Profil użytkownika

“Życiu trzeba nadać sens z tego oczywistego powodu, że nie ma ono żadnego sensu.”


komentarze: 792, w dziale opowiadań: 593, opowiadania: 237

Ostatnie sto komentarzy

Zaraz was wszystkich dźgnę za karę. Mnie niewinnej chodziło tylko o to, jak głęboko można wbić komuś nóż w bok, żeby go nie zabić. Bo zabić to logicznie, odrobinę głębiej od tej niezabijalnej głębokości ;)

Dzięki, Kam :) Wiecie, że to znaczy potrzebę natychmiastowego pójścia razem na piwo?

 

Znalazłam jeszcze, że: “grade III injuries – greater than 3 cm in depth”

Aleś natkał nici! I jeszcze w ten tygiel kulturowo-rasowy wrzuciłeś filozofię! Ale podoba mi się, że to ponura odmiana filozofii.

Potencjalny ratunek ludzkości w sparszywiałym schronisku – no to chyba jednoznaczny werdykt posępności tego tekstu. Ludzie też mają swoje schronisko: świat. Okrutny, niesprawiedliwy, niewdzięczny.

 

Pies jest strażnikiem ludzi, ja strażnikiem ludzkości

Mają się uzupełniać, ale nie mogą powstrzymać się od rywalizacji. Jak pies z kotem. A zaraz. I ze słoniem :) Nie ma jasnej i ciemnej strony, jest konflikt, którego powinno nie być, psiokocia hamartia, bo przecież obie strony mają rację. Lub też wcale jej nie mają? No, nic nie wskazuje na to, że ma wkrótce nastąpić zawieszenie broni. W końcu przybyło chwytnych ludzkich palców, a to nie byle co. Kot będzie mógł sam się czesać! Co ci wszyscy ludzie zrobią z tym zaoszczędzonym czasem, jeśli nie będą musieli czesać kotów?

 

Otworzyłeś zakończenie z buta, doprawdy ;)

 

 

Koty były bardziej sceptyczne, ale jakie to miało znaczenie?

 

(sceptycyzm) + (sceptycyzm) + (zawistne strącanie rzeczy łapskiem) = kot

 

Ależ trzeba wyobrażać sobie rzeczy zupełnie inaczej, silver_advent, bo inaczej byłoby nudno, nie? To, że ktoś ma inną wizję od autora nie musi niszczyć jego odebrania tekstu. W końcu wymyślono wiersze :D

 

Finklo, mam jednego znajomego, co nawija tak w prawdziwym życiu :v Człowiek-rebus!

Jaki właściwie był pomysł brata na odwrócenie klątwy?

 

“Boli cię, starcze? Musisz pójść na wzgórze jeszcze raz. Przysypać psa ziemią.”

 

Pomysłem brata na odwrócenie części klątwy było posłanie ojca z powrotem na wzgórze, by zamordował tam psa. Tylko czy kot naprawdę chciał odwrócić klątwę, czy tylko pozbyć się siostry? Ja się wstrzymam.

 

Irko, moje wyjaśnienia to tylko moje wyjaśnienia, w dodatku czasami pokraczne… Zabawa z czytania to przede wszystkim dowolne interpretowanie, więc mam nadzieję, że Twoja wizja była chociaż trochę satysfakcjonująca, nie tylko frustrująca, nawet jeśli na końcu było tylko¯\_(ツ)_/¯. Cieszę się, że wpadłaś!

Niezwykle doceniam, że mimo tego, iż zapewne spodziewacie się bólu głowy przy każdym moim wrzuconym tekście, wciąż tutaj zaglądacie, moi wy literaccy masochiści. Za wskazanie usterek niezmiernie dziękuję, zabieram się za naprawę.

 

Hmm, trochę przerosło, tak. Wykipiało jak ciasto marchewkowe, które robiłam pomiędzy akapitami :D Ale jednak miało być zimno, jesiennie i tajemniczo, żeby była klątwa z krwi, kości oraz skóry (skór, psiej i kociej). Jest to raczej opko dla tych, którzy wolą sobie pobłądzić w mgle, więc brak ochów i achów jest zrozumiały – właściwie ani chwili nie zastanawiałam się nad wyrównaniem fundamentów pod tekst, po prostu wbiłam na budowę fristajlem. Jak sami wiecie, niektórych umiejętności po prostu mi brakuje. Na pewno nie ma w tym opowiadaniu warstw super-hiper-oniryczno-niedorozwikłania, największe szaleństwo to gadające zwierzęta.

 

Hmm, coś bym uporządkowała, ale jak się pucuje na siłę, to się robią dziury… Powiem tak (uwaga, spoilerki): jest wioska, w którym mieszkali dawniej bohaterowie, ale z jakiegoś powodu już nie mieszkają. Mamy starego ojca, który posłuchał gadającego wzgórza, zamordował kota oraz psa, po czym pogrzebał ich skóry w zamian za obietnicę czegoś fajnego. To podwójne morderstwo zamieniło jego dzieci w zwierzęta, które zamordował. No i potem przychodzi kocur do lekarza baby, i zaczyna się koci pomysł na rozwikłanie problemu.

 

Zapytałbym co autorce musi siedzieć w głowie, ze takie rzeczy pisze

Paracetamol, bo angina :D I herbata z rumem. Wilku, rozszerzenie świata wyklucza limit, proszę iść skarżyć się Cieniowi (Rozpaczy Długodystansowców).

 

Asylum, pędzel żonglerski metaforyczny. Tnę was nim, żebyście krzyczeli, że nie rozumiecie, o co mi, do cholery, chodzi :3

Rozważam dodanie wyciętej z powodu limitu końcówki, bo chyba się jednak zmieści, chociaż niech jakiś autorytet przemówi, czy wolno tak babrać w konkursowym tekście :< W przeciwnym wypadku poczekam na śmiałka, który dostrzeże tu jednak sens, jednak wcale nie tak głęboko zakopany. Podpowiem, że rozwiązanie jest proste jak tagi na górze strony, choć może nie tak prosto wyłożone :>

Finklo, odsypałam, dzięki.

 

Żadnej pętli tu nie ma, ale Twoja interpretacja, silver_advent, jest bardzo w moim stylu :) Aż mi wstyd, że na nią nie wpadłam. Co jest złego z krokami na ścieżce?

Zamówienia dopiero w lipcu ;)

Dziękuję i gratuluję podiumowiczom oraz wyróżnionym! Cacy konkurs!

Powtórzenia celowe ;)

 

Dzięki wam bardzo za wizytę i miłe słowa! Witam Żyri :d

 

Stn-Żonglerowe chyba następnym razem.

Masterze, nie sądzę, żeby znajomość Eneidy była niezbędna ;) Chodzi głównie o to, że tułaczka Eneasza była jego szaleństwem, za co go zamknięto w psychiatryku, który spłonął (jak Troja). Ale bardzo mi miło, że wpadłeś!

 

Eneasz, bo czytając o tych jego niepowodzeniach miałam wrażenie, że gość musiał zwariować. Wszystko mu sfajczyli, rodzina i baba poumierali, polazł do podziemi, przepowiadali mu rychły koniec, a koniec końców stracił nawet założone przez siebie miasto. Odyseusz to chociaż do domu dopłynął. No i potrzebny był mi ktoś z podstawami pod arsonofobię.

 

Orkus to właściwie świat podziemii, taka ponura piwnica ;)

Ależ mi miło ;)

 

Wydaje mi się, że powiedziałam tyle, ile chciałam powiedzieć. Gdybym pociągnęła dalej, na trzysta procent przekroczyłabym limit, a wtedy poszłyby w ruch nożyce i nie mam wątpliwości, że tekst by ucierpiał (bo ja nie umiem ni w cholerę przyciąć, nawet kartki). I tak, sporo było celowych powtórzeń, dziecięcych przemyśleń, trochę niezręczności (pewnie niektóre niezamierzone, ale ciii).

 

Co do braku fantastyki – pisząc to, miałam z tyłu głowy, że końcówkę da się interpretować w sposób inny od tego sugerowanego w tekście. W końcu narrator ma nieco inną percepcję, wielokrotnie zaznacza, że wiele mu “się wydaje”. Ale wtedy będzie horror pełną gębą.

Emo Hades jest emo. Wszyscy wykorzystują te biedne ludziki, nawet po śmierci. No i dlaczego człowiek ze smartfonem w garści chce przejść na drugą stronę? ;) Ale żeby nie było tak duszno, jest też trochę na wesoło, więc nie trzymasz tekstu na uwięzi, chociaż ton jest bardziej sarkastyczny niż zupełnie śmiechowy. Sam Hades wypadł tylko cwaniacko, chociaż dusze-boty są jak najbardziej do zapamiętania.

 

A, dzwonię na policję, wstawianie śmiesznych filmików z udziałem Cerbera to jest przecież bullying, przemoc wobec zwierząt i czyn potrójnie niemoralny (bo trzy łby ma).

Przybywam przyzwana siłą KrzykPudłowych polecajek.

 

Krótkie, ale wyrywające się z tej formy, takie trochę jak… bo ja wiem, list samobójczy? Morskie Oko wylewa swoje żale, złość, bezradność – jezioro kipi, chociaż jest spokojne. Bardzo ładny oksymoron. Wiatr bardziej jak podjudzacz (ha, mąciwoda ;d) niż towarzysz cierpienia, z pewnością dlatego, iż lepiej być takim górskim wiatrem niż wodą uwięzioną w granicach jeziora, szczególnie jeśli wciąż zwężają granice. Symboliczny, ładnie smutny tekst. No i żal mi baby, nie pozwolili jej się wykąpać. Cieszę się, że tu zajrzałam, pozdrawiam.

Pozwólcie, że ominę dyskusję pod opowiadaniem i odniosę się najpierw do tekstu.

 

Jak na “wrzucone w ostatniej chwili” to jakość tak przednia, aż się nie chce wierzyć… Językowo bardzo satysfakcjonujące, robotę wykonują głównie te małe dosadne szczególiki, które stają się właściwie gwoździami, na których osadzasz ramę opowiadania. Chcę zauważyć, że są bardzo charakterystyczne. Po paru piwach założyłabym się pewnie, że rozpoznałabym Cię nawet pod płaszczem anonima – albo pomyliłabym z kimś baaardzo podobnym. Dodatkowo wplatasz w całość dziecięcą narrację, autentyczną i miłą dla oka, wręcz uroczą. Nie ma trudności w ‘kupieniu’ opka, zamykasz czytelnika w konkretnej perspektywie, nie jest to sztuczne, a naturalne. Niektórzy pisarze za cholerę tego nie potrafią.

 

Co do samej fabuły – hmm, trochę za bardzo filmowa. W dodatku jeszcze jest to film akcji z typowymi dla gatunku slajdami wydarzeń. Trzask, Javi w samolocie. Trzask, w kościele. Trzask, na dachu. Taka forma pasuje do operowania czasem i kolejnymi wcieleniami bohatera, ale nikt nie powiedział, że muszę ją lubić ;) Gdyby opowiadanie było dłuższe (czytaj: zawierało więcej jednostrzałowych kadrów), prędzej czy później by mnie po prostu znudziło. Mimo tego kupuję historię. Nie jest niczym nowym – ba, myślę nawet, że najmocniejsza jej część to osadzenie w czymś tak realnym jak ludzka tragedia (jaka tragedia i czy jest na nią miejsce na stronie czwartej) – ale jednocześnie wplatasz jednak swoją oryginalność: nikt mi nie wmówi, że gambit szachowy jako bitewna taktyka w starciu z terrorystami i ‘magią’ ożywiania nie jest poetycki. No, na pewno nie zapomina się go tak od razu.

 

Harlan Ellison napisał kiedyś, że pisze, żeby szokować ludzi. Nie twierdzę, że Wiktor Orłowski pisze z tego samego powodu, ale z jakiegoś na pewno to robi, bo by nie pisał. Każdy z nas tutaj pisze. Dokłada coś do rogu obfitości. Czy nie o to chodzi w literaturze? Jedna osoba zinterpretuje tekst jako skandaliczny i rażący, druga zwyczajnie będzie się dobrze bawiła, czytając; dla trzeciej może nawet będzie to pełna metafor odskocznia od strasznych wydarzeń codzienności – historia o walecznym chłopcu, który wygrywa. Rozumiem tych z was, którzy czują się zgorszeni, ale ja osobiście przeczytałam opowiadanie, które mi się podobało, a jest to wszystko, czego oczekuję od wizyty na tym forum.

Po pierwsze dzięki za wyróżnienie i wsparcie. Postaram się nie zmarnować tego potencjału, skoro już jakiś jest.

 

Myślę, że główny problem z tekstem jest taki, że nie miał czasu odleżeć, więc dlatego chaos narracyjny rzuca się tak bardzo w oczy – w mojej głowie wyglądało to nieco inaczej, tu się rozjechała klamra początku i końca, a przeplatanie się dwóch narratorów – zamiast współpracować – komplikuje sprawę. Jakieś specjalnej surrealistycznej ambicji tu nie ma, tylko naostatniochwilowość :D Winię tylko siebie (i trochę limit, a raczej brak umiejętności napisania krótszej, zgrabniejszej, a przy tym dobrze zgranej historii – po prostu nie umiem). Świata również nie miałam czasu przemyśleć, powstał na fundamencie jednego dziwacznego pomysłu, a reszta to improwizacja. Słuchałam sobie saloonowego pianina i pisałam. Wiem, co chciał osiągnąć protagonista, wiem jak, ale wiem też, że za mało jest tutaj dążenia do celu, a za dużo łat fabularnych. Droga do remontu, sam klimat nie wystarczy.

 

Liczę na to, że te pojedyncze sceny nabiorą po remoncie płynności i jakiegoś bardziej przystępnego kształtu. Mam teraz trochę więcej czasu, obiecuję poprawę ;) Nie wiem tylko, czy nie jest to pomysł na dużo więcej niż 40k – albo inaczej, czy ja wgl umiem rzucać lassem za tymi uciekającymi fragmentami tekstu, co to sobie właściwie same przybywają na wadze. Ale ogarnę, słowo kowboja.

Pozdrawiamy serdecznie wszystkich tych, którzy piszą książki o drugiej w nocy. Niech moc kawy będzie z wami.

Wszystkim serdeczne dzięki za przeczytanie!

 

CM, pewnie, że da się prościej, tyle że ja zdecydowanie wolę pisać te surrealistyczne rzeczy. Tutaj wszystko jest proste (może nawet aż nudnawe?), ale uznałam, że pójdę szlakiem rad spod “Pogrobowca” i postawię na coś bezpośredniego oraz nieco bardziej przystępnego dla czytelnika – miałam zaczęty stary tekst, co pomogło. Budowanie klimatu co prawda zwolniło fabułe, no ale jak jest depresyjnie, to się udało – ponure historie > komedie.

Przewodniki do moich niezrozumiałych rzeczy można kupić w formie audiobooka na jakimś nowofantastycznymi piwie, zapraszam ;)

 

Ninedin, ale mi miło!

 

Anet, Tarnino, WIlku, poprawiłam, co zdążyłam, możecie spocząć! Cieszę się, że wam się spodobało, aż jestem zdziwiona, żeście nie narzekali na brak jakiegoś ‘pierdut’. No, tego… Wygląda na to, że ze wszystkich zgromadzonych w tym wątku to ja narzekam najgłośniej. Tarnino, widzisz, nie musisz się martwić naganami, ja sobie sama poradzę D:

 

NWM, Diaboł musi trochę denerwować, bo co by z niego był za Władca Ciemności? Taki zwykły śmieszek chyba jednak zbyt stereotypowy jak na moje klimaty. Dzięki za wizytę, niezmiernie się cieszę z Twojego komentarza i opinii.

D: Dzięki i gratuluję wszystkim, świetny konkurs.

Melisandre ratowała odcinek jak mogła. Wystrzelona z katapulty Arya zaskakująca, ale co z tego. I co teraz, dopchają Brana do KP żeby zwargował słonia i wessał Cersei przez trąbę?

Serdeczne dzięki, moje panie! Komentarze z typu tych robiących dzień.

 

Rozlewający się kubek to nowy hit ;) Zniżka, w zestawie z wiankiem tylko połowa Twojej duszy!

“w spojrzeniu jego ciemnych oczu kryła się pustka i smutek” – To pustka czy smutek?

 

“Cha!” → Ha!

 

„złowrogą” ksywą; Nie mam aż tyle „szczęścia”, żeby akurat trafić na jednego…” – po co ten cudzysłów?

 

 

Przykro mi, ale opowiastka mocno przeciętna, w dodatku napisana szablonowo. Pozornie niewiele znaczący, cichociemny antagonista i łotr, który mimo swojego fachu wzbudza sympatię. Język poprawny – opisujesz, nie opowiadasz. Ot, czytadło na krótką chwilę, do zapomnienia. Sugeruję to rozwinąć, porzucić archetypy postaci: dać czytelnikowi posmakować tego własnego świata, skoro mówisz, że rozrósł się do rozmiarów powieści. Buduj klimat, eksperymentuj. Mam nadzieję, że Cię nie zniechęciłam – może nawet dasz się sprowokować i popełnisz coś dłuższego?

 

“Stanisław wziął córkę w ramiona i rzucił pod sufit.” – Przyznam, że w pierwszej chwili przeczytałam “w sufit” i trochę zwątpiłam, dokąd to opowiadanie zmierza :D

 

Wieje mi jak cholera “Miastem Skazanym” Strugackich (w sensie Twojego stylu, nie greckich bogów), może przez tą specyficzną rosyjską gotowość na wszystko. Krótko, ale przyjemnie. Emocje na miejscu, demoniczna baba też ;)

Aż otworzę jakiś alkohol! <3

 

No, wszystko poprawiłam, jedynie “nie długo” brałam stąd (autentyczny wierszyk z łyżki), jestem pewna, że ta konwia też została skradziona z jakiegoś historycznego źródła, ale to było dawno i nie mogę znaleźć.

No tak, do remontu… *wzdycha, zakładając czapeczkę z gazety* Jak zwykle, jestem wdzięczna! Blizny się chyba cofną do postaci ran.

 

Ale zaraz, zaraz. Czyżby to znaczyło, że tym razem Reg nawet podobało się opowiadanie? D:

 

Dzięki, Tomaszu. Czasy smutne, to klimat też ponury. Zajrzałeś do artykułu z przedmowy?

‘Wszystko zaczęło się niemal sto lat wcześniej(…)’

:<

Jak ja nie lubię takich zabiegów!

 

“Taka zazwyczaj jest cecha starożytnych cywilizacji. Nawet jeśli to chronologicznie ostatni zapis, to przecież nie wyklucza powstania następnych krystalizacji.” – Rymujesz! ;)

 

“Co by się stało, gdyby źródełko nagle wyschło?

Młody asystent poczuł, jak nieprzyjemnie zaschło mu w gardle.” – Celowe?

 

Dla mnie taka właściwie bajka. Obejrzałam Przeczytałam bez bólu, ale wszystko było tak dosłowne i prostolinijne, że mnie nie wciągnęło. A szkoda, bo pomysł z proroczymi nićmi niezwykle ciekawy. Zgodzę się, że koniec ucina całą rozpędzoną akcję, zainteresowanie fabułą i jakąkolwiek satysfakcję. Temat do dalszego rozpisania.

System Tarnino, proszę zrobić tyci kropencję w okolicach Zielonej Góry, bo inaczej będzie aktualizacja do Systemu Mirabelka.

Weź popraw zgrzyty, to zaznaczę sobie na tej stronie zakładkową gwiazdeczkę, żeby pamiętać o tym opowiadaniu.

 

“Prometeusz zdecydowanych ruchem ścisnął go za wyciągniętą rękę” – zdecydowanym

 

“Mógłbym przysiąc, że przez chwilę w której spadało serca wszystkich zamarzły.” – Przecinki się pogubiły.

 

“Kiedy już dotarliśmy do pierwszego węzła musieliśmy” – ^

 

I jeszcze parę, ale pewnie sam masz je na celowniku – ogólnie jest trochę do roboty z tymi przecinkami, ale to już trzeba przysiąść samemu.

 

Z tego, co mnie zachwyciło:

 

“Mam tyle imion, ile jest języków na świecie.”

 

“Tak jak mężczyzna lgnie do kobiety, tworzą rodzinę i wspólnie się uzupełniają, tak żywica może schować nie tylko drobnostkę w postaci żuka czy ludzkiego włosa, ale też wspomnienie.”

 

Bardzo dobre opowiadanie, jak dla mnie papierowe. 

 

Co do braku czytelniczego zrozumienia – czy nie o to właśnie chodzi? Wyprawa przez cielsko olbrzyma jest tak nasycona atmosferą, że żal wyrywać jej skrzydła. Według mnie informacji z kategorii: kto? dlaczego? po chu? co autor ćpał?, jest tyle, co trzeba. Może niekiedy nawet za dużo – zbędny jest dla mnie natłok infodumpu o architekturze w jednym z pierwszych akapitów, jakoś też pobieżnie przemknęłam przez sytuację polityczną z Tatarami/Ruskimi (która akurat musiała być, przecież chodzi o alternatywną historię), ale nawet jeśli parę elementów opowiadania mnie nie interesuje, jestem pod ogromnym wrażeniem, że tekst wciąż płynie sam do przodu. Współpraca żywiołów i głębia postaci głównego bohatera tworzą cały świat – nie muszę chyba mówić, jaką ogromną (pun intended) rolę gra tutaj Atlas (świetny, swoją drogą, pomysł), który jest tak charakterystyczny i klimatyczny, że powinien dostać własną ilustrację. Nie miałam żadnego problemu z wyobrażeniem sobie miejsca, w którym rozgrywa się historia, co jest zdecydowanie najmocniejszym filarem “Atomy” – zostawiasz za sobą obrazy, które wyznaczają czytelnikowi kierunek – albo ktoś zobaczy w nich coś zbliżonego do wizji malarza, albo esy i floresy wyrzygane przez niszczarkę. Mimo tego, że czasami zastanawiam się nad tym drugim, lubię, że świadomie piszesz tak ryzykownie. To nie znaczy, że namiętnie należy wszystko udziwniać, niekiedy trzeba zwolnić. Takie nakazy powinny być i tutaj, jednak jako grupa docelowa odpuszczam Ci ten brak ograniczeń. Widzę, że taki masz po prostu styl.

 

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że wątek pielgrzymki przez cielsko kolosa połączone z wyruszaniem w sukurs własnemu ego strasznie mi się z czymś kojarzy, ale nie mogę sobie przypomnieć, z czym.

Znowu mam wrażenie, że za dużo w zbyt małym limicie – jak ten wiatrowóz w alejce – i pośród tego podniebnego ogromu ja zostałam gdzieś daleko w dole ;) Za bardzo tu realnie, jak na mój gust, brakuje mi czegoś całkowicie od siebie; faktycznie, czyta się jak książkę historyczną, tylko że niezupełnie o to chodzi (w dodatku kultura Chin całkowicie mija się z moimi zainteresowaniami, ale to już problem marudzącego obserwatora, nie pokazu latawców).

 

Co do powolnej narracji nic nie mam – sama lubię – w dodatku nie jest zupełnie tak, że nic się nie dzieje: słychać kroki, czuć przyprawy i widać światełka. Jest magicznie, czarująco, momentami udało Ci się mnie zachwycić, tyle, że ten początkowy potencjał przepada gdzieś między wierszami. Moim zdaniem za dużo nudnawej, realnej polityki, za mało silkpunku (imo wciąż go za mało, technicznie jest, ale fabularnie chyba da się go wyciąć staśkową brzytwą). Być może tekst zwyczajnie cierpi z powodu limitu, a sam powinien być pełnowymiarową książką? Podobało mi się, że było trochę Konfucjusza i Buddy.

 

Jedno mnie tylko zastanawia, czy można być ‘zdolnym do ohydy’?

Portugalia! Ale tak bez francesinii? Chociaż wiki mówi, że wynaleziono ją gdzieś z dziesięć lat po Twoim opowiadaniu, więc niech będzie.

 

James fajny, taki nie-szpieg. Klimat raczej luźny, więc wjeżdżasz z tym duchem z buta, powiem, że powinnam się spodziewać, ale w sumie czekałam na jakieś takie porządne pogańskie, portugalskie bum. Niemcy shweiny, znaczy stereotypowe. Z drugiej strony bardzo fajnie Ci wyszła brytyjska fajtłapowatość Jamesa, zgaduję, że zamierzona. Szkoda chłopaka, bo narrację prowadził śmiechową. Poza tym, to opowiadanie za krótkie, proszę iść pisać dłuższe.

 

 

Peter, serdeczne dzięki za tak miłe słowa. Finklo, Kam, również dziękuję. Co do Branderburgii to nie mam pojęcia, tutaj mowa głównie o śląskiej dzielnicy Prus, bo ten dokumencik z początku tyczy się ściśle tego obszaru. Zaimkozę wyleczę.

 

Żadne tam Fantazje, po prostu czytałam kiedyś o różnych imionach diabła i mnie zwiodło do zielonogórskich procesów czarownic. Uznałam, że kurde, ponure to jak cholera, warte jakiejś historii. I popełniłam to opowiadanie. Skoro Kam poleca Werwenę, to idę czytać ;)

Dobra, chwila, bo od dłuższego czasu chcę wszystkim odpowiedzieć, a tu coraz więcej zaległości.

 

MaSkrol,

 

„jeżeli kiedyś pojawi się druczek związany z tym uniwersum, to pierwszy stanę w kolejce po książkę i autograf!”

 

Wydaje mi się, że prędzej sprzedam to uniwersum za nieprzyzwoite pieniądze, niż napiszę coś opasłego z nim w roli głównej, ale kontynuacji nie wykluczam, kto tam wie. Wielkie dzięki za taki kolosalny komplement, to będzie dla mnie kotwica, żeby do tekstu jeszcze wrócić.

 

Asylum,

Jak zwykle bardzo mi miło, kiedy do mnie zaglądasz, znajduję przyjemność w czytaniu Twoich przeplatanek ;) Co do Machiny jako słowa, jest efektem końcowym kopania w synonimach i stronicach wikipedii (dotyczących budowy silników parowych, jeśli kogoś to obchodzi), także koniec końców postawiłam na coś ogólnego i w miarę klarownego, żeby mi tu nie narzekano na metafory. No i dzięki za wskazanie zgrzytów.

 

Count,

Jakże mi przykro, że z tego zacierania hrabiowskich dłoni nie strzeliła żadna iskra – chociaż przynajmniej nie ma tutaj pożaru gniewu, right? – ale skoro opowiadanie się wyzerowało, to chyba dobrze ;) Fajno, że wizja warta stempla. Może wrócę tutaj z rozpędu po tym kroku w tył?

 

Irko,

Wyznania o pogubieniu się można u mnie szczerze wygłaszać, nie obrażam się. Jak zwykle jestem pełna podziwu, że niezadowolony fabularnie czytelnik dociera jakoś do końca… A, biegacze to te dziwaczne roślinki, co to wyglądają jak kotki kurzu i hulają w tle podczas pojedynków rewolwerowców.

 

Staruchowi na służbie salutuję, dziury załatam jak tylko będzie wolno. Łajanie wskazane, bo starcze oko czujnie dostrzegło pośpiech. Ale „przefajnowywanie” i „Sydrom Ż-S” idzie koniecznie do słownika, niech ktoś to zaprotokołuje.

 

Finklo,

 

„Ech, jak można grać w pokera kartami, które nie lubią kłamców? ;-)”

 

No kurde, czołowym oksymoronem jest tu żywy trup!

Moja interpretacja nie jest aż tak górnolotna, żeby jakoś straszliwie filozofować (akurat w tym tekście, mówię, że oksymorony), ale fajnie zobaczyć, co wiedzą diabli :)

 

sy,

ale to właśnie miała być tragedia… ;) Zdezorientowanie biorę na siebie, resztę na pisanie na ostatnią chwilę, troszkę na limit. Chętnie bym przeczytała, co Twoim zdaniem tutaj fabularnie dodać – jaśniejszego wyjaśnienia, o co cho, czy zabrakło kluczowej części historii?

 

Reg,

wszystkie uwagi oczywiście wprowadzę, serdeczne dzięki. Cieszę się, że chociaż początek zaciekawił.

 

Tarnino.

ależ ja pisałam właśnie do pół tuzina takich dark country playlist, no i do tego ochrypłego saloonowego pianina, jakkolwiek ono się zwie. Zapomniałam wkleić w przedmowie, no trudno.

Się wyklepie, jak będzie wolno. Zawsze jestem w szoku, że Ci się chce. Thanks, berry-pal.

Clapeyron faktycznie po chemiku, ale taka alternatywa. Guglować kto nie zna (i kto to czyta)!

Odkiwuję głową do gifa. Fajnie, że ten pospieszony, wkopany w limit kawałek kulawego tekstu Ci się spodobał. Jak jest „partner”, znaczy że jest też szacun na dzielni, chyba jakoś tak to działa?

 

CM,

bardzo mnie cieszy, że napisałeś taki zróżnicowany, merytoryczny komentarz, bardzo przyjemnie czyta się kawałek konstruktywnej krytyki. Praw kazania, praw, serio. Co do samego opowiadania… w tym konkretnym tekście limit rzadko pozwolił mi zwolnić z fabułą – ech, słaby argument, w kontekście światotworzenia wypada jeszcze słabiej, no ale cóż, to już tylko moja wina. Przyznaję, że sporo bym napisała jeszcze raz, tekst nie jest zupełnie taki, jak wyglądał w mojej głowie. Wiem, że strzeliłam sobie w stopę.

Z tym napisaniem czegoś prostszego, spróbuję, ale jest takie powiedzenie o skrajnościach… Wciąż ćwiczę ten balans, nikt nie powiedział, że faktycznie umiem żonglować ;)

 

Dzięki wam wszystkim za odwiedziny!

Pani kochana, Islandia się pisze pozakonkursowo w przerwach z konkursowym czymś innym ;) Można rzec, że żonglerka kontynentalna!

Taką stereotypowość widzę we fragmencie z rozmową Gajusza z papą: młody protagonista zabiega o dumę wymagającego ojca; plus rutyna dnia Gajusza (ćwiczenia, jedzenie oliwek, szwendanie się, podglądanie, itd), bardzo to nijakie – wydaje mi się, że wszyscy młodzi potencjalni bohaterowie robią te rzeczy.

Ptasi motyw z początku wydał mi się komiczny, później absurdalny, a koniec końców poetycki. W miarę czytania zyskał w moich oczach wraz z całym opowiadaniem. To dobry tekst. Może nie wyjątkowy, ale dobry, czyta się bez większych potknięć, momentami skręcasz zbyt mocno w kierunek młodzieżowej, bezpłciowej przygodówki, jednak kiedy zrozumiałam, o kim czytam (trochę mi to zajęło, przyznaję się), to mogłam bezwstydnie wbić się klinem w historię i czerpać z niej przyjemność. Nieźle zrealizowałeś tematykę konkursu ;)

Podobało się. Mam skojarzenia ze Strugackimi (nie epokowo, a zabiegowo), co pewne niszczy moją obiektywność… ale starając się wydać jakąś sensowną opinię – jestem w stanie powiedzieć, że jest to tekst, który na pewno na chwilę zapamiętam, a o to przecież chodzi w czytaniu.

 

Nic nie łapałam, ale masz problem z kropkowaniem (”− Wystarczy. − stwierdzam.”)

 

Wątek automatonów zdecydowanie do rozwinięcia, specjalnie nim nie szokujesz, ale jednocześnie wystarcza, żeby zbudować klimat opowiadania. Najbardziej cenię chyba dobrze wyważony tragizm postaci Wincenta – fajnie oparłeś wszystko na opuszczonej, ponurej ruinie cywilizacji. Momentami miałam wrażenie, że zbyt szybko wszystko się dzieje (np. akcja z kluczykiem), szczególnie w kontraście do lżejszych, wolniejszych scenek z woźnicą. Lars wygląda mi raczej na archetyp niż pełnokrwistą postać, ale jest to przede wszystkim historia profesora, więc jest to zrozumiałe – przynajmniej w mojej interpretacji, chyba że tak było od początku zamierzone. Jest tu sporo ukryte między wierszami, cenię sobie taką odautorską cząstkę duszy, choć oczywiście grzebiesz tym zabiegiem hasła niezbędne do pełnego zrozumienia tekstu (wolno mi tak mówić, to podobno Syndrom Żonglerki-Stna! pozdrawiamy Starucha :D), ale jednocześnie czuć, że tekst został przemyślany i coś jednak sobą reprezentuje. Rzeczywiście udany debiut ;)

Przetańcie tu pisać, bo się ludzie niepotrzebnie podniecajo!

Black Mirror, Modyfikowany Węgiel, Dystrykt-9 i 1984-ty wchodzą razem do baru…

 

…a za barem, w zaułku, Norton buszuje właśnie po śmietnikach?

 

Odrobinę przewidywalne, ale nadrabiasz tym smacznym teatralnym stylem, który bardzo lubię (u Ciebie, wisielca, Słowika, stna, wybrańczyni i funa), także czytałam zadowolona. Jako że fabuła to tak trochę zlepek innych fabuł, miło było ujrzeć rzeczy absolutnie Twoje – np. dokumencik z pieczątką (rzeczy clickable są cacy) albo ten charakterystyczny wiktorzycowy trupizm. Nortona jako postaci nie lubię – jak to symbol, jest hologramem reprezentującym ideę, którą popiera się lub nie; więc modlić się za niego nie będę :) Swoją drogą, modlitwy nie mają chyba większego znaczenia – zaraz mi je ktoś wykorzysta do napędzenia jakiejś nienawistnej maszyny.

 

Ciężko odejść od wizerunku-fundamentu dystopijnego społeczeństwa, każdy próbuje odbić się od niego we własnym kierunku, co nie jest wcale proste – a jednak coś Twojego jednak tutaj jest, może nie mega dużo (a szkoda), ale tak czy siak, gatunek lubię, filozofowanie lubię, więc bawiłam się dobrze podczas lektury. Może tylko coś bardziej “łubudu”-tnego następnym razem? ;)

Wykorzystam Wiktora ( ͡° ͜ʖ ͡°) żeby ponarzekać na limit, bo jestem pewna, że gdyby był większy, to tekst płynąłby swobodniej.

 

Wydaje mi się, że trochę tu za ciasno dla takiego operowo-teatralnego rozmachu, szekspirowego spisku i właściwie ogółu tej epickiej cywilizacji, która przecież zasługuje, żeby swobodnie pofrunąć (jak Twoje wimany), spopielić nas na zdumiony pyłek i zamieść resztki pod dywan. Tymczasem – choć bardzo podobała mi się dosadna, soczysta bitewna brutalność – brnęłam tak jakby nieco pod wiatr.

 

Ta Twoja plastusiowość (<3) pozwala mi zobaczyć wszystkie sceny jak kadry z filmu, tyle że tutaj wyraźnie potrzeba serialu – czegoś dłuższego, bardziej szczegółowego, gdzie jest miejsce na oddech, refleksję i bakstejdż pełen załogi. Postacie przeminęły obok mnie zbyt szybko, było ich zdecydowanie za dużo – już imion się nie czepiam, bo przecież o to chodzi, żeby reprezentowały konkretny okres w dziejach – za to czepiam się zbyt małej różnicy między nimi, przez co część z nich zwyczajnie zlała mi się w jedno (nie pomaga moja trzysekundowa pamięć, ale o tym innym razem). Czasami też czułam się, jakbyś karmiła mnie na siłę łyżeczką pełną kulturowego riserczu; zwykle robisz to bardzo dostojnie, tutaj jestem przejedzona :< Ponarzekałabym jak przy wisielcowym Seleukosie, że target ze mnie nijaki, jednak czuję, że to za płytkie wytłumaczenie: wszystko zależy od wyjątkowości tekstu, coś, co sprawi, że zostanie mi na dłużej w pamięci (na więcej niż te wspomniane trzy sekundy).

 

Tak czy siak, gratuluję biblioteki, ale z ostatnich Twoich płodów to zdecydowanie wolę Nortona (idę tam napisać komentarz).

Ja się po opowiadaniu specjalnie wiele nie spodziewam, właśnie ze względu na pośpiech. Nie usprawiedliwia mnie to, ale pomysł przyszedł do mnie nagle i poleżakować nie zdążył. Wybaczcie wszystkie potknięcia :< No ale dzięki za przeczytanie, podnosi mnie na duchu fakt, że niektóre elementy przypadły wam do gustu. Zostaje mi usiąść do łatania dziur po zakończeniu konkursu ;)

 

Eddy: Poprawiłam “szuję” i “wgłębię”, bo nie mogłam na to patrzeć… Na niektóre inne rzeczy też nie mogę, ale to kara za pisanie na ostatnią chwilę :d Reg, jeśli to czytasz, to nie krzycz…

Fajno ;)

 

 

Achilles – Kolun

Adonis

Afrodyta

Agamemnon

Agni

Amaterasu

Apollo

Artemida

Artur

Aryman

Atena

Baal

Baldur

Baron Samedi – yantri

Bastet – Monique.M

Beowulf

Brunhilda

Cuchulain – Thargone 

Demeter

Eneasz – Żongler

Freya

Gilgamesz

Ginewra

Hades

Hanuman

Hekate

Helena

Hera

Herakles

Hermes

Ilia Muromiec

Inanna

Izanagi i Izanami

Izyda

Jazon

Kościej Nieśmiertelny – El Lobo Muymalo 

Kriszna

Lancelot

Lawinia

Loki – Bkacktom, Ajzan – kwestia do ostatecznego wyjaśnienia 

Medea

Merlin – Mr.Maras

Morgan le Fay

Odyn

Odyseusz

Orestes

Ozyrys

Pan

Pandawowie

Perceval [Parsifal]

Persefona – Staruch

Posejdon

Quetzalcoatl – WilkBetonowy

Rama/ Sita

Ratatosk – Światowider 

Rhiannon – Majkubar 

Romulus

Set – Naz

Siwa

Tezeusz

Thor

Thot

Tristan/ Izolda

Wasylissa Przemądra

Zeus

Zygfryd

Miłe, mili!

 

Ostateczny wynik to 9 : 3,5 dla Sztukmistrza z Alhambry!

 

Tak więc, nie przeciągając i już więcej nie rymując, wręczam żonglerską złotą piłeczkę zwycięstwa Majkubarowi, a obu panom gratuluję starcia, tekstów i godnej pochwały postawy wojownika! Hip hip! Hurra!

No miło mi, kontrastowe opinie zawsze fajne, cóż za rollercoaster emocji :d Ogólnie zawsze jestem zdumiona, że człowiek doczyta do końca, jeśli mu się nie podoba. To przecież jak trzymanie na języku gorzkiej tabletki D: Tak czy siak, tekst chyba nie jest tak zagmatwany jak myślicie – ot, gość pokutuje za grzechy – ale ja tak zawsze mówię, nie? Cieszę się, że sklepik ze snami się podobał. Wisielcu, niesłychane dzięki za nominację.

 

Za wskazanie błędów oczywiście serdecznie dziękuję, jesteście jak assassyni…

 

Pocieszę was, że mój następny tekst powinien być o Dzikim Zachodzie :)

To termin pojedynku, to przydałoby się wstawić do jutrzejszej północy. Proponuję: niechaj wasze teksty dotrą do mnie tak do 22:00 jutro. Majk, wystarczy jeśli wkleisz swój wiersz w prywatnej wiadomości do mnie :)

Sen jest tylko jeden i śni go tylko jedna osoba ;) Po odtworzeniu wrócił do obiegu, i nawet ktoś go kupił.

 

Dzięki za czytanie, pozytywy, negatywy i wskazanie zgrzytów!

 

Wilku, ja żongluję wszystkim, choć nie zawsze tak zręcznie, jakbym chciała… To dystopijne uniwersum jest dla wszystkiego wspólne.

Gratulacje! jest mój faworyt :)

Nie ma żadnego arbitrowania z urzędu. Ja wam dam!

 

Proponuję podarować wam tydzień, a temat rozszerzyć do “żonglerki” (jako czynności).

 

 

 

 

Nowa Fantastyka