Profil użytkownika


komentarze: 762, w dziale opowiadań: 624, opowiadania: 385

Ostatnie sto komentarzy

Oryginalna bajka, warto ją przeczytać kilka razy. A nawet trzeba, sam nie jestem pewien, czy ją zrozumiałem… Ale myślę, że najbardziej istotny jest tu niebanalny klimat.

 

Dwie uwagi:

“…tuż obok popijał gęstą mgłę z filigranowej filiżanki>”

Nie jestem pewien, czy można popijać mgłę, może lepiej “sączyć”? No i ta “filigranowej” filiżanki też mi nie pasuje, filiżanki z reguły są filigranowe,. Jeśli już określić filiżankę, to jakoś inaczej, myslę.

“…trzecia rozpruty brzuch i obnażone flaki” – sądzę, że zamiast “flaków” lepiej dać pakuły.

Regulatorzy – melduję poprawienie literówek.

“Osobliwe” traktuję jako komplement, choć nie wiem, czy taka była Twoja intencja… W każdym razie ja zawsze lubiłem osobliwe opowieści, kiedyś nawet jakiś znany pisarz tak zatytułował cały swój zbiór opowiadań, ale nie pamiętam kto, zresztą chyba nie on jeden.

Finkla – dzięki za odwiedziny i kliczka.

 

Roger – również. Ogromnie się cieszę z tak pozytywnej opinii.

Iluvatarze,

Staram się pisać komentarze jak najtreściwiej, stąd może to niezbyt przemyślane słówko “wyje”. Ale nie przyszło mi do głowy, że mogłoby kogoś urazić. Poza tym opinia zawsze jest subiektywna, i to też wydało mi się oczywiste. Ale przede wszystkim staram się, by komentarz był jak najbardziej merytoryczny. Fakt, nie komentuję tak obszernie i ładnie jak niektórzy i wciąż słabo operuję internetem.

A pod względem merytorycznym jeszcze parę rzeczy mnie ukłuło. Zwłaszcza ten nagły przeskok od pani kapitan do admirała. Nie wiem, czy wiesz, ile stopni dzieli kapitana od admirała. Gdy się zostaje admirałem, ma się już wszystkie siwe włosy, o ile w ogóle się je ma. Poza tym kto był naczelnym dowódcą? Nie zaznaczyłeś, powinien si ę nazywac albo Głównodowodzącym Floty albo Wielkim admirałem.

Też mnie fascynowała wojna na Pacyfiku. A pewne zasady się nie zmieniają. Tak jak pisałem wcześniej, floty nia mają w nazwie “obronnośc”. Może tylko jeden wyjątek – były tzw. pancerniki obrony wybrzeża, klasa okrętów o znikomej wartości bojowej, i miało je raptem kilka państw, m in. Norwegia. Były to pancerniki takie jak “Szlezwig Holsztein”, choć on akurat nie był tak klasyfikowany. I tu by się historycznie zgadzało, bo nie bronił przecież wybrzeża, a zaatakował je, wiadomo jakie.

ale faktycznie to nie portal historyczny, to z innej beczki.

Gdyby jakaś planeta mieła mieś system obronny, prawdopodobnie składałby się z pierścienia jakichś satelitów, sztucznych księżyców nafaszerowanych jakimś tam przyszłościowym uzbrojeniem, w każdym razie coś w ten deseń. Nawet za naszych czasów planowano coś podobnego, jakąś tarczę rakietową na orbicie, raz USA, potem Rosja, tyle że oczywiście w odwrotnym kierunku..

Ale to Twoje Opowiadanie, napiszesz, jak zecchcesz..

 

Przyznaję, że nie przepadam za s-f, szczególnie hard i cyberpunk, ale zawsze portafię docenić, jeśli działa na emocje albo ma ciekawy pomysł. W Twoim takich walorów nie zauważy łem, ale zaznaczam, to moja subiektywna opinia.

 

Pozdrawiam

Dzięki, LanaVallen, za odwiedziny.

Piszę ręcznie, potem już gotowy tekst z wielkim mozołem nanoszę na komputer. I mimo wielkich starań nie mogę się obyć bez literówek. Tak, jestem technofobem i internetowym idiotą, do tego mam zdezelowany laptop i rzadki dostęp do internetu. Tak wyglądają moje warunki pracy, choć nie twierdzę, że nie jestem też leniwy…

I dzięki za życzenia. Tak, w pisaniu też nie ustaję.

BasementKey – dzięki za konstruktywny komentarz. Rozważę Twoje poprawki, jak za jakiś czas wyślę ten tekst na portal Herbatka u Heleny, nie wiem, czy znasz. Co do licznych literówek, wiem, ze jest ich więcej, ale panicznie boję się grzebać w tym edytorze, bo mój komputer ledwo zipie.

“Księga piasku”? – tak znam(łem), kiedyś pożyczyłem ją komuś, i tyle ją widziałem… Ale tu oczywiście chodziło mi o opowiadanie Borgesa “Biblioteka Babel”.

Ładny szort, właściwie impresja. Wbrew pozorom takie klimatyczne teksty trudno się pisze.

Te “gościł” faktycznie nie pasuje. Może “emanował”? Choć nie wiem, czy można emanować przepychem, jeszcze mnie się od Tarniny dostanie…

Sorry, że tak to wygląda, coś mi szwankuje komputer.

Iluvatharze, i mnie jest przykro, że myślisz, iż ja Cię źle ocenia. Przede wszystkim w ogóle Cię nie oceniam, ani nawet Twojego opowiadania. Co najwyżej wydałem bardzo oględną opinię, do której zresztą mam prawo. A to, że nie przepadam za space opera, o nczym nie świadczy, to tak, jakby Twoje opowiadanie mogli czytać tylko zwolennice tego gatunku.

Ale teraz w punktach

    1. Co do kapitanki, to raczej żartowałem, sam jestem przeciwnikiem feminatywów.
    2. 4.Tak, inne uniwersum, inny świat, zawsze to wygodne tłumaczenie. Sęk w tym, że każdy typ okrętu ma nieco inne zastosowanie, a flota jako całość również ma różne zastosowania. Okręty nie dzieli się z zasady na obronne i ofensywne, choć niektóre mają taki charakter. Weźmy na przykład polską flotę w kampanii wrześniowej 1939. Polska flota miała bronić wybrzeża, a tymczasem miała 9 okrętów ofensywnych i tylko jeden obronny. Miala więc charakter obronny czy ofensywny? Ale tu kończę te dywagacje, bo to szerszy temat.
      1. Ostrożność w działaniach partyzanckich? Raczej – błyskotliwy dowódca nie tyle jest ostrożny, bo to się jakoś wyklucza, ile precyzyjnie opracowuje plany ataku, by się powiodły.
        1. Nieprawda. Jako nastolatek zachwyciła mnie powieść Formy chaosu Colina Kappa przeczytałem ją trzy razy z rzędu, choć pewnie jej nie znasz.
          1. Napisałem, że końcówka mnie znużyła, a to znaczy, ze po prostu nie czułem emocji, bohaterowie byli mi obojętni. Miałem kłamać?
          2. Jeszcze parę powtórzeń by się znalazło
          3. To na początku. Dobrze jest bronić swego, ale kwestie merytoryczne to inna rzecz.

 

Nowy kapitan Siliońskiej floty obronnej

 

Jeśli to kobieta, to “nowa”, a jeśli chcesz iść z duchem czasu, to i “kapitanka”. Siliońska z małej litery.Flota obronna również nie brzmi najlepiej. W rzeczywistości w naszym świecie żadne państwo nie miało floty obronnej, po prostu nie ma czegoś takiego w nomenklaturze. Flota jako taka może wypełniać wiele celów, może mieć wiele zadań.

 

“Siliońskiego okrętu flagowego” – znów nie brzmi najlepiej. Siliońskiego małą, a jeśli okrętu flagowego, to czego? Bo kręt flagowy zwykle płynie na czele zespołu okrętów, nigdy samodzielnie. Zresztą tu powinna paść nazwa własna okrętu, a “siliońskiego” skreślić, bo przecież wiadomo, że nie okrętu Decylionów.

 

“Mortia była błyskotliwym i ostrożnym oficerem”.

Błyskotliwy i ostrożny za bardzo rozmijają się ze sobą, to zbyt różne cechy charakteru nie pasujące do jednej osoby. Lepiej by brzmiało, moim zdaniem np.: “błyskotliwy i zadziorny”.

 

Space opera to nie moja bajka, w młodości przeczytałem tylko kilka tekstów tego typu. Stąd opowiadanie nie porwało mnie, a męczarnie i przemiana bohaterki mocno mnie nużyły. To już wolałbym gwiezdne fajerwerki.

No i interpunkcja wyje. To ciekawe, bo zdania są ułożone w miarę poprawnie, a przecież gramatyka jest trudniejsza od interpunkcji.

 

Pisane na konkurs Tajemnice światów, ale z powodu przeciwności losu musiałem na jakiś czas przerwać pisanie i nie zdążyłem. Może i lepiej, bo mogłem spokojne skończyć, i poza tym ktoś mogłby powiedzieć, że jest nie na temat, ale sam nie mam pewności.

Jeszcze mój komentarz…

Opowiadanie niezłe, ale miałbym jeszcze sporo zastrzeżeń. Przede wszystkim Admirał Stern powinien być Wielkim Admirałem, skoro był głównodowądzącym i drugą czy trzecią osobą w Imperium. Admirałów może być wielu, jeśli flota jest wielka. No i to nazwisko Stern, pasowałoby dla majtka z U-bootów może, a nie dla takiej osobistości, pewnie jeszcze arystokratycznego pochodzenia, skoro chciał się żenić z Imperatorową. Zresztą to tak raczej nie idzie, admirałowie przechodzą w stan spoczynku, a nie przejmują stery Imperium czy sami stają się Imperatorami.

Co do Heina, kiedy spadł do Głębi, sprawiał wrażenie, jakby był jedyną osobą na tej fregacie. Co z reszta załogi i dlaczego tylko on przeżył? A kim byli buntownicy i przeciwko czemu się buntowali?

Zjawa, jako nazwa statku, czy właściwie okrętu, powinna być chyba w cudzysłowie. poza tym nie przekonują bitwy z jej udziałem, jeden okręt, nawet najsilniejszy, nie byłby w stanie pokonać całych flot przeciwników. Tym bardziej, że cała jej cudowność miała polegać na niezniszczalnym pancerzu, to za mało, a nie ma podanych innych jej walorów. Niby w jaki sposób niszczyła wrogie okręty?

Brakuje też trochę nazw własnych, w tym flagowych okrętów Imperatora i Admirała, zawsze takie coś nadaje większego realizmu.

Pomysł z powietrznymi statkami oczywiście nie nowy, sam go spotkałem w jakimś opowiadaniu, ale nie pamiętam tytułu, Poula Andersona, tyle że tam byli piraci.

Rozbudowanie tego opka jest wręcz konieczne.

Wielu już próbowało naśladować styl Schulza i wielu poległo na tym polu, ale Tobie się udało. Nie wiem jak to robisz, ale masz jakiś specyficzny dar… Zwłaszcza początek jest niezwykły, taki nienachalnie schulzowski, nawet nie każdy by się domyślił, gdyby nie tytuł. Właściwie to początki są najmocniejszą stroną Twoich tekstów, jak sobie teraz pomyślałem, ja w każdym razie lubię takie poetyckie opisy.

 

Taka malutka uwaga “Póki co nie dopuszczałem myśli o tym…” Chodzi mi o to “póki co”, zawsze kłuje mnie ten zwrot, choć jest już tak rozpowszechniony, ze przestano na niego zwracać uwagę i go tępić (choć jeszcze niedawno jakiś językoznawca był nim oburzony). Ale tak naprawdę jest nieładny i o wiele lepiej zastąpić go “jak dotąd”, “w międzyczasie” czy “na razie”.

 

Jeszcze dodam, że “Powrót do Sanatorium…” bardziej mi się podobał niż “Dziwożona” Ale spojrzałem na Twój profil, i widzę, że wiele tekstów mam do nadrobienia… Ech, tak to jest, gdy się ma internet tylko w telefonie, czytanie z telefonu to koszmar…

Sam nie wiem, co powiedzieć. Zaczyna się od dialogu, co wprawia w konfuzję, bo czytelnik nie ogarnia, co się dzieje. Zwłaszcza jeśli nie zna się pierwowzoru. Ale im dalej, tym lepiej, wędrówka

bezgłowego ciała już całkiem satysfakcjonująca. Moim zdaniem powinno być jednak więcej informacji o tytułowym bohaterze, skąd się w ogóle wziął.

Całość napisana dobrze, fabularnie nawet bardziej mi przypomina kapitalny film, nakręcony na podstawie “reanimatora” w reżyserii Stuarta Gordona, niestety dziś chyba nieosiągalny, bo chętnie bym sobie jeszcze raz obejrzał.

 

Wreszcie opowiadanie, w którym inspirację Lovecraftem widać od pierwszego zdania. Ładnie poprowadzona narracja, którą przyjemnie się czyta. Na plus także to, że akcja dzieje się w Polsce, i nie ma żadnych zgrzytów, wszystko dzieje się wiarygodnie. Może tylko wolałbym ciut więcej informacji o kulcie, który wyznawał wuj, i o Giltine, mimo wszystko trochę to zbyt enigmatyczne. Choc z drugiej strony mieści się to w kanonach klasycznej grozy.

Opowiadanie pewnie po wielu poprawkach, i cóż, czyta się nieźle, gładko i bez bólu. A jednak wydało mi się trochę nieprzekonujące, środkowe partie tekstu o trzech małolatach zupełnie zbyteczne, rozbijające nastrój. Najbardziej udane, myślę, jest zakończenie. No i w moim odczuciu zupełnie nie ma w tym Lovecrafta, równie dobrze mogłoby to być inspirowane jakimś innym klasykiem grozy, np: Arthurem Machenem albo Walterem De La Mare, może nawet bardziej, Oczywiście dla mnie to bez znaczenia, ale nie jestem jurorem.

Jeszcze dwie uwagi techniczne:

“…żeby zaraz do niej wracać ze szklanką wody w spoconych, drżących dłoniach.” – raczej – 

“…w drżących, spoconych dłoniach.”

Przymiotnik czasownikowy najpierw, lepiej to brzmi.

 

Druga kwestia to liczebniki, wiem, że na tym forum obowiązuje prikaz, by za wszelką cenę liczebniki pisać słownie, ale jak z każdymi autorytarnymi nakazami jest w tym pewna doza przesady. Godziny i daty można spokojnie pisać cyframi, po prostu jak tutaj – “10 maja 2010 roku” Natłok liczebników pisanych słownie też może brzmieć trochę dziwacznie… Ale to tylko taka moja uwaga, nic więcej.

Podobało mi się. Opowiadanie ma duszny, lovecraftowski klimat, ale nie ma niewolniczego podrabiania jego stylu. I bardzo dobrze, zawsze powinno się próbować pisać po swojemu.

Oj, przypomniało mi się opowiadanie Grabińskiego. Ale po co je publikować tutaj pod anonimem?

Zamiast usuwać, aż się prosi, by dalej ciągnąć tę historię. Przy Twoim stylu może to być prawdziwie magiczna rzecz. W każdym razie, przy moim skrzywieniu sentymentalno historycznym przyjemnie byłoby poczytać więcej takich tekst ów.

Geeogrraaf – wielkie dzięki za tak pozytywną opinię. Tytułu raczej nie będę zmieniać, jakoś nie lubię wracać do skończonych już rzeczy, starając się myśleć o nowych wyzwaniach {pisarskich, rzecz jasna}.

 

Outta Sewer – super, że ten mój stary tekst zyskał jeszcze nowego czytelnika. Nawet nie pamiętam, kiedy go napisałem, ale fakt, że z wszystkich moich wytworów z niego jestem najbardziej dumny.

Z wielką przyjemnością oczywiście skomentuję Twoje opowiadanie lovecraftowskie, jesli je napiszesz. Pomyślałem, że przydałby się jakiś nowy konkurs na motywach twórczości HPL -a. Co prawda parę lat temu był już pod niezbyt szczęśliwą nazwą “Macki” (jakby Lovecraft pisał o jakiś mackach), ale można by zrobić nowy, może pod inną formułą.

Dzięki wszystkim za komentarze. Mam nadzieję, że za jakiś czas wstawię tu bardziej okazałe opowiadanie, bo właściwie sam nie lubię takich krótkich szorcików.

 

Neologizm pomgłać, jesli to neologizm, wziąłem z Grabińskiego, choć nie pamiętam, z którego jego tekstu.

Nawet fajne opowiadanie, choć ta pierwsza część, realistyczno – egzystencjalna bardziej mi się podobała. Krótkie zdania tworzą ciekawą narrację, dają taki ironiczny dystans wobec poczynań głównego bohatera. Jedynie zakończenie wydaje mi się trochę niejasne, nie wiem, czy dobrze zrozumiałem. Ale w każdym razie sądzę, że to udany tekst.

W przeciwieństwie do horroru poniżej, przegadanego i bez napięcia. Nie wstawiłem tam komentarza, bo nie mogłem doczytać go do końca.

Nir dzięki za miłą wizytę. Niestety nie znam tej gry, jesli to komputerowa, to prawdę mówiąc żadnej nie znam. A mój tekst to faktycznie migawka, ale jestem pewien, że jeszcze napiszę coś bardziej obszernego związanego z HPL-em.

 

Outta Sewer – niestety nie umiem linków podawać, przynajmniej szczycę się tym, że ta moja technofobia jakoś przybliża mnie do HPL a… Mój tekst jest na Tea Book. Fantastyka, na pdf, sam mam nieraz problemy, żeby do niego trafić… pod tytułem – “Sny o krainie Sona-Nyl.”

Dzięki za komentarz. Przyjmuję krytykę, ale niewiele na to poradzę… Może opowiadanie powinno być dłuższe, bardziej rozmyte, poetyckie może, czy ja wiem. Bo prostu sam nie byłem pewny, co ma z tego wyjść.

Outta Sewer – dzięki za komentarz. No i za cenną uwagę techniczną, faktycznie coś mi się pokręciło z tą powałą.

Najpierw uwielbiałem Poego, potem Lovecrafta, czyli wynika, że obu. Oczywiście nie starałem się naśladować HPL a w tak krótkim tekście. Uważam, że takie próby są z góry skazane na niepowodzenie, przynajmniej dla większości. Dla mnie Lovecraft to największy pisarz fantastyki, ale może tu nie miejsce, by się o tym rozpisywać. W każdym razie mam już próbę napisania opowiadania lovecraftowskiego za sobą, ale jest gdzie indziej.

“Prawie każdy wyglądał zwyczajnie jak szary obywatel”.

To zdanie do poprawki, bo szwankuje i logicznie, i językowo. Trudno sobie wyobrazić, aby w więzieniu o zaostrzonym rygorze, czyli mordercy i gwałciciele wyglądali zwyczajnie, jak szarzy obywatele. W każdym razie na filmach wygląda to nieco inaczej, a ostatnio sporo takich oglądałem. Ale i niechby, gorzej z językiem. Brakuje przecinka, ale też jest o jeden określnik za dużo – albo “szary obywatel” albo “zwyczajnie”.Najlepiej, by brzmiało po prostu – “Prawie każdy wyglądał zwyczajnie”. Czasem lepiej upraszczać.

Samo opowiadanie wydało mi się infantylne, scena z gwałtem na więźniu dość śmieszna, nie wiem, może to pastisz horroru.

W zasadzie podobało mi się, choć mam parę zastrzeżeń, podobnych zresztą do mojego przedpiśca. Jest pewien nadmiar niedopowiedzeń i niejasności, trochę za dużo się dzieje. A tempo opowiadania jest jednostajne, brakuje moim zdaniem takiej jednej kulminacyjnej, dynamicznej sceny.

Choć oczywiście na plus jest klimat i tajemniczość, co jest w ogóle istotą weird.

Ale też nie skumałem zakończenia, to znaczy skumałem, ale po lekturze komentarzy…

No tak, zależy jaki styl się lubi. Zapewne Twoje opowiadanie nie było chaotyczne dla kogoś, kto lubi taki styl właśnie. Bo tematycznie to było weird, zdaję sobie z tego sprawę. Tyle że ja na przykład, będąc tradycjonalistą, konserwatystą itd. lubię rzeczy tradycyjne , staroświeckie i ponure. I humor mi tu też nie pasuje…

Ładnie napisane, przyjemnie się czyta, choć tak naprawdę to nic nowego. To znaczy ta zmiana narratorów. Tyle że o tym już się tak nie pamięta, bo cały ten postmodernizm poszedł w odstawkę. A przecież wyczyniano kiedyś nie takie rzeczy, cała ta francuska nowa powieść i tym podobne, ale dziś raczej zapomniane. Mnie się przypomniał Cortazar, jego słynny “Aksolotl” i inne jego fenomenalne utwory. Choć na pewno nie pisano o jego twórczości “weird fiction”, prędzej realizm magiczny, i też moim zdaniem do takiego gatunku nalęży “Prawie”.

Przykro mi, ale nie spodobało mi się zupełnie. Miałem problemy ze skupieniem się na tekście, taki wydał mi się chaotyczny i wariacki. O zrozumieniu go już nie wspominam…

Według mnie to nie jest weird, a przynajmniej nie klasyczny. Podobno dla niektórych był nawet zabawny, jak wyczytałem w komentarzach, ale przecież weird nie na tym polega…

Dzięki, Finkla za odwiedziny. Faktycznie, chodziło mi o kogoś w rodzaju różdżkarza, szarlatana, w sumie dobrze to odczytałaś.

Z tym wrzecionem zapewne coś musiałem pomylić, każdy mi to wypomina… Tyle że chciałem już zapomnieć o tym tekście…

Nawiasem mówiąc, moim ulubionym opowiadaniem Kafki jest “Olbrzymi kret”, tam też nie ma walki z systemem, jest za to takie cudownie nierealistyczne.

Faktycznie, dobrze napisane, ale brakuje emocji. A jeśli bohater nie czuje emocji, działa niemal jak robot, to czytelnik też niczego nie czuje. Końcówka wydaje się niejasna, a jak się czyta tak bezosobowo napisane opowiadanie, to zainteresowanie perypetiami bohaterów też gaśnie.

Opowiadanie sprawia wrażenie destylatu z nobliwych klasyków weird, bardziej podoba mi się sama idea takiego pisania. A przypomina nieco mniej znane opowiadanie Lovecrafta :Zapomniane miasto”, któremu właśnie stuknęło niemal równe sto lat.

Ale najbardziej zastanawia ta ilość komentarzy…

Całkiem fajny, udany tekst, przyjemnie się go czyta. Spokojna, naturalna narracja i egzotyczne miejsce akcji budzą zaciekawienie. Plusem jest również według mnie niewielka ilość dialogów, nic tak bowiem nie szkodzi utworom grozy, jak zbędna paplanina.

Z małych minusów – w paru miejscach można by nieco podszlifować styl, oraz zakończenie odrobinę rozbudować.

Texic – co do Filipowicza, nie czepiałem się, wydało mi sie to tylko trochę niezwykłe. Jego powieści trudno byłoby dziś znaleźć, może na giełdach staroci czy w antykwariatach, są naprawdę mało znane. Co innego jego liczne zbiory nowel, z których słynął i nawet niedawno wydano jakiś ich zbiór. I mimo tego można go uznać za pisarza mocno niedocenianego. Wielu tak uważa, w tym i ja.

Ramy czasowe i miejsce akcji. Faktycznie nie są określone. Przyjąłem, że akcja dzieję się współcześnie i w jakimś mieście, bo nic nie wskazywało, że miałoby być inaczej. W każdym razie nie zauważyłem żadnej takiej sugestii.

A dziewczyna pomagająca staruszce, napisałem tylko, że rzadko spotykane, ja nie spotkałem na przykład. A nie napisałeś, że to wolontariuszka, co już byłoby prawdopodobniejsze.

Dobre i ciekawe opowiadanie. Kafkowski egzystencjalizm w weirdowym sosie. I przede wszystkim nie sprawia wrażenia udziwnionego na siłę. Bo jednak weird to obce ciało w polszczyźnie, słabo u nas jeszcze zaaklimatyzowane. Dlatego przyglądam się temu konkursowi z zaciekawieniem, ale takim trochę zdystansowanym.

“…aby umilić sobie wolną chwilę powieścią Kornela Filipowicza;”

 

Ciekawy wybór na ulubionego pisarza staruszki. Filipowicz był wybitnym nowelistą, ale powieści napisał tylko parę i to naprawdę dawno temu – w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Dziś raczej nikt ich nie czyta. Nie to, żebym się czepiał wyboru akurat takiego pisarza, ale jest to jedna z cegiełek, które sprawiają, że to opowiadanie wydaje się trochę nieautentyczne. Bo sztucznie brzmią tu dialogi pomiędzy panią Marią a Franciszką. Poza tym dziś się raczej nie spotyka, by młoda dziewczyna rezygnowała ze swojego wolnego czasu, aby usługiwać staruszce. A nawet gdyby, to obie nie mówiłyby takim drewnianym językiem.

Potem jest telefon z demonicznym głosem, który również nie przekonuje. Jest to jakieś szyte zbyt grubymi nićmi. No ale to, że element fantastyczny odkleja się od warstwy realistycznej, zdarza się dość często. Gorzej, gdy nie klei się sama warstwa obyczajowa. Bo końcówka z policjantami znów fatalna…

Na plus pozostaje sam warsztat – zwięzły i do rzeczy, co sprawia, że tekst czyta się szybko i bez bólu.

Celtic Frost, tym bardziej, ze to już klasyka. Ale ja wolałem sobie kupić ich płytę składankę za nieduże pieniądze.

Świetne opowiadanie, przeczytałem niemal jednym tchem. Faktycznie też mi się skojarzyło z “Krainą Chichów”, nawet byłem prawie pewien, że pod koniec strudigatki przemówią ludzkim głosem…

Uwielbiam takie nierealne klimaty, trochę jak z koszmarnego snu.

Z drobnych uwag mam tylko samą nazwę wioski Krondus, to znaczy jest to bardzo dobra, mocna nazwa, tyle że niezbyt pasująca do małej wioski, a raczej do miasteczka. Choć z drugiej strony to tak niezwykła miejscowość, że właściwie wszystko jest możliwe…

Opowiadaniu bezwzględnie należy się piórko, tak uważam.

Marcin Robert – dzięki za przeczytanie i odczytanie morału.

 

Werwena – dzięki za komentarz, no i za poprawki. Zwłaszcza te powtórzenie, nie mogłem uwierzyć, po takim czasie wyszedł na jaw taki lapsus.

Co do ogólnej wymowy tego tekstu, to w sumie jest groteska, a ta się w końcu rządzi swoimi prawami. A na tej stronie nie ma chyba nawet takiego tagu. Gdybym to napisał, może byłoby mniejsze zamieszanie.

Thargone – dzięki za komentarz, w sumie celny, trafny i wyczerpujący, tak że nie mam nic do dodania.

 

Każdy czasem próbuje pisać w różnych stylach i gatunkach, a ja lubię eksperymentować. Różnie to wychodzi… Tu spróbowałem takiej trochę czarnej groteski a la Kafka, wyszło jak wyszło.

I dzięki bardzo za słowa otuchy, przydadzą się na pewno. Pomysleć, że swoje jedyne brązowe piórko dostałem siedem lat temu, mam wrażenie, iż piszę coraz słabiej… Teraz zacząłem pisać opowiadanie sf, może taki powrót do korzenie (bo w tym gatunku rozpocząłem swoją przygodę z fantastyką) mnie uzdrowi.

Dzięki za komentarz, Irko_Luz. Gdybym miał odpowiedzieć na Twoje pytania, pewnie musiałbym cały esej napisać o filozofii pisania, o weird fiction, o Kafce… Może kiedyś napiszę… Albo faktycznie mam inne widzenie literatury, niż większość tu na forum…

A, to i jednak zaistniałeś w szerokim świecie literackim. Powodzenia i życzę dalszych sukcesów. Co prawda nie orientuję się w tych Fantazmatach i Szortalach, nigdy tam jeszcze nie zajrzałem. Jakoś przywiązany jestem do papierowych edycji, lubię sobie odkładać ulubione kawałki w czasopismach niczym chomik na dłuższy czas do skonsumowania, nieraz odnajduję je po paru latach… A z internetem różnie bywa, zwłaszcza jak w moim przypadku, nie zawsze mam do niego dostęp.

AdiBielo pps – dzięki za opinię. Twoja wersja pierwszego zdania jest oczywiście ładniejsza. Sęk w tym, że mój tekst miał być taką notką, stylizowaną trochę na urzędowy język, wszak napisałem, że to notka. Język poetycki, baśniowy siłą rzeczy niezbyt by pasował. A tak w ogóle :Wananok” to przeróbka mojego bardzo starego tekstu “Mierniczy głębokich źródeł” , który z kolei został kiedyś tu zjechany merytorycznie . Może morał z tego taki, że starocie powinno zostawić się w spokoju…

 

Regulatorzy – dzięki jak zwykle za poprawki. Nie mogę uwierzyć w te literówki, tym razem byłem pewien, iż żadnej nie będzie…

Przynajmniej z jednym zgodzić się nie mogę – że nie ma tu fantastyki. No jak to? Tyle że to taki realizm magiczny, groteska, światy a la Kafka, Schulz, Calvino itp. Niektórzy twierdzą, że to jest właśnie prawdziwa fantastyka. A to, że mi daleko do nich, cóż poradzę, nawet nie będę się tłumaczyć…

Początek jest naprawdę fajny, i szkoda, że cały tekst nie został utrzymany w takiej konwencji. Dialog strażników to wręcz dysonans, a potem też jest tak sobie. Opis walki bardzo średnio emocjonujący.

Ale samego skapnika możesz wykorzystać w następnych opowiadaniach.

Ja w ogóle niewiele z tego zrozumiałem, jakbym zaczął oglądać jakiś horror o zombie od środka. Niby nie ma w takim filmie jakiejś filozofii, ale… Po prostu brakuje emocji, jakich powinien doświadczać czytelnik, widząc dramat i perypetie bohaterów. A może sceny zostały ułożone w złej kolejności, może najpierw powinna być ta z Marią przytulającą synka.

No nie wiem, opowiadanie jest takie pospolite, zupełnie nie działa jako horror. W ogóle nie zaciekawia, może dlatego, że pospolita jest bohaterka (własciwie nic o niej nie wiemy) jej życie, i wreszcie sam demon. I samo zakończenie, jest takie byle jakie, jakby autorowi skończyła się energia do pisania.

Ładne to, stylowe i urokliwe, jak zresztą zwykle u Ciebie. Klimat fajniejszy od fabuły. Coś pomiędzy Schulzem a Grabińskim. Czasem słyszę narzekania, że rozlazłe, przegadane, ale wynika to chyba z głębokiego niezrozumienia tego typu prozy. Albowiem bez stworzenia odpowiedniego nastroju czy sugestywnych opisów nie ma tak naprawdę prawdziwej niesamowitości. Nikt tego lepiej nie wiedział, niż Lovecraft, który zresztą w swoich listach umieścił całą wykładnię weird fiction w najdrobniejszych szczegółach. Ale trudno mi tu ją przytoczyć, może przy jakiejś okazji…

Pomyślałem sobie już dawniej – mógłbyś spróbować porozsyłać swoje liczne utwory po periodykach literackich (nielicznych już niestety), jestem pewien, by ci coś przyjęli, piszesz bodaj najbardziej literackim językiem na tym forum.

A mnie się spodobała ta bajeczka. Widać, że ma taki naturalny wdzięk, a nie jest wysilona i wydumana, jak wiele opowiastek tego typu.

“Taki co prawdopodobnie mieszka niedaleko Ciebie”.

Jeśli autor zwraca się do czytelnika, brzmi to tak: “ciebie, drogi czytelniku, albo “szanowny czytelniku”. Tyle że to w prozie dziewiętnastowiecznej, dziś nie ma racji bytu. Chyba że to stylizacja na staroświecką modłę, ale w tym tekście tego nie ma, styl zresztą, delikatnie mówiąc, nie powala. Przykład:

“Rozmawiał ze sobą. Udał się w kierunku piwnicy. wejście do niej znajdowało się niedaleko wyjścia z domu. Po prawej stronie jakby w ukrytej komórce, po lewej zaś było wejście na poddasze. Zszedł na dół. Było tam zimno, wilgotno i ciemno ze względu na to iż tylko jedna nieosłonięta żarówka oświetlała cały areał”. Ten fragment to istna katastrofa, można to inaczej:

 

“Postanowił zejść do piwnicy. Drzwi do niej znajdowały się nieopodal wejścia frontowego, przy komórce, obok drabinki prowadzącej na poddasze. Na dole było zimno, wilgotno i ciemno, tylko jedna nieosłonięta żarówka oświetlała całe pomieszczenie”.

Sam opis domu jest za długi, choć właściwie to raczej pałac, nie dom, mało prawdopodobne, by ktoś mógł coś takiego odziedziczyć, no ale mniejsza z tym. Nie ma nawet śladu napięcia, bohater jest jakiś bezosobowy, bez nazwiska. Myślę, że lepiej by było cały tekst napisać w pierwszej osobie, wówczas czytelnik bardziej się z takim bohaterem utożsamia, co w opowiadaniu grozy ma niebagatelne znaczenie.

No, to opowiadanie wydało mi się ciekawsze i lepiej napisane niż “Twarz w oknie”. Styl jest bardziej precyzyjny i właśnie dlatego nawet bardziej kojarzy się z Grabińskim. A nie jest łatwo pisać o czymś tak abstrakcyjnym jak lęk, i to nie wiadomo przed czym. Jedynie bezzasadne wydało mi się umieszczenie akcji w przyszłości, nie wiem, czemu to miało służyć.

Na początku masz tam chyba literówkę “leków” zamiast lęków, a akurat różnica między tymi słowami jest dość znaczna.

Nie wiem, czy naśladowanie stylu Grabińskiego to dobry pomysł. Zresztą pisał on wieloma stylami, w początkowym okresie – manierą młodopolską, potem podrabiał swego idola Poego, później, już w latach trzydziestych, napisał kilka opowiadań realistycznych, które stylowo niczym właściwie nie różnią się od dzisiejszej prozy… Ale najlepsze utwory napisał swoim własnym stylem, pełnym neologizmów i rzadko spotykanych słów, jedynym w swoim rodzaju, nie do podrobienia.

A tutaj całe opowiadanie wydało mi się nadmiernie wysilone, przeszkadzały mi wielokrotnie używane takie słowa jak “fizjognomia”,”snadź”czy “onegdaj”, brzmią po prostu sztucznie i wcale nie sprawiają wrażenia “grabińszczyzny”. Poza tym tekst wydał mi się przegadany i jakiś rozmamłany, zbyt niejasny. Grabiński pisał jednak wyraziście i z niesamowitą werwą, nieraz kończąc puentą, jakby się dostało kopa w twarz. Tu zaś jest nijako po prostu, bez dreszczyku i napięcia.

Dzięki, Anet, że choć pomysł w tym moim starym opku się podoba.

“…w dolnej części i bibliotekę – w zwieńczeniu strzelistej wieży”. Zwieńczenie strzelistej wieży to pinakiel, można to określić jako wieżę zwieńczoną pinaklem. I na pewno nie zmieściłaby się w nim biblioteka, nie mówiąc już o dojściu do niej, bo, zdaje się, nie prowadzą tam już żadne schody.

“dobytek” również mi zakłuł jako źle dobrane słowo, można zamienić na “majętność”, ale najlepiej w ogóle z niego zrezygnować i po prostu napisać “powiększył zamek”.

No i “czarnoksiężnik” i “mag” to nie synonimy, poza tym brak konsekwencji, trzeba wybrać albo jedno, albo drugie.

Regulatorzy – dzięki. A tak chciałem bez literówek, specjalnie się starałem. Ale mojemu laptopowi stuknął właśnie ósmy roczek, czyli wszedł w wiek emerytalny, więc pewnie to przez niego.

Co do obiekcji, sporo wyjaśniłem w poprzednich postach. Kim lub czym jest gurgoł? Jest gurgołem po prostu, czymś pomiędzy hobbitem a goblinem, jak myślę. A czy istnieją inne gurgoły? Gdybym napisał kontynuację, to bym się dowiedział.

Może mi nie wyszedł ogólny zamysł. Staram się pisać niekonwencjonalnie, stworzyć coś innego, nowego, jak gurgoła właśnie. Nie wątpię, że gdybym napisał kolejną bajeczkę o dziecku, dręczonym przez potwory, kosmitów czy ojca pedofila, a bronionym przez dzielne pluszaki, anioły lub elfy, wszyscy byliby zachwyceni. Ale mnie na takie coś szkoda czasu.

Z tym “poboczem dróżki” to uważam, że jest w porządku, tylko chciałem zamienić dróżkę na chodnik, ale zapomniałem.

 

Tarnino – dzięki za wskazanie usterek i gifa.

…garnąć… można też do roboty i wielu innych rzeczy, ale ochrony faktycznie i mnie coś nie bardzo pasowało, choć gramatycznie by się wybroniło. Zamieniłem w końcu na “bronić”.

“…beznamiętnie szukała czegoś w torebce” No nie, któż nie widział, jak kobieta szuka czegoś z pasją w torebce?

 

NoWhereMan – dzięki za wizytę.

“…skręt w środku, który może wyrzucić z siedzenia część czytelników

Właściwie o to mi chodziło, ale chyba błędnie przewidziałam reakcje czytelników…

Drakaino – lepiej brygadę, albo, jeśli już, to dywizję. Zresztą pomyslałem sobie, że gdyby w tym opowiadaniu zamiast pułku była brygada, większość zastrzeżeń by znikła. I też przypomniałem sobie, że podczas wojny polsko bolszewickiej istniała podobna, całkowicie samodzielna jednostka generała Bałachowicza, zwana dywizją lotną. Fascynująca historia, opisana swego czasu w jednym z zeszytów historycznych.

A ja w tym roku tylko jedną książkę czytałem z zapartym tchem, “Demon ruchu, duch czasu, widma miejsc. Fantastyczny Grabiński i jego świat” Joanny Majewskiej, czyli biografię Stefana Grabińskiego. Jest tam w tle cały przedwojenny Lwów i jego okolice. Czytałem ze szczególnym zaciekawieniem, bo moja rodzina się stamtąd wywodzi. A mój pradziadek uczęszczał na wykłady na Uniwersytecie Lwowskim dok ładnie w tym samym czasie co Grabiński.

Finkla – a mnie się wydawało, że morały to przeżytek z dawnych czasów, kiedy trzeba było straszyć niegrzeczne dzieci. Zresztą kto lubi morały? Nie czytam książek dla dzieci, więc nie wiem, jak się teraz pisze, ale myślałem, że już wyszły z mody.

No i poza tym morał łatwo odgadnąć już w połowie tekstu, to poważny feler. A ja chciałem napisać nowoczesną bajkę, zaskakującą, żeby czytelnik by ł zbity z tropu (może brakiem morału?).

Pod względem militarnym mocno nieprzekonujące.

Nazwę pułku raz piszesz rzymskimi, raz zwykłymi cyframi.

 

“Z jego nowo powstałego Pułku, ostało się jedynie dwudziestu czterech żołnierzy”. – Zbędny przecinek i “Pułku” małą literą. Ale przede wszystkim nierealna sprawa, by z niego pozostało 24 żołnierzy, i to podczas ataku. Pułk liczy zwykle 2 – 3 tys. żołnierzy i nawet w czasie największych klęsk nie zdarzało się, by ponosiły takie straty (ocaleliby choćby kucharze), chyba że cały dostałby się do niewoli.

 

“…dlaczego Naczelne Dowództwo nie poinformowało go o przebywającej w pobliżu, 9 Armii Zmechanizowanej, z którą mógł połączyć siły.” – Znów zbędny przecinek. Każdy pułk zazwyczaj jest w składzie dywizji i nie działa samodzielnie. Gdyby miał stracić łączność ze swoją dywizją i całą armią, możliwe tylko w wypadku załamania całej linii frontu, a tu takiej sytuacji nie opisujesz, zresztą to oni atakują, znaczy ten pułk.

I na koniec z tymi mechami. Wiem, że to specyfika gatunku zwanego steampunkiem (do którego kompletnie nie mogę się przekonać). To, że taki mech miałby wyprzeć z pola walki czołgi, jest skrajnym absurdem. Atak tych pruskich mechów zakończyłby się klęską, rozbity przez artylerię, bo stanowiłyby łatwy cel. A każdy pułk ma w składzie własną jednostkę artylerii, o czym w opowiadaniu nie wspomniano.

Ale fajne to, trudno się oderwać od tekstu, i wcale nie dlatego, że taki krótki. Bardziej jednak podobał mi się pierwszy list Dariusza.

Za Bjork jakoś nie przepadam, ale że też jestem fanem tej mroźnej wyspy, rekomenduję Solstafir, zwłaszcza ich dwie ostatnie płyty.

Dzięki, syf, za wizytę. Prawdę mówiąc, nawet nie pomyślałem, że gurgoł może być skrzatem. Ale powiedzmy, że to taki podgatunek skrzata.

Trochę się bałem takich zastrzeżeń, dlaczego gurgoł to robi, jego motywacje i konsekwencje… Sęk w tym, że po prostu ja wyznaję czarną metafizykę a la Kafka, byt ludzki (w tym wypadku gurgoła) jest nieodgadniony i niepojęty. Nie lubię konwencjonalnych rozwiązań, w tym wypadku, jakie by były konsekwencje poczynań gurgoła, dlaczego robi psikusy, co się stało z babcią przedawkującą leki itp. Tekst byłby wtedy bardziej banalny, a miał się właśnie opierać takim zderzeniu śmiesznej pierwszej części z ponurością drugiej. Nie chciałem pisać bajki, tylko antybajkę.

Bo ja wiem… Sam dzisiaj rano w jakiejś gazecie spotkałem te wyrażenie, i bynajmniej nie chodziło o to, że ktoś wołał na jakimś pustkowiu. A w tym sensie, że ktoś coś twierdził (nie pamiętam o co chodziło), a jego głos był głosem wołającego na puszczy. A sens, jakoby ktoś wołał dosłownie na pustkowiu, jest praktycznie nie spotykany.

No i pustkowia mogą być różne. Frazeologia frazeologią, a tak naprawdę wszystko si ę zmienia. Jeśli to wyrażenie faktycznie na samym początku określało wołanie na jakiejś pustyni, to z czasem sens musiał się trochę przesunąć w stronę taką, że ktoś mówi/woła coś mądrego, a nikt go nie slucha, i to raczej w tym sensie, że go olewa po prostu. Zresztą dziś w praktyce byłoby to prawie niemożliwe dosłownie oddać to wyrażenie, to znaczy pójść na jakieś pustkowie i tam wo łać, nie mówiąc już o absurdzie takiego postępowania.

Regulatorzy – sorry, że dopiero teraz odpowiadam, ale niechętnie wracam do tego tekstu, no i zbiło mnie z tropu ta [nie]poprawność wyrażenia “wołanie na puszczy”. Gdy się tak zastanowić, to faktycznie źródłosłów wynika z tego, że ktoś woła na pustkowiu, i nikt nie słucha. Tyle że to nie ma sensu, bo jaki sens ma wołanie w próżnię, gdy nikogo nie ma w pobliżu. A przecież ten ktoś, jakiś pustelnik czy apostoł, bo to słowo ma chyba konotacje bliskowschodnie, przynajmniej tak mi się wydaje – koniecznie chce komuś przekazać jakąś prawdę objawioną. A więc brak logiki.

A w moim opowiadaniu jednak bohater wykrzykuje swoje rewelacje, nie mając żadnej publiki.

Wydaje mi się, że prawdziwe znaczenie tego wyrażenia polega na tym, że ktoś woła, a nikt nie słucha, puszcza jego prawdę objawioną mimo uszu.

Wybranietz – że też nikt nie pomyślał o Stefanie Grabińskim  i jego ‘Księdze Ognia”, a dla mnie to pierwsze skojarzenie. Wprawdzie oryginalne wydanie ukazało się w 1922 roku i nigdy nie zostało powtórzone, ale większość opowiadań, “Czerwona Magda”, “Pożarowisko”, “Biały Wyrak”,”Płomienne gody” i inne są w różnych kompilacjach, choćby tej ostatniej, wydanej pięknie przez Vesper. Jedynie “Pirotechnik” jest niedostępny, po wojnie ukazał się tylko raz, w Feniksie redagowanym jeszcze przez Ziemkiewicza. No i jeszcze jest osobne opowiadanie “Osada dymów”, choć w tym, jak sam tytuł wskazuje, więcej dymu niż ognia…

Wędrówka bohatera do muzeum instrumentów muzycznych przypomina mi trochę podobną scenę w “Nosferatu”, genialnym filmie Herzoga. I to jest fajne skojarzenie, podoba mi się cały, bardzo klimatyczny początek opowiadania, z tym muzykologicznym, erudycyjnym wstępem. Sęk w tym, że druga połowa tekstu wydaje się słabsza, czegoś tam zabrakło, atmosfery, napięcia. I zakończenie też, niestety, nie wywarło spodziewanego wrażenia, Lucyfer jest taki wyświechtany, to już lepszy byłby pewnie Nosferatu.

Jeszcze co mógłbym poradzić, unikaj zwrotu “póki co”, tępionego przez językoznawców, bo to nieładne i rusycyzm. Znacznie lepiej brzmią “na razie” czy “ nadal”. A nagrzeszyłeś aż trzykrotnie…

Mnie nieco przeszkadzało to słówko “eksplorator”, niezbyt pasuje do fantasy, brzmi i sztywno, i sztucznie. Bardziej jest typowe dla science fiction. A przecież jest w języku polskim, może mało używane, ale jest słówko ‘pionier”, moim zdaniem bardziej adekwatne dla takich sytuacji. Ja je na przykład używałem w swoich tekstach fantasy ,choć co prawda furory nie zrobiły…

I co jeszcze, w tym fragmencie trochę brakuje wyjaśnienia, dlaczego ta Fraycja jest takim groźnym i niebezpiecznym krajem.

Ja lubię Lovecrafta, więc przyjemnie się czytało. Nawet lepiej, niż jego “Model Picmana’, z którego wziąłeś motto, z tym, że to, moim zdaniem i nie tylko moim, jedno z najsłabszych opowiadań HPL-a. W dodatku dostępne tylko w jednym przekładzie – Roberta Lipskiego, który zrobił wszystko, co w ludzkiej mocy, by Lovecrafta u nas obrzydzić.

A w samych “Ulubionych” jedna rzecz wydała mi się taka dziwnośmieszna, jak profesor wyciąga z wewnętrznej kieszeni marynarki piersiówkę i częstuje nią gościa. To znaczy, że we własnym mieszkaniu chodzi w marynarce z piersiówką w klapie ?

Dobrze napisane, ale w sumie czyta się bez emocji. Mnie tam obojętne było, czy Deinhard przejdzie na jasną, czy na ciemną stronę mocy, czy w ogóle co zrobi. Całe tło opowiadania, polityka, jakieś wojny – bezbarwne.

 

“Nawet do głowy mu nie przyszło, że dużo ryzykował, stając w pojedynkę przeciwko kilku oponentom”> “oponent” – nie pasuje do określenia kilku smarkaczy, no chyba żeby prowadzili jakąś dyskusję, a oni nawet nie wydali głosu z paszczy.

 

“Zwierzę zaśmiało się wesoło” – jak się śmieje kot? I to jeszcze wesoło?

Jeszcze gdzieś tam nazwałaś kruka ścierwojadem, co było mocno obraźliwe wobec kruka. Kruki są wszystko jedzące, padlinę oczywiście też, ale ścierwojadami nazywa się raczej ptaki żywiące się wyłącznie padliną.

Dzięki, Marcin, za opinię. No, mi się wydawało, że jest uzasadnione, bo Piewca Śmierci uratował w końcu miasto. Choć nie miałem czasu tego dobrze obmyśleć i pewnie napisałem to zbyt skrótowo.

Właśnie, bajka science fiction, może wykuciem nowego terminu przejdę do historii? Chociaż takie Gwiezdne Wojny to przecież też bajka.

 

Therionu, tej płyty już nie mam, bo miałem na kasecie tylko. Wszystko to poszło do lamusa, choć co prawda radiomagnetofon jeszcze mi rzęzi… Płyta z tym utworem miała tytuł , o ole pamiętam, “Deggial’, była na niej też fantastyczna wersja “Carmina Burana” Dziś ten zespół już się nieco wypalił, choć w tym roku wydał wielkie trzypłytowe dzieło. Ale to już nie jest to.

 

Jeszcze zmodyfikowałem dwie Twoje poprawki:

…przecięta otchłanną rozpadliną… – przecięta czarnym zygzakiem rozpadliny – na-

Przecięta czarnym zygzakiem otchłannej roapadliny > jakoś nie mogę zrezygnować ze słowa”otchłanny”

 

…sięgała po jedyny sposób, jaki znała… – po modyfikacji na:

sięgała po jedyny jej znany sposób ubarwienia szarej, zgrzebnej codzienności

 

Do Tarniny – oczywiście wiem, że to nie jest prawdziwa sf, na innym portalu określiłem to jaka bajka science fiction, ale oficjalnie takiego terminu nie ma.

…sterczała smukła wieża”. Sterczała, bo do napisania tego opowiadania zainspirował mnie rysunek Tolkiena, kapitalny zresztą, przedstawiający wieżę Człowieka z Księżyca, taką epizodyczną postać z jego mitologi. Jest on w książce “Łazikanty”, może ją masz, to sama byś zobaczyła, iż na tym rysunku wieża bardziej sterczy, niż się wznosi.

Bezmiaru kosmosu – faktycznie lepiej.

“zatrwożony”, no tak, ktoś, kto jest sam jak palec na pustym księżycu, może być zatrwożony, choć to trochę inny odcień, niż przestraszony.

“Lubiła naukę” – to w obydwu sensach, jest prawdopodobne, że kujonka lubi naukę jaką taką.

 Albowiem on kochał – on sam kochał – fakt, Twój wariant lepszy.

“potrzebowała czadowej muzyki” no, na inny portalu też mi na to zwrócono uwagę. Niby racja, ale z drugiej strony takie dziewczyny bywają na koncetach metalowych. Sam byłem na kilku, w tym na Therionie i widziałem tam pełno młodych, ładnych dziewczyn.

Dalej idą Twoje inne warianty, przyznaję, czasem lepsze, bardziej klarowne, może skorzystam.

A z tym conseculto temporum nie wiedziałem, aż mi głupio.

Jeszcze – “wysłuchała utworu Ship of Luna” – to z motta, teraz nawet nie pamiętam polskiego tłumaczenia, nie znam angielskiego, ale w każdym razie to wspaniały utwór, polecam.

“obity skórą zegar” – taki wisiał nade mną, gdy pisałem to opowiadanie. Zrobiła go moja siostra, która ma artystyczne uzdolnienia. Płachta nierówno przyciętej, brązowej skóry nałożona na tarczę, a na niej wskazówki. Już go nie ma, nawet nie wiem, co się z nim stało.

 

Regulatorzy – fajnie, że chociaż się przyjemnie czytało.

“na zakrapianych alkocholem nasiadówkach “ – co prawda nigdy nie byłem studentem, ale wiem, że to typowo studenckie określenie na spotkania. A że nudne? Cóż, to już ich problem… No chyba że pomyliłem z parapetówkami, jak wspomniałem, nie jestem biegły w tej dziedzinie.

“powodowana impulsem” – ale tak miało być, Elina z początku nie zamierzała nikomu pokazywać swoich rysunkó

 

Katio, bardzo mi miło, że Ci się spodobało. Dzięki za klika.

 

Roger – również. Co do ilustracji, to nawet mam w głowie takie. Niestety, za grosz nie mam talentu do rysowania czy malowania, a wolałbym to, niż pisanie…

 

Finklo, dzięki za wizytę. Mam nadzieję, że kiedyś Ci się spodoba coś, co napiszę.

 

Wisielec – super, że się podobało.

 

Tarnino, ogromne dzięki za analizę. ale o Tobie w osobnym wątku. Nie wiem, czy znów mi internet nie padnie, bo mam kłopoty z łączem

Niby fajnie napisany tekst, ale położony zakończeniem. Sprawia wrażenie, jakby na siłę trzeba było coś wymyśleć. A czy to ma sens i jest zrozumiałe, to już mniejsza o to.

Na trąd, o ile mi wiadomo, nawet teraz nie ma lekarstwa, nawet kapłanka pewnie nic by nie wskórała. Ale nie chodzi mi o to, a o pomieszanie, jakie uczyniłeś. Piszesz o morze i o objawach typowych dla dżumy, a wymieniasz suchotników, którzy mogą żyć znacznie dłużej niż zarażeni dżumą. I na pewno by nie zaryzykowali takiego towarzystwa, jak trędowaci. O kalekach nie wspomnę, bo na pewno chętniej by pokuśtykali piechotą, niż narażali życie na zarażenie trądem i gruźlicą jednocześnie.

A bełt z kuszy, nie jestem znawcą, ale sądzę, że przebija wszystko.

 Nie jestem teraz w stanie przeczytać całości, ale po fragmencie mogę poznać, iż jest to napisane w miarę przyzwoitym językiem, a to najważniejsze. Nie masz co się zrażać drobnymi błędami merytorycznymi.

Przeczytałem tylko początek. Wydaje mi się to napisane znośnym językiem, ale…

Już na samym wstępie czytam ze zdumieniem – “…suchotnicy, trędowaci i kalecy…” – a potem piszesz, że to mór czy zaraza. Tymczasem mór to dżuma, nawet opisałeś objawy. Trąd czy gruźlica, chociaż to choroby zakaźne, nigdy jednak nie rozprzestrzeniały się w zarazę. No i jeszcze to, że te trzy grupy podróżowały razem. Przecież wszyscy by się nawzajem pozarazili, w tym i” zdrowi” kalecy. Długo by nie pożyli, nawet gdyby nie ubili ich dezerterzy.

 

No i nie bardzo rozumiem, jak przeżył woźnica z dwoma bełtami w piersi.

Dzięki za wszystkie komentarze.

Anet – fajnie, że choć tytuł się spodobał. Co do bohaterów, chciałem przedstawić ich jako nieoczywistych, takich jak w życiu. I po prostu nie zdążyłem rozbudować tego opowiadania, bo piszę raczej wolno.

“…dalej niż kto ktokolwiek wie”. Co wie? Chyba “widział”

I te Banshee, co robią irlandzkie demony w świecie fantasy?

Zatrzęsienie błędów, zresztą jak to wykazały przedpiśczynie.

Jest jeden plus – zbudowany niezły klimat, bez “obowiązkowej” sceny w karczmie.

Tak mi się wydawało, że by Ci się spodobał. Mare to taki pisarz “uboczny”, to znaczy z dala od wszelkich mód i trendów, outsider, przez co pomijany w różnych rankingach popularności czy jakich tam. No i bardzo cenił go Lovecraft. Szkopuł w tym, że jego dwie ksiązki u nas wydano dawno temu…

Ładne i klimatyczne, jak zwykle u Ciebie. Ciekawy tylko jestem, czy pociągniesz to dalej, najlepiej, jak ktoś wspomniał, w jakieś stonowane opowiadanie grozy. Trochę takie, jakie kiedyś pisał, no mało znany pisarz angielski Walter de La Mare, bo trochę mi się tak z nim skojarzyło. Ta nuta melancholii i zamglone wspomnienia z dzieciństwa.

Ale jako miniatura też się broni.

I jedna rzecz mnie zakłuła – “a następnie splatały się w kłębiącą się dokoła kędzierzawość”.

Te dwa “się” zdecydowanie za blisko, albo bym wyrzucił to słowo – “kłębiącą się”, albo zamienił na inne, może “namotaną dokoła kędzierzawość”? Czy jakoś tak, trudno Ciebie poprawiać…

 

 

 

 

 

“Nieskazitelne mury i wieże…” – to znaczy, że takie czyste były?

“wyciągając miecz szybciej, niż jest w stanie zarejestrować oko”. – Rozśmieszyła mnie ta scena, bo tak się dzieje tylko w filmach. Polega to na prostym triku, że kamera ucieka i znów wraca. W rzeczywistości nie ma { i chyba nigdy nie było} takiego mistrza, który by tak potrafił.

“wstrzymał konia, aż ten zarył kopytami w ziemię”. – Tu znów wątpliwa sprawa, raczej rodem z kreskówek tym razem. Nie znam się na koniach wprawdzie, ale nie sądzę, by koń w biegu mógł się tak zatrzymać.

Opowiadanie niczym mnie nie zaskoczyło, jeśli chodzi o fabułę. Pomysł – klisza, przerabiana w stu tysiącach wariantach

“Dziecko lasu” chyba znikło? Bo właśnie zabierałem się do czytania…

Początek bardzo rozwlekły, a narracja okropnie monotonna. A podobno ma to być horror. Ci koloniści też ginęli tak jakoś niemrawo. Tematycznie mi się to skojarzyło z mikropowieścią Le Guin “Słowo las znaczy świat”, tam z grubsza o coś podobnego chodziło, choć dobrze nie pamiętam.

Roger, dzięki, że wpadłeś.

Naz – “nowoprzybyły” o ile wiem, pisze się razem.

“złocisto liliowej” chyba też i tak najpierw napisałem, ale edytor wskazał to jako błąd. I jak tu ufać maszynom?

Jeśli chodzi o zły zapis w dialogach, muszę przyznać, że sprawa jest dla mnie niejasna. chodzi o dialog zakończony znakiem zapytania lub wykrzyknikiem. Zresztą nie tylko dla mnie, jak widzę, patrz kontrowersje i dyskusję w Twoim wątku w Hyde Parku.

“Kącikami oczu” – a nie pisze się “kątem oka”? a kącikami, to raz jednym, raz drugim…

Co do formatowania, mam tego świadomość, że to fatalnie wygląda, ale tak naprawdę “winny” jest mój ledwo dyszący laptop, który skleja odstępy podczas edytowania.

Przyznaję się do tego, że robiłem drobne poprawki po terminie. Ale parę błędów wybroniłem, reszta to literówki czy jakieś spacje, co wynika z mojego słabego wzroku.

Tyle moich usprawiedliwień, ale oczywiście poddaję się Twojemu wyrokowi.

Zwięźle napisane, więc przyjemnie się czytało. Z zastrzeżeń – na końcu tę bitwę Kruk zbyt łatwo przegrał. No i Rydgar musiałby zdobyć gród, a tego nie ma w tekście. Wreszcie rydwany, nie jestem pewien, czy poza Rzymem ktoś je posiadał. W każdym razie chyba nie jakieś dzikie plemiona.

 

Dzięki, thargone. Drugą połowę pisałem w dwa dni, a ja akurat lubię podłubać przy tekście, bez pośpiechu. Ale wszystkiemu winna jest moja opieszałość, więc nie mam się co żalić.

Dzięki za komentarz. Drugą połowę pisałem w takim pośpiechu, bo termin gonił, że faktycznie spodziewałem się jakichś usterek.

Poprawki-“rozległą, szczerą równinę…” – użyłem tu słowa “szczere” w pierwotnym znaczeniu, tak jak w szczerym polu” Natrafiłem kiedyś na artykuł pewnego językoznawcy, który właśnie tak twierdził, że w pierwszym znaczeniu to słowo wyrażono jako “szczere pole”, czy “szczera pustka”, “szczery step”

Co do szezlongu, tez miałem wątpliwości, może zmienię to na siennik, jako bardziej pasujący. O ile jeszcze można wnosić poprawki, ale może Naz nie zauważy.

“facjenda” – w zasadzie wiem, co to znaczy i też miałem wątpliwości, może to skreślę.

“trupy z wystającymi z nich lotkami strzał” – po prostu z daleka piewca mógł nie widzieć dobrze.

“tętniło pełną parą” to tak na “czuja” określiłem, jeszcze sprawdzę

Jeszcze to “pomiędzy”, chyba faktycznie dałem ciała…

Co do logiki, że bandyci tłukli się, szukając niepewnego złota? – Nie mieli nic do stracenia, a byli to ludzie czynu. Tak jak w starych filmach o piratach, wystarczyło rzucić w powietrze słowo :skarb:, a już wszyscy pędzili w jego kierunku…

A sam tekst, mnie się wydawało, że jest dość oryginalny i z ładnym tytułem, no ale nie mi to oceniać.

“Dzwon na wieży wybijał powolny rytm, w którym rozbrzmiewało zdenerwowanie”. – dzwon się denerwował?

W opowiadaniu dużo się dzieje, ale emocji nie ma za grosz. Jest okropnie nużące i szablonowe.

Nowa Fantastyka