Profil użytkownika

Uwaga! Nie przyjmuję tekstów do betowania. Jestem zwolennikiem samodzielnego pisarstwa! 

 

Krótko o sobie: Maciek, co kocha góry i na pewno coś o górach jeszcze napisze. Chciałbym mierzyć się na tym forum z horrorem, fantasy, road-story, surrealizmem oraz oczywiście z tematyką górską (pewnie da się to wszystko jakoś tam połączyć). Kocham prozę Schultza dokładnie tak samo, jak ubóstwiam muzykę Bacha (bardzo obu tych panów cenię i szanuję, a cenię i szanuję panów tych obu bardzo za ich wspaniały warsztat, którego i sobie, i nam wszystkim z całego serca życzę).


komentarze: 737, w dziale opowiadań: 725, opowiadania: 169

Ostatnie sto komentarzy

Tarnina, jedną twarz już poznałem, pozostała ta nieistotna resztka: 998 (Nyaglarhotepem posługuje się 999 maskami). 

Dzięki, Hanabi, cieszę się! Mnie też się odechciało, ech!

Dzięki za komentarze oraz miłe i bardziej krytyczne słowa!

Pozwól, że się wytłumaczę, Arnubis. Tekst miał liczyć 100 wyrazów i nie więcej. Niestety wyszedł o wiele za długi. I stąd robi się w pewnym momencie nudnawo.

Dodam, że narrator i autor to są dwie różne osoby. Ja sam nie mam nic przeciwko staruszkom, dziatwie czy pięknym kobietom, jakie kojarzę z Dolnego Śląska. U mnie ta lista niechcianych osób wyglądałaby inaczej. Co w takim razie chciałem zamanifestować: okrucieństwo Boga? To, że o jakości życia decyduje garstka bliskich nam osób, a reszta populacji jest zwyczajnie niczym albo prawie niczym, jest powietrzem? To, że podmiot liryczny lubi małe miasteczka? Albo może ta bardziej generalna kwestia: to, że jeśli patriotyzm, to tylko lokalny, że nie warto ginąć za Kulczyków, Kwasów, Urbanów czy bardziej anonimowych rodaków, należących do grupy: “Moje, Moje, Tylko Moje”, “Moja Droga Prywatna”, “Moja Własność”, “Moja Galeria Krakowska”, “Moje Autostrady” (nazwy tych wymyślonych grup pozwoliłem sobie napisać dużymi literami). Być może wszystko po trosze było zalążkiem, impulsem do napisania szorta.  

Po pierwsze i najważniejsze: psychopaci i socjopaci jak najbardziej mogą wierzyć w “jednego Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych”.

Czy mogą wierzyć? Mogą, ale chciałem mieć mocny start i jakoś to… rozpocząć. 

“Dom usnął szczęśliwy, a ja zapadłem się w niego, wtuliłem w jego rozpalone świeżą krwią ściany. Wchłonął mnie w swój świat, ciepły życiem, które przejął. To dzięki mnie drzewa wypuszczą znów pąki, a powódź kwiatów zaleje pobliskie doliny. Dzięki mnie wśród zieleni zakwilą jeszcze ptaszęta”. Przeczytałem. I jakoś smutno mi się zrobiło; poczułem się, jakbym czytał coś o przemijaniu i odwiecznych powrotach.

Całość – poetycka, plastyczna, intrygująca, a zarazem zaskakująca – bardzo, bardzo mocno na plus! Gratuluję talentu! :)

Kapitalne opowiadanko. Pogratulować pomysłu! Plastyczny i giętki język, styl Kinga wyczuwalny niekiedy. Bardzo podoba mi się to coś, co sprawia, że mam wrażenie, iż Twój narrator naprawdę przeżył to wszystko. Pozdrawiam i dziękuję za tę satysfakcjonującą mnie lekturę na wieczór! :-) 

Sądzę, że nic nie mogło mnie przygotować na to, co spotkało mnie owej przeklętej nocy.

Błagam Cię, Łukasz, popraw koniecznie to pierwsze zdanie, bo mnie na to Twoje nadużywanie “mnie” trafi coś mnie. Tekst na tym zyska! 

To samo, wiele znaków trwające, obiecywanie czegoś strasznego, co w końcu okazuje się nie aż tak straszne, bo bohater wyszedł z historii bez większego szwanku.

Powiem tak: po prostu za dużo czytasz, Finkla, i dlatego trudno jest czymś Ciebie zaskoczyć, choć na pewno próbować warto i wielu już próbowało. Wielu też spróbuje w przyszłości, ale nie wróżę im sukcesu ani z Twej strony dla nich wielkiego uznania. ;-)

Ach, no i się urwało, tak nagle, tak znienacka. A szkoda! Piękne zdania nam zaserwowałeś: “gładkie”, “okrągłe”, rytmiczne i proste, a przez to czytelne. Płynąłem przez tekst niczym po Bałtyku. Ba, niczym po samym przepastnym Atlantyku! I – powiem Ci coś – aż chciałoby się, bardzo, bardzo by się pragnęło doczytać dziennik do samego, samiuśkiego końca, pod warunkiem jednakże, że finał historyjki tu przedstawionej byłby inny, mocniejszy i… no sam nie wiem jaki jeszcze. Ale gratuluję – klimat masz! :-)

Dzięki, zaraz obczaję, co i jak. Widzę, że zamieściłeś dzisiaj dopiero. Chętnie dowiedziałbym się czegoś na temat symboliki Indian, żyjących obecnie w rezerwatach na południu Stanów Zjednoczonych. Ciekawski jestem po prostu z natury, ale też i – nie ukrywam – jest mi ta wiedza potrzebna do tego, nad czym obecnie siedzę, a z filmów, do których notabene mam zamiar nawiązać (”Mroczna kraina”, “Droga przez piekło”, “Autostrada do piekła”), raczej się tego nie dowiem. :) 

Ależ mu stoją! No jaja, normalnie, kolokwialnie. ;)

Podziękować i już się więcej na temat Dagona nie odzywać! 

Ja to wszystko znam z brytyjskiego rynku pracy. Jak jest w Polsce, nie wiem, ale wyobrażam sobie, że musi być podobnie. Polacy w UK są takimi właśnie Ukraińcami tkwiącymi w rozkroku. Z jednej strony – chciałoby się wrócić, ale z drugiej – człowiek się boi, bo dużo spraw go trzyma na obczyźnie, czyli to, na co pracował przez lata i czego się nie odbuduje w razie porażki zw. z powrotem do kraju. 

 

# MPJ, zostaw tych Indiańców w cholerę i napisz coś bardziej na czasie, o Ukraińcach, imigrantach, uchodźcach, bo wiara czytelnicza czeka. ;)

 

# Wielkie dzięki, Chroscisko! Chciałbym wierzyć, że mam coś do przekazania. :)

 

# Wilku, zaskoczyłeś mnie ciekawostką (oczywiście jeśli to prawda). Wiem tylko, że grał lepiej na gitarze, aniżeli skrzypcach, a na skrzypcach grał znakomicie. Jak w takim razie kapitalnie musiał radzić sobie z gitarą, pytać nawet nie chcę.

Dzięki, Sara. :)

Dzięki, Tarnina. Też chciałem Ci wysłać serce, ale nie miałem serca, by szukać serca.

Nie wiem, Wilku, co mam odpowiedzieć; mój narrator – to jedno, a ja – to drugie; wiem, to znaczy teraz już wiem, bo wcześniej tego nie wiedziałem, że ja akurat nie zrobiłbym dla muzyki wszystkiego, nie poświęciłbym się cały i w sposób bezgraniczny dla sztuki.  

Dzięki, Anet! Ot, taki króciak z życia wzięty, trochę zabawny i rozrywkowy, a trochę też jednak poważny. :-)

Masz rację, Reg. Można zmienić obywatelstwo, nie można za to wybrać sobie nowej narodowości. Ale myślę, że w żarcie, takim, jak ten u góry, gdzie potrzebna jest mocna puenta, autor może pozwolić sobie na pewne skróty myślowe, tak, by było zabawnie i pojawił się jakiś element zaskoczenia.  

Wielkie dzięki, Katiu! Finkla, racja po Twojej stronie, więc poprawiam i również dziękuję.

 

Absurd mnie chyba przerósł.

Nie takie rzeczy Hitler wyczyniał i ludzie się nie oburzali. Ale masz rację, że poziom absurdu podniosłem tu do granic możliwości wszelkich, widzialnych i niewidzialnych. :)

Oj, masz rację, ta scena niestety pozostanie także i w mojej pamięci. Dzięki za odwiedziny i komentarz, Zygfryd. :)

Bardzo fajna historia z potencjałem na coś dłuższego. Mieszanie bogów do spraw tak zwanej popkultury – pomysł genialny po prostu. Poza tym, hmm, należy Ci się pochwała za to coś, co sprawiło, że jak już się zaczęło raz czytać, to nie można było przerwać, nie kończąc tej arcyciekawej lektury. Podsumowując: ode mnie “piątka”! :)

Dzięki, Sara, za szczerą opinię. Prześladuje mnie ostatnio czar czarnego humoru. A że działania bohatera są nieludzkie, no cóż… Poczynania Boga ze “Starego Testamentu”, do którego porównuje się narrator, również takowymi niehumanitarnymi niekiedy bywały, czyż nie? No a styl króciaka jest po prostu dziwny, z czego zdaję sobie sprawę. I nie każdemu podejdzie.

Dzięki serdeczne Wszystkim, w tym za kliczki i cenne uwagi. I jeszcze raz przepraszam za wszelkie obrzydliwości, za cały ten akapit odnoszący się do spraw jajecznych. Cóż… tę historię podyktowało życie, a życie przypomina niekiedy bizarro. Dla mnie osobiście ważne były: 1) ostatnie zdanie – wyrazy "tlić się" i "skrzyć" mogą odnosić się zarówno do światła, jak i do życia, w tym przypadku życia narratora, 2) dobór słownictwa oraz imienia rolnika, tj. Dagona – jako lekkie nawiązanie do Lovecrafta. Pozdrawiam i raz jeszcze dziękuję! M 

No proszę, ilu to ciekawych rzeczy można się dowiedzieć pisząc i czytając o peerelu. 

Au, aua, dzięki, Finkla, już mnie nic nie boli! ;)

Spartoliłem, krótko mówiąc. Siliłem się na dowcip. I to mnie zgubiło. Miałem delikatnie przesmyknąć się po poważnym skądinąd temacie. No i przesmyknąłem się, jak szczupak niedzielnemu wędkarzowi bez ręki, nogi i głowy na karku. ;)  

Podziękować, Yantri! Przy okazji, fajny jest ten kocur z awataru, choć ja gustuję raczej w psach, he, he. ;)

Nie ma sprawy, Droga Reg. Zobaczę, co da się zrobić w temacie nowych i najnowszych pomysłów. Mam nadzieję, że mój własny daimonion będzie mi sprzyjał i nie pozwoli zbłądzić ani popaść w grafomanię. Dzięki i pozdrawiam serdecznie! :-)

Witaj, Droga Reg. Dzięki, że namierzyłaś literówkę. 

Cześć Blacktom! Empatia nie pomaga – to prawda. Ale jeśli pytasz o przesłanie, to chodzi po prostu o to, że życie bywa brutalne jednakowo dla wszystkich, a poza tym na różnych polach. My litujemy się nad kimś albo czymś, co wydaje nam się słabe, małe i bezbronne, a tymczasem to my sami i nasz los człowieczy jesteśmy pożałowania godni. 

Serdeczne dzięki, Rybaku! Historyjkę podyktowało samo życie, a ja ją tylko podrasowałem. Aha, pozwól, że jeszcze spytam: czy masz może na myśli Jaromíra Nohavica czy może kogoś innego? 

Na koniec dwa słowa o tym, na czym polega fantastyczność zaprezentowanego tutaj króciaka, bo to może nie jest jasne. A więc już sam klimacik sielankowy nawiązuje do tego, co wszyscy znamy z fantasy. A jeśli dodatkowo potraktować ów tekst jako opowieść o złym omenie, to od razu widać, na czym rzeczona fantastyczność “Małego białego” polega. Mam nadzieję, że rozwiałem wątpliwości.

 

Dzięki, Łosiot! Bijąc się w pierś, przyznam się do kilku rzeczy i przedstawię autokrytykę. Jest to moje dość stare i bodaj pierwsze, albo jedno z pierwszych opowiadań, które bardziej wygląda na streszczenie, aniżeli na pełnoprawną historyjkę z barwnie ukazanymi bohaterami z krwi i kości oraz dobrze scharakteryzowanym miejscem akcji. Skoro to Francja, a rzecz jest o feedersach, to dlaczego nie pojawia się choćby jeden tylko opis uczty i czerwonego wina? Gdzie opis porwania? Gdzie ukazanie momentu zgonu kobiety oraz rozwinięcie tych paru zdawkowych informacji na temat śmierci mężczyzny? Nie wiemy, jak wyglądają główni bohaterowie i co ich charakteryzuje? A przecież wiedzieć możemy, może nawet chcielibyśmy. W jaki sposób bohater stał się feedersem? Co go do tego skłoniło? Jak wygląda wspomniany Wilczy Szaniec? Ile czasu dokładnie celebrytka jest przetrzymywana? Jaki jest odzew społeczny spektakularnego porwania i co na to wszystko policja? Bohater opisuje różne dziwne urządzenia na samym początku opowiadania, ale najbardziej zdaje się fascynować sprzątaczkami z przenośnymi elektroluksami. I co on w tym widzi nadzwyczajnego, skoro przecież żyje w przyszłości, a w przyszłości, jak to zwykle bywa, istnieje wiele maszyn i urządzeń, o których się filozofom nie śniło i śnić nie mogło. Co do strony warsztatowej oraz warstwy językowej: tutaj nie pojawia się nic, absolutnie nic ciekawego i dobrze, bo wcale nie musi, problem w tym, że niektóre zdania są pokrętnie skonstruowane (tak jakby chciały zaimponować komuś swym nadętym obliczem). Ponadto pojawia się wskazana już przez Łosiota wątpliwość: czy aby można być dzieckiem obojga psychopatów, tak po prostu, jednocześnie? I skąd na Boga pojawił się tak nagle ów rapujący krasnoludek Półdupasek? Wreszcie, na koniec, skoro o Bogu mowa, pojawia się oto odniesienie do Wszechmogącego. Po co, na co, nie wiadomo. Larrego Flynta lubię (głównie za to, że dzięki niemu właśnie powstał ciekawy skądinąd film “Skandalista”), ale Boga do spraw profanum bym jednak nie mieszał. Tyle autokrytyka! Mam nadzieję, że błędy i uchybienia mi wybaczycie. :)

Dzięki za szczerą opinię, Michale Pe, przemyślę kwestię. Być może następnym razem zacznę od wersji fantastycznych, bo przeróbki nie zawsze mi wychodzą. Również pozdrawiam fana Jana Sebastiana. :) 

Oszukuję. Ale swoją drogą to ciekawe, że adres (może gdzieś na świecie taki istnieje, kto wie) skrywa zakodowaną godzinę albo i nawet datę końca świata. Czarny humor tu widzę. No i oszukałem licznik wyrazów, choć na dobrą sprawę drabbelek to to nie jest, to znaczy zależy, jak potraktować zapis adresu. 

Nie wiem, czy nie lepiej by zabrzmiało na koniec: “A mówili, że będą trąby” lub coś podobnego i także zabawnego.

Dzięki za wizytę oraz czujność, Finkla! :)

Dzięki, Finkla! A jak to mówią, gdzie sam Conan nie może, tam diablicę pośle (czy coś w ten deseń), czyli tak czy siak sobie poradzi. ;) 

I tradycyjnie już druga wersja – ta niefantastyczna:

Od zawsze chciałem zostać wielkim Bachem. Rzępoliłem na skrzypcach, improwizowałem preludia, kaleczyłem partity, z czasem zacząłem nawet komponować proste fugi. W końcu jednak znudziła mi się ta żmudna droga donikąd. Któregoś razu wstąpiłem do urzędu stanu cywilnego, zmieniłem co potrzeba i oto możecie już na mnie wołać: Bach, Magnus Bach.  

Nie wiem, jak Ci mam dziękować, Reg, i to nie tylko za to, jak szybko uporałaś się z korektą, ale również i za wskazanie interesującej opcji zaprezentowania historyjki z punktu widzenia małego Maćka oraz dorosłego Macieja (patent zastosowany chyba w “Weiserze Dawidku” Huellego). Jest to swoiste wyzwanie, nie na teraz, broń Boże, na przyszłość raczej, bo wymaga perfekcyjnego operowania czasami i wyczucia przeróżnych niuansów językowych (coś, co zabrzmi w jednym czasie oraz trybie dobrze, nie zagra jak należy w innym). Na gorąco poprawiałem to, co na gorąco poprawić się dało, więc jeszcze raz dziękuję uniżenie! :-))

Ciekawe interpretacje. Masz bujnął wyobraźnię, Reg. Może czas zacząć spisywać wspomnienia z młodości? Czytelników byś miała na bank. I dzięki za miłe słowa!

Może nie wyszło dokładnie tak, jak chciałem, może za mało się starałem. Cieszę się, Reg., i czekam niecierpliwie na Twój osąd. ;) A to mój ulubiony fragment, idealny przykład literackiej banalizacji i ukłon w stronę małego realizmu (pewnie nie wszyscy pamiętają):

 

O tym, co przeczytałem ostatnio w kochanym moim dzienniku, gdy wspominałem dobry rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty piąty

Udaliśmy się więc w plener, daleko poza horyzont codzienności, gdzie w cieniu drzew i krzewów w chowanego bawiło się całe poziomkowe plemię, a ponad koronami zieleńców fruwały bezpańskie pszczoły, układające się w chmurne roje-kominy, tam, gdzie ponad wsią sielską opolską, w której mieszkałem w dzieciństwie, wiła się droga przyozdobiona czereśniowymi wykwitami, polna droga pełna słodkopolskich dzieci, co po swojemu ochrzciły ją mianem Szmaragdowej, nie mając bladego pojęcia, dokąd wiedzie. Lubiliśmy wyobrażać sobie, że na jej końcu znajduje się coś zupełnie niespotykanego, błyszczącego szmaragdem, dającego ów efekt awenturyzacji. Za jednym wzniesieniem było drugie i naturalnie wyższe, a za tym drugim – następne i jeszcze, JESZCZE! wyższe. I tak bez końca. A my – dzieci Słodkopolski chcieliśmy za wszelką cenę poznać ten skrawek ziemi i dotrzeć na antypody racławickiego grajdołka zwanego światem. I potem wakacje dobiegły końca, nagle. Niektórzy spośród naszej paczki pokończyli szkoły, podorastali, pozakładali rodziny, albo i nie pozakładali, pożenili się, albo i nie, mieli dzieci, które żyły i pracowały, albo wcale nie mieli dzieci. Boże, jakie to do bólu normalne wszystko! 

 

Albo tak jeszcze: 

(…) I potem wakacje dobiegły nagle końca, a wraz z nimi przeminęło wspomnienie o pszczelej rójce. Minął czerwiec i przeszedł lipiec. Czereśni nigdzie już nie było. Nastał wrzesień, a potem październik. I skończył się okres burzowy, więc i tęczy nigdzie się nie widziało. A Szmaragdowy Gród stał się mało ważnym gródkiem, tak mało ważnym, że mógł ostatecznie rozpłynąć się we mgle niewyraźnych i na poły realnych wspomnień. Boże, jakież to do bólu banalne wszystko, to nasze życie! 

 

Chyba skończyłem. Dopisałem II cz. i scaliłem wszystko w jedną całość. Krótkie to to nie jest, uff! :)

Ale masz na myśli, Reg., swój rozum, z którego niekiedy, i to nawet dość często korzystam, czy też własny mój rozum, z którego osobiście tylko ja czerpię? ;-) Boże, cobyśmy bez tych zaimków zrobili?! Okej, melduję, że zrobiłem to, co rozum mi podpowiedział. 

 

Ciekaw jestem Waszej interpretacji szorta: czy chodzi tylko o hipokryzję podmiotu lirycznego? A może o przewrotność jako taką? Albo – inaczej jeszcze – o lekceważenie mikrokosmosu i skupienie uwagi na kosmosie, wielkim i niezbadanym, kosztem własnej planety, czyli tego, co zwyczajnie ma się pod nosem, na dłoni wyciągnięcie? Może są inne jeszcze sensy i symbole, których znaczenia ja-autor nie pojmuję.  Z symboli rzuca się w oczy niewątpliwie liczba trzy oraz pewnego rodzaju powtarzalność zdarzeń (schematyzm – jak w opowieściach ludowych tudzież baśniach).

Dzięki za komentarze. Bardzo mi miło, Reg. Coś jednak trzeba będzie zrobić z zaimkami, bo jest ich zwyczajnie za dużo – teraz widzę. 

A może tak: jest nas, ludzi na planecie, która jest globalną wsią niesielską i nieanielską, za dużo!? Nie wiem, czy ludzi jest za dużo, ale ciężko jest mi przeboleć, że będzie ich więcej, dużo, dużo więcej. Wszystko ma swoje granice, jak wiadomo. I po progresie musi nastąpić niewątpliwie regres do jakieś mniejszej albo nawet całkiem małej liczby. Tak mniemam. 

Merytokracja jakichś noblistów albo innych illuminati (he, he, czyli, że nasz Lechu z Gdańska też by się załapał) byłaby chyba dla mnie najstrawniejsza. Na szczęście dawno już temat organizowania ludzkości przestał mnie obchodzić. 

Co do kurczaków jeszcze, to zastanawia mnie motyw wiary w to, iż istoty lepiej rozwinięta (kosmici) życzą nam, ludziom dobrze, bo – w gruncie rzeczy – to my jesteśmy tymi kurczakami z powyższego króciaka, bezbronnymi i łatwowiernymi. 

Zgadzam się i z tym, co po pierwsze, i tym, co po drugie. Ale jak wsłuchuję się w bieżący dyskurs polityczny, to mi brakuje w nim merytorycznego ujęcia poruszanych zagadnień. Za każdym razem przeżywam swoiste deja vu i mam oto wrażenie, że znalazłem się na powrót w podstawówce, gdzie dzieciaczki ciągną się, szarpią za włosy i obrzucają papierowymi samolocikami, a reszta klasy kibicuje swym ulubieńcom. Politycy!

Chyba trochę odeszliśmy od tematu kurcząt oraz zagadnień ogólnocywilizacyjnych i etycznych. 

Może umiarkowana dyktatura nie byłaby wcale zła jako system sprawowania władzy nad światem, pod warunkiem wszelako, że dyktator miałby łeb na karku i nie byłby szaleńcem w sensie medycznym. Okej, taki mały żarcik. Ale swoją drogą uważam, że sprawy ważne dla całej planety winny być rozwiązywane tylko i wyłącznie przez wybitnych naukowców, gremialnie. Problem przeludnienia, zarządzania kurczącymi się stopniowo surowcami etc. – to nie są sprawy dla piewców tak zwanej demokracji parlamentarnej. Poza tym: ile tak naprawdę jest tej rzekomej demokracji w demokracji, czyli wszędzie tam, gdzie politycy są tylko marionetkami albo – tak jak na Ukrainie – aktorzynami, gdzie rządzi pijar, jak np. na dworze prezydenta Macrona. 

Temat około-drobiowy pewnie się jeszcze u mnie pojawi. Piszę właśnie coś o recyclingu. Poczekajta, będzie się działo, że… ło Matko Boska Częstochowska!

Co do stoików – to się nie wypowiadam, filozofia jak każda inna, ale pamiętam, że ludzie, poeci, którzy uprawiali stoicyzm byli mi i nadal są bliscy. ;)

I oto mamy klasyczny przykład hermetycznego dowcipu, zrozumiałego dla wąskiego grona odbiorców, często specjalistów z danej dziedziny. Niestety, ta druga wersja z angielskim jest zabawniejsza, ale i kompletnie niefantastyczna. Ciekawe, jakby to zadziałało z ukraińskim, co dałoby się tutaj wykombinować, a co byłoby chyba bardziej na czasie? Dziękuję za komentarze i serdecznie pozdrawiam tradycyjnym okrzykiem klingońskich Qo’noSan: “ob-la-di ob-la-da”! ;-)

Coraz bardziej skłaniam się ku wegetarianizmowi, przynajmniej do pewnego stopnia. 

Dzieła człowieka nie za dobrymi są, a i historia jest (często bywa) krwawa i okrutna. To tak, jakbyśmy się jej ciągle na nowo uczyli, i ciągle te same błędy popełniali. Zwykła nauka polega na jakimś progresie i wyciąganiu wniosków na przyszłość, a tutaj niczego takiego nie ma. Przykład: sposób wyłaniania rządzących nami polityków. Hitler doszedł do władzy w sposób demokratyczny, a ile zła wyrządził swym “wyborcom” (i nie tylko im zresztą). Absolutnie nie odnoszę tego do aktualnych spraw polskich, do obrońców konstytucji i demokracji. Wypowiadam się bardziej generalnie. 

Dobrej nocki, mimo wszystko! 

Mam nadzieję, że za bardzo nie przekombinowałem. Przyznaję się bez bicia, że przerobiłem jednego ze swych ostatnich dribbelków, który w oryginale brzmiał tak:

 

“Rozmowa wstępna w sprawie pracy” – dribbelek

– Jak tam znajomość angielskiego? – pyta pracodawca podczas rozmowy wstępnej.

– E, tak sobie – odpowiada rekrut. – Ale bardzo dziękuję za to pytanie. Na to i każde kolejne chętnie odpowiem.

– Okej, to świetnie! A więc nie uczył się pan ojczystej mowy Williama Szekspira?

– Niestety! Byłem zajęty pracą.

– A gdzie pan pracował?

– W Anglii. 

Oj, Tarninko! Cieszę się, że mnie odwiedziłaś, uczyniłaś mi ten zaszczyt. Cieszyłbym się bardziej, gdybyś zechciała ów rozbiór podesłać, czego nie mogę wymagać, o co mogę jedynie zabiegać. Chętnie bym poprzycinał to i owo w dżungli, ale jeszcze nie wiem co. Wiem natomiast, że niejedno w tekście zmienię, może nawet – nie lubię tego słowa – niejedno uproszczę. Faktycznie, piszę drugą część, ale idzie mi to jak krew z… idzie mi to pomaluśku. Piszesz, że u Ciebie – ziemia jałowa. Zaraz sprawdzimy, bo w sumie dawno niczego wartościowego i poprawnego nie czytałem, a Edziu Stachura ma na mnie – jak się zdaje – zły wpływ manieryczny, taki, że szkoda gadać. Pozdrawiam wieczorową porą! MZ :)

Dzięki za komentarz i odwiedziny, NWM, z których się zresztą bardzo cieszę. No nic, może następnym razem uda się napisać coś wartościowego, co zapadnie w pamięć. Pozdrawiam! MZ

Wstrzymaj się, proszę, aż napiszę II część. Wtedy być może opowiadanie nabierze innego oblicza, już jako całość. Przepraszam za kłopot i zamieszanie. :)

Wielkie dzięki, Droga Reg. Robię, co mogę, abyś nie miała tutaj za dużo roboty, ale nic kompletnie z tego nie wychodzi. Babole, które notabene już poprawiłem, mnie po prostu lubią. Ale nie to jest najgorsze.

Największym problemem opowiadania – jak zauważyłaś – jest język. Na myśl przychodzi parę wzorców, z których należało – być może – zaczerpnąć: “Mikołajek”, “Guguły” Grzegorzewskiej, “Dukla: Raki” Stasiuka, “Falując na wietrze” Stachury oraz w mniejszym stopniu: “Nocne radio znów nadaje” Zygfryda89, “Stań przy mnie” Kinga i “Weiser Dawidek” Huelle. Przykłady można mnożyć.

Drugim problemem – jest brak, tak dla mnie charakterystycznych, neologizmów i leśmianizmów, co zresztą można łatwo (niełatwo) naprawić. A “jazdy do” współczesnej polszczyzny są w ogóle chyba jakąś porażką. Zastanawiam się tylko, które słowa najbardziej Ciebie drażniły i które boleśnie wryły Ci się w pamięć. Czyżby mój ulubieniec “standardzik”? Mogłabyś wskazać jakieś przykłady? A ja się poprawię, obiecuję.  

Trzecią bolączką niechaj będzie i to, że w obliczu braku całości nie bardzo wiadomo, które składniki nadają się do wyrzucenia, słowem: co jest częścią integralną, a co zbyteczną dygresją jeno.

Jedno mi się na pewno udało: początek miał być mroczny i tajemniczy, środek natomiast – słoneczny i jaśniejący. Im bliżej nam do upragnionej alejki czereśniowej i im wyżej Racławic się znajdujemy, tym robi się bardziej słonecznie i kolorowo. A finał – rzecz do zrobienia – ma być na powrót mroczny, i to – mroczny bardzo.  

“Jednakowoż nie ukrywam, że chętnie przeczytam, co jeszcze wydarzyło się tamtego lata”. Zobaczę, co da się zrobić w sprawie. ;))

He, he, no jasne, teraz stałaś się znaczniewięcejwidząca. Czar prysł i po poezji, bo to była proza poetycka, jakby się ktoś pytał! Cieszę się, że otwarcie i bez tajemnic udało nam się przebrnąć przez temat potoczysty. ;) 

Dzięki, Reg. Następnym razem postaram się, aby potok szumiał jedynie w tle opowieści niczym muzak w windzie biurowca. ;)

 

Pozwól tylko, że przedstawię własną interpretację tego, jakby nie patrzeć, onirycznego króciaka. A więc po kolei, najpierw o faktach z życia, a potem o symbolach.  

Faktografia: Jak wiesz, wyprowadziłem się z gór i zamieszkałem w Anglii (oby nie na zawsze). 

Symbolika: Potok – żywiołowe i aktywne w górach mych obcowanie. Rzeka i morze (w podanej kolejności) – wyjazd do zamorskiej krainy, np. właśnie Anglii. Prochy – to z jednej strony śmierć, gdyż dla gór niewątpliwie już umarłem, a z drugiej – symbol dyfuzyjnego rozproszenia się i pozostawienia cząstki siebie gdzieś tam, het daleko, być może wszędzie i nigdzie.

 

I tak to widzę. Raz jeszcze dziękuję! MZ

Nie ma sprawy. To, że tekst jest stary (nie jest aż tak znowu stary) mi nie przeszkadza. Często zaglądam właśnie do dzieł, które leżakują niczym dobre toskańskie wino (Chianti oczywiście). ;) 

Aha, tylko dopowiem jeszcze: “(…) ustąpić przed światłem lamp naftowych, które(ż) to światło ciepło złociło niedawno bielone ściany, goniło cienie po półkach kredensu (…)”. Tak zbudowane zdanie jest może mniej poprawne (mniej polskie), ale bardziej by mi się podobało. Myślę, że Wiesz, o co chodzi. Pozdrawiam! M   

Thargone! Tak na gorąco: bardzo Ci dziękuję i za miłe słowa, i za życzenia (Święta Wielkanocne nadal trwają). Zrobiło mi się tak przyjemnie, że aż nie wiem, co powiedzieć mi wypada, ale jak już będę wiedział, to nie omieszkam się tutaj pojawić. I słów parę sklecić. Jedno wiem: nie znalazłem jeszcze swojej pisarskiej drogi i nie powiedziałem słowa finalnego. Duże formy mnie przerażają, a ja czuję się wciąż niedouczony. :)

Masz rację, Maszkytny. Ze swoim gadulstwem muszę się bardziej pilnować. Na szybko poprawiłem, co tylko mogłem. Co do rozłożenia akcentów (sprawy istotne, mniej istotne, motyw mapy, motyw alejki czereśniowej): widać, że nie mogłem się na coś konkretnego zdecydować, nie wiedziałem, jak zacząć. I wyszedł chaos. Może oczekiwałoby się czegoś np. na wzór serii o Mikołajku, czegoś naiwnie dziecięcego, urokliwie prostego? Nie wiem, no być może. Bardzo dziękuję i pozdrawiam! MZ

 

Dzięki, Sara! Nic na razie więcej nie mówię i niczego nie zdradzam, ale – powiem tylko – będzie się działo, oj, będzie się działo. Miało być dark fantasy i będzie dark fantasy. Część słoneczną i familijną-wspominkową mamy za sobą. Teraz może być tylko mroczniej (patrz – motyw mapy). Rzecz do dopisania i do rozwinięcia. Czas otworzyć już ten dozownik z kropelkami horroru, wysączanymi powoli, ale konsekwentnie, i tak aż do bólu. Pozdrawiam! M 

Imponująca ilość komentarzy, a to mówi samo za siebie. Zrobiło mi się iście kolorowo, i dobrze, a to – za sprawą Twojego opowiadania, słowem malowanego. 

Tutaj bym coś poprawił plus połączył to wszystko w jedno zdanie:

“Musiała jednak ustąpić przed światłem lamp naftowych, które ciepło złociło niedawno bielone ściany, goniło cienie po półkach kredensu, nabłyszczało garnki. Skapywało z wiązanek ziół, suszących się nad piecem”.

“(…) nikt nie może pobiec do Lewaczów, by wszcząć alarm (…)”. Powinien być chyba przecinek.

Ech, no dobrze, piszę o drobiazgach, a czymże są drobiazgi wobec piękności takiej literatury. :))

Zdrówka! 

MZ

Dziękuję bardzo! Odwzajemniam życzenia serdeczne! No, nareszcie napisał ktoś, kto zna śląski i nieobca mu jest mowa górecka (Górali, Gorali oraz Ślązaków brennickich), a i pewnie “tyż” proza samego Walentego Krząszcza, notabene bardzo ciekawa, jeśli ktoś np. lubi folk-horror, grozę na ludowo i tak zwaną literaturę etniczną. :)

“Fantastyka szczątkowa”. Rozkręcam się, Finkla, rozkręcam się. No, bywa, że powoli. Tak mam i już. A dawno mnie już nie było tutaj na forum, więc daję sobie czas na rozruch. Dzięki za komentarzyk i odwiedziny. Pozdrawiam w duchu Świąt Wielkanocnych 2019! MZ ;)

Nowa Fantastyka