Profil użytkownika


komentarze: 782, w dziale opowiadań: 571, opowiadania: 108

Ostatnie sto komentarzy

 

 


Finkla

Coś wymyślę ;-) Jak wrócę z urlopu od portalu

 

Asylum

Dzięki, bardzo doceniam, że Ty doceniłaś ;-)

 

Bellatrix

(intryguje mnie ‘belarus’ – Białoruś? że to odpowiednik naszych sąsiadów?;))

Zdawałem sobie sprawę, że to może powodować takie skojarzenia. Jednak to oczywiście zbieżność przypadkowa – system językowy jakiego używam dla tłumaczenia tekstów nadden niewiele ma wspólnego z angielskim. Zastanawiałem się nad zmianą tego słowa – w sumie “Legat” byłoby odpowiednie, tym bardziej, że to nie neologizm, a istniejące i dość dobrze ugruntowane słowo – jednak tu znów miałem ten dylemat czy użyć istniejącego słowa, dobrze pasującego do systemu językowego, jednak nie dość precyzyjnego (Legat), czy lepiej oddającego militarne funkcje (pomijającego jednak inne), ale jednak odległego (pułkownik), czy jednak neologizmu. W końcu pozostałem przy tym ostatnim. Między polskim a angielskim w końcu też występują takie “nałożenia” i dziwne zbiegi okoliczności. W końcu nasze potwierdzenie (”No”) to nie wiedzieć czemu w tym ich dziwnym języku zaprzeczenie. “Ten” to po ichszemu dziesięć, a tu, to dwa i jeszcze parę innych znaczeń itp. Czyli Belarus pozostanie Belarusem, a niech się martwią przyszli tłumacze na angielski, by to oddać tak, by z Białorusią nic wspólnego nie miało ;-)

 

Dzięki za komentarz. Krytyka krytyką, ale czasem taki miód na pisarskie serce jest bardzo, ale to bardzo potrzebny :)

 

 

entropia nigdy nie maleje

 

Asy­lum

Właśnie “czasem” zaglądnąłem. Ale robię dłuższy urlop ogólnie. Straszny zjadacz czasu z tego portalu.

Outta Sewer

Tyś mi rzeczywiście brat ;-)

 

bruce

 

Dzięki! heart

 

Śli­mak Za­gła­dy

męż­czy­zna | 04.05.21, g. 21:22

 

Tak, ta ilu­stra­cja z sy­re­ną zde­cy­do­wa­nie zbyt mało mrocz­na jak na cię­żar tek­stu

Zgadza się.

 

Czy mogę już po­ma­łu ostrzyć czuł­ki na na­stęp­ne opo­wie­ści z uni­wer­sum?

Niestety brak czasu – więc trochę na następne opowieści trzeba będzie nieco poczekać – w mojej głowie buzują, chcą się na karty historii wyrwać, ale to chwilowo niemożliwe.

 

Am­bush

Cieszę się, że uznałaś, że dobrze napisane.

Opisy tortur zwykle to do siebie mają, że do zbyt przyjemnych nie należą.

 

Ir­ka­_Luz

 Cie­ka­wa je­stem, dokąd zmie­rza ta wojna i cała kra­ina :)

To się wyklaruje… jak znajdę nieujemny i nieurojony czas ;-)

 

Ilu­va­thar

 

P.S. Za­pra­szam też do sie­bie (Opo­wia­da­nie : “Upa­dek”)

 

Zajrzę, jak wrócę “na poważnie” na portal – czyli – jak przewiduję patrząc w kalendarz – za jakiś kwartał około.

 

 

 

Dzięki wszystkim za odwiedziny i pozdrawiam!

 

entropia nigdy nie maleje

Mi się to trzecie też najbardziej podoba, ale to nadal to nie to… to nie to…

Zły jestem, bo szukając tej grafiki rzuciła mi się po drodze gdzieś taka interesująca syrena a’la Jessica Rabbit (zupełnie tu nie pasująca, ale ogólnie – interesująca) – próbowałem ją potem odnaleźć – przeglądam jak głupi historię przeglądarki – i ni ma :/ Jest wiele podobnych, ale nie ta :/ Ehhh

Nauczka na przyszłość: jak coś się spodoba – natychmiast zbookmarkować, a najlepiej – zapisać.

 

Po pandemii znajdę jakąś modelkę, upozuję, przerobię i tu wrzucę. O ile dożyję, hłe hłe ;P

Na razie znikam na obiecany dłuższy urlop od portalu :)

entropia nigdy nie maleje

Outta Sewer

Już wiele osób pytało mnie o jakieś szczegóły związane z moim miejscem zamieszkania i nie tylko. Póki mogę nie ujawniam. Nie wierzę, by mi się udało zachować anonimowość zbyt długo – z tego co widzę, wszyscy tu przypadkiem czy nie-przypadkiem zostają rozpoznani – ale póki mogę, póty chronię swoją prywatność bardzo ściśle i wręcz paranoicznie.

Nie odpowiadam też na pytania dotyczące mojego wykształcenia, pracy, zainteresowanek itp.

Przykro mi, jeśli uznasz to za niegrzeczne, chamskie i butne – kiedyś, jak będzie po pandemii i moje personalia już wyjdą na jaw – na pewno gdzieś na siebie wpadniemy czy jak to mówi Asylum – zbijemy się – i się spijemy i jeszcze będziesz żałował, że mnie osobiście poznałeś – buahhahahaha :)

 

Asylum

Chętnie poznam ten Twój gust graficzny :)

 

 

 

 

Większość z nich tylko znajduję, bruce, nie mam czasu na rysowanie przerabianie – bo to mi zwykle bardzo długo zajmuje, a ze względu na pandemię mam ograniczony dostęp do modelek – więc przeróbki odpowiednio upozowanych zdjęć też odpadają. Pozostaje Google :D

 

To też wygooglane, ale w miarę pasuje do opowiadania:

 

 

 

Większość grafik, które tu zamieściłem jest ciut zbyt radosna i jasna jak na te kilmaty (zresztą ta powyższa, również)

 

 

 

entropia nigdy nie maleje

 

Ma­Skrol

Dobry po­zy­tyw­ny twist fa­bu­lar­ny, nawet nie jeden, trosz­kę źle to opi­sa­łem. Fa­bu­lar­nie je­stem bar­dzo za­do­wo­lo­ny z lek­tu­ry :P

 

Dzięki, rzeczywiście Cię źle zrozumiałem :) Twoja opinia napawa optymizmem ;-)

 

 

Fin­kla

Już się nie kry­guj i nie prze­sa­dzaj z tym wstrę­tem. Po pro­stu wy­cią­gnę­łam z tek­stu mniej, niż mo­głam, bo część uwagi mu­sia­łam po­świę­cić na po­bocz­ne roz­k­mi­ny.

 

No cóż, będę musiał na przyszły raz lepiej to przemyśleć. Czy sądzisz że odnośniki w tekście by pomogły? W sensie np.

“ nawirena[1] jadła kraba” a na dole gdzieś [1] – nairena to… ?

 

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

 

Fla­drif

Nie wiem czy uda mi się na­pi­sać coś ory­gi­nal­ne­go, ale chcia­łem dać znać, że prze­czy­ta­łem i cał­kiem mi się po­do­ba­ło.

Każde przeczytanie jest oryginalnym, choć rzeczywiście czasem mam ten sam problem, że przedpiścy onieśmielają głębią analizy… ale to też komfort – bo wtedy się skupiam na tym, co dla mnie w lekturze najważniejsze. A widzę, że dla Ciebie najważniejsze – że podobało się. I dla mnie też! Dziękuję :)

 

Więk­sze na­tę­że­nie neo­lo­gi­zmów tro­chę spo­wol­ni­ło moją lek­tu­rę.

Ciągle kombinuję co z tym zrobić, może ten pomysł, który podałem wyżej przy odpowiedzi na komentarz Finkli?

 

 

Nie­mniej jed­nak uwa­żam, że dzię­ki szer­sze­mu kon­tek­sto­wi zy­sku­je “To tylko…”. Ża­łu­ję, że nie prze­czy­ta­łem tek­stów w od­po­wied­niej ko­lej­no­ści bo przy pierw­szej lek­tu­rze nie zda­wa­łem sobie spra­wy z tego, jak bo­ga­ty świat two­rzysz.

 

W sumie nie wiem jaka kolejność jest odpowiednia :) Może właśnie ta, w której czytałeś? ;-)

 

Coś widzę, że będę musiał Wam wysłać jakiś skrócony opis tego świata ;)

A szczególnie cyklu płciowego syren / nadden – bo to co trzecia osoba o to pyta – jak to piersi, jak to zajmowanie się potomstwem, jak to ikra? ;-)

 

 

 

Pozdrawiam Was wszystkich i dzięki za odwiedziny!!

entropia nigdy nie maleje

Bellatrix – oczywiście jeszcze milion rzeczy mnie oderwało – ale przeczytałem, skomentowałem innym polecam :)

Mam już wymagane 80%+ :D (mam nadzieję, że dobrze policzyłem).

Ale jestem ciut na Ciebie wkurzony – miałem po przeczytaniu tego opowiadania z portalu zniknąć, a tu trzeba będzie dwa dni poczekać by zapiórkować ;P

 

AmonRa

Nie pękaj – ja dałem radę, to i Ty dasz :)

entropia nigdy nie maleje

Obiecałem, że po takiej reklamie szybko przybiegnę i przeczytam, ale oczywiście nie doceniłem życia.

 

Najpierw telefoniada niestety mnie oderwała od tego cudownego tekstu, potem parę spraw innych, też zwłoki nie cierpiących. I tak to już się żyje na tej wsi.

Do rzeczy: komentarzy nie czytałem, nie mam czasu (wybaczcie współkomentujący), więc odczyt na świeżo, niezaburzony:

 

Były suche.

ha ha ha – rozłożyłaś mnie na łopatki :D

 

Jego oczy przypominały ogień zatopiony w bursztynie.

Zdanie perła!

 

Rozchyliła usta, a wtedy w nią wszedł.

Niby banalne, ale tak genialne. Przez kontekst. Wyobraź sobie: musiałem wstać i ukłonić się w stronę ekranu, tak to zasługuje na jakąś formę zasalutowania (no dobra, naprawdę to musiałem wstać, żeby wyłączyć gotującą się wodę, ale ku ekranowi rzeczywiście nieco teatralnie skinąłem – liczy się, prawda?). Dziewczyno! Tyloma słowami chybiasz, tyle tam potknięć, tyle jakichś niezgrabności – ale za to, gdy trafiasz – za to… za to – wybaczam Ci wszystkie niezręczności.

 

Składanie fragmentów biankowej duszy często zaczynało się od składania ciała.

Rozsmakowałem się w Twoich słowach :) Podoba mi się ich oszczędność.

 

Nie chciała opuszczać niełatwej, ale jednak miłości.

Jeśli coś jest łatwe, nie jest miłością – Mądrości Jima, rozdział 2294, wydanie dwunaste, poprawione ;-)

 

Cóż, najwyraźniej obie miały własne atraktory.

A twój jest w bifurkacji.

Przebłysk sprzed lat ponad trzydziestu, gdy Jim jeszcze nie tak stary jak dziś (fizycznie, bo wewnętrznie oczywiście stary i zgorzkniały jak zawsze) w języku określanym zwięźle trzecią literą alfabetu pisze poezję na temat problemu trzech ciał (który zresztą po chwili rozgrywa – oczywiście numerycznie – na problem n-ciał), a zaraz potem nurkuje w Zbiór Mandelbrodta, potem liczę te nieszczęsne zmiennozaćmieniowe, by powrócić do rzeczywistości na drodze bifurkacji, całkowania równań wariacyjnych. Ale jakaś moja cząstka na wieki tam pozostała. Ehhh… A ci ludzie, którzy byli wtedy ze mną w dużej części już nie żyją. Albo są wewnętrznie martwi jak ja. Nie spodziewałem się takiej reminiscencji. Jak to jest? Że czasem słowo czy melodia przypomina, że jesteśmy nie z tego świata?

 

Mam wrażenie, że musiałaś mocno polecieć biografią. Nie wnikam – bo mnie przeniknęło za głośno i za mocno (dostałem w pierś biografią własną, choć na szczęście odległą i mglistą) – pewnie jest to bardzo osobiste – i przez to tak cholernie autentyczne.

 

Język piękny i historia jakże świeża. O to właśnie w fantastyce chodzi – zgłaszam do biblioteki, a za dwa dni – do pióra.

 

Chciałem tylko jeszcze dodać, że jeśli rzeczywiście kiedyś – jak się odgrażam – ogłoszę tu konkurs erofantastyczny – “Księga Miliona i Jednej Minet Minut” – mam nadzieję, że zdecydujesz się wziąć w nim udział, a kto wie, może i skusisz się na spółkowanie napisanie do spółki ze mną opowiadania ramowego – bo coraz częściej myślę, że powinienem to napisać w tandemie (a może w trójkącie? kto wie) :)

 

 

entropia nigdy nie maleje

Bellatrix Trzeba było tak od razu :)

Już przeczytałem pierwszy rozdzialik – teraz mam telefon – ale potem – wracam pospiesznie do dalszej lektury :)

 

 

entropia nigdy nie maleje

Toś trafił. :P

Weź tam zajrzyj. ;-)

 

Kurde… dopiero teraz mówicie?!

Już lecę czytać, komentować, czytać, komentować, czytać, komentować!

 

entropia nigdy nie maleje

Bellatrix

Eeee… nie… co prawda mi brakuje tylko jeden tekst do przeczytania, ale mam inną kolejność zamierzoną.

Co innego jakbyś na przykład zareklamowała, że tekst jest nie tylko krótki, ale też na przykład zawiera elementy erotyczne, wtedy Jim by od razu przybiegł ;P

 

entropia nigdy nie maleje

Outta Sewer

A to akurat częste zboczenie chyba jest ;) Sam miewam takie.

 

Pocieszające, że nie tylko ja jestem dewiantem :)

 

Kiedy tak o tym myślę, to kojarzy mi się też jakaś książka w której była też taka kasta mistrzyń od zadawania cierpienia.

 

A nie chodziło Ci czasem o Bene Gesserit? ;-) One też były całkiem dobre w zadawaniu bólu ;P

 

Dzięki za podpowiedzi, przypomniałeś mi czasy, gdy walczyłem z Drizzt’em Do'Urdenem :)

Szukając grafik do odpowiedzi, zorientowałem się, że jest mnóstwo mrocznych, syrenich światów, których nie znam – jak znajdę kiedyś czas to się im przyjrzę. Mój własny świat – świat Hydros – jest bardzo rozbudowany i nie potrzebuje dodatkowego ładunku – ale zawsze warto spojrzeć, jak to robią inni i może się czegoś nauczyć – albo przynajmniej potem puścić oko do czytelnika / widza :)

 

Ciekaw jestem kiedy nam się Silva wytłumaczy z tego niepokojącego obrazka… przeraża mnie on bardziej niż cokolwiek co byłbym w stanie napisać ;-) Najbardziej mnie nurtuje, czy to jest stockowe jakieś zdjęcie, czy to ona osobiście jest modelką… brrrr… ale nasza, niewinna Silva miałaby być bytem aż tak demonicznym? ;-)

 

Na odtrutkę – tryton, stockowy:

 

 

entropia nigdy nie maleje

Finkla

Bardzo fajne światotwórstwo. 

Dziękuję

 

 

 

Gorzej z tymi licznymi neologizmami. Za dużą część mentalnych mocy przerobowych musiałam poświęcać na ogarnięcie tego, pozgadywanie znaczeń (to ta zagadka? ;-) ), na śledzenie fabuły i zapamiętywanie postaci zostało za mało.

 

 

 

Nie było moim zamiarem męczyć czytelnika. W jednej z wersji porzuciłem neologizmy na rzecz tłumaczeń i protez. Niech betujący zaświadczą. Ponoć było lepiej… Ściślej – wszyscy się z tym czuli lepiej, oprócz mnie. Ja do siebie czułem wstręt. Z dwojga złego, wolę, być wstrętny czytelnikom, a nawet zupełnie nieczytany niż mieć wstręt do samego siebie – że porzuciłem szczerość. Te neologizmy są próbą nazwania – nienazwanego. To co mi przychodzi na myśl na przyszłość – to wyjaśnienia pod tekstem – od gwiazdek – co dany wyraz znaczy.

 

 

 

Zainteresowało mnie rozmnażanie rasy syren. Bo z jednej strony pada jakieś powiedzonko o ikrze, a z drugiej – mają piersi, czyli jakby ssaki ze starannym wychowywaniem potomstwa. To mi się gryzło wzajemnie.

Nie Ciebie jedną :) Zresztą dla samych nadden to jest interesujące, zważ ten fragment:

– Tak, „Sekrety cyklu płciowego nadden”.

– O! Jak miło. Moje tłumaczenie z sofijskiego

 

Pewnie czeka mnie napisanie jakiegoś opowiadania, które to wyjaśnia. Ta pozorna nielogiczność jest zamierzona. Dobrze, że nie wchodziłem w szczegóły (a raczej Nono nie wchodziła i tak pewnie była bardzo skrępowana to mówiąc):

– Byli spleceni, jak podczas tańca godowego. Straże mnie wpuściły, mimo że pewnie nie powinny. Byli bardzo sobą zajęci

Bo wyszło by na to, że trytoni mają penisy, a po co im, skoro ikra i tak dalej :)

 

 

 

 

Na razie jednak tego nie wyjaśniam, bo liczę, że to nie ostatnie moje opowiadania w tym świecie i kiedyś nadarzy się okazja, by opowiedzieć o tym dokładniej. W cesarstwie Algis rozród i ogólnie sprawy związane z płciowością są centralną częścią ich religii – więc pewnie wystarczyłoby opisać dowolne zdarzenie z historii Algis, by tam niejako mimochodem wyjaśnić po co naddenom piersi, a trytonom penisy, jak to jest z tą ikrą, wylinkami, kiedy naddenom odpadają nogi i wiele, wiele innych spraw, które tu tylko liznąłem… ale na razie niech to pozostanie tajemnicą :)

Odniosę się tu do Twojego podpisu: “Babska logika rządzi!” – ja stosuję męską i ciekaw jestem, a nawet bardzo mnie “jara” – jak to będzie wyglądało jak wszystkie osoby, które o to pytały, w końcu zderzą się z wyjaśnieniem biologii nadden :)

 

Plus za liczne nawiązania, to zawsze wzbogaca tekst.

 

Dziękuję. Choć trochę może je za bardzo na wierzchu dałem (nie wiem czy to błąd) i szkoda, że w trakcie bety jednak większość z nich – przy ścinaniu – wyleciała, lub została jakaś rachityczna, nierozpoznawalna cząstka.

 

 

 

 

MaSkrol

 

Cześć. Fajne to światotwórstwo, ale mam wrażenie, że ta historia mogłaby zdarzyć się wszędzie.

 

Hmmm… nie wiem czy ma mi być smutno, czy mogę się ucieszyć, ze względu na uniwersalność tej historii

 

W sensie poza stworzonym światem, innym nazewnictwem nie ma tu nic nowego, jakiegoś haczyku, który by zaskoczył, pokazał tę tajemnicę. Jest coś w rodzaju religii, niezrozumiane proroctwo, ale ten moty już się pojawiał, a inny świat przedstawiony to za mało, że znów wydawał się świeży. I wiem, że wiele rzeczy zostało już napisanych, teraz często po prostu przerabiamy, ozdabiamy i nieco tylko korygujemy schematy, ale tutaj czegoś mi zabrakło.

 

Przykro mi, że odniosłeś takie wrażenie. Mam nadzieję, że następne historie, które będę pisał czymś Cię zaskoczą.

 

 

Co nie zmienia faktu, że historia była naprawdę fajna.

 

Dziękuję

 

 

Po prostu realia wydawały się powtarzalne.

 

Prawdę mówiąc, zamierzam trochę bardziej ponurkować w tej powtarzalności. Tylko niewielka część z grafik, które tu wrzuciłem jest mojego autorstwa. Szukając grafik do tych odpowiedzi (to w sumie dobry pomysł, by każdą ilustrować) – odkryłem, że temat Małej Syrenki – jest często eksplorowany – również wizualnie – w nieco mroczniejszych klimatach, takich jak mój świat Hydros. Zauważyłem, że istnieją nawet jakieś filmy, horrory, seriale o tej tematyce – jak kiedyś znajdę czas to to wszystko pooglądam – właśnie dlatego, by wyciągnąć część wspólną. Już dawno – z założenia – porzuciłem ułudę niepowtarzalności. Na początku swego życia tworzyłem dzieła, które miały być niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju, świeże i odkrywcze – jeszcze w podstawówce wymyśliłem nowy typ wiersza (rzeczywiście, poza moimi starymi brulionami takie wiersze nigdzie nie występują… na szczęście), jako nastolatek nowy typ powieści (teraz bym tego powieścią nie nazwał, co najwyżej eksperymentem formalnym :) ) Potem, co prawda z zupełnie innych przyczyn porzuciłem na ćwierć wieku pisanie, ale było mi w tym czelendżu łatwiej wytrwać, ze świadomością, że nowej dziedziny sztuki nie stworzę, że nie będę nawet nowym Homerem, a nawet Nobliści piszą w kółko o tym samym.

Dziś – świadomie – idę w to co powtarzalne, w to co spójne, co wspólne, a nie w to co wyjątkowe. Odkrywczość widzę na zupełnie innym planie, innym poziomie niż to, o czym wspomniałeś. Czy słusznie, czy nie – można dyskutować – ale prozy opartej na zaskoczeniach, czy niezwykłych zestawieniach od dawien dawna już nie piszę.

 

Na początku tekstu męczyły mnie bardzo neologizmy.

 

Do tego się już odniosłem wyżej, przy podobnym zarzucie Finkli.

 

Orężnie stawisz czoła najgorszemu złu naszych czasów, a o mnie się obawiasz?

Jest takie słowo? Nie widzę, dziwnie brzmi… czy tu coś innego miało być? Mężnie? Nie wiem XD

Poważnie nie mam pojęcia i nie nabijam się z niczego.

Jest takie słowo, choć może już nikt poza starymi ludźmi jak ja, go nie używa. Orężnie (od słowa oręż) znaczy tyle co zbrojnie, w uzbrojeniu, za pomocą broni. Nie jest synonimem mężnie.

 

Ogólnie jestem zadowolony :P

 

Cieszy mnie to :P

 

entropia nigdy nie maleje

To ciekaw jestem jak będzie wyglądała wersja poprawiona – choć pewnie powrócę do niej dopiero za jakiś czas (bo jak zauważyłaś słusznie – czas mnie goni i przez najbliższy miesiąc cienko z nim będzie jeszcze bardziej niż zazwyczaj).

Planujesz jeszcze coś napisać w tym świecie?

 

entropia nigdy nie maleje

Od razu uprzedzę, że nie czytałem niestety komentarzy (wybaczcie współkomentujący, niestety brak czasu dopadł mnie – po raz nie wiadomo który!) – ale może to i dobrze, bo mogę dać bardziej świeży odczyt.

Nim przystąpiłem do lektury tego utworu – przeczytałem śliczną Straconą szansę – skoro poprzedza opisane tu wydarzenia – choć myślę, że oba opowiadania to samodzielne byty i nie musi się ich czytać łącznie (choć warto).

Niestety – również – z braku czasu – czytałem na raty i przez to musiałem czasem wracać do już przeczytanego – nie wiem, czy to cecha samego tekstu, czy mojego zmęczenia / niewyspania / szarpanego odbioru.

 

By już nie przedłużać – wprost powiem, że mi się podobało. Całość czyta się przyjemnie. Zasługuje na bibliotekę i jeśli Ci jeszcze brakuje klików – ode mnie go mieć będziesz. Żeby nie było tak cukierkowo – są pewne rzeczy do poprawy (z mojego punktu widzenia), ale o tym za chwilę.

Zacznę od wyliczenia tego co mnie zachwyciło:

  1. Tematyka
  2. Wiedza o zielarstwie
  3. Narracja prowadzona niejako z tylnego siedzenia
  4. Ciekawy świat
  5. Tajemnica
  6. Symbolika
  7. Obrazowość
  8. Szczególiki

A teraz po kolei:

Ad. 1 Tematyka

Często zapominamy, że o prawa uciśnionych wciąż trzeba walczyć, a stosy wciąż płoną. Pisząc o płonących stosach nie mam na myśli tylko naszego podwórka, gdzie buta i arogancja rządzących przekroczyła już wszystkie granice – ale stosy zupełnie niemetaforyczne, bo są miejsca, gdzie ludzi – zwykle tych słabszych – kobiety i dzieci – nadal dosłownie – pali się na stosach.

Stosy z oskarżonymi o czary płoną w Arabii Saudyjskiej, Bangladeszu, Beninie, Brazylii, Burkina Faso, Ekwadorze, Indiach, Indonezji, Kambodży, Kongo, Malezji, Papui-Nowej Gwinei, Tanzanii, Tajlandii, Wietnamie, Zambii…

W samej tylko Tanzanii traci w ten sposób życie około tysiąc ludzi rocznie. Tam istnieją też specjalne obozy, dla kobiet oskarżonych o czary – poniekąd podobne do Twojego Azylu, ale prowadzone przez państwo – to miejsce chroni, ale jednocześnie nie sposób z niego wrócić do normalności – staje się to po trosze obozem koncentracyjnym dla czarownic.

W Tanzanii jest najwięcej na świecie albinosów – i oczywiście oni również są często mordowani ze względu na „szkodzenie innym czarami”. To ogólnoświatowa tendencja – że morduje się tych słabszych, nie mogących się bronić, odmiennych. A czasem tylko niewygodnych – jak wspomniałaś w opowiadaniu o kobiecie, którą własne wnuki oskarżyły o czary – i dziś takie coś dzieje się często – by pozbyć się dodatkowej „gęby do żywienia” – własna rodzina oskarża kogoś o czary – i po sprawie.

W Arabii Saudyjskiej istnienie policja religijna, która ma specjalne komórki do tropienia wiedźm i czarowników… Mógłbym tak jeszcze długo, podając przykłady – ale pewnie wtedy mój komentarz byłby dłuższy od tekstu.

Duży więc plus za tematykę, i choć sam jestem męską szowinistyczną świnią – bardzo to do mnie dotarło – nie tylko przez to, co dzieje się w naszym pięknym kraju, ale ogólnie – ze względu na ogrom zła wyrządzany kobietom (głównie) na całym świecie.

 

Ad. 2 Wiedza o zielarstwie

Co tu dużo mówić – oczarowałaś mnie. Zioła, które wymieniłaś, rzeczywiście używa się w ziołolecznictwie w sposób, jaki opisałaś – Twoje opowiadanie może służyć jako instruktarz i nikt sobie krzywdy tym nie zrobi (no chyba, że zechce zastosować pomysły niezielarskie, jak te z wypalaniem ran – są one owszem sensowne, ale nie polecam ;-) )

 

Ad. 3 Narracja prowadzona niejako z tylnego siedzenia

 

„Grzechem” fantastyki, często wytykanym jej przez głównonurtowców, jest jej przygodowość, którą sprowadzają do miałkości. Wszyscy wielcy ojcowie założyciele gatunku – od Howarda do Tolkiena – pisali opowieści z przygodą w centrum. Jakby fantaści nie zauważyli, że od Cervantesa minęło już lat kilkaset, że po drodze mieliśmy już i Prousta i Joice’a i Kawkę, a teraz mamy wiek XXI. To dlatego pewnie tak wielu fantastów z tego getta się wyrywa i się do fantastyki nie przyznaje (choć to zupełnie głupie). Na szczęście – część idzie odmienną drogą i widzę, że ten konkurs dostarczył okazji do eksperymentów. Więc – choć lubię „przygodówki” – to cieszę się, że to nie „przygodówka” – i podoba mi się, że podobnie jak ja w swoim „Tańcu” czyniąc narratorką głupiutką Nono – tak tu, czyniąc główną bohaterką – przyjezdną, niezwiązaną z tą społecznością, nieco bezwolną, podlegającą inercji. Rzygam już literaturą pełną odważnych, aktywnych, wspaniale radzących sobie z życiem kobiet i przystojnych, sprawczych i dominujących mężczyzn. I herosi czasem bywają zagubieni, nawet kino to odkryło – tworząc nową wersję Thora z boilerem zamiast sześciopaka, wcinającego pizzę i tonącego w ogłupiających rozrywkach. Podoba mi się więc, że i Twoja bohaterka nie jest „silną, niezależną kobietą” co diabła wodzi za rogi. Owszem – jest niezależna na tyle, że nie chce się angażować w nie swoją sprawę. Ale w opowiadaniu dzieje się to, co najbardziej w opowiadaniach cenię – przemiana bohatera. Bo oto ta „nie jej sprawa” i „nie jej społeczność” – jej „niesiostry” – stają się siostrami. Zaczyna jej zależeć. Podejmuje wyzwanie, przejmuje sztafetę.

Przypomina mi to któreś z opowiadań Kresa, ale nie pamiętam już które, bo czytałem je w zeszłym tysiącleciu.

 

Ad. 4 Ciekawy świat

Świat ten pokazujesz z oddali, niejako wycinkami, w tle, gdzieś z daleka. Z pozoru jest banalny – jakieś królestwa, jakieś wiedźmy, czarownice, alchemicy. Jednak zaintrygowały mnie jego niektóre aspekty – sam ten kraniec świata – miejsce szczególne, obdarzone mocą, gdzie inne światy się stykają, półludzka-półzwierzęca natura chyba każdego bytu (jak sądzę po tym odkrywaniu swojej zwierzęcej strony – kruka, sowy, jastrzębia… czy zawsze to są ptaki, czy może być na przykład niedźwiedź albo hipopotam? Czy ten kot z poprzedniej części też był człowiekiem?) – zastanawiało mnie też, dokąd z końca świata mogą dotrzeć wianki, skoro społeczność jest całkowicie izolowana – a może nie jest, może izolacja jest rodzajem złudzenia? Tak czy siak – są tropy, które by sprawiały, że chciałbym się w tym świecie zagłębić. Oczywiście bez przesady – osobiście nieskromnie powiem, że moje światy są chyba ciekawsze, choć też ukazane tak ledwo-ledwo przez dziurkę od klucza – ale może to jest błąd wiedzy – bo wiem jakie moje uniwersa są olbrzymie, a o Twoim, o jego wielkości tylko domniemywam z tego co pokazałaś w opowiadaniu. Słowem – światem się nie zachłysnąłem, ale chętnie bym go poznał lepiej.

 

Ad. 5 Tajemnica

O części tajemnic wspomniałem już w poprzedniej adnotacji. Ale dodam więcej – przez połowę tekstu nie zdradzasz w ogóle o jaką tajemnicę chodzi… gdy w końcu zdradzisz – do końca jej nie wyjaśniasz. Budujesz grozę, ale do końca jednak nie wiadomo, co się stanie, gdy wrota światów się uchylą i dlaczego to takie groźne. Fajne.

 

Ad. 6 Symbolika

Zaczynając od rzeczy najprostszych – Sowa – mądrość, Jastrząb – drapieżność, Kruk – śmierć, wojna, zaraza (ciągle próbuję rozsupłać, jak się właściwie wiąże z główną bohaterką, ale to, że niejako „nie pasuje” – pobudza do myślenia) – aż po wianki (symbol niewinności) i ognie (symbol oczyszczenia). Tablica szmaragdowa z poprzedniej części – też otwiera symboliczne wrota. Całość zmienia się w gęstą zupę, nasączoną sensami – również niebezpośrednimi. Odniosłem jednak czasem wrażenie (nie wiem czy słuszne) – pewnej chaotyczności, pewnego niedociągnięcia pewnych spraw / obrazów do końca, pozostawienia ich w połowie, ćwierci, na początku – ale może to tylko mój urywany odbiór.

 

Ad. 7 Obrazowość

To zachodzące słońce, kąpiące się w oceanie – po prostu się widzi. Podobnie inne sceny – malujesz bardzo plastycznie – bardzo duże plusy za to.

 

Ad. 8 Szczególiki

Widać, że dbasz o szczegóły.

„Wrzucili ją do wody, a tu ona pływa. Bo wiesz, suknia dostała powietrza i unosiła Fionę na powierzchni.”

Rzeczywiście tak się często działo. Opisy innych praktyk itp. – też zgodne z realiami.

 

 

Na beczkę miodu – łyżka dziegciu: technicznie to opowiadanie jest niestety słabe – ale to pewnie Ci już wytknięto. Warstwa językowa wymaga poprawy, kuleją dialogi. Jest też troszkę (a nawet całkiem dużo) nielogiczności, na przykład jakim cudem Damaris może przewodzić społeczności na końcu świata, poszukiwać kobiet do azylu i jednocześnie pomagać głównej bohaterce? Musiałaby być chyba bardzo zapracowaną sową? (może jest :) ). Nie będę się nad tym rozwodził, bo pewnikiem już ktoś powytykał, a ja nie chcę psuć ogólnego dobrego wrażenia jakie z opowiadania miałem i chciałem przekazać. Na pewno niedociągnięcia te nie są aż tak duże i aż tak nie do poprawienia – by opowiadanie nie zasłużyło na bibliotekę.

Zaraz więc napiszę w wątku bibliotecznym, że chętnie bym ten tekst ustawił na portalowej półce :)

 

entropia nigdy nie maleje

Outta Sewer

 

Jak rozumiem, to opowiadanie łączy się z poprzednim, które miałem przeczytać, ale jszcze do tego nie doszedłem.

 

Łączy o tyle, że dzieją się w tym samym świecie, w tym samym czasie (równolegle), podczas tego samego konfliktu zbrojnego, z konieczności niektóre wzmiankowane postaci się pokrywają.

 

 

Napisałem, że to przygodówka, ale światotwórstwo pokazuje, że wymyślony świat jest ogromny i skomplikowany.

 

Tak. Jest.

 

czytając czułem się trochę jakbym czytał fragment sagi spod znaku Martina, czy coś w ten deseń. I podobało mi się

 

Lejesz miód na moje i tak strasznie przerośnięte ego serduszko ;-)

 

 

 

Zazdraszczam umiejętności, serio serio.

 

I to mówi kowboj, którego szukają na całym dzikim zachodzie, za rozbicie banku Szalonych Siódemkach? :)

 

 

 

w zasadzie nie mogę narzekać na nic, co w tym tekście się pojawiło, oprócz pętli. Z jednej strony jest OK, pokazuje jaką murwą jest Raptis i zamyka całośc opowiadania. Ale z drugiej strony, wydaje mi się czymś niepotrzebnym, czymś co ma pełnić rolę furtki, przez którą można przejść dalej, w głąb świata, szerszego kontekstu fabularnego, pociągnąć ku rozwinięciu pomysłu. Nie znaczy to, że to zły zabieg, ale psuje mi wrażenie tekstu jako zamkniętej całości.

 

Chyba rzeczywiście zrobiłem to niepotrzebnie (tę pętelkę) – inni też zwracali na to uwagę – między innymi Asylum. Cóż – teraz już jest wrzucone i podlega ocenie, więc nie będę zmieniał.

Za tą końcówką stała dość krótka i głupia historia – opowiadanie miałem dawno w głowie, z całą fabułą, wymyślone, gotowe tylko do zapisania – czasu miałem mało (jak zwykle) – chciałem je wrzucić na sam początek konkursu po jednym dniu pisania – ale się nie udało, napisałem tylko połowę.

Potem zacząłem pisać, zostało już bardzo niewiele, wpadłem w taki ciąg pisarski – dokończyłem – i patrzę – no całkiem fajnie (miało kończyć się na schwytaniu w sieć) – ale jakoś mi czegoś brakuje, jakiegoś oddechu, jakiegoś wybrzmienia. Ponieważ to drugie opowiadanie ma konstrukcję klamrową (i ogólnie klamrę bardzo często stosuję – już takie moje zboczenie) – pomyślałem, by praktycznie przekleić początek na koniec i tak to zamknąć. Wedle mojego – spiesznego bardzo – zamysłu, miało to nie tyle czynić to co napisałeś – czyli jakoś otwierać na świat – ale zamknąć to opowiadanie na cztery spusty, zatrzasnął – podkreślić beznadziejność sytuacji bohaterki.

Jak widać – zabieg zbyteczny. Tak jak dziś na to patrzę – to ta końcówka do usunięcia.

 

mam non stop jakieś przebłyski z lektur Dumasa :D

 

Jeśli chodzi o Dumasa, to jeśli zrobiłem jakieś nawiązania do niego (co w sumie możliwe, bo za młodu zaczytywałem się w nim a Hrabiego Monte Christo przeczytałem chyba z cztery razy – więc może stąd? Tam też w końcu więzień… no nic – nie zgaduję co Ci konkretnie się skojarzyło :) ) – to nieświadomie.

 

mała syrenka w wersji hard mi się podoba

 

Cieszy :)

 

 

Dziękuję za odwiedziny, komentarz i pozdrawiam!

Howgh blada twarzy! ;-)

 

entropia nigdy nie maleje

 

Cza to i to ;)

 

Pro tip: Jak pewnie dobrze wiecie, przy moim bardzo ograniczonym czasie, przez większość tygodnia stosuję jednopółkulowy sen wolnofalowy, co umożliwia mi jedną półkulą czytać, gdy druga półkula mózgu śpi, a czasem, gdy obie nie śpią, jedną czytać, drugą pisać. Szczerze nie polecam tego sposobu ;P

 

entropia nigdy nie maleje

Alicella

Dzięki za odwiedziny i opinię!

Zaraz po opublikowaniu to zdanie brzmiało “Jakim cudem mały palec mógł dostarczać aż tak wielkiego bólu?” – ale jakoś mi coś tam stylistycznie nie grało. Masz rację jednak, że to zaciemnia – więc wróciłem do pierwotnej wersji.

tych” poprawiłem też – dzięki za zwrócenie uwagi, jednak “szarpnięcia potęgują udrękę” – zostawiam, bo użyłem je w innym znaczeniu – Ona Już się nie szarpała bo Szarpnięcia potęgują udrękę to stwierdzenie faktu, niezależne od czasu opowieści. Gdybym napisał tak jak chcesz sugerowałoby to (moim zdaniem), że wbrew poprzedniemu zdaniu – nadal się szarpała. A ona się już szarpać przestała. Starała się ze wszystkich sił trwać w bezruchu. Bo Szarpnięcia potęgują udrękę – wtedy, teraz, jutro, za tydzień – o ile ktokolwiek, kiedykolwiek znajdzie się w takiej sytuacji. To stwierdzenie faktu / osąd – a nie część relacji.

 

Pozdrawiam i dziękuję jeszcze raz za lekturę i konstruktywne uwagi!

entropia nigdy nie maleje

Na razie rzeczywiście muszę sobie zrobić odpoczynek od portalu, więc “To tylko…” to chwilowo trzecia i ostatnia odsłona tego uniwersum :)

 

 

entropia nigdy nie maleje

Piękny szorcik. Rzeczywiście dotykasz ludzkiej natury. Samotność geniusza i wściekła tłuszcza, gotowa zniszczyć wszystko, nawet samą siebie.

Bardzo ładnie skomponowane i napisane :)

Jim tak lubi.

 

entropia nigdy nie maleje

Skądinąd nie przyszło mi do głowy, że to inna planeta (?) / fantasyland, tak mocno mnie ta Nemezis i parę innych swojsko brzmiących imion zasugerowało.

 

Tak, to inna planeta. Co więcej w tym samym uniwersum co planeta pająków z Pajęczej Madonny.

Ale rzeczywiście dotąd to skrzętnie ukrywałem :)

 

 

Ja miałam wrażenie, że czytam o jakiejś Aleksandrii III/IV wieku, o jakichś doktrynalnych sporach gnostyków czy wczesnych chrześcijan ;)

 

I znów dość dobrze strzelasz :) Niewiele brakowało, a wrąbałbym tu Hermesa Trismegistosa – a z czasów dużo późniejszych, za to z kraju Twojego Napoleona – Albilgensów itp. – mocno się jednak ograniczałem tutaj w przedstawieniu całości tego sporu. Może kiedyś napiszę opowiadanie, które przynajmniej częściowo będzie się toczyć w cesarstwie Sofis (choć kusi by za tło wybrać tym razem cesarstwo Algis albo Rzeczpospolitą Trytońską) – by pełniej oddać jak zażarte są to spory i jakich one kwestii dotyczą (przykładowo: stworzenia świata, natury bóstw, realności świata materialnego i niematerialnego, transcendencji, metaetyki itp.)

entropia nigdy nie maleje

Drakaina

No, nie powiem – usianie tekstu aluzjami, że wyszło jakieś “Wodą i trójzębem” wyszło Ci przednio :) Plus innymi aluzjami.

Prawdę mówiąc, wszystkie moje teksty mają charakter mocno aluzyjny – tyle, że te aluzje zwykle są dość głęboko i są subtelne – tutaj dałem większość z nich na wierzchu. Cieszę się, że aż tyle nawiązań udało Ci się znaleźć i że sprawiłem Ci nimi radość :)

Propsuję ponadto spory religijne.

 

Często wplatam je w swoje bazgroły. Choć może raczej powinienem powiedzieć bardziej ogólnie – nie tylko religijne, ale filozoficzne. Tyle, że z reguły to robię w sposób zakamuflowany. Tu jednak programowo trochę walę sztachetą po zębach, belką w głowę i czytelnikowi podtykam pismo pod oczy. Gąszcz niezrozumiałych nazw i tak jest dostatecznie mętny, by jeszcze dodatkowo sensy gmatwać i ukrywać :) Stąd może prosto, a może wręcz prostacko – tak bardzo kawa na ławę.

 

Oraz Asnyka na dodatek chyba z ukłonem w kierunku Piwnicy pod Baranami.

 

Oba strzały celne :)

 

 

I domyślam się, że jest tu jeszcze mnóstwo innych aluzji, których nie kojarzę albo czytając sobie to na luziku nie zauważyłam.

 

Oj tak. Jest dużo więcej, a jeszcze więcej było we wcześniejszych wersjach, które zostały bestialsko ścięte… przykładowy fragment, który z bólem wyrzuciłem z opowiadania:

 

 

(…) A teraz, księżniczka Koralis, jako dorosła już dyroda, nawirena całego królestwa Arkadis, uzbrojona w swój pastorał i słowa modlitw, się z własnej woli pchała w paszczę tych archetypicznych lęków. Przeszukiwała ruiny, zmierzała do miejsc przeklętych, których same nazwy stroszyły łuski na plecach i włoski na karku. Oglądała surowe płaskorzeźby, obrazujące zapomniane rytuały, od których przewracało się w żołądku. Szukała sekretnych przejść, map i znaków. Śladów, mogących doprowadzić do świątyni i grobowca. I coraz bardziej była przekonana, że błądzi. Że zbłądziła już na samym początku. A cała ta wyprawa, była świętokradczym wariactwem.

Zdjęta tym nagłym wrażeniem zaczęła szeptać słowa modlitwy:

 

Na brednię naszą i na naszą nędzę

Na zatwardziałość w naszym szaleństwie

 

Nie mogła porzucić poszukiwań. Zbyt wiele od nich zależało. Musiała – zatwardziała w szaleństwie, brnąć dalej, choćby przez te ich „biedne matki dogorywające” – w brednię swą i bzdurę, która sama wymyśliła.

Dokończyła więc modlitwę szybko:

 

Na wszystko co jest udziałem naszym

Błagamy wzgląd miej ironiczna Pani

 

Wróciła myślą, do proroctwa, które ją tu, w krainę zimna i mroku, przywiodło.

Przepowiednia legendarnej nawireny Azunaris zaczynała się od słów „widzę na końcu czasu”. Było to poświadczone w wielu źródłach i choć zapisy jej widzeń różniły się od siebie, ten otwierający wers występował praktycznie stale. Czas się księżniczce Koralis niewątpliwie kończył. Czas całego kraju również. A może nawet, czas całego świata?”

 

 

 

Co do Twojej krytyki:

 

Podejrzewam, że (…) jest to kwestia (…) monotonii nazewniczej. Z niezrozumiałego dla mnie powodu uparłeś się, żeby gros imion i nazw własnych kończyła się na “-is”. To sprawiło, że mi osobiście zaczęły się one mylić, zlewać w jedno, a momentami wręcz irytować. Podejrzewam nawet, że to było celowe – żeby uzyskać rodzaj homogeniczności, ale na mnie podziałało źle.

 

Racja – ta monotonia jest zamierzona. W pierwszej, betowanej wersji tego tekstu tłumaczyłem się z tego tak:

 

(…) Opowiadając o naddenach (jak się określają ogólnie dyrody, norody i subreny, czasem rozciągając ten termin na trytonów) musiałem przyjąć jakiś język, który będzie zrozumiały dla współczesnego czytelnika. Oczywiście oddanie naddeńskich nazw, tak jak one brzmią, nie miałoby sensu. Już choćby to, że każde imię musiałoby się kończyć długim, wibrującym "-isisisisis" byłoby nader irytujące (stąd skróciłem to do pojedynczego "-is"). Gdy już przy imionach jesteśmy – dla nadden są one znaczące, choć w taki odległy sposób, w jaki dla nas jest znaczącym "Władysław" lub "Kazimierz". Starałem się to oddać w tłumaczeniu.

Stąd "Nemezis" to nie "Mumphureisisisisis" a "Nemezis" właśnie, bo ma to dla nas wyraźną, groźną konotację – i tak samo wyraźne i groźne było ono dla nadden (Mumphureisisisisis to imię bogini śmierci, chaosu i zemsty, córki bogini gniewu i nienawiści Xakhurrehisisisisis, której imię przetłumaczyłem na Irais).

Podobnego zabiegu użyłem przy tłumaczeniu nazw pospolitych. Przykładowo "magnezjum" nie ma nic wspólnego z magnezem (ani magnesem), ale ma się z tymi kojarzyć – jako surowiec energetyczny, wydzielający ciepło i światło.

Muszę dodać jeszcze, że to jest przekład z przekładu. Język królestwa Arkadis jest mi całkowicie obcy, zresztą nie zachowały się zapiski z wyprawy, a jedynie ich odpisy. Skorzystałem więc z dostępnych źródeł w języku cesarstwa Sofis i pojedynczych wzmianek w kronikach cesarstwa Bellis.

Ponieważ tłumaczenie, to nie tylko oddanie ogólnego sensu, ale też znalezienie pewnych kontekstów, wszak zupełnie innych dla naszej kultury i kultury naddeńskiej, z samej tkanki utworu wyrzuciłem sporo przypowieści i odniesień do dzieł tamtejszej literatury i w ich miejsce wstawiłem ziemskie, jak sądzę powszechnie zrozumiałe, kulturowe tropy i dosłowne cytaty (…)

 

Dalej zwracasz mi uwagę na zbytnie “uczłowieczenie” nadden. Asylum też mi to sygnalizowała. Zrobiłem to dla zrozumiałości. Oddanie ich rzeczywistych motywacji – nie jest możliwe – posługuję się więc protezami – konstruktami zbliżonymi, pożyczonymi z Ziemii, choć na Hydros nie mają one zbytnio sensu – ale widząc rzecz nieznaną, porównujemy ją do znanej – pamiętam, że kiedyś dyskutowaliśmy na SB o średniowiecznych przedstawieniach zwierząt, gdzie każde do konia było mniej więcej podobne (tak samo robił baca relacjonując swoją podróż do Zoo – i tylko wąż był do konia za Chiny niepodobny).

 

przestajesz ten świat budować, przypominać o jego cechach charakterystycznych

Niestety tak. Zabrzmi, jakbym się usprawiedliwiał – ale wyleciało z tekstu mnóstwo opisów głębin, roślin, raf koralowych, posiłków itp. – ze względu na zabójczy limit znaków. Wyleciały też reminiscencje pokazujące dzieciństwo bohaterek, obrzędy inicjacyjne, zabawy dziecięce – i wiele wiele innych. Przykładowo:

 

Czas przepływał przeze mnie, wirował. Nagle poczułam się znów maleńka niczym dziecko. Byłam

dzieckiem!

Byłam już pewna, że to szukany grobowiec. Linie splendoru, tenoru i eteru się poukładały w tę

przeplatankę charakterystyczną dla cmentarzy. Tyle, że tym razem przeplatanka miała kolce i kształt ogrodzenia. Azunaris się nawet po śmierci broniła przed odnalezieniem. Strzegła swych tajemnic. Spychała mnie w otchłań nie tak przecież odległego dzieciństwa. I… poddawałam się temu nurtowi.

Płynęłam.

Gdzie? Z kim?

Jesteśmy blisko powierzchni, na dalekich południowych wodach: ja, moja opiekunka i gromadka innych dzieciaków. Jest i moja starsza siostra, Borealis. Emet? Nie ma go z nami. Same dyrody.

Powinno być ciepło, ale panuje chłód.

Promienie, aż boleśnie intensywne, wymalowują jaśniejące, pulsujące wzory, odbicia fal powierzchni na porowatych kamieniach i kołyszących się w takt zmian prądu szkarłatno-granatowych ukwiałach.

Zahaczam o jakiś koral ręką, tuż spod niej wypływa długa ryba o wężowym kształcie i drobnych,

elipsoidalnych łuskach. Czuję jak ociera się o mnie śliskim ciałem. Po ciemoszarozielonym grzbiecie

rozpoznaję w niej piorunowego węgorza. Co on robi tak daleko na południe od swoich żerowisk? Muszę mieć nietęgą minę. Inne młodziutkie dyrody śmieją się ze mnie. Opiekunka się uśmiecha. Gestem każe płynąć za nią.

Mija mnie majestatycznie żółw. Ławica kolorowych rybek w błyskawicznych zwrotach lawiruje między mną, żółwiem, a spłoszonym węgorzem. W oddali gonią się młode płaszczki, o czarnych nakrapianych złotem grzbietach; do końca nie wiem, czy walczą ze sobą, polują, czy po prostu tylko bawią. W mijanej jaskini dostrzegam przyczajonego kolejnego drapieżnika, o równie wydłużonym i wężowatym kształcie, jak węgorz, jednak pozbawionego łusek i o brązowo-karmazynowym wzorze na swym bocznie spłaszczonym ciele.

Płyniemy w głąb, ku granicy szelfu. Zostawiamy za sobą bajecznie kolorową rafę, z jej bujnym,

intensywnym życiem, pełnym dźwięków i tanecznego pospiesznego ruchu. Barwy zmieniają swe oblicze.

Biały niebieszczeje, a czerwień, szkarłat i karmazyn stają się coraz ciemniejsze, aż czarne. Z góry wciąż dociera sporo światła ale jest zamglone i z wolna zmienia się w jednolity ambient, nie ma już w nim pulsujących wzorów. Dźwięki także stają się jakby stłumione i rozmyte.

Pasma pnąży, wijące się pionowo od samej powierzchni, na tej głębokości tracą swój zielony kolor.

Wkrótce światła będzie zbyt mało, by fotosynteza była możliwa i staną się szare. Tu w dole już trzeba uważać na pnąż gdyż z pożywienia staje się łowcą. Roztacza swe wabiące grążele, sieci, nibylistki, tylko po to, by cię nimi oplątać i strawić.

Blisko krawędzi szelfu, przy dnie trwa też jakaś walka. Poznaczona skomplikowanymi wzorami zielona muszla wije się w starciu z czymś o ciemnożółtym ciele z mnóstwem czarnych plamek. Nieco dalej przepływa dumny łosoś. Nagle żądło, zakamuflowane dotąd wśród piasku trafia go precyzyjnie w przełyk. Neurotoksyna zaczyna działać. Nieostrożna ryba drga w coraz to słabszych konwulsjach.

Mijamy granicę szelfu i płyniemy jeszcze głębiej. Delikatna, miękka poświata przypomina o tym, że

gdzieś tam w górze jest słońce. Wkrótce pogrążymy się w całkowitym mroku. Woda wokół staje się gęsta i coraz bardziej chłodna, o wiele chłodniejsza niż mi się wydawało, że być powinna. Każda z nas dzierży teraz pochodnię, z której z cichutkim bulgotem uciekają bąbelki powietrza. Skały to tylko niewyraźne cienie w mroku. Ryby, niewidzialne, dopóki nie wpadną w świetlną sferę wokół pochodni, pojawiają się i znikają jak duchy. Spoglądam w górę i na boki. Poza naszą malutką grupką nie ma tu nikogo, tylko nieprzeniknione ciemności. Jeszcze nigdy nie nurkowałam tak głęboko.

W takiej to scenerii opiekunka zaczyna jedną ze swych mrożących krew w żyłach opowieści. Najpierw mówi o dennikach i innych przerażających istotach z głębin. Wkrótce jednak zmienia temat i zaczyna opowiadać o starożytnym klanie Nordis i o ich pałacach wzniesionych nie pod powierzchnią, ale na lodzie, na północnym wielkim lodowcu. Wymienia przejmujące strachem nazwy miejsc, które dobrze znamy z innych legend: Cmentarzysko Bez Kości, Porzucona Aleja, Arktyczny Szlak, upiorne zamczyska Otranto i Udolpho. Tym razem wszystkie boimy się po równo. Nawet dzielna Borealis. Zbijamy się w zjeżone pochodniami stadko a opiekunka opowiada o kolejnych okropieństwach. I ta historia, jak wszystkie, kończy się źle. Ale tym razem jest nieco inna od pozostałych. Mówi o arcykapłance Azunaris i jej proroctwie. O jej lodowym sarkofagu.

Padają słowa przepowiedni:

Widzę, na końcu czasu

z dalekiej pustki

zza bezwodnego obszaru…

I przychodzi na mnie otrzeźwienie. Wiem już gdzie jestem, dokąd zmierzam i którędy muszę iść. Wracam do swojego czasu i do swojego ciała.

 

 

 

 

Cóż. Uznałem – że fabuła ważniejsza. Może nie słusznie. Może gdzie indziej trzeba było ścinać. Sam miałem wrażenie takie w pewnym momencie, że robię krzywdę temu tekstowi.

Pisałem w jednym z komentarzy w becie:

A co do podoba się / nie podoba – najbardziej się obawiam, że tekst coraz mniej pasuje do konkursu, bo:

– coraz mniej w nim tajemnicy

– coraz mniej w nim światów

Więc jakie Tajemnice Światów? Hę? ;-)

 

Szalony pomysł – skończyć opowiadanie na długo przed zdradą Emeta by zostawić więcej miejsca na opisy i tajemnice ;-)

 

 

Nie jesteś też odosobniona w tym poglądzie:

 

Bo tak po prawdzie odniosłam wrażenie, że to jest materiał na co najmniej minipowieść, jeśli nie po prostu powieść.

 

Przemyślę to. Może miast opowiadań, zbiorę to w jakąś całość, napiszę i wydam jako powieść. Może skoro tyle osób to sugeruje – to pomysł ten ma sens.

 

Niemniej mimo wszystkich zastrzeżeń widzę tu potencjał na ciekawego autora portalowego :)

 

Po raz kolejny – dziękuję :)

 

 

 

PS.

Dla Twojej wiadomości także “To tylko…” to opowiadanie rozgrywające się w świecie Hydros – ale ono też raczej nie jest dobre na chandrę.

entropia nigdy nie maleje

Możliwe, że w odróżnieniu od brzytwy Lema (powszechnie znanej) i brzytwy Jima (o wiele mniej znanej – jak na razie ;-) – ale per analogiam – dotyczącej nie tylko fantastyki ale i erotyki) – dodać by trzeba jeszcze brzytwę sumienia. Jeśli autor wciąga do fabuły świętości – niech będzie pewien, że warto.

entropia nigdy nie maleje

Dziękuję bardzo za odwiedziny i opinię, choć rzeczywiście (piję tu do wypowiedzi z SB) – raczej nie jest to tekst na pozbycie się chandry.

Rzeczywiście jest okrutny, choć dużo mniej okrutny od rzeczywistości. Cóż. Nie lubię się odsłaniać i ujawniać źródeł swoich inspiracji niech wystarczy to, co odpisałem Asylum pod innym moim utworem, że ja zawsze piszę szczerze i prawdziwie – na podstawie własnych doświadczeń – nawet jeśli osadzam akcję w najbardziej fantastycznych realiach. Rozumiem, że wykorzystanie naprawdę ogromnych tragedii ludzkich w literaturze może budzić sprzeciw – ale i tak dość już robię autocenzury….

 

Ale napisane klasa.

Dziękuję.

 

entropia nigdy nie maleje

Tu, nie masz racji, akurat tego, jestem pewna. :-)

 

Zazdroszczę. Ja nigdy niczego nie jestem pewien ;-)

entropia nigdy nie maleje

W sumie poniekąd jestem w stanie się z Tobą zgodzić – to co napisałem, to oczywiście uproszczenie. Pisarz jest maszyną przekładającą pewne sekwencje bodźców na inne – oczywiście nie musi pisać stricte o swoim życiu – może przecież na przykład transmutować coś z materii przeczytanych książek i będzie to tak samo autentyczne. Celem jest dostarczenie tekstu – zrozumiałego tekstu – dla odbiorcy. Niejako najprościej jest osiągnąć ten cel przez poruszanie się w obrębie rzeczy powtarzalnych i znanych. A trudno o coś bardziej powtarzalnego jak życie ludzkie. Więc – pisząc o sobie – ma się większą szansę dotarcia do innych, wystarczy tylko się otworzyć bardziej na to, że wszyscy jesteśmy tacy sami, wyrzucić zanieczyszczenia i odtworzyć to co się zdarza każdej istocie naszego gatunku. Staram się tak robić, ale jak widać – nieudolnie – skoro inni mnie nie rozumieją. Chyba nadal zbyt dużo w mojej prozie tych zabrudzeń, tych niepotrzebnych manifestacji chaosu, które gdzieś tam odbiegają zbytnio od średniej i przez to stają się niezrozumiałe. Piszesz, że za bardzo antropomorfizuję naddeny – ale robię to w tym właśnie celu, by uczynić utwór zrozumiałym. Ich motywacje – ich prawdziwe motywacje – byłyby dla nas równie niepojęte jak rozważania religijne delfinów – dlatego przybliżam je, rzucając na znaną nam siatkę znaczeń, emocji, motywacji. W tym drugim opowiadaniu zauważyłaś, że Raptis jest bardzo rybia. Bo jest. Tu jest bardzo ludzka. Ale zgodziliśmy się w czasie dyskusji na becie, że naddeny to nie rybobaby ani baboryby ;-)

 

 

 

źródło

 

 

entropia nigdy nie maleje

Zastanawiam się co jest groźniejszym zjawiskiem: hejt, czy walka z hejtem, czasami mająca postać kastrowania dyskusji. Paradoks Mechanicznej Pomarańczy.

Zakończenie dość zaskakujące.

Całość – niestety mnie nie porwała, do tego irytowały mnie niektóre technikalia (nie wiem w sumie czemu, zwykle staram się nad nimi przechodzić / przemykać niepostrzeżenie).

Przykładowo:

Czternaście jak wiek tej głupiej Niezapominajki. 

 

Czternaście czego? To nie angielski, gdzie się mówi I’m 14.

 

Zresztą – czy wiek Niezapominajki się zatrzymał? Ona stale ma 14 lat? To 14 ma jakieś symboliczne znaczenie?

 

Tamtego pamiętnego dnia zapukała do pokoju numer 14 w ostatnim czynnym motelu w rodzinnym miasteczku. Bez zaproszenia nacisnęła klamkę i weszła. Miała wtedy czternaście lat. 

 

 

Czy wtedy wiedziała, kim był naprawdę? A może to paranoja, jak powtarzał Stan. Norm jest wyłącznie jego.

 

Przeskakujesz z myśli na myśl jakimś dziwnym rwanym strumieniem świadomości. Przez to traci się sens. Ogólnie wiele zdań i dłuższych zbitek musiałem przeczytać po kilka razy by zrozumieć o co właściwie Ci chodzi.

Postaci zupełnie nie czuję – nie potrafię się nimi przejąć, ani opowiedzianą historią (historią?).

 

Jednak biorę pod uwagę temat i konwencję TŚ – to w końcu nie musi być nawet opowiadanie – tekst przedstawia interesujący świat, zwraca uwagę na ważki problem (hejtu – choć tak jak wspomniałem na początku, zastanawiam się czasem, czy walka z hejtem nie jest jeszcze gorsza… choć pewnie nie, bo jak hejt się hejtem odciska – to już nie ma z kim rozmawiać). Ogólnie, mimo, że mnie to nie porwało i dużo miałem w tekście zatrzymań (w stylu: że co? ale zaraz… i czytam jeszcze raz) – to ładnie ten świat przedstawiłaś i dość spójnie.

 

Pozdrawiam i powodzenia!

 

 

entropia nigdy nie maleje

Prawdę mówiąc bardzo szybko domyśliłem się, do czego to zmierza… błędnie :) Zaskoczyłeś mnie tą ostatnią rozmową z szefem – i duży plus za pomysł przywrócenia dżentelmena do jego pierwotnej roli.

 

To co mnie czasem irytowało odrobinkę to nachalność w przekazywaniu wrażeń :)

Czasem sam coś robię na podobnej zasadzie – zamiast coś określić jednym przymiotnikiem, określam trzema bliskoznacznymi – robię to jednak by coś uwypuklić, spowolnić, zwrócić na coś uwagę. A u Ciebie nie widziałem (może nie zauważyłem?) czemu to ma służyć. Po prostu nachalne wbijanie łopatą do głowy. Czy wspomniałem już, że nachalne? Oto mały przykład:

 

W jego głosie nie było nachalności. Nie było w tym pytaniu nic nachalnego. Bezskutecznym było doszukiwać się jakichkolwiek podtekstów. Normalnie w innej sytuacji Maciek by się wkurzył a potem zrugał jegomościa na czym świat stoi, i kazał iść w diabły. Ale te pytania były zadane z troską. Zdrową ciekawością, nie nachalną. Dlatego nie było to złe, to było dobre.

 

Pisz, poprawiaj, eksperymentuj dalej – życzę powodzenia w konkursie!

 

 

entropia nigdy nie maleje

Cudowne jest to jak się nie zgadzasz sama ze sobą w obrębie jednego zdania ;P

 

 

entropia nigdy nie maleje

Asy­lum

Tego mi cią­gle bra­ku­je, tzn. bar­lo­ży się to, gdzieś w tle, lecz nigdy nie wy­su­wasz reguł tego świa­ta na plan pierw­szy. Ce­lo­wo? Za kla­row­ność po­dob­ne­go aspek­tu po­ko­cha­łam Le­Gu­in.

Gdzie mi tam do wielkiej LeGuin – ale zauważ, że nawet ona, by lepiej ukazać swoje światy wprowadza często obserwatora niejako z zewnątrz, albo w jakiś sposób wiedzy o świecie pozbawionego – by można było klarowniej wytłumaczyć. W tym drugim tekście, poniekąd po to jest Nono.

Zabieg by się to przetaczało w tle jest jak najbardziej celowy.

Wyobraź sobie taką sytuację: przylatujesz do obcego zupełnie kraju, załóżmy, że nie miałaś okazji wcześniej się o nim naczytać, o jego sytuacji politycznej, o jego gospodarce, kulturze, strukturze społecznej… Co widzisz?

 

U Ciebie lubię stroje, wodne dekoracje, bo na razie tylko to dostaję (…)

 

Czyż nie jest to właśnie to, co powinnaś zobaczyć? Gdybym Cię nagle teleportował w pobliże Lacrimosis – czyż widziałabyś coś innego? Owszem, dostrzegłabyś rzeczy, których nie opisałem (na przykład, że subreny są dużo mniejsze od norod, nie mówiąc już o dyrodach) – ale z całą pewnością nie dałoby Ci to wprost informacji o mechanizmach funkcjonowania nadden.

 

 

Twoje związ­ki z tym świa­tem zdają się silne.

 

Ha. Są silne :)

 

A, przy oka­zji, wizja ka­mie­nia, nie­ko­niecz­nie mi się po­do­ba­ła – za sil­nie, jak dla mnie, po­szło w stro­nę ty­po­wej fan­ta­sy.

 

Hmmmm… Jak widzisz nie taguję tego jak fantasy i dla mnie w mojej głowie to fantasy nie jest. Celowo nie opisuję tu pewnych rzeczy bardzo dokładnie. Uwaga, spoiler: Trzecie prawo Clarka :)

 

moim zda­niem, prze­do­brzo­ne, bo klam­ra nic nie wnosi, prócz ra­do­ści Au­to­ra z opisu

Autor lubi być radosny ;)

 

Zwróć uwagę rów­nież na po­wta­rza­ją­cy się motyw (po­mię­dzy tek­sta­mi). Nie chcę spo­ile­ro­wać, dla­te­go piszę tro­chę nie­ja­sno. Na­tu­ral­nie, można za­wsze w ten spo­sób bu­do­wać węzły dra­ma­tycz­ne, ale…

 

Ja w sumie ciągle i wciąż opowiadam tę samą historię i mam nadzieję, że ludzie się nie zorientują :) Jak widać – Ty się zorientowałaś :) Tak to już jest, jak za bardzo się w pisaniu bazuje na własnej biografii :(

Cóż – wezmę pod uwagę przy pisaniu tekstów kolejnych.

 

 

Dzięki za ponowne odwiedziny i zapraszam po jeszcze więcej ;-)

entropia nigdy nie maleje

Fladrif

 

Dzięki za odczytanie i uwagi!

 

O dziwo najbardziej przeszkadzała mi nieszczęsna heptyna, która ma chyba najmniejsze znaczenie dla opowiadania.

Skoro tak wielu osobom ta heptyna przeszkadza – to może ją w przyszłości zastąpię godziną (to nie będzie duży błąd, to podobna jednostka, tyle że heptyna ma zmienną długość).

To część większej całości jedynie w sensie, że dzieje się w jednym i tym samym świecie, wydarzenia obu utworów – mimo, że powiązane – nie mają na siebie bezpośredniego wpływu (ot, tyle tylko, że tło obu opowieści stanowią dzieje tego samego konfliktu widzianego z dwóch różnych perspektyw)

 

 

Podobało mi się, choć nie wiem czy to odpowiednie słowa biorąc pod uwagę, że pierwszą połowę czytałem z wykrzywionymi ustami. Teatr okrucieństwa w pełnej krasie.

 

Tak miało być. Taki efekt chciałem uzyskać. 

 

 

Dodatkowym atutem opowiadania jest to, że trzyma w napięciu pomimo tego, że zasady konkursu jasno wskazywałyby na zakończenie. W toku opowiadania zapomniałem o fatum, które ciąży na bohaterce. 

Miałem nadzieję, że to się uda.

 

Dodatkowo brzmią bardzo dźwięcznie i budzą skojarzenia, tak jakbym kiedyś już je słyszał. 

 

Konstruując te słowa starałem się – byśmy – podświadomie – czuli ich znaczenie.

 

 

W pierwszej części opowiadanie jest bardzo klimatyczne, gdzieś po drodze podczas ucieczki z niewoli robi się bardziej dynamicznie i ciężki klimat gdzieś znika, a szkoda.

 

Rzeczywiście szkoda :(

 

Przydałoby się też więcej informacji o bohaterach, tak żeby dało się je zrozumieć i przejmować ich losem. Opisy tortur są szokujące same w sobie (osobiście mam fobię dotyczącą “krzywdzenia” palców i paznokci). Brakowało mi jednak jakiegoś przywiązania do postaci, tak jakby wisiały w pustce.

 

To poważny zarzut – i chyba słuszny – rzeczywiście zbyt papierowo tutaj – no cóż – nie udało się :/ Uwaga do samego siebie na przyszłość – mocniej zarysować postacie, dać im jakąś przeszłość, może i wizje przyszłości – a nie tylko teraźniejszość.

 

 

Dziękuję jeszcze raz za przybycie i odczytanie, pozdrawiam!

entropia nigdy nie maleje

Dzięki za odwiedziny i opinię, Asylum! Zastanawiałem się, jak na tą nową torturę zareagują ludzie, których przez miesiące torturowałem betą w tym samym świecie. Jak widać, u Ciebie syndrom sztokholmski ma się całkiem dobrze ;P

Hmmm… zważywszy, że nikt cyklów nie czyta – muszę się zastanowić jak, a przede wszystkim CZY – pisać jeszcze jakieś opowiadania osadzone w tym świecie. Zagwozdka do przemyślenia.

 

Zdecydowanie nie podobało mi się uczynienie z cierpienia klamry. Wydaje mi się bez sensu, gdyż nic nowego nie wnosi do treści. Kropkę nad „i” stawiasz już przy sieci.

 

Pierwotnie wymyślona fabuła właśnie przy sieci miała się urywać. Klamrowe zamknięcie dodałem niejako pod wpływem impulsu – na koniec pisania. Dlaczego to zrobiłem i czy rzeczywiście nie wnosi to nic do treści? Hmmm… chciałem podkreślić – może już niepotrzebnie – tragiczność losu Lacrimosis. Może przesadziłem tu z redundancją – może trzeba było ją zachować na lepsze wyjaśnienie świata. Zostawiam jak jest – czyli od bólu do bólu – bo jednak takie zamknięcie – po fakcie mi się podoba. A podoba bo pozwala wybrzmieć temu co stało się wcześniej i podkreśla beznadziejność. Ale może nie mam racji – może rzeczywiście powinno zamykać się na sieci – do dyskusji / zastanowienia.

 

 

 Odnośnie imion – Lacrimosa piękne, nieskończenie smutne i rozpaczliwe.

 

Dzięki. Prawdę mówiąc bardzo dużą uwagę przykładam do wszystkich imion. Czasem się zastanawiam, czy tymi imionami za bardzo nie spoileruję – ale na szczęście większość z nich jest na tyle przetworzona (poza tak oczywistymi jak Lacrimosis) – że nie powinny stanowić zbyt dużej podpowiedzi (tym bardziej, że czasem skojarzenia bywają dość odległe, zresztą bywają tak odległe – że zdarza mi się samemu ich zapominać, a że ich nie zapisuję to potem, jak odłożę tekst na czas dłuższy to mam rozkminę co dane imię miało znaczyć – no brawo ja – debil, po prostu debil ;P )

 

Niestety, obawiam się, że brak konkluzywności może być cechą wielu opowiadań pisanych na złego.

 

Nie wiem – ja za te “złe” teksty wezmę się jak skonczę czytać i komentować TŚ-e.

 

 

 

 

entropia nigdy nie maleje

Usunąłem swój post z przedwczoraj – bo minęły tylko 24 h a nie 48 h od komentarza.

Teraz już są nawet 72h – więc ponawiam, by potwierdzić:

 

DrakainaŚpiący w dolinie

 

entropia nigdy nie maleje

Adek_W

 

Pisałem odpowiedź Ślimakowi Zagłady i nie zauważyłem, że ponownie mnie odwiedziłeś!

 

Rozumiem, co masz na myśli i jest to na swój sposób usprawiedliwiające. Nijak nie ułatwia czytania, ale usprawiedliwia pewne aspekty tekstu, które uważam za mankamenty (nawet, jeśli nie chciałeś się usprawiedliwiać).

 

Raczej nie tyle usprawiedliwiać – co się wytłumaczyć, choć może i usprawiedliwiać (w pewnym tego słowa znaczeniu) – będzie dobre. Nie piszę tekstów wbrew czytelnikowi, czy myśląc jak tu je zrobić bardziej zagmatwanymi czy trudnymi w odbiorze… prawdę mówiąc – gdybym był sprawny na tyle, potrafił, albo choć znał sposób – na zapisanie ich tak, by zarazem były zrozumiałe i uczciwe – na pewno bym tak zrobił. Nie chcę niczego zaciemniać – ale próba rozjaśnienia na siłę mogłaby zabić i tempo utworu – i pośrednio – ten świat.

 

Jeśli pisałeś tekst dla siebie, to w porządku. Bycie fair wobec siebie to ważna rzecz. Jeśli pisałeś dla czytelnika, to obawiam się, że troszkę inaczej to działa.

 

Gdybym pisał tekst TYLKO dla siebie – to bym go nie publikował. Dla siebie – piszę samoobserwacje, pamiętniki, tego typu rzeczy – bo wiem, że ich nigdy i nigdzie nie opublikuję. Sam się łapię zresztą tam na tym, że swoich pamiętników sprzed kilkudziesięciu lat nie rozumiem. Ale to tylko uwaga na marginesie.

Nie wierzę – w takie pisanie dla siebie – jeśli się publikuje – w dowolnej formie. Najlepiej – sobie napisać a muzom – a potem jeszcze obrazić się na czytelnika, że nie dorósł albo nie zrozumiał. To nie ja. Tak jak pisałem – chciałbym, by to wszystko było zrozumiałym, chciałbym czytającego “zarazić” tym światem – ale pewnie mi po prostu nie dostaje umiejętności.

Masz rację i przyznaję, że tu zawaliłem, a tekst przeczytałem dwa razy. Mea maxima culpa. 

 

Raczej jednak moja. Pewne informacje trzeba w tekstach powtarzać. Trzeba jakiejś redundancji, trochę refrenów – by utwór stał się zrozumiały. Więc jeśli ktoś zawalił – to bardziej ja, niż Ty. Powinienem te wyjaśnienie gdzieś – innymi słowy – powtórzyć.

 

 

Nie jest, to fakt. Ale gdybyś poczęstował mnie w trakcie lektury informacją zawartą w pierwszej części tej wypowiedzi, to światotwórczy aspekt opowiadania zyskałby plusika. A ja miałbym mniej o jedną rzecz do przyczepienia się. ;)

Pewnie racja – w sumie wystarczyłoby jedno / dwa zdania i stałoby się to bardziej zrozumiałe. Na PW zwrócono mi uwagę, bym nie modyfikował już wrzuconego tekstu, więc grubszych zmian już robić nie będę.

 

Ja to ogólnie mało wrażliwy poetycko jestem. ;)

Oj tam oj – myślę, że z wrażliwościami to tak jak z zakresami fal UKF – przesuniesz gałkę odrobinę w lewo i już nie pogadamy.

 

Masz rację, zgodzę się w tym przypadku. Historia jest zrozumiała. Wybrzmiewa motyw konkursowy. Tyle tylko, że opowieść pędzi szaleńczo i atakuje czytającego mnóstwem nieznanych mu wyrazów, odbierając możliwość stopniowego rozsmakowania się w bardzo bogatym światotwórstwie. To trochę tak, jak było Ci obojętne, czy zainteresujesz odbiorcę swoim uniwersum. Bo nawet nie pozwalasz mu dobrze się z nim zapoznać. Po prostu wrzucasz go w to morze tytułów, nazw i imion, pozwalając tonąć, zamiast ostrożnie uczyć pływać. Być może niektórym się to spodoba (wierzę w to!). Ja czułem się lekko zagubiony. :)

 

Jest wręcz przeciwnie – chciałbym, żeby czytelnicy nie tylko zainteresowali się, ale by zakochali się w tym uniwersum – ale pewnie robię to w najgorszy z możliwych sposobów. Wymyśliłem sobie mianowicie, że ukażę to uniwersum niejako z oddalenia, jako tło, skupiając się na postaciach, a nie na świecie – świat niech sobie tam gdzieś miga, niech przepływa –a akcja niech pędzi szaleńczo – i myślałem sobie, a nóż się uda złapać kogoś na haczyk, może ktoś po przeczytaniu pomyśli: fajnie, ale poczytałbym jeszcze? Pewnie się przeliczyłem… eh… trzeba było to jakoś inaczej rozegrać.

Nie był. A ja mam nadzieję, że znów udało mi się być bardziej konstruktywnym, niż uszczypliwym. :)

 

A trochę uszczypliwości też by nie zaszkodziło – potrafię uszczypliwości znieść, a czasem się odgryźć, nigdy nie uważałem, że bycie bardzo uprzejmym jest pod cudzym czy własnym tekstem do czegokolwiek potrzebne – tak naprawdę tylko zwykle zaciemnia i osłabia komunikację. A jak ktoś wbije szpilę to owszem zaboli – ale też bardziej czegoś nauczy, niż poklepywanie po pleckach. Ja wiem, że to ciągle powtarzam, ludzie ciągle w to mi nie wierzą – ale ja po prostu wolę dostać parę razy po męsku w dziób, zebrać nawet bardzo negatywną opinię – niż nieszczerą czy uładzoną. To nie znaczy, że jestem masochistą, albo, że po mnie to spływa. Miło się czyta pochwalne dytyramby. Ale człowiek najwięcej się uczy z tych wszystkich “nie porwało mnie”.

 

Dzięki za ponowne odwiedziny, gdybyś chciał zawitać tu raz jeszcze, to czuj się zaproszony. Gość w dom, Bóg w dom ;-)

 

Pozdrawiam!

 

entropia nigdy nie maleje

Ślimak Zagłady

 

Zabiłeś mi ćwieka!

 

Zmielić czy zemleć? Część słowników podaje tak, część tak, te najmądrzejsze, zgadzają się z Tobą, że powinno być “zmełłyśmy” a nie “zmieliłyśmy” – a mi się to “zmełłyśmy” jakoś archaicznie kojarzy, ewentualnie brzmi dobrze w wyrażeniu “zmełła w ustach przekleństwo” – ale fizycznie coś zetrzeć – w sensie przerobić na proszek lub miazgę – to dla mnie pasuje tylko zmielić… Czy to jakieś moje zboczenie/choroba/regionalizm? Jak powinno być “zmieliłyśmy” czy “zmełłyśmy”? Niby Ci wierzę, niby uznaję autorytet, ale to “zmałłyśmy” brzmi dla mnie tak… łagodnie. Kojarzy się z “rozmemłany”. Ehhh… Chyba potrzebuję trzeciej opnii :/ – czy jest na sali lekarz (najlepiej z dyplomem grammar-nazi)?

 

Gdzie mi tam do Vonneguta – ale cieszę się, że ten kawałek wkleiłeś – dobrze to ukazuje mój problem. “Akolitka” – też mogłoby być. Jednak to też by zamknęło znaczenie w innej – religijnej tylko – przegródce. Wziąwszy pod uwagę biologiczną odmienność subren – myślałem o słowie hidźra – ale po pierwsze, jeśli ktoś się nie interesuje kulturami wschodu, to hidźra mu nie powie więcej niż subrena, po drugie – jeśli ktoś się interesuje – będzie nadawał subrenom pewien aspekt męski – którego w nich nie ma (one są o tyle tylko zmaskulenizowane, że ich cechy samicze są nierozwinięte).

 

Trochę padam tu ofiarą “klątwy wiedzy” – moim przekleństwem jest wymyślanie bardzo szczegółowych i rozbudowanych światów – od razu z kulturą, historią, prehistorią, zwyczajami, literaturą, językami itp. – i wiem o tym świecie wszystko – w końcu go stworzyłem w sześć dni morderczej pracy (a siódmego odpoczywałem) – ale… czytelnik tego wszystkiego nie wie. I nie sposób, bym mu to wszystko przekazał w dwudziestu tysiącach znaków czy nawet dwustu tysiącach – skoro ja mam to na poziomie molekularnym opracowane – ja wiem, że ciała tych istot – które nazywam naddenami – tak jak nasze zbudowane są z tkanek, tkanki z komórek, a informację genetyczną przenosi DNA – czytelnik też może się tego domyślać, zakładać takie podobieństwa z naszym światem, ale tego nie wie. Jeśli mu teraz zacznę tłumaczyć, że subreny są haploidalne, to się zupełnie pogubi. Dlatego przyjąłem strategię odwrotną – nie wyjaśniam – pokazać, nazwać, skategoryzować – ale nie próbuję narzucić zrozumienia, bo ten świat jest zbyt odmienny, by go zrozumieć po paru stronach.

Zarozumialstwo?

Pewnie tak.

Bardzo Jimowe. Cóż zrobić :)

 

Dziękuję za zajmującą lekturę i pozdrawiam!

 

A ja dziękuję za odczytanie i jakże miły komentarz! Zapraszam ponownie, gdyby Ci coś jeszcze na myśl przyszło :)

 

 

entropia nigdy nie maleje

Adek_W

Dziękuję za odwiedziny i sprawdzenie się (jak najlepsze) w roli myszy laboratoryjnej – wręcz myszy bojowej!

 

Mam wrażenie, że fabułę wymyślałeś na bieżąco, podczas pisania. Chaos jest słowem, które jakoś mi towarzyszy po lekturze.

 

O dziwo – nie. Fabułę wymyśliłem przed napisaniem, świat również, prawdę mówiąc wręcz tutaj się zachowałem bardzo podstępnie – bo utwór się dzieje w tym samym świecie co i poprzedni (ten miesiącami betowany), i to nawet równolegle do niego (ten sam czas, nieco inne miejsce, choć wydarzenia obydwu są powiązane) – ale celowo o tym nie napisałem we wstępie, bo jednym z pytań eksperymentu – który sobie tu założyłem – było: czy “To tylko…” może się sprawdzić (i jest zrozumiałe) jako utwór samodzielny, niezależny. Fabuła powstała wcześniej, ale sama narracja – rzeczywiście powstawała niejako z marszu – na początku napisałem tylko zakończenie, potem początek i całą resztę. Ostatecznie jeszcze po zakończeniu – by dłużej wybrzmiało – wrzuciłem powtórkę z początku.

Twoje uwagi są w tym świetle bardzo cenne – bo choć wykastrowałem ten utwór mocno ze słownictwa używanego w poprzednim, to jednak nadmiar neologizmów wciąż przytłacza.

 

Używasz wielu nazw, które totalnie nic mi nie mówią. Nigdzie ich nie wyjaśniasz, niewiele opisujesz…

 

To prawda. W “Tańcu miłości i pogardy” (tym długo betowanym opowiadaniu) też ich nie wyjaśniam. Czy to dlatego, że jestem względem czytelnika wredny? Chyba nie do końca. Raczej: chciałbym być zrozumiany – to oczywiste – staram się pisać prosto jak się da, celowo niczego nie zaciemniam – nad zrozumiałość stawiam jednak uczciwość i zwięzłość. Liczę, że czytelnik przymknie oko na niezrozumienie, lub zrozumie w swój sposób – nawet błędny – ale nie zostanie przeze mnie celowo oszukany. Bo gdybym na przykład konsekwentnie używał zamiast nazwy “nawirena” – “arcykapłanka” (parę razy tak robię, pisząc o Rodiuris “arcykapłanka”) – czułbym się jak oszust.

Arcykapłanka zamyka nam znaczenie i bardzo uściśla – wyraz obcy

Jeszcze gorzej jest z subreną. O ile “arcykapłanka” oddaje w miarę dobrze główną treść tego o co chodzi w byciu nawireną (choć może lepsze by było “papieżyca” lub “matriarcha”), to dla subreny nie ma pojedynczego słowa, które by mogło w przybliżeniu je zastąpić (pewnie najbliższe byłoby ”robotnica” – ale wtedy bałbym się, że ludzie zaczną je na przykład uważać za proletariuszki, “podwładna”? jeszcze gorzej)

 

 

Gdy Noktis wytężyła wzrok i przyjrzała się cieniom bliżej, wyłowiła z tego chaosu kilkanaście dyrod z przybocznymi, norody w szatach kapłańskich i zbrojach i ogromną liczbę uzbrojonych po zęby subren.

Czy tu:

– Półtorej heptyny temu.

Ta heptyna pada kilka razy i nie daje mi spokoju, ile to jest w końcu.

 

Czy gdybym napisał, że heptyna to jedna siódma iméry, czyli pory dziennej i w zależności od pory roku trwa, używając ziemskich miar – od około czterdziestu do dziewięćdziesięciu minut – w czymkolwiek by to pomogło? Nie wiem, może powinienem. Może powinienem wymienić heptynę na godzinę – zrozumiałą bez tłumaczenia, a mniej więcej odpowiadającą jej długości. Ale znów – czułbym się jak oszust. Godzina ma stałą długość. Heptyna nie.

 

 

– Gdzie zniknęła twoja przyboczna?

No właśnie, gdzie? Bo albo coś mi umknęło, albo nigdzie nie było o niej słowa. Przyznaję, że mogłem pogubić się w mnogości nazw.

To już pewnie jakiś rodzaj mojej zarozumiałości, ale uznałem, że nie muszę czytelnika za rączkę prowadzić od zdarzenia do zdarzenia i wszystko mu pokazywać. Lacrimosis potrzebowała przekazać wiadomość do konspiratorek. Zrobiła to za pomocą przybocznej. Dlatego na jakiś czas ta ostatnia musiała zniknąć.

 

Noktis uderzyła mocniej płetwami i wysforowała się naprzód. Mijając Lacrimosis powiedziała:

– Przejmą go po drodze. Nic na tym nie zyskasz. Ani ich nie zabijesz, ani nie uratujesz Klejnotu.

– Stój! Gdzie płyniesz?

– Nie chcę w tym uczestniczyć. To jest idiotyzm. Znajdę inny sposób by się zemścić.

– Poczekaj! Jest jeszcze jedna rzecz, której ci nie powiedziałam.

Lacrimosis jest wolna, do czego właściwie potrzebna jej tutaj (nie)Noktis? Równie dobrze mogła powiedzieć “nara, trzym się, dzięki za wyzwolenie!”.

Lacrimosis do końca nie ufa (nie)Noktis. Pewnie gdyby ta rzeczywiście się chciała oddalić, użyła by wszelkich środków by ją zatrzymać – ale nie chce robić tego przemocą, bo widziała, jak (nie)Noktis walczy.

 

 

Czym jest Dormendora i czym jest Bellijka? Bo bohaterka mówi do (nie)Noktis, ale te zamienne i niewyjaśnione nazwy potęgują bałagan w tekście.

To akurat wytłumaczyłem – chyba jako jedyną rzecz – w drugim akapicie po pierwszych gwiazdkach jest dość dokładne wyjaśnienie kim są (a kim nie są) Dormendory:

(…)Dormendory były dużo więcej niż katami. Były kapłankami tortur. Arcydawczyniami cierpienia. Artystkami bólu. Rzadko coś mówiły. Dokręcały albo odkręcały śruby maszyn. Zadawanie pytań zostawiały innym mistrzyniom. Inkwizytorkom.

Bellis i Arkadis to dwa narody biorące udział w konflikcie – piszę o tym w następnym akapicie.

Starałem się nie używać tych zastępczych określeń – może rzeczywiście było to błędem i powinienem konsekwentnie o Noktis pisać Noktis, a o Lacrimosis – Lacrimosis. Niestety pokutują we mnie jakieś jeszcze szkolne głupoty, że nie powinno się powtarzać tych samych wyrazów, bo styl na tym cierpi. Ma to pewnie sens w wypracowaniach i rozprawkach, nie najgłupsze to w prozie niefantastycznej – ale tu chyba masz rację, że było strzałem samemu sobie w stopę.

 

Karseny to inaczej subreny? Czy karseny to resztka oddziału gwardii Rodiuris, a subreny to coś zupełnie innego?

Nie. Nie wdając się w szczegóły – subreny są terminem ogólniejszym. Karseny to w pewien szczególny sposób uzbrojone i wyszkolone subreny – ale myślę, że wiedza o tym jak, gdzie i po co są szkolone (a jak są uzbrojone odrobinę opisałem) – nie jest potrzebna do zrozumienia opowiadania.

 

 

Miała wrażenie, jakby jej dusza zanurzyła się we wrzątku.

Poetycko, aczkolwiek troszkę niezrozumiale, bo nijak mi się do tego odnieść.

Wiem. Zaryzykowałem, że jednak ktoś coś sobie fizycznego za pomocą tej metafory wyobrazi. Skoro dusze ludzkie mogą się w piekle smażyć w kotłach pełnych smoły, to czemu nie gotować we wrzątku? No cóż – nie zagrało. Ale może inni coś poczują? Zakładam, że nie muszę każdym zdaniem trafiać do każdego.

 

– Prościej cię zabić puki jesteś związana.

 Literówka, tak na koniec.

 

Raczej ortograf niż literówka :) Dzięki! Już poprawiam!

 

Walki bardzo szybkie, chaotyczne, bez, mam wrażenie, żadnego porządku. Może to i dobrze, walka pewnie tak właśnie wygląda. Ale czyta się to ciężko.

 

Miałem nadzieję, że mimo chaosu będzie się czytało dobrze. Cóż, muszę popracować nad scenami walk. Dzięki za uwagę!

 

Trudno przejąć się losami protagonistki, choć to, co przechodzi, jest bez wątpienia straszne. Nie mam jednak pojęcia, kim jest nasza bohaterka, kto ją pojmał i czy jest przetrzymywana w jakimś większym celu, czy tylko po to, żeby wyznała/pokazała, gdzie jest klejnot? Rozumiem, że gdzieś tam w tle toczy się wojna, ale kto z kim walczy i z jakiego powodu? Odpowiedzi na te pytania mogłyby nadać opowieści głębi i atrakcyjności.

 

Hmmm… jeśli kusi Cię by uzyskać szersze tło, to przeczytaj mój “Taniec…” – ale uprzedzam – tam słów przeze mnie wymyślonych jest jeszcze więcej i tak jak tu – ich nie tłumaczę. Tu też wyrzuciłem czyimi córkami są Lacrimosis i Athoosis (Legatisy Schylosis, która jest tylko wspomniana w tym drugim opowiadaniu) – bo to i tak by nic nikomu nie powiedziało. Znów wychodzę z założenia – nie trzeba znać całości tego świata, jego głębi, relacji w nim – by zrozumieć samą historię.

Być może to założenie jest błędne – ale po to właśnie tekst wrzuciłem – by się dowiedzieć.

 

Twist końcowy… Gdyby Lacrimosis pozwoliła swojej wyzwolicielce odejść i “mścić się” na własny sposób, zamiast usilnie zatrzymywać ją przy sobie, cały plan spaliłby na panewce, zgadza się? Czy gdzieś w moim rozumowaniu jest błąd?

Nie, nie ma błędu. Tak naprawdę (nie)Noktis ani na chwilę nie chciała odpłynąć od Lacrimosis – był to rodzaj gry, ryzykownej gry, by uzyskać od niej więcej informacji.

 

 

Odpowiadając na Twoje pytanie z przedmowy: tak, warto betować, choćby i trzy miesiące (jeśli betujący dają radę). 

Dzięki za odopowiedź. Jeszcze raz zachęcam (ale nie jakoś bardzo – aż takim sadystą nie jestem) – do przeczytania tego zbetowanego tekstu :)

 

Jeszcze raz dziękuję za wszystkie uwagi, bardzo wiele się dzięki nim dowiedziałem, wszystkie były treściwe i bardzo cenne. Uczyniłeś mi wielką przysługę (i przyjemność) swoimi szczegółowymi uwagami, Adku_W, mam nadzieję, że eksperyment nie był dla Ciebie zbyt uciążliwy. Na stronie są na pewno jakieś ciastka – można się nimi poczęstować dla osłodzenia losu obiektu doświadczalnego ;-)

 

 

 

Pozdrawiam serdecznie!

entropia nigdy nie maleje

I potem boczki rosną! ;-)

 

entropia nigdy nie maleje

bruce

 

A skąd wiesz? Masz jakieś dojścia do żurków? ;-)

entropia nigdy nie maleje

Cieszę się, że dałem do myślenia.

To wszystko co piszesz to oczywiście prawda.

Mam nadzieję tylko, że tekst nie zostanie przez jury zdyskwalifikowany jako publicystyczny.

 

Pozdrawiam ponownie, bo pozdrowionek nigdy za wiele! :)

entropia nigdy nie maleje

 

bjkp­srz

Dzięki za odwiedziny, lekturę i cenne uwagi!

Kłótnię sąsiadek już usunąłem. W połowie :)

Co do odniesienia – rzeczywiście, jest ono aż bijące po oczach, ale zrobiłem tak specjalnie bo nieraz miałem tu informację zwrotną, że moje odniesienia są zbyt subtelne – więc teraz – programowo – walę w oczy dosłownymi cytatami, konstrukcjami itp. – a i tak, jak się okazuje, duża część “smaczków” jakie wplatam w teksty pozostaje niezauważona (np Taniec Miłości i Pogardy aż od nich tętni, a jak dotąd nikt ich wszystkich nie wskazał, nie mówiąc już o wcześniejszych moich tekstach, gdzie niektóre nawiązania ukryłem dość głęboko).

Ale jeśli to będzie więcej osób razić w oczy, to oczywiście trochę to stonuję – trochę się głupio czuję tak waląc czytelnika między oczy i prowadząc go za rączkę.

 

Fajna lek­tu­ra (po­cząt­ko­wo chcia­łem użyć okre­śle­nia “przy­jem­na”, ale uzna­łem je za nie­sto­sow­ne w od­nie­sie­niu do opo­wia­da­nia za­wie­ra­ją­ce­go opisy tor­tur i pod­rzy­na­nie gar­deł).

Pod­czas czy­ta­nia rzu­ci­ło się w oczy tro­chę błę­dów– li­te­rów­ki, cza­sem nad­miar prze­cin­ków i kilka in­nych uchy­bień. Nie po­dej­mę się jed­nak przy­ta­cza­nia kon­kret­nych przy­kła­dów, po­nie­waż na pewno ktoś bar­dziej do­świad­czo­ny w ob­co­wa­niu z tego typu tek­sta­mi zrobi to le­piej, bar­dziej me­ry­to­rycz­nie. Moją uwagę zwró­cił na­to­miast jeden frag­ment:

– Je­dy­nie w tak spa­czo­nym umy­śle jak twój można tego nie do­strze­gać! Zmu­si­łaś jedną z moich sio­strze­nic, by zja­dła oczy dru­giej!

– Co?! Kto ci ta­kich bzdur na­opo­wia­dał?

Bruce

Cała przy­jem­ność z Twoich odwiedzin jest zawsze po mojej stro­nie. Jestem w stanie się o to pojedynkować ;-)

 

Po­zdra­wiam. :)

entropia nigdy nie maleje

Dzięki Bruce, za Twój komentarz i łapankę (już poprawione – oczywiście – powinno być jak piszesz).

Cieszę się, że udało mi się wywrzeć wrażenie.

Również pozdrawiam!

 

entropia nigdy nie maleje

Piękny wiersz i piękny obrazek Silvy :)

Heh dopiero co przed chwilą gadałem z kimś o kotach :D

Bruce – jeszcze raz – zło bije z Twojego wiersza… ale to takie dobre zło ;-)

entropia nigdy nie maleje

Masz rację, ona jest szalona ;-)

 

Miło, że wpadłeś, że przeczytałeś i skomentowałeś :)

 

Kolejna, i ostatnia niespodziewana rzecz to zdrada. Tryton z głową Auroris szczególnie wbił mi się w pamięć. 

Cieszę się :)

 

Kolejna, i ostatnia niespodziewana rzecz to zdrada. Tryton z głową Auroris szczególnie wbił mi się w pamięć. 

Cieszę się, że cokolwiek z tekstu w pamięć zapada :)

 

 

Tatuaży niby nie lubię (nie pytajcie dlaczego, długa historia) – ale dla tych co lubią:

 

 

Pozdrawiam!

entropia nigdy nie maleje

Drakaino

Konsonantyzm, konsonantyzmem – zapomniałaś w nicku nowego kolegi  spółgłoski “s” – powinno być Bjkpsrzu a nie Bjkprzu :) Ładnie to tak? Wstydź się! ;-)

entropia nigdy nie maleje

 

Amonie, ja byłem pierwszy w tej niechlubnej konkurencji:

 

Tu chyba będzie więcej tekstów autobiograficznych, ale ten raz, że jest wierszem, dwa, że mówi o źle, z którym każdy z nas walczy!

 

Nie tylko wczesna pora, ale zasugerowałeś się też mną ;P

:D

entropia nigdy nie maleje

Dra­ka­ino – powinnaś jego numer zmienić na 22, ponoć niektórym osobom trzynastka się źle kojarzy, a paragraf 22 – to same dobre skojarzenia, prawda? ;-)

 

entropia nigdy nie maleje

Haahahahahaha

Zło absolutne, totalne i najbardziej znienawidzone! ;-)

Tu chyba będzie więcej tekstów autobiograficznych, ale ten raz, że jest wierszem, dwa, że mówi o źle,  z którym każdy z nas walczy!

entropia nigdy nie maleje

Zabrakło miodu :)

Heh i po tej powodzi pochwał to wyjdę na skrajnego malkontenta jeśli napiszę, że mnie nie porwało i ogólnie zabrakło paru elementów, bym uznał to opowiadanie za dobre. Tym bardziej to jest rozczarowujące, że zabrakło tak mało.

Ale zacznę od pozytywów:

rzeczywiście jestem wygłodniały sci-fi z prawdziwego zdarzenia, a ten utwór ma takie cechy, by można go uznać za solidne SF, mimo pewnych nielogiczności.

jako całość jest przemyślany, stanowi zamkniętą całość mimo otwartego zakończenia (otwarte zakończenia lubię)

ma bardzo przyjemny styl z pogranicza dokumentu / relacji / reportażu – na duży plus

Co do minusów – trochę jednak z tą biologią nie do końca.

Przykładowo – alkohol – w niczym by nie pomógł w ostatecznym rachunku kalorycznym, a wręcz przeciwnie – zaszkodziłby. Mimo, że alkohole mają dużo kalorii (w sensie ciepła spalania), to te kalorie są puste bo nie są one podane w przyswajalnej dla organizmu formie – cukrów, tłuszczy, ostatecznie białek – co więcej, szlak metaboliczny alkoholu jest kosztowny – energetycznie kosztowny, zużywa z organizmu wodę i kalorie (to dlatego mamy kaca – w uproszczeniu – umieramy z pragnienia) – więc daje efekt odwrotny od zamierzonego.

Podobnie ogórki nie są dobrym źródłem jeśli chodzi o kalorie.

Wypuszczenie królików do tego ekosystemu może spowodować jeszcze większe straty niż szarańcza.

Skoro to potomkinie zdziczałych pszczół to by wypadało, że tworzą wosk i miód.

Ewolucja – nawet u owadów – nie zachodzi aż tak szybko – kilkadziesiąt lat to ciut za mało, by zaszły aż takie zmiany.

To nie wirusy.

I tak dalej – nie chce mi się tego wszystkiego wymieniać.

 

Bardziej mi przeszkadzało co innego:

Bohaterowie wydali mi się straaaaasznie papierowi, opowiadanie było stosunkowo niedługie, a jedyną emocją jaką poczułem w czasie czytania była… nuda. Ja wiem, że to moje zboczenie, ale po prostu nie lubię gdy bohaterowie są tylko jakimiś etykietkami do zrobienia czegoś albo do powiedzenia jakichś kwestii. Żadna z tych postaci nawet na chwilę nie zajęła mojej uwagi. Jedyny moment, gdy mogła się pojawić jakaś emocja (rozstanie z żoną) – opisałaś niestety tak skrótowo i po macoszemu, że niestety nie było szansy, bym cokolwiek poczuł (kto wie, może to problem ze mną, brak empatii?)

Przypomina mi się takie stwierdzenie, które kiedyś czytałem o jakimś dziele SF – najbardziej żywymi i interesującymi postaciami są tu komputery ;-)

 

Ale, ale, ale… mimo, że taki ze mnie malkontent – to uważam, że opowiadanie było potrzebne – choć trochę się zmęczyłem i wynudziłem lekturą – podobała mi się konstrukcja całości – i naprawdę czułem cały czas, że tak niewiele brakuje, żeby to było naprawdę “coś” – brakowało tego co już wspomniałem – pełnokrwistych postaci, emocji, może jakiegoś konfliktu (sygnalizowałaś parę, ale na zasadzie pokazywania przez szybkę).

 

Pozdrawiam i powodzenia!

entropia nigdy nie maleje

Doprawdy, zaczynam mieć wrażenie, że im bardziej na kolanie piszę dane opko, tym mniej z nim jest kłopotów ;)

 

Prawdę mówiąc – programowo – czegoś takiego chcę spróbować. I zobaczyć co wyjdzie. Bo jeśli będzie niewiele gorsze (albo dajcie bogowie – lepsze!) od męczonej trzy miesiące bety – to po co przepłacać? ;-)

 

Oui! A raczej to coś lovecraftowskiego, co owładnęło Prusakami zaatakowało twierdzę bogów równolegle.

Smaczne ;-) <oblizuje palce>

 

entropia nigdy nie maleje

 

 

Asy­lum

 

Po­zy­cji Nono nie da­ło­by rady oddać w tek­ście, po­nie­waż to jej po­spiesz­ny zapis. My­śla­łam o tym, jak to prze­my­cić, bo struk­tu­ra – ważna, ale każdy zda­wał mi się od czapy, bo nie­re­al­ny. Jak tu się za­sta­na­wiać/wspo­mi­nać/wy­ja­śniać  (komu?) hi­sto­rię nad­den, gdy pi­sa­ła ją dla pod­mor­skich kró­lestw.

 

 

Tak. Poddałem się z tym. Można trochę przekłamać, by lepiej opowiedzieć historię. Pamiętacie tę wersję, gdy bardziej oddałem tę intelektualną ułomność subren – Nono pisała wtedy w sposób zbyt denerwujący, zbyt infantylny, zbyt urągający inteligencji czytelnika.

Myślę, że dobrze, że z tego zrezygnowałem, że zawróciłem z tej drogi.

 

Irka_Luz

Cieszę się, że tak utwór odczytałaś!

Zaczynałem już wątpić… a nawet podejrzewać, że jestem kosmitą i nie potrafię zupełnie oddać tego co bym chciał.

Dziewczyny zwracały uwagę w czasie bety – że Emet jest za bardzo w cieniu. Mnie też uwierało, że nie miałem miejsca i sposobności by bardziej pokazać jego myśli i motywacje. Ale po Twoim komentarzu widzę, że niepotrzebnie – pięknie uchwyciłaś jego psychikę.

Prawdę mówiąc – w becie dziewczyny się pokłóciły o tę psychologię moich postaci, z jednej strony As Y-Lum98Anet:

(…) Pewnie, że Anet ma trochę racji, zwłaszcza gdy “wyjechałeś” z tym ukochanym i zazdrością o siostrę wprowadzając kolejny motyw. Od razu mi się najlepsze Harlekiny przypomniały (…)

 

Członkowie ich społeczności, żołnierze umierają, a one pyrlają o zakochaniu. Oj, nie chciałabym służyć pod takim głupim dowódcą ani chwili.

 

z drugiej Monique.M:

Mnie akurat wątek miłosny o tyle się podoba, że wprowadza różne emocje (nie tyle miłość, której tu jednak nie czuję, ale zazdrość, złość, nieufność), jest pożywką do niesnasek, a to właśnie jest ciekawe. Gdyby rzeczywiście zachowywały się logicznie i odsunęły na bok swoje emocje dla dobra swoich poddanych (zresztą dla mnie jednak po części to robią), były by robotami bez emocji

Ja sam broniłem moich postaci, że mogą zachowywać się nielogicznie, egoistycznie, czy nawet debilnie. Że mogą być naiwne, mieć błędne wyobrażenia, wierzyć w mrzonki. Może w utworze niezbyt podkreśliłem młodość całej trójki – zarówno Emeta jak i Auroris i Koralis – ale po sobie samym wiem, że nawet pan w statecznym wieku potrafi się nieraz zachować jak niedojrzały smarkacz, że potrafimy żywić nadzieje zupełnie płonne i zaklinać rzeczywistość myśleniem życzeniowym.

Świetnie uchwyciłaś rys psychologiczny każdej z postaci, a tu:

Najciekawiej wypada Koralis. Ta jest rzeczywiście wierząca i – choć jest też uczoną – to w swojej wierze jest piekielnie naiwna, gdy myśli, że odnalezienie jkiś starych tekstów cokolwiek zmieni.

pada w Twoim komentarzu zdanie, pod którym autor tego utworu by się czterema kopytami podpisał.

 

Cieszę się, że mimo, że tak dobrze rozpracowałaś psychikę moich bohaterów, to jednak udało mi się czymś zaskoczyć :)

Opowiadanie miało być wieloaspektowe i mimo, że ściąłem większość aspektów, uprościłem itp. – to cieszę się, że przynajmniej wyraźne pozostały te postawy – o których wspominasz. Tu każdy z bohaterów ma własną wizję i walczy o swoje… i każdy – w ten czy ów sposób przegrywa, bo te wizje są nierealne, naiwne, uproszczone…

 

Moment triumfu Emeta jakoś tak nie wybrzmiał, choć może i nie miał wybrzmieć – taki triumf, jaki bohater ;)

:)

 

 

Dziękuję za odwiedziny i za nadmiarowego kliczka ;-)

entropia nigdy nie maleje

Na początek mikrołapaneczka:

 

Nadal nie zadał jej innego pytanie poza „kim jesteś?”

powinno być:

Nadal nie zadał jej innego pytania poza „kim jesteś?”

 

– Kiara – powiedział. – Masz na imię Kiara.

 

A to nie powinna być Kára a nie Kiara?

 

Plastyczne, zmysłowe, uwodzicielskie. Baśń odkrywa przed nami światy stracone, zniszczone, zbrukane – ale piękne. Nie zostawia jednak czytelnika z tym obrazem zgliszcz, z popiołów powstaje feniks nadziei, walkiria odzyska swoje skrzydła a świat – swój spokój. Udowadniasz, że z narracją nie trzeba się spieszyć, a w krótkim tekście – można zawrzeć bardzo dużo.

 

Polecę polecić do biblioteki :)

entropia nigdy nie maleje

Silva

A poza tym to: panie i pa­no­wie – z dniem dzi­siej­szym ogła­szam roz­po­czę­cie na­bo­ru tek­stów kon­kur­so­wych!

 

Zabrzmiało groźnie :)

entropia nigdy nie maleje

Ładna bajka. Mi w odróżnieniu od Asylum – pomysł ze streszczeniem w pierwszym akapicie się podobał. Czasem, gdy nie jesteśmy zaskakiwani – możemy się skupić na innych elementach. I tak było również tu. Z początku bajka zbytnio mi się nie podobała, ale piękniała z każdą linijką.

Myślę, że końcówkę można by jednak trochę podkręcić, by ładniej wybrzmiewała.

Postaci rzeczywiście papierowe – ale przecież to bajka. Mogą być stereotypowe.

Aha – i co z Agnes? ;)

entropia nigdy nie maleje

Właśnie zaczynało mi się podobać jak się skończyło ;-)

 

SaraWinter

Świnki śliczne-orgazmiczne.

 

Chalbarczyk

Cóż mogę napisać więcej niż przedpiścy? Obrazek ładny. Rogale pyszne. Opisy cudne. Tylko nie za bardzo do mnie dotarło po co to wszystko. Z jednej strony zabrakło mi trochę Rusi Pięknej – tak jak chciałaby Ambush – a z drugiej ten świat podniebny, niebiański, te zmagania aniołów z demonami ledwo się zaczęły zaraz się skończyły. Brakło też rozwinięcia wątków w stylu zbieżności imion Święty Michał – Misza itp.

Mimo to, uważam, że obrazek wpisuje się w konkurs. Choć to jest kolejny tekst, którego bym nie nazwał opowiadaniem, to przecież jurorzy zaznaczyli, że to nie muszą być opowiadania.

Traktuję więc jak literacki malunek, pozdrawiam i życzę powodzenia!

 

entropia nigdy nie maleje

Dzięki, Oluta, za odczytanie :)

Myślę, teraz tak z perspektywy czasu, że trochę się pospieszyłem z tym opowiadaniem, trzeba było popracować nad jego większą przystępnością i zarazem nad zrozumiałością tekstów okalających.

Cieszę się, że słowotwórstwo się podobało.

Pozdrawiam :)

entropia nigdy nie maleje

Jak dla mnie to ciekawy eksperyment literacki, podobnie jak ostatni tekst Tarniny, gdzie zamiast opowiadania dała nam zapis korespondencji z klientem.

Myślę, że od jurorów zależeć będzie, czy to się łapie, czy nie w reguły konkursowe. Gdzieś mi mignęło, że mogą być opisy światów, ich atlasy, czy kompendia wiedzy – wydaje mi się, że i ten tekst wpisuje się w takie rozszerzone kryteria konkursowe.

Choć pewnie – tak jak przedpiścy – wolałbym przeczytać historię – to jednak kreacja jest jak najbardziej ciekawa.

I dodatkowe propsy za tytuł :D

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie!

 

entropia nigdy nie maleje

Bruce

 

Gdy pisałaś swój komentarz, ja pisałem swój :)

Ale nie mógłbym Cię oczywiście pominąć, tak jak Ty nie pominęłaś jednego z najważniejszych aspektów mojego opowiadania:

przedstawia ludzką naturę, odzierając ją ze wszystkich szat, zasłon, woalek, peruk czy zbroi: zdradziecką, niegodną, plugawą, ohydną, podstępną, złą. Wokół zdarzeń, jakie opisujesz barwnie, fantastycznie, wręcz baśniowo, rozgrywają się prawdziwe dramaty bohaterów, które nie są niestety obce żadnemu człowiekowi.

Miałem nadzieję, że pisząc o tych obcych istotach – naddenach, czy też jak wolicie syrenach (choć nie całkiem lubię to określenie, bo pierwotnie syreny były to pół-kobiety pół-ptaki, w polskim chyba brakuje słowa podobnego do angielskiego mermaid – jeśli takowe istnieje, chętnie się o nim dowiem), pokażę coś, co nam, ludziom, nie będzie obce.

 

Zamieszczona powyżej w komentarzach grafika dodaje opowiadaniu blasku, doskonale je wzbogacając, oczywiście, lecz Twoje obszerne opisy mogłoby posłużyć za całe arcydzieło filmowe! Wyobrażam sobie film, stworzony z potężnym rozmachem i inspirowany “Tańcem miłości i pogardy”. :)

 

Heh. Na wręczeniu Oskarów, nie zapomnę wspomnieć, że to przepowiedziałaś ;-)

 

 

Ponowne brawa za niekończącą się nigdy i nigdzie wyobraźnię, Jimie. :)

 

Dzięki :)

Pozdrawiam. :)

 

A skoro lubisz moje grafiki, to jeszcze jedna:

 

 

 

entropia nigdy nie maleje

Asylum

Obcych, dziwnych zwrotów nie jest za wiele.

Piszesz tak, bo masz skalę porównawczą i wiesz ile ich było z początku :D

Tym, którzy przyszli już po becie, trudno uwierzyć, że ja serio się ograniczałem.

 

Pewnie, że mogłeś ze dwóch rzeczy nie odpuścić, gdy pojawiły się niespodziewanie uwolnione znaki. Dla mnie, są nimi: poselstwo (obietnica pomocy i udzielenie jej); nierozjaśnienie kwestii wpływu wiary – pierwej zapisany dialog zdawał mi się mocniejszy, ale mogę się mylić przez efekt pierwszeństwa i niedostępność do – w tym momencie – pierwotnego tekstu. 

 

Poniekąd masz rację. Ale jedynie poniekąd. Ta obietnica pomocy od dwóch potężnych sojuszników, rozbudzenie nadziei i potem – zawiedzenie ich – miało swój sens i wplatało się mocno w to, o czym chciałem napisać. Ale zarazem – było dodatkowym wątkiem, dodatkową ścieżką, którą by można pójść. Owszem, było to dla mnie ważne – ale nie oszukujmy się, nawet w wersji, którą czytałaś, było to potraktowane po macoszemu. I w sumie… jakie to miało znaczenie dla czytelnika? Co by czytelnik na tym zyskał, gdyby się dowiedział, że wojnę poprzedziły jeszcze zabiegi dyplomatyczne, że królestwo Arkadis uzyskało gwarancje i obietnice pomocy od potężnych cesarstw Algis i Sofis? W wersji tekstu, którą czytałaś było tylko wzmiankowane, że i tak te gwarancje pozostały tylko deklaracjami, Algisy i Sofisy nie kwapiły się do żadnych działan poza demonstracyjnymi – owszem, ogłosiły mobilizację i obsadziły graniczne twierdze – ale dla królestwa Arkadis niczego to nie przyniosło, poza tym, że poczuły się jeszcze bardziej – zdradzone i pozostawione samym sobie. Myślę, że dla zrozumienia tego konkretnego opowiadania to tło polityczne nie było konieczne. Może jedynie dałoby to więcej do atmosfery beznadziejności Arkadis.

Z opowiadania wykroiłem wiele, wiele więcej, wątków, postaci, świata – różnych rzeczy, co dla mnie osobiście były ważniejsze. Ale zmiana perspektywy na Nono – właśnie to wykrojenie miała ułatwiać. Trochę żałuję, że nie udało mi się oddać, jak duża jest różnica intelektualna, a raczej nie tyle różnica, a przepaść – pomiędzy Koralis a Nono.

 

nierozjaśnienie kwestii wpływu wiary

 

Cóż. Kwestie związane z wiarą w tym świecie są zbyt skomplikowane, by je rozjaśnić w tak krótkim tekście. Nawet, gdybym poświęcił całe 40k znaków na objaśnianie spraw związanych z wiarą – byłoby to mało. Wspominane są tylko boginie, i tylko trzy z nazwy. Ale naddeny miały też przecież bogów (przedstawianych trytonomorficznie), siły natury (amorficzne), ich ambiwalentny stosunek do denników też ma podłoże w wierze (wspomnę, nie wiem czy pamiętacie, jak w jednej z wersji, gdy to Koralis była narratorką, pokazałem reminiscencję z dziecinstwa, z momentu, gdy opiekunka wiedzie młode dyrody w ciemność, w głębinę, gdzie nie dociera już żaden promien światła – to wpłynięcie w mrok miało charakter inicjacji – żałuję, że tę scenę musiałem wykreślić, choć oczywiście – niczego ona dla fabuły nie wniosła).

Żałuję też, że wykreśliłem nieco scen, dotyczących poszukiwan samego grobowca, przepowiedni, pułapek i zrezygnowałem z bardziej rozbudowanej sceny w samym grobowcu, którą od dawna planowałem, ale miałem ją dopisać tylko, jeśli limit pozwoli – ale do tego jeszcze wrócę odpowiadając Silvanowi.

 

Cieszę się, że nie poszedłeś w YA.

Ja YA nie rozumiem :) Trochę chciałem w pewnym momencie skręcić w tę stronę – ale nie udałoby mi się. Też się cieszę, że nawet za bardzo nie próbowałem :)

 

 

 

 

Simeone – dzięki za przeczytanie. Przykro mi, że się nie spodobało. Cóż. Mogę powiedzieć, że nie zakładałem, że każdemu się spodoba, choć nie ukrywam, że spodziewałem się, że więcej osób będzie zadowolonych. Cieszę się, że mimo, że Ci się nie podobało, to jednak znalazłeś jakieś plusy tego tekstu.

Twoje uwagi są w gruncie zbieżne z wieloma spostrzeżeniami, jaki w czasie bety pisał mi Gekikara myślę, że mógłbyś ogólnie napisać “#teamGeki” ;-)

Tłumaczyłem już, dlaczego do rad Gekikary się nie zastosowałem – i tylko powtórzę – że może i opowiadanie byłoby od tego lepsze, ale na pewno już nie moje. Myślę jednak, że ze względu na wkład i wysiłek jaki Gekikara włożył w opowiadanie i jego korekty, pora napisać bardziej szczegółowo, jak utwór by wyglądał gdybym Gekikary i BasementKeya mocniej posłuchał:

 

  1. Opowiadanie zaczynałoby się od fałszywej wersji przepowiedni, z adnotatką jakiegoś naddenskiego kronikarza
  2. Od początku byłoby mocne wprowadzenie Nemezis jako bogini z przepowiedni
  3. Kamera na Nemezis. Opis mordowania przez nią trytonów po tancu godowym
  4. Plan zgładzenia Nemezis
  5. Wyprawa Koralis (* Auroris wylatuje, jako zbędna postać)
  6. Odkrycie ruin i prawdy o przepowiedni
  7. Zdrada Emeta

(to nie cytat, ale chłopaki bardzo zbliżony plan mi zaserwowali, niektóre wyrażenia przekleiłem)

 

Myślę, że takie przedstawienie tej opowieści rozwiązałoby wiele problemów o których pisałeś – z tempem, fabułą, logiką itp. – ale na pewno to już nie byłoby moje opowiadanie. A opowiadanie Gekikary i BasementKeya

 

Co do zarzutów szczegółowych, rozumiem, że tak to odebrałeś, ale śmiem się z nimi nie zgodzić:

 

Są również problemy z logiką. Dlaczego Koralis nie zapytała Auroris o list? Dlaczego Auroris nie powiedziała pozostałym o listach, które otrzymała od Raptis?

 

A czy głównodowodząca ma obowiązek spowiadania się z czegokolwiek podwładnym? Czy w ogóle powinna to robić? Owszem, my mamy jakieś zboczenie, że polityka powinna być przejrzysta, a wszystko powinno być jawne… ale to jest po prostu nasza wada narodowa. Z której się do dziś nie możemy uleczyć, mimo mijających stuleci. Od Zygmunta I Starego, który ku zgrozie swojej żony, deliberował z dworzanami i szlachtą publicznie o najtajniejszych sprawach królestwa, po dwudziestopierwszowiecznych bezmózgich ministrów niszczących nasz wywiad i kontrwywiad w imię dekomunizacji i działania naszego niesławnego IPN-u, w wyniku których ujawniono nazwiska i dane, nie tylko polskich agentów, ale również agentów CIA z ostatnich trzydziestu lat, współpracujących z polskimi służbami. To, że jesteśmy ślepi i głusi i nikt się z nami nie liczy – odbywa się na nasze własne życzenie. Nikt nie powierza dzieciom sekretów. Auroris wie, że zdrada się czai na każdym kroku. Po co ma zdrajcom cokolwiek ułatwiać?

 

No i czasami trochę brakuje didaskaliów, przez co trudno stwierdzić, co kto mówi.

 

Cóż. Didaskalia mocno wypadły w czasie cięć, ale w sumie nie przepadam za ich nadmiarem.

Są dwie szkoły pisania dialogu – w jednej jest dużo didaskaliów a czytelnik jest prowadzony za rączkę. W drugiej – didaskaliów jest mało, a wiele zostaje do domyślenia. Z reguły wybieram świadomie tę drugą. Każda z tych szkół oczywiście może się przerodzić w swoistą patologię – ta pierwsza skutkować, że w dialogu będą praktycznie same didaskalia, druga – przegięta – że będą tylko “gadające głowy”. W moim odczuciu nie doprowadzam jednak do sytuacji “gadających głów”. Ale i tu – mógłbyś sobie podać rękę z Gekim – ja po prostu prze-didaskaliowanych dialogów nie lubię. Staram się nie przeginać w drugą stronę. Mimo to, wezmę to pod uwagę przy następnych utworach. Postaram się zwrócić uwagę, by nie było gadającogłowomani ;-)

 

poczułem się po prostu zmęczony i ledwo doczytałem tekst do końca. Pomimo dobrych pomysłów, to opowiadanie nie spodobało mi się.

 

Przykro mi, że tak się stało i że tekst Cię wymęczył :(

 

Teraz tylko czekać na wersję reżyserką z usuniętymi scenami. ;p

 

Oj, nie wiem, czy taka wersja kiedykolwiek powstanie, ale szykuję już kolejne opowiadanie w tym świecie :)

 

 

Silvan

Nie będę próbować robił łapanek

:)

 

:D Śmiechłem trochę ;)

Dobrze, że udało się nieco zachować z humoru w tym opowiadaniu. Asylum ceniła różnego rodzaju wstawki z mniej lub bardziej zamaskowanym humorem. Niestety po cięciach zostało tego bardzo mało – zresztą, większość była i tak dość głęboko poukrywana, by nie burzyć klimatu opowiadania. Trochę chciałem bardziej miejscami iść w satyrę, nawet bardzo mocno, ale jednak z różnych względów (nie tylko przez limit) nie zdecydowałem się na ten zabieg.

 

 

błękitne słońca oko nie spoziera

Tego tyci nie rozumiem. Błękitnego słońca oko nie spoziera? Błękitnych słońc oko nie spoziera?

 

Licentia poetica ;-) A tak serio: słońce nie jest błękitne, ale obserwowane z pod wody takie się wydaje, do tego patrząc w górę wydaje się jakby okiem (to zależy od kąta padania promieni, ale uzyskuje bardziej kształt elipsoidalny niż okrągły)  – ale oczywiście to wszystko metafora, bo tak naprawdę Koralis nie pisze o słoneczku, tylko o oczach Emeta.

 

 

To rodzaj opowiadania, które trzeba przeczytać dwukrotnie. Dopiero za drugim razem można już zrozumieć większość pojęć. Przeczytam kiedyś, obiecuję ;)

Cieszę się :)

 

 

Końcówka powinna być bardziej rozwinięta względem początku. Podobała mi się przepowiednia, ruiny, odkrywanie tłumaczeń. Ale brakło mi tam czegoś więcej. Szczypty Indiany Jonesa. Pułapki. Klątwy. Zagrożenia. Trudności.

Wyrzuciłem nieco scen, zmierzających w tę stronę i zrezygnowałem z jednej – w sumie dość ważnej dla mnie osobiście – sceny w grobowcu, którą dopiero projektowałem.

 

Jakbym miał się czegoś jeszcze czepiać, to niektóre dialogi brzmią nieco sztucznie, nienaturalnie. Zakładam, że limit swoje zrobił.

 

Czasem jestem dobry w dialogach. Wydaje mi się, że zazwyczaj jestem w nich dobry. Ale gdy się spieszę lub ścinam, to potrafią one brzmieć bardzo drętwo. Muszę rozruszać bardziej ten mięsien dialogowy :)

 

 

Mam na to wszystko remedium.

Zrób po prostu z tego książkę, a ja to kupię :)

 

Zobaczę jakie będą opinie po następnym, prostszym opowiadaniu z tego świata. Jeśli rzeczywiście komuś się to spodoba – to napiszę – a potem zacznę szukać wydawcy :)

 

Absolutnie nie uważam, że nie wyszło. Bo całościowo wyszło bardzo dobrze. A mogło być genialnie. Piórkowo :) Ale to pewnie z 70k znaków ;)

 

Pewnie i tak by nie było :) Piórko mile połechtałoby pod pachami moją próżność, ale zarazem piórek się tu trochę boję, bo coś mi świta, że wtedy trzeba podawać ludziom swoje personalia czy coś… brrrr…

 

Cóż. Dochodzę do wniosku, że betowanie ma przynajmniej tyle wad, co zalet…

Oj, tak :)

 

Dzięki za przeczytanie i cieszę się, że Tobie tekst dostarczył przede wszystkim pozytywnych wrażen i że uznałeś go za dobry :)

 

 

 

Na pocieszenie, taka przerobiona przeze mnie grafika:

 

entropia nigdy nie maleje

Sztuczka z anegdoty 2 w wersji dla zaawansowanych: gramy jednocześnie z dwoma silniejszymi zawodnikami, przeciwnymi kolorami, i chodzimy zygzakiem między szachownicami, przy każdym ruchu kopiując poprzednie posunięcie przeciwnika z drugiej partii – połowa punktów gwarantowana (dwa remisy lub zwycięstwo i porażka). Dzisiaj już wszyscy w szachowym światku to znają, ale zdaje się, że dawniej wygrano tak kilka zakładów na spore sumy.

 

Aleksander Alechin też ponoć dał się “złapać” na ten sposób i wyszedł z podstępu obronną ręką. Było to już długo po tym, jak wygrał z Casablancą – na jakimś bankiecie, mocno zakrapianym (Alechin od trunków nie stronił), dwóch młodzików podeszło do niego i zaproponowało zakład, z równoczesną grą na dwóch szachownicach – tak jak opisałeś. Alechin zorientował się w podstępie i doprowadził do takiej sytuacji, że na jednej z plansz zwycięstwo wydawało się niemal pewne (a na drugiej, równie pewna przegrana). Natomiast Alechin z jakiegoś powodu nie wykorzystywał łatwego zwycięstwa. Wtedy jeden z przeciwników wyłamał się z powtarzania ruchów, przekonany, że sam jest w stanie doprowadzić do zwycięstwa. Mistrz tylko na to czekał. Wygrał obie partie.

 

Inna anegdota, tego typu, o francuskim aptekarzu Pierre Renaud, grającym z mistrzami korespondencyjnie:

 

https://cyfrowa.tvp.pl/video/parada-oszustow,odc-1-mistrz-zawsze-traci,40256564

 

W filmie zmieniono nazwiska szachistów:

 Aleksander Suliechin -> Aleksander Alechin

Doktor Grewe -> Dr Max Euwe

 

Jak widać Alechin był często bohaterem tych anegdot :)

entropia nigdy nie maleje

Prawdę mówiąc nie wiem, co mam rzec o tym tekście.

W dobrym guście i zgodne z savoir vivre’m byłyby jakieś dobre, ciepłe słowa na początek. Albo przynajmniej, że jak na debiut i tak dalej – jakieś bla bla bla. Wybacz proszę, ale tak nie potrafię.

Z pozytywów jest tu na pewno świat (i to w sumie nie jeden) i tajemnica / tajemnice. Więc hasło konkursowe na pewno zrealizowane. Jest tu też dużo informacji, w różny sposób podanych.

To co mi się nie podobało (z różnych przyczyn):

-postacie, które są, gadają, coś tam robią, ale tak naprawdę mnie nie obchodzą (kto wie, może to jakaś wada mojego postrzegania)

-wykłady zamiast dialogów

-infodumpy wszechogarniające

-dokąd to wszystko zmierza, czemu służy, po co zostało napisane?

Mam nadzieję, że kolejni czytacze znajdą tu coś fajnego dla siebie – bo trochę mi głupio, że wyskakuję z pierwszą opinią i na powitanie jest ona taka… no, co tu dużo kryć negatywna.

Pozostaje mi wierzyć, że Twoje kolejne teksty po prostu będą lepsze.

Pozdrawiam!

 

entropia nigdy nie maleje

Ktoś mi tu napisał (no dobra – tym ktosiem była Lana, ale nie tylko ona miała podobny pogląd ;-) ), że skracanie na siłę tekstu, który powinien mieć 60+k znaków, do 40k znaków to bardzo duży błąd ;-)

Aliqius – ktoś inny. Fajne dialogi. Nie wiem czemu przypomina mi to “Gwiazdy moje przeznaczenie” – jak mi starczy czasu i sił, to jeszcze tu wrócę z obszerniejszym komentarzem. Na razie zaznaczam tylko, że podobało się.

 

entropia nigdy nie maleje

Piękne.

Skoro się tak raczymy szachowymi anegdotami, to przypomniały mi się dwie:

-pierwsza o Paolo Boi, najlepszym włoskim szachiście XVI wieku.

W 1570 roku Paolo spotkał w Kalabrii, przed bramą kościoła Świętej Marii piękną, ciemnowłosą dziewczynę o przenikliwym spojrzeniu. Dziewczyna zaproponowała mu partię szachów.

Dziewczyna grała zadziwiająco dobrze, jednak z wielkim trudem w toku rozgrywki Paolo doprowadził do sytuacji, w której był o krok od mata – obwieścił tryumfalnie, że oto da go w dwóch ruchach.

Na to dziewczyna zaśmiała się i powiedziała:

– Lepiej popatrz dobrze na szachownicę!

Paolo spojrzał i zakrzyknął zdziwiony, bo oto jego biały hetman zmienił barwę na czarną!

Popatrzył jednak uważniej i uśmiechnął się:

– I tak dam Ci mata w dwóch ruchach!

 

Druga anegdota o Aleksandrze Alechinie, który pokonał Casablankę.

Początek podobny – też piękna brunetka (eh, te brunetki!) – jako, że włosy miała czarne, to zagrała z Alechinem czarnymi. Piękność powtarzała każdy ruch Alechina, a gdy ten ją zamatował, stwierdziła:

– Cóż to za zwycięstwo, skoro mogłabym cię zamatować w tym ruchu! Wygrałeś tylko, bo zaczynałeś pierwszy!

Alechin zaproponował jej zagranie białymi, ale odmówiła, mówiąc, że ten kolor bierek nie pasuje do jej koloru włosów.

Sytuacja się powtórzyła, ale tym razem Alechin zamatował ją przez… bicie w przelocie!

Piękność chciała powiedzieć to co poprzednio, ale oczywiście tym razem nie mogła :)

 

 

___________________________________________________________________

Wyjaśnienie dla nie znających reguł gry w szachy: nie mogła powtórzyć tego ruchu, bo bicie w przelocie można wykonać tylko bezpośrednio po ruchu pionkiem o dwa pola

entropia nigdy nie maleje

Och! Brawo ocha! :)

 

entropia nigdy nie maleje

Tak, LanaVallen, popełniłem błąd z tym opowiadaniem i to nie jeden, nie dwa. Próba wepchnięcia tego w ramy 40k znaków, pewnie była jednym z nich ale nie jedynym.

Jednak z pewnego punktu widzenia to zderzenie z publiką jest dla mnie swego rodzaju sukcesem. Nie przyzwyczajony jeszcze jestem do tak krótkiej pętli sprzężenia zwrotnego – to ciekawe doświadczenie. Utwór został źle przyjęty – owszem – ale uzyskałem interesujące komentarze do przyszłej walki. Od początku podkreślam, że swą bytność tu – zresztą jak całe życie – traktuję jako pewnego rodzaju jednorazowy eksperyment…

Jak pisała Szymborska:

 

Nic dwa razy się nie zda­rza

i nie zda­rzy. Z tej przy­czy­ny

 zro­dzi­li­śmy się bez wpra­wy

i po­mrze­my bez ru­ty­ny.

 

Może jednak masz rację, że przydałoby mi się nieco rutyny – kiedyś – pisałem dużo i szybko – teraz – zatrważająco mało i okropnie wolno. Powinienem wrócić do trzaskania tekstu za tekstem, do pisania praktycznie non stop – w każdej wolnej chwili – muszę tylko te wolne chwile sobie stworzyć / wygospodarować. Jak widać prozaikiem weekendowym jest być bez sensu, bo proza życia nawet weekendy potrafi zabrać.

 

Uparłeś się wcisnąć to opko w ten limit

Ano… uparłem się. Po troszę też – pewnie też nie miałem odwagi, po miesiącach bety powiedzieć, że tekstu się w taką formę i takie ograniczenia wcisnąć nie da, a przynajmniej ja zbyt cienki w uszach jestem i nie potrafię.

 

Jak napisałam – czasem trzeba odpuścić. W większości przypadków, gdy piszę na konkurs, najpierw mam inny pomysł, ale ja już wiem, że się nie uda, że będę musiała ciąć i szybko biec do końca. Bo widzę tę historię w głowie

 

W sumie – miałem podobnie – po stworzeniu w głowie tej historii, na ten konkurs miałem pomysł na rzecz dużo krótszą – ale nie starczyło na nią czasu. I chyba dobrze, bo patrząc wstecz, myślę, że była to historia niegodna uwagi.

 

Dobra, trochę się rozpisałam, ale nieraz podkreślałeś, że chcesz znać prawdę i tylko prawdę.

 

Tak i nadal to będę podkreślał. Nawet, jeśli mnie, jako twórcy może być w danym momencie przykro, że coś się nie przyjęło – czytaj “nie porwało” – to przecież płynie z tego dla mnie istotna nauka – więc pożytek dla mnie, z ostrzenia pióra – a i dla przyszłych czytelników, że jest szansa, że następnym razem przeczytają coś lepszego :) Więc jeszcze raz nawołuję: proszę o szczerą, jak najszczerszą i wręcz obcesową krytykę :)

 

Naprawdę musiało mnie coś ująć skoro się tak napociłam. Aż dziwne ;)

Cieszę się, że zatem coś Cię tutaj ujęło :) I to wcale nie dziwne, że się cieszę ;-)

 

 

entropia nigdy nie maleje

Zanaisie

Sorki za ostre pojazdy, ale to chyba jednak głównie względem samego siebie, więc to był taki auto-pojazd :) A porywanie się z motyką na słońce, to by mogło być moje drugie, indiańskie imię (pierwsze to Deszcz w Twarz czyli Ité Omáǧažu)

 

Pogubiłem się przy niektórych momentach. Uważałem, że mówimy o syrenach i podwodnym królestwie, a tu postacie spadają w przepaść, albo potrzebują sani, albo rozpalają ogień czy wspominają elektrownie.

Masz rację, rzecz zaczyna się w podwodnym świecie, ale ponieważ to są Tajemnice Światów, one szybko ten znany sobie, bezpieczny świat opuszczają, by stanąć oko w oko, z o wiele groźniejszym, światem lodowca. Pewnie nie dostatecznie to wyartykułowałem, że akcja nie toczy się cały czas pod wodą, że bohaterki wychodzą na lód i tam się dzieje znaczna część fabuły.

Myślę, że to wina małego limitu i braku objaśnień, ale chaos to chaos. 

Niestety, chaos to chaos, nie ma co na limit zwalać :(

 

Klikam za wykreowany świat, bo zdecydowanie się należy.

Dzięki za klika! A, że reszta kulała – chciałoby się rzecz – cóż, takie życie :(

 

 

regulatorzy

Jimie, proszę, nie sugeruj mi słów, których nie napisałam. (…) sama historia mnie nie uwiodła, to na pewno nie przyszło mi do głowy, by nazwać ją miałką.

Masz rację, niepotrzebnie w Twoje usta włożyłem coś, co z nich nie padło. Przepraszam za to.

Jestem po prostu mocno skupiony na skuteczności, użyteczności pewnych rozwiązań. Skoro męczyłem ten tekst przez trzy miesiące, przez dwa miesiące katowałem nim betujących (aż sześcioro!) – a mimo to, większość osób pisze, że nie porywa – znaczy, że coś poszło grubo nie tak. Może po prostu – nie powinienem betować i pisać szybciej. Może nie skupiać się aż tak na detalach, drobiazgach itp. Może lepiej na razie sobie odpuścić i nie próbować od razu rzucić czytelników na kolana, a po prostu opowiadać historie – prościej, szybciej, efektywniej? Bo jeśli taki jest mój rezultat wytężonej wielomiesięcznej pracy – że to nie porywa, nie uwodzi – to po co coś takiego w ogóle pisać? Nie, nie jestem osobą, która lubi pisać do szuflady. Piszę dla czytelników, albo wcale. To co piszę dla siebie samego – nigdy i nigdzie nie opublikuję. Jeśli więc tekst, pisany z założeniem, że ma być zrozumiały, przyswajalny, łatwy do czytania – znów trafia kulą w płot, odbiorców mija gdzieś bokiem, to znaczy, że robię coś grubo nie tak – i żadna beta mi w tym nie pomoże.

Dlatego Twoja i inne opinie tutaj są dla mnie bardzo cenne… choć wyciągam z nich więcej, niż napisaliście. Wiem, że tutaj wszyscy są grzeczni i uładzeni, rzadko walą prosto między oczy. A przekaz jest jasny: Jim, ogarnij się.

Owszem, co do tego opowiadania – “miałem prawo napisać je słowami, które uznałem za najwłaściwsze” – ale skoro, nie udało mi się, w trakcie, nauczyć odbiorcy tego języka na tyle, by go może nie w 100% rozumiał, ale przynajmniej niezrozumienie jakichś fragmentów ignorował – to jest o wiele ważniejszy zarzut, niż to, że gdzieś napisałem “unosząc do góry"

Co do jury – nie pisałem tego tekstu by konkurs wygrać (choć byłoby miło i połechtałoby to moje autorskie ego), ale by zderzyć me pióro z czytelnikiem. Liczę też na jurorskie komentarze, bo z reguły są one bardzo wnikliwe. Mając informację zwrotną, będę musiał ją przeanalizować – i pewnie, tak jak wspominał Gekikara – zniknąć na jakiś czas, przetrawić, opracować. Wydaje się to sensownym podejściem. Czy będzie efektywnym – czas pokaże – przed takim dłuższym zniknięciem na pewno chcę tu jeszcze skonfrontować z opinią czytelników, jakiś jeden, dwa czy może nawet trzy teksty – ale już tworzone na zupełnie innej zasadzie – w pośpiechu, z marszu – nie przez brak szacunku dla czytelnika, a przez to by dobrze zrozumieć, co właściwie dała mi ta beta i jak duża jest różnica między tekstem surowym, a ociosywanym miesiącami.

Dzięki jeszcze raz za bytność pod mym tekstem i przepraszam za tę “miałkość” :)

 

 

Na pocieszenie, dla tych, co tu zbłąkali i oczekiwali czegoś lepszego, taka Mała Syrenka:

Pozdrawiam!

 

 

 

 

entropia nigdy nie maleje

CM

Dzięki za odwiedziny :)

 

Regulatorzy

 

Mam nadzieję, że z tych dwoistych uczuć jednak te pozytywne zostaną dłużej zapamiętane niż liczne potknięcia, niedoróbki i ogólna miałkość. Za zmęczenie tańcem – przepraszam – na pocieszenie powiem, że w rzeczywistości tańczyć nie mogę, bom chory na nogę ;-) Hehe – więc męczę tańcem tylko wirtualnie.

Przykro mi czytać, że akcję śledziłaś z trudem i nie była Cię w stanie porwać. Albo – ogólnie – nie umiem pisać porywająco, albo tutaj – mi nie wyszło, albo może – tym razem – na linii autor-czytelnik nie doszło do należytego po-rywo-rozumienia – mam nadzieję, że w następnych moich tekstach odnajdziesz coś godnego uwagi.

W odróżnieniu od Ciebie, ja bardzo lubię tematy dotyczące wojny i religii

Cytując Edguya:

 Sex Fire Religion

 Visionary position

W sumie tak jak się głębiej zastanowić.. to chyba każdy mój utwór jest albo o religii, albo o wojnie, albo o seksie. A najczęściej o tym wszystkim na raz. Cóż… chyba już taki prymityw ze mnie i do końca życia się nie zmienię. Czytając Wojnę i Pokój wynudziłem się niezmiernie bo było za dużo Pokoju a za mało Wojny, a seksu już jak na lekarstwo. Poza tym nie daje mi spokoju co to znaczy w przypadku damy “się zdetonować” – wstyd pytać – ale zawsze przychodziło mi do głowy, że te detonujące damy miały pod krynolinami pas szahida, albo po prostu puszczały bardzo zabójcze wiatry – a pewnie (jak sądzę z kontekstu) – chodziło raczej, że ktoś “zdetonował” to znaczy, że powiedział coś głupiego, coś w złym tonie… Ale tego się już nigdy nie dowiem, chyba, że przyjdzie tu Drakaina, albo inna znawczyni tej przeklętej epoki i wyjaśni ;)

 

Z trudem śledziłam akcję, która, niestety, nie zdołała mnie porwać.

 

Najgorzej… Najgorzej…

Cóż mogę napisać więcej. Hmm… Przepraszam. Przykro mi, że przeczytałaś coś, co nie było tego warte.

 

mnogość wprowadzonych przez Ciebie terminów przytłoczyła mnie i skutecznie utrudniła lekturę

 

Jak odpowiadałem już wcześniej – nie byłem w stanie z nich zrezygnować… czułem wewnętrzny sprzeciw przed usuwaniem ich. Mam nadzieję, że przynajmniej część czytelników mi to wybaczy. Niestety, gdybym je uczynił “zrozumiałymi” przestałyby być zrozumiałe dla mnie. I poczułbym się jak zdrajca wobec własnego tekstu i własnego świata. Rozumiem, że to utrudnia. Było to zgłaszane podczas bety. Ale nie zamierzam tego korygować – już i tak tych terminów jest dużo mniej niż pierwotnie.

 

Drastyczne cięcia i upakowanie pomysłu w ograniczającym Cię limicie także, moim zdaniem, nie podniosło jakości tej historii.

Nie wiem, czy limit tu winien, czy moja nieumiejętność. Historia rzeczywiście jest upakowana, ale niektórzy skarżą się, że mimo to – nudna – a i Ty napisałaś, że Cię nie porwało. Gdyby to było dłuższe, mogłoby nadal nie porwać, a być jeszcze cięższe do przebrnięcia. Kto wie – może niepotrzebnie klnę na limit.

 

Mam nadzieję, Jimie, że podczas Tworzenia kolejnych opowiadań, Twojej wyobraźni nie będzie już ograniczał gorset limitu. ;)

 

Oj, to od razu bym tu wrzucił jakiś pięcioksiąg ;-)

A tak serio – tutejsze konkursy zawsze mają limity. A pisania tutaj czegoś nie-na-konkurs nie widzę sensu, bo zależy mi na dużej liczbie komentarzy / opinii.

 

Za wszystkie łapanki i poprawki – ślicznie dziękuję – zaraz zacznę je wprowadzać.

 

Cześć Oidrin!

 

Cieszę się, że znalazłaś chwilę, żeby napisać o Twoich – mieszanych – odczuciach.

 

Miło, że urzekłem wyobraźnią, soczystym przedstawieniem świata i szczegółowością, ale przykro mi, że i Ciebie podobnie jak Regulatorów nie porwała ta opowieść.

 

Oczywiście nie bierz tego za przytyk, ale sądzę, że gdyby nad paroma detalami się tu pochylić, wycisnąłbyś z tej dość krótkiej formy znacznie więcej. 

Nie biorę tego (czy czegokolwiek) inaczej, niż ktoś sobie życzy bym brał :) Więc – spokojna głowa. A gdybym przytyków się bał – po prostu bym tu niczego nie publikował. Skoro publikuję – to znaczy, że potrzebuję krytyki. Kto wie – może za jakiś czas zrobię w tych portalowych publikacjach przerwę i wrócę dopiero za czas jakiś, gdy uda mi się przetrawić i wdrożyć tutejszy feedback – ale z pewnością nie będzie to miało charakteru rage-quit’u. Moje ego, choć kruchutkie jednak zmuszane jest przez racjonalną część mej istoty do trzymania rozbuchanego narcyzmu i dramoróbstwa w jakotakich ryzach ;-)

 

 

Rzecz, która rozpraszała mnie najbardziej, to mnogość postaci, które przewijają się w tle i na pierwszym planie.

Postaram się w następnym tekście mocno ściąć tę mnogość. W tym już pozostanie tyle ile jest.

 

38k to mało i dużo znaków.

Zgadza się. Choć jak dla mnie każda liczba poniżej 200k to mało ;P

 

Konwencja imion, którą tu sobie wybrałeś też nie do końca mi pomogła, co może być winą mojego rozkojarzenia, ale to też mną trochę zakręciło. 

 

Cóż. Konwencja ta z jednej strony jest mocno przemyślana (w sumie w pierwszej wersji tekstu było nawet wyjaśnienie co do niej) – a z drugiej, rzeczywiście, może przeszkadzać. Imiona są swego rodzaju tłumaczeniami. Mogę je odrobinę zmieniać, ale nie mogę zmienić konwencji, ani ich znaczenia (każde imię ma swoje znaczenie). Podobnie z nazwami własnymi, nie będącymi imionami. Przykładowo na prośbę betujących zmieniłem tłumaczenie imienia siostry Koralis – z Borealis na Auroris, a nazwę królestwa z Baucis na Arkadis (bo Baucis było zbyt podobne do Bellis). Ale jak widać – jedno i drugie jest zmianą typu synonimicznego. Nie mam tu dużego pora manewru. W oryginalnej formie imiona nadden są ogólnie dużo dłuższe (one lubią dużo mówić, więc i ich wyrazy są często dłuższe) – ale nie miałyby żadnych znaczeń dla współczesnego, ludzkiego odbiorcy. Nie każdy czytelnik musi wiedzieć co prawda wyrwany ze snu, co te imiona znaczą, ale mam wrażenie, że oczywistym jest, że można te znaczenia – łatwiej lub trudniej – wywnioskować. Niektóre, jak “Nemezis” są wręcz podane na tacy.

 

Druga rzecz to budowanie napięcia już od pierwszej sceny, która naprawdę nakręciła moje oczekiwania w stosunku do akcji.

 

Cieszę się, że udało mi się zbudować napięcie od pierwszej sceny. Nie cieszę – że nie udało się tego utrzymać. Bardzo chciałbym tu za Alfredem Hitschcookiem “zacząć od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno nieprzerwanie rosnąć”. Jak widać nie udało się. Jim – do kąta.

 

bardzo dużo informacji o świecie przekazujesz w dialogach, co jest fajnym i dynamicznym zabiegiem, ale… Czy żyjąc w jakiejś rzeczywistości analizujemy ją w codziennych wymianach zdań? 

Bardzo często nie analizujemy. To fakt. Ale to nie są codzienne sytuacje. Tych dialogów – mimo wszystko – będę bronił.

 

Podsumowując, było tu dużo ciekawostek i smaczków, chętnie przeczytałabym jeszcze jakieś opowiadanie z tego świata, żeby lepiej go zrozumieć i poczuć.

Postaram się sprostać tej sugestii :)

 

Tym razem jednak czegoś mi zabrakło.

Zatem muszę popracować nad sobą, by następnym razem teksty były lepsze. Może czas “rodzenia” tego tekstu był za długi. Następnym razem spróbuję podejścia skrajnie przeciwnego – wiem, że niby się tak nie robi – ale spróbuję tu wrzucić tekst – bez odleżenia, bez długiej obróbki, bez katorżniczego przepisywania na nowo itp. – może nieco niechlujny (a niech tam! ścierpię krytykę) – ale świeży i nie przegotowany ;-) I by – jak to określiłaś – użyć odpowiednich “proporcji, które sprawiają, że wszystkie klocki są na miejscu”. 

 

 

 

Ambush

Najpierw powiem, że zawsze uważałam, iż universum buduje się na 2000 stron;)

 

Tak, tak właśnie czynić należy :)

Rad jestem, że mimo skąpej objętości, świat oczarował.

I cieszę się, że mimo zbyt dużej liczby postaci “czytało się pięknie” :)

 

Pozdrawiam!

 

 

Ponieważ nie wiem, co więcej na Wasze wspaniałe komentarze odpowiedzieć, wrzucam ciekawostkę na temat Brinicle’a :

 

 

entropia nigdy nie maleje

Istari Dziękuję za odwiedziny :)

 

Cieszę się, że mimo, iż SF nie jest dla Ciebie ulubionym typem lektury, utwór dobrze się czytało i wywarł pozytywne wrażenie.

Kończąc czytać, zastanawiałam się jak ten Rulfon bez arcyksiężniczki się rozmnoży… hmm, czy zostawi po sobie jakiegoś potomka? :D 

Tego już niestety nie wiem, pozostawiam wyobraźni czytelniczek i czytelników :)

 

Pozdrawiam serdecznie :)

 

 

entropia nigdy nie maleje

Przeczytałem więc solidnie i z uwagą teraz. 

Dziękuję za solidne przeczytanie :)

 

Kupiłeś mnie tymi fragmentami <3

Miło, mam nadzieję, że to była godziwa cena ;)

 

Fabuła jak fabuła, niby nic szczególnego, ale jednak zajmująca.

Starałem się to wyważyć: nie chciałem by fabuła przysłoniła świat, ani by świat przesłonił fabułę itp. Chciałem, by fabuła była elementem istotnym opowieści, ale pamiętałem, o głównych hasłach konkursu – Tajemnicy i o Świecie :)

 

Mam jednak zastrzeżenie: kilka momentów aż prosi się o to, by mocniej, dosadniej oddać emocje bohaterów.

Zdaję sobie sprawę z tego mankamentu. Próbowałem to ugryźć na parę różnych sposobów. Trochę obrały tutaj z emocji skróty, ale pewnie bardziej moja nieumiejętność. Dodatkowo moja własna konstrukcja psychiczna nie wpływa dobrze, na poznawanie i opisywanie takich stanów. Przyjąłem – na przyszłość poprawić, dopracować emocje (choć w sumie od dawna już próbuję i idzie mi z tym jak z nauką języków obcych :D )

 

proszą się o to, żeby przekuć je w pełnoprawne intrygi

Oj proszą się. To prawda.

 

Jeśli masz wersję tekstu sprzed tych wszystkich cięć, to bardzo chętnie bym ją przeczytał :P

Mam nawet pięć wersji (a ściślej to chyba z osiemdziesiąt :D ). Ale wolę ich nie udostępniać i potraktować jako niebyłe. Prędzej myślę o tym, by coś napisać jeszcze w tym świecie – i choć czuję do tego jakąś wewnętrzną potrzebę – to nie ukrywam, że tu będę bardzo zewnątrzsterowny – za tysiąc lajków i milion polubień… tfu… ehh… no – ten tego – no… jak się komuś spodoba ten podwodny świat to pewnie coś w nim jeszcze napiszę. Na razie mam odczucie, że najbardziej on się podoba… autorowi :D

Przyznam się, że pisanie tego tylko dla mojej własnej satysfakcji – mogę odłożyć – na święte nigdy ;P

 

Czasami trochę dziwna interpunkcja i dosyć kulawy szyk, ale te usterki są na tyle drobne, że w ogóle mi nie przeszkadzały i przeczytałem opko płynnie.

Fajnie, że mimo mojej niezręczności jednak udało mi się nie zabić tego tekstu :D

 

 

Nie wiem, czy masz już komplet, ale na wszelki wypadek kliknę do biblio, co mi tam. 

 

Dziękuję bardzo :)

I również pozdrawiam!

 

 

entropia nigdy nie maleje

Mam nadzieję, że nie podkradasz mi właśnie pomysłu? ;-)

entropia nigdy nie maleje

Myślę o napisaniu opowiadania, o demonicznie złym twórcy opowiadania, który zmusza kilku bogom ducha winnych czytelników, do długotrwałej i karkołomnej bety… gdy już się wydaje, że wszystko dla nich dobiega szczęśliwego finału – ten potwór kasuje betowane opowiadanie i wrzuca nową wersję – i tak w kółko i wciąż… (jakieś reminiscencje bohaterów / odniesienia do mitu o Syzyfie / jęki potępionych dusz) – pozytywni bohaterowie próbują kilkukrotnie doprowadzić betowane opowiadanie do jakotakiego stanu, ale  Główny Zły to uniemożliwia – i wrzuca na portal tekst, od którego czytelnikom topi się mózg i wypływają oczy… buahhahahaha… Jak dobrze być złym :D

entropia nigdy nie maleje

Jualari

Łotrzyki dobre są. Znaczy w sensie – że są tak złe, że aż dobre… dobrze podpadają pod definicję tych złych :D

Zło będzie złem w zależności od tego jak je zdefiniujesz :) Łotrostwo może być o wiele gorszym złem niż morderstwo :)

entropia nigdy nie maleje

Golodh Dziękuję bardzo za odwiedziny i przeczytanie – rzeczywiście chyba niestety udało mi się uzyskać niespotykaną mieszankę zbyt szybkiej akcji i nudy ;-)

Cieszę się, że jednak coś się w utworze spodobało i znalazłeś jedno z rozrzuconych przeze mnie po tekście nawiązań :)

Pozdrawiam!

 

SaraWinter

Wiem, że nie możesz teraz jako jurorka odpisywać, ale chciałem tylko napisać, że ta grafika pod moim opowiadaniem, jest po prostu idealna :)

entropia nigdy nie maleje

Ambush

Oj tam oj, entropia od razu :) Entropia to w dużym nasileniu w tej Jaskini Wszechkodu :)

Masz dar obserwacji, całość mi się podobała, końcówka – zaskoczyła – bo zapomniałem o Tomaszu.

Całkiem miłe, fajne, przyjemne i lekkie.

 

entropia nigdy nie maleje

To jak już jesteśmy przy tym, to na początku też jakieś były… zaraz sobie przypomnę… o mam!

 

nawet strumień wydychanego coraz szybciej powietrza łechtały właśnie tam, gdzie powinny

 

powinna być liczba mnoga

 

przylgnęła mocniej, ustabilizowała poziom oksytocyny, poczuła pracujące pod skórą mięśnie. Ich ruch wydobywał zapach mężczyzny

 

Mięśnie wydobywające zapach? Czy aby na pewno o to chodziło?

 

Później też są jakieś potknięcia – ale tak jak wspomniałem – nie lubię takiego wyłapywania – przyjdą mądrzejsi – wyłapią :)

entropia nigdy nie maleje

Solidny kawałek science-fiction. Troszkę widzę jakichś niedoróbek, łapanek nie chcę robić bo lepsi ode mnie z pewnością to uczynią dużo lepiej, chciałem tylko spytać o jedną rzecz, bo nie wiem czy dobrze zrozumiałem:

 

Korytarze poza osobistymi komórkami były ciemne, prawnie pozbawione światła.

Naprawdę Ci o to chodziło? Że korytarze zostały prawnie (w sensie: legislacyjnie) pozbawione światła (przez to, że większość ludzi to i tak krety)?

Czy może jednak literówka – i powinno być “prawie” pozbawione światła.

 

Mimo, że to opowiadanie pokazuje daleką, dystopijną przyszłość jest zarazem zatrważająco aktualne.

Utwór pobudza do myślenia. A jego końcówka – zarazem wprost wynika z treści jak i zaskakuje – trudna to sztuka – tak skonstruować całość.

Lubię takie teksty – w których warstwa filozoficzna i moralno-etyczna się pięknie zazębiają z akcją – podaną w sposób przystępny i lekkostrawny.

Brawo!

Ninedin już naklikała bibliotekę trzykrotnie, ale ja pobiegnę o nią prosić również :)

 

entropia nigdy nie maleje

oidrin

Dzięki za odwiedziny – większość tych komentarzy dotyczyło tych pięciu wcześniejszych wersji z czasów bety :) Pewnie powinienem to usunąć i dodać na nowo – z czystym kontem komentarzowym – kolejne faux pass z mojej strony.

Myślę – że jak najbardziej – jeszcze sporo rzeczy odkrywczych można powiedzieć :)

 

Pozdrawiam, dzięki za skolejkowanie i czekam na przeczytanie i skomentowanie (Jim znów nie czuje, jak rymuje)!! ;)

entropia nigdy nie maleje

mr.maras

Gratulacje! Również dla pozostałych opublikowanych!

 

entropia nigdy nie maleje

Nowa Fantastyka