Profil użytkownika


komentarze: 405, w dziale opowiadań: 276, opowiadania: 153

Ostatnie sto komentarzy

Muzyka nigdy nie stanowiła dla mnie czegoś istotnego w życiu.

Ha! Wyjaśnia się, jak to jest, że nadążasz pisać na wszystkie konkursy. Po prostu nie trwonisz czasu na słuchanie:)

Ano właśnie, przeczytałem dawno, ale o komentarzu zapomniałem…

 

Ja miałem odwrotnie, niż ninedin, tzn. narracja bardzo mi się podobała. Przypomniało mi się jak za małolata czytałem, wtedy już stare, “Spotkania w przestworzach”. Początek tekstu zabrał mnie właśnie w takie rejony, dawnego s-f i dobrze mi z tym było:)

Dałeś czytelnikowi to, w czym jesteś mocny. Malowniczy, działający na wyobraźnię i wysoce estetyczny obraz – twój finwal nie jest jakimś mega odkryciem, ale jakże to porywający temat… A zderzony z chłodną, krótko prowadzoną narracją wstępu, no, to było naprawdę coś. A potem zrobiłeś coś, czego zrozumieć nie potrafię. 

 

Nadludzie nie podróżowali w stalowych okrętach. Używali zwierząt. Zmodyfikowanych, przeobrażonych i wyhodowanych, ale nadal biologicznych, żywych organizmów. Posługiwali się też b i o l o g i c z n y m i częściami zamiennymi. A czymże on był, jeśli nie zbiorem tkanek, białek i mięśni? Do tego w doskonałym stanie.

Po kiego diabła tak obcesowo wykładasz kawę na ławę? Najpierw pięknie żenisz kosmiczny chłód sf z cudowną impresją obserwacji biologicznego absolutu i zamiast zostawić z tym czytelnika (a niech ustosunkuje się do tego w głębi swego ducha, a co!) zabierasz się za tłumaczenie tego, co już pokazałeś działającymi na wyobraźnię (”pilot” w gębie finwala!) obrazami. No kurka wodna, po co? Poczułem się jakbym na umajonej łące gonił barwnego motylka, a mając go już niemal w dłoniach, wyrżnął, zahaczywszy noskiem buta o kamień, prosto na ryj. No, nie tegom chciał.

 

No i jeszcze na koniec taki soundtrack do opowiadania. Samo się prosi;)

 

 

 

Gratulacje! Luty pod znakiem czwartkowych dyżurów ;)

Dzięki, Finklo za odwiedziny! Mam nadzieję, że porwie następnym razem. Co do twojego pytania, pomału klasycznego dylematu tego portalu, proponuję, żeby zachować lajtmotiw tekstu, zamienić je na równie retoryczne “czy też nie ma tu feelingu, czy tez może jest?”.

Ech, no cóż poradzić. Ja fantastyki to chyba po prostu nie potrafię pisać, w najmocniejszych porywach wychodzi mi coś na pograniczu. No ale myśl, że napisałem opowiadanie, które gdyby spełniło warunki regulaminu, to miało szanse powalczyć jest przyjemną nagrodą pocieszenia:) Także poza pudłem, poza stawką, ale zadowolony:)

Gratulacje! Mój faworyt na szczycie, jest radość:)

 

Podkreślę, że sam konkurs miał bardzo akuratny regulamin i został przeprowadzony wzorcowo. Brawa dla dyżurnych czwartaków! Więcej inicjatyw tego typu panowie!

Widzę, że poprzednicy skupili się na niedostatkach tekstu, więc może ja o tym, co bliżej zalet.

Są naprawdę dobre momenty, fragment z tekturowymi pudłami bomba. No ogólnie, gdyby tekst nie leciał na łeb na szyję w z góry założonym kierunku, można by tu coś ciekawego uszyć.

Natomiast jednej rzeczy nie potrafię zrozumieć. Interpunkcja. No po prostu ręce opadają jak płetwy. Nie da się tego wytłumaczyć inaczej, niż tym, że wrzuciłeś tekst w takiej postaci dla jaj. Zestawiasz mocny temat (mniejsza, jak ujęty) z interpunkcyjnym sadomasochizmem. Efekt ni tragiczny, ni komiczny, ni czort wie jaki. Tylko oczy bolą. 

Nie no, są sprawy na niebie i ziemi, których nigdy nie zrozumiem.

 

Dlaczego ten tekst nie jest jeszcze w bibliotece???

Na przykładzie tego tekstu można opisać problem, na który cierpi część konkursowych tekstów. To jest tak, mając do dyspozycji 10k znaków nie zaczyna się opowieści o zabijaniu smoka sceną skaptowania drużyny w karczmie, bo nie starczy znaków na finałową potyczkę. I tu tak jest. Zaczyna się zabawa, kończy się limit i klops. Warto pamiętać, że im mniej znaków, tym bardziej trzeba kombinować, jak opowiedzieć swoją historię.

Mimo to podobało mi się, jak gładko, drogi autorze, posługujesz się słownictwem budującym anturaż tej a’la space opery (czy jak to nazwać, bo się nie znam). Czuć, że to czujesz:) Ja jestem kompletna noga,jeśli idzie o sprawy techniczne i jak ktoś czuje ten specyficzny żargon to zawsze robi na mnie wrażenie. 

 

Uśmiechnąłem się, owszem, choć szczerze mówiąc najbardziej podobały mi się fragmenty dialogowe. Lubię oszczędność w didaskaliach i tu fajnie wyszło. 

Bardzo dobry tekst. Na początku średnio mi się podobało jak nam to opowiadasz – taka przesadnie zdystansowana relacja, ale pozostałeś w tym konsekwentny, co finalnie ładnie uzupełniło się z zakończeniem. Przez moment przestraszyłem się, że popsujesz wszystko sztampom (to wylewanie butelek), ale szybko okazało się, że doskonale wiesz co robisz i całość wyszła super. I ten dystans, chłód całej opowieści bardzo mi się podobał.

 

Chyba mój faworyt, choć przyznam, że przeczytałem może połowę konkursowych tekstów. 

Takie okołokonkursowe śmiszki, w wykonie całkiem udane, no ale nie uda ci się nas oszukać, autorze – jadro tekst stanowi opis postaci, która śledzi nas tu od dłuższego czasu i poza nim niewiele nam proponujesz:) 

Czy jest na sali ktoś z Warszawy i okolic? Tytuł i zakończenie nabierają podwójnego znaczenia, jeśli się weźmie pod uwagę, co w warszawskiej mowie potocznej oznacza "słoik" – wybór miejsca akcji nie był przypadkowy. :) 

No właśnie i to jest w tym szorciaku najśmieszniejsze :)

 

Znów bardzo mi się podobało. Fajnie prowadzisz narrację, wciągasz w historię na luzie, jakby z dystansem, ale jednocześnie konkretnie i do rzeczy.

 

I tak do ogółu, dajcie już spokój z tym odwiecznym “gdzie tu fantastyka?”. Wszędzie/nigdzie, co za różnica jak ma się przed sobą dobry tekst? A zresztą, odpowiedzmy sobie na to pytanie raz i na zawsze:

Gdzie tu fantastyka?

W nazwie portalu:P 

Dzięki, Kamila! Chciałbym napisać, że ten tekst to rodzaj hołdu składanego zgranym konwencjom i ciasno rozumianej gatunkowości i horrorom z cyklu “grupa młodych przyjaciół…”, ale prawda jest dużo bardziej banalna. Od dawna nie mogę napisać nic na serio i o czymś, więc pozostają mi tylko takie rozrywkowe kawałki. Nie ma w nich nic złego, szczególnie jeśli uda je się smacznie podać, ale tęsknota za napisaniem czegoś większego jest ogromna. Ech, może z nadejściem wiosny mi przejdzie :)

 

Witam także Blacktoma, zamykającego stawkę jurasów!

 

Edwardzie, bardzo się cieszę, że się podobało! Początek filmu, tak? W pewien sposób mnie rozgryzłeś, bo kanwę tej historyjce dał początek pewnego filmu. W pierwotnej wersji opowiadania w trakcie rozmowy obu panów padał nawet jego tytuł, lecz później zrezygnowałem z tego pomysłu – nawiązanie było chyba zbyt odległe. Ale może ktoś zgadnie, o jaki tytuł chodzi. Stawiam przysłowiowy browar;)

No co tu gadać, ubawiłem się przy tym opowiadaniu pierwszorzędnie. Bardzo mi się podobało:)

Oj ciężki los moją na portalu nowicjusze, a jak się na wstępie napisze, że to dziewicza twórczość, to już w ogóle mało kto się zainteresuje. A szkoda.

 

Szczerze mówiąc bardzo nie lubię takiej stylizacji, więc próg wejścia w tekst miałem bardzo wysoki, a mimo to dałem się kupić i okazało się, że im dalej w las, tym bawię się coraz lepiej. Jest w tym tekście taka iskierka pozwalająca przymknąć oko na mankamenty, jest za czym pójść, jest czemu dać się uwieść. To bardzo dużo, nad innymi rzeczami można/trzeba pracować, pracować itd.

 

Ode mnie kliczek. 

Podoba mi się pomysł dwóch epilogów, szczególnie zamknięcie wypada fajnie. Mogłoby się obyć bez bluzgów, te wszystkie odpierdoliłeś, przypierdoliłeś itp. jakoś mnie strasznie rażą w fantasy, ale to drobiazg. Trochę zbyt lekko kręcisz truposzem na osi ofiara-kat żaby wypadło to wiarygodnie, ale że zacytuje twój własny komentarz:

Poza tym uznałem, że w tak krótkim tekście można i trzeba operować dosadnymi kliszami, bo zwyczajnie nie ma miejsca, by zbudować indywidualny obraz dużej krzywdy, która jest potrzebna w kontekście kreacji bohaterów i klimatu. 

więc trzeba na to przymknąć oko i jest git. Ale ten dyżur to wepchnięty na siłę :) Zresztą moim zdaniem bez tej wzmianki teksty by tylko zyskał. 

Dzięki, Darconie! Nie da się ukryć, że w tej historyjce, bo nie historii nawet, nie wyściubiamy nosa poza rozrywkę, więc jeśli jest radość to czuję się spełniony :)

Miało być kasjopeja.tales, ale gdzieś mi kropka zwiała przy rejestracji i teraz już nie umiem tego zmienić ;) 

O, z kropeczką inna bajka, od razu wiem o co chodzi :) Znaki przystankowe po raz kolejny ujawniły swą moc :)

 

Irko, dziękuję bardzo:)

 

Anet, jedno słowo, a ile radości:)

 

Pozdrawiam serdecznie!

No tak, obiecałem sobie, że tym razem po wrzuceniu tekstu będę warował przy komputerze, żeby na bieżąco odpowiadać na komentarze i ze w ogóle, w weekend poczytam, pokomentuje, ale życie jak zwykle jest bezduszne i brutalne. Zatem znów podziękowania zbiorowe:( 

 

katiu, strasznie mi miło, że się podobało, dziękuje za kliczek:)

 

kasjopejatalesie (uf, co za mordercza ksywa;), dzięki ogromne! To dla autora wielka nagroda, jeśli w sercu czytelnika tknie swym tekstem czułą strunę miłych wspomnień – szalenie mnie to cieszy!

 

Asylum, cóż ja mam napisać, prócz tego, że jesteś chyba moją mentalną siostrą, bo widzę, że spojrzenie na wiele spraw, gusta i upodobania zbiegają nam się tak zgodnie, jak rzadko kiedy:) Dzięki ogromne! “Jazz i fizyka”? Nie, nie znam. Cóż to takiego? Ciesze się, że przy okazji dyżurnego konkursu wpadł mi do głowy taki pomysł, że mogłem choć odrobinę zahaczyć o muzykę, bo to temat do którego dusza wyje. Kiedyś muszę napisać w takim duchu coś większego, coś na poważnie, nie w ramach rozrywkowej konwencji, tylko tak od serca, naprawdę. Ech, plany i marzenia;)

 

sy, dzięki ogromne! “Przebudzenia” akurat nie znam, ale rzekło się już, że duch Kinga unosi się nad tym króciakiem. Cokolwiek by o Kingu nie sądzić, bo pisze strasznie nierówno, ale fakt niepodważalny – jego historyjki to mordercze pociski, zrzucane na nasze głowy przez nieustająca od lat kanonadę amerykańskiej popkultury. Wszyscy się na tym wychowaliśmy. Dzięki za klika!

ninedin, pawelek, dzięki! Gdzieś na etapie poprawek przyszło mi do głowy żeby zmienić tytuł i zaakcentować troszkę inny aspekt tej historyjki, ale to był ten moment, gdy zaczynam już tekst psuć, zamiast poprawiać, więc finalnie zostało jak jest – i chyba wyszło dobrze:)

 

Pozdrawiam!

mr.maras, dzięki za odwiedziny. Od dłuższego czasu zastanawiam się, skąd znam tego czerwonookiego jegomościa z Twojego obrazka i przypomnieć sobie nie mogę (któraś z okładek Magii i Miecza, Portalu?). Demencja to już, czy go z czymś mylę?:P

 

oidrin, dziękuje bardzo! Didaskalia poszły tym razem w diabły, znaki trzeba było zostawić na inne rzeczy:)

 

Gekikara, również bardzo mi miło, że się podobało:) Od kierowcy trąci poezją powiadasz? Kurcze, być może, po wszystkim wydało mi się, że straszny z niego bubek, ale kto wie, może i poeta?:)

 

syf., również wielkie dzięki. Thriller, zgadza się. Dodałem taki tag, bo w ustawieniach gatunku przy dodawaniu tekstu nie ma takiej opcji. W stylu Kinga wyszło, nie? Miał zresztą taki tekst “Jazda na kuli” czy coś podobnego, w każdym razie o chłopaku, który bierze na stopa diabła, albo sam do prowadzonego przez diabła samochodu wsiada, nie pamiętam, ale przy pisaniu kołatało się to z tyłu głowy:)

 

Matko, dziękuję bardzo:) Czasem wystarczy tylko podkręcić radio i dodać gazu, żeby życie nabrało kolorów;) Szczególnie jak się tnie w poprzek Stany, bo tam to co chwila jak nie Wrong Turn to Lost Highway:) 

 

I Arnubis jeszcze dołączył, miło, mam nadzieję, że przejażdżka kilka chwil życia umiliła:) 

To je dobre. Są emocje. Ładnie podane, nie takie z recyklingu po wysokobudżetowych filmach i serialach Netflixa. Czarne dziury i typy widmowe karłów to nie moja bajka, więc biorę wszystko z dobrodziejstwem inwentarza, niemniej całość bardzo mi się podobała.

Oczywiście kliczek.

Ależ mi się podobało, po prostu podczas lektury wyobraźnia mnie chyba trochę za bardzo poniosła:) 

Ogólnie na maszynach zawsze istnieje, w tej czy innej formie, coś w rodzaju tabliczki znamionowej, gdzie zapisane są jakieś niezwykle istotne informacje dla tych-co-się-znają. Trzeba by zapytać inżyniera. 

Trochę mam z tym tekstem problem. Historyjka jest prosta, zakończenie akuratne, choć wyciągnięte z worka kilku opcji, na które się zanosiło, ale to żaden zarzut. Istota rzecz tkwi w tym, jak nam tę historyjkę sprzedajesz. Na początku myślałem, że wszystko jest tu na poważnie, lekka groteska (sam pomysł:), ale ogólnie pełna powaga. W którymś momencie zacząłem czytać to jak pulpową historyjkę ze Strefy Zmroku. Przerysowane postacie (pielęgniarka w typie pin-up, okulary w rogowej oprawie), tanie efekty (ten gorąc i rozmazujący się obraz omdlewającej bohaterki), gumowy kosmita, tkwiący na łóżku niczym upiorna babcia z weirdowej wersji Czerwonego Kapturka. No i wtedy zacząłem się naprawdę dobrze bawić:) W takim anturażu to opowiadanie strasznie mi się spodobało:)

Szczerze mówiąc spodziewałem się dziś rzeki tekstów (ostatni dzień raczkowania i drugi czwartek), ale na radzie bez szału. Niemniej obstawiam, że dyżurny licznik dobije do północy do 20.

E tam, gust to z nas wychodzi, gdy stajemy przed wyborem cola czy pepsi. 

 

Łopatologicznych wyjaśnień nikt nie lubi, ale przyznasz, że pomiędzy nimi, a fabułą opartą na hasłach istnieje coś jeszcze. I w to coś warto celować.

To, co opowiadasz, jest zbyt enigmatyczne. Zbyt wiele kwestii pozostawiasz czytelnikowi do jego własnej interpretacji, która wcale nie musi być zbieżna z tym, o czym chciałaś napisać. Kim jest ojciec chrzestny, co znaczy, że jest ojcem chrzestnym, co to za ziele, no i w ogóle kto, gdzie i kogo, cały background czytelnik musi sobie dośpiewać. Ja nie lubię takich rzeczy.

 

Ale czytało się dobrze, nawet bardzo dobrze:)

No sam nie wiem. Tekst jest fajnie napisany, tak w przyjemny sposób po męsku, do rzeczy po prostu, ale… 

Wtedy go olśniło.

To jest najbrzydsza rzecz, jaką można zrobić czytelnikowi. Najtańszy chwyt, linia najmniejszego oporu. Przecież to można podać smacznie, żeby czytelnikowi zaklikało, nie rzucać mu tym prosto w twarz. No i od tego momentu już nic się nie dzieje, zresztą zgodnie z logiką mechanizmu, o którym tekst traktuje – z jednej strony to zaleta, z drugiej wada. No, paradoks, o którym napisałeś:) W tym kontekście to bardzo ciekawe opowiadanie.

 

Raz jest Instytut Wczesnego Zapobiegania, a raz Ostrzegania, zdaje się. W każdym razie coś z tymi nazwami się poplątało. A najbardziej zaciekawił mnie wątek odczytywania symboli pochodzących z wizji. To jest tutaj tylko margines, ale bardzo lubię takie zabawy.

Leci kliczek.

A poważnie, to uzmysłowiłam sobie po komentarzach, jak trudno jest właściwie ocenić swój tekst.

Jak mówi ludowe porzekadło – nie da się być sędzię we własnej sprawie. Ale może to dobrze, bo w przeciwnym wypadku miejsca takie, jak ten portal, nie miałyby racji bytu:) 

 

Brak umiejętności wyczucia ważności słów, jest na dzień dzisiejszy moim największym problemem, ale obiecuję poprawę ;)

Jest na to fajne ćwiczenie – drable i wszelkie pokrewne. Bardzo wąski limit znaków daje inną perspektywę, człowiek naprawdę zaczyna myśleć o tym, co chce opowiedzieć i jak najlepiej to zrobić :) Albo zajrzyj do konkursowego tekstu Naz. Ona jedzie tam tak króciutko, że aż to zaczyna drażnić :)

To by się zgadzało i to czuć, serio. Tworzysz opowieść w obrębie kadru/ramy tak, jak malarz układa kompozycje obrazu, albo fotograf-reportażysta zamyka w kadrze zaobserwowaną sytuację-opowieść. Mi to się bardzo podoba, bo mam podobnie – gdyby Bozia dała mi talent, to bym malował-rysował, a najchętniej robił komiksy:) Tyle że fabuła zaczyna się wtedy, gdy namalujemy na dany temat przynajmniej dwa obrazki, a czytelnik może zaobserwować to, co je różni. Bo opowieść to zmiana, a obraz jest stały (choć oczywiście może opowiadać i tak dalej, ale to troszeczkę co innego) i w tym przypadku właśnie pokazujesz obraz, pozwalając czytelnikowi go interpretować, ale nie zmianę (bohatera, sytuacji, inną), do której czytelnik mógłby się odnieść, ocenić, ustosunkować itd. To jedyna rzecz, której tu brakuje, bo reszta jest znakomita. 

Miałaś naprawdę dobry pomysł. Zabrakło trochę umiejętności, żeby zrobić z tego prawdziwą perełkę. Podanie historii w formie rozmowy telefonicznej przypomina mi troszeczkę efekt, na którym bazują filmy typu found footage (które kocham miłością beznadziejnie ślepą:). Jest w tym pokrewny podglądactwu dystans i groza uczestnictwa w wydarzeniach, na które nie ma się wpływu. Bohater w takiej konstrukcji może być sprowadzony do roli funkcji, albo symbolu/figury bo jest tylko przekaźnikiem opowieści (zupełnie biernym, lub w finale zmienionym poprzez opowieść – wtedy warto na wstępie zbudować go tak, aby taka zmiana była uzasadniona). Przy limicie znaków szkoda marnować je na przesadne budowanie bohatera, bo potem brakuje ich na inne rzeczy – tu uzasadnienie/uwiarygodnienie opowieści o powrocie do własnych mieszkań (naprawdę gruby motyw z potencjalnie bardzo dużym ciężarem emocjonalnym), czy motywu gnębionej dziewczynki (ech, evergreen, maładziwnadziewczynka zawsze na propsie:). Tutaj odniosłem też wrażenie, że nie do końca panujesz nad napięciem, które w trakcie rozmowy się pojawia, no i niestety nie jesteś konsekwentna w utrzymywaniu go. Po zakończeniu rozmowy niepotrzebnie wracasz do przedstawiania historii przez pryzmat bohaterki (Marit?), jej motanie się/niepewność w zaistniałej sytuacji nie ma znaczenia, zbyt długo się tym zajmujesz, napięcie siada, bo czytelnik czeka tylko na to, żebyś wyjaśniła, czy słowa, które padły w trakcie rozmowy telefonicznej (która jest istotą tego tekstu) okażą się prawdę, fejkiem, wstępem do efektownego twistu, czy czym tam jeszcze. Klamra o bieli i błękicie już zupełnie nie ma w tym kontekście znaczenia. Słowem masa znaków poszła na rzeczy trzeciorzędne i zabrakło ich na to, co istotne i “robiące” tę opowieść.

Dobra, skupiłem się na tym, czego tu brakuje, ale tak naprawdę to dobry tekst. Choć też jego najmocniejszą stroną jest drzemiący w nim potencjał:)

Bardzo fajnie prowadzisz narrację, tekst czyta się naprawdę przyjemnie. Strasznie nie lubię takiego ględzenia, jak to jest zaprezentowane we fragmentach pamiętnika, ale tu wszystko wskakuje na swoje miejsce wraz ze zdaniem “to ostatnie słowa z pamiętnika”:) Końcówka zaskakująca, ciekawa, ale przyznam, że w budząca też we mnie pewien opór, bo cóż takiego uczynił ten bohater, że skazujesz go na takie męki?

PROJEKT MODYFIKACYJNY „MATUZALEM”

obejmujący osoby ur. w l. 80. XX w.

No bo ja się na takie atrakcje nie piszę!

 

Naprawdę tłuściutkie 8k znaków:)

 

 

Ok, fajne. Ok, jedziesz prosto do spodziewanego finału, który mnie nie przekonuje. Te dwa okeje zazwyczaj się gryzą, ale w tym przypadku jakoś tak bez przekonania. To jednocześnie udane i rozczarowujące opowiadanie. 

 

Językowo do wygładzenia. Momentami bez wyraźnej przyczyny utrudniasz czytelnikowi. 

 

Cóż rzec, zabrakło opowieści. Cały ten dziwacznofuturopunkowopatologiczny anturaż nie daje tła temu, po co się tu przychodzi – po historyjkę. Czyli albo czytelnik sam sobie dośpiewa co poeta miał na myśli, albo przewróci oczami i pójdzie dalej. Obie opcje raczej dla autora średnie. 

Ale ogólna dziwaczność tej scenki w pewien sposób mi się podobała :)

Fajne, do całkowitego ukontentowania zabrakło mi tylko aby finale dyrektor HR powiedział do Mikołajka “spójrz mi prosto w oczy”, jak to robił Rosół :)

Łosiocie, nie musisz oczywiście niczego wyjaśniać! To tylko moje czytelnicze odczucia, wchodzić w rozważania dlaczego napisałeś coś tak, a nie inaczej nie zamierzam.

 

Natomiast w tym, co napisałeś kryje się sugestia, że z moim stylem komentowania jest coś nie tak i teraz zachodzę w głowę, czy chodzi o nadmierne zagęszczenie skrótów myślowych na centymetr kwadratowy, czy przesadny dystans, przez który autor może odnieść wrażenie, że tego, co na temat tekstu napisałem nie traktuję poważnie. Ot, zagadka na weekend.

O, jak widać, co czytelnik to opinia:)

 

Szczerze, jak na spowiedzi: nudne i tanie. Sprzedałeś temat w pierwszej scence i bardzo fajnie to wyszło, szkoda, że dalej ogrywasz ten sam patent, bo wiadomo już o co kaman i robi się nudno. Na przestrzeni 8k znaków! W finale niestety rozczarowanie, bo pointa jest po prostu tania (że niby ma wszystko, ale zamknięty w klatce, takie tam wariacje na temat ptaszka w klatce), a i tytułowe zlodowacenie siedzi w tym wszystkim jak żyd na kupie gnoju. Przecież za szybą mogło być cokolwiek… Że niby tym, co w środku, zlodowaciały serca i mózgownice?

Początek jest bardzo fajny, serio, ale szybko okazuje się, że miałeś pomysł na drabbla, a rozpisując go na 8k znaków nie zadbałeś, aby podrzucić czytelnikowi coś więcej, niż grę z “gadżetem” i jazdę po owocach bezmyślnego konsumpcjonizmu.

Czyli u mnie tym razem nie zażarło:)

Pozdrawiam

No tak, miałem na myśli takie kalectwo “kalectwo” – pewna formę ułomności/odmienności itp. Szczególnie w przypadku maszyn to bardzo ciekawy temat, wart szerszego tekstu.

 

Postaram się regularność wizyt utrzymać, bo warto:)

Ależ uważam, że robisz to znakomicie! Tylko chciałoby się, żebyś dał nam, czytelnikom, więcej tego fabularnego mięsa! Żeby do myślenia dawało również to, co bohaterowie w danych okolicznościach zrobili, jak się zachowali i tak dalej. To jest właśnie najfajniejsze w formie fabularnej i czytelnicy tego szukają:) 

Seabert? Myślałem, że istniał jedynie w dziecięcych kreskówkach :P

Znów mała wariacja na temat poszukiwania samoakceptacji. I podobne jak w “Mistrzu Tramonte” motywy – kalectwo, postać mężczyzny podparta małym chłopcem. Fajne, choć po czasie zacząłem się zastanawiać, czy zamiast robotów wykazujących się w godzinie próby iście wschodnią biernością, nie wolałbym robotów wykazujących się pomysłowością murzyńskiego chłopca, gotowego stanąć na uszach w poszukiwaniu popartej groszem uwagi białego pana, przechodzącego ulicą czarnego getta. W sumie nie wiem i w sumie to rozważania na inny tekst, ale roboty to nie kiełbasa, mogłyby “dopomóc się sprzedać”, jeśli tak im na tym zależy.

Pozdrawiam!

Ano prawda. im większa waga podejmowanej decyzji, tym ciekawiej, a Ewa, wąż i tak dalej to całkiem duża sprawa.

Trochę mi ta symboliczna warstwa tekstu umknęła, przyznaję się, ale, do jasnej anielki, sam jestem sobie winien – powinienem wiedzieć, że cobolda nie zarzuca się od tak, gdzieś między układaniem puzzli, a zmywaniem naczyń, a przynajmniej nie, jeśli człowiek chce wyłapać niuanse i grę symboli, w czym jestem kiepski nawet przy lekturze prowadzonej w skupieniu:) No i stało się tak także przez to, że zaczarowałeś mnie sceną, w której Jane ryje obrazek, na którym naukowcy odbierają jej dziecko – twórczość jako forma autoterapii to temat, który nieodmiennie mnie fascynuje. A jeszcze podany w takich okolicznościach… no, serio, zaczarowałeś mnie tą sceną. Tknąłeś te najczulsze ze strun mej duszy :)

Również pozdrawiam! 

Wyznam szczerze, załadowałeś tu spory kaliber, żeby wystrzelić z kapiszona. Szkoda. Lubię historie typu “spacemarines na misji” (Obcy 2, żelazny klasyk), ale tu wykorzystałeś sztafaż takiej konwencji (o ile można to tak nazwać) do sprzedania mi banału wyrwanego ze sztambuch gimnazjalistki. “Hał der ju!?!” chciało by się zakrzyknąć. Owszem, na temacie “nie gryzie się ręki, która cię karmi” można budować fajne opowieści, ale nie w ten sposób… Nie w ten sposób…

Przesłuchałem ostatnio w wersji audio no i powiem, że ćwiczysz w tym tekście emocje czytelnika z wprawą sierżanta-sadysty. Jest hardkor, taki najprzyjemniejszy, bo nie ma szans, aby pozostać na opowiadaną historię obojętnym. Słowem, lubię to! :)

 

Trochę umknęła mi końcówka, ale układałem przy słuchaniu puzzle i może w krytycznym momencie odpłynąłem w nieco inne rejony. No i odniosłem wrażenie, że główny bohater przybył do placówki w jakimś istotnym celu, a finalnie stał się biernym obserwatorem, nie wiem, może liczyłem na jego większy wkład w wydarzenia.

No i najważniejsze. Dlaczego na Boga-Ojca wybrałeś wikinga? Czyżby dyskretny urok “rasy panów” był nie do odparcia? :)

Ze skojarzeń: występ Mistrza Tramonte wyświetlił mi się jako koncert Michela Petruccianiego w jednym z klubów najbardziej wytrawnej odsłony Gotham City. Miłe i barwne to skojarzenie, szkoda, że nie poszło za nim więcej. W znaczeniu, że zabrakło tu historii. Zatańczył? No zatańczył, ale co mi to opowiedziało? Niestety niewiele.

 

Przyjemny to tekst, ale jest z nim jak z żarciem w szpanerskiej knajpie. No wiadomo, nie najesz się. Było smaczne, ale mało.

 

Bardzo spodobała mu się dziewczynka z drewnianymi rękoma i jej zdolność. Szkoda, że przeszło to bokiem, w zasadzie nieprzydatne.

Michale Pe, co do naukowego żargonu, to z moich obserwacji wynika, że naukowcy w rozmowach między sobą wcale od niego nie stronią. Co więcej, oni nawet często nie są świadomi tego, że posługują się żargonem, bo są to dla niech naturalne słowa.

 

Bardzo ciekawa uwaga i z pewnością zgodna z prawdą. Tym bardziej, w większym stopniu niż ja, musisz sobie zdawać spraw z tego, jak bardzo w fabule takie naukowe rozmowy balansują pomiędzy niezrozumieniem (czytelnik nie jest przecież naukowcem), a przerysowaniem. W moim odczuciu momentami do granic tego drugiego dość mocno się zbliżyłeś i ok, tak to sobie wymyśliłeś i spoko, tyle że utrzymujesz w tekście tonację pozbawionej dystansu powagi (żeby nie powiedzieć lekkiego heroizmu), a taka już moja głupia natura, że tam, gdzie wydaje mi się “aż nazbyt serio” zaczynam dostrzegać komizm. I potem chodzi za mną Liv Tyler z tego głupiego filmu. I to nie tak, że to mnie śmieszy, bo to troszkę brzmi jakbym szydził, a od tego jestem daleki (przeciwnie, doceniam wkład pracy, który w tekst włożyłeś, jak i osiągnięty na wielu płaszczyznach efekt), bardziej rozśmiesza, powoduje głupkowatą wesołość, no, mam nadzieję, że łapiesz różnicę, bo cholernie ciężko pisać o tym, co nas rozśmiesza i dlaczego.

 

Nie zmienia to faktu, że sposób, w jaki ten tekst odebrałeś, bardzo się różni od moich intencji. A w takim wypadku winny zazwyczaj jest autor.

Niby to prawda, ale sądząc po komentarzach, większości tekst bardzo się podobał, więc koniec końców powinieneś być zadowolony. Przecież to jest naprawdę dobre opowiadanie.

Ok, to chyba wszystko, co ode mnie. Pozdrawiam i do następnego;)

 

Nie będę tutaj specjalnie polemizował z Twoimi subiektywnymi odczuciami, ani też tłumaczył, dlaczego tekst jest taki, a nie inny.

Broń Boże tego nie rób, wyrażam tylko czytelnicze odczucia, nie potrzeba mi dyskutować dlaczego napisałeś coś tak, a nie inaczej, bo to twoja sprawa.

 

A o czym według Ciebie powinni mówić?

Z mojego punktu widzenia należało by zapytać, czy w ogóle powinni. Ale też nie ma niczego złego w sposobie, który obrałeś. Jeśli chcesz przedstawić bohatera poprzez funkcję, każdemu wykroić poletko żeby rzucił w eter trochę efektownego żargonu, to spoko (przypomina to trochę walkę szczeniaczków o uwagę chłopca, który zatrzymał się przed wystawą pet shopu – takie “patrz czytelniku, teraz ja! jestem geologiem, mam tu łupki, gnejsy i krzemień pasiasty! A nie, bo teraz ja! Ja mam mikrolorum sratulorum i pokażę ci jeszcze sratulorum maksilorum, bo jestem mikrobiolegiem i jaram się tym ja nastolatka przed olimpiadą gimnazjalną!”, i tak dalej). Przepraszam, że trochę sobie żartuję, ale jakoś tak mnie taka najebka bohatera na swoją funkcję rozśmiesza (w taki pozytywny sposób), bo to jest estetyka z hollywoodzkich filmów, gdzie szefem pary detektywów jest czarny, a dzwoniący w środku nocy telefon stoi zawsze na szafce po stronie łóżka, którą zajmuje żona bohatera. W ogóle to tych skojarzeń filmowych miałem w czasie lektury więcej.

Olivia tańczy, Ophelius płacze, a ciekawskie kamery orbitującego satelity nadają na Ziemi transmisję, którą przy dźwiękach „Dust in the Wind” oraz „I Will Survive” śledzą miliony.

W pastiszu trzeba by to zdanie zmienić na “Olivia tańczy, Ophelisu płacze, a wzruszona do łez Liv Tyler przykłada dłoń do ekranu monitora”:P Wiem, takie głupie heheszki mi wychodzą, ale naprawdę o tym pomyślałem przy czytaniu. A zmierzając do sedna, to wszystko to było by fajne (ładne dekoracje, sprawna obsługa planu itd), gdyby jądro tekstu (emocje, cokolwiek, żebym przejął się losem bohaterów), nie pozostawało martwe. Nie wiem, może po obiecującym początku liczyłem na więcej. Może niepotrzebnie.

Wyznam szczerze, zmęczył mnie ten tekst. Na początku wszystko było fajnie, narracja w czasie teraźniejszym, krótko prowadzona przy nodze, myślę, będzie po męsku, twardo, szorstko i bez piertenteges. Szybko zaczęło niestety nużyć. Lubię taką narrację, ale jeśli jest czymś przełamana, nie wiem, bohater jest człowiekiem z przypadku i się mota, albo jest w tym jakiś dystans, a ty jedziesz tak śmiertelnie poważnie, jakby tekst miał cholernie ciężki ładunek emocjonalny, a nie ma, i w tym tkwi cały szkopuł.

Brakuje tu napięcia. Przedstawiasz trójkę wysoko wykwalifikowanych specjalistów, świadomych niebezpieczeństw zadania, którego się podjęli i ich losy, gdy coś tam nie pykło. No właśnie. Coś tam. Gdzieś pół słowem wspominasz o ostatnim skafandrze, który padł, o burzy pyłowej, która rozszalała się bardziej, niż można było przewidzieć, ale to wszystko było już jakiś czas temu i bohaterowie zdążyli się już z tym chyba oswoić, bo przecież wiedzieli na co się piszą, wsiadając do rakiety. Jakim sposobem mam się wzruszyć ich losem, gdy to niebezpieczeństwo, to wiszące nad nimi zło tego świata (jakże obcego) w toku narracji nie występuje? Nic nie spierdaczyło się nagle, na oczach widzów, nie zadziało się nic ciekawego/efektownego, co mogło by poruszyć, na czym czytelnik mógłby zbudować jakiś stosunek do bohatera. A zamiast tego gatki-szmatki o glonach, algach i duperelach, o których zamkniętym ze sobą na niewielkiej przestrzeni bohaterom musiało by się znudzić gadać już wieki temu. Nie ma też nic ciekawego w tym, że zasypało świetliki, bo jak burza pyłowa to jakże miało być inaczej, nie ma nic intrygującego w sposobie w jaki na rozwiązanie kłopotu wpada bohater. Zamiast tego walisz grubym słowem w typie: “pogoda jest paskudna”, “sytuacja jest dramatyczna” i w ogóle wszystko na źle, gdy nie zadbałaś o to abym cokolwiek do bohatera poczuł. Bo przecież emocji i sympatii wzbudzać też nie może Oppy. Bądźmy dorośli, to nie Wall-E. Jeśli komukolwiek należą się gratki za kawał dobrej roboty, to konstruktorom i inżynierom, nie stworzonemu przez nich narzędziu. Przesadne personifikowanie przedmiotów jest tak samo niestosowne, jak uprzedmiotawianie ludzi.

Ogólnie rzecz ujmując po lekturze miałem wrażenie, że obejrzałem hollywoodzki blockbuster sf, gdzie kupa kasy poszła na dekoracje, efekty specjalne, gażę reżysera i topowej obsady, ale to, co najważniejsze (napięcie, bohater, emocje) pozostało tanie. I umówmy się, że ja tu sobie tak jadę bez żadnego ale, bo to co w tekście dobre/wartościowe itp. to chyba widać i wiadomo, że jest i jak się nazywa, ale od starego wygi mam prawo wymagać więcej, no a przynajmniej tyle, aby nie pozostawił mnie obojętnym na opowiadaną historię. A tak się w tym przypadku stało.

Tego, co wszędzie – dobrze opowiedzianej historii. Tego, że autor wprowadzi mnie do świata, który ma w głowie i zrobi to w taki sposób, że czas tam spędzony będzie przyjemnością, no i że ten świat stanie się także moim – czytelniczym. Wtedy cała zabawa ma sens. Jak jest konekszyn pomiędzy autorem i czytelnikiem. Jak wspomniała drakaina, fascynacja stanowi tu w pewien sposób słowo klucz. I nie zawsze musi być to jakiś szaleńczy poryw, czasem starczy drobny element, aby tylko poruszyło.

Jeszcze raz tu zaglądam, z komentarzem pisanym już na chłodno, choć gdy czytam to, co zostawili przedpiścy, to jakoś tak mi się gorąco robi, że może cały ten urok, który w tekście dostrzegłem, rozpatrywać można jedynie na polu patologicznej nadinterpretacji. Nie wiem, nie znam się, ale frajda z lektury była przednia:)

Możesz też spojrzeć na to opowiadanie z innej perspektywy, biorąc pod uwagę miejsce (”na wschód i północ od Berlina i Wiednia”) i czas akcji (w 1870 narrator ukończył studia). W tym ujęciu jest to historia dwóch przyjaciół, którzy poszli innymi drogami – narrator wybrał pozytywistyczną ścieżkę nauki, rozumu, wyjeżdżając po powstaniu z kraju dzieciństwa, zachłystując się nowym światem. Adam był tym, który pozostał w starym miejscu i starym, zrujnowanym świecie – w sensie, tak dosłownym, jak i przenośnym – mieszkając z trupami.

Przyznam szczerze, że ten ślad umieściłeś w tekście nie nazbyt wyraźnie, aby dosłownie pójść tym tropem (bardzo interesującym, choć uprzedzam, że moim zdaniem krzywdzącym dla tego, co reprezentuje postać Adama – niemniej to tylko taki mój emocjonalny związek z “psychologią przegranych”, gdzie chętniej odnajduje tematy do literackiej podniety), jednak ducha konfrontacji dwóch postaw, który ukazuje się w wymowie finałowej sceny, nie da się od tekstu odegnać.

Ja to widzę w taki najbardziej prosty sposób, najbardziej ogólny, aż się chce polecieć banałem i przekręcić wieszcza: szkiełko i oko silniej do mnie mówią… A tutaj szkiełko i oko jest bardzo skonkretyzowane (tematyka, profesja bohatera) i wali prosto w ryj; jest tak i tak, i cześć, nie ma opcji trzeciej. W kontekście całego tego postromantycznego sztafażu; fabuły, atmosfery, tego perfekcyjnego odrobienia lekcji (momentami miałem wrażenie, że czytam zdania dla żartu żywcem wyciągnięte z Poego), na które wielu czytelników zwróciło uwagę (szkoda, że na tej warstwie tekstu się zatrzymując), bierność bohatera w finałowej scenie ma siłę eksplozji termonuklearnej. Po prostu rozpier*ala wszystko. I tu tkwi literacki miód. To jest wywrócenie stolika i ukazanie wodzonemu za nos przeciw… czytelnikowi, rzeczywistych zasad prowadzonej gry. To zachwycająca widzów sztuczka, której mechanizm prestidigitator, ku uciesze tłumu, cierpliwie tłumaczy, odwracając tym samym uwagę od rzeczywiście szykowanego numeru. W moich oczach wykonałeś coboldzie pracę tybetańskiego mnicha, który przez X czasu sypie te obrazki z piasku tylko po to, by w finale zniszczył je poryw wiatru, bo tak naprawdę chodzi przecież o to, że all we are the dust in the wind:)

Taka robota musi budzić podziw.

 

Dzięki Finklo! Już zauważyłem, że istnieje spora przepaść pomiędzy tym co nas bawi, dlatego tym bardziej się cieszę, że tekst “zapunktował” w Twoim zestawieniu.

 

Bohaterowie w miarę uczciwie zbudowani. Bez niuansów i szczegółów, ale skoro to mają być wyobrażenia ogółu… I teraz nie mam pojęcia, czy fakt, że ja Sokratesa sobie wyobrażam nieco inaczej, to powód do dumy, czy może czegoś nie wiem…

Kurczę też nie wiem, a jak wyobrażasz sobie Sokratesa? W ogóle to muszę się przyznać, że pisząc o Żukowie cały czas miałem przed oczami Chruszczowa. Morda taka kartoflana, że bardziej już nie można, a Żukow był w gruncie rzeczy wcale przystojnym mężczyznom. 

Powoli znielubiam portal nowej fantastyki. Znów, zamiast skrawki wolnego czasu przeznaczać na pisania dzieła życia (dziewięciotomowa trylogia fantasy nie napisze się przecież sama), będę pisał opowiadanie na konkurs. Jedyna pociecha w tym, że to fajny konkurs, a ja bardzo lubię pisać na zadany temat:)

 

Swoją drogą już się gdzieś z tym tematem spotkałem, tyko pamięć szwankuje…

No pięknie! Dałbym się pokroić, że to pisała kobieta! Ta lekkość w dialogach i takie to swoiste ciepełko pomiędzy bohaterami… No naprawdę, tsole, zniszczyłeś system!

 

Jeszcze tak słowem uzupełnienia: mimo że tekst posypał się w finale, to przyjemność z lektury tej pierwszej scenki ze mną została. To było naprawdę dobre.

Dzięki raz jeszcze wszystkim, którzy tu przyczłapali i zechcieli zostawić po sobie kilka słów komentarza! Miło mi niezwykle, że tekst się większości podoba, nawet jeśli tytuł jest tragiczny (Kordylianie, przeszyłeś mą duszę zimną szpilą trwogi, wszak po miesiącach bezowocnych poszukiwań postanowiłem zapożyczyć tytuł z programu tv i byłem strasznie z osiągniętego efektu zadowolony, a tu taki klops!;).

 

MaSkrolu, cieszę się, że mimo mieszanych uczuć ten Mordor rozbawił. Szczerze mówiąc jestem raczej słabo obeznany z Tolkienem i do końca nie wiedziałem, czy Minas Morgul to ta wieża z okiem, więc strach, że jakiś śródziemianin zmyje mi głowę był. No ale chyba się udało:)

 

To mi się spodobało nawet bardziej:

wyczuwalny niemiecki akcent, który u Polaków zawsze wzbudzał szczególny rodzaj szacunku

Nie wiem, czy to specjalnie, ale – subtelnie złośliwe :> 

Dzięki Jerohu! No specjalnie, owszem, cieszę się, że tę drobnostkę wskazałeś, bo przy pisaniu nie opuszczało mnie przekonanie, że i tak nie ująłem sprawy dostatecznie jasno. Bo to i szacunek i irytacja, zawiść, złość i to najgorsze – podziw, masę uczuć się tu kotłuje, tak że talentu mi nie stało aby oddać rzecz w jednym zdaniu:)

 

ninedinPeter Barton, również dzięki! Jak widać komentarz nie musi być długi, żeby sprawić autorowi radochę :)

Ano właśnie, dzięki NWM za reanimacje tego wątku. Gdzieś mi przepadł, a jako że ostatnimi czasy wypadłem z obiegu, to chciałem zapytać, gdzie to teraz warto wysłać opowiadanie. Są jakieś nowe, ciekawe zakątki internetu? Takie przyjazne dla kilkunastu tysięcy znaków fantastyki:)

Gratulacje! Anonimy jak widać rządzą:P No i szacun dla matki-organizatorki funtastycznego zamieszania:)

Kurka wodna, nie zdążyłem przeczytać wszystkiego, co chciałem, pozostaje mi więc oddać głos na to, co dałem radę (a jak widzę ominęło mnie sporo opowiadań zbierających punkty, trudno). Zatem:

 

O skutkach zbyt gwałtownej medytacji – 4 pkt

Ekspresowe zabójstwa – 3 pkt

Właściwa interpretacja – 2 pkt 

Ostateczne rozwiązanie kwestii nordyckiej – 1 pkt

Jak widać cały ten cyrk składa się z tych kilkunastu autorów-anonimów, komentujących swoje teksty nawzajem. Coś publika niedopisuje, szkoda.

Z dowcipów o filozofach zdecydowanie wolę piłkarski skecz-mecz w wykonaniu Monty Pythona. Może i absurdalny, może i mniej wyrafinowany, ale przynajmniej śmieszny.

Ot i prawda. W pewien sposób to najlepsze podsumowanie tego tekstu.

Już myślałem, że będę jedynym, który “kliknie” ten tekst. Fabuła, rzeczywiście, to najsłabszy element opowiadania (sama ta “właściwa interpretacja” to temat max na drabla), ale co z tego, kiedy cała reszta wynagradza to z nawiązką. Cała słodycz tkwi tu w czymś, co zazwyczaj mnie potwornie nudzi, nazwijmy to “światotwórstwem”, lub jak w grach settingiem (no, cały ten sztafaż dla opowieści). Podane jest to smacznie, jak rzadko kiedy, może tylko wstęp przytłacza nadmiarem, ale poza tym jest świetnie.

Więc klik i zdziwienie, że do tej pory tych klików tak niewiele. 

Bardzo mi się ten tekst podoba. Pomysł, wykonanie, bardzo dobre zakończenie, wszystko gra tu jak niemiachy w pamiętnym meczu z gospodarzami mundialu 2014. Nie będę się specjalnie rozpisywał, starczy że to jeden z moich konkursowych faworytów.

Napisane jest to całkiem fajnie (może tylko to “ruchańsko” z początku przesadnie razi), ale z lektury wyniosłem przede wszystkim poczucie grochu z kapustą. Łazienki, sprawa nordycka, znów ta przechodzona biurokracja światów nadprzyrodzonych, gdzieś tam na końcu jeszcze GROM. Nie mam pojęcia jak to ze sobą skleić:) No i na końcu staje się jasne, że chodzi tu tylko o tę babską zazdrość, szkoda, chciałby się trochę więcej.

 

No ale – lambardziara – piękne, bardzo pojemne określenie. Dawno nie słyszałem:)

W tym wypadku nie przekonuje mnie pomysł, więc mniejsza już z wykonaniem (czytałem wersją chyba już z poprawkami po komentarzach i niby to jest ok napisane, ale historyjka jakoś w pamięć nie zapada). Natomiast wielkim walorem tekstu jest przywrócenie mojemu osobistemu słownikowi pięknego słowa “hoplita”, którego w po cichu i tak nazywam “hipolitą”:)

Tekst, który jeszcze w czasie lektury wrzuca się do przepastnego worka ze średniakami. Są tu momenty bardzo sympatyczne, ale wykonanie aż piszczy o doszlifowanie, a sam pomysł sprzedany jest tak, że nie urzeka – można jedynie odnotować jego pojawienie się. No i ten tytuł, niczym strzał w kolano. No szkoda, jakby nad tym posiedzieć, mógłby z tego wyjść naprawdę dobry szort. 

Nie no, dopiero co czytałem gdzieś tu, w funtastyce, o sfrustrowanych kontaktami z ludźmi diabłach, teraz druga strona. No, sztampa straszna, co poradzić, nie wynagrodzi mi tego ani dobre wykonanie, ani opisy tego, co aniołowi się świeci, czy z brzucha bucha. Jak to mawiali swego czasu telewizyjni mędrcy: “jestem na nie”.

Choć oczywiście tekst może się podobać:)

Jak na początki nie jest źle. Pomysł wykładasz jasno i wyraźnie, bez grzęźnięcia w duperelach, czuć oko do szczegółu, to bardzo fajnie. Momentami widać, że brakuje warsztatu, ale to są raczej rzeczy, które może wypracować. Podoba mi się warstwa edukacyjne. Wbrew pozorom to bardzo ważne.

 

A tak przy okazji. Dlaczego w karetce nie można palić? Kto kierowcy zabroni? Przepis, czy ustawa?;) 

Fajny tekst, ale jak już padło z pięćdziesiąt razy, nie do tego konkursu. W funtastyce chyży rój robi karierę :P

Bardzo mi miło:) Po odanonimowieniu będę miał okazję sprawdzić, czy jest tak w istocie:) 

Czy istnieje taki watek to nie wiem, ale skąd te wątpliwości? Przecież wykładasz zrąb kryterium wyboru. Inni pewnie mają podobnie. Najprościej uznać, że na nominacje zasługuje ten tekst, który nam się podoba :P

 

Dobra, koniec ofu.

Hej, ale to naprawdę dobry tekst! Pomysł siada, ale wykonanie ma charakter.

Lekko smutne, może nostalgiczne, ale w zasadzie niczego tu nie opowiadasz.

 

Jak już stwierdzono, forma drabla chyba tu nie zdała egzaminu.

Ano, rzeczywiście! Półdrabel jak się patrzy!

 

Ależ anonimie, nie usuwaj tekstu! W dwóch słowach zgrabnie oddajesz tu sytuację, nie byle jaką przecież – zgiełk i zamęt bitwy – i to jest bardzo fajne.

 

Dobrze, że Jaskóła wyleciał. Wprowadzał zamęt.

Całkiem fajne, ale zadziałała pułapka hermetyczności. Poza nie tak znów szerokim gronem portalowiczów tekst pozbawiony jest sedna, które decyduje o jego humorze i atrakcyjności.

 

Wyszedł taki prztyczek w nos, z sympatii :)

 

No ale +100 za rieslinga :)

A ja za pamięci nominuję, bo to własnie nie jest aż i tylko porządny tekst. To tekst, gdzie “porządność” jest narzędziem, za pomocą którego autor wykłada sedno sprawy – i to mi się bardzo podoba. Bo chyba wiadomo, że nie jest to tylko podszyta grozą opowiastka na wzór Poe’go.

 

 

Mam mieszane odczucia. Fragmenty kapitalne sąsiadują tu z bardzo przeciętnym humorem i pewnym niezdecydowaniem, czy istota sprawy tkwić ma w spowodowanej mackami bełkotliwej mowie przedwiecznego, w jego diabolicznym planie Economiconu, czy niestety rozczarowującym finale, wieńczącym przy okazji motyw Cthulhu-marudy.

Ogólnie jest fajnie, ale mogłoby chyba być fajniej:)

 

Acha, i dlaczego pierwsza scena w latach sześćdziesiątych, nie dwudziestych, jakby nakazywała lovecraftowska poetyka? To w sumie szczegół, ale to przesunięcie bardzo mi się spodobało :)

Pozostaje mi się jedynie podłączyć do tego, co już padło. Żeby obronić tak zgrany pomysł potrzeba by czegoś naprawdę mocnego. Gra słów z tytułu tak średnio nawiązuje do treści.

Mnie to zupełnie nie bawi, raczej dziwi, że autorowi chciało się zadać sobie trud stworzenia czegoś tak… hmm, no zresztą mniejsza z tym.

Sporo krótkiej formy pojawiło się przy okazji konkursu, ale żeby krótka forma zagrał potrzeba naprawdę dobrego pomysłu. Tu jest wszystko bardzo fajnie, ale ta gra słów nie ma tyle mocy, żeby zaskoczyć jak trzeba. Starcza jej co najwyżej na takie podszyte lekkim rozczarowaniem “aaa… szachy…”. Trochę to mało. 

No i popieram koika. Skrócić do drabla!

Świetny tekst, sama radocha i ubaw po pachy, choć przyznam szczerze, że dłuższe opowiadanie z takim stężeniem absurdu chyba by mnie zmęczyło. Na szczęście tu jest wszystkiego ile trzeba:)

 

Detektyw Zonk przypomina trochę inspektora Gadżeta, ale jest sympatyczniejszy:) 

 

Zdecydowanie najlepsze z konkursowych opowiadań, które czytałem.

Ten Wędrowycz w spódnicy jakoś się do tego tekstu klei, choć wątpię, żeby pilipiukowszczyzna stanowiła tu inspirację. Niby fajne, lekkie i w ogóle, ale jakoś mnie nie urzekło. 

Przeczytałem jakiś czas temu i wróciłem, żeby skomentować, tyle że… zupełnie nic z tekstu nie pamiętam. Acha, był jakiś tu rasta-wyluzowany stworzyciel stający przed egzaminem, ale humoru raczej sobie nie przypominam. 

“Ich oczom ukazał się las… krzyży”, tak sobie pomyślałem, po lekturze:) 

Bardzo ładnie napisane, momentami nawet aż za bardzo, ale nie zapisze się do klubu wybitnych miłośników tego tekstu. Jakoś tak ten brzozowy krzyż przywołuje mi nieco inne rzeczy, niż to co pokazał nam narrator.

Niemniej udany króciak.

Podczas czytania przeszło mi przez głowę, że to granie na cudzych zasadach, które przy okazji tego tekstu uprawiasz, tyle samo uroku mu dodaje, co odbiera. Tzn. ja bardzo lubię sztywne ramy konwencji, a ty trzymasz się tych obranych naprawdę mocno, i niby wszystko jest na swoim miejscu, ale jakoś tak kwaśno się robi, bo zaczyna brakować tego nieokreślonego pierwiastka, który charakteryzuje te z tekstów, w na przestrzeni których autor daje upust swym najszczerszym fascynacjom bez oglądania się na boki, a nie po prostu odrabia lekcje. Taka odwieczna przepychanka rzemieślnika z artystą mi się załączyła, a potem przyszła końcówka i, no kurde, rozwaliło mnie to zupełnie. To odwrócenie kota ogonem, wywrócenie konwencji, do tego skrócenie dystansu i uderzenie wprost w miękkie podbrzusze czytelnika, to było super:) Nagle stało się jasne, że od samego początku traktujesz czytelnika serio i masz do sprzedania coś o wiele więcej, niż tylko porządnie odrobione lekcje. Naprawdę, straszną mi to frajdę sprawiło, dałem się nabrać i teraz mam radochę:)

Gratulacje, świetny tekst! 

 

No się odanonimowiłem :) Trudno, teraz to będzie praca pozakonkursowa :)

Nie no, nie chciałem żeby mój komentarz kończył się fatalnie! Mimo wszystko tekst czyta się bardzo dobrze:)

 

Powiadasz, że to wszystko w zasadzie niczemu nie służy? No czemuś tam służy! Np. temu, by wzbudzić refleksję, że życie jest jak to opowiadanie: tyle zachodu, a koniec nagły i do niczego! Miało być niebo, a jest radar!

 

A takie myśli to akurat mi do głowy nie przyszły:) Jakby chcieć opowiedzieć coś takiego to może przez pryzmat dorobkiewicza, który całe życie podporządkował karierze i robieniu kasy, a wali mu się to na łeb przez jakąś śmieszną błahostkę, która ustawia go w kolejce do zaświatów razem z tymi wszystkimi obibokami od lewych zasiłków i amatorami popijania Arizony pod sklepikiem na popegeerowskiej wsi. Kurde, pomysł na niezobowiązujące opowiadania jak malowanie;)

 

Tak na marginesie, kiedyś pracowałem na telefonach i umawiałem takie prezentacje. Naprawdę istnieje taki gatunek człowieka, dla którego te pokazy garnków czy innego badziewia stanowi atrakcję:) A te opowieści o numerze telefonu przekazanym przez jakąś tam znajomą to real story:) 

Bardzo fajnie prowadzisz narrację, po tekście płynie się z dużą przyjemnością, dialogi bardzo naturalne, niosą treść nienachalnie, opowiadają o bohaterach więcej, niż trzy akapity szczegółów, po prostu czysta przyjemność czytania. Niestety gdzieś bliżej końca naszła mnie obawa, czy to wszystko aby zgra się w finale i cóż, końcówka pokazała, że nie zagra to ni diabła. Tekst leży na poziomie struktury. Historyjkę da się streścić w haśle: “zobacz Helena, nasi tu byli, jak oni żyli to i my jeszcze pożyjemy”, a to wszystko, co tak fajnie podawałaś (bo chyba mamy tu do czynienia z autorką) po drodze, te wszystkie Sylwie, wkrętka Romana w internety, urocza naiwność Eli i nawet sama “prezentacja” w zasadzie niczemu nie służą. Czyta się to świetnie, tylko po co?

Szkoda. Czuć, że stać Cię na więcej. 

Jakoś tak jest, że fantastyka na wesoło to albo wariacje na temat “przychodzi baba do lekarza”, albo biurokratyczny burdel w krzywym zwierciadle, no przynajmniej te dwie opcje zawsze się gdzieś przewiną. Taką mi średnią przyjemność ten tekst sprawił, wstępny obraz w ogóle do mnie nie trafił, jakoś nie potrafiłem sobie tego wyobrazić. Potem było lepiej, gdzieś od rozmowy bohaterów odnotowałem bardzo udane fragmenty, fajny twist z podanie tego, kim w rzeczywistości jest Karol, a potem… no niestety. Zakończenie jest zbyt rozwlekłe, doktor w tym swoim płaszczeniu się przed Karolem nie wypada ani nienaturalnie, ani zabawnie, cięgnie się to jak fluki z nosa, a finał… no cóż. Po zabiegu w życiu Karola nie zmieniło się nic i w moim, po przeczytaniu tego opowiadania, także nie drgnęło ni w prawo ni w lewo. Zrozumiałem zamiar, owszem, ale ani on rozbawił, ani skłonił do refleksji. Raczej poczułem rozczarowanie.

I uwaga, od której powinienem zacząć. Tekst jest niewyjustowany. To jest rzecz, której nie potrafię zrozumieć. Podstawowa rzecz, tekst niewyjustowany na dzień dobry ustawia czytelnika na “nie”. A nie jest to przecież opowiadanie złe.

Nowa Fantastyka