Profil użytkownika


komentarze: 195, w dziale opowiadań: 162, opowiadania: 106

Ostatnie sto komentarzy

Serdeczne dzięki za odwiedziny i komentarze. Wziąłem sobie uwagi do serca i na bieżąco przerabiam tekst tak, żeby był bardziej znośny. Zmienioną wersję wrzucę najwyżej po zakończeniu konkursu.

Hej, dzięki za komentarz. Jeśli chodzi o playlistę to potrzebowałem komunikatów poprzez które fuksja będzie próbowała się skontaktować z bohaterem i nie skupiałem się zbyt mocno na warstwie muzycznej. Zastanawiam się czy tekst nie powinien poleżeć trochę dłużej zanim zdecydowałem się go opublikować. Cieszę się, że motyw fuksji przypadł ci do gustu.

Tak mi się wydaje, kiedy zobaczyłem ten komunikat, od razu domyśliłem się, że na samym końcu bohater zwróci uwagę lamy. Ale to tylko moje czepialstwo

Świetny tekst. Opowiadanie intryguje, a przy tym jest płynne i dynamiczne. Widać, że każdy element jest przemyślany, żeby nie prowadzić do zbędnych dłużyzn fabularnych. Tylko to “nie nawiązuj kontaktu wzrokowego” działa jak strzelba Czechowa.

Przyznam, że też nie do końca zrozumiałem zamysł opowiadania… to znaczy zrozumiałem to, co chciałem zrozumieć, ale mam wrażenie, że jednak nie chodzi o to. Odbiór utrudniał mi ton, w jakim utrzymane jest opowiadanie, ale sam pomysł wydaje mi się trafiony. Choć na pierwszy rzut oka widać inspirację reinkarnacją, to temu opowiadaniu bliżej do filozofii genezyjskiej Juliusza Słowackiego. Punkty wspólne to chociażby świadome samodoskonalenie się bytów, zmiana form i osiąganie wyższych stopni świadomości. Po części rozumiem też chyba czemu “bycie” człowiekiem jest trudniejsze niż “bycie” drzewem.

 

Bardzo klimatyczny i dobrze napisany tekst w prawdziwie lovecraftowskim stylu. Tajemne artefakty, okultyści, antykwariusze nawet samo pochodzenie dywanu kojarzy się z Necronomiconem. Wisienką na torcie jest dodatkowy zwrot akcji na końcu.

Mam nieco mieszane uczucia. Sympatyczne opowiadanie, sprawnie napisane i zdecydowanie udziwnione, ale po lekturze pozostaje kilka niedopowiedzeń, które mnie nurtują. Spodziewałem się na przykład jakiegoś rozwinięcia wątku staruszka śledzącego rodzeństwo czy powodu, dla którego rondel chciał być zakopany akurat pod drzewem. Nieco informacji dowiedziałem się z komentarzy, ale ciągle pozostaje pewien niedosyt.

 

Podobnie jak poprzednikom podobają mi się fragmenty wypracowania w formie historyjki pisanej przez nastolatkę, początek w kościele może nieco mniej ciekawy, ale szybko się rozkręca. Moim zdaniem najmocniejszym punktem jest atmosfera niepokoju, która towarzyszy czytelnikowi prawie od początku lektury.

Cieszę się, że ci się podobało. Na początku próbowałem opisywać wszystko tak, jakby fuksja faktycznie była wielką masą (jak blob) ale przyznam, że w pewnym momencie się zaciąłem i trochę zmieniłem koncept. Może z tego powodu widać spadek formy.

Dzięki za uwagi. O dziwo pisało mi się w zasadzie lekko i nie miałem z nią większych problemów. Chciałem uniknąć błędów opowiadania psiokociego, że potraktowałem temat po łebkach i wyszło chyba za bardzo w drugą stronę. Co do audycji to faktycznie powinienem to rozegrać lepiej. Paskudę już poprawiłem.

A to coś nowego, nawet nie wpadłem na takie skojarzenie. Ale za to z fuksją nie wiedzieć czemu kojarzy mi się Crockett's Theme. Miałem w zanadrzu jeszcze kilka piosenek i tekstów, ale doszedłem do wniosku, że taka przeplatanka może być denerwująca.

Nadrabiam konkursowe zaległości i trudno mi nie powtórzyć czegoś po poprzednikach. Początkowo tubylcy kojarzą mi się z Fremenami z Diuny ze względu na niecodzienny wygląd związany z dietą. Podoba mi się sielankowo-egzotyczna oprawa i oszczędna ale sugestywna narracja, w której można znaleźć mnóstwo pięknych fragmentów, jak choćby:

 

Kiedy znowu wychyliła się z morza, lśniąca i wspaniała, miała za plecami koronę wschodzącego słońca.

Cieszę się, że ci się podobało. Przyznam, że końcówkę napisałem na samym początku i kilka razy poprawiałem ją gdy pomysł wyewoluował. Może stąd to zamieszanie. Przyjrzę się jej jeszcze raz albo dwa.

Czasami sam siebie zadziwiam. Napisałem pod Fuksjową Fantasmagorię czyli hasło, które wymyślił mój następca. Myślałem, że wymyślamy hasła dla poprzedników i gdy zacząłem nadrabiać teksty innych autorów poczułem, że coś się psuje w państwie duńskim :D

Właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że napisałem opowiadanie nie pod to hasło co trzeba. Dopiero mnie olśniło dlaczego tak trudno było coś wymyślić

Jeden z najlepszych szortów na jakie ostatnio trafiłem. Przyznam jednak, że mi również nieco przeszkadzała oszczędna narracja. Z drugiej strony przypomina suche sprawozdanie, które tak pasuje do perspektywy maszyny mającej swoje ograniczenia. Czyta się jednym tchem gdyż jest skondensowany aż do granic możliwości. Faktycznie, gdyby nie limit, można by go przekształcić w długą i piękną opowieść. 

Soylent Green is people! Mocny tekst, w którym paradoksalnie najbardziej szokują nie ciała wiszące na hakach, ale sam pomysł neokanibalizmu i korporacyjne maskowanie sprawy pod płaszczykiem kontrowersyjnej kampanii reklamowej. Całość jest podana na tyle sugestywnie, że czytałem z wykrzywionymi ustami. Lekturę zaliczam do udanych

Tekst jest utrzymany w takim charakterze, że nawet Lucyfer może mieć przyjaciół – inaczej byłby samotny :) Cieszę się, że się podobało, choć nad w przyszłości muszę popracować nad tą przewidywalnością

Sporadycznie spotykałem się również z takim zapisem gdy bohater chce coś mówić WYRAŹNIE, na przykład w rozmowie z obcokrajowcem, który nie za bardzo rozumie, co mówi druga osoba

Podobało mi się, choć na początku tekstu opanowało mnie nieprzyjemne przeświadczenie, że optymistyczna wersja przyszłości to tylko wierzchnia warstwa, pod którą kryje się coś niepokojącego. Od razu zacząłem się zastanawiać jak ja zareagowałbym na taką "prawie nieśmiertelność". Biomastic odbieram jako doskonale uzależniający środek (bo kto nie chciałby być młody) i maszynkę do zarabiania pieniędzy.

Co do smartfonów i tym podobnych to ja rozumiem to w ten sposób, że mimo upływu lat i nowinek technicznych ludzie dalej wolą korzystać z tych, które znają z młodości. Coś jak korzystanie z telegazety w dobie internetu.

Oczywiście duży plus za tytuł 

Cieszę się, że czytało się wam lekko i przyjemnie. To znaczy, że mój warsztat cały czas się poprawia i nie stoję w miejscu. Przeglądając tekst po skończeniu obawiałem się, głównie tego, że humor będzie zbyt nachalny 

 

Przy pisaniu najwięcej kłopotów miałem z ukrywaniem tropów, żeby czytelnik możliwie jak najpóźniej domyślił się, z kim ma do czynienia. Wcześniej był “Nożownik z Whitechapel”, ale wtedy to już wszystko byłoby zbyt proste. Muszę jeszcze nad tym popracować albo przerobić fragment jakoś inaczej.

rrybak dziękuję za klika i cieszę się, że lektura sprawiła przyjemność :)

 

herox002 również dziękuję za czujne oko i za wytknięcie błędów. Większość z nich poprawiłem, zostawiłem tylko liczbowy zapis dat bo nie jestem pewien czy mam przymus pisania ich słownie. Dialogi przejrzę jeszcze w domu bo starałem się właśnie pisać je zgodnie z tym tekstem, o którym wspominasz. Z tym poczuciem humoru to niestety jest śliska sprawa, jeśli dla kogoś jest niezjadliwe to może położyć w jego oczach cały tekst. 

Hej, wrzuciłem do betowania tekst

 

Tytuł: Z piekieł

 

Długość: 12 tys. znaków

 

Tematyka: Krótka opowieść o pośmiertnym pragnieniu zdobycia pośmiertnej sławy.

 

Jest nieco groteskowo, nieco makabrycznie i nieco niepoważnie. Byłbym bardzo wdzięczny za kilka opinii i słów krytyki, a jeśli ktoś się przy tym uśmiechnie lub chociaż głośno wypuści powietrze nosem – tym lepiej.  Zapraszam zainteresowanych.

Klimat faktycznie jest najmocniejszą stroną tego tekstu, szczególnie chodzi mi o opowieść Nadii. Narracja jest bardzo obrazowa, a jednocześnie nie nudzi, choć na samym początku może się nieco dłużyć. Potem jest już tylko lepiej. 

26.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z… jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie:

Trupia różdżko, złap matołka, 

Wrzuć z powrotem do kociołka.

To w zamian za to zaproponuję coś innego. “Iksem” z wiadomych względów ukryłem kluczowe imię żeby nie było zbyt prosto

 

– Nie możesz jej tego dać! – wrzasnęła – To niebezpieczne.

TO MIECZ zauważył X. ONE NIE MAJĄ BYĆ BEZPIECZNE

– Przecież to dziecko!

ZABAWKA JEST KSZTAŁCĄCA

– A jeśli się skaleczy?

BĘDZIE TO WAŻNĄ LEKCJĄ.

Bardzo przyjemnie się czyta mimo tego, że wiemy jak cała draka się skończy. Podoba mi się to, jak została wykreowana postać owinnika, jego oryginalny strój i sama natura. Przez cały czas działa wbrew zasadom, którymi powinien się kierować, a mimo to dalej brnie do przodu. Faktycznie przypomina to trochę Bilbo Bagginsa z Hobbita, szczególnie przez te przejawy heroizmu. Dlatego bohater wzbudził u mnie taką sympatię. Miła, ciepła historia z bądź co bądź makabrycznym (dla niektórych) zakończeniem.

Może nie jestem fanem hard sf, ale udało mi się przejść przez tekst z dużym zaciekawieniem. Co prawda potykałem się czasem, ale bardziej o własną niewiedzę niż mankamenty narracyjne bo tych nie doświadczyłem. Monolog jest poprowadzony ciekawie i potrafi wciągnąć od pierwszych kilku akapitów. Moją uwagę zwróciło w szczególności odwrócenie ról, gdy bohater mówi, że maszyny zostały stworzone na obraz i podobieństwo człowieka.

 

Podoba mi się również to ukazanie cywilizacji Nietechnologicznych jako kompletnie obcych bytów. W przystępniejszych wizjach przyszłości i obcych cywilizacji traktuje się dialog Ziemian z Obcymi jak rozmowę obcokrajowców. Powyższe opowiadanie bardziej przypomina pod tym względem Solaris i myślący ocean, którego nie sposób zrozumieć.  

Podobało mi się, chociaż w trakcie miałem nieco mieszane uczucia. Pierwsza część opowiadania jest lekka, bohaterowie przerysowani i groteskowi. Potem dostajemy ponurą retrospekcję, a na końcu wracamy do lekkiej, dowcipnej narracji. Zupełnie nie byłem przygotowany na ten fragment z niedoszłym narzeczonym. Podobał mi się natomiast wątek motyli.

 Po raz kolejny zachwyca mnie również płynnie poprowadzona i obrazowa narracja z humorystycznym zacięciem. Widać, że przykładasz dużą wagę do detali – wspomniana już scena z hot-dogiem ze stacji albo Jezusem na krzyżu zerkającym jednym okiem na to, co się dzieje. Wszystko ma swoje miejsce i naturalnie wynika z formy opowiadania.

Cieszę się, że wam się podobało :) A ten pomysł ze znikaniem super, zakończenie byłoby bardziej gorzkie

Już na początku spodobało mi się wyraziste wykreowanie postaci ojca i syna. Faktycznie bohater opisuje ich w taki sposób, że można poczuć do nich niechęć, jak turystów, którzy bezrefleksyjnie przyglądają się temu, co widzą i właściwie nie wiadomo po co uczestniczą w wycieczce. Resztę tekstu kradną mitologiczne smaczki, które zgrabnie się ze sobą splatają. Podoba mi się również zaskakująca wizja bogów-sabotażystów których utarczki nabierają większego rozmachu. 

Poleciłaś mi ten tekst przy okazji wcześniejszej bety i z lekkim opóźnieniem udało mi się do niego usiąść. Lekturę uważam za udaną. Tekst jest w gruncie rzeczy prostą i solidnie napisaną historią, w której można znaleźć klimat mitologicznych opowieści. Nie ma tu miejsca na skomplikowane intrygi, ale w jego młodszej wersji widać już pewien zalążek Lokiego jako boga-trickstera. Jego charakter jest stosunkowo dobrze oddany. 

Ciekawe opowiadanie i interesujące komentarze – ilu czytelników tyle interpretacji. Szczerze przyznam, że nie do końca zrozumiałem czemu Tom zaczął dusić Hiacyntę (nawiasem mówiąc to imię zawsze będzie mi się kojarzyć z "Co ludzie powiedzą", nikt nie chce zobaczyć tego co ja zobaczyłem w myślach). Motywy Toma wyczytałem dopiero z komentarzy.

 

Moje przypuszczenia były takie, że kolejne Trupy to właśnie nawróceni nawigatorzy. Ci, którzy nie poradzili sobie ze zmianą światopoglądu, popełniali samobójstwo. Łzy Hiacynty z kolei zinterpretowałem tak, że wiara została sprowadzona do roli wartości użytkowej (coś jak kupowanie odpustu grzechów w średniowieczu) i pomyślałem, że robi to wszystko wbrew sobie. 

 

Duży plusik za moment, w którym czytelnik domyśla się kim tak naprawdę są Trupy :)

Tak jest, w ramach podpowiedzi dodam, że jest to fragment zatytułowany “opowieść komiwojażera”, w którym główny bohater rozmawia z fotelem

  

Nadrabiam zaległości i ciągle brakuje mi czasu :). Zgadzam się z poprzednikami, klimat jest dobrze zbudowany, ale moim zdaniem nieco zbyt późno. Początek jest iście sielankowy, chociaż czerwony latawiec skojarzył mi się z balonikiem z nowej ekranizacji "TO" (nie pamiętam czy w książce też było to tak mocno zarysowane bo czytałem ładnych parę lat temu). Drugim skojarzeniem była Kraina Traw, szczególnie ze względu na to odludzie zarysowane na początku i główki lalek, które kolekcjonuje chłopiec (nawiasem mówiąc polecam film). Na plus również scena z odkrywaniem kart, wizerunki na nich są na tyle sugestywne, by zagęścić atmosferę i jednocześnie na tyle enigmatyczne, że byłem ciekaw, jak rozwinie się sytuacja. 

Dzięki za komentarz i cieszę się, że styl pisania przypadł ci do gustu :) 

 

Zakończenie faktycznie może pozostawiać niedosyt, we wcześniejszych komentarzach też pojawiały się takie głosy. Zależało mi na leciutkiej i prostej puencie, a wpadłem na nią właściwie dlatego, że 27.10 (pierwszy termin rozstrzygnięcia konkursu) przestawialiśmy zegarki :)

 

Z wykorzystaniem hasła jest ten problem, że postawiłem na frazeologizm, dlatego antagonizm postaci nie wybrzmiał w odpowiedni sposób

Fiuu… śledzenie wątku tak mi weszło w krew, że jeszcze ze dwa tygodnie będę go odświeżał 

Ale fart, niedawno przeszło mi przez ręce :) Skoro padło słowo “Wigilia” to może coś, co poniekąd powinno się z Wigilią kojarzyć:

 

– Pan musiał w swoim czasie widzieć ciekawe rzeczy?

- Może masz słuszność, Tomie – odpowiedział stary, wykrzywiwszy się w sposób wielce skomplikowany, potem zaś, westchnąwszy głęboko, dodał.  – Niestety! Jestem ostatni z rodu.

 – A miał pan liczną rodzinę? – zapytał Tom Smart.

 – Było nas dwunastu zuchów, dobrze zbudowanych, a prostych jak głoska I. To nie to, co wasze teraźniejsze pokurcze. A przytem tak nas wysztafirowano (chociaż nie powinienbym mówić tego o sobie), że aż serce się radowało.

 – Cóż się stało z innymi?

 Stary gentleman przyłożył łokieć do oka i odpowiedział smutno:

 – Pomarli, Tomie, pomarli! Ciężka wypadła nam służba, a nie wszyscy mieli moje zdrowie. Podostawali reumatyzmu w nogach i rękach, tak, że poodnoszono ich do kuchni i innych szpitalów. Jeden z nich, wskutek długiej służby i złego obchodzenia się, tak się roztrząsł, iż postanowiono go spalić; przykry to koniec, Tomie.

Jak teleturniej tylko w wersji gdzie uczestnicy udzielili odpowiedzi, a tylko prowadzący wie jakie właściwie było pytanie :D

Piszę całkiem sporo (choć nędza na profilu na to nie wskazuje) i chętnie dorzucę swoje trzy grosze głównie ze względu na ostatni komentarz Verus. U mnie sposobem na radzenie sobie z blokadą jest kończenie kilku innych rzeczy, które odwlekałem przez jakiś czas. Książka, o której zapomniałem w połowie czytania, film, na którym zasnąłem i tak dalej i tak dalej. Wtedy nie wiem jakim cudem, chyba siłą rozpędu siadam i kończę tekst.

Jeśli chodzi o inspirację to szczerze mówiąc znajduję ją tylko wtedy, gdy nie szukam. Zdarzyło mi się pisać teksty, których puentą albo myślą przewodnią jest zdanie zasłyszane na ulicy. Czasem czytam książkę i przewiduję zakończenie, a potem gdy okazuje się, że mój pomysł jest kompletnie chybiony, przerabiam go na opowiadanie. Zauważyłem, że najwięcej pomysłów wpada wtedy, gdy nie mam gdzie ich zapisać.

Jeśli natomiast mam pomysł na opowiadanie i kompletnie nie mam pomysłu na jakiegoś bohatera (rzadko się zdarza, ale jednak) to używam prostego wytrychu: tworzę stereotypową postać – nerda, mięśniaka, czarodzieja czy wariata –  a następnie zmieniam jedną z jego najbardziej stereotypowych cech na kompletne przeciwieństwo.

Bardzo ładna i uczuciowa historia, która potrafi przyciągnąć na dłużej. Tekst ma wiele świetnych i ciekawie opisanych momentów, jednak najbardziej przypadł mi do gustu ten, w którym bohater waha się, czy zejść do kopalni. Przekonanie, że coś wisi w powietrzu jest tu bardzo sugestywnie pokazane. 

Podoba mi się również dwuznaczne ukazanie “mocy” kamienia. Z jednej strony jest błogosławieństwem, a z drugiej przekleństwem. 

Interesująca wizja kultu śmierci, bo inaczej tego chyba nazwać nie można. Mowa mistrza ceremonii, jest tak beznamiętna, że doskonale oddaje stosunek urzędów do tego wszystkiego. Szczególnie sugestywne jest mówienie o tym, że dążymy do śmierci, że śmierć jest celem i zarazem sensem życia. Propaganda śmierci wybrzmiewa jeszcze dosadniej w ostatnim akapicie, “kompleks pożegnalny” kojarzy się z jakimś wielkim centrum handlowym i każe przypuszczać, że takie “ostatnie pożegnania” odprawia się tam niemal taśmowo.

 

O warsztacie pisarskim wspominano już we wcześniejszych komentarzach, a ja chciałbym dodać coś od siebie. Bardzo podoba mi się nazwa “tanatyk”. Moje oko jest wyczulone na takie trafne połączenia bo sam często ich używam (głównie w tych szufladowych tekstach)

Nie będę tu oryginalny, też poczułem wiszący nad opowiadaniem limit, ale raczej zobaczyłem go na suwaku. Mniej więcej w momencie gdy bohaterowie wrócili do świata, w którym spotkali tajemniczy byt pomyślałem sobie, że tak wiele jeszcze zostało do powiedzenia, a miejsca tak mało. Po zakończeniu nie czułem jednak niedosytu. 

 

Świat jest faktycznie bardzo bogaty i aż prosi się o dalsze rozwinięcie. Na szczęście informacje podawane są w taki sposób, że wszystko powoli układa się w spójną całość. Wizja odciętych od świata i pozostawionych w niewiedzy nomadów jest bardzo wyrazista i stanowi doskonałą oś napędową. Wizja floty i statkoświatów na pierwszy rzut oka skojarzyła mi się z Quarianami z gier Mass Effect.

 

Intrygujący wydawał mi się już sam tytuł i gdy tylko go zobaczyłem, od razu chciałem zabrać się za czytanie, ale oczywiście zabrakło mi na to czasu. Przez cały czas miałem go jednak z tyłu głowy. 

 

 

 

Bailout zastanawiałem się czy publikowanie tekstu sprzed lat nie będzie w jakiś sposób źle widziane, zawsze wolę dopytać niż strzelić jakąś gafę. Dziękuję wszystkim za odpowiedzi :)

Cześć, mam małe pytanie. Wziąłem ostatnio na warsztat stary tekst (2013 rok), który był publikowany na portalu, a teraz jest skrzętnie ukryty wśród kopii roboczych. Zacząłem przy nim dłubać i jestem coraz bardziej zadowolony z wyników. Z drugiej strony, żeby nie popaść w narcyzm, wolałbym usłyszeć opinie innych osób. Czy mogę taki tekst – po gruntownych zmianach – opublikować jako nowe opowiadanie czy lepiej edytować i uwidocznić kopię roboczą żeby nie robić bałaganu? Szorcik przeszedł raczej bez większego echa, a czuję do niego pewien sentyment.

To fakt, tak mi się tylko skojarzyło przy czytaniu wątku. Jako zasada to by się na pewno nie sprawdziło, ale można spróbować przy jakimś szybszym konkursie i zobaczyć co z tego wyniknie 

Kiedyś tu na NF brałem udział w konkursie, w którym koniec końców odbyło się publiczne głosowanie na najlepsze teksty i brali w nim udział zarówno uczestnicy jak i osoby postronne. Warunkiem zagłosowania miało być przeczytanie wszystkich konkursowych szortów i jakaś tam frekwencja była, więc raczej organizatorzy by nie polegli 

Też jestem ciekaw, zapisywałem na bieżąco swoich faworytów i wyszło mi prawie dziesięć tekstów :)

Podobnie jak CM pierwsze zdania skojarzyłem z Pratchettem, ale u mnie jakoś na myśl przyszedł Kosiarz. To tam Śmierć zastanawiał się po co ludzie montują w domach zegary, skoro przecież pokazują upływ czasu i każdej sekundy, która już nie wróci. I jakim cudem nie mają jeszcze obsesji na punkcie tracenia czasu.

Pomysł wyjściowy jest ciekawy i choć na początku wydaje się ograny, to wprawia w zadumę, bo przecież nie tracimy czasu jedynie na bezmyślne rozrywki, ale również rzeczy ważne, a raczej te, które tracą na ważności z perspektywy czasu (młody rewolucjonista). Od razu rodzi mi się w głowie pytanie, jak wyglądałby człowiek, który ma dostęp do takiego urządzenia. Pesymistyczna część mnie podpowiada, że albo człowiek bałby się z niego korzystać albo popadłby w całkowitą apatię bo wiele jego marzeń ległoby w gruzach.

Podoba mi się zawarta w zakończeniu refleksja, że bohater w pogoni za czasem nieutraconym mimowolnie go marnotrawi. Choć spodziewałem się takiego zaproszenia, to dobrze że niektóre rzeczy da się jeszcze cofnąć.

 

jeśli chodzi o gry “z dreszczykiem” to mogę polecić trzy części Black Mirror. Seria ma już kilka latek na karku, ale buduje niezły klimat, szczególnie pierwsza część. 

Fajny pomysł, choć dowcip o wykopanym martwym psie już kiedyś słyszałem i bałem się, że to będzie puenta tekstu, a tu nagle miła niespodzianka. Przy zakończeniu można się uśmiechnąć, aż bije od niego pomieszanie goryczy z zakłopotaniem :) 

Podobała mi się też wizja świata, aż szkoda, że mamy o nim tak mało informacji. Chociaż z drugiej strony może to i lepiej, dzięki temu fabuła idzie cały czas do przodu. 

To co zwraca uwagę na początku to piękne opisy przyrody. Wypowiedzi gwarowe dodają smaku całemu opowiadaniu i zachowanie ich w pierwotnej formie oceniam na plus. Poza jednym czy dwoma wyjątkami mogłem domyślić się znaczenia poszczególnych słów ale nie przeszkadza mi to w lekturze. Całość napisana bardzo dowcipnie i obrazowo tak, że trudno oderwać się od lektury. Nawet na moment nie poczułem znudzenia. Podoba mi się również to, jak kreujesz bohaterów, A szczególnie sprytnego, zawadiackiego Franca. Trudno się nie uśmiechnąć czytając opis powrotu gbura do domu po nieudanych negocjacjach z urzędnikiem :)

Nie będę tu oryginalny, podoba mi się ciekawy zabieg opisywania świata z perspektywy kota i psa. Wszystkie przedmioty codziennego użytku pokazane są jako obce, niezrozumiałe. Sprytnie poprowadzona narracja kazała mi podejrzewać, że to opowiadanie z cyklu o umierającej ziemi albo Mrocznej Wieży Kinga. Te wszystkie aktywacje, zdolności i tym podobne skojarzyły mi się z jakimiś mechanicznymi odpowiednikami zwierząt, które odłączyły się od twórców.

 

Podoba mi się też zarysowanie relacji między kotem i psem, a także puenta, gdy weźmiemy pod uwagę resztę opowiadania. Bardzo przyjemny tekst, przy którym można się uśmiechnąć :)

adam84 dzięki za odwiedziny i cieszę się, że ci się podobało. Faktycznie kojarzę film, ale pomysłem wyjściowym był dla mnie człowiek opóźniony względem rzeczywistości. Teraz też zobaczyłem podobieństwo :)

Dickens byłby zachwycony :) Ja nie miałem dużego wyboru, z drugiej strony było podwórze i jakieś upiorne popiersie na oknie w opuszczonej oficynie, które prawie każdego dnia było obrócone w inną stronę. 

mr.maras dzięki za miłe słowa i za uwagi, dobrze napisany tekst powinien bronić się sam, a tu faktycznie czegoś zabrakło, zwłaszcza w tej bańce, o której wspominasz. Podczas pisania założyłem, że Czasowny codziennie rano pije kawę patrząc przez okno na ulicę – sam robiłem tak na studiach i mieszkałem wtedy między rybnym i zakładem pogrzebowym :) – ale oczywiście zapomniałem o tym wspomnieć. Gdybym to zrobił, to fakt, że każdego ranka patrzył w to samo miejsce wyryłby się w jego pamięci. 

 

Dziękuję również za kropki i koty :)

Ciekawe opowiadanie z twistem na końcu. Duży plus za "plus" w tytule, pozwala się domyśleć zakończenia, ale nie podaje wszystkiego na tacy. Narracja jest poprowadzona bardzo dobrze, szczególnie historia w historii – smutny "koniec" doskonałego rzemieślnika i pokonywanie ograniczeń własnego ciała.

 

Faktycznie stosunek Philipa do obejmowanego stanowiska jest trochę niepokojący. Spodobało mi się początkowe podawanie informacji o krawcu "po łyżeczce". Gdyby asystent od razu wyjawił wszystko, szef pewnie nigdy by się nie zgodził. 

Monique.M dzięki, bardzo się starałem żeby tekst był jak najbardziej treściwy 

 

PożeraczBułek również dziękuję za wizytę. Opisy zawsze były moją słabą stroną więc cieszę się, że ci się podobało

 

CM każda opinia się liczy i też dziękuję za słowa uznania :) pomysł kiełkował mi w głowie już od jakiegoś czasu i postanowiłem, że jak już wezmę udział w konkursie to najpierw napiszę, a potem będę czytał konkursowe teksty. No i w ten sposób uderzyłem w nieco inne tony

 

Nir ja też ciągle jestem w niedoczasie :) dzięki za wyłapane powtórzenie, ten fragment faktycznie gryzł się z resztą. Skorzystam z pozostałego czasu i szybko poprawię. Faktycznie, Wihajmistrz jest tu kotem do kwadratu

To pozytywnie wpływa na odbiór

Opowiadanie jest prześwietne. Bardzo podobało mi się powolne ujawnianie relacji psa i kota i porównanie relacji Łajki i Bradziagi do suki i jej szczeniąt. Zakończenie jest wyjątkowo poruszające, szczególnie opis ostatnich chwil przyjaciół. Również fragmenty przesłuchania wypadły świetnie, zwykle w poszatkowanej narracji jeden z wątków zaczyna mnie nużyć, tutaj tworzą spójną całość. Dodatkowo plus za siedzenie na baczność:)

 Tekst płynie powoli i majestatycznie niczym City of New York :) Początek był bardzo klimatyczny, podobała mi się rozmowa z dokerem i dało to dobre wyjaśnienie fascynacji Aidana. Niestety, nie mogę zrozumieć relacji między małżonkami. Tak jakby w pewnym momencie całkowicie przestali się sobą interesować. Ich relacje były zbyt chłodne jak na nowożeńców, powiedziałbym raczej, że mamy do czynienia z parą z długim stażem. Najlepszym fragmentem była końcówka z przejęciem steru przez Aidana. Bardzo satysfakcjonujące, biorąc pod uwagę, że chciał pozostać na statku na wieczność.

Przy lekturze końcówki też przyszedł mi do głowy Terminus, ale sam tytuł przypomniałem sobie dopiero z komentarzy (dziękuję). Bardzo dobry pomysł na pokazanie wewnętrznych zmagań bohatera w formie dialogu, chociaż takie pełne zdania faktycznie trochę trącą chorobą psychiczną. mi nie zdarza się myśleć pełnymi zdaniami. Z drugiej strony gdyby zapisywać wewnętrzną walkę inaczej, byłaby jakaś taka mętna i pewnie nie zwróciłbym na to uwagi. Podczas lektury nasunęło mi się pytanie, gdzie w tym natłoku myśli podział się Maart. Ciekawy zabieg bo bohater gra tu drugie skrzypce, liczą się przede wszystkim emocje

W twoim opowiadaniu najbardziej podoba mi się zarys głównych postaci. Ich charakter jest bardzo przemyślany, ani na moment nie wychodzą z roli. Smaku dodają również opisy z punktu widzenia niewiadomego policjanta. Retrospektywna narracja i motyw mordercy niczym strzelba Czechowa sprawiały, że opowiadanie było przewidywalne, ale zaskoczenie czytelnika chyba nie było twoim celem. Porządny kawał brudnego kryminału :)

Bardzo nastrojowa, melancholijna narracja oraz imnóstwo interesujących i pełnych kolorów obrazów. Pierwszy raz przeczytałem twój tekst na szybko i od razu poczułem, że warto wrócić do niego na spokojnie, by móc delektować się słowami.

Bardzo dobry tekst o dwóch przeciwieństwach, które nie mogą żyć bez siebie. Scenki rozmowy psa i kota są spokojne i wyważone, co świetnie kontrastuje ze scenkami, w których akcja przyspiesza. Podoba mi się zakończenie, gdy wraz ze zniszczeniem świata zaciera się granica między kotem i psem, dobrem i złem, życiem i śmiercią. 

Ponownie jedno zdanie zrobiło na mnie duże wrażenie – Teraz to ty nie mów mamie, Janciu. Pozwól odejść.

Tak wiele emocji w zaledwie kilku słowach 

Zemsta zza grobu nabiera nowego znaczenia :) 

 

Sam początek historii skojarzył mi się z wierszem Paweł i Gaweł (też Fredry), więc nazwiska panów-upiorów potraktowałem jako puszczenie oka do czytelnika. Zakończenie faktycznie mogłoby być bardziej rozbudowane. Nastrój jest faktycznie bardzo przyjemny i swojski, duża w tym zasługa dobrze poprowadzonych dialogów

A uchylisz rąbka tajemnicy? Na początku przez ten kokon myślałem, że chodzi o rasę insektopodobnych stworków, które przygotowują się do zimy 

Bardzo dobre opowiadanie o wojnie wywołanej przez niezrozumienie. Wrogość dwóch plemion ma swoje solidne uzasadnienie – Ayoz to chyba coś w rodzaju Ragnaroku, a konieczność przygotowania się na najgorsze sprawia, że atmosfera staje się coraz bardziej napięta. 

Psie Ziele, a właściwie ostatnie słowa Jabulaniego skojarzyły mi się jakoś z tolkienowskim Athelasem – zielem o niezwykłych właściwościach, które przez mieszkańców Minas Tirith było uznawane za chwast :)

Imiona brzmią egzotycznie, ale są zaskakująco dźwięczne i nie miałem problemów z powiązaniem ich z postaciami (co czasem mi się zdarza nawet w przypadku polskich imion)

Bardzo dobre i wciągające opowiadanie. Od czasu przeniesienia do innego laboratorium czytałem już w pełnym skupieniu bo powoli zacząłem chwytać całość pomysłu . Podoba mi się to, jak przechodzisz od jednego tematu do drugiego, najpierw smutnej egzystencji zwierząt w schroniskach, potem okrutnych praktyk na zwierzętach, aż wreszcie ujmujesz problem wybijania gatunków i dążenia ludzkości do samozagłady.

Pomysł ze strażnikami jest pierwszorzędny, powolna degeneracja i wymieranie jakie funduje im człowiek skłaniają do refleksji. Kompletnie nie potrafię rozgryźć zakończenia. 

Niedopowiedzenia nie zaburzają jednak odbioru tekstu, a wręcz przeciwnie. Sprawiają, że świat przedstawiony jest o wiele bogatszy. Ciekaw jestem rozwinięcia pomysłu

Tu chodziło o to, że Wihajmistrz wymyślał te rzeczy, a potem dawał je do wypróbowania biednemu królikowi – Czasownemu. Potem wychodził na jaw jakiś defekt wynalazku, Czasowny wracał po zwrot pieniędzy, a Wihajmistrz w międzyczasie proponował mu inny wynalazek w ramach rekompensaty. Gotowe i przetestowane produkty sprzedawał pewnie za duże pieniądze :)

Asylum dobrze, że nie jestem osamotniony w tym roztrzepaniu i fajnie, że tekst przypadł ci do gustu :)

faktycznie skróciłem troszeczkę wstęp, chociaż zostawiłem to niepodejrzane cykanie zegarka bo nie chciałem od razu pokazywać, że coś jest nie tak. 

Co do doniczek to ja szczerze powiedziawszy nie zwracam uwagi na to, jak są ustawione i mimowolnie powiązałem to z Czasownym. Miałem w zanadrzu jeszcze kilka pomysłów: kubek po kawie, który raz był na stole a raz w zlewie, zdjęcia, na których pojawiały się inne osoby niż w rzeczywistości albo odbicie w lustrze, na którym Czasowny wyglądałby lepiej niż zwykle. Ale jakoś ten fragment z doniczkami wyszedł mi najmniej niezgrabnie i postawiłem na niego :)

A ostatnie przytoczone zdanie wypowiedział Czasowny. Wihajmistrz specjalnie chciał, żeby Czasowny zatrzymał zegarek, bo w nocy mieli przestawiać zegarki, a to by mogło trochę namieszać 

 

Rytmatysta dziękuję i cieszę się, że się podobało. Wygląda na to, że jak specjalnie próbuję być śmieszny, to wychodzi na siłę, a jak piszę na luzie to wychodzi… na luzie. Powoli uczę się nie przesadzać ze śmiesznostkami żeby nie wyszło głupawo :)

No cóż, pomyślałem sobie: kura sama w ciemnym lesie – to nie może skończyć się dobrze, te wszystkie drapieżniki i tak dalej :)

Przyjemy tekst, który łatwo można odnieść do naszej codzienności. Przez cały czas miałem wrażenie, że przygoda skończy się źle, na szczęście się myliłem. Kogut, który rządzi kurnikiem to taka łagodniejsza wersja Napoleona z “Folwarku Zwierzęcego”. Gdyby zwierzęta umiały mówić, pewnie zachowywałyby się tak, jak to opisałaś :)

Regulatorzy dziękuję za uwagi i cieszę się, że opisy przypadły ci do gustu. Gdy pisałem ten fragment, próbowałem dokładnie przypomnieć sobie jak wygląda moja droga do pracy i spróbowałem przelać to na papier

Irka_Luz cieszę się, że tekst był lekki w odbiorze. Ostatnio mam z tym problemy. Liczyłem na to, że tytuł przyciągnie oko :)

Wilk-zimowy no właśnie ten fragment ze sklepami był zamierzony. Moi sąsiedzi przemalowali dom na szaro jakieś pół roku temu i ostatnio złapałem się na tym, że o tym zapominam. Kiedy ktoś spytał mnie, czy trzeba skręcić w uliczkę przy szarym domu, upierałem się, że nie jest szary

Tarnina doświadczony królik, o Boże. Dziękuję za uwagi, poprawiłem je z marszu, mam tylko nadzieję, że błędy nie zabiły tekstu

Drakaina od razu poprawiłem tego babola, Wihajmistrz jakoś też bardziej mi pasuje.

 

Katia72 dziękuję za klik i miłe słowa. Tytuł też mi się spodobał, gdy na niego wpadłem, od razu zapisałem. Miałem jeszcze ze dwa żarciki o czasie ale… w trakcie pisania o nich zapomniałem 

 

Fizyk111 w pierwotnej wersji tych opisów rzeczywistości było na oko ze dwa razy więcej, ale decyzja o ich wywaleniu chyba wyszła tekstowi na dobre. Teraz tak patrzę i początek faktycznie może być trochę ślamazarny. 

Co do snu, to wydaje mi się, że po przesunięciu wskazówek wieczorem nagle zrobiłoby się rano i pan Czasowny pamiętałby, jak położył się wieczorem spać i wstał po tych ośmiu godzinach. Tak jakby jego świadomość przeskoczyła o kilka godzin do przodu w ułamku sekundy. Gdyby dajmy na to użył go w kolejce do lekarza i przesunął o dziesięć minut do przodu, to kolejka by się w tym czasie skróciła, a w umyśle pojawiłoby się tylko wspomnienie dziesięciominutowego czekania. 

 

Boję się myśleć co by się stało, gdyby zegarek całkiem się zepsuł

Nieźle to wygląda. Zdania okrojone do minimum przekazują mnóstwo treści. Ja zrozumiałem to tak, ze ludzkość nie jest przystosowana do życia w kosmosie i trudnych warunkach, a bohater zdaje sobie z tego sprawę, a dodatkowo do tego wszystkiego dochodzi starość, a Smerfetka jest przyszłością, czymś doskonałym co przetrwa w każdych warunkach. Takie odwrócenie roli idealnego twórcy i ułomnego dzieła. 

AQQ – dziękuję za miłe słowa :) chciałem rzucić coś w stylu “człowiek, który żył przeszłością” ale to by od razu zdradzało zbyt wiele

 

Ayerton – no bo to taki mistrz w robieniu wihajstrów – i właśnie uświadomiłem sobie, że zrobiłem babola. Zastanawiałem się jeszcze nad Wihajmajster, ale majster jakoś mi nie pasuje do postaci. Ogólnie w moim zamyśle miał być trochę postrzelony i ekscentryczny, a słowo wihajster pasuje mi do tego jak ulał 

Absurdalnie, zaskakująco i do tego z humorem. Warto było przeczytać chociażby dla samego wyobrażenia dresa kręcącego tyłkiem i ślącego całusy na pożegnanie. Aż się prosi o jakąś kontynuację. Ciekawe czy to jakieś grupowe opętanie czy dominująca osobowość :D

Też zawsze mi się wydawało, że zwierzęta mają bardziej wyczulone zmysły “w tamtą stronę”. Przyjemnie się czytało, zakończenie było zaskakujące. Wizja dziewczynki zawieszonej w świecie pomiędzy w nieświadomości tego, co się z nią stało jest dla mnie bardzo przejmująca. Pomyśleć, że z biegiem lat Luna i Chrupek też odejdą z tego świata i dziewczynka na wieczność zostanie sama… ech :(

Tekst jest bardzo ciekawy, choć szczerze przyznam, że po pierwszych akapitach myślałem, że się poddam. Wizja świata, w której zamiast ludzi mamy istoty myślące jest bardzo interesująca. Podoba mi się również złożoność relacji, z jednej strony nienawiść, a z drugiej strony przywiązanie do Roberta. Na początku myślałem, że jest to opowieść o "młodzieńczym buncie" cyborga, który ma pretensje do “rodzica” o to, że powołał go do życia. Potem w grę wchodzi zaprogramowana miłość, przywiązanie i poczucie obowiązku na zasadzie "ktoś poświęcił kupę czasu po to, żeby powołać mnie do życia, nie mogę odejść". Bardzo dobry tekst.

Drakaina cieszę się, że ci się spodobało. Co do kolei to dopisałem, że chodziło o stanowisko dyspozytora, bo wcześniej pan Czasowny był tylko anonimowym pracownikiem. Dziękuję również za uwagi, do tekstu wracałem codziennie przez ostatni tydzień przed publikacją, i ciągle coś poprawiałem. Mam problem z dostrzeżeniem belki w swoim oku

Jak na prawdziwe opowiadanie fantasy przystało, mapa musi być. Strzeliste góry są, pustynia jest, tropikalna dżungla jest… ech, przypomina się stary dobry Gothic. Nawiązania do Śródziemia, Conana i Świata Pośredniego wyłapałem, nie wiem czemu, ale przy lekturze przyszło mi na myśl Ziemiomorze, ale nie mogę wymyślić żadnego powiązania. Puenta jest doskonała, zwłaszcza w stosunku do podniosłego stylu, w jakim utrzymana jest reszta opowiadania

Nowa Fantastyka