników i od groma talentów wszelkich a niepoślednich. Zatem takiemu, to tylko zazdrościć… i gratulować.

O kim mowa?

Ano o szlachetnym zdobywcy jedenastu serc i głosów użytkowniczych, Michale Brzozowskim, (vel SzyszkowymDziadku), zamieszkującym “Robaczywe miasto“.

Gratuluję. Możesz pląsać z radości.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Bezsprzecznie zaszczytne – mimo że nie wiążące się z żadnymi większymi zaszczytami – czwarte miejsce, w tym roku przypadło Krzysztofowi Rewiukowi (aka cobold), za opowiadanie “Na obraz i podobieństwo” którego dziesięciu Użytkowników widziałoby najlepszy tekst roku.

Krzysiu, gratuluję.

 

A teraz zaczyna się ten naprawdę fajny etap, bo pozostałe dwa posty będę pisał wyłącznie z radością.

Panowie, jesteście na cholernym podium i tego już nikt Wam nie odbierze!

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Siedzi Jadzia na piecu,

A piec cały z sadzy,

Kto na ten piec

Znów Jadzię podsadził?

 

Bardzo dobre pytanie. Wręcz wyśmienite. Ale wiecie co, wiecie co, wiecie co? Mam lepsze – kto jest na czwartym miejscu? Kto otarł się o podium, ale – ostatecznie – nie zdołał się na nie wspiąć? Kto jest wielkim przegranym tego plebiscytu (oczywiście jeśli założyć, że miejsce czwarte jest tym najgorszym z możliwych – z czym się nie zgadzam; tu nie ma przegranych, pamiętacie?)?

Ha, ja wiem!

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Doskonale!

 

Zatem już czas dowiedzieć się, kogo przez najbliższy rok ustawicznie będzie bolała dłoń od przybijania piąteczek.

Nasz zawodnik, powiem Wam, zdobył bardzo już miłą oku liczbę ośmiu głosów.

Piotrze (osobiście wolę “Piotrusia” – taka tam dygresja) Targoni (thargone, ofkors), będziesz przybijał nam te piąteczki “Długo i szczęśliwie”?

Tak?

No to… High five!

Gratuluję.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Chłop w koronie? Chłop w koronie to pi… Zda mi się, Najjaśniejszy Panie, że nic nie mówiłem. Tak sobie tylko tam no… listę zakupów powtarzam, bo jak znów zapomnę jajek, to mi stara moje własne na kolację usmaży.

 

Peace!

 

P.S.

Chcecie poznać absztyfikanta krągłej piąteczki?

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Prawda jest jednak taka, że tej nocy jeszcze niejedno z nas (no dobra: Was – ja mam to już za sobą) poczuje podobnego rodzaju zawód i rozczarowanie. Na szczęście jeszcze więcej osób poczuje radość i satysfakcję z wyników, które Wam zaprezentuję.

A propos.

Drugą piątkę zamyka trzeci członek Loży (kadencja 2018), Krzysztof Matkowski (znany lepiej jako funthesystem), którego opowiadanie “Szósta minuta na językach” może poszczycić się szczęśliwą siódemeczką głosów, dzięki czemu uplasowało się na zacnej szóstej pozycji.

Gratulacje.

 

A teraz powoli – wolniej niż byście chcieli, to na pewno – gra zaczyna toczyć się o naprawdę duże stawki, a emocje rosnąć. Czujecie to?

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Napisał "Krzyś"! Jakie to miłe :)

(#TWA <3 ;)

 

A skoro już jesteśmy przy miłych gestach, to ucieszmy te sześć osób, które jeszcze przez chwilę będą mogły cieszyć się nadzieją na zwycięstwo w plebiscycie (jedna – słusznie). Co prawda odbędzie się to kosztem Jerzy’ego Bogusławskiego (NoWhereMana), który za swoje opowiadanie: “Status ofiary ściśle reglamentowany” uzyskał sześć głosów i tym samym zajął szczęśliwe siódme miejsce, ale cóż – MOŻE ZOSTAĆ TYLKO JEDEN!

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Prosić zawsze można, ale z realizacją może być gorzej, bo kilka tych miejsc do obsadzenia zostało…

Co nie zmienia faktu, że trochę przyśpieszyć mogę, przynajmniej na chwilę.

 

Miejsce ósme, będące wyłączną własnością jednego tylko Autora, oddajemy w wieczyste użytkowanie Krzysztofowi Rewiukowi (coboldowi), za opowiadanie: “Madonna z Ufo. Palimpsest.”

Krzyś zdobył uznanie czterech głosujących.

Gratulujemy.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Brzmi… zachęcająco.^^

Dziękuję, Asylum. Do jutra pewnie zapomnę nazwiska tego… jak mu tam, ale na dzisiaj jestem trochę mądrzejszy niż byłem.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nie powinien on trwać w niedoli samotnie, a dzilić ją wraz z równym sobie towarzyszem. 

A więc niech dzieli.^^

Jeno nie z towarzyszem, a z towarzyszką.

Miejsce dziewiąte, ex aequo, z dwoma otrzymanymi głosami, zajmuje:

Anna Maria Wybraniec (wybranietz): Aberracja mrozowiska

Gratulacje.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nie bawmy się może w politpoprawność, bo tu chodzi wyłącznie o budowanie napięcia i nie wierzę, żeby ktokolwiek na serio pomyślał, że jest (on sam bądź ktokolwiek inny) traktowany jako autor/użytkownik niższej kategorii.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Kto to jest Grzesiak?

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jeśli jesteś dyżurnym, to być może i owszem, Piotrze.

Każdy głos od dyżurnych może stanowić o piórkowym być albo nie być danego tekstu.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Okażę Wam trochę serca i powiem tak: komentarze możecie dodawać do momentu, aż zacznę ogłaszać wyniki. A nie będę ich ogłaszał dziś w nocy – Oskary mogą czuć się bezpiecznie – bo okradłbym większość z Was z zabawy w wypatrywanie kolejnych wyników (co prawda najwięcej zabawy będę miał przy tym ja, ale to się wytnie;). Poza tym muszę wstać o idiotycznie niedorzecznej porze – czasem w takich godzinach kładę się spać, a czasem dopiero się nad tym zastanawiam – więc wypadałoby chociaż poudawać, że próbuję się wyspać.

Tak czy inaczej czas na ostatnie sprawozdanie w tegorocznym plebiscycie i znikam.

Gotowi?

Jeśli w ciągu najbliższej godziny (już niecałej), nic się nie zmieni – a mam nadzieję, że zmieni się się jeszcze o co najmniej pierdylion głosów – nikt się z nikim na podium przepychać nie będzie.

Już (albo dopiero) cztery opowiadania przekroczyły magiczną dwucyfrówkę.

Lider oddalił się od peletonu tak bardzo, że jest już dlań wyłącznie bolesnym wspomnieniem i zyskał uznanie niemal połowy głosujących, przy czym – dla zobrazowania – dziesięć głosów to więcej niż jedna czwarta, ale mniej niż jedna trzecia tychże.

Liczba głosujących składa się natomiast z dwóch cyfr, z których pierwsza nadal jest ta sama, co wczoraj, natomiast druga jest od niej wyższa.

Została nam tylko jedna para punktowych bliźniaków. Za to mamy dwa zestawy po trzy punktowo “sąsiadujące” ze sobą opowiadania.

Łącznie rozdaliśmy osiemdziesiąt punktów; czyli jest ich o czternaście więcej niż podczas ostatniego liczenia. Ładnie.

“W starym dobrym stylu” to naprawdę fajna komedia. Ciepła taka. W sam raz na niedzielny wieczór z przyjaciulami.

 

Szykujcie popkorn na jutro, bo będzie się działo.

 

Peace!

 

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Czy można tutaj również bezczelnie dyskutować i spekulować? Czy przyjdzie Beryl i pogryzie? ^^

Można, można, może nawet należy. Beryla, jakby co, biorę na się.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dziękuję, Sy.

Za dobre słowo dedykuję Ci dzisiejszą – ostatnią albo przedostatnią – porcję nowinek okołoplebiscytowych, więc mam nadzieję, że będą wyjątkowo fajne. Zobaczmy…

Po pierwsze, pękła nam trójeczka z przodu! Co jest z tyłu – nie powiem, ale i tak jest nieźle (choć mogłoby być lepiej i dużo lepiej).

Na czele stawki nic się nie zmieniło – i już raczej nie zmieni – ale za to drugie miejsce na podium całkiem ładnie nam się wyklarowało, ale losy trzeciego miejsca wciąż się ważą. Dwóch jest takich, co na razie depczą się po stopach, byle ustać na podium, jednak zadanie mają o tyle ciężkie, że ktoś tam z tyłu depcze im dodatkowo po piętach. Zrobiło się ciekawie, powiem Wam.

Dwa opowiadania otrzymały dwucyfrową liczbę głosów, natomiast trzy nie osiągnęły nawet połowy z minimum potrzebnego, by się takim wynikiem chwalić. Jedno opowiadanie tę połowę osiągnęło, natomiast pozostałe – wiadomo (taką przynajmniej mam nadzieję;).

Łącznie przyznaliśmy sześćdziesiąt i jeszcze sześć punktów. Ładnie.

Nie czytała Krystyna Czubówna.

 

Peace!

 

Edytka: Zapomniałbym: Co tak mało chętnych na wyszarpanie ode mnie książki?

https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/22134

Wpadać, obstawiać, wygrywać!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cześć,

dziś króciutko, bo śpieszno mi z powrotem w zakasłany niebyt.

Niemniej czas ruszać z zabawą w obstawienie miejsc – wbijajcie tutaj: https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/22134 – w związku z czym mam dla Was kilka naprawdę istotnych informacji.

Po pierwsze, mądra Loża ustaliła, że żadnych ewentualnych dogrywek nie będzie, a miejsca zostaną przyznane ex aequo.

Lider jest nadal tylko jeden, ale kandydatów na drugie miejsce mamy w tym momencie aż trzech.

Poza nimi nie ma w tej chwili tekstu, który nie miałby swojego “punktowego bliźniaka”. Widok osobliwy aczkolwiek fascynujący.

Obecnie wszystkie teksty mają parzystą liczbę głosów.

Zbiór osób głos oddałych, również przedstawia liczbę parzystą.

Zimno mi.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Po zamknięciu plebiscytu z pomocą kilku zacnych duszyczek będziemy sprawdzać każdego głosującego użytkownika pod kątem ilości i jakości zostawionych pod nominowanymi tekstami komentarzy, i dopiero na tej podstawie będziemy określać, kto na jaką trafi Arenę. Na pewno jednak nie skreślimy nikogo, kto na to nie zasługuje.^^

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Czyżbyś nie znał, Cieniu, powieści "Adax z układu Adhary" Jerzego Jana Kolendo lub "Adara nie odpowiada" Wiesława Jażdżyńskiego?

A wiesz, że nie? Zakładasz, że to jeszcze większy chłam, czy to po prostu wiesz?

 

lk, i ja przepraszam za spam.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Osobiście wciąż uczę się rozumieć, czym jest to całe weird i z czym się to je, ale, prawdę mówiąc, idzie nauka idzie mi raczej słabo. Niemniej, jeśli przyjąć łopatologiczną – a przy tym mocno tutaj uproszczoną – definicję weird jako “skrzyżowania Poego i Lovecrafta (którego osobiście wielkim entuzjastą nie jestem), myślę, że “Umarłe miasto” radzi sobie na tym polu bardziej niż przyzwoicie. Ale czy to komplement? No tak, zdecydowanie tak, nawet jeśli przyjąć – a myślę, że przyjąć to można – iż nie jest to gatunek, w którym bym się odnajdywał.

Dla mnie tekst musi mieć ręce i nogi – i to koniecznie w zestawie dwa na dwa, ani mniej, ani więcej – a weird zdaje się być gatunkiem, w którym liczbę wymaganych kończyn określa się jako “dowolną”. Więc w tym punkcie dość mocno się rozmijamy. Co gorsza, gdyby ktoś kazał mi określić, jak rzecz ma się w przypadku tego konkretnego opowiadania, chyba nie podołałbym zadaniu.

Ale do rzeczy.

Tekst klimatem stoi, to na pewno. Klimatu jest tu pełno, a przy tym jest on naprawdę gęsty, mroczny i mocny. Wylewa się z tekstu od pierwszego zdania i sączy w czytelnika jeszcze przez jakiś czas po przeczytaniu ostatniego. I choć nie mogę powiedzieć, że odcisnął się on w jakikolwiek sposób na moich emocjach czy samopoczuciu, sama wędrówka po martwym mieście dostarczyła mi naprawdę ciekawych wrażeń (choć nie był to strach; raczej przygnębienie), a i później łapałem się na tym, że wracam myślami do tego opowiadania. Inna rzecz, że robiłem to głównie w celu ponownej analizy i prób zrozumienia, o czym (i trochę: po co?) tak naprawdę był ten tekst; prób bezskutecznych, i/ponieważ – przecież! – pozbawionych jakiejkolwiek celowości.

Nim przejdę do dalszych dywagacji nad istotą opowiadania, zauważyć muszę, że, generalnie, nie jestem entuzjastą oniryzmu – tak, to jest eufemizm – który wydaje się być główną składową całej historii. Ewentualnie można by to określić jeszcze jako urojenia; wycieczka w głąb świadomości człowieka obłąkanego. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest to słuszna interpretacja (ale czy na pewno?), niemniej wrażenie pozostało a sama historia, jak już wspomniałem, zupełnie do mnie nie trafia skuli tego właśnie oderwania od rzeczywistości. Niby wiem, że szukanie w tej opowieści spójności, logiki i sensu w rozumieniu łopatologicznym byłoby błędem ale i tak te braki mocno mi doskwierały. Zasadniczo, to dokuczyły mi dopiero na końcu, kiedy okazało się, że historia chyba – chyba – nawet nie próbuje udawać, że jest czymś i jest po coś; że ma jakiś większy cel niż po prostu bycie. W myśl zasady “póki życia, póty nadziej, tak długo, jak opowieść się toczyła, liczyłem, że jednak masz na nią jakiś głębszy zamysł. Ale, niestety, nawet jeśli ten zamysł gdzieś tam jest, ja go nie widzę.

Zostajemy więc z zupełnie fajnie i porządnie napisaną historią w naprawdę sążnym klimacie, która jednak nie prowadzi mnie do niczego; a w każdym razie nie tam, gdzie chciałbym się znaleźć.

 

Peace!

 

P.S.

 

Przewijając komentarze rzuciło mi się w oczy coś ciekawego:

Organicznie nie znoszę poetyki snu w opowieściach. To prawdopodobnie trauma, która została mi po tym, gdy pacholęciem będąc otrzymałem do przeczytania dwie książki Stefana Chwina wydane pod pseudonimem Max Lars. Z zewnątrz udawały hardkorowe wersje przygód Tomka Wilmowskiego, a w środku okazały się pozbawionym kręgosłupa logiki ciągiem impresji. Podchodzę do takich rozwiązań nieufnie, mimowolnie podejrzewając autora o lenistwo.

Czyżby kolega doktor mówił o niesławnych “Ludziach-Skorpionach” i jakiejś ich kontynuacji, której szczęściem nie miałem w domowej bibliotece? Osobiście lat temu dość sporość przeczytałem tę książkę – wyłącznie w ramach do dziś niezrozumiałego dla mnie masochizmu – i muszę przyznać, że do tej pory żadna inna lektura w najdelikatniejszy nawet sposób nie zachwiała pozycją Larsa na szczycie mojego prywatnego rankingu największego literackiego chłamu wszech czasów. Ta książka zbulwersowała mnie tak dalece, że w świętym uniesieniu napisałem recenzję, z której dzisiaj został mi już tylko tyłuł – “Karny kutas za ch… napisanie” i leciałem takim hejtem, że… zainspirowałem kilku znajomych do sięgnięcia po nią.^^ (Na szczęście jedyny dostępny egzemplarz był pod moją pieczą, więc uchroniłem ich przed tym nieszczęściem).

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Kurcze, to opowiadanie jest doskonałym przykładem tego, jak limit potrafi zmasakrować doskonały pomysł, nawet jeśli zbudowany w naprawdę porządnym warsztacie. A mówiąc “masakra”, mam na myśli odbezpieczony granat wrzucony do ruskiego czołgu, smoka ze wzdęciami po cnych śmiałkach ratujących królewnę, tudzież drugi dzień porządnego wesela, mniej więcej o czwartej nad ranem.

Początek – rewelacja; naprawdę fajne, przyciągające uwagę czytelnika otwarcie, które daje Ci spory kredyt czytelniczego zaufania bez zbędnych formalności. Czy później to zaufanie zawodzisz? I tak, i nie.

Tak, bo długość tekstu, i nie, bo długość tekstu.

Rozwinięcie powyższej myśli wygląda mniej więcej w ten sposób:

Tak, zawodzisz, bo tym świetnym, bardzo obrazowym wstępie, który zdawał się być zapowiedzią bardzo ładnie rozbudowanej, interesującej sceny, dalsza akcja zaczyna pędzić ze zdecydowanie zbyt wielką prędkością, ukazując czytelnikowi zasadniczo tylko migawki z właściwej historii, przez co traci ona naprawdę sporo, szczególnie że musiałeś uciekać się do infodumpów, a całe opowiadanie mogłoby zasadniczo być podręcznikowym przykładem tego, jak wygląda złamanie zasady “pokaż, nie opowiadaj” i dlaczego nie należy tego robić.

Nie, nie zawodzisz, bo każdy, kto przystąpił do lektury, musiał być świadom jej mikrych rozmiarów. A jak na tekst tej wielkości, udało Ci się upchnąć bardzo dużo. I tekst literacko ładny, i ciekawą, dosyć nietuzinkową opowieść, i fajny pomysł, na którym ją oparłeś, i wreszcie dobry, faktycznie niepokojący klimat.

W fabułę się może nie zagłębiam, bo w tak szczątkowej formie jest po prostu niesatysfakcjonująca. Niemniej pomysł jest, i to z gatunku tych wartych rozwinięcia. Nawet jeśli nie rzuciłby na kolana oryginalnością – nihil novi i konia z rzędem, rządem i rozrządem temu, kto zdoła to obejść, nie tworząc sci-fi; no nieważne w sumie – to z pewnością miałby pewną (myślę, że większą niż mniejszą) wartość literacką.

Mówiąc krótko, w konkurs o tak nikczemnym limicie opowiadanie powinno się ładnie odnaleźć (nie czytałem większości tekstów “konkurencji”, więc nie mnie oceniać, ale fakt, że nie dostałeś się do dalszego etapu trochę jednak dziwi), ale jako byt samodzielny – a tym bardziej kandydat do Piórka – zdecydowanie już nie daje rady.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Masz szczęście bądź pecha – zależnie od interpretacji – bo będę pisał raczej krótko. Raz dlatego, że jestem mocno niedysponowany i każdy komentarz muszę pisać na kilka rat, bo zwyczajnie się wyłączam, a przy tym nie mam pewności, czy nie okażą się one zwykłym majaczeniem (zasadniczo, to mam co do tego jakieś 38,6 uzasadnionych obaw, a pewnie już i więcej;), a dwa – i to kwestia o wiele tutaj istotniejsza – nie za bardzo jest o czym pisać, ponieważ opowiadanie byłoby piórkowe, i to chyba pod każdym względem, gdyby nie to, że to nie Twoja historia.

Przyznaję uczciwie, że nigdy wcześniej nie słyszałem o tej feralnej wyprawie i tajemniczych obiektach napastujących niebo Bogu ducha winnej Rosji Radzie… A, nie czekaj.

Tak czy inaczej przypis kończący opowieść w pierwszej chwili wbił mnie w fotel, i to z kilku powodów – “życie pisze najlepsze scenariusze”, a ty odwaliłaś kawał genialnej roboty, zbierając to wszystko w kupę – ale zaraz potem przyszła refleksja, że to na swój sposób jednak strasznie słabe. Już tłumaczę, dlaczego.

Co prawda nie wgłębiałem się w temat i nie weryfikowałem dokładnie, co w opowiadaniu jest fabularyzacją faktów, a co wartością przez Ciebie dodaną, ale to dlatego, że – no cóż – nie musiałem. Wystarczyło, że poskładałem sobie do kupy wszystkie fragmenty będące zapiskami autentycznych zeznań – co swoją drogą nie wymagało żadnego wysiłku intelektualnego, za co masz kolejne propsy u mnie – i wyszło mi, że wiernie trzymałaś się prawdy historycznej – wyprawa, zaginięcie, poszukiwania, UFO – od siebie dodając tak naprawdę tylko Kostię i jego misję, jako próbę wyjaśnienia całej historii. Do tego dochodzi oczywiście budowa całej opowieści niejako od zera, ale wszystko, zasadniczo, zdaje się nie wychylać poza fakty, autentyczne czy nie. Tak więc zostaje ten Kostia jako jedyny naprawdę oryginalny element opowieści, a to, moim zdaniem, zdecydowanie za mało, szczególnie że finalnie ten motyw do mnie nie przemówił zupełnie. To znaczy sam bohater fajny, widać, że wykreowany z wyczuciem i rozmysłem, ale cel jego bytności w tekście to już inna sprawa. Mówiąc wprost i krótko, bo chyba znów trzeba się wyłączyć – czy to możliwe, że właśnie górny płat lewego płuca posmyrał mnie po migdałkach? – Twój pomysł na rozwiązanie zagadki wydaje mi się bardzo enigmatyczny i upchany jakby na siłę; byle w tekście było coś naprawdę Twojego, i byle nie był on po prostu kolejną fabularną wariacją (moja mówi, że były już różne interpretacje – literackie i filmowe – opisanych przez Ciebie zdarzeń) na temat tej historii. Nie mogę też przy tym powiedzieć, że jest to wyjaśnienie w jakikolwiek sposób przemawiające do wyobraźni czy satysfakcjonujące.

Dobra, jak krótko, to krótko: opowiadanie jest napisane świetnie – się czytało, no – a przy tym widać, że włożyłaś w nie sporo pracy, i że dało to konkretny efekt, niemniej jednak w historii jako takiej jest zdecydowanie zbyt mało samej Ciebie (a tam, gdzie jesteś, jesteś jakby od niechcenia), bym mógł powiedzieć, że jestem opowiadaniem usatysfakcjonowany.

 

Peace!

 

P.S.

Z zasady nie czytam cudzych komentarzy przed napisaniem własnego, żeby nie mieć żadnych “naleciałości” w swojej opinii – chyba, że uznam taką lekturę za pomocną w uczciwej ocenie tekstu – ale coś mi mówi, że tym razem zwyczajnie powieliłem i niepotrzebnie przegadałem opinię, którą przeczytałaś tu już co najmniej kilka razy. Mam rację?

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Bardzo sympatyczna.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Zawsze możesz zostawić komentarze tylko pod tymi tekstami, na które głosowałaś. Wiesz, nagrody za aktywność są po to właśnie, żeby nominowani autorzy mieli z plebiscytu dodatkowy bonus w postaci większej ilości czytelników i opinii, więc każdy komentarz jest mile widziany, nawet jeśli nie będzie się wiązał z szansą w losowaniu nagród. Truizm, wiem, ale może gdzieś, ktoś na nim jeszcze skorzysta.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nie mówiąc już o członku.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Słów co prawda nie liczyłem, ale i bez tego przyznać muszę, że prawie-drabbelek szału zupełnie nie robi, niestety. Pomijam warstwę logiczną – dlaczego wampirzyca się przyznała do swojej przypadłości i nie zabiła bohaterki od razu? Komu i po co opowiadała o swoim rzekomym wieku? – ale historia zwyczajnie nie wnosi nic nowego ani do literatury, ani do mojego życia, wręcz przeciwnie, a przy tym, że powtórzę za mądrzejszymi od siebie, ani porusza, ani bawi, ani zaskakuje… Choć to ostatnie może jeszcze, jeszcze, bo przyznaję, że tak “standardowego” finału się nie spodziewałem.

Jako ćwiczenie króciak może być pewnie, ale na tym, obawiam się, jego kariera może się zakończyć.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Czytać pewnie czytałem, ale drabble, nie komentarze.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jeśli pojedynkowicze nie mają nic przeciwko, to i w trakcie można poprawiać…

TERAZ mi mówicie?^^

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cześć!

 

Ostatni tydzień trwania plebiscytu zaczynamy od odpowiedzi na pytanie publiczności – na razie nigdzie, Fifi, ale to się wkrótce zmieni, słowo zucha – i kilku słów podsumowania bieżącej sytuacji.

Otóż lider jest, i wyprzedza peleton skromnie, ale stabilnie. Peleton natomiast nie odpuszcza.

Gdyby plebiscyt został zakończony dzisiaj, czekałaby nas dogrywka.

Opowiadań z liczbą głosów mniejszą niż dwa i większą niż dziesięć jest tyle samo.

Jak dotąd głosowała mniej niż połowa z połowy jednej trzeciej stanu osobowego oddziału króla pewnego Polis, który rzucił wyzwanie bogu. Co jest rozczarowujące.

Łącznie oddaliśmy pięćdziesiąt dwa głosy.

Pamiętajcie, żeby nie ufać pogodzie, bo choć ładna, ciepła i miła, jest zdradziecka jak Armia Radziecka.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nie wiem, Bailaucie. I pewnie się już nie dowiemy.

Tak czy inaczej, skoro zabawa polegała na napisaniu drabbla, nie double drabbla, a ja nie dałem sobie rady z taką formą, to teraz muszę żyć z faktem, że jestem w te klocki Cieńki. Dzięki Bogu nie jestem Bogiem, więc nie muszę być doskonały.^^

 

Peace!

 

P.S.

Jak myślicie, teraz, już po wszystkiemu, mogę poprawić to nieszczęsne zdanie?

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dziękuję za odpowiedź, szczególnie, że tak bogatą i ciekawą, ale, prawdę mówiąc, pogubiłem się trochę w jej celowości^^

 

Twoje wyjaśnienia przypominają mi o tych programach “dokumentalnych” próbujących wyjaśniać np. plagi egipskie wybuchem wulkanu itp. zamiast przyjąć, że część (większość? nie znam się na tym) tekstu Biblii jest zapisem mitów.

Tylko, że ja dążę w kierunku dokładnie przeciwnym, że się tak powtórzę.

Moje pytanie – to przez Ciebie przytoczone – jest elementem polemiki z Chrościskiem, który mojego drabbla przepuścił właśnie przez pryzmat logiki opisanych zdarzeń; przykładem na to, że w oryginalnej wersji historii o zdradzie Judasza też są dziury, które – moim zdaniem – burzą spójność i sens tej opowieści i niektórych przyjętych w niej założeń, więc i w moim drabblu nie ma sensu się tego sensu doszukiwać. Nie ma w nim również żadnych prób dociekania, jak to faktycznie mogło być, jak być powinno i jak było naprawdę, bo dla mnie – przynajmniej patrząc na wszystko przez pryzmat króciaka, którym zgrzeszyłem – nie ma to kompletnie żadnego znaczenia i dla Was, czytelników, też mieć go nie powinno. Próbowałem Was wręcz odciąć od myślenia tego typu schematami, bo nie szukałem tu brakujących odpowiedzi na pewne pytania i nie próbowałem niczego dowodzić. Po prostu napisałem ten mit inaczej, przewrotnie, tym samym zmieniając jego znaczenie.

Co oczywiście nie zmienia faktu, że to tylko jedna więcej interpretacja powyższego dzieła, która przecież nie musi być ani lepsza, ani bardziej prawdziwa niż wszystkie inne – tyle, tylko tyle i aż tyle.

Wybacz, że pomijam pewne aspekty Twojej wypowiedzi, a zamiast tego wciąż gadam jedno i to samo, ale wydaje mi się, że po prostu rozmijamy się na poziomie zrozumienia intencji moich wypowiedzi. Poza tym, klasycznie: czas, czas, czas.

 

Niemniej uwielbiam takie dyskusje.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Hip! Hip!

Hip! Hip!

Hip! Hip!

Gratuluję!

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, wpadasz z tymi pytaniami w typową pułapkę racjonalnego i pseudohistorycznego tłumaczenia mitu…

Wszystko fajnie, tylko gdzie Wy w mojej wypowiedzi widzicie próbę racjonalnego tłumaczenia czegokolwiek, skoro jest dokładnie odwrotnie i ja też występuję tu w roli logikosceptyka?

 

ale ja w swoim drabblu nie prosiłem do tańca logiki, tylko słowa Pisma i historię która – być może – się zdarzyła. 

 

Generalnie zmierzam do tego, że doszukiwanie się w całej tej historii – niezależnie od wariantu i interpretacji – jakiejś głębszej logiki czy sensu, moim zdaniem mija się z celem. Dlatego ja tego nie robiłem, tylko bawiłem się gotową konwencją, jaka by ona nie była.

 

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Chrościsko, pewnie masz rację, ale ja w swoim drabblu nie prosiłem do tańca logiki tylko słowa Pisma i historię która – być może – się zdarzyła. Ale skoro już chcemy szukać w tym wszystkim jakiejś logiki, to może warto by zacząć od postawienia sobie pytania o to, dlaczego Judasz zdradził Jezusa, skoro musiał – no po prostu MUSIAŁ wiedzieć, że ten prawdziwie jest Chrystusem; te wszystkie cuda, od rozmnożenia jedzenia po wskrzeszenie, wypędzenia, głosy z nieba… Kto normalny występowałby przeciw komuś takiemu? Słyszałem i widziałem różne uzasadnienia: a bo niby Judasz myślał, że Jezus poprowadzi Żydów do walki, a ten tylko o nadstawianiu drugiego policzka, a bo wierzył, że Jezus rozwali komitywe Rzymsko-Żydowską swoją mocą i udowodni, że naprawdę jest Synem swego Ojca i Królem swego narodu, a bo coś tam… Ale ni cholery mnie to nie przekonuje. Dla mnie jedyną logiczną opcją jest zaplanowane działanie. Zwłaszcza że Jezus doskonale wiedział o zdradzie i nawet wskazał zdrajcę. I tu rodzi się kolejne pytanie: dlaczego Jezus, facet będący alegorią dobra, miłości, oddania i cnót wszelkich, pozwolił, by Judasz go zdradził, tym samym skazując chłopa nie tylko na niebyt towarzyski po wsze czasy, ale też na samobójczą śmierć i – prawie na pewno – Piekło? Przecież równie dobrze mógł faktycznie iść i nauczać w synagodze i dać się uczciwie złapać. Na to samo by wyszło, a miałby czyste sumienie i jedną zbawioną owieczkę więcej. Generalnie zmierzam do tego, że doszukiwanie się w całej tej historii – niezależnie od wariantu i interpretacji – jakiejś głębszej logiki czy sensu, moim zdaniem mija się z celem. Dlatego ja tego nie robiłem, tylko bawiłem się gotową konwencją, jaka by ona nie była.

 

Fifi, nie twierdzę, że Biblia jest autorytetem w jakiejkolwiek kwestii. Jestem od tego raczej daleki i chyba nie rozumiem, skąd taki wniosek w ogóle. Nie twierdzę też, że to na pewno świeży i oryginalny pomysł. A już absolutnie nie twierdzę, że był fajny.

 

Tarnino, na pewno miał x razy sto słów w poprzednim poście.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

No, koniec tortur!^^

 

Gratulacje dla Funa, tym większe, że jakkolwiek spodziewałem się lania, to jednak nie przypuszczałem, że będzie aż tak mocne. Co mnie jednak naprawdę boli (i mocno zaskakuje), to to, że nikt z Was nie odczytał tego drabbla tak, jak autor go napisał.

Po doskonale niedokładnej interpretacji tekstu imć jeroha, już zasadniczo byłem pewien, że większość pójdzie tym tropem i zostanę zrównany z ziemią, ale potem pojawił się Pan Maras i przywrócił mi nadzieję, że jednak może doszukacie się tego, co tam było ukryte… Nie, właściwie nie – nie było ukryte; było na samym wierzchu.

Cytując Mr.Marasa:

Drugi tekst oparty jest na znanym mi motywie, więc zaskoczenia nie było. Oczywiście wredny żart z Judasza ma w sobie pokłady tragiczne, ale tutaj można pójść dwiema ścieżkami interpretacyjnymi. W pierwszej Jezus okazuje się niemiłosiernym oszustem, który celowo wprowadza Judasza w błąd, poświęcając go dla dobra swojej misji. Kłóci mi się to z charakterem Syna Bożego. W drugiej ścieżce Jezus naiwnie wierzy w ludzi i naprawdę myśli, że docenimy poświęcenie Judasza. Tutaj także mam zgrzyt. Przecież Jezus dokładne wiedział co nastąpi i nie mógł się tak pomylić. Drabble głębszy i poważniejszy jednak zupełnie pozbawiony fantastyki i niedopracowany technicznie (patrz komentarz Reg) dlatego oddaję głos na:

Pogrubiony fragment tyczy właśnie tego, o czym mówię. To była jedynie słuszna interpretacja tego opowiadania, ale nikt z Was nie zwrócił uwagi na pocałunek, który między tymi dwoma panami ma znaczenie symboliczne i jednoznaczne, i który – jak naiwnie wierzyłem – nie pozostawi Wam żadnych wątpliwości co do tego, jak należy interpretować całą historię i jednak dość skutecznie odseparuje ją od Ewangelii Judasza, wg której, o ile mi wiadomo, Jezus prosi swojego ucznia o przyjęcie trzydziestu srebrników. Nie wiem, czy to – wbrew powszechnie panującej opinii – czyni mojego drabbla w jakikolwiek sposób oryginalnym (choć chcę wierzyć, że i owszem), ale poszedłem w nieco inną stronę. Można by powiedzieć nawet, że poszedłem o krok dalej i właśnie dlatego “ byłem taki do przodu, że mnie z tyłu zabrakło”. Inaczej rzecz ujmując, zwyczajnie przekombinowałem.

A że to się kłóci z charakterystyką Jezusa? No cóż, choć czarną owcę widać tutaj jak na dłoni, dla mnie sednem drabbla (i jego najfajniejszą częścią) jest właśnie ta zabawa konwencją, która, jak miałem nadzieję, skłoni Was do poszukania odpowiedzi na jeszcze jedno pytanie: Czy to na pewno (tylko) Judasz?

No i ten pieprzony (tak, Cieniu też przeklina – kto nie wierzy, tego prosim do najnowszej mojej publikacji;) błąd, którego ni jak nie potrafię wyjaśnić; chyba tym tylko, że po sugestii, iż drabble jest zbyt enigmatyczny, by go pojąć, postanowiłem ułatwić Wam zrozumienie, kto jest tutaj kim (i oczywiście przesadziłem w drugą stronę; choć mrugnięcie okiem z imieniem jednego z bohaterów otwierającym opowieść było tu od początku), przez co rozlazły mi się liczby i musiałem dalej kombinować, aż w pewnym momencie przestałem widzieć tekst, a zamiast niego widziałem już tylko słowa. Najgorzej, że wyłożyłem się w kluczowym momencie, więc bardzo możliwe, że gdyby nie ten zgrzyt, ktoś zwróciłby uwagę na pocałunek jako taki i doczekałbym się tego, że ktoś zinterpretuje tę opowieść tak, jak należy: jako historię alternatywną (co też wpisuje się w nurt fantasty – naciągane, wiem^^), w której to Jezus (Mesjasz otoczony boską aurą – kolejny motyw fantastyczny;) zdradza Judasza. Mr Maras był najbliżej, zasadniczo utrafił w sedno, ale nie uchwycił go tak, jak należy.

Wina leży jednak wyłącznie po mojej stronie, bo wyraźnie przekombinowałem, a do tego zwyczajnie spartoliłem robotę, i właśnie dlatego czułem się w obowiązku możliwie dokładnie przedstawić Wam autorską interpretację powyższego króciaka. Co, choć słabe, mam nadzieję, że zostanie mi wybaczone.

 

“Buciki niemowlęce, nieużywane, pilnie sprzedam.”

To akurat prawie na pewno bujda. Nawet jeżeli Hemingway faktycznie urządził ten sławetny zakład i użył cytowanych wyżej słów, nie był ich autorem. To po prostu ogłoszenie zaczerpnięte z jakiejś gazety, zresztą jedno z wielu bardzo podobnych.

 

Peace!

 

EDYTKA: Kurde, oczywiście zapomniałem o najważniejszym: bardzo – BARDZO, BARDZO – dziękuję wszystkim, którzy oddali swój głos na moją owieczkę.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Obiecywałem sobie, że dwóch rzeczy więcej już nie zrobię: nie będę czytał opowiadania z nominacji i odkładał komentarza na potem i nie dam się wyruchać cholernej technologii.

No cóż – przegrywam dwa zero, a na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że “Zbyt bliskie spotkanie” – generalnie fajny tytuł – czytałem wyłącznie dla własnej przyjemności, jeszcze w czasach, kiedy komentowanie niniejszego tekstu nie było moim lożowiązkiem, a jedynie perspektywą na bliżej nieokreśloną przyszłość. Fak ten może mieć – i pewnie będzie miał – jakiś wpływ na jakość niniejszej opinii, jednak myślę, że w ostatecznym rozrachunku nie zmieni nic. Wszak nie nominowałem tego opowiadania, kiedy jeszcze mogłem

Co do technologii natomiast, nie wiem, nie wiem, nie rozumiem nic…

 

Okey, to skoro krótki wstęp mamy za sobą, to… można do niego spokojnie wrócić. A ściślej, to do fragmentu, cytuję (sam siebie, ja je… ;): “czytałem wyłącznie dla własnej przyjemności”, bo to całkiem niezły punkt wyjścia do dalszych dywagacji.

No więc sięgnąłem po ten tekst dla własnej, nieprzymuszonej satysfakcji i tę satysfakcję otrzymałem, co chciałbym podkreślić, byśmy lepiej się później zrozumieli.

Jakkolwiek nie mogę powiedzieć, że nie lubię tekstów z drugimi i trzecimi dnami i/lub takich, które pozostawiają czytelnika z masą pytań i niedopowiedzeń, zmuszając go tym samym do wyciągania własnych wniosków i snucia własnej interpretacji, a potem do się z tą interpretacją mierzenia, bo lubię – aerobik mózgu zawsze na propsie – to jednak historie proste, wręcz liniowe, również mają dla mnie swój nieodparty urok. Czasem większy, niż “konkurencja”. A Twoje opowiadania, jakkolwiek to zabrzmi, z reguły wpisują się w ten właśnie nurt, dostarczając mi niewymagającej, ale przez to ani na jotę gorszej jakościowo rozrywki. Nie zawiodłem się i tym razem (wreszcie – coś o tekście ;).

Z tego co kojarzę, ludziowie narzekają na klimat, że niby słaby i w ogóle, ale mnie się on, na przykład, podobał. Momentami jest naprawdę gęsto i duszno (szafa, las), momentami mocno rozpalasz ciekawość czytelnika (motyw z braciszkiem), ale przez to wszystko i tak przebija jakieś takie ciepło – kupiłeś mnie już choćby tym, że imprezowi dorośli nie olali gadającego o ufo dzieciaka (nie wszyscy w każdym razie) i historia nie potoczyła się wyrobioną do pęknięć w asfalcie koleiną (zlany dzieciak samotnie stawia czoła inwazji obcych, podczas gdy starzy przepijają całą akcję) – które, koniec końców, okazuje się motywem w opowiadaniu dominującym. I za to ode mnie masz ogromny plus. Inna rzecz, że ten plus zasadniczo nie wychodzi poza klimat, bo samej opowieści jej infantylność nie do końca posłużyła. Mówiąc wprost, to opowiadanie zdaje się być skierowane do młodszych i mniej wymagających czytelników i jednak nie do końca się sprawdza jako lektura dla tych już starszych i bardziej upierdliwych. Nie wiem tylko, czy to zarzut jako taki, bo podczas lektury ni jak mi to nie przeszkadzało. Z drugiej jednak strony wrażenie już po lekturze jest dokuczliwie jednoznaczne w tej kwestii: chciałoby się czegoś bardziej… soczystego albo chociaż realistycznego.

Jakoś tak nie zagrała mi na przykład scena, kiedy Daria dyskutowała z babcią i wujkiem, a kosmitom spadł statek. Cała trójka była właśnie świadkami czegoś tak – było nie było – niesamowitego, i to w dwójnasób, a zamiast jakiejkolwiek emocjonalnej reakcji (podniecenia, strachu czy wręcz paniki), zasadniczo dalej gapią się w okno i wspominają jakieś – w tym konkretnym momencie – niespecjalnie istotne historie, co aż razi sztucznością.

Nie bardzo zagrali mi też kosmici jako tacy. Jakkolwiek motyw z mieszaniem ludziom w głowach i wciskaniu im małego szpiega w zestawie z fałszywymi wspomnieniami w pewnym momencie zrobiło naprawdę mocną robotę, szczególnie, że bardzo fajnie to rozegrałeś, to jednak gdybym miał określić Twoich kosmitów jednym słowem, bez namysłu użyłbym rzeczownika “dzieci”. Bo tak ich właśnie postrzegam – nie jako rozwiniętą i potencjalnie śmiertelnie niebezpieczną cywilizację, nie jako przedstawicieli wyższego szczebla ewolucji, nie jako badaczy, naukowców i odkrywców, a właśnie jako dzieci – jakichś nieporadnych gówniaków, którzy trafili na Ziemię wyłącznie przypadkiem, czy może w rezultacie jakiejś psoty (kradzież statku, na przykład), którą chcieli zrobić starszym i bardziej kosmicznym kosmitom, a której ofiarami zostali sami i teraz nie potrafią sobie poradzić z jej skutkami. Niby wiem, że to nieprawda, ale co z tego? Akceptacji rzeczywistego stanu rzeczy nie ułatwia również brak wyjaśnienia, dlaczego statek w ogóle spadł, skoro nie został zestrzelony ani nic w tym stylu, a gdy zmienił się pilot, jak gdyby nigdy nic wzbił się w powietrze i poszeeeeedł! Wszystko to zdaje się prowadzić do jednego tylko wniosku: pilot-dupa był dupa, a nie pilot, i nie potrafił sterować.

Dobra, krótko, bo już późno (czternasta, wiem, ale czas mi w drogę), zamarzam (to akurat ze zmęczenia) i chce mi się spać:

Opowiadaniu, mimo że bardzo przyjemne – zarówno fabularnie jak i warsztatowo – i dostarcza sporo frajdy; ot, czystej radości z czytania, nie mógłbym z czystym sumieniem przyklepać piórka, choć przyznaję, że wiele w sumie nie brakło, a powody, które mnie wstrzymują, są średnio przekonujące nawet dla mnie. Generalnie wszystko sprowadza się chyba do tego, że zabrakło mi tu… sam nie wiem, czegoś głębszego, bardziej prawdziwego.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nowa Fantastyka