Profil użytkownika


komentarze: 153, w dziale opowiadań: 133, opowiadania: 50

Ostatnie sto komentarzy

Finklo, dziękuję za komentarz. Z perspektywy kilku miesięcy, napisałabym to opowiadanie inaczej. A historia o jamniku została mi sprzedana przez kuzyna, który twierdził, że to się przydarzyło jemu (a to kłamczuch! ;) Byłam święcie przekonana, że to doskonała i oryginalna anegdota :P

Btw, mój tata zna podobną i zarazem inną historię, która naprawdę się przydarzyła. Napisałam kiedyś o tym opowiadanie na jakiś konkurs i doczekało się nawet publikacji w jakiejś małej antologii. Dwójka myśliwych na polowaniu ustrzeliła zwierzę. Była noc i średnia widoczność. Byli przekonani, że celują do jelenia, ale kiedy podeszli bliżej, okazało się, że na polanie leży martwy kuc. Wystraszeni, że zostaną wyciągnięte wobec nich konsekwencje, całą noc kopali dół i zakopali kuca. Rano okazało się, że na polanę przyjechał ktoś z zakładu zajmującego się martwymi zwierzętami. Kuc umarł śmiercią naturalną ;) Myśliwi strzelając do jelenia, po prostu chybili.

Dziękuję za komentarz. Pierowotnie miałam inny pomysł, w którym mój kotopies może lepiej by się odnalazł. Mój policjant przeżywając kryzys egzystencjalny, miał handlować zakazanymi pigułkami w stylu Pyralginy i ścigać mafię organizującą polowania z użyciem kotopsów. Potem pomysł się “spłaszczył” bo treści byłoby za dużo, kota i psa jak na konkurs za mało. W każdym razie mam w planach, by kiedyś do tego tematu wrócić i pokazać hybrydę w innej odsłonie.

 

Bardzo mi się podobało. Pomysł i wykonanie świetne. Żałuję tylko, że Zuhlę i Gutarda pozstawiłeś tak na pastwę losu i nie wiadomo, jak się kończy ich historia.

Cephiednomiko, jeśli Filip zmieni reakcję ratowników, to od razu będzie wiadomo, że chodzi o kosmitę i cały fragment przestanie być tak zabawny. Można się chyba pokusić, o wrzucenie paru nazw chorób genetycznych, które ewentualnie nasz delikwent mógłby mieć. Takie szczegóły zawsze podrasowują historię, a coś mi mówi, że Filip nie będzie musiał szperać w Wikipedii, żeby coś wymyślić ;)

Mr.maras, raczej miejsce w piątce masz zagwarantowane. To byłby ewenement, gdyby opowiadanie z piórkiem nie weszło do finału.

Jeśli Cień poda wyniki cząstkowe, to większość osób spoza podium straci zainteresowanie konkursem. No, co wy? Nie mówcie, że nie lubicie odświeżać wątku dziesięć razy dziennie.  :P Jeszcze trochę, to będzie moje nowe hobby ;)

Przeczytałam i nie wiem co o tym myśleć. Część zdań, które zawarłeś w swojej historii, to dla mnie zwykłe pustaki, które nic nie znaczą. Opowiadanie mnie nie wciągnęło, głównego bohatera ani nie rozumiem, ani nie lubię, ani się nie boję. Chyba nie o to Ci chodziło, Neurologu#1?

 

Interpunkcja leży: brak spacji pomiędzy zdaniami, błędnie zapisane dialogi, brakuje kropek, mnóstwa przecinków – jeśli nawet mnie to razi, to znaczy, że jest naprawdę źle ;)

Ogólnie podobało mi się. Opowiadanie w niewymuszony sposób wpisalo się w tematykę konkursu (i w końcu nie jest o tramwaju :P ). Wóz i niezwykłe jaki to oryginalny pomysł. Nie podobało mi się, że dopiero przy scenie walki dałeś opis śnieżnych monstrum. Do tej pory zdążyłam wyobrazić je sobie zupełnie inaczej. Końcówka do mnie nie przemówiła – taka bajkowa opowieść, a i tak musi kończyć się rozmową o pieniądzach ;) Ale ostatnie zdanie do bólu prawdziwe

Podpisuję się pod opiniami poprzedników. Nie mam pojęcia o co chodzi, a bardzo chciałabym wiedzieć. Może wyjaśnisz?

Pierwszy akapit zrozumiałam w ten sposób, że narrator był w domu z psem i żoną, a pies pobiegł do drzwi, słysząc dzwonek. Dopiero potem zrozumiałam, że pies i Lena byli za drzwiami. Moim zdaniem to nie jest takie oczywiste i brakuje tu jednego zdania, które by to wyjaśniło.

 

„Tamtego wieczoru nie poszliśmy już tam” – „tamtego” i „tam” w jednym zdaniu nie brzmi dobrze.

 

„Muszę przyznać, że początkowo zamierzałem zweryfikować to, co opowiadała Lena, znaleźć jakieś logiczne wyjaśnienie zdarzeń tamtego wieczoru, by ją uspokoić, ale teraz poczułem, że mam do czynienia z czymś więcej, z historią, która zafascynowała mnie jako niezależnego dziennikarza, którą postanowiłem zgłębić i opublikować.” – zdecydowanie za długie zdanie, które czyta się źle.

 

„Moja mam może panu więcej opowiedzieć na ten temat. – literówka.

 

„Była osobą miłą i towarzyską, chętną do pomocy i z poczuciem hunoru” – literówka.

 

Ogólnie czytało się miło. Niemniej jednak uważam za nieprawdopodobne, by kuzyn bohatera od tak otrzymał zlecenie od miasta, by zagospodarować zieleń miejską akurat w tym miejscu, na którym zależało narratorowi.

 

Opowiadanie mnie wciągnęło i podobało mi się, ale po końcówce czuję niedosyt. Liczyłam jeszcze na jakiś zwrot akcji. Jakieś wielkie, niesprecyzowane „łał!”.  Obstawiałam, że w zabójstwie maczała palce niedoszła teściowa denatki.

Fladrif, NearDeath, Nir i Matka Chrzestna – dziękuję za takie pozytywne komentarze :) Utwierdzają mnie w przekonaniu, że taki styl pisania, to dla mnie właściwa droga.

 

Bardzo mi się podobało. Świetny tekst, który od razu mnie wciągnął, a co do zasady wiele opowiadań zaczynam czytać, a potem nie kończę. W zasadzie nie mam się do czego przyczepić :)

SaraWinter, z perspektywy, która opisujesz, faktycznie pomysł podzielenia tekstu na dwie części przysłużył się całości. Nie spojrzałam na to w ten sposób, że “brunetkowa” część jest uzupełnieniem tej “blondynkowej” :)

Być może się zagalopowałam. W pewnym momencie po prostu czytałam opowiadanie z zapartym tchem i chciałam mieć odpowiedzi od razu, aż tu nagle odniosłam wrażenie, że napotykam na “Prrrrr! Stój! Wracamy na początek planszy.” To mnie tak sfrustrowało. Co nie oznacza, że moja opinia, że fabułę można było poprowadzić inaczej jest jedyną słuszną. Wiadomo, że każdy lubi to, co lubi :)

Tak, czy siak, czytało się przednio, a NearDeath, gratuluję udanego debiutu. Ciężko trafić na dobre opowiadanie w tym gatunku, bo wszystko już było. Na ekranie napięcie jest budowane przez muzykę i jakieś zjawy wyskakujące to tu, to tam w chwili największego napięcia. Pisząc, jesteś tych środków pozbawiony, więc szacun, że ci się udało.

Czekam na więcej.

Podobało mi się, mimo paru mankamentów. Sam pomysł pierwsza klasa.

Pierwsza część opowiadania podobała mi się o wiele bardziej. Szkoda, że w momencie, gdy napięcie stało się największe, nagle historia blondynki się urywa. Wprowadzenie w tym momencie drugiej bohaterki rozczarowało mnie, bo drugi wątek również rozwija się powoli i cały suspens, który uprzednio zbudowałeś ulatnia się z prędkością światła. Moim zdaniem można było dokończyć tę historię nie wprowadzając brunetki (szatynki?), chociaż rozumiem, że była ci potrzebna, by pokazać, że ten mały, żółty domek, to tylko zabawka.

Świetny pomysł z grą w Memory :)

Czytało się dobrze, styl pisania masz niezły. Czasami uciekają ci przecinki, na pewno ktoś lepszy w te klocki zaraz wskaże ci dokładniej gdzie.

 

BTW jaki horror był twoim pierwszym? Ja pamiętam jak dziś, że kilka dni urabiałam mamę i w końcu pozwoliła mi obejrzeć “Dłonie” – to chyba bardziej thriller niż horror, ale zarys fabuły po 20 latach nadal pamiętam :)

Historia mnie nie porwała, opowiadanie również. Pomysł wtórny, styl pisania szkolny. Opisujesz mnóstwo rzeczy bez znaczenia dla rozwoju akcji, czy dla budowania nastroju – np. że bohater zamówił frytki i szybko je dostał. Do czego mi potrzebna ta wiedza? Z tekstu wieje nudą.

Genialny pomysł. Początek mniej ciekawy, ale resztę pochłonęła na wdechu. Szkoda, że tytuł zdradza z jaką książką Kolekcjoner będzie miał do czynienia. Mimo to, naprawdę świetne opowiadanie.

Ando, dzięki za komentarz :) Jestem raczej z pokolenia, które się wychowało na “Laboratorium Dextera” i “Johnym Bravo”, ale wyszukałam kotopsa na Youtubie i stwierdzam, że taki wewnętrznie skłócony jamnik w wersji dwugłowej wpasowałby się idealnie w temat konkursu :P 

Podobało mi się. Obrazowy, żywy język świetnie pasuje do całej konwencji, jakbyś cały ten groteskowy świat malował słowem. Tytuł boski, końcówka też świetna.

Pyknę sobie kropeczkę, żeby mi się gwiazdka wyświetlała.

.

O, już ;)

Facies_Hippocratica, Pan Krzysztof, Monique M, dzięki za komentarze, cieszę się, że się podobało. Facies, czerwienię się z powodu tej kolażówki ;)

Ja bym uznała, że stereotypowy policjant z filmów i książek, to taki, który po pracy jest agresywny, a poza tym wykorzystuje swoje znajomości do niecnych celów ;) No ale jak wiadomo wszystkie negatywne stereotypy są krzywdzące. Jeśli mogę coś zarekomendować, to może "Koronki"? Bo uważam, że jest całkiem dobre, ale niedocenione. Ale uprzedzam, że wartkiej akcji tam również nie znajdziesz.

Irka_Luz, dzięki :) Fizyk111, skąd przekonanie, że typowego policjanta porzuca żona, co go skłania do topnienia smutków w alkoholu? Ja bym powiedziała, że to po prostu rozwodzący się facet przeżywający kryzys. Chyba nawet policjantowi wolno? ;) Szkoda, że Ci się nie spodobało, może inne moje opowiadania bardziej trafią w Twój gust.

Ja się zgadzam z tym, że prawdopodobnie za kilkadziesiąt lat podobne ograniczenia to będzie norma. Sama jak patrzę na to ile moja rodzinka produkuje śmieci, to stwierdzam, że na dłuższą metę taki stan rzeczy nie może się ostać. Pewnie moje dzieci będą kiedyś myślały: "starzy to mieli dobrze. Woda z kranu była kiedy chcieli, a pampersów nie trzeba było prać". Jestem na 100 procent pewna, że za 30, 40 lat tak będzie i wtedy to nie będzie żadnym absurdem. Myślę, że powstanie czegoś na kształt Prewencji Zielonej to tylko kwestia czasu. I pewnie w świadomości ludzi też coś powolutku się zmieni. Pamiętam scenę z "Madmana", kiedy Donald wybrał się z rodzinką na piknik nad jezioro. Popiknikowali, zjedli ciasteczka, wstali, strzepneli papierki z kocyka i pojechali w długą. I to na tamte czasy była norma, a teraz się w głowie nie mieści. Tak samo pewnie kiedyś ludzie będą myśleli o piciu wody z plastikowych butelek. Dzisiaj w moim koszu naliczyłam ich trzynaście ;)

Dzięki, Wilku.

W moim pierwotnym pomyśle opowiadanie miało zahaczać o wątek kryminalny – kotopies miał być zwierzęciem szkolonym niegdyś do polowań, a główny bohater miał odkryć istnienie czegoś w rodzaju subkultury myśliwych ;) W każdym razie bezlitosny limit znaków nie pozwolił mi na rozwinięcie opowieści w tym kierunku i również z tych powodów nie pojawiały się dalej opisy absurdalnych zasad proekologicznych. Teraz nieco żałuję, że kilku takich wtrętów nie zrobiłam. Pod koniec zdaje się, że nawet imiona pozamieniałam na któtsze, bo kliklu literek mi zabrakło :P Dlatego nie mogę odżałować tych dodatkowych spacji przed akapitami :P Nie zauważyłam, mea cupla.

Leny miał być imieniem. Ot tak, bohater kojarzył mi się z postacią z Simpsonów ;)

 

 

 

 

 

 

“Na próżne” – chyba literówka.

“Wtedy słyszę oddech. Wolny, spokojny i charczący – ale co najważniejsze, lodowaty.” – ze słuchu trudno jest stwierdzić, że oddech jest lodowaty ;)

 

“Wkrótce pod butami trzeszczy mi śnieg…” – nie jestem ekspertem, ale moim zdaniem tego “mi” w ogóle nie powinno tutaj być. Lepiej brzmiałoby: “pod moimi butami”.

 

“który z kolei pochłania kilka drzew.” – to sfromułowanie wydaje się niefortunne. Korpus pochłania kilka drzew, czyli co? Połyka je? Dopiero czytając dalej dowiaduję się o co chodzi.

 

“Wypatruję nerwowo chociaż jednego Owocu” – dlaczego tutaj “Owoc” jest z wielkiej, a wcześniej “owoce” były zapisywane z małej?

 

Podobał mi się pomysł na lodowego stwora, który więzi w sobie drzewa, ale nie do końca chyba byłaś zdecydowana jaki on ma być. Na początku sprawiał wrażenie przerażającej kreatury, ale potem to wrażenie utonęło gdzieś w infantylnym dialogu i pragnieniu lodostwora, by zostać zauważonym. Postać traci na braku konsekwencji.

 

Nie do końca też rozumiem, o co chodzi z próbą wyznaczoną przez wodza wioski. Po co miała być ta próba? Jakaś inicjacja? Po co w takim razie inni zrywali owoc? Też w ramach próby? Średnio to do mnie przemawia. Lepiej by było, gdyby owoc był do czegoś potrzebny w wiosce, ale bohaterka nie mogła oprzeć się pokusie i pożarła go niczym Ptasie Mleczko zamiast zanieść wodzowi ;)

 

Sama Lilith wydaje się ciekawa, natomiast opis pojedynku średnio mi się podoba. Ja rozumiem, że adrenalina i te sprawy, ale bohaterka najpierw słania się z nóg, a potem nagle jest w stanie wywijać toporkiem, jak gdyby nigdy nic. No a Lilith też trochę zbyt kozaczy w tych okolicznościach: z brzuchem rozciętym na pół i plując krwią ma zamiar jeszcze szarżować zamiast się ratować?

 

Styl pisania mi odpowiadał, był całkiem obrazowy i przyjemny w odbiorze. Początek opowiadania jest bardziej nastrojowy, dalej gdzieś ten klimat przerażającego, wilgotnego lasu umyka. Pomysł też ciekawy, zakończenie mogłoby być bardziej dopieszczone: może w tekście powinna pojawić się jakaś subtelna sugestia, co takiego “razem mogą osiągnąć”, bo bez takowej ostatnie zdanie, które zapewne miało być złowieszcze, wydaje się jedynie enigmatyczne.

 

 

 

 

 

 

Cześć! Wprawdzie nie jestem tak do końca tutaj nowa, ale w tym miesiącu minęły równo trzy lata od mojej aktywności na portalu, więc może ponownie się ze wszystkimi przywitam :) Zniknęłam nagle, bo wróciłam do pracy po urlopie macierzyńskim, a żeby jeszcze sobie utrudnić życie, zaczęłam kolejne studia w Warszawie (jestem w Poznania) i tym prostym sposobem proza życia mnie wchłonęła, przeżuła i wypluła, ograniczając wachlarz dostępnych czasowo przyjemności do kąpieli w wannie i czytania NF w pociągu :P W każdym razie, właśnie mi się przypomniało, ile przyjemności sprawia mi pisanie i tym razem nie oddam tego bez walki ;)

 

Podobało mi się. Napisane lekkim piórem i z pilotem. Za słabo znam "Zemstę" , żeby w zakończeniu wyłapać nawiązanie do cytatu. Ja zakończyłabym opowiadanie mniej więcej w miejscu, w którym tożsamość duchów staje się jasna. Ale generalnie pomysł pierwszorzędny, czytałam z uśmiechem na ustach :)

Dzięki, Reg! Cieszę się, że Ci się podobało. I dziękuję za zwrócenie uwagi na regulamin, bo niechcący bym go naruszyła, poprawiając usterki przed wynikami :)

Heh, nie przypuszczałam, że ktoś jeszcze przeczyta. Wracam na forum po dwóch latach nieobecności, bo dorobiłam się drugiego potomka, więc przede mną jakże atrakcyjny, roczny urlop macierzyński ;) Muszę sobie jeszcze raz przeczytać to opowiadanie, żeby jakoś się wytłumaczyć z tej wszechwiedzącej Bony, ale pewnie nie znajdę dobrego wytłumaczenia.

Śniąca, dzięki za komentarz. W zamyśle nie miało być lekko. Miał być przytłaczający las, obrzydliwy rozkład Marianny i niepokój związany z nieznanym. Myślę, że gdybym uderzyła w inną nutę i zrezygnowała z humoru, to mnie samej to opowiadanie przestałoby się podobać. A wyznaję – słuszną moim zdaniem – zasadę, że jak mi się nie podoba, to już na pewno nie spodoba się nikomu innemu ;)

 

c21h23no5.enazet, poprawiłam usterkę. Nie ukrywam, że poprawność mojego tekstu w dużej mierze zawdzięczam Finkli, która ma anielską cierpliwość :D Józef miał działać z miłości do żony, no może gdzieś tam po drodze o dzieciach pomyślał :D Ale swoją drogą warto zauważyć, że kiedyś na wsiach nikt, aż tak bardzo nad dziećmi się nie roztrząsał i traktowano je trochę jako siłę roboczą (niewątpię, że je przy tym kochano). Niemowlęta w chuście wieszano na drzewach, a samemu sru… w pole! Pamiętam do dzisiaj jak babcia mojego męża, która była matką dziesiątki, z czego dwójkę kilkulatków pochowała, powiedziała do mnie coś w stylu: „uważaj, żeby twoja mała stamtąd nie spadała, bo się zabije i trochę szkoda by było”. Kurczę blade, śmiem twierdzić, że byłoby mi więcej niż „trochę” szkoda :D

O małych wilkołazach pisałam „wilczki”, bo brzmiało lepiej niż „wilkołazki”. Ale miały być miniaturkami swojej matki pod tym względem, że mieściły w sobie dwie dusze. W moich wyobrażeniach były bardziej puszyste i może bardziej urocze, niż dorosłe osobniki. Tak to zazwyczaj bywa u wszystkich małych ssaków (mimo jaszczurzych cech, były jednak ssakami).

Pewnie, że pogrążonego w rozpaczy samego się nie zostawia. Widocznie kiepskich kumpli miał :D

Przyznam, że buty na stole to był punkt wyjścia dla całego pomysłu. Uwielbiam ludowe przesądy. Na nich bazuje też moje opowiadanie „Koronki”, które niewiele osób przeczytało, a które IMO jest całkiem udane.

 

Finkla, dzięki za kolejny komentarz. Eksploatowałam Twoje zdolności edytorskie do granic przyzwoitości :D

 

Werwena, dzięki za entuzjastyczny komentarz! Bardzo miło się czyta takie rzeczy :)

 

Cieniu, mam nadzieję, że kolejne teksty usatysfakcjonują Cię bardziej. Co nie znaczy, że nie przeczytałam z przyjemnością kilka razy pierwszego akapitu Twojej wypowiedzi :) I tak jestem zaskoczona, że opowiadanie cieszy się aż takim sukcesem, bo wydawało mi się, że jest przydługawe i umiarkowanie znanemu na portalu autorowi ciężko będzie z czymś takim wystartować i się przebić. A jednak ktoś to czyta :D

Wyjaśnię jeszcze tylko roszady z duszami, bo faktycznie chyba z tekstu nie wynika, co mi się w mózgu roiło. Otóż świat rządził się swoimi prawami i naturalne śmierci, czy też nienaturalne, ale po drugiej stronie Szczeliny planowane, były gdzieś tam zarachowane. Jakaś wielewiedząca istota (celowo unikam słowa Bóg – bo Bóg wiedziałby wszystko, a tamten oto potężny wszystkiego jednak nie wiedział) znała bilans życia i śmierci pomiędzy kolejnymi wschodami słońca.  Rachmistrz niejako nadużył swojego stanowiska i wcisnął w dany bilans dnia jeszcze śmierć Petry, którą jakoś planował zatuszować. Na skutek wybryku Marianny i księgowego równowaga została zachwiana i trzeba było dołożyć wszelkich starań, by ten bilans życia i śmierci przywrócić (taką formalną, matematyczną równowagę). Gdyby Petra nie zginęła, nie zginęłyby też wilkołazy. To śmierć Petry była pierwotną przyczyną dla której Józef poszedł na polowanie, więc i śmierci wilkołazów były nadprogramowe. Trzeba było zrobić z tym porządek do wschodu słońca.

Ok, wiem że takie wyjaśnienie nie jest do końca satysfakcjonujące, ale musiałabym napisać drugie opowiadanie o tym, jak funkcjonuje księgowość po drugiej stronie szczeliny. Miałam wizję, że to jest coś na kształt korporacji, z bystrym szefem, którego jednak trochę można wykiwać, bo przecież nie jest w stanie panować nad wszystkim.

Jose, dzięki za komentarz i za bibliotekę.

 

Co do zasady poprawiłam błędy, nie wiem czy akapity w stopniu zadowalającym :P

 

„Grapeć” to pewnie z gwary kujawskiej… W moich rodzinnych stronach używa się tego słowa powszechnie, ale rzeczywiście w sjp nie ma. Na usprawiedliwienie mogę podać, że „kurze grapcie” pojawiają się w książce kucharskiej, więc gdzieś ta nazwa musi jednak funkcjonować poza moją głową :P  

 Malinowe trufle to mój wymysł. Podobnie jak wilkołazy i szpakoszarańcza.

 

Dusza wilczka i dorosłego wilkołaza ważą tyle samo – ​tylko ciało się zmienia.

 

W moich wyobrażeniach Petra była “​zregenerowana”​. Faktycznie, może trzeba by o tym wprost napisać, żeby rozwiać wątpliwości, że biedny Józef nie jest  jeszcze tym dodatkowo gnębiony. W końcu zrobił swoje. Myślałam o tym jak bardzo Petrę uczynić zwierzęcą i doszłam do wniosku, że gdybym jeszcze dalej ciągnęła opowiadanie, to nie byłoby z nią aż tak źle. Zostałaby całkiem komunikatywna, tylko sposób poruszania się i niektóre odruchy miałaby jak dzieci, odchowane przez dzikie psy. Kilka lat temu widziałam taki dokument o dziewczynce w Rosji, którą zaopiekował się pies rodziców (ci byli zbyt zaabsorbowani libacjami, żeby zajmować się dzieckiem i bez mrugnięcia okiem pozwolili kilkulatce zamieszkać w budzie na podwórku). Do dzisiaj jestem pod wrażeniem jak bardzo ta dziewczynka po kilku latach przypominała psa pod względem motoryki.

 

W każdym razie wątku ożywionej Petry nie kontynuowałam, żeby w jednym zdaniu zamknąć zakończenie całej historii i pozostawić czytelnika z któtkim “WTF!?”​ gdzieś z tyłu głowy :)

 

 

 

 

Reg, błędy poprawione, możesz kliknąć Bibliotekę.

Reg, Nighter6, cieszę się, że Wam sie podobało. Zaręczam, że jeszcze będę dawać o sobie znać i postaram się, żeby to zdarzało się częściej niż raz na pół roku. :-P

Podoba mi się forma opowieści – trochę powiastka, trochę bajka, trochę historia rodem z Biblii. Może nadinterpretuję, ale wydaje mi się, że częściowo inspirowałeś się biblilijnym “na początku było słowo”. Miałeś oryginalny pomysł i udało Ci się stworzyć klimat, ale poza tym zupełnie nie moja bajka  

Zwroty, które mi się nie spodobały:

„Trzeba zaznaczyć, że owe dziwactwo dobrze nam znane z przysłowia, charakteryzuję się niezwykła przenikliwością, zdolnością do wyrażania istoty rzeczy poprzez słowa.” – dla mnie to zdanie jest niezrozumiałe. Mówiąc o dziwactwie masz na myśli Szydło? Jeżeli tak, to chyba powinno być „dziwadło” i wtedy zdanie nabiera zupełnie innego sensu.

„Dlatego zaczęło kreować swój obraz na podobieństwo własne…” – ok, rozumiem nawiązanie do Biblii i Boga, ale myślę, że to zdanie jest puste znaczeniowo. Obraz to obraz. Odbicie w lustrze, to odbicie w lustrze. Stanęło przed lustrem, zobaczyło swoje odbicie, które tam po prostu było, więc nie wymagało żeby je kreować (stwarzać). Rozumiem, że Szydło idealizowało swój wizerunek w lustrze. To nie to samo, co kreowało swój obraz.

„Zdumione tym widokiem, przetarło oczy ze zdumienia, widząc siebie w krzywym zwierciadle, które nie potwierdzało przekonań Szydła wobec własnej osoby.” – coś jest nie tak. Wcześniej pisałeś, że Szydło widziało się w lustrze, jako piękne, powabne itp., a teraz piszesz, że jego odbicie było przekłamane.

Zdumione tym widokiem, przetarło oczy ze zdumienia” – masło maślane.

„Patrząc na słowa skreślone przez siebie…” – chyba powinno być „nakreślone”.

„Czas rozmył się, bądź wcale go nie było, dla Szydła nigdy nie zaistniał, nie było potrzeby jego stworzenia, szkoda było słów by utworzyć jego naturę. – Ło Matko! Albo jestem mało poetycka, albo to jakiś pseudofilozoficzna bzdura.

Szydło poznawało siebie poprzez słowa, a Licho dzięki nawiązywaniu relacji ze światem wykreowanym przez Szydło, relacja ta pozwalała odkryć prawdziwe znaczenie wielu słów i nadawała im wyższą wartość. – chyba powinno być „Lichu”? To zdanie aż się prosi, żeby zmienić jego szyk. Poza tym, co masz na myśli pisząc, o nadawaniu słowom wyższej wartości?

Czasami opuszczasz „ę” „ą”, czasami niepotrzebnie stosujesz:

„dziwactwo dobrze nam znane z przysłowia, charakteryzuję się niezwykła przenikliwością,”

„możemy jedynie brać pod uwagę relację Szydła, które dla niego samego, z pewnością są prawdziwe.”

Raz piszesz Szydło, a raz szydło.

Fajnie, że zdecydowałeś się coś opublikować na NF. Nie znam lepszego sposobu, żeby się skonfrontować i doskonalić warsztatowo. Powodzenia w dalszych zmaganiach, postaram się śledzić.

Autorze kochany,

Chyba długo dopieszczałeś pierwszy akapit, bo jest przekombinowany. Ciężko się czyta tak strasznie rozbudowane zdania. Na szczęście potem ta maniera pojawia się tylko sporadycznie i robi się bardziej przystępnie.

Trochę mnie zastanawia język rozmówców, bo wydaje się wyszukany, jak na zwykłych najemników. Ale Twój świat, więc Twoje zasady. Podobają mi się za to prostackie wtręty w ten elegancki dialog (dupa, uchlać, łajza itp.) dodają charakteru tekstowi.

Masz lekkie pióro, sprawnie operujesz językiem, na interpunkcji się nie znam. Jedno zdanie mi zazgrzytało w uszach: „W jego głosie Avaret, o dziwo, nie rozpoznał sarkazmu, którym elf niemal kipiał, jeśli tylko miał okazję go okazać.” Coś by trzeba tutaj zmienić. Może „przy każdej możliwej okazji?”

Fabuła trochę leniwa, ale biorę poprawkę, że mamy tu tylko fragment. Trochę nieprawdopodobne wydaje mi się, by najemnicy tak łatwo zgodzili się na współpracę z kimś, kto ewidentnie będzie im tylko przeszkadzał. W trakcie czytania rozważałam dwa scenariusze: 1) miły gospodarz okaże się tak stęskniony kontaktu z ludźmi, że rano nie będzie chciał wypuścić swoich gości, albo 2) goście podejmą się zdjęcia z gospodarza klątwy. Scenariusza stworzonego przez Ciebie nie przewidziałam, ale czekam na rozwój akcji, bo mam nadzieję, że przyświeca Ci jakiś spójny zamysł i całość będzie miała ręce i nogi.

Ogólnie dobrze piszesz, miło się czytało, pozostałe fragmenty też przeczytam.

Nie wiem, czy tylko ja mam takie wrażenie, ale postać Tamroka skojarzyła mi się z faunem z „Opowieści z Narnii”.

Przyjemne, dobrze się czytało, mimo że motyw cyrografu dosyć wyświechtany. Pointa taka jaka powinna być– zabawna i zaskakująca. Czekam aż wpadnie tutaj Regulatorzy i zrobi porządek z interpunkcją i stylistyką, bo akurat ten aspekt kuleje :P

Podobał mi się dialog i sposób postrzegania świata przez dzieciaka. Nie spodobał mi się przesadzony wtręt o delfinach – "najmądrzejsze istoty na globie", dobre sobie… To kosmici nie zauważyli, że delfiny nie stworzyły żadnej cywilizacji? I to ostatnie zdanie o zegarze zadgłady całkiem "z czapy". Mimo wszystko czytało się przyjemnie.

Może spróbuj gdzieś wpleść coś o "białej śmierci" – tylko nie wiem czy na takie określenie monopolu nie ma kokaina… Albo dopisz coś w stylu, że już niedługo miała obrócić go w proch, tak jak ona sama była prochem :P Luźne sugestie na zasadzie burzy mózgów ;)

Pomysł zabawny, ale początek trochę przekombinowany. Nie mógł po prostu iść sobie przez park? Styl mi trochę nie przypadł do gustu. Ale pointa sprawiła, że całość oceniam na plus.

Końcówka mi nie pasuje. Odłączenie od respiratora na prośbę rodziny mimo szans na wyzdrowienie, zakrawa na zabójstwo. Nie wydaje mi się, żeby coś takiego funkcjonowało w jakimkolwiek ustawodastwie.

A mnie się podobało. Zrozumiałam to tak, że wszystko jest tak bardzo nastawione na produktywność, że nie ma czasu na życie. Fajny pomysł ze stadionem na wfie. Niezły język, spójny zamysł. Bez przesady z tą krytyką…

Pomysł całkiem fajny. Ostatnie dwa zdania bardzo dobre. Ale początek rodem z harlekinów zaszkodził całości.

Podzielam zdania, że to był bełkot z jednym interesującym zdaniem na końcu. Pewnie miało być odkrywcze i buntownicze, a wyszło pseudofilozoficzne i oleiście niewyraziste, że tak powiem :P

Nie zrozumiałam zakończenia. Dopiero po przeczytaniu komentarzy dowiedziałam się o co właściwie chodziło. I myślę, że pomysł zakończenia był bardzo dobry, ale można było do zrobić o wiele czytelniej, a tekst dużo by na tym zyskał. Mimo wszystko fajny szort.

Hi hi, czyżby "stworzenie" trzymało wałek do ciasta? :D Świetne.

Po przeczytaniu kilku pierwszych zdań obstawiałam nekrofilię. Współżycie z trupem jako forma urozmaicenia pożycia małżeńskiego :P No cóż, prawdziwe zakończenie równie niesmaczne :P

Mam to samo pytanie co Fleur. A poza tym, czy ktoś z was może pamięta, czy opowiadanie "Stacja kiszonej kapusty" ukazało się w WS, czy w regularnym numerze? Strasznie chciałabym dotrzeć do tego tekstu, a zaginął mi w trakcie przeprowadzki parę lat temu…

Jakub Wędrowycz w słabszym wydaniu. Nie urzekło mnie.

“Paskudny dzieciak, przyznajcie. Komu z nas nie otworzyłby się nóż w kieszeni, niech pierwszy rzuci owsianką.” He he he :D

Bardzo fajna historia, z pomysłem i z polotem. W wielu miejscach bajka mnie rozbawiła, kilka razy zaskoczyłeś mnie błyskotliwością. Przeszkadza mi nieapetyczne okaleczenie Władka i myślę, że bajka zyskałaby bez tych krwawych scen. Serce mi się kraje kiedy wyobrażam sobie Władka po tych bezlitosnych zabiegach. A wyobraźnię mam bujną.

Ale poza tym przeczytałam z przyjemnością, a zazwyczaj mam problemy żeby dotrzeć do połowy.

Jeśli chodzi o warsztat techniczny, to się nie wypowiadam, bo zdecydowanie nie jestem w tych kwestiach autorytetem.

 

Mnie również pomysł przypadł do gustu. Ale podzielam opinię, że zabrakło jakiegoś ujmującego zakończenia. Czegoś w stylu: przewrotna zemsta bogów za lekceważenie ich imienia, albo permanentne i upierdliwe towarzystwo bogów w każdej sytuacji życia codziennego … sama nie wiem. Motyw ze znikającym pseudopastorem i miejscem nieco za bardzo wyeksploatowany. I przyczepię się trochę do początku, bo wydawał mi się trochę pretensjonalny – na pierwszy rzut oka miałam wrażenie, że będziesz opisywał jakiś superpłyn, wynalazek rodem z przyszłości, a chodziło tylko o alkohol :P Ale to odosobniona opinia, więc pewnie się czepiam. Ogólne wrażenie bardzo pozytywne :) Przeczytam sobie w wolnej chwili tę parodię Pottera, o której ktoś wspominał w komentarzach, bo ciekawość mnie zżera :)

cobold, dzięki! Co do ostatnich dwóch zdań, to masz rację. Miałam problem, żeby stworzyć krótki komunikat, operując czymś w stylu detektywistycznego żargonu. Wypadałoby trochę to poprawić, pomyślę nad tym w wolnej chwili.

Finkla, przyznaję, że mogłam się postarać trochę bardziej, żeby było mniej oczywiście :) Gostomysł też mi radził, żeby zmylić nieco czytelnika sugerując inne rozwiązanie, ale ostatecznie nie chciałam przekombinować i została taka wersja.

Fleur, dzięki!

Jose, nie zauważyłam Twojego poprzedniego komentarza. Zgadza się, to sąsiad się odzywał się w nocy, a nie Igor. Cieszę się, że się podobało :) Błędy zaraz popoprawiam.

 

Bemik, nie wiedziałam, że tak to działa. W takim razie wyjaśniam, że kawał dobrej roboty korektorskiej nad moim tekstem wykonał Piotr Tomilicz. Poprawiała go również Bemik. Oj, było co poprawiać :)

 

Finkla, Śniąca: usprawiedliwię się, jeśli chodzi o zakończenie. W pierwszej wersji tekstu rozwiązanie całej zagadki było trochę bardziej zawoalowane. I wtedy mój mąż – pierwszy i najwierniejszy czytelnik, który jest bystry i czytuje fantastykę oznajmił, że przejrzał całą intrygę. A jego zdaniem miało chodzić w niej o to, że teściowa mieszkająca w Japonii zainstalowała w kuli z samolocikami nadajnik wysyłający podejrzane komunikaty po to, żeby skłócić parę (?!). Dodam, że nic, ale to nic nie przemawiało za taką interpretacją. Przestraszona przeredagowałam tekst po to, aby rozwiązanie było bardziej łapotologiczne :)

Finkla, Regulatorzy dzięki za komentarze! Cieszę się, że się podobało. To, że tekst jest napisany porządnie pod względem technicznym, to nie do końca moja zasługa, o czym świadczą komentarze powyżej :)

 

Jose, poczekaj aż zaczniecie drążyć temat szczepień :) No i pediatra na wizycie patronażowej też dorzuci swoje trzy grosze. Po kilku miesiącach słuchania mamy, teściowej, położnych, koleżanek itd. zaczęłam wyznawać zasadę: idźcie do diabła, będę robić to po swojemu. I naprawdę to jest jedyna zasada do jakiej należy się stosować.

Finkla, obowiązkowo! A najlepiej, żeby akcja działa się gdzieś w okolicach równika :)

Joseheim, obawiam się, że jeśli nawet moi mnisi nie znaleźli lekarstwa, to nie pozostaje nic innego niż przeczekać. Z kubkiem kakao i pod ciepłym kocykiem przeczekuje się podobno najlepiej :P

Fajny styl, dobrze się czytało. Przyłączam się do głosów, że bohaterka jest za bardzo infantylna, jak na studentkę. Nie dałabym jej więcej niż piętnaście lat.

Jeżeli miałabym się do czegoś przyczepić, to nie przypadł mi do gustu opis rozmowy dziewczyny z babcią, przed jej wyjściem na zakupy, ale to całkiem subiektywne odczucie, bo obiektywnie nie ma się do czego przyczepić. Ja miałam wrażenie, że nie możesz się zdecydować, czy ta pogawędka była przyjemna dla głównej bohaterki, czy nie. Bo zakładam, że jeżeli dziewczyna nie miało nic przeciwko “przesłuchaniu”, to nie powinna również irytować się pytaniem babci o to, czy jest wyspana. Nie ma chyba bardziej trywialnego pytania o poranku, a zazwyczaj nikt się na nie nie zżyma.

W każdym razie, zaciekawiło mnie i czekam na ciąg dalszy.

Na swoją obronę podaję, że nie wiedziałam, że jest taka książka :)

Ok, to po kolei:

Regulatorzy: parsknęłam śmiechem, tak głośno, że musiałam od nowa usypiać mojego potomka:D Wyjaśniam, że chciałam pokusić się na jakąś dwuznaczność, a otumaniony chłop na bydlęcej skórze, sapiący i półgoły miał sugerować, że akcja dzieje się w jakimś domu rozpusty. Potem miało się wyjaśnić, że zupełnie nie o to chodzi. A w moim zamyśle to coś, co wyprawiał mnich z chłopem to miało być coś a la egzorcyzmy. W każdym razie widzę, że mój pomysł nie zadziałał, więc nie było sensu brnąć w dwuznaczności. Dosyć radykalnie zmieniłam początek, może teraz jest trochę lepiej?

Mer: “Mistrzyni w swoim fachu” to miało odnosić się do depresji, jako do demona, a początkowo miało się wydawać, że chodzi o prostytutkę (patrz wyżej). Tak, tak… Wiem, że nikt nie czyta mi w myślach :) Tak to czasem jest, że jak człowiek się zafiksuje na puncie jakiegoś pomysłu, to wydaje mu się oczywistym, coś co zupełnie nie wynika z tekstu.

Zmieniłam tytuł, mam nadzieję, że to nie jest zabronione :)

Wszystkim bardzo dziękuję za komentarze.

Czy mogę wycofać swój poprzedni tekst zgłoszony do konkursu, a w jego miejsce zgłosić inny? (jeden autor = jeden tekst).

C21h23…, regulatorzy: szkoda, mam nadzieję, że następne spodoba się bardziej. Dzięki za komentarze.

Ciekawy pomysł. Tylko, że taki nowatorski sposób odkupienia grzechów nijak nie pasuje mi do kościoła katolickiego, który jest oporny na nowinki techniczne, nie wspominając o zmianach w doktrynie. Nie da rady zrealizować Twojej koncepcji na sekcie? Albo najpierw doprowadzić do kolejnej schizmy, a potem przypisać postępową formę spowiedzi innowiercom? Przy okazji, dałoby to duże pole do popisu dla skonstruowania ciekawego tła historycznego.

A w szorcie brakuje mi trochę “środka”. Tzn. opisujesz nowatorską metodę odkupienia grzechów, a potem od razu wprowadzasz w mało subtelny sposób krytykę tej metody. Oczekiwałabym, że w wersji full będzie to wszystko stopniowane: od zachwytu genialnością supersposobu na odkupienie, przez zasianie lekkiej niepewności, czy to na pewno jest takie zajebiste, po dającą do myślenia pointę, że coś chyba jest nie tak i innowacyjność idzie w złym kierunku.

W każdym razie chętnie przeczytam pełną wersję :)

 

Nowa Fantastyka