Profil użytkownika

Zanim wyślesz zaproszenie do betowania, przeczytaj i skomentuj kilka moich opowiadań. 


komentarze: 3578, w dziale opowiadań: 2290, opowiadania: 813

Ostatnie sto komentarzy

– Urodziłaś mnie tylko po to, żeby mieć darmową sprzątaczkę – stwierdzisz z goryczą, wyciągając odkurzacz z szafki. 

– No jasne – odpowiem. – Przed trzynastu laty wiedziałam już, że trzeba będzie odkurzyć tu dywany, a urodzenie dziecka wydawało się najtańszym i najprostszym sposobem, by uporać się z tym zadaniem. Bierz się wreszcie do roboty. 

Gratulacje dla wszystkich chwalących się, a największe dla Ochy :)

To misię Dark bardzo. 

Język cudownie pasuje do klimatu i fabuły, a gra aktorska wydaje się jakaś ożywcza w porównaniu z tym, do czego przyzwyczaja amerykańskie kino. Bohaterowie wyglądają jak prawdziwi ludzie, ich warsztatowi nie mogę nic zarzucić. W ogóle technicznie cały serial to pierwsza klasa, a nawet ekstraklasa ;)

Fabularnie to niby nihil novi, ale jednak nie kojarzę, żeby ktoś tak zręcznie – i poruszająco – wykorzystywał motyw podróży w czasie. Mam tylko obawy, czy rozwiązania i odpowiedzi w trzecim sezonie będą satysfakcjonujące. 

 

A teraz oglądam “Orange is the new black”, jestem na początku drugiego sezonu. Kolejne trzymają poziom? 

Ty. Dogsdumpling co prawda rozpoznała postać, ale nie odgadła tytułu albumu/zeszytu. 

To chyba ostatnia opowieść z “Preludiów i Nokturnów”.

Dokładnie! 

Nie wiem, co powiedzieć. Jestem wzruszony. 

Dobre.

Przypomina i klasyczne SF, i “Black Mirror”, bo podłożem całej historii jest tu konkretny problem społeczny. Albo etyczny. Jak zwał, tak zwał. W każdym razie poruszasz ciekawe i ważne kwestie – ie Ty pierwszy, ale i tak czyta się z zainteresowaniem. 

Czemu nie bardzo dobre? To krótkie opowiadanie, a takimi trudniej zachwycić czytelnika. Przydałoby się tu coś, czego nie ma w innych podobnych historiach, coś, co by wyróżniło Twoją. Rekwizyt lub sceneria? Motyw prześladowanych Żydów wydaje mi się mocno ograny. O ile ciekawiej mogłaby wypaść ta Rwanda – chyba mało wykorzystywana w polskiej fantastyce. Można też było dać bohaterowie jakieś konkretne cechy. W obecnej postaci takie detale są okrojone, przez co całość może przypominać powiastkę filozoficzną. 

Styl przyzwoity, ale nie zaszkodzi go trochę urozmaicić i wzbogacić. 

Z technicznych rzeczy, przykładowo:

Zwykłe dni, pełne pracy i rutyny, mijały niepostrzeżenie, zlewały się w jedno, działy się jakby poza Bernardem, ale co jakiś czas nadchodził moment nadświadomości, kiedy stawał się całkowicie obecny.

“Stawał się” – kto? W poprzednim zdaniu składowym podmiotem jest “moment”. A można by to łatwo obejść → “co jakiś czas nadchodziła chwila nieświadomości, kiedy stawał się całkowicie obecny”. 

Była gorąca, parna noc, słychać było tykanie zegara w dużej izbie, jego żona leżała obok.

Powtórzenie “była, było”. No i znów problem z podmiotem. Jego żona – czyja? Zegara?

Dziwnie to może wyglądać, ale kto czytał lub chociaż zajrzał, ten powinien rozpoznać. To wszystko jeden fragment:

 

Wielu gościom najbardziej utkwił w pamięci piękny księżyc, który świecił tamtego wieczoru. 

                                                                                                       Ann Brighney, Czas wojny i straty

 

W kilku opowieściach o tamtym wieczorze wspominano niezwykłą światłość księżyca. 

                                                                                                       Edward Holt, Długa droga ku chwale

 

Wspólnym akcentem we wszystkich tych opowieściach jest złocisty księżyc wdzięcznie zawisły nad całą sceną. 

                                                                                                        Bernadette Evon, Wieczorki w Białym

                                                                                                             Domu. Antologia

 

Noc była bezksiężycowa, a niebo zasnuwały gęste chmury. 

                                                                                                          Wickett. op. cit.

 

Opasły zielony półksiężyc wisiał nad całym tym obłędem niby flegmatyczny sędzia na wszelkie szaleństwa ludzkie zobojętniały.

                                                                                                           Dolores P. Leventrop, Moje życie

Śledź, chociaż w wakacje mam paradoksalnie bardziej napięty grafik. 

Warto poczytać, nawet jeśli teksty znajome z portalu, bo redakcja sporo daje. Miałem okazję podglądnąć, co Naz zrobiła z “Deszczowym żołnierzem” Algira i… Zajrzyjcie sami. Myślę, że inne opowiadania też zyskały. 

Dobór słów sugeruje Pilipiuka, ale znów tytułu nie podam. Może jakieś podpowiedzi dla bardziej zaznajomionych z tym panem? 

Strzał daleki, ale precyzja snajperska ;) Zgadza się, dajesz, Staruchu..

Mój ojciec, ilekroć kończył kręcić film, zarzekał się, że już nigdy w życiu w niczym nie zagra. Ale, jak większość jego oświadczeń, był to pic na wodę, wystarczało bowiem parę tygodni odpoczynku i łakoma oferta wysmażona przez agenta, żeby ojciec pędził z powrotem w światła jupiterów, na czterdziestą trzecią triumfalną maskaradę. 

Po czterech latach belfrowania mówiłem to samo co on. Miałem już po dziurki w nosie prac semestralnych, posiedzeń ciała pedagogicznego i trenowania szkolnej drużyny koszykarskiej dziewiątoklasistów. Dzięki spadkowi mógłbym spokojnie robić, co zechcę, tylko że, mówiąc szczere, nie bardzo wiedziałem, co mógłbym robić, zamiast uczyć w szkole. Poprawka – miałem jeden bardzo konkretny zamysł, ale o charakterze mrzonki. Nie byłem pisarzem, nie miałem pojęcia o aparacie badawczym i nawet nie przeczytałem wszystkich jego dzieł – chociaż nie było ich tak wiele. 

Moim marzeniem było napisać biografię Marshalla France’a, najbardziej tajemniczego, najwspanialszego autora najlepszych na świecie książek dla dzieci.

Lem? Ale tytułu nie strzelę, skoro tekst niefantastyczny. 

Gratulacje!

Z “naszych” w Silmarisie jest jeszcze lk z opowiadaniem “Pomyłka”. 

A oba wywiady ciekawe :)

Moje opowiadanie "Długość dźwięku przeciętności" zajęło pierwsze miejsce w Pomieściach. Będzie do przeczytania w przyszłym roku w kolejnej fantazmatowej antologii :)

Nie chcąc całkiem zniknąć z forum, zasięgnąłem czyjejś porady/polecanki i tak trafiłem tutaj. Niestety, czasy mojej świetności na portalu już przeminęły XD, więc komentarz będzie krótki. 

No potrafisz pisać, chłopie, co tu się rozwodzić. Masz już jakieś publikacje czy tak znikąd wyskoczyłeś? Stylistycznie bardzo misię. 

Fantastyka też w moim guście. Fajnie zaadaptowałeś legendarne postaci do obyczajowej historii. Lubię też takie historie “po”. Wydawać by się mogło, że najciekawsze jest to, jak bohaterowie arturiańscy utracili swoją pozycję – Ty jednak sięgnąłeś już po efekty tej wielkiej zmiany. Pokazałeś ludzi, którzy zeszli już ze sceny; którzy mieli już swoje pięć minut. 

Zabrakło mi czegoś, co mógłbym zapamiętać na dłużej. Nie chodzi tu o rozbudowaną fabułę – w takiej objętości o taką trudno – ale o taką wyrazistą, mięsistą, konkretną. Niech się nie dzieje dużo, ale niech się dzieje solidnie. To niezbyt sprecyzowana i pomocna rada, wiem. Po prostu dobrze napisane, dobry pomysł, dobra koncepcja. Z jednej strony aż tyle, a z drugiej tylko tyle – piszesz już na tyle dobrze, że możesz sięgać po więcej. 

Taka to garść przemyśleń po iluś już dniach od lektury. 

W każdym razie – podobało mi się i uważaj, mam Cię na oku. 

Pytanie o wcześniejsze publikacje nie było retoryczne. 

Tenszo, gdzieś przewijają się informacje, że zakończenie zdradził scenarzystom sam Martin…

Berylu, ja tylko napisałem o swoich odczuciach. Nie odbieram nikomu prawa do krytykowania i wyrażania opinii, tylko sam wyrażam swoją: frajdę z oglądania tego sezonu psuły mi negatywne (nawet jeśli słuszne) komentarze i jest to chyba naturalna reakcja. Jako twórca uczę się z krytyki cudzych dzieł, ale jako fan chcę się dobrze bawić i najlepiej sie bawię, kiedy inni też się dobrze bawią ;)

Czytałem dwa razy, ale już za pierwszym mi się podobało. Za drugim chyba bardziej – na papierze to się jednak czyta najlepiej. 

Co tu wiele mówić? Napisane z wyczuciem i humorem. W konwencji poradziłeś sobie idealnie, nawiązania są zrozumiałe i… fajne. Bo to nie tylko kolejna przeróbka Sherlocka, ale też zaprzęgnięcie znanych motywów do swoich celów. I jasne, niby nie ma tu nic nowego, nie kreujesz swojego świata, nie epatujesz super oryginalnymi pomysłami – Twoją bronią jest subtelność. I tutaj wykorzystujesz ją jeszcze lepiej niż zwykle. 

Nasuwają mi się dwie refleksje: napisałeś tekst rozrywkowy. Nie jest to jednak kolejne średniowieczne fantasy czy SF ze zużytymi motywami, tylko coś rzadziej spotykanego. I choć za coverowanie Sherlocka zabierał się już niejeden, u Ciebie jest szerszy zamysł rzucania bohaterów po różnych epokach i konwencjach. 

Druga refleksja, trochę dziwna: to jest inteligentne opowiadanie, ale nie mądre. Mądre były “Lothar”, “Na obraz”, “Nić”. Tutaj się bawisz… i bawisz czytelnika. Nie uczysz go, tylko raczej gimnastykujesz jego umysł. To nie jest ani zarzut, ani pochwała. Tak mi się jakoś nasunęło. 

Czekam na piąte spotkanie z Olvido i Sanchezem, bo czwarte już znam ;)

U mnie z czytaniem słabo, ale podzielę się czytanym/słuchanym w tym roku, w kolejności przypadkowej:

 

“Śpiewajcie z prochów, śpiewajcie” – Jesmyn Ward. Książka miesiąca w którejś Nowej Fantastyce, zachwalana przez redaktora Zwierzchowskiego. Ładnie napisana rzecz. Fabuła raczej na coś rozmiaru opowiadania i szczątkowa. To też fantastyka, która na okładce się nie przyznaje do fantastyczności (ale jakoś mnie to nie oburza). Zresztą, chodzi raczej o elementy fantastyczne, a nie o fantastykę, która jakoś znacząco, napędza akcję.

Wybitność tej powieści jakoś mi umyka. Jest trochę o czarnoskórych i biednej części USA. Zastanawiam się, dla kogo ta książka jest kierowana, bo raczej nie do zwyczajnych ludzi z Missisipi. To raczej coś napisanego przez intelektualistkę dla innych intelektualistów (w rozumieniu: ludzi, którzy czytają cokolwiek choć trochę ambitnego). Może się mylę; nie wiem, przez co przeszła autorka, i nie wiem, czy ktoś się jednak nie utożsami z tą historią o marginesie społecznym.

 

”Bura i szał” – Aleksandra Zielińska. Pięknie napisane. Fabuła drugoplanowa. Chyba bez fantastyki, ale jest trochę niesamowitości, bo narratorka to chora psychicznie dziewczyna. W każdym razie polecam. 

 

”Nikt nie idzie” – Jakub Małecki. Po świetnych “Dygocie” i “Rdzy” ta książka była dla mnie trochę rozczarowująca. Ale tylko trochę. Jest bardziej obyczajowa niż powieść Zielińskiej, ale jeśli ktoś chciałby spróbować tych słynnych obyczajówek, to polecam. Małecki stosuje zresztą ciekawy trik fabularny w swoich książkach.

 

“Lincoln w Bardo” – George Saunders. Książka roku 2018 według wielu. Napisana za pomocą ciekawego zabiegu, ale mam wrażenie, że trochę pustego. Sztuka dla sztuki. A pomijając formę, to historia prosta i fantastyczna do bólu, do czego oczywiście wydawcy i krytycy się nie przyznają :D

 

”Upadek Hyperiona” – Dan Simmons. No, klasyk. Pierwsza część podobała mi się bardziej, ale to wciąż kawał świetnego SF.

 

“Zabójczy pocisk” – opowiadania kryminalne polskich autorów. No, jakby to powiedzieć… Tu na portalu lepiej radzimy sobie z krótką formą niż czołowi polscy pisarze od kryminałów. Nawet Orbitowski i Małecki wypadli tu słabo. 

 

”Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd” – Kazimierz Nowak. Jako miłośnik podróży rowerowych, długo ostrzyłem sobie zęby na tę książkę. I się nie zawiodłem. Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi: w latach 1931-1936 pewien Polak przejechał Afrykę rowerem z północy na południe… i uznał, że wróci w podobny sposób (ale tym razem też trochę konno, pieszo, czółnem i wielbłądem). Wyczyn niesamowity, niestety trochę zapomniany. W tamtych czasach chyba nikt tak nie podróżował:  samotnie i z tak małym budżetem (Nowak utrzymywał się z listów, które wysyłał do Polski i które jego żona publikowała w gazetach). 

Poza tym książka – a właściwie listy zebrane w jedną w miarę spójną opowieść – jest napisana naprawdę ładnie, taką klasyczną, piękną polszczyzną. Ciekawe obserwacje z tamtych czasów, niektóre wciąż aktualne. Jest w tej książce też szczerość i brutalność, która obecnie by nie przeszła. Nowak nie oszczędza ani tubylców, ani kolonizatorów; nie przegina też na ich niekorzyść – jest sprawiedliwym, rzetelnym obserwatorem. 

 

”Uprawa roślin południowych metodą Miczurina” – Weronika Murek. To króciutki zbiór opowiadań, który został nominowany do Nike… z powodów dla mnie niepojętych. Nie sposób odmówić autorce ciekawego pióra, ale ja tych jej historii zwyczajnie nie rozumiem, a tym bardziej nie rozumiem, co jest w nich takiego, żeby nominować je do najważniejszej polskiej nagrody literackiej. 

A mnie się podobało. Ostatni odcinek jest satysfakcjonujący, bo ani nie było oczywistego zakończenia (Jon/Danka na tronie), ani czegoś totalnie z dupy (jakaś drugoplanowa postać na tronie). Cieszę się z klasycznego tragizmu w scenie uśmiercenia Daenerys. Wątki Starków pięknie i konsekwentnie skończone; losy Jona i Aryi przewidziałem :P Nowy ład, który ustanowiono, może wygląda dziwnie, ale przyjrzymy się choćby Małej Radzie z czasów Roberta: eunuch i maester służyli wcześniej Szalonemu Królowi, starszym nad monetą został ktoś z plebsu itd. 

Co mi się najbardziej nie podobało? Dopierdalanie się. Rozumiem krytykę, rozumiem gusta, każdy ma prawo do opinii, ale to, co się działo przy tym sezonie, po prostu budziło niesmak i psuło zabawę. Tak półżartem, wyobraźcie sobie sytuację, w której ktoś idzie do restauracji i mu nie smakuje jedzenie. Co może zrobić? Nie dokończyć posiłku, wyrazić grzecznie opinię, nie przychodzić tam więcej. A co jeśli restauracja początkowo będzie serwowała dobrą szamę, a potem poziom spadnie? Tak samo: można przestać przychodzić. Ale co by było, gdyby ktoś zaczął krzyczeć na całą salę, że jedzenie jest beznadziejne, a kucharz to partacz? Co jeśli ktoś zorganizowałby petycję, żeby zamknąć restaurację, choć innym ludziom by smakowało? To tylko głupia analogia, oczywiście przejaskrawiona, ale oglądając ósmy sezon, czułem się trochę, jakbym jadł pizzę, która by mi smakowała (no może z wyjątkiem przypalonych krawężników), a przy sąsiednich stolikach inni strasznie głośno wyrażaliby swoje niezadowolenie, z czego jedni mówiliby, że za tłusto, za dużo sera, a drudzy, że sera za mało, kucharz poskąpił i w ogóle lipa. Wiem, mogłem “wziąć na dowóz” i nie czytać reakcji innych w internecie ;)

 

A tak poważniej i konkretniej: są w tym serialu rzeczy ewidentnie głupie, nieprzemyślane, naciągane. Ale teraz takie same stają się niektóre zarzuty. Podkreślam: niektóre. 

Parę przykładów. Odniosę się do uwag NoWhereMana, które są merytoryczne i konstruktywne, szczególnie w porównaniu z tym, co widzi się w innych zakątkach internetu. Ale z niektórymi z tych uwag można polemizować, można je podważać. Tak samo można by podważać moją polemikę. 

Jeśli Sam został Wielkim Maesterem, to co z Gilly i jej synkiem – zlał on śluby celibatu?

No pewnie zlał. Nie było czasu na powiedzenie tego wprost. A gdyby poświęcono ten czas, znaleźliby się widzowie, którzy marudziliby, że nuda, że przegadane. Jak z tego wybrnąć? A to, co mamy, wystarcza, by odbiorca sam sobie dopowiedział resztę historii Sama – na pewno nie zostawił Gilly, małego Sama i swojego dziecka, więc zapewne znieśli celibat albo zrobili wyjątek, bo kto królowi zabroni? 

Poucinane wątki, wątki z tyłka, sceny z tyłka (ustawianie krzeseł), marnowanie minut.

No niestety musi być jedno tempo akcji dla wszystkich widzów. I dla jednych się okaże zbyt szybkie, a dla innych zbyt wolne. No i co zrobisz, jak nic nie zrobisz? ;)

Wnioski, które każą im wygnać Jona i koronować Brana, są tak nielogiczne, że szkoda gadać.

I tak, i nie. Bo wygnanie Jona rzeczywiście wydaje się nie mieć sensu w świetle rychłego odpłynięcia Nieskalanych. Ale z drugiej strony Jon mógł obiecać, że odjedzie na północ. Jemu to pasowało plus zawsze dotrzymywał słowa. No, prawie ;) 

A  wybór Brana ma jeszcze większy sens. Jest mądry dzięki dostępowi do “internetu”, a jednocześnie nie ma takich ludzkich słabości, jak pijaństwo Roberta, okrucieństwo Danki, głupi honor Jona. Nie będzie miał dzieci. Wpisuje się to w złamanie koła, o co walczyła Danka, a wraz z nią Tyrion. 

Jak szybko Yara Greyjoy wzniesie hasła swego ojca i doprowadzi do buntu? Jak szybko o dawnej niepodległości przypomni sobie Dorn?

Ale co to w ogóle jest za zarzut? Każdy pokój da się złamać. Bran i Tyrion będą starali się dogadać ze wszystkimi, ale to już wykracza poza zakres tej historii. 

Co jeśli następca Brana dojdzie do władzy na hasłach „Make Seven Kingdoms Whole Again!”?

No jak wyżej. Prawdopodobnie będą kolejne wojny, ale ta, którą śledziliśmy przez osiem sezonów, się skończyła. 

D&D kompletnie nie mają pojęcia, czym kończyła się taka polityka.

Co? XD Przecież to fikcyjni bohaterowie ustanowili taką politykę. Nigdzie nie jest powiedziane, że to dobre rozwiązanie i że już zawsze będzie fajnie. Więc uwaga słuszna, jeśli ją poprawić: Bran i Tyrion nie mają pojęcia, czym się kończy taka polityka. Może kiedyś się przekonają. Ale to już inna historia.

 

Słabe jest też zarzucanie twórcom złego pisania postaci, choćby Daenerys. Moim zdaniem – i nie tylko moim, ale też iluś znajomych – szaleństwo dojrzewało w niej od dawna. Niektórym może się to nie podobać, mogą skupiać się na tych dobrych stronach Danki, na wyzwalaniu niewolników itd, i mogą udawać, że nie widzą tej mrocznej strony. Ale przecież od pierwszego sezonu to była bardzo niejednoznaczna postać. Jeśli ktoś chciał widzieć jedną stronę medalu – jego sprawa. Od początku było widać, że jej teoretycznie dobre pomysły prowadzą do złego (uratowanie wiedźmy, która potem zatruła Drogo). Zatem odbiór postaci to też kwestia interpretacji, a nie tak że “ooo, bad writing, jakie te dedeki są niedobre”. 

Podobnie jestem w stanie kupić i uargumentować to, co zrobił Jaime, mimo że samemu aktorowi się to nie podobało. Wiele innych rzeczy, których widzowie się czepiają, mnie przekonuje. Może to wynika z mojej dobrej woli i wiary w to, co twórcy chcieli opowiedzieć? Z zaufania? Z nastawienia, że chcę by mi się podobało i że zastanowię się, zanim zacznę narzekać?

Wydaje mi się, że “hype” przerósł ten serial. Oczekiwania były za wysokie. Każdy chciałby czegoś innego. Są niespodzianki, jak Arya wyskakująca na NK? Źle. Nie ma niespodzianek, bo w bitwie o Winterfell nie umiera nikt ważny? Też źle. I tak dalej. A zarzutów do ostatniej odcinka nie rozumiem zupełnie. Jakie rozwiązanie byłoby satysfakcjonujące w kontekście tego, co widzieliśmy w ostatnich dwóch sezonach?

Podkreślę jeszcze raz, że rozumiem, że każdy może mieć swoje zdanie. Ale nie życzę Wam, żeby w przyszłości, jak już powydajecie książki, ktoś mówił, że nie znacie się na Waszej historii i że powinniście ją napisać inaczej. Tak naprawdę do wszystkich książek czy filmów można by się dowalić. Choćby taki Władca Pierścieni jest wyjściowo idiotyczny, bo nie polecieli na orłach do Mordoru, tylko zasuwali na piechotę… A Frodo to głupi, bo odłączył się od Drużyny Pierścienia. 

 

Wyszedł mi stanowczo za długi komentarz. W każdym razie mieliśmy ciekawy serial. Cieszmy się tym, co dostaliśmy (nawet jeśli jest to możliwość wyśmiewania, marudzenia, wytykania niedociągnięć), i pozwólmy cieszyć się innym :P

Gratuluję powyższym :)

 

A nieskromnie dodam, że ponoć jutro w Empikach (chyba na półkach pod hasłem “Sztuka”) pojawi się nowy numer Fabularii, a w nim moje krótkie opowiadanie, “Migotanie mojej dziewczyny”. Fajnie zobaczyć swoje nazwisko na okładce! :D

I choć czasopismo niefantastyczne, udało mi się przemycić do niego trochę fantastyki ;) 

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Jaime jedzie zabić Cersei, tylko chce to zrobić podstępem, więc nie może trąbić  dookoła o swoich prawdziwych zamiarach. Szpiedzy są wszędzie, więc robi to nawet za cenę zranienia Brienne. To jest rycerz, który nie boi się splamić honoru, by ocalić ludzi – przecież na tym polega postać Królobójcy. 

A Sansa właściwie może zdobyć największe poparcie w Westeros, czyli to idealna kandydatka na tron. W serialu nie było o tym mowy tylko dlatego, żeby pod koniec zaskoczyć widzów. Daenerys i Cersei umrą, Jon odmówi. Są jakieś inne sensowne opcje? 

To z Bronnem nie było w Winterfell, tylko w jakiejś karczmie kawałek dalej – polecam obejrzeć jeszcze raz tę scenę ;)

Po nowym odcinku jeszcze bardziej sensowna wydaje mi się moja teoria, że Sansa namiesza. Wszyscy skoczą sobie do gardeł, pozabijają się, a potem wejdzie ona, zdradzi tego, kto pozostanie do zdradzenia, i siądzie sobie na Żelaznym Tronie. 

Wyciekło parę scen i ponoć jacyś tajscy hakerzy szantażują HBO, że wypuszczą cały odcinek XD

I radzę już uważać, bo natknąłem się na pierwszy spoiler :/

To ta sama Sansa, która w 6x09 strzeliła focha na brata kuzyna i nie powiedziała mu o nadciągającej armii z Doliny, przez co zginęło jakieś 10000000 poddanych (stosy trupów miały jakieś 5 metrów wysokości) Jona w Bitwie Bękartów?

Główną siłę armii Jona stanowili dzicy, więc w jakiś sposób opłaciło się przerzedzenie tych, którzy na pewno stanęliby za kuzynem Sansy. Zresztą dopiero w siódmym sezonie Sansa nigdzie nie ucieka. Twórcy coś tam sygnalizują: zabija Littlefingera, potem zadziera nosa przed Danką. Nie byłoby jednak zaskoczenia, gdyby ewidentnie pokazali, że Sansa ma duże… szanse. 

 

Wcześniej pytałem o wynik bitwy o Winterfell. 

Teraz została inna kwestia: kto zasiądzie na Żelaznym Tronie? I czy w ogóle Żelazny Tron przetrwa, czy też zostanie zniszczony? 

Myślę, że ważniejsze postaci – Jon i Daenerys – wykończą się same, przez swoje wady: Jon przez głupotę i honor, Danka przez głupotę i arogancję. I liczę, że wtedy wejdzie Sansa, cała na biało.

Uczyła się przecież od najlepszych – przede wszystkim od Littlefingera i Cersei, ale też od Ramseya i Tyriona. Wie, jak myślą dobrzy ludzie pokroju Jona czy swojego ojca; wie też, jak myślą ci najgorsi. Arya powiedziała, że Sansa jest najmądrzejszą osobą, jaką zna – na co pewnie wielu widzów parsknęło śmiechem. Ale moim zdaniem to taka strzelba Czechowa, nieco nieumiejętna, bo wbrew zasadzie “show, don’t tell”: nie pokazali wyjątkowej mądrości Sansy, tylko o niej powiedzieli. Sansa wyśmiała też Tyriona, który dotychczas uchodził za najinteligentniejszego. 

Co prawda chwilowo została z niczym, bo kiedy Danka walczyła, ona chowała się w kryptach. Ludzie północy przekonają się do Danki. Ale pamiętajmy, że Sansę łączą więzi rodzinne z Dorzeczem i Dolinną Arrynów – a i Edmure, i Robin mają się w serialu jeszcze pojawić. Moim zdaniem jeśli ktoś ma wnieść jeszcze coś naprawdę ciekawego i zaskakującego, to właśnie Sansa. 

Kto wie, może potajemnie sprzymierzy się z Cersei? A potem ją przechytrzy? 

Mam jeszcze dodatkowy argument na poparcie tezy, że ruda sporo namiesza. Mianowicie, ile postaci w serialu przeszło tak wielką przemianę? Na pewno Arya – no i twórcy to wykorzystali, sezony treningu były po to, by zabić NK. Sansa też przebyła daleką drogę: od dziewczynki zapatrzonej w Joffreya, do bezwzględnej kobiety, która nawet w chwili zagrożenia, nienawidzi Danki-wybawczyni. Po coś to wszystko było. 

I myślę, że we wspaniałej rodzince Starków – wliczam też Brana i Jona – dojdzie do jakichś konfliktów. Oby ciekawych i sensownych. 

No to w temacie – widziałem Endgame. Fani Marvela powinni być usatysfakcjonowani. Jak na godne zakończenie cyklu przystało, kilka furtek zostało zamkniętych. Były emocje, a w trakcie niektórych scen w kinie panowała kompletna cisza, nikt nie chrupał popcornu ani nic.

Teraz czeka nas kilka bardziej kameralnych filmów z uniwersum, ale ciekawe, kiedy znowu skuszą się na coś spektakularnego. 

NWM, bardzo dobrze to rozpisałeś. Szkoda, że Jon nie powalczył albo że chociaż umarłego smoka nie zabił (właściwie to co on chciał na koniec, podłożyć się mu, podda?).

Oby twórcy dalej nie szli złą drogą, bo jeszcze skończy się na tym, że Jon zabije Cersei. Cersei może zabić któryś z jej braci albo Arya, inaczej dostaniemy kolejne rozwiązanie “z dupy”. 

 

A w książkach jest jeszcze wiele stron konfliktu – nie zapominajmy o wciąż żywym Stannisie. 

I tak, jak Arnubis podał przykład szarej łuszczycy, to ja ostatnio przypomniałem sobie, że pasztet z Freyów też przecież był, choć to nie Arya go zrobiła. 

I czy ktoś wyjaśni mi co to w ogóle ten Nocny Król, po co żył przez wieki na lodowej pustyni tworząc sobie Białych Wędrowców, ożywiając zmarłych i w jakim celu wędrował na południe?

To akurat było wyjaśnione w serialu. 

podkreślać smutną muzyką zagłuszającą dźwięki i jednocześnie walkami kończącymi się śmiercią w zwolnionym tempie

Co chcesz, to jedyny prawilny sposób na umieranie :P

Tak, zabrakło bezpośredniego pojedynku Jona z NK :( 

Ja oczekiwałem obydwóch ;) I oba do tej pory się nie wykluczały. I nadal mogłyby się nie wykluczać. Kwestia jedynie odpowiedniego poprowadzenia fabuły :)

Myślę, że zamysł twórców jest taki, by teraz zmylić czujność i udawać, że zostały tylko dwie strony. A potem plot twist – widziałbym tu pole do popisu dla Sansy. Albo Tyrion&Varys interwerniują, widząc, że szaleństwo Danki dalej rozkwita. A rozkwitać będzie, bo armii mało, dwa smoki żywe, więc czemu by nie spalić wrogów i przy okazji tysięcy niewinnych ludzi? 

Bran będzie wargował się w gołębie i tak długo wkurwiał Cersei, aż sama zrzeknie się tronu XD

Moje typy, kto zginie: Nocny Król, Szary Robak, Daenerys, Theon, Beric, Brienne albo Jaime, Tormund, Jorah.

Skuteczność moich trafień 50%. Liczyłem na więcej. Oprócz połowy z wyżej wymienionych, zginęły trzecioplanowe postaci typu Ed czy Mormontówna. Plot armor wszedł za mocno…

Ale i tak emocje były. 

Zewsząd marudzenia że nic nie widać, jakby nie wystarczyło zasłonić dobrze okien i poprawić ustawień obrazu. A gdzieniegdzie miało być ciemno i chaotycznie, by się wczuć w bohaterów. No ale twórcy chyba przecenili widzów… oraz możliwości ich ekranów i żaluzji/zasłon :D

Nie rozumiem też, skąd wielkie zdziwienie, że to koniec wątku NK. Przecież wszystko wskazuje na to, co jest główną osią fabularną serialu (może w książkach będzie inaczej) – walka o władzę. Stąd tytuł, stąd ten tron pojawiający się pod koniec czołówki, by pokazać, dokąd fabuła ostatniego sezonu zmierza. Ale ten różny odbiór wśród publiki wskazuje na to, że jedni szukali w GoT politycznych rozgrywek i personalnych dramatów, a drudzy – typowo baśniowego fantasy, gdzie wszystko kręci się wokół epickiej walki dobra ze złem.

Przyznaję jednak, że na następny odcinek nie czekam już tak bardzo. 

Zastanawiałem się jeszcze, co mnie w Bitwie o Winterfell najbardziej zaskoczyło. I nie wiem. Były emocje, nie było zaskoczeń. Pozostaje mieć nadzieję, że twórcy zostawili najlepsze na koniec. 

Mam pewną satysfakcję, bo póki byłeś w loży, nie udało mi się przekonać Cię do żadnego z moich tekstów. Na szczęście zostałeś jurorem w konkursie, więc niejako dostałem jeszcze jedną szansę.

Nie Ty jeden byłeś w podobnej sytuacji. Ale to świadczy o tym, że zrobiłeś postęp. 

Zastanawiam się, czy nie poczekać ze zmianami na potencjalne uwagi redaktora.

Ja mogę być potencjalnym redaktorem… ;P Ale na razie poczekaj przede wszystkim na komentarze pozostałych jurorów. 

Teraz Ci nie powiem. I nawet bezpośrednio po lekturze nie potrafiłem tego dokładnie określić. W tej sytuacji wybronię się radą Gaimana (z którą zazwyczaj się nie zgadzam): jeśli ktoś mówi ci, co dokładnie masz poprawić, nie ma racji, nie słuchaj go; a jeśli ktoś mówi, że coś nie gra, ale nie wiadomo co konkretnie, wtedy na pewno się nie myli i warto coś zmienić. Po prostu przejrzyj całość jeszcze raz, a szczególną uwagę zwróć na końcówkę, właśnie pod kątem logiki, tempa itd. Ale wydaje mi się, że z tym powinien też pomóc potem redaktor, który mocniej się wgryzie w tekst. 

Czytało się całkiem nieźle, jednak odniosłem wrażenie, że sam nie wiedziałeś, dokąd ma zmierzać ta historia. Nie przeszkadzały mi wulgarne wstawki, dodawały tekstowi charakteru. Nie wszystko, co historyczne, musi być eleganckie i stylowe. Dawniej też przeklinano, też myślano o seksie. Gdyby to jeszcze miało jakieś uzasadnienie w fabule…

Technologia jest tu tłem, rozgrywa się trochę „poza kadrem kamery”. Pojawiają się jej cienie, zapowiedzi. Może to, co najciekawsze, dopiero nadejdzie?

Postać Dedala wydała mi się niekonsekwentna.

Ogólnie przeczytałem bez bólu, ale to opowiadanie nie zostanie ze mną na dłużej.

Przekombinowałaś.

Świetny tytuł (co zresztą dla Ciebie charakterystyczne) i indiańska tematyka obiecywały wiele. Liczyłem na czerwonoskórych, którzy z tomahawków przerzucili się na jakieś lepsze bronie i którzy udoskonalili sztukę budowania obozowisk – wyobraź sobie wielkie konstrukcje nie tracące ducha tipi. Nie wiem, czy istnieje jakiś indianpunk, ale z definicji byłby u mnie bardzo wysoko. No tylko że w opowiadaniu dostałem coś innego niż to, na co napaliła się moja wyobraźnia…

I wyjściowo Twój pomysł też jest dobry. Widzę tu co prawda tylko jego zarysy. Konfrontacja magii z nauką, Ducha z Maszyną, Nowego Świata ze Starym – to wszystko jest fajne, pasujące do konkursu. Niestety cała historia meandruje i trudno właściwie stwierdzić, o czym tak naprawdę chciałaś opowiedzieć. Wydaje mi się, że poległaś, porywając się na dziwaczną konstrukcję. Mamy tu bowiem opowieść szkatułkową z wprowadzającym dodatkowe zamieszanie prologiem. Oswajasz z jednym bohaterem, potem wprowadzasz drugiego, a potem pojawia się kolejny punkt widzenia narracji. Czytelnik nie ma się czego złapać, traci punkt odniesienia.

 Doceniam podobnie ambitne próby, ale wiem, że to zawsze jest ryzyko. Przy następnych eksperymentach polecam zastanowić się, czy tytuły podrozdziałów nie pomogą. Albo operowanie różnymi narracjami: pierwsza, druga, trzecia osoba, trzy czasy do wyboru. Gdybyś opowieść „indiańską” zapisała w pierwszej osobie, czytelnik wiedziałby, że to nie jest równorzędny wątek. Albo na odwrót: niech fragmenty o Clapeyronie będą jego narracją. Wtedy czytelnik będzie wiedział, że to powróci. Bo skoro skaczesz po wątkach i bohaterach, skąd czytelnik ma wiedzieć, co jest punktem odniesienia?

To taka garść przemyśleń pod kątem kompozycji. Oczywiście to tylko sugestie, mogłabyś to rozegrać na dziesiątki innych sposobów.

Ale wyszło, jak wyszło. Są fajne elementy, jednak całość mi się nie układa w głowie.

Napisane ładnie.

Do konkursu pasuje.

Szkoda tylko, że tak przekombinowane. Nawet w obecnym stanie na plus, ale gdybyś zapanowała nad chaosem konstrukcyjno-narracyjnym, mógłby być mocny faworyt. 

 

Dopisek po konkursie:

Podobnie jak inni jurorzy, wyczuwam w tym opowiadaniu duży potencjał. Sporo się już naprodukowałem w komentarzu, więc nie będę już nic dodawał, poza ogólnikami. Poczekaj na resztę opinii, przemyśl sobie to wszystko, zbierz jakąś wypadkową uwag. I jeśli już będziesz gotowa na remont generalny, to wstępnie oferuję się do pomocy. Ale najpierw musisz wiedzieć, co chciałaś w tym tekście osiągnąć – właściwie nie tylko wiedzieć, ale też umieć to wytłumaczyć innym :P Wierzę, że dasz radę, i bardzo liczę na “Pogrobowiec”. 

Gratuluję wyróżnienia :)

Ten tekst sprawił mi dużo przyjemności, mimo oczywistych wad. A właściwie jednej naczelnej wady: fabuły poprowadzonej wbrew jakimkolwiek zasadom dramaturgii. Opisujesz właściwie tylko jedno wydarzenie – bitwę. Zakończenia można się łatwo domyślić. Nie ma tu napięcia, że polskiej stronie się nie uda. Argument przewagi liczebnej Turków przestaje cokolwiek znaczyć w obliczu europejskich wynalazków. Przypomina to trochę oglądanie meczu, którego wynik się zna… i w którym to nie ma żadnych zwrotów akcji. Zresztą z komentarzy widzę, że sam zdajesz sobie sprawę, że zbyt łatwo poszło.

Ma to swój urok. Dwie słynne filmowe bitwy z „Władcy Pierścieni” – o Helmowy Jar i o Minas Tirith – rozgrywają się według podobnego schematu: oblężenie, obrońcy niemal pokonani, w ostatniej chwili przybywa odsiecz. W „Grze o Tron” bywało podobnie. Dlatego bitwa, która zmierza od początku do końca w jednym kierunku, zdaje mi się czymś śmiałym i w dobry sposób bezwstydnym. Jak filmy Tarantino.

Bo pomijając kwestie dramaturgii, wszystko inne mi się tutaj podobało. Bitwę opisałeś plastycznie (białe turbany! – świetny, oddziałujący na wyobraźnię początek), bogato, dodałeś jej ciekawej perspektywy z lotu ptaka (rzadkość). Opisywana technologia nie powala oryginalnością, ale brakowało mi w konkursie czegoś ze średniowiecznym duchem (wiem, że 1500+ to już nowożytność; to skrót myślowy). Tutaj dostałem fajne starcie z udziałem kawalerii, piechoty, strzelców. Dorzucasz też ciekawe postaci, takie z potencjałem. Ameryki nie odkrywają, ale są zwyczajnie fajnie – mam na myśli przede wszystkim króla i Kopernika. Z tym drugim to aż żal, że nie pociągnąłeś tego bardziej: któż w polskiej historii bardziej nadawałby się na naukowca napędzającego spektakularny, retrofuturystyczny rozwój?

Podsumowując: widzę, że to opowiadanie niepełne, przypominające raczej fragment. Ale jako taki fragment, opis wręcz, wyjątkowo mi się podobało. Świetna wizja cierpiąca na niedobór opowieści. 

 

Dopisek po wynikach:

Cieszę się, że ten tekst ma szansę trafić do antologii, bo sprawił mi po prostu dużo frajdy. Nie za bardzo wiem, jak go ulepszyć, nie dokonując wielkich rewolucji… Może zmień parę rzeczy tak, by szale przechylały się to na jedną, to na drugą stronę? Daj Turkom tymczasową przewagę, niech czytelnicy odczują zagrożenie dla Polaków. 

I pomyśl, czy z tego Kopernika nie da rady więcej wyciągnąć. 

Gratuluję wyróżnienia :)

Niestety, wynudziłem się przy tym opowiadaniu. To, co tutaj mogłoby ciekawić, czyli relacje między bohaterami, jest typowe dla wielu historii wojennych. Ot, żółtodziób, którego bardziej doświadczeni wtajemniczają. Niby cały czas w powietrzu wisi tajemnica, ale zdradzasz za mało, żeby zaciekawić czytelnika. Możliwe, że diabeł tkwi w szczegółach i napisałeś tekst interesujący dla tych, którzy orientują się w kwestiach broni. Ja do takich nie należę. W ogóle zabrakło mi tu informacji o tym, jaka wojna trwa i której stronie „kibicujemy”. Opowiadanie jest zbyt… uniwersalne? Mam wrażenie, że równie dobrze mogłoby rozgrywać się w fikcyjnym świecie.

Tak więc Retrowizji tutaj nie dostrzegam. Czuję, że są, ale nie widzę. A fabuła niczym mnie nie urzekła.

Same sceny na poziomie technicznym są jednak dobre, co w Twoim przypadku nie dziwi. Szkoda tylko, że wyszło opowiadanie o niczym. 

Bardzo spodobała mi się wizja egipskiego miasta, pełnego kanałów, rur i tym podobnych urządzeń/konstrukcji wodnych. Nie przeszkadza, że wplotłaś w to też magię – założenia konkursu przecież jej nie wykluczały. Co więcej, sięgnęłaś po klasyczny konflikt magia-nauka. Wyszło naprawdę dobrze.

Tak więc wizualnie zaserwowałaś ucztę dla wyobraźni. Jest co sobie wyobrażać pod kątem spektakularnego rozwoju; są też ciekawe czary, takie z większym rozmachem niż w typowym fantasy (przynajmniej takie zdanie kogoś, kto zna głównie klasykę gatunku).

Fabuła i bohaterka nie robią już takiego wrażenia. Zestawiam tu jedno i drugie, żeby zwrócić uwagę na to, że postać-obserwator w jakiś sposób determinuje fabułę. Bo protagonistka jest tu przede wszystkim świadkiem wydarzeń; uczestniczy w nich tylko trochę. Wydawałoby się, że to typowy zabieg w literaturze – patrz: Watson obserwujący Holmesa. Tylko że w przygodach słynnego detektywa Watson jest przede wszystkim narratorem. Tutaj Tener nie relacjonuje nam tego, co się stało. To my ją obserwujemy, jak ona obserwuje. Przez co całość traci na dramatyzmie. Generalnie lepiej sprawdzają się czynni bohaterowie, którzy mają względnie duży wpływ na akcję.

Nie znaczy to, że brakuje napięcia i emocji. Pod tym względem jest przyzwoicie. A więcej niż przyzwoicie prezentuje się tutaj język.

Podsumowując: na plus wizja i wykonanie, do dopracowania bohaterka i fabuła. Ale i tak jeden z lepszych tekstów konkursu. U mnie czwarte miejsce. 

Pomysł równie ciekawy, co ryzykowny. Co prawda to kolejny tekst, który koncentruje się wokół wojskowego znaczenia technologii, ale tym razem nie mamy do czynienia z maszynami – dla mnie to spory plus. Nie wiem tylko, czy wojskowe gęsi nie powinny zostać potraktowane z większym przymrużeniem oka, bardziej humorystycznie. Moim zdaniem koncepcja jest na tyle absurdalna, że jestem w stanie uwierzyć, że ktoś kiedyś, wieki temu, wpadł na taki pomysł.

Niestety, największym problemem tekstu jest jego fabuła. Miałem wrażenie, że czytam fabularyzowany dokument biograficzny. Poprzez „fabularyzowany” rozumiem ubieranie kolejnych zdarzeń w sceny. Zabrakło mi jednak tutaj konstrukcji charakterystycznej dla prozy. Brakuje jednej wyrazistej osi fabularnej. Opowiedziałeś historię Cezara od samego początku do końca, choć mogłeś wybrać wycinek i wokół niego osnuć opowiadanie. Innymi słowy: dostałem opisy zdarzeń, a chciałbym przeczytać opowieść z napięciem, emocjami. Nie wszystko trzeba szczegółowo relacjonować – tak jak Ty relacjonowałeś tresurę gęsi. Część rzeczy można zawrzeć w retrospekcjach, w dialogach bohaterów. Lepiej zostawić co nieco wyobraźni czytelników, a skupić się na tym, co najciekawsze i co niezbędne do pełnego przeżywania losów postaci.

Całość jednak na plus. 

Doklikuję bibliotekę. 

Opowiadanie wygląda na napisane po łebkach, na ostatnią chwilę. Zyskuje dzięki temu na dynamice, ale traci na zrozumiałości. Nie do końca pojąłem główny zamysł. Relacje między bohaterami też naszkicowane zostały pobieżnie.

Może był tu jakiś ciekawy pomysł, ale zabiło go chaotyczne wykonanie. 

Jeden z moich faworytów. Przyznaję, że podchodziłem do Twojego tekstu, jak do pewniaka, więc na starcie miał wysoko poprzeczkę – i się nie zawiodłem.

W pierwszej scenie nie wyszła Ci ekspozycja postaci, ale dosyć szybko wszystko się wyjaśniło, kto jest kto. Kolejnych bohaterów dorzucałaś już lepiej, więc ich duża liczba nie przeszkadzała. Zastanawiają mnie za to fragmenty pisane kursywą i w czasie teraźniejszym. Ten zabieg ma jakieś uzasadnienie w treści utworu czy po prostu chciałaś uatrakcyjnić tekst mniej typową formą? 

Spodobały mi się wynalazki: eleganckie, pasujące do opisywanych czasów. Opisałaś je sugestywnie. Ale najbardziej kupiło mnie to, że są wykorzystywane do nieoczywistych celów, takich jak nowatorskie przedstawienia. W konkursie wiele wynalazków służyło w celach wojennych. U Ciebie jest cel kulturalny – bardzo na plus.

Zakończenie i drugie dno satysfakcjonują. Postaci charakterystyczne. Tytuł ładny, napisane ładnie.

Ostatniego twistu z Saint-Germainem nie zrozumiałem. Pewnie część nawiązań też mi umknęła. Wiara w wiedzę czytelnika jest ryzykowna. Ale tym razem moja ignorancja nie odebrała mi przyjemności z lektury.

Bardzo dobre opowiadanie. 

 

Dopisek po wynikach:

U mnie to był numer dwa. Jeśli mogę coś radzić, to popraw tę ekspozycję postaci. Rozważ też, czy nie dopowiedzieć czegoś w kwestiach historycznych, żeby laicy mogli więcej z tekstu wyciągnąć. 

Gratuluję pierwszego miejsca :)

Jak na pierwsze opowiadanie, to jest napisane naprawdę bardzo dobrze. Stylistycznie cacy, fajnie też eksponowałaś bohaterów, choć nieadekwatnie do krótkiej formy (rozwodziłaś się kilka akapitów o postaciach, których rolą było pod koniec po prostu umrzeć). Wyczuwam talent „gawędziarski”.

Jednak taka specyfika opowiadań i konkursów, że trzeba wiedzieć, co chce się opowiedzieć. Podobał mi się świat oparty o materię organiczną, mięso. Nie miałem problemów z wyobrażeniem tego, bo w niektórych książkach z Gwiezdnych Wojen była rasa z podobną technologią. Jednak niezbyt dobrze powiązałaś to z założeniami Retrowizji. Mało tu „retro”. No i ostatecznie trudno wyciągnąć z finału jakieś wnioski – po co to wszystko było? Czyli tekst jest bardziej scenką, fragmentem, niż pełnoprawnym opowiadaniem.

Podsumowując: pod pewnymi względami fajne, ale nie odpowiednie do konkursu. 

Fajne, ale za krótkie. Objętość to główny grzech Twojego tekstu i w zasadzie trudno się nad czymś więcej rozwodzić. Napisane bardzo ładnie, sam pomysł na skarabeusze używane do uprawy roli – świetny. No tylko zabrakło tej słynnej fabuły. Najpierw oswoiłaś czytelnika z jednym bohaterem, a potem go porzuciłaś i pokazałaś parę innych scenek. Pod koniec dzieje się coś spektakularnego: z Egiptu znikają ogromne owady, a w głowach czytelników pojawiają się znaki zapytania.

Myślę, że był potencjał na miks biotechnologii i starożytnego Egiptu. Chętnie zobaczyłbym cywilizację Faraonów kwitnącą dzięki hodowaniu wielkich owadów. Widziałbym tu też pójście w stronę bardziej naukową: skarabeusze nie od bogów, tylko od mędrców, którzy pomogliby ewolucji.

Plus za to, że technologia nie jest użyta przede wszystkim do walki. Pokazujesz użycie „wynalazku” do czegoś bardzo podstawowego – uprawy roli.

Był potencjał na zwycięzcę, gdybyś spróbowała bardziej „naukowo” i wymyśliła pasującą do tego opowieść. No ale dzięki, że wzięłaś udział ;D

Całkiem mi się podobało, choć warsztatowo nie jest najlepiej. Rażą infodumpy – to taka droga na skróty do przedstawienia wymyślonego przez Ciebie świata. Styl całkiem przyzwoity, więc czytało się płynnie. Może trochę skróciłbym tę historię.

Homunkulusy na plus. Fajnie, że pokusiłeś się o opis tego, w jaki sposób powstają. Ja to w pełni kupuję jako konkursowy motyw.

Ogólny wydźwięk tekstu zmierza niestety ku ogranym kwestiom tego, czy coś stworzonego przez człowieka może mieć duszę. Można by to niemal wsadzić w scenerię futurystyczną. Na szczęście wykorzystujesz historyczne tło, by mocniej i lepiej wyeksponować swój pomysł.

Fabuła w porządku.

Miałem tylko problem z tym, jak traktować głównego bohatera. Kibicować mu? Miałem wrażenie, że Ty, jako autor, nie mogłeś się zdecydować lub po prostu tego nie przemyślałeś. A warto zawsze się zastanowić, jaki efekt chce się wywołać u czytelnika.

Tak więc potencjał jest na coś naprawdę fajnego, ale do pełnej satysfakcji trochę zabrakło. 

 

Dopisek po wynikach:

Po czasie mogę stwierdzić, że mam dobre wspomnienia z tego tekstu. Pasuje do antologii, oby do niej trafił. Niewątpliwie trzeba tu rozmaitych szlifów, dlatego rozejrzyj się po forum i poszukaj doświadczonych autorów, którzy Ci z tym pomogą w becie. Ale “retrowizyjnie” jest cacy. 

Gratuluję wyróżnienia :)

Bardzo spodobał mi się rozmach Twojej wizji. Pomysł jest bardzo klarowny i po prostu fajny. Azteckie piramidy w Paryżu – no po prostu miodzio. Komputera się nie czepiam. Na tym polega urok retrofuturystyki – wiemy, że coś nie ma prawa zadziałać, ale zawieszamy wiarę i cieszymy się odważnymi pomysłami. W dodatku Twój świat jest pełny, wieloaspektowy (arystokraci w lepszych więzieniach; husaria rozbijająca azteckie szeregi).

Technicznie trochę gorzej. Długie akapity zwalniają szybkość czytania. Sama akcja też trochę prosta, taka awanturnicza, trochę jak z young adult. Momentami wkradały się tu naiwne rozwiązania, choćby Ruch Oporu potraktowany po łebkach.

Generalnie opowiadanie bardzo odjechane (na plus!), choć niedopracowane. Nie zmienia to faktu, że bardzo mi się podobało. 

 

Dopisek po wynikach:

Na pewno poskracaj te akapity, wygładź narrację, żeby lepiej się czytało. Przypatrz się też po czasie logice wydarzeń. Może coś da się uwiarygodnić?

Tak na tę chwilę niewiele więcej mogę doradzić. Mnie się podobało i wad musiałbym tu szukać na siłę. U mnie Twój tekst był na piątym miejscu i to ja byłem głównym orędownikiem, by urozmaicić antologię o Azteków w Paryżu. Dlatego jeśli potrzebowałbyś mojej pomocy – pisz na priv. 

Gratuluję wyróżnienia :)

Tekst klimatem stoi. Byłem już zaintrygowany i zaniepokojony w momencie, gdy dorożkarz odmówił dalszej podwózki, aż pod bramy miasta. Wycinek przedstawionego przez Ciebie świata wydaje się opustoszały, chłodny, wymarły. A czytelnicy z jakiegoś powodu lubią ruiny – dowodem na to jest choćby popularność postapo. Tutaj osiągasz podobny efekt, ale w stylistyce retro. Jest tajemnica, jest zabawa. A do tego dokładasz jeszcze bardzo dobry, adekwatny język (pomijając zapis dialogów, bardzo mi się spodobał styl, jeden z lepszych w konkursie).

 Twoja Retrowizja sięga po klasyczne motywy, ale robisz to z dużym wyczuciem. Nie mam wrażenia, jakbym obcował z czymś wtórnym. Czuję za to ducha XIX-wiecznej literatury, a raczej tego co najlepsze w tym duchu – bo pisanie całkiem jak ówcześni to moim zdaniem słaby pomysł.

Fabuła ma ciekawy twist na końcu, ale on nie wybrzmiewa tak, jak powinien. Coś mi tam zgrzytało.

Bardzo dobry tekst. 

 

Dopisek po wynikach:

Najważniejsze, żebyś dopracował tę końcówkę. Więcej rad nie mam.

Gratuluję wyróżnienia :)

Nie zrozumiałem. Poza tym tekst nie wpasowuje się w ramy czasowe konkursu.

Poszczególne akapity nawet ciekawe, może jest tu potencjał na jakiś ciekawy szort. Ale obecnie to tylko zbiór epizodów, których sens i znaczenie do mnie nie docierają. 

Z przykrością i brutalną szczerością stwierdzam, że tekst jest napisany fatalnie. Momentami miałem wrażenie, że pisał go ktoś pod wpływem jakichś psychoaktywnych substancji… i że to jakiś żart, trollowanie jurorów i czytelników. Niestety pewne elementy wskazywały na to, że tekst miał być na poważnie. Niestety, jest niezrozumiały i chaotyczny.

Dużo, dużo czytaj i staraj się uważać na lekcjach polskiego (bo poziom tekstu wskazuje na to, że jeszcze chodzisz do szkoły). 

Niestety tekst niezbyt wpasował się w założenia konkursu. Sama historia też mnie nie uwiodła. Uważam, że do klasycznych motywów i do legend trzeba podchodzić z pomysłem na świeże ujęcie tematu – tutaj tego zabrakło. O Smoku Wawelskim było już sporo, pomysł na „dobrą bestię” też nie został ciekawie wykorzystany. W dodatku postaci narratora i jego towarzyszki wyglądają na… przypadkowe. Jakby to był fragment z nieznanej mi całości. Możliwe, że najciekawsza historia zaczyna się w momencie, w którym kończy się Twoje opowiadanie. 

Wiem, że Wercyngetoryks to nie wymysł ;)

Co wyciąć? Raczej skrócić, tak ogólnie. Nie pamiętam już poszczególnych scen. Po prostu to, co najciekawsze, pojawiło się gdzieś koło połowy, a sam początek – moim zdaniem – mało zapowiadał i wnosił. 

No właśnie moim zdaniem NK zostanie odparty, w następnym odcinku będą żegnać zmarłych i głowić się, co dalej. Potem, w piątym, jakaś gruba akcja – pokonają Cersei nie armią, ale grupką kilku osób, które przedostaną się tymi tunelami, którymi Arya kiedyś uciekła z Czerwonej Twierdzy. W szóstym domknięcie wątków i “nowy ład”, który zapanuje. Nie widzę miejsca na dalsze uganianie się z zombiakami. Za to jest potencjał na parę zwrotów akcji: konflikt Jon-Daenerys, knująca Sansa, może Varys jeszcze coś zrobi w ostatnich podrygach. 

Jeden z lepszych konkursowych tekstów. Co prawda osobiście odczuwam przesyt postaciami wynalazców (wolałbym oglądać przede wszystkim efekty ich pracy; w tworzeniu technologii uczestniczy wiele osób i oprócz pionierów są jeszcze ci, którzy prototypy udoskonalają), ale tutaj kupiłeś mnie fabułą.

Są elementy jak z podręcznika do pisania scenariuszy, dzięki czemu tekst niemal musiał się udać z definicji. Spodobało mi się, że jasno określasz motywacje bohatera – chyba sam jesteś świadomy, jakie to ma znaczenie. Poza tym są zwroty akcji, a największe napięcie jest tam, gdzie być powinno – w końcówce. Kulminacja wyszła Ci prawidłowo, zgodnie z prawami dramaturgii.

Miałem problemy z umiejscowieniem akcji w czasie. To pewnie może wynikać z mojej ignorancji, ale nie każdy czytelnik zna się na historii. Rozważyłbym dodanie kilku charakterystycznych dla epoki szczegółów. Poza tym pomysłem dobrze wpasowujesz się w założenia konkursu. Choć klasycznie – większość pomysłów oscylowała wokół broni i latających maszyn. Ale, jak już powiedziałem, fabuła mocno to wszystko broni.

Na pochwałę zasługuje też postać antagonisty, którego nie robisz na takiego typowego arcywroga. Fajnie, że pozostawał trochę w tle i że w końcówce się bardziej pokazał.

Stylistycznie szału nie ma. Ale jest zachowana przejrzystość czytania, konsekwencja w narracji i klimat (choć ten ostatni bym jeszcze trochę podrasował).

Bardzo dobre opowiadanie.

 

Dopisek po wynikach:

Chyba nie mam nic do dodania. To, co można tu podziałać, to głównie kosmetyka podczas redakcji i korekty. Ewentualnie już sam możesz zastanowić się nad dopieszczeniem stylistycznym (jeśli chcesz, żeby było więcej niż poprawnie) i paroma wzmiankami dla takich laików historycznych, jak ja ;)

Zasłużone podium – gratuluję! :)

Retrofuturystyczny Asterix? Takie skojarzenie pojawiło się dość szybko i nie odpuściło aż do końca. Czas i miejsce akcji, żarty z imion, Juliusz Cezar i w końcu nieudolny bard – sporo wspólnego ze słynnymi komiksami. Tyle wspólnego, że trudno mi ocenić, czy to mocne nawiązania, czy pastisz/parodia, czy też zbyt śmiałe zapożyczenia. Efekt był różny. Na przykład imiona wydały mi się niestety za słabe, nie dorównujące pomysłom Goscinny’ego i jego tłumaczy. Tylko „Dalekowidzyks” mi podszedł. Mogłaś pokombinować bardziej z tymi imionami (porównaj Marnybardyksa do Kakofoniksa) albo odpuścić ten zabieg.

Tekst stoi za to pomysłami „technologicznymi”. Oryginalne, ciekawe, i choć momentami zbyt nawiązywały do współczesności, to mogłabyś ugrać tym więcej, gdybyś wymyśliła porządniejszą historię. Teraz mamy typowy motyw „obcego w obcym kraju”: czytelnik wraz z bohaterem poznaje świat przedstawiony, ale mało tu jest fabuły samej w sobie.

Z minusów: chaos kompozycyjny. Na początku nie wiadomo było, do czego tekst zmierza i jaki właściwie ma być jego klimat (im dalej, tym więcej humoru i większy „odjazd”).

Tytuł mógłby być ciekawszy.

Ogólnie czytało się dobrze, ale moim zdaniem powinnaś tekst albo okroić, by zostawić to, co najlepsze, albo rozbudować do porządnej historii. Bo pomysły pod kątem konkursowym ciekawe. I tekstem humorystycznym w antologii bym nie wzgardził. 

Podobało mi się. Opowiadanie stoi dobrym warsztatem: nie tylko na poziomie języka, ale też narracji i konstrukcji fabuły. Czyta się płynnie, historia jest zrozumiała, akcja dynamiczna, pomysły klarowne. Oczywiście wszystkie te elementy dałoby się doszlifować. Jednak porządny szkielet już jest.

To kolejny tekst w konkursie, który swoją retrowizyjność opiera na militariach. Gazy bojowe to jeden z tych wynalazków, które rzeczywiście mogły zmienić świat; na szczęście nie znalazły aż tak szerokiego zastosowania. Fajnie, że poszedłeś nietypową drogą i nie pisałeś o użyciu broni na froncie. Postawiłeś na dramat polityczny, w który wkrada się też sensacyjna intryga.

Z minusów: zakończenie nie gra tak, jak powinno. Mogłeś lepiej przygotować pod nie grunt. Całemu opowiadaniu nie zaszkodziłoby też więcej emocji i głębi. 

Muszę przyznać, że czytało mi się trudno. Na poziomie zdań piszesz przyzwoicie, ale w samej narracji było coś topornego. Zabrakło mi jakiegoś punktu odniesienia, czegoś, czego mógłbym się trzymać. Mam wrażenie, że całość jest mało „opowieściowa”, to raczej zbiór opisów.

Nie rozumiem, po co w środku tekstu znalazły się fragmenty dziennika. Wszelkie odstępstwa od konsekwencji powinny mieć swoje uzasadnienie, inaczej rodzi się nieprzyjemny dla czytelnika chaos.

Pomysł niezły, klimat też. Przydałaby się tylko jakaś bardziej przejrzysta fabuła. 

Mam wrażenie, że zbyt dokładny research zaszkodził temu opowiadaniu. A może to nie wina researchu, tylko zbytniej dbałości o fakty/nawiązania? W 40 tysiącach znaków trudno oddać zawiłości rodzinne. Nie sądzę, że wszystkie wymienione tu postaci były potrzebne dla głównej idei tekstu. Uprościć wypadałoby tym bardziej, że polski czytelnik nie jest oswojony z takimi imionami, więc trudniej mu kojarzyć, kto jest kto.

Tak więc przede wszystkim zabrakło mi wyrazistego głównego bohatera, któremu mógłbym towarzyszyć w wyprawie w te egzotyczne miejsce i czas. W opowiadaniach fantastycznych niezmiernie ważne jest, by dać czytelnikowi jakiś punkt zaczepienia, coś, do czego będzie mógł się odnieść. Można też próbować rzucać czytelnika na głęboką wodę – ale to już zależy od autora, do jakich odbiorców chce dotrzeć.

Pierwsze akapity obiecywały ciekawy klimat, angażujący wiele zmysłów (te korzenne zapachy itd.). Potem te Indie trochę mi umykają. Opis bitwy jest imponujący („Był huk…” – te akapity bardzo mi się podobały), ale właściwie można by go przekopiować do bitwy średniowiecznej czy starożytnej. I tu pojawia się kolejny problem: na ile ta historia jest właściwie zakorzeniona w Indiach? Nie wiem, czy rtęć ma coś wspólnego z przeszłością tego kraju. W każdym razie latające maszyny wojenne to motyw mocno już ograny. I zabrakło mi wplecenia w ten motyw czegoś świeżego, pasującego do wybranych przez Ciebie realiów. Używanie indyjskich słów i imion to za mało, żeby stworzyć zadowalającą immersję. Szkoda też, że rozwój technologiczny ogranicza się do militariów.

Napisane przyzwoicie, bez jakichś szarż stylistycznych. I nie zamierzam tutaj forsować rozdmuchanej formy; chcę tylko zauważyć, że przez tę „poprawność” tekst przypominał mi właściwie większość fantasy, jakie czytałem. Może jakieś wplecione parafrazy lub wręcz z Mahabharaty by pomogły?

 Tytuł mógłby być ciekawszy, teraz jest nijaki.

Podsumowując: niezły tekst, ma naprawdę imponujące momenty, ale zabrakło mi tu bardziej przejrzystej historii (bohaterowie!) i ciekawszej, bardziej indyjskiej fantastyki. 

 

Dopisek po wynikach:

Chyba wszystko zawarłem powyżej. Pewnie za późno na usuwanie niepotrzebnych wątków, bo to wszystko jest za bardzo poplątane. Możesz za to pokombinować z tą indyjskością i językiem, coś dodać. To tak pod kątem ewentualnych zmian. Czyli poprawiać to, co jest do poprawienia, raczej nie da rady, za to udoskonalać to, co jest do udoskonalenia, chyba jeszcze możesz ;)

Gratuluję trzeciego miejsca :)

Mało tutaj Retrowizji. Magiczna zbroja to jest jakiś pomysł, ale to jeszcze nie „spektakularny rozwój” – to co najwyżej jeden wynalazek.

Były dłużyzny, niepotrzebne sceny. Raziło mnie rozpoczęcie sztampową sceną w karczmie. Uniwersum też niezbyt oryginalne, „Gildie” są mocno ograne.

Jeszcze wiele pracy przed Tobą. Widać, że to pierwsza próba literacka. I po formie, i po treści. Dużo pisz, jeszcze więcej czytaj – najlepiej różnorodnie, nie tylko fantastykę. 

Jak na pierwszy tekst, to napisane naprawdę bardzo dobrze. Widać, że nie starasz się pisać tylko „poprawnie”, ale też ciekawie. Za to duży plus.

Gorzej z fabułą. Opowiadanie przypomina wprawkę literacką, bo opisujesz walkę o bunkier, a kontekst – który z punktu widzenia tematu konkursu jest najważniejszy – traktujesz marginalnie. Pokazałeś mały epizod z wymyślonego świata. Wzmianki o nasionach i klonowaniu to za mało. Brakuje mi tu Retrowizji, brakuje porządnej historii.

Ale doceniam obrazowość i emocjonalność, nawet jeśli to tylko scenka, a nie pełnoprawne opowiadanie.

Czytało się szybko i całkiem przyjemnie. Tylko mam duże wątpliwości, czy humor i absurd dobrze pasują do tego konkursu…

Bo chodziło o jakiś spektakularny rozwój. O cywilizację, która byłaby jakoś bardziej rozwinięta. Tutaj mamy do czynienia tylko z wynalazkiem. W dodatku ten wynalazek zostaje w końcu zniszczony.

Nie wiadomo, w jakiej epoce rozgrywa się akcja, i mam silne podejrzenia, że przekracza dopuszczalną granicę ;) Sprawdź, kiedy pojawił się okrzyk „Geronimo!”.

Humor niestety nie najwyższych lotów. Pomysł na księżniczkę-kangurzycę fajny, ale jak na mój gust za mało wykorzystany. Największy plus za „Australię-Austrię” – srogo przy tym parsknąłem. Trzeba mieć jaja i za dużo wolnego czasu, by napisać tekst pod ten żart :P

Z uwag warsztatowych – sporo można by wyciąć. Opisujesz szczegóły tego, jak O’Hallora dostawał się do bazy. To można by pominąć. Właściwie dwie pierwsze sceny też można by usunąć. Zmierzam do tego, że właściwie mało miałeś tu historii do opowiedzenia. Wszystko rozegrało się zbyt prosto. No i zbyt sztampowo.

Ironicznie? Parodia? Pastisz? O to chodziło? Może. Przeczytałem bez bólu, ale nie zostałem kupiony. 

 

Dopisek po wynikach:

Inni jurorzy kupili ten pastisz :D 

I teraz nie wiem, czy to ja miałem zaćmienie, że nie dotarła do mnie konwencja tekstu, czy to Ty nie zasygnalizowałeś odpowiednio wcześnie, że to tak ma być i że ta kiczowatość jest świadoma. Pastisze są trudne. Moim zdaniem ten wyszedł średnio. Przede wszystkim za dużo tu “pustych przebiegów”, a za mało dobrego humoru. Okej, humor rzecz subiektywna… Tylko że mnie naprawdę dużo rzeczy bawi. 

Może to kwestia nostalgii? Bądź co bądź, jestem najmłodszy z jurków :P

Co radzę? Wyciąłbym sporo. Po co ta scena, w której ktoś przychodzi do głównego bohatera i zaprasza go na spotkanie? To takie mocno rodem z filmów. A przecież można by wrzucić protagonistę już głębiej w akcję. Bodajże Vonnegut radził: zacznij tak blisko końca, jak się da. No i po co ta ekspozycja księżniczki, skoro ostatecznie nie odgrywa ona znaczącej roli? Można by ją zastąpić czymś innym. Jasne, historia musi się z czegoś składać, ale sztuka polega na tym, by powiązać te elementy. Tutaj powiązania są luźne. 

Przykład “pustego przebiegu”:

Myśliwy nie tracił więcej czasu. Ostrożnie ruszył wzdłuż ściany Ayers Rock, gdzie tylko było to możliwe kryjąc się wśród skał i zarośli. Dobrze wiedział, że najtrudniejszy etap zadania to teraz przeniknięcie do wnętrza bazy. Spodziewał się, że główne wejście będzie dobrze strzeżone. Oczami wyobraźni już to widział. Wielkie, ciężkie, najeżone kolcami wrota z czarnego żelaza, nieustannie patrolowane przez oddziały mechaemu, które nie potrzebują odpoczynku, wytrwale wypatrujące zagrożenia za dnia i w nocy. To wyglądało bardziej jak sposób na samobójstwo, niż droga do środka.

Nagle do głowy przyszła mu myśl, tak niespodziewana, że aż przystanął. Była jeszcze jedna droga. Nie tak oczywista, ukryta. Nikła ścieżka, prowadząca stromo wśród skał prosto na szczyt. Nie mógł tam liczyć nawet na choćby wąskie, wykute w kamieniu schody. Niebezpieczna, bez wątpienia. Zapewne też piekielnie męcząca. Ale była to jedyna droga, o której nieprzyjaciel mógł zapomnieć. Mick nie miał wyboru.

Natychmiast zawrócił, szukając miejsca, które widział tu lata temu. W końcu udało mu się znaleźć wejście do wąwozu kończącego się niepozorną ścieżką, pnącą się prosto pod górę i niknącą gdzieś wśród dymiących szybów. Nie czekając na nic, zaczął wspinaczkę.

Droga momentami była tak stroma, że musiał pomagać sobie rękami. Prawdziwe wyzwanie stało jednak przed dzielnie idącą jego śladem Księżniczką Anastazją. Kangury zdecydowanie nie są najlepiej przystosowane do wspinaczki, jednak wierne zwierzę nie zamierzało opuszczać swego przyjaciela i na przekór przeciwnościom, niezmordowanie parło do góry.

W końcu udało im się dotrzeć na wysokość wykutych w skale kominów. Mick, dysząc ciężko po wędrówce, otarł czoło z potu i uśmiechnął się. Jego przewidywania się sprawdziły. Chociaż okropnie tu cuchnęło i wszędzie pełno było dymu, to jednak nie wydobywał się on ze wszystkich szybów. Część z nich najwyraźniej musiała służyć jako wentylacja, dostarczająca świeże powietrze do wnętrza kompleksu. I chociaż z tą świeżością może nie wszystko się udało, to jednak kominy powinny w miarę bezpiecznie prowadzić do środka placówki. Myśliwy podszedł do najszerszego z nich i spojrzał w czeluść.

– Przydałaby się latarka – westchnął i wsunął się do środka.

Chociaż narzekał na wcześniejszą wspinaczkę, to droga na dół w wąskim tunelu pogrążonym w całkowitych ciemnościach okazała się jeszcze gorsza. Twardo parł jednak przed siebie, z każdym wyciągnięciem ramion znajdując się bliżej celu. Minął kilka rozgałęzień, zawsze wybierając to, które zdawało się najszybciej prowadzić w dół. W końcu natrafił na kratkę wentylacyjną. Zerknął przez nią ostrożnie. Zobaczył pusty, dobrze oświetlony korytarz. Nie widząc żadnego zagrożenia, myśliwy wypchnął kratkę i zeskoczył na dół. Rozejrzał się szybko.

– Czysto! – zawołał cicho w stronę szybu. – Skacz, Księżniczko!

Kangurzyca zaraz wylądowała obok niego, najwyraźniej niezwykle rada, że opuściła klaustrofobiczny tunel. Mick nie miał jej tego za złe, sam czuł się podobnie. Najważniejsze jednak, że dostali się do środka. Teraz pozostało im tylko znaleźć von Starhemberga.

Można by to streścić: “dostał się do środka”. I wiem, że nie chodzi o streszczanie, tylko opowieść. Ale zobrazuję to klasycznym przykładem. Można napisać “wszedł”. A można też “zbliżył się do drzwi, położył rękę na klamce, nacisnął, pchnął, przekroczył próg…”. Zazwyczaj wskazana jest krótsza wersja, choć czasem dłuższa też może być uzasadniona. Jednak w tym tekście uzasadnienia nie widzę. Ani nie ma po drodze zbyt wielu żartów, ani nie dodaje to klimatu, ani nie operujesz ciekawym językiem. I takich pustych przebiegów jest trochę za dużo tutaj. Widzę dwie opcje: wywalić je lub wzbogacić o gagi lub humor językowy. 

No moim zdaniem trzeba by sporo popracować nad tym tekstem, żeby rzeczywiście bawił i wciągał. 

 

Tak czy inaczej gratuluję wyróżnienia i cieszę się, że do antologii trafi też luźniejszy tekst :) 

Udana stylizacja robi wrażenie, niestety przesłania to, co najważniejsze. I nie przesłania tego czytelnikowi, tylko Autorowi. Mianowicie brakuje tu oryginalnej, interesującej fabuły. Mam wrażenie, że opowiadanie jest klasyczne/staromodne nie tylko pod względem formy, ale też treści. Bo historia jest bardzo prosta. Wynalazek, pojedynek i nagle bach!, koniec. Nie zdziwiłbym się, gdybym wśród XIX-wiecznych opowiadań znalazł coś bardzo podobnego.

Prostotę fabularną byłbym jeszcze w stanie wybaczyć, bo stylizacja naprawdę mi się podoba i taki tekst wzbogaciłby antologię o coś „innego” w dobrym tego słowa znaczeniu. Trudno jednak wybaczyć to, że nie wczytałeś się w założenia konkursu. Fajnie, że zrobiłeś research i sięgnąłeś do źródeł. Szkoda, że poprzestałeś na „origin story”. To, czego oczekiwałem po Retrowizjach, w Twoim tekście dopiero ma nastąpić. Napisałeś prolog, coś, co w prawdziwej Retrowizji mogłoby być wplecione w retrospekcję, infodump, dialog dwójki bohaterów. O ile ciekawiej byłoby zobaczyć Polskę podbijającą inne kraje, niż kolejną opowieść o rywalizacji dwóch wynalazców.

Czyli forma bardzo mi się podobała, jednak treść nie usatysfakcjonowała. Ale generalnie tekst na plus. 

 

Dopisek po wynikach:

Jak widać, pozostałym jurorom nie przeszkadzało “origin story” ;) Ale to fajny tekst, więc teraz się cieszę, że trafił do antologii. 

Co by tu radzić? Z tego, co pamiętam, przydałoby się finał wygładzić. Ale to już jakiś redaktor może wskaże. 

Pozostaje więc pogratulować piątego miejsca :)

 

PS Wiesz, że w aktualnym Przekroju jest artykuł o tym samym tytule i… w ogóle o tym samym? Chyba że to Twój? :D

Jeden z najciekawszych pomysłów w konkursie. Tak jak steampunk jest pełen pary, tak tutaj słychać stukot maszyn przędących.

Niestety widać braki warsztatowe. Język i narracja przeciętne, prowadzenie fabuły też nie zadowala. Za długi jest początek, brakuje właściwie środka, bo już czas na zakończenie. Zastanów się, czy wszystko jest potrzebne do opowiedzenia tej historii. Zbędna wydała mi się choćby scena w domu głównego bohatera. Poza tym wszystko rozgrywa się zbyt łatwo, a protagonista nie ma za wielu decyzji do podjęcia. To bardziej bierny, niż czynny bohater. A generalnie bierni gorzej się sprawdzają. Na takiego trzeba by mieć pomysł i umiejętności.

Poza tym całość ma w sobie trochę takiej ciepłej naiwności. Zabrakło napięcia, wiarygodności.

Tekst ogólnie pasujący do konkursu, jednak niedoskonały warsztat nie pozwolił na stworzenie satysfakcjonującej mnie historii. Pracuj, a następnym razem będzie lepiej. 

Tekst trudny do oceny. Trudny dlatego że mi się podobał, nie wiem jednak, komu bym go polecił. Nie umiem określić targetu. Co więcej, gdybym chciał opowiedzieć, co przeczytałem, to raczej bym opisywał, co widziałem, niż streszczał historię. Mało tej legendarnej fabuły. Właściwie jest tu głównie podróż do głowy Atlasa i niewiele więcej „wydarzeń”. Brakuje kontekstu, czytelnego umotywowania działań bohaterów, określenia stawki.

Piszesz w skomplikowany sposób, choć tym razem bardziej zrozumiale. Ładnie, dobrze. Czasem przekombinowujesz, ale chyba jest coraz lepiej.

Sama wizja – mimo że nie do końca ją pojmuję – zachwyca. Nie wiem, czy sobie wszystko wyobraziłem tak, jak chciałeś, ale to, co sobie wyobraziłem jest piękne i spektakularne. Podszedłeś do założeń konkursu z rozmachem – i o to chodziło.

Podobają mi się też odwołania do rzeczywistości, Rosjanie itd. Są wyważone w taki sposób, że nie mam wrażenia, że obcuję z historią alternatywną, ale jednak widzę, że to nasz świat, który rozwinął się w dziwny sposób. Kiedy nastąpił kluczowy moment? Nie wiadomo. Mnie to nie przeszkadza.

W każdym razie ciekawa lektura. Jeśli „Atoma” dostanie się do antologii, mam nadzieję, że przy pomocy redaktorów uczynisz ten tekst jeszcze lepszym – bo po raz kolejny wydaje mi się, że więcej masz w głowie, niż udaje Ci się przelać na słowa w zrozumiały dla czytelnika sposób.

 

Dopisek po wynikach:

Z czasem miałem coraz bardziej mieszane odczucia do tego tekstu. Pamiętam obrazy, nie opowieść. Uwielbiam, kiedy proza jest mocno “wzrokowa”, ale oczekuję zazwyczaj opowieści opowiedzianej obrazami, a nie samych wizualizacji luźno połączonych jakąś akcją. 

Nie wiem, co Ci radzić. Zależy mi, żeby antologia była spójna, równa. Odbiór “Atomy” jest, jak widzisz, różny. Gdzieś mi świta jakiś komentarz pod tym tekstem, w którym ktoś zwracał uwagę na dialog, w którym poszczególne wypowiedzi nie są w związku przyczynowo-skutkowym. Może pomyśl pod tym kątem: czy nie robisz zbyt dużych przeskoków, skrótów myślowych? Poszczególne zdania, akapity są zrozumiałe. Ale może źle połączone?

Nie wiem. Wiem, że jesteś raczej uparty w pisaniu po swojemu i z jednej strony to dobrze, z drugiej – zawsze zachęcam do próbowania nowych rzeczy. Chciałbym kiedyś przeczytać, jak opowiadasz historię. Po prostu historię, taką, jaką mógłbyś zmyślić przy ognisku. Bo na razie cały czas pozostaję z niedosytem. Wydaje mi się, że wiele jest w Twojej głowie, ale nie potrafisz (nie chcesz?) tego przekazać szerszemu gronu czytelników. Wizja z “Atomy” mi się podobała, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że wiele mnie ominęło. 

No nie wiem. Niewiele z tego mojego dopisku wynika. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to podejście do tego tekstu “podręcznikowo”, tak jak się pisze filmowe scenariusze. Protagonista, motywacja, stawka, konflikt, antagonista itd. Ale to Twoja sprawa, czy chciałbyś podchodzić tak technicznie, metodycznie i – po części – schematycznie. Choć nie wszystkie schematy to zło. Jeśli chciałbyś o tym pogadać, to wal na priv, bo tutaj może mi umknąć jakaś większa dyskusja. 

Może dałem do myślenia, może tylko pobełkotałem ;) 

Pytanie: na ile Ty jesteś zadowolony z tego tekstu? Czujesz, że powiedziałeś to, co chciałeś powiedzieć? Czujesz, że czytelnicy przeczytali to, co chciałeś napisać? 

W każdym razie gratuluję wyróżnienia i i nie mogę się doczekać ilustracji do tego opowiadania :)

Fantastyka jest tu tylko iskrą zapalną, która wyzwala ciąg zdarzeń. Niestety, iskrą, którą dałoby się zastąpić czymś realistycznym. Nie widać tutaj wielkiej technologii, tylko jeden wynalazek, przedmiot.

Sama intryga niestety nie zapada w pamięć. Czyta się płynnie, ale nie sposób pozbyć się wrażenia, że części scen, akapitów, zdań mogłoby nie być.

Podsumowując: przeciętny tekst, który nie wpasowuje się w założenia konkursu. 

Czytało się przyjemnie. Tekst z rodzaju tych luźnych. Rodzi się więc pytanie: po co dorzucałeś tu nawiązania do obozów koncentracyjnych?! No ale nie będę się nad tym pastwił. Raczej ;)

Jest tu sporo fajnych elementów świata przedstawionego. Nie wiem, na ile to inspirowane Flintstone’ami, bo oglądałem lata temu.

Oprócz wywalenia tych nieszczęsnych nawiązań, widziałbym tu jeszcze dwie rzeczy. Neologizmy zamiast znanych nam słów. Czemu „stetoskop”? Czemu „koło”? Trzeba było iść w „pchaniobusy” (no, w każdym razie w tym kierunku, tylko zgrabniej). A po drugie – jaki tu był potencjał na coś naprawdę dużego i mądrego! Gdybyś przyjrzał się poważniej kwestii zastąpienia wynalazków tanią siłą roboczą… Przecież to temat na coś na serio. Może już ta problematyka była poruszana, ale gdyby podejść do tego z rozmachem, właśnie w paleolicie… To mogłoby być coś.

Podsumowując: czytało się przyjemnie (pomijając nawiązania), ale szkoda niewykorzystanego potencjału.

Szkoda, że nie przeczytałeś uważnie regulaminu, bo przy takim wykonaniu mógłbyś walczyć o miejsce w antologii. A tymczasem ani nie wpisujesz się w ramy czasowe, ani właściwie – moim zdaniem – w klimat Retrowizji.

Tak czy inaczej opowiadanie mi się podobało. Przede wszystkim urzekł język. Lekki, dowcipny, płynny, na szczęście nie „przezroczysty”. Miałem przeczytać ze dwie sceny i iść spać, ale łyknąłem całość na raz.

Fabularnie bez fajerwerków. Fantastyka też z tych prostszych. Ogólnie bardzo przyzwoita rozrywka, ale obawiam się, że po czasie można wylecieć z głowy. 

Twoje najlepsze opowiadanie, jakie czytałem. O ile we wcześniejszych coś mi zgrzytało, tutaj odniosłem wrażenie, że obcuję z czymś dopieszczonym, zrównoważonym. No, dobra robota.

Przede wszystkim stawiasz sobie wysoko poprzeczkę i z zapasem ją przeskakujesz. Opowiadanie niemal pozbawione dialogów to niełatwa sprawa, ale Ty wyszedłeś z tego obroną ręką. Język jest idealnie dopasowany do treści. A rzadko to mówię.

Momentami mi się dłużyło, ale nie mogło być inaczej w przypadku założeń, które sobie postawiłeś. I właściwie po każdym zarzucie można by dodać takie „ale”. Więc chyba nie ma się tu co rozpisywać. Bo napisałeś to tak dobrze, jak się tylko dało. Przynajmniej takie jest moje zdanie, zobaczymy, jak podziała tutaj ewentualny redaktor. Gdybym to ja redagował, na pewno pogmerałbym przy pierwszym i ostatnim fragmencie, tam coś nie grało, ale nie do końca jestem w stanie powiedzieć co.

Imersja dobra. Oddałeś życie ówczesnych ludzi w fascynujący sposób. Nie mam wiedzy, by Cię „sprawdzić”, ale napisałeś tak, że Ci wierzę.

Tytuł intrygujący.

A w tematykę konkursu wpisałeś się ciekawie nie tylko epoką, ale też perspektywą. W tym tekście „spektakularny” rozwój w historii Seha nam się wydaje mały, ot jakieś tam lepienie czegoś z gliny itd. Jednak z punktu widzenia klanu – no, to rzeczywiście jest jakiś przełom. Może w ogóle to byłoby wystarczające, może niepotrzebne były „współczesne” sceny-klamry? Ale rozumiem, że bałeś się o tę spektakularność.

Podsumowując: zaserwowałeś egzotyczne danie. Nie chciałbym takiego jadać na co dzień, ale gdybym miał ochotę właśnie na coś w tym stylu, poszedłbym do Twojej kuchni. 

 

Dopisek po wynikach:

U mnie to był tekst numer jeden. Jak już pisałem, opowiadanie spełnia swoje założenia, więc nie widzę tu wiele do poprawiania. Przyjrzyj się może tylko tej klamrze, zbierz jakąś wypadkową z opinii na jej temat i zdecyduj, czy czegoś nie zmienić. Nic więcej chyba nie doradzę ;)

Gratuluję zwycięstwa :)

Fakt, że starożytni Egipcjanie mieli różne wynalazki, tylko ich nie wykorzystywali, jest dość znany. I dobrze, że ktoś się porwał na tę tematykę, szkoda tylko, że zabrakło zgrabnie poprowadzonej fabuły. Nie wiedziałem, do czego tekst zmierza. Gdzieniegdzie pojawiały się dziwne przeskoki czasowe.

Wykonanie też nie najlepsze.

Warto było jednak czekać na zakończenie, bo to jeden z najmocniejszych punktów. Ciekawe, ciekawe. Na plus też to, że tekst dobrze wpisał się w założenia konkursu.

A jeśli jeszcze miałbym na coś pomarudzić, to zabrakło mi trochę głębi. Wydaje mi się, że był tu na nią potencjał. 

Tekst wyróżnia się przede wszystkim formą. Nie chodzi mi o jakieś artystyczne esy-floresy, tylko o narrację z charakterem. Pod tym względem czepię się właściwie tylko tej schematyczności kolejnych fragmentów. Rozumiem, że miało być konsekwentnie, każdy fragment rozpoczęty takim wykrzyknieniem. Ale po iluś razach znużyło. Może gdyby fragmentów było mniej albo byłby dłuższe…

Gorzej z fabułą. Ona jest tu marginalna. Na tym tekst najbardziej ucierpiał. I może wiąże się to z tym, że całość jest dopiskiem do innej historii, której nie czytałem. Może dlatego też nie satysfakcjonuje mnie tutaj element fantastyczno-punkowy.

Tak więc na plus narracja, ale całość nie porwała. 

Zbyt chaotyczne. I językowo, i fabularnie. Jak na mój gust za dużo zbyt krótkich akapitów (i może to nie tylko mój gust; zajrzyj do książek i powiedz, czy one też są tak poszatkowane). Nie wiem też, co właściwie chciałeś powiedzieć. A wizja hitlerowców-zombie nie wydała mi się pasująca do tematyki konkursu. Właściwie to nawet trochę zniesmaczyła. 

Twój „silkpunk” ładnie wpisuje się w tematykę konkursu, choć pozostawia uczucie niedosytu. Pełni funkcję przede wszystkim dekoracyjną. A chciałoby się oparcia fabuły o właśnie te powietrzno-latawcowe technologie. Zaintrygowała mnie wzmianka o nasączaniu żagli/balonów jakimiś substancjami. Gdybyś to pociągnęła, mogłabyś fajnie balansować na pograniczu nauki i magii, prawdopodobnego i nieprawdopodobnego – a moim zdaniem to jeden z większych uroków różnych „punków”.

Największym problemem opowiadania jest prowadzenie postaci. Miałem problem w odnalezieniu się wśród bohaterów, których raz nazywałaś imieniem i nazwiskiem, a raz tytułem. Popracuj nad ekspozycją postaci; najlepiej robić to stopniowo, po kolei. A rozwiązaniem, które często się sprawdza, jest wskazanie czytelnikowi protagonisty, czyli kogoś, komu można kibicować. Tutaj nie wiedziałem, kto właściwie jest dobry, a kto zły. Ma to czasem swoje zalety, kiedy zwiąże się emocjonalnie z bohaterami. Tutaj tego mi zabrakło – emocji. Rozumiem, że chciałaś opisać spisek (a żeby spisek był ciekawy, to nie może być za prosty). Ale następnym razem pomyśl o tym, by czytelnik miał jakiś punkt zaczepienia. Choćby w głównym bohaterze.

Napisane przyzwoicie.

Ogólnie niezłe opowiadanie, któremu nie zaszkodziłoby powiązanie fabuły z elementami silkpunku, a na pewno przydałoby się lepsze panowanie nad bohaterami. 

 

Dopisek dla wyróżnionego tekstu: 

Nie pamiętam już zbyt dobrze fabuły. Ale jeśli mogę coś radzić, to zastanów się, czy nie usunąć pobocznych wątków i czy nie rozwinąć głównego. 

Co do ekspozycji postaci, może spróbuję na przykładzie.

Wu Zhao coraz dotkliwiej odczuwała brak jedwabnych poduch na siedzisku, do tego było jej okrutnie zimno. Niemal przez cały czas mijały ją inne żaglowozy, mknące po niezliczonych alejach największego miasta świata, a nad głową krążyły latawce posłańców, podobne do roju motyli. Gdy kobieta minęła Zachodni Bazar, odetchnęła z ulgą.

 Żaglowóz zatrzymał się przed niepozorną bramą ozdobioną zaledwie kilkoma taoistycznymi diagramami. W podwórzu za nią stał samotnie niewielki budynek.

– Cesarzowa Wu! – krzyknęło parę osób, gdy drzwi się uchyliły.

Mężczyźni padli na klęczki, dotykając czołem klepiska. Dopiero gdy Zhao dała im znak, wrócili do swoich obowiązków. Wchodząc, przytrzymała wełnianą spódnicę, aby jej nie pobrudzić. Podłoga chaty lśniła od rozlanych gdzieniegdzie eliksirów.

– Huanghou – powiedział niski jegomość. Na jego czoło wystąpiły kropelki potu. – To ogromny zaszczyt, móc cię gościć w pracowni, pani. Nie sądziłem…

– Guo Xinzhen – przerwała mu, unosząc dłoń. – Nie przybyłam tu, by sprawiać ci zaszczyt, choć właściwie w takim miejscu… – Rozejrzała się wokół.

Bohaterkę określasz aż na pięć sposobów: Wu, Zhao, cesarzowa, Huanghou, kobieta. Na dodatek przeplatasz wprowadzanie tej jednej postaci z wprowadzaniem innej, tego Guo. Rodzi się chaos. Po tych imionach polski czytelnik nie rozpozna płci. W dodatku nie wszyscy muszą się od razu domyślić, że “Huangou” oznacza cesarzową (o ile dobrze pamiętam). Po prostu lepiej zrobić to po kolei, czyli w pierwszym zdaniu użyć jako podmiotu pełnego sformułowania: “Cesarzowa Wu Zhao” – jak czytelnik to zobaczy, to łatwiej zapamięta, że “cesarzowa” łączy się z “Wu Zhao”. A potem, zamiast “Huanghou – powiedział ktoś”, lepiej napisać “Huanghou – zwrócił się do niej ktoś”. Czytelnik będzie wiedział wtedy, że to jest wołacz odnoszący się do cesarzowej. I dopiero potem wprowadź tego “ktosia”, czyli w tym przypadku niskiego jegomościa (btw – czy to słowo pasuje do Chin?), który nazywa się jakoś i dodatkowo pełni jeszcze funkcję, której nie pamiętam.

Nie wiem, czy wytłumaczyłem to jakoś klarownie. Jeśli nie, może jakiś redaktor Ci w tym pomoże.

 

Co do elementów Retrowizji… No jak dla mnie były zbyt luźno powiązane z fabułą. Nie wiem, czy oparłyby się brzytwie Lema. Pomyśl, czy da się coś z tym zrobić. 

 

Gratuluję wyróżnienia :)

Jest tu jakiś retrowizyjny pomysł, jest akcja, są konkretni bohaterowie (protagonista i antagonista czyli główny bohater i jego wróg). Brakuje jednak wyczucia w połączeniu tych elementów. Widać niewprawne jeszcze pióro i niedojrzały warsztat. Pisz dużo i czytaj jeszcze więcej, a będzie tylko lepiej. 

Napisane bardzo niedbale, czytałem z dużym trudem. Fabuła naiwna. Powiązanie z tematyką konkursu wątpliwe. Nie będę się dłużej rozwodzić, bo na razie, Autorze, powinieneś się nauczyć poprawnie i zrozumiale pisać. 

Dużo znanych, wręcz klasycznych motywów. Niczym nowym, a co gorsza niczym świeżym, nie jest pomysł na człowieka-robota. Tempo akcji na plus, sporo się działo, szkoda tylko, że fabuła została poprowadzona w tak ograny sposób.

Niestety widać też to, że to tekst niejako z recyklingu, a nie pisany konkretnie pod konkurs. Alternatywne lata 60. byłyby ciekawe, ale w tym opowiadaniu pełnią one rolę przede wszystkim ozdobnikową. Parę razy rzuciłeś nazwami ówczesnych zespołów, nazwiskami polityków, wspomniałeś coś o hippisach i w sumie tyle. Moim zdaniem fabułę można by równie dobrze umieścić lata wcześniej lub lata później, bez straty dla głównej treści opowiadania.

Napisane przyzwoicie, ale ogólnie tekst przeciętny.

Niestety, muszę powiedzieć wprost: tekst napisany bardzo słabo. Już na pierwszy rzut oka razi niedbałość techniczna. Do tego nienaturalne dialogi i niepoprawne językowo zdania. Trudno tu też mówić o jakiejś fabule, to raczej ciąg kilku luźno powiązanych epizodów, z których nic nie wynika. Nie widać też, żeby opowiadanie spełniało założenia konkursu. Brakuje przede wszystkim pomysłu na świat, w którym cywilizacja rozwinęła się w ciekawy sposób. 

Bitwa za niecałe dwa dni. To jak będzie? Odsiecz z dupy jak w Bitwie Bękartów, Helmowym Jarze i Polach Pelenoru? Czy Tyrion&Sam&Bran odkryją słaby punkt Nocnego Króla niczym w starwarsowych Gwiazdach Śmierci? 

Czy ktoś w ogóle wierzy, że “nasi” mogą przegrać? 

Gratuluję szczęśliwej trzynastce! :)

Komentarze pod opowiadaniami wkrótce. 

Polecam :) Ja już czytałem, ale z chęcią sobie odświeżę na papierze. 

I zachęcam do zapoznania się z Olvido i Sanchezem – jeśli ktoś jeszcze nie zna tego duetu – bo możliwe, że znowu powrócą… ;)

Nowa Fantastyka