Profil użytkownika

Uwaga! Nie przyjmuję tekstów do betowania. Jestem zwolennikiem samodzielnego pisarstwa! 

 

Krótko o sobie: Maciek, co kocha góry i na pewno coś o górach jeszcze napisze. Chciałbym mierzyć się na tym forum z horrorem, fantasy, road-story, surrealizmem oraz oczywiście z tematyką górską (pewnie da się to wszystko jakoś tam połączyć). Kocham prozę Schultza dokładnie tak samo, jak ubóstwiam muzykę Bacha (bardzo obu tych panów cenię i szanuję, a cenię i szanuję panów tych obu bardzo za ich wspaniały warsztat, którego i sobie, i nam wszystkim z całego serca życzę).


komentarze: 618, w dziale opowiadań: 606, opowiadania: 145

Ostatnie sto komentarzy

Wiem, że nie zaglądasz i że brakuje czasu. Mnie też brakuje, ale wciąż szukam, czegoś, sam nie wiem czego. Będę wiedział, jak to znajdę. :)

Może masz rację z tym Stachurą, a to wcale nie był jakiś kontrowersyjny fragment, nie, nie. Znam “lepsze”. Albo “gorsze”. Ocierające się o granice poprawności (polszczyzny) i język Wolnych Francuzów, to znaczy tamtejszą syntaksę. Ech, ten nasz nieszczęsny Edzio, świeć Panie nad jego duszą.  

Wiem, że chcesz dobrze, i wiem, że życzysz mi jak najlepiej. I za to jestem wdzięczny. Ale co począć z tekstami, które po prostu są, nigdzie się nie wybierają, o nic nie dbają, nie ma w nich żadnego celu ani napięcia, ani fabuły, nie mają swojego miejsca gatunkowego, przynależności partyjnej, legitymacji rencisty, bo mieć nie potrzebują? Oto przykład: 

 

“Rano przyjechałem do tego wielkiego miasta. Cały dzień po nim łaziłem, po jego ulicach i mostach, których jest pełno w tym mieście. Przepływa przez to miasto druga wielka rzeka tego kraju, ale nie jednym korytem, tylko mnóstwem kanałów, które gdzieś, za miastem, muszą się łączyć, ale w mieście jest pełno kanałów, stąd pełno mostów, po których łaziłem przez cały dzień. I po ulicach między mostami. Prawie na każdym moście przystawałem. Opierałem się o poręcz i patrzyłem na wodę przez jakiś czas, właściwie wcale jej nie widząc, to znaczy widziałem wodę na początku, jak tylko pochyliłem się przez poręcz, ale później już jej chyba nie widziałem, boja mam takie dwa patrzenia, i jedno z nich to było dzisiaj, na każdym moście prawie: patrzyłem na wodę uporczywie przez jakiś czas, którą z początku widziałem, ale później jakby rozmazywała się, przemieniała się w powietrze czy w mgłę, jeśli jest taka przezroczysta. Prawie na każdym moście przystawałem, zapalałem papierosa i pochylałem się nad poręczą utkwiwszy spojrzenie w wodę, którą z początku widziałem, ale później już nie, bo jedno z tych moich patrzeń to jest takie nicniewidzenie, zapominanie się oczami, zapadanie się w leje, które muszą być po drugiej stronie oczu. Prawie na każdym moście zapadałem się w leje”. E. Stachura 

 

Wiem, co powinienem zrobić. Powinienem teksty poprawić – wszystkie bez wyjątku. A za jakiś czas – usunąć stąd te niefantastyczne, by po ostrej selekcji ostały się jeno nieliczne. Resztę, a zwłaszcza “górotwórczość” słowem mogę sobie zatrzymać na dysku albo blogu (już poprawioną, dla wybranych do wglądu, dla nielicznych). Tak właśnie postąpił pewien Konrad, którego notabene twórczość chciałbym Ci polecić, jeśli jeszcze jej nie czytałaś. Konrad pojawia się w różnych miejscach w sieci i poza nią, ale nie wszystko wszędzie publikuje – oto jest metoda (ma też gdzieś swojego bloga, ale nie wiem gdzie): http://www.opowi.pl/cudowron-a48326/ 

 

Dzięki wielkie, Reg.

Poprawiłem i będę poprawiał oraz dopisywał ciąg dalszy. Jest to jak gdyby kolejna cześć “Piwowara – Morskie Oko”, chociaż o piwie miałem zamiar już nic nie pisać. Przykro mi, że nie spodobała Ci się zwłaszcza ta część sprawozdawcza, grzesząca – jak mniemam – nadmierną szczerością, a ziejąca nudą. To, co mam zamiar teraz zrobić z tekstem sprowadza się do kilka prostych operacji: 1) usunięcia baboli, 2) wyrugowania wulgaryzmów, 3) dopisania II części i zmiany narracji oraz przynależności gatunkowej, gdyż zmierzamy w stronę komedio-horroru obyczajowego, 4) zredukowania dygresji do minimum. A zatem, potraktujmy to opowiadanko jako: 1) ukłon w kierunku M. Nahacza, 2) ćwiczenie z narracji, 3) etiudę na umiejętność podpatrywania wioskowej obyczajowości.

Pozdrawiam serdecznie! M :)

Q-chwale!

 

Może za śmiecenie w lasku powinien był zaciukać siebie. Albo może pan Łoś powinien był powstać z martwych i wrzasnąć, i pogrozić paluszkiem, jako jeszcze większy pedant, pedant-generalissimus (przewyższający swoją obsesją największych nawet, szajbniętych czyściochów). ???

Pracuję właśnie nad czymś dłuższym. No oby to było coś bardziej wciągającego. Mnie na chwilę obecną (nie)zdrowo wessało! Mniemam, iż… no właśnie, powinno rozpoczynać się od takiego, hmm, katalogu-streszczenia nieistniejących książek, opowiadań, które chcielibyśmy sobie sami przeczytać? Musielibyśmy je potem ewentualnie napisać (no może nie w całości). Sami, bo przecież sami z reguły wiemy najlepiej, czego chcemy. A jak nie wiemy, to jest klops, paella de marisco, ślimaki i wszystko, co najgorsze! Fuj i gnój! 

 

Dzięki, Iluzja, serdecznie pozdrawiam! :)

Coś pięknego! Właśnie za taki tajemniczy i horrorowaty twór masz ode mnie “szóstkę”, a co mi tam. Szukajcie, a znajdziecie. Słowa! A “Sowa”? Jedna na milion! :)

“Wyspałem się i wracam”. Przykro mi, Issander, że przeze mnie musiałeś spać z chu**mi w… głowie. :) Ale sam wykład jest jednak pouczający. Skorzystałem i dziękuję! 

Droga Anet! Doskonale Cię rozumiem. Gdybym to nie ja napisał tego podwójnego drabbelka, a przyszłoby mi czytać coś podobnego, to poczułbym się wielce, ale to wielce zniesmaczony. Poważnie! I do tego – jeszcze ta pointa, mocna politycznie, choć generalnie słaba w wybrzmieniu, na tle całość. Z drugiej jednak strony – wytłumaczyłem się i wyjaśniłem intencje swojego postępowania. Pozdrawiam!

Q-chwale! Widzę, że nie próżnujesz. Masz już trzy teksty na “NF”, a rok dopiero się rozpoczął. Jeśli wszystko pójdzie w takim tempie, to… He, ciekawe, jak będziesz pisał za 10, 20 lat? Pozdrówka! :) M

Kurczę, cały czas się zastanawiam – i bardzo mnie to męczy – na czym polega fenomen drabbelków. Co powinien zawierać taki króciak, ażeby można go było uznać za udany? I jest to dla mnie swoisty fenomen. Przeczytałem tysiące szortów o długości stu albo pięćdziesięciu słów. I nadal nie znam odpowiedzi. Teza, w myśl której jakość drabbelka sprowadza się do siły oddziaływania jego pointy – wydaje mi się jedną z wielu możliwości. A w świetle takich tworów, jak te u dołu:

https://niedobreliterki.wordpress.com/2019/01/23/wstyd-by-darek-kuchniak/

http://www.opowi.pl/obnazone-horyzonty-drabble-a48455/

“Groza w stu słowach” “NF”

– wszystko staje się jasne. Klimat też ma swoje znaczenie, i absurd, i humor, i groza, i sam nie wiem, co jeszcze. Pytanie do Was: jakie są Wasze doświadczenia i przemyślenia w związku z drabbelkami?

 

 

Dzięki, babole poprawione. Głupia wpadka z tymi miliardami, choć u nas, w UK, media o sprawie mordu aż huczały. Smaczny czy nie, tekst porusza temat przypadku w życiu człowieka oraz kwestii: “wiem, że niedługo umrę; czy ta wiedza wprowadza jakąś istotną zmianę w moim dotychczasowym postępowaniu”. I tylko tyle. Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłem. A że oberwało się przy okazji politykom różnych opcji, no to trudno.

Na pewno mogłoby to wyjść i straszniej, i ciekawiej, ale (jak zwykle) zniosło mnie na lazurowe wody płytkiej rozrywki – płytkiej i pustej.  

Może i tak, Reg, może i masz rację. Za wcześnie na takie “okolicznościówki”. Wiesz, że z Twoim zdaniem się liczę. Będzie więc do usunięcia. Pewnie byłoby inaczej, gdyby ten szort kończył się w połowie, gdyby pozostała wyłącznie część I. 

Jeśli okaże się być zanadto kontrowersyjny, zbyt bolesny dla niektórych, to go usunę, spokojna głowa. Na razie jest to tylko i wyłącznie ćwiczenie wyobraźni. Od polityki i polityków trzymam się z daleka. I niech tak pozostanie!

Dzięki za łapankę, Droga Reg. Bardzo mi się ona przydała, jak zwykle zresztą. A tekst powyższy potraktujmy zatem jako zwykłe ćwiczenie (z intrygującym – mimo wszystko – bohaterem z wieloma problemami). Pracuję obecnie nad czymś dłuższym, co być może – taką mam nadzieję – przypadnie Ci do gustu jako opowiadanie, jako historyjka. Serdeczności! :) 

O, i to jest słuszna koncepcja z tym brakiem nachalności. Podoba mi się! Fantastyka jest wsączana w tekst kropelka po kropelce. To swoista kroplówka bez ani jednej kropli krwi. Podobnie jest tutaj z horrorem: niby go nie ma, a jednak… ociera się o konwencję. Ja osobiście nie chciałbym takiego typa-bohatera spotkać na szlaku, nie chciałbym, aby był pedantem-świrusem, nie chciałbym, ażeby był pijany i nie daj Boże agresywny. ;-) 

Dzięki. Podoba mi się wiarygodnie brzmiące zdanie: “społeczność Fantastyki złakniona jest fantastyki”. :) Wytłumaczę się z tego lekkiego upośledzenia oraz szaleństwa głównego bohatera. Otóż dla mnie jest on przede wszystkim nieszczęśliwym pedantem we wczesnej i jeszcze niezdiagnozowanej formie alkoholizmu (patrz: jego odyseje z likierem w dłoni). Taki narrator dla każdego pisarza oraz pisarzyny – to prawdziwy skarb. Horroru jest tyle, co kot napłakał (albo Łoś), ale za to sam bohater jest chodzącym horrorem, strachem, przerażaczem. Mam nadzieję, że rozjaśniłem koncept. Pozdrawiam.

Niezdrowo pobudzona wyobraźnia daje o sobie znać. Znowu. Ale mogłoby być nawet tak od biedy, że to mieszkańcy są kogutami. Ludzie poumierali, a zwierzęta same o siebie się troszczą. Zresztą, prawdę mówiąc, właśnie tak zapamiętałem ten obraz nędzy i rozpaczy, tę część mojej wioski, na swój sposób, beznadziejną. Dzięki za wizytę i komentarz!  :-) 

Dzięki, Gnoom, za szczerość przede wszystkim! “A może by człowiek chciał poczytać o rodzącej się relacji między rutyniarzem a małym zombie”. Kapitalny pomysł i mam wrażenie, ani przez film, ani przez literaturę, nietknięty. Chyba się nie mylę, nie? 

Dzięki za Twą czujność, Droga Reg. Poprawiłem literówki, naprawiłem usterki. Cieszę się, że mój ostatni spacer przypadł Ci do gustu. Ze względów rodzinnych, osobistych, jest to moje pożegnanie z Górkami, ale nie – z górami. O, nie! I tak, masz rację, Issander komentował inny nieco tekst. 

Dzięki za Twój komentarz, Reg. Zaprawdę powiadam Ci: różne rzeczy z siebie wypluwam i wolałbym, ażebyś nie na wszystkie te rzeczy natrafiała. Tak to już jest, że czasem się coś skrobnie ku uciesze własnej, z czego specjalnie dumnym być nie można. Innymi słowy: są “opki” bardziej i mniej udane, bardziej i mniej lekkostrawne, ale (cóż) nie do mnie należy ocena. Ja tylko piszę, a krytykę pozostawiam krytykom. No i rzeczywiście: żabki małej szkoda! Tak wdzięcznie nam zakumkała (po raz ostatni zresztą). :)  

Skarbiec maga Birbosa, powiadasz? Ha, ha; zacne! Trzeba będzie sprawdzić. ;)

Chciałem kliknąć na bibę, ale się spóźniłem, więc usiądę sobie na dywanie i szampana sam wypiję. Może zacznie (może zacznę) nawet latać? Za Twoje, Finklo, zdrowie! ;)

Byłem tylko obserwatorem i rozmawiałem z muzykantami oraz twórcami kolorowych, pięknych masek, jest więc temat, jest pomysł na jakąś nową może opowiastkę. :) 

Pochwalę ci się czymś, Reg. Dziady żywieckie odbywały się ostatnio w Żabnicy. I byłem na nich obecny. A Żabnica kojarzy mi się właśnie z Wijowem (nie wiem, dlaczego tak jest). :)

 

:D Dzięki, ok, sprawdzę sobie to Wijewo. 

Faktycznie: zabrzmiało strasznie dwuznacznie. Nie zdawałem sobie z tego sprawy, he, he. ;)

Staram się być lepszy, nie będąc wcale gorszym od innych. Ale nie o pijaństwo ani prostactwo (wulgaryzmy) tu chodzi. Staram się po prostu być normalny i pan Gienek z “opka” u góry nie jest dla mnie wzorem do naśladowania. A że są gorsi od niego “turyści” oraz “artyści”, to już inna sprawa. Wychodzi na to, że niektórym sceneria zimowa (zawiane szlaki i ścieżki) zupełnie odpowiada, bo idzie w parze z “zawianiem totalnym” (że tak się wyrażę). Turyści zawiani i szlaki też… I nawet ta nazwa “Wijowo” jest jakaś taka podejrzana. Dlaczego np. nie: “Prostowo”, “Niewywrotowo”, “Nietatrowo” albo/i “Niekurwuwek”, “Nieburkowo”, “Nierykowisko”, “Spokojnów”, “Dziwnów” (sam nie wiem, co jeszcze)?

Oj, wydaje mi się, że widziałem już lepszych zawodników (nie chwalę się tym zresztą). ;)

Wielkie dzięki, Reg! Biorę się za poprawki. Przepraszam za wulgaryzmy i inne niesmaczne zdania w wykonaniu Gienka. Odrażający z niego typ! ;) Nawet ja sam jestem zgorszony, ale (z drugiej strony) dobrze wiem w jaki sposób przebiegają rozmowy Górali śląskich i żywieckich, chłopów (choć bywalcem barów nie jestem). 

Konkrety: 

– jadalnia na końcu świata? Może to była sekta (ci mieszkańcy Wijowa)?

– rogatki wiejskie? Nie ma czegoś takiego, ale coś mi mówi, że w przypadku tak specyficznego miejsca, jakim jest Wijów, to mimo wszystko ma, może mieć swoje uzasadnienie. 

 

 

Tak bywa, NWM. Ale dzięki za komentarz. Wiem, że zawsze mogę na Ciebie liczyć. :)

 

 

“Tym razem mnie nie urzekłeś”. Muszę się bardziej postarać, wiem, wiem; dzięki i pozdrawiam serdecznie już w Nowym Roku.  :-)

Przede wszystkim zmieniłem formę z A-B-A na B-A. Opowiadanie rozpoczyna się gawędą, a więc niejako o końca. Nie wiem, czy to dobra zmiana. 

Dzieci już te słowa znają ze szkół i różnych Internetów, że tak powiem. :) 

Nie, absolutnie nie jestem za wulgaryzmami, ale w przypadku ludowej gwary, gawędy starca po przejściach ma to swój urok, swoje uzasadnienia. 

Pięknie dziękuję! Błędy poprawione! Ćwiczenie stylistyczne zaliczone (mniejsza o jego ocenę). Ot, wyszła taka sobie bajeczka dla grzecznych dzieci, z której dumny jakoś specjalnie nie jestem, bardzo zresztą pouczająca dla mnie bajeczka. Pisać gwarą jest wcale niełatwo! Pozdrawiam, MZ :) 

Klimacik jest, nie można narzekać. Trzy sąsiadujące zdania o takiej samej konstrukcji – pisał o tym funthesystem – o dziwo całkiem nieźle się sprawują (ów klimat nam budując).

Jestem wielkim zwolennikiem zapisywania snów właśnie w formie krótkich, kolorowych zajawek (pocztówek).

 

Pozdrawiam, 

Maćko

Dzięki, SD! Krótko mówiąc: jest to mocno zakręcony szort. Ale jego forma jest prosta jak anatomia capa:

Dramat

Komedia

Horror wojenny (niestety nierozbuchany).

 

 

O! Miło mi, Ocha! ;) :D     Och–right!

 

 

Hm, jeśli punktem wyjścia były seksty i galeria, to może być ważne i musiał być jakiś punkt połączenia.

Oj, nie wiem, chyba go nie było. Albo jednak był: sztuka jest swego rodzaju łącznikiem (świat dźwięków – świat kolorów i kształtów).

Asylum, naprawdę bardzo doceniam Twoją pomoc, za którą już teraz dziękuję! Zaraz naniosę poprawki.

 

 

He, fajnie powiedziane:

Dalej chyba też obierałabym jak cebulę, aby dojść do słodkiego miąższu lecz już ostrożniej.

 

A tak, skręciłem po drodze w stronę obrazów. Źle zrobiłem, ale, cóż, punktem wyjścia były dla mnie seksty i właśnie leśna galeria. Od tego zaczynałem.

 

 

Pytałaś o Blackwooda? No i proszę:

https://www.youtube.com/watch?v=uLjl-myG7DI

 

Tarnina: Chciałbym przejść najlepiej od razu do okresu “złotego”, ale, rzeczywiście, jak sama napisałaś, jeden ferniks wiosny nie czyni. Poczekamy – zobaczymy. Dziękuję za miłe słowa, ale lepiej się do nich nie przyzwyczajać, bo, wiadomo, “ często bywa zawiedziony ten, kto lubi być chwalony”. :)

 

Asylum: Dzięki! Dobry tok rozumowania, trafna interpretacja! “Myśli rozjechane przez szatana w tysiącach nazw”.

 

RogerRedeye: Dzięki, strasznie się cieszę, że właśnie Ty do mnie zajrzałeś. Jestem świeżo po lekturze “Bunkra” i cały czas pod jego wielkim wrażeniem. Ale, OK, nie chcę wyjść tutaj na jakiegoś lizusa. ;)

 

 

Doskonały pomysł. I taka “dojrzała [ta] melancholia”, jak już ktoś napisał. Gratuluję! I mam nadzieję, że… jest już po kryzysie (czego Ci życzę). :)

 

Tekst bardzo ambitny. Brawo!

O sprawie archaizacji pisali moi poprzednicy. W ten sposób dali mi bardzo do myślenia. Sam się niekiedy zastanawiam, czy warto jest stosować te zapomniane wyrażenia, kiedy i w jaki sposób? Dlaczego powrót do starodawnej polszczyzny czasem bardziej się udaje, a innym razem zwyczajnie zawodzi i jest… czy też bywa bolesny? Od czego to wszystko zależy? I jaki właściwie miał na to patent Schulz (bo niewątpliwie miał jakiś i to wcale chyba niezły)? Co o tym myślisz, Darcon? Pytam, bo naprawdę jestem cholernie ciekaw Twojej opinii.

Pozdrawiam! :)

Maćko

A ja dla odmiany nie mam nic, ale to nic przeciwko takiej właśnie końcówce (choć wolę horror klasyczny). Poza tym jest humor, który ja osobiście lubię łączyć z horrorem. Tutaj jest i jedno, i drugie. Piękna sceneria, malownicze opisy, bogate słownictwo (kierpce, gęśle, limby)! Czegóż więcej chcieć?! :) 

Pora na podziękowania za ocenę, kliczek i cenne uwagi. :)

A biednego ferniksa faktycznie żal (coś z tego zdarzyło się naprawdę, coś, co mi bardzo wryło się w pamięć – stety-niestety). 

 

Może wreszcie czas na porządne, duże opowiadanie?

Miło mi, że we mnie wierzysz. Mam parę pomysłów. He! Zobaczę, co da się zrobić. :)) 

Jestem na “tak”, bardzo mi się podobało.

Reg, Issander, tekst został dzięki Wam gruntownie odbabolony. Dzięki przy okazji za ten “plusik”. :)

 

Nie wiem, czy nie pokuszę się o dopisanie łańcuszka przyczynowo-skutkowego (może być właśnie nieco absurdalny, odjechany), o którym wspominała Finkla. W ten sposób np. będzie można opisać sam karambol. Trzeba to, myślę, koniecznie i w podskokach zrobić!

 

Pokazujesz pazur…

Deirdriu, gdybym był szympansem piszącym na maszynie, to i tak starałbym się stworzyć “Hamleta”… mając na uwadze li tylko Twoje budujące komentarze. Już dla nich samych warto próbować. :)

 

Dzięki, NWM!

 

 

To, co mogłoby być fabularnie najciekawsze, czyli odkrywanie tajemnicy sprzed lat, jest tu lekko tylko zarysowane. 

:D  Zgoda. Właśnie z uwagi na ową tajemnicę z dzieciństwa popełniłem to opowiadanko. Jak dla mnie, mogłoby się zakończyć na nierozwiązanej zagadce (bez wprowadzenia pętli czasowej). Inna interpretacja: może dramatyczne wypadki były tylko ułudą? Ale jeszcze inaczej: może po prostu wydarzyły się dwie niezależne od siebie, choć nieco podobne katastrofy? Sam widzisz, ile jest możliwości.  

 

 

(…) wiedziony zarówno dyżurniczym obowiązkiem, jak i chęcią, gdyż lubię Twoje pisanie.

Dzięki! Postaram się sprostać Twoim oczekiwaniom (he, łatwo powiedzieć). Teraz pracuję nad czymś dłuższym i być może bardziej fabularnym. No, oby wszystko się udało! :)

Co tu dużo gadać! Klimat “opka” mnie urzekł. Chętnie przeczytałbym coś podobnego o bunkrach, bagnach, trupach i stworach bagiennych, coś horrorowatego oczywiście. Język jest the best! Ale gratuluję również znajomości militariów oraz realiów życia za naszą wschodnią granicą. 

Dzięki, NWM! Czytam właśnie Himilsbacha. Może będę pisał prościej w przyszłości. :)

Darcon, wielkie dzięki! Poprawki już naniosłem.

Super, Katia72! Czuję się, jakbym dostał od Ciebie motywującego kopniaka! Naprzód były cztery, delikatne klapsy, a na koniec, za piątym razem, zostałem porządnie walnięty w tyłek.

Pomocy! Kobieta mnie bije! Łoo matko! ;)

Miło mi, El Lobo; dzięki wielkie! Dobrze zrozumiałeś me intencje, choć na upartego byłaby chyba możliwa i taka oto interpretacja: wydarzyły się dwa podobne wypadki, które łączy osoba narratora oraz wytarta literka “pe”. I wówczas również omen (patrz: pierwsza katastrofa) pozostaje omenem. Od Ciebie zależy, które wytłumaczenie sobie wybierzesz. Ja osobiście bardziej skłaniam się ku temu, że jest to jeden i ten sam wypadek (widziany najpierw w wyobraźni, a potem już obserwowany w realu). 

Dzięki, Blackburn! :)

 

:D Deirdriu, Ty tego nie widzisz, ale mogę zapewnić, że zaczerwieniłem się ze wstydu. Miło mi, naprawdę! 

 

A co do “The Haunting of the Hill House”. Nie wiem, czy znasz twórczość Pawła Huelle, tego od realizmu magicznego. Mnie osobiście podoba się motyw tajemniczego zdarzenia z dzieciństwa, o którym po latach nie jesteśmy w stanie powiedzieć absolutnie nic. Idziemy do ojca, matki i zasięgamy języka – nikt nic nie wie. Pędzimy do biblioteki – ani śladu informacji. Przeszukujemy miejscowe archiwum, pytamy księdza, listonosza i mleczarkę, na koniec stwierdzając, że ostatecznie wiemy mniej, aniżeli wiedzieliśmy przedtem. I to jest dla mnie fenomen, a to u góry opowiadanko – to właśnie mój własny "Weiser Dawidek" (w wersji mini). 

Bardzo dziękuję i za opinię, i za kliknięcie. Zdaje się, że (myśląc o pisarstwie) brnę w stronę rzeźbiarstwa. Mamy więc naprzód bryłę, którą należy stopniowo pozbawić znacznej ilości zbędnego materiału. Nie wiem, czy wiesz, ale ta wersja u góry do pewnego stopnia została już ociosana (przeze mnie i Tarninę właśnie). ;)

# No właśnie, Reg, to ważne, że duch posiadł sztukę pisania w sposób ogólnie zrozumiały (dla żywego). 

 

# Finkla, mój narrator był kiedyś ponad wiek rozwiniętym chłopcem. :)

 

 # I to się nazywa dbałość o szczegóły, Issander. Zastrzeliłeś mnie zwłaszcza tymi paznokciami. Tak więc, jak mi kiedyś do głowy strzeli, by je obgryzać, to również spróbuję przy okazji te u rąk ogryzać. ;) 

 

Wielkie dzięki za nieocenioną pomoc!!! 

Dzięki Ci, Droga, Najdroższa Tarnino! Twa pomoc jest nieoceniona. Mogłabyś spokojnie zmienić ksywę na inną, ale również związane ze światem przyrody: Pszczółka mianowicie. 

Poprawiłem prawie wszystkie uchybienia, uganiając się za prostotą. “Wcale a wcale” pozostawiłem wszelako bez przecinka (jest na to odpowiednia reguła językowa, z którą nie będę się spierał). 

 

Dzięki wielkie, Agroeling! Cieszę się, że udało mi się Ciebie zainteresować. Faktycznie: druga połowa opowiadania – to trochę inna bajka, mniej muzykologiczna, mniej poetycka i chyba nie aż tak klimatyczna czy nastrojowa. 

Dobrze, że zwracasz mi uwagę na wstawki typu “póki co”. Naoglądał się człowiek ruskich filmów, naczytał ruskich bajek i oto skutek! :)

 

Może masz rację, Issander. Tekst jest jeszcze ciepły, nadal się przegryza, dochodzi do ostateczności. Dzięki w każdym razie. 

Stn, dzięki! Jak to mówią, wszystkiego trzeba w życiu spróbować. Tym razem wzorowałem się na Walentynie Krząszczu (nie jest to więc do końca mój styl) i poniekąd chciałem oddać mu hołd w taki, a nie inny sposób:

https://www.youtube.com/watch?v=d_Q0Dqy7JB8&t=66s

Może mi nie uwierzysz, Finkla, ale, na dobrą sprawę, staram się unikać tematów muzycznych, z różnym zresztą skutkiem. Pisarstwo – to swego rodzaju dla mnie odskocznia od harmonii, kontrapunktu, kształcenia słuchu i innych, takich tam… Poza tym nie chcę się zamykać na cały ten piękny świat pozamuzyczny, który powoli odkrywam słowem i który wydaje mi się teraz o wiele ciekawszy, a niżeli kiedykolwiek przedtem. Choć oczywiście nadal najbardziej intryguje to, co niewyrażalne. I pomyśleć, że był taki okres w moim życiu, kiedy w ogóle nie uznawałem – i to najlepsze określenie: nie uznawałem – beletrystyki, nie poważałem jej po prostu. Ciekawe, co nie?

# Super, Drakaina! Cieszę się, że Ci się w miarę podobało. I dzięki oczywiście za kliczek.

 

# W Poznaniu jest muzeum instrumentów. Byłeś? – Nie byłem (wstyd się przyznać), a szkoda. Podobno warto. 

Fajnie to napisałaś: “No, dla mnie to coś jak hard SF dla zapiekłego humanisty”. I pomyśleć, że tak bardzo siliłem się na prostotę. I byłem zwłaszcza zadowolony z tego, w jaki sposób przedstawiłem zawiłości teorii muzyki, stronę muzyczno-techniczną. Napisałem to, co napisałem, a potem pomyślałem: o, fajnie i kompaktowo wyszło. Gdyby mnie tak ktoś wykładał muzykologię na studiach, bez zbędnego chrzanienia i lania wody, to byłbym wielce kontent. A tu masz! Hard SF! I kto to mówi, Finkla, kto to mówi? ;)

Wielkie i stukrotne, a nawet tysiąckrotne dzięki, Reg. Co ja bym bez Ciebie zdziałał, tego nie wiem. Pewnie nic bym nie zrobił (z naciskiem na nic). Babole poprawiłem w tempie presto (jak widać)! ;)

Dzięki, Deirdriu, Dalekopatrzący oraz Endrek, za pierwsze wasze komentarze!

Starałem się, ażeby strona muzyczno-techniczna i teoretyczna wyszła wiarygodnie, a reszta – to już swoisty miks Schulza, Blackwooda, Lovecrafta oraz Mérimée plus parę leśmianizmów. I przepraszam za dłużyzny. Chciałem “polecieć” “Wierzbami”, które liczą sobie, jak wiadomo, ok. 50 stron (bagatelka, he!). 

 

#Dalekopatrzący, postaram się nie zawieść w przyszłości! 

 

#Deirdriu, cieszę się, że doceniłaś zwłaszcza tę staroświeckość. I pomyśleć, że na początku miałem do dyspozycji tylko seksty “Tańca węgierskiego”, który czasem sobie gra (główny wyzwalacz całego pomysłu), oraz sen-horror o leśnym muzeum. I naprawdę nic więcej.

OK, to ja może zacznę nieśmiało… Ponieważ zawsze denerwuję się, czekając na pierwszy komentarz, pomyślałem sobie, że w takim razie mój będzie tym pierwszym. Sprytne, nie? No i proszę, oto i on: “Przeczytałem. I stwierdzam, że tekst jest strasznie długi jak na mnie! Koniec komentarza”. Teraz może pojawią się kolejne, no oby. ;) 

Dzięki, Anet, dzięki, NWM! :) Zaraz poprawię babolki. Doumrzony jest OK. Plamię – też literówka. 

 

Maćku, przepraszamy za offtop.

A offtopujcie ile wlezie, mnie to nie przeszkadza. :)

 

 

Dzięki, NoWhereMan. Doskonale Ciebie rozumiem. I wiesz co? W moim przypadku różnie to bywa z zamiłowaniem do bizarro, ale gdybym, dajmy na to, czytał – nie swój, lecz – cudzy tekst w ten sposób napisany, to nie wiem, czy by mi on do końca podszedł właśnie z uwagi na ów czarny humor. Słowem: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ja to napisałem, więc niejako siebie samego rozgrzeszam. 

Jakże mi miło, że mogę się uczyć od mądrzejszych, bardziej doświadczonych od siebie, i że korzysta na tym tekst, który jest później bardziej dopracowany.

Czytam właśnie Blackwooda, który miał na swym koncie grubo ponad 150 opowiadań. A wszystkie są znakomite. I tak się zastanawiam, kto pomagał jemu, kto mu wytykał błędy. 

Dzięki, Reg. Poprawiłem babolki. “Głuch” mogłem pozostawić, ale uznałem, że lepiej będzie użyć wyrazu “głusza” (czyli tak jak proponowałaś).

Droga Tarnino! Nie czuj się zupełnie niepotrzebnie zbędna (niezupełnie niepotrzebnie niezbędna?). Nie potrzeba nam tutaj tego wcale. :)

 

Drogi Mr.Marasie! Poprawiłem kulawą na obie nogi stylizację na kulawą stylizację z jedną nogą sprawną. I jedną ręką podpisałem się pod taką oto nową wersją – wersją mniej kulawą. Dzięki za pozytywne, mimo wszystko, spuentowanie wypowiedzi krytycznej. Mądrzy ludzie powiadają, że nauka nie idzie w las. I pomyśleć, że właśnie czytam BlackWooda. ;)

https://www.google.pl/search?q=black+woods&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=0ahUKEwiN1Kq9rKfeAhWIPFAKHVeIBPcQ_AUIDigB&biw=1093&bih=501

Podziękować Drogim Paniom! Co straszniejsze babole już poprawiłem. Wierzyć się nie chce, że aż tyle się tym razem nazbierało. Czuję, że dopiero jak wpadnie Jolka – Regulatorka to się dopiero zrobi wesoło. Albo i nie. Co do chutoru… Mój błąd, który jednak popełniłem z premedytacją. Coś mi ten Gogol do łba wszedł i się w nim zasiedział. ;)

Dzięki, Enderek! Daj mi się, proszę, chociaż wytłumaczyć. “Nijak bez ta gwara żem tego nie nolozł”. No właśnie, ja też nie znalazłem. Te Głubczyce, Racławice, Klisino, Pomożowice i in. to taki Śląsk–nie-Śląsk. Strasznie dużo tam ludności napływowej, głównie ze Wschodu, ale – przyznaję – że w przeszłości struktura narodowościowo-etniczna mogła na tych ziemiach wyglądać zupełnie inaczej. 

Nowa Fantastyka