Profil użytkownika


komentarze: 100, w dziale opowiadań: 93, opowiadania: 33

Ostatnie sto komentarzy

Heh, nie przypuszczałam, że ktoś jeszcze przeczyta. Wracam na forum po dwóch latach nieobecności, bo dorobiłam się drugiego potomka, więc przede mną jakże atrakcyjny, roczny urlop macierzyński ;) Muszę sobie jeszcze raz przeczytać to opowiadanie, żeby jakoś się wytłumaczyć z tej wszechwiedzącej Bony, ale pewnie nie znajdę dobrego wytłumaczenia.

Śniąca, dzięki za komentarz. W zamyśle nie miało być lekko. Miał być przytłaczający las, obrzydliwy rozkład Marianny i niepokój związany z nieznanym. Myślę, że gdybym uderzyła w inną nutę i zrezygnowała z humoru, to mnie samej to opowiadanie przestałoby się podobać. A wyznaję – słuszną moim zdaniem – zasadę, że jak mi się nie podoba, to już na pewno nie spodoba się nikomu innemu ;)

 

c21h23no5.enazet, poprawiłam usterkę. Nie ukrywam, że poprawność mojego tekstu w dużej mierze zawdzięczam Finkli, która ma anielską cierpliwość :D Józef miał działać z miłości do żony, no może gdzieś tam po drodze o dzieciach pomyślał :D Ale swoją drogą warto zauważyć, że kiedyś na wsiach nikt, aż tak bardzo nad dziećmi się nie roztrząsał i traktowano je trochę jako siłę roboczą (niewątpię, że je przy tym kochano). Niemowlęta w chuście wieszano na drzewach, a samemu sru… w pole! Pamiętam do dzisiaj jak babcia mojego męża, która była matką dziesiątki, z czego dwójkę kilkulatków pochowała, powiedziała do mnie coś w stylu: „uważaj, żeby twoja mała stamtąd nie spadała, bo się zabije i trochę szkoda by było”. Kurczę blade, śmiem twierdzić, że byłoby mi więcej niż „trochę” szkoda :D

O małych wilkołazach pisałam „wilczki”, bo brzmiało lepiej niż „wilkołazki”. Ale miały być miniaturkami swojej matki pod tym względem, że mieściły w sobie dwie dusze. W moich wyobrażeniach były bardziej puszyste i może bardziej urocze, niż dorosłe osobniki. Tak to zazwyczaj bywa u wszystkich małych ssaków (mimo jaszczurzych cech, były jednak ssakami).

Pewnie, że pogrążonego w rozpaczy samego się nie zostawia. Widocznie kiepskich kumpli miał :D

Przyznam, że buty na stole to był punkt wyjścia dla całego pomysłu. Uwielbiam ludowe przesądy. Na nich bazuje też moje opowiadanie „Koronki”, które niewiele osób przeczytało, a które IMO jest całkiem udane.

 

Finkla, dzięki za kolejny komentarz. Eksploatowałam Twoje zdolności edytorskie do granic przyzwoitości :D

 

Werwena, dzięki za entuzjastyczny komentarz! Bardzo miło się czyta takie rzeczy :)

 

Cieniu, mam nadzieję, że kolejne teksty usatysfakcjonują Cię bardziej. Co nie znaczy, że nie przeczytałam z przyjemnością kilka razy pierwszego akapitu Twojej wypowiedzi :) I tak jestem zaskoczona, że opowiadanie cieszy się aż takim sukcesem, bo wydawało mi się, że jest przydługawe i umiarkowanie znanemu na portalu autorowi ciężko będzie z czymś takim wystartować i się przebić. A jednak ktoś to czyta :D

Wyjaśnię jeszcze tylko roszady z duszami, bo faktycznie chyba z tekstu nie wynika, co mi się w mózgu roiło. Otóż świat rządził się swoimi prawami i naturalne śmierci, czy też nienaturalne, ale po drugiej stronie Szczeliny planowane, były gdzieś tam zarachowane. Jakaś wielewiedząca istota (celowo unikam słowa Bóg – bo Bóg wiedziałby wszystko, a tamten oto potężny wszystkiego jednak nie wiedział) znała bilans życia i śmierci pomiędzy kolejnymi wschodami słońca.  Rachmistrz niejako nadużył swojego stanowiska i wcisnął w dany bilans dnia jeszcze śmierć Petry, którą jakoś planował zatuszować. Na skutek wybryku Marianny i księgowego równowaga została zachwiana i trzeba było dołożyć wszelkich starań, by ten bilans życia i śmierci przywrócić (taką formalną, matematyczną równowagę). Gdyby Petra nie zginęła, nie zginęłyby też wilkołazy. To śmierć Petry była pierwotną przyczyną dla której Józef poszedł na polowanie, więc i śmierci wilkołazów były nadprogramowe. Trzeba było zrobić z tym porządek do wschodu słońca.

Ok, wiem że takie wyjaśnienie nie jest do końca satysfakcjonujące, ale musiałabym napisać drugie opowiadanie o tym, jak funkcjonuje księgowość po drugiej stronie szczeliny. Miałam wizję, że to jest coś na kształt korporacji, z bystrym szefem, którego jednak trochę można wykiwać, bo przecież nie jest w stanie panować nad wszystkim.

Jose, dzięki za komentarz i za bibliotekę.

 

Co do zasady poprawiłam błędy, nie wiem czy akapity w stopniu zadowalającym :P

 

„Grapeć” to pewnie z gwary kujawskiej… W moich rodzinnych stronach używa się tego słowa powszechnie, ale rzeczywiście w sjp nie ma. Na usprawiedliwienie mogę podać, że „kurze grapcie” pojawiają się w książce kucharskiej, więc gdzieś ta nazwa musi jednak funkcjonować poza moją głową :P  

 Malinowe trufle to mój wymysł. Podobnie jak wilkołazy i szpakoszarańcza.

 

Dusza wilczka i dorosłego wilkołaza ważą tyle samo – ​tylko ciało się zmienia.

 

W moich wyobrażeniach Petra była “​zregenerowana”​. Faktycznie, może trzeba by o tym wprost napisać, żeby rozwiać wątpliwości, że biedny Józef nie jest  jeszcze tym dodatkowo gnębiony. W końcu zrobił swoje. Myślałam o tym jak bardzo Petrę uczynić zwierzęcą i doszłam do wniosku, że gdybym jeszcze dalej ciągnęła opowiadanie, to nie byłoby z nią aż tak źle. Zostałaby całkiem komunikatywna, tylko sposób poruszania się i niektóre odruchy miałaby jak dzieci, odchowane przez dzikie psy. Kilka lat temu widziałam taki dokument o dziewczynce w Rosji, którą zaopiekował się pies rodziców (ci byli zbyt zaabsorbowani libacjami, żeby zajmować się dzieckiem i bez mrugnięcia okiem pozwolili kilkulatce zamieszkać w budzie na podwórku). Do dzisiaj jestem pod wrażeniem jak bardzo ta dziewczynka po kilku latach przypominała psa pod względem motoryki.

 

W każdym razie wątku ożywionej Petry nie kontynuowałam, żeby w jednym zdaniu zamknąć zakończenie całej historii i pozostawić czytelnika z któtkim “WTF!?”​ gdzieś z tyłu głowy :)

 

 

 

 

Reg, błędy poprawione, możesz kliknąć Bibliotekę.

Reg, Nighter6, cieszę się, że Wam sie podobało. Zaręczam, że jeszcze będę dawać o sobie znać i postaram się, żeby to zdarzało się częściej niż raz na pół roku. :-P

Podoba mi się forma opowieści – trochę powiastka, trochę bajka, trochę historia rodem z Biblii. Może nadinterpretuję, ale wydaje mi się, że częściowo inspirowałeś się biblilijnym “na początku było słowo”. Miałeś oryginalny pomysł i udało Ci się stworzyć klimat, ale poza tym zupełnie nie moja bajka  

Zwroty, które mi się nie spodobały:

„Trzeba zaznaczyć, że owe dziwactwo dobrze nam znane z przysłowia, charakteryzuję się niezwykła przenikliwością, zdolnością do wyrażania istoty rzeczy poprzez słowa.” – dla mnie to zdanie jest niezrozumiałe. Mówiąc o dziwactwie masz na myśli Szydło? Jeżeli tak, to chyba powinno być „dziwadło” i wtedy zdanie nabiera zupełnie innego sensu.

„Dlatego zaczęło kreować swój obraz na podobieństwo własne…” – ok, rozumiem nawiązanie do Biblii i Boga, ale myślę, że to zdanie jest puste znaczeniowo. Obraz to obraz. Odbicie w lustrze, to odbicie w lustrze. Stanęło przed lustrem, zobaczyło swoje odbicie, które tam po prostu było, więc nie wymagało żeby je kreować (stwarzać). Rozumiem, że Szydło idealizowało swój wizerunek w lustrze. To nie to samo, co kreowało swój obraz.

„Zdumione tym widokiem, przetarło oczy ze zdumienia, widząc siebie w krzywym zwierciadle, które nie potwierdzało przekonań Szydła wobec własnej osoby.” – coś jest nie tak. Wcześniej pisałeś, że Szydło widziało się w lustrze, jako piękne, powabne itp., a teraz piszesz, że jego odbicie było przekłamane.

Zdumione tym widokiem, przetarło oczy ze zdumienia” – masło maślane.

„Patrząc na słowa skreślone przez siebie…” – chyba powinno być „nakreślone”.

„Czas rozmył się, bądź wcale go nie było, dla Szydła nigdy nie zaistniał, nie było potrzeby jego stworzenia, szkoda było słów by utworzyć jego naturę. – Ło Matko! Albo jestem mało poetycka, albo to jakiś pseudofilozoficzna bzdura.

Szydło poznawało siebie poprzez słowa, a Licho dzięki nawiązywaniu relacji ze światem wykreowanym przez Szydło, relacja ta pozwalała odkryć prawdziwe znaczenie wielu słów i nadawała im wyższą wartość. – chyba powinno być „Lichu”? To zdanie aż się prosi, żeby zmienić jego szyk. Poza tym, co masz na myśli pisząc, o nadawaniu słowom wyższej wartości?

Czasami opuszczasz „ę” „ą”, czasami niepotrzebnie stosujesz:

„dziwactwo dobrze nam znane z przysłowia, charakteryzuję się niezwykła przenikliwością,”

„możemy jedynie brać pod uwagę relację Szydła, które dla niego samego, z pewnością są prawdziwe.”

Raz piszesz Szydło, a raz szydło.

Fajnie, że zdecydowałeś się coś opublikować na NF. Nie znam lepszego sposobu, żeby się skonfrontować i doskonalić warsztatowo. Powodzenia w dalszych zmaganiach, postaram się śledzić.

Autorze kochany,

Chyba długo dopieszczałeś pierwszy akapit, bo jest przekombinowany. Ciężko się czyta tak strasznie rozbudowane zdania. Na szczęście potem ta maniera pojawia się tylko sporadycznie i robi się bardziej przystępnie.

Trochę mnie zastanawia język rozmówców, bo wydaje się wyszukany, jak na zwykłych najemników. Ale Twój świat, więc Twoje zasady. Podobają mi się za to prostackie wtręty w ten elegancki dialog (dupa, uchlać, łajza itp.) dodają charakteru tekstowi.

Masz lekkie pióro, sprawnie operujesz językiem, na interpunkcji się nie znam. Jedno zdanie mi zazgrzytało w uszach: „W jego głosie Avaret, o dziwo, nie rozpoznał sarkazmu, którym elf niemal kipiał, jeśli tylko miał okazję go okazać.” Coś by trzeba tutaj zmienić. Może „przy każdej możliwej okazji?”

Fabuła trochę leniwa, ale biorę poprawkę, że mamy tu tylko fragment. Trochę nieprawdopodobne wydaje mi się, by najemnicy tak łatwo zgodzili się na współpracę z kimś, kto ewidentnie będzie im tylko przeszkadzał. W trakcie czytania rozważałam dwa scenariusze: 1) miły gospodarz okaże się tak stęskniony kontaktu z ludźmi, że rano nie będzie chciał wypuścić swoich gości, albo 2) goście podejmą się zdjęcia z gospodarza klątwy. Scenariusza stworzonego przez Ciebie nie przewidziałam, ale czekam na rozwój akcji, bo mam nadzieję, że przyświeca Ci jakiś spójny zamysł i całość będzie miała ręce i nogi.

Ogólnie dobrze piszesz, miło się czytało, pozostałe fragmenty też przeczytam.

Nie wiem, czy tylko ja mam takie wrażenie, ale postać Tamroka skojarzyła mi się z faunem z „Opowieści z Narnii”.

Przyjemne, dobrze się czytało, mimo że motyw cyrografu dosyć wyświechtany. Pointa taka jaka powinna być– zabawna i zaskakująca. Czekam aż wpadnie tutaj Regulatorzy i zrobi porządek z interpunkcją i stylistyką, bo akurat ten aspekt kuleje :P

Podobał mi się dialog i sposób postrzegania świata przez dzieciaka. Nie spodobał mi się przesadzony wtręt o delfinach – "najmądrzejsze istoty na globie", dobre sobie… To kosmici nie zauważyli, że delfiny nie stworzyły żadnej cywilizacji? I to ostatnie zdanie o zegarze zadgłady całkiem "z czapy". Mimo wszystko czytało się przyjemnie.

Może spróbuj gdzieś wpleść coś o "białej śmierci" – tylko nie wiem czy na takie określenie monopolu nie ma kokaina… Albo dopisz coś w stylu, że już niedługo miała obrócić go w proch, tak jak ona sama była prochem :P Luźne sugestie na zasadzie burzy mózgów ;)

Pomysł zabawny, ale początek trochę przekombinowany. Nie mógł po prostu iść sobie przez park? Styl mi trochę nie przypadł do gustu. Ale pointa sprawiła, że całość oceniam na plus.

Końcówka mi nie pasuje. Odłączenie od respiratora na prośbę rodziny mimo szans na wyzdrowienie, zakrawa na zabójstwo. Nie wydaje mi się, żeby coś takiego funkcjonowało w jakimkolwiek ustawodastwie.

A mnie się podobało. Zrozumiałam to tak, że wszystko jest tak bardzo nastawione na produktywność, że nie ma czasu na życie. Fajny pomysł ze stadionem na wfie. Niezły język, spójny zamysł. Bez przesady z tą krytyką…

Pomysł całkiem fajny. Ostatnie dwa zdania bardzo dobre. Ale początek rodem z harlekinów zaszkodził całości.

Podzielam zdania, że to był bełkot z jednym interesującym zdaniem na końcu. Pewnie miało być odkrywcze i buntownicze, a wyszło pseudofilozoficzne i oleiście niewyraziste, że tak powiem :P

Nie zrozumiałam zakończenia. Dopiero po przeczytaniu komentarzy dowiedziałam się o co właściwie chodziło. I myślę, że pomysł zakończenia był bardzo dobry, ale można było do zrobić o wiele czytelniej, a tekst dużo by na tym zyskał. Mimo wszystko fajny szort.

Hi hi, czyżby "stworzenie" trzymało wałek do ciasta? :D Świetne.

Po przeczytaniu kilku pierwszych zdań obstawiałam nekrofilię. Współżycie z trupem jako forma urozmaicenia pożycia małżeńskiego :P No cóż, prawdziwe zakończenie równie niesmaczne :P

Mam to samo pytanie co Fleur. A poza tym, czy ktoś z was może pamięta, czy opowiadanie "Stacja kiszonej kapusty" ukazało się w WS, czy w regularnym numerze? Strasznie chciałabym dotrzeć do tego tekstu, a zaginął mi w trakcie przeprowadzki parę lat temu…

Jakub Wędrowycz w słabszym wydaniu. Nie urzekło mnie.

“Paskudny dzieciak, przyznajcie. Komu z nas nie otworzyłby się nóż w kieszeni, niech pierwszy rzuci owsianką.” He he he :D

Bardzo fajna historia, z pomysłem i z polotem. W wielu miejscach bajka mnie rozbawiła, kilka razy zaskoczyłeś mnie błyskotliwością. Przeszkadza mi nieapetyczne okaleczenie Władka i myślę, że bajka zyskałaby bez tych krwawych scen. Serce mi się kraje kiedy wyobrażam sobie Władka po tych bezlitosnych zabiegach. A wyobraźnię mam bujną.

Ale poza tym przeczytałam z przyjemnością, a zazwyczaj mam problemy żeby dotrzeć do połowy.

Jeśli chodzi o warsztat techniczny, to się nie wypowiadam, bo zdecydowanie nie jestem w tych kwestiach autorytetem.

 

Mnie również pomysł przypadł do gustu. Ale podzielam opinię, że zabrakło jakiegoś ujmującego zakończenia. Czegoś w stylu: przewrotna zemsta bogów za lekceważenie ich imienia, albo permanentne i upierdliwe towarzystwo bogów w każdej sytuacji życia codziennego … sama nie wiem. Motyw ze znikającym pseudopastorem i miejscem nieco za bardzo wyeksploatowany. I przyczepię się trochę do początku, bo wydawał mi się trochę pretensjonalny – na pierwszy rzut oka miałam wrażenie, że będziesz opisywał jakiś superpłyn, wynalazek rodem z przyszłości, a chodziło tylko o alkohol :P Ale to odosobniona opinia, więc pewnie się czepiam. Ogólne wrażenie bardzo pozytywne :) Przeczytam sobie w wolnej chwili tę parodię Pottera, o której ktoś wspominał w komentarzach, bo ciekawość mnie zżera :)

cobold, dzięki! Co do ostatnich dwóch zdań, to masz rację. Miałam problem, żeby stworzyć krótki komunikat, operując czymś w stylu detektywistycznego żargonu. Wypadałoby trochę to poprawić, pomyślę nad tym w wolnej chwili.

Finkla, przyznaję, że mogłam się postarać trochę bardziej, żeby było mniej oczywiście :) Gostomysł też mi radził, żeby zmylić nieco czytelnika sugerując inne rozwiązanie, ale ostatecznie nie chciałam przekombinować i została taka wersja.

Fleur, dzięki!

Jose, nie zauważyłam Twojego poprzedniego komentarza. Zgadza się, to sąsiad się odzywał się w nocy, a nie Igor. Cieszę się, że się podobało :) Błędy zaraz popoprawiam.

 

Bemik, nie wiedziałam, że tak to działa. W takim razie wyjaśniam, że kawał dobrej roboty korektorskiej nad moim tekstem wykonał Piotr Tomilicz. Poprawiała go również Bemik. Oj, było co poprawiać :)

 

Finkla, Śniąca: usprawiedliwię się, jeśli chodzi o zakończenie. W pierwszej wersji tekstu rozwiązanie całej zagadki było trochę bardziej zawoalowane. I wtedy mój mąż – pierwszy i najwierniejszy czytelnik, który jest bystry i czytuje fantastykę oznajmił, że przejrzał całą intrygę. A jego zdaniem miało chodzić w niej o to, że teściowa mieszkająca w Japonii zainstalowała w kuli z samolocikami nadajnik wysyłający podejrzane komunikaty po to, żeby skłócić parę (?!). Dodam, że nic, ale to nic nie przemawiało za taką interpretacją. Przestraszona przeredagowałam tekst po to, aby rozwiązanie było bardziej łapotologiczne :)

Finkla, Regulatorzy dzięki za komentarze! Cieszę się, że się podobało. To, że tekst jest napisany porządnie pod względem technicznym, to nie do końca moja zasługa, o czym świadczą komentarze powyżej :)

 

Jose, poczekaj aż zaczniecie drążyć temat szczepień :) No i pediatra na wizycie patronażowej też dorzuci swoje trzy grosze. Po kilku miesiącach słuchania mamy, teściowej, położnych, koleżanek itd. zaczęłam wyznawać zasadę: idźcie do diabła, będę robić to po swojemu. I naprawdę to jest jedyna zasada do jakiej należy się stosować.

Finkla, obowiązkowo! A najlepiej, żeby akcja działa się gdzieś w okolicach równika :)

Joseheim, obawiam się, że jeśli nawet moi mnisi nie znaleźli lekarstwa, to nie pozostaje nic innego niż przeczekać. Z kubkiem kakao i pod ciepłym kocykiem przeczekuje się podobno najlepiej :P

Fajny styl, dobrze się czytało. Przyłączam się do głosów, że bohaterka jest za bardzo infantylna, jak na studentkę. Nie dałabym jej więcej niż piętnaście lat.

Jeżeli miałabym się do czegoś przyczepić, to nie przypadł mi do gustu opis rozmowy dziewczyny z babcią, przed jej wyjściem na zakupy, ale to całkiem subiektywne odczucie, bo obiektywnie nie ma się do czego przyczepić. Ja miałam wrażenie, że nie możesz się zdecydować, czy ta pogawędka była przyjemna dla głównej bohaterki, czy nie. Bo zakładam, że jeżeli dziewczyna nie miało nic przeciwko “przesłuchaniu”, to nie powinna również irytować się pytaniem babci o to, czy jest wyspana. Nie ma chyba bardziej trywialnego pytania o poranku, a zazwyczaj nikt się na nie nie zżyma.

W każdym razie, zaciekawiło mnie i czekam na ciąg dalszy.

Na swoją obronę podaję, że nie wiedziałam, że jest taka książka :)

Ok, to po kolei:

Regulatorzy: parsknęłam śmiechem, tak głośno, że musiałam od nowa usypiać mojego potomka:D Wyjaśniam, że chciałam pokusić się na jakąś dwuznaczność, a otumaniony chłop na bydlęcej skórze, sapiący i półgoły miał sugerować, że akcja dzieje się w jakimś domu rozpusty. Potem miało się wyjaśnić, że zupełnie nie o to chodzi. A w moim zamyśle to coś, co wyprawiał mnich z chłopem to miało być coś a la egzorcyzmy. W każdym razie widzę, że mój pomysł nie zadziałał, więc nie było sensu brnąć w dwuznaczności. Dosyć radykalnie zmieniłam początek, może teraz jest trochę lepiej?

Mer: “Mistrzyni w swoim fachu” to miało odnosić się do depresji, jako do demona, a początkowo miało się wydawać, że chodzi o prostytutkę (patrz wyżej). Tak, tak… Wiem, że nikt nie czyta mi w myślach :) Tak to czasem jest, że jak człowiek się zafiksuje na puncie jakiegoś pomysłu, to wydaje mu się oczywistym, coś co zupełnie nie wynika z tekstu.

Zmieniłam tytuł, mam nadzieję, że to nie jest zabronione :)

Wszystkim bardzo dziękuję za komentarze.

Czy mogę wycofać swój poprzedni tekst zgłoszony do konkursu, a w jego miejsce zgłosić inny? (jeden autor = jeden tekst).

C21h23…, regulatorzy: szkoda, mam nadzieję, że następne spodoba się bardziej. Dzięki za komentarze.

Ciekawy pomysł. Tylko, że taki nowatorski sposób odkupienia grzechów nijak nie pasuje mi do kościoła katolickiego, który jest oporny na nowinki techniczne, nie wspominając o zmianach w doktrynie. Nie da rady zrealizować Twojej koncepcji na sekcie? Albo najpierw doprowadzić do kolejnej schizmy, a potem przypisać postępową formę spowiedzi innowiercom? Przy okazji, dałoby to duże pole do popisu dla skonstruowania ciekawego tła historycznego.

A w szorcie brakuje mi trochę “środka”. Tzn. opisujesz nowatorską metodę odkupienia grzechów, a potem od razu wprowadzasz w mało subtelny sposób krytykę tej metody. Oczekiwałabym, że w wersji full będzie to wszystko stopniowane: od zachwytu genialnością supersposobu na odkupienie, przez zasianie lekkiej niepewności, czy to na pewno jest takie zajebiste, po dającą do myślenia pointę, że coś chyba jest nie tak i innowacyjność idzie w złym kierunku.

W każdym razie chętnie przeczytam pełną wersję :)

 

kam_mod: Cieszę się, że się trochę zrehabilitowałam:) Bardzo dziękuję za taki entuzjastyczny komentarz i za uwagi no tekstu!

A z tym niedowartościowaniem, to wydaje mi się, że nie trafiłam na dobry moment: opowiadania konkursowe zawsze cieszą się większym zainteresowaniem (chociażby dlatego, że startujący w konkursie chcą wybadać konkurencję), a akurat kiedy zamieściłam “Koronki” w toku były “Alternatywy” i “Dobro złem zwyciężone”. Ale to nic, cieszę się z tego, że ktoś przeczytał, a jeszcze bardziej, że się spodobało :)

Niech to, jak dinozaury sikają zostanie owiane tajemnicą :P Nasuwa mi się na myśl wątek z filmu “Człowiek demolka”, z Sylvestrem Stallone: akcja dzieje się w przyszłości. Głównemu bohaterowi wybudzonemu po iluśtam latach hibernacji, przychodzi żyć w świecie, gdzie już przestano używać papieru toaletowego. Zamiast tego używa się muszelek. Tylko, że on nie wie, w jaki sposób się z nich korzysta, nikt nie chce mu tego wytłumaczyć, a jego pytania wzbudzają ogólne rozbawienie. Do końca filmu widz nie dowiaduje się, jak do cholery działają te przeklęte muszelki.

W przypadku sikania przez dinozaury, również zostawiam ten wątek otwarty :D Liczy się to, żeby zdanie o sikaniu na stojąco wzbudziło zdziwienie, zaciekawienie, a być może rozbawienie. A jeśli to zdanie nie bawi, to trudno. Przynajmniej ja miałam niezły ubaw pisząc ten komentarz :D

Kam_mod dzięki za komentarz!

 

Zgadzam się, że początek był dziwny – taki właśnie miał być, liczyłam, że wzbudzi zainteresowanie. Ale polemizowałabym czy był wulgarny – słowo “dupa” chyba już nikogo nie gorszy, a tekst nie był pisany na potrzeby podręcznika, więc nawet wulgaryzmy powinny ujść mi na sucho:) Na portalu trafiałam już na “brzydsze” słowa :)

 

Z sikaniem na stojąco się nie pomyliłam. To miał być swoisty paradoks. Ludzkim chłopcom też zwraca się w ten sposób uwagę, z tym, że rekomenduje im się sikanie na siedząco :) Zamysł był taki, by zapalić czerwoną lampkę w głowie czytelnikom, którzy do tego momentu łudzili się, że mają do czynienia z jakąś rodziną Adamsów. Ta kwestia mamy miała zasygnalizować, że to jednak nie są ludzie.

 

Co do płci dziecka – u gadów o płci młodego decyduje temperatura, w której spoczywają złożone jaja. Dlatego babcia upominała wnuczkę, by się nie pomyliła i pilnowała temperatury. W ten sposób Kara zaprogramowała sobie, że będzie miała córkę. Przecinek już poprawiam.

 

Szkoda, że nie wzbudza zachwytu, przy następnym przyłożę się bardziej :) Póki co zachęcam do przeczytania mojego drugiego opowiadania pt. “Koronki”. Jest napisane w zupełnie innym stylu i od początku do końca przemyślane. Poza tym poświęciłam mu więcej niż 2 godziny, więc mam nadzieję, że bardziej się spodoba niż “Babyshower” :)

 

 

Co to za słowa “wymemłała” /”wymemlała” ? – w moich rodzinnych stronach to znaczy tyle, co pogryźć i wypluć :D

 

Ogólnie gubiłam się w tym tekście, może dlatego, że jest późna pora. W moim odczuciu jest za bardzo rozczłonkowany, jak scenariusz jakiegoś filmu, a nie opowiadanie. Trudno mi było się zorientować, co jest retrospekcją, a co dzieje się tu i teraz. I wstydzę, się przyznać, ale nie zrozumiałam zakończenia ;) Ale nie wątpię, że całość była objęta jakimś spójnym zamysłem, widać mi należy go wyłożyć bardziej łopatologicznie. 

 

 

 

 

Po pierwszym akapicie uznałam, że będzie ciekawie, bo sam pomysł ze zgarnianiem dusz z ulicy w czasie wojny i odprowadzaniem na miejsce przeznaczenia jest bardzo ciekawy. Ale cała reszta mnie nie przekonuje: nadwrażliwy Anioł Śmierci to przesada. Przecież do tego został stworzony, a sypie rozpaczliwymi rozważaniami, jak dziecko, które dopiero co odkryło, że na świecie istnieje zło i niesprawiedliwość. Jego ckliwa refleksyjność przytłacza.

Śniąca: jeśli masz wrażliwy żołądek, to była słuszna decyzja, bo reszta jest jeszcze mniej apetyczna ;) Fleur, dzięki za komentarze!

Dzięki Fleur!

Poprawiłam wytknięte błędy, jakby ktoś jeszcze coś wyłapał, to proszę o komentarz.

 Zupełnie przeoczyłam niestosowność rąbania drewna w Wigilię, mimo że teraz jak to napisałaś, to wydaje się oczywiste :) Może dorzucę jakieś zdanie sygnalizujące, że Bona miała dla Leśnika więcej wyrozumiałości w tym zakresie, jako jego kochanka, natomiast reszcie rodziny jego przedświąteczne prace leśne też nie przypadły do gustu.

Wiem, że interpunkcja kuleje. Przyznam się szczerze że po komentarzu Jose pod moim drugim opowiadaniem miałam solenne postanowienie, że w wolnej chwili zrobię z tym porządek w “Koronkach”, ale mnie ubiegłaś. No, w każdym razie postanowienie w dalszym ciągu aktualne :)

Bardzo dziękuję za cenny komentarz.

Uradowanczyk: to nie jest kontrapunkt do zwyczajów żywieniowych w innych gadzich rodzinach, tylko marudzenie nastolatków, którym proponuje się zupę do jedzenia (przy założeniu, że ludzkie nastolatki (nie studenci :P ) również wybrzydzają przy zupach :) Ale chyba faktycznie, to nie jest takie oczywiste i nie wynika jednoznacznie z tekstu.

Dzięki wszystkim za komentarze.

Uradowanczyk: z tą zupą wzorowałam się na tym, jak jest u mnie z zupami w domu: tzn. dla domowników płci męskiej zupa to nie jedzenie :) Bo prawdziwym jedzeniem jest mięso. W ogóle zamysł był taki, by na początku, wydawało się, że jest to scenka, która rozgrywa się w domu zwykłej rodziny. Stopniowo, przez elementy odbiegające od normy, reszta miała doprowadzić do wniosku, że nie tylko, nie mamy do czynienia ze zwykłą rodziną, ale nawet nie z ludźmi. Może mi się to nie udało, ale miałam frajdę, kiedy pisałam ten tekst :)

Joseheim, dzięki że chciało Ci się to wszystko sprawdzać. Rzeczywiście sporo tego się nazbierało, zwłaszcza, że tekst jest krótki. Poprawiłam błędy, które mi wskazałaś. W następnym będzie dużo mniej podobnych ;) Co do alternatywy, to jednak obstaję przy tym, że to jest swoistego rodzaju alternatywa historyczna: nikt przecież nie zabronił namieszać w biegu prehistorii :) 

O, faktycznie coś dziwnego z nim się porobiło. To przez to, że kopiowane z open offica.

„oraz od silników stada dron”– nie powinno być dronów? Chyba, że to zabieg zamierzony, żeby upodobnić do wron :)

 

„W dole, nad ulicami unosiły się zarówno ekrany z informacjami o objazdach i trasie parady, budujące frustracje użytkowników i błędy w systemach seldrików.”– „zarówno” tu nie pasuje. Jeśli masz na myśli, że ekrany unosiły się tak samo jak drony, to powinno być zwykłe „również”.

 

Przed „oraz” niepotrzebne przecinki, jak piszesz „albo że” jeden przecinek wystarczy.

 

„Tyle to już lat, a teraz sam ma syna. Dorosły już potomek lubi używki (…)”

 

„Poza tym system AR był przydatny, to firmy komercyjne doprowadziły do nadużyć jego zasad.” – lepiej brzmiałoby, gdyby to rozbić na dwa zdania, drugie zaczynające się od „To firmy…”

 

„W ciągu kolejnych dni poczuł się znacznie lepiej, jakby ktoś zdjął mu duży ciężar z umysłu” – zdjąć duży ciężar z umysłu? Nowy związek frazeologiczny?

 

„Na siedzeniu i podłodze wozu pojawiały się psychodeliczne plamy, od eterycznych kropel śluzu.” -eteryczne, to chyba delikatne/zwiewne. Nie pasuje mi tu.

 

„Proszę się uspokoić, twoje zachowanie może zdezorientować innych użytkowników drogi…” albo: „proszę uspokój się”, albo „Pana zachowanie”, żeby było konsekwentnie jeśli chodzi o formę grzecznościową.

 

Poza tymi pierdołami bardzo, ale to bardzo mi się podobało. Świetny język, sprawnie posługujesz się informatycznym bełkotem :) Niesamowicie interesujący świat przedstawiony, co chwilę coś mnie zaskakiwało. Wciągająca fabuła i wartka akcja. Z niecierpliwością czekam na kolejne.

 

 

“Im obojgu młodość dawno przeminęła” – ich młodość dawno przeminęła brzmiałoby lepiej.

 

“Gdyby któreś z nich przez te kilka minut, gdy przyglądał im się włamywacz, obróciło głowę i wyjrzało przez okno, nawet by nie zauważyło pary czarnych oczu.” – po co budować w tym zdaniu napięcie, skoro i tak by nic nie zauważyli, gdyby się odwrócili?

 

“Teraz wiedział, co czuje dziecko, kiedy stoi przed drzwiami sklepu z zabawkami, na których wisi kartka z informacją, że z powodu niedyspozycji właściciela dzisiaj zamknięte.(…)” – bardzo rozbudowane porównanie, ale nie dostrzegam analogii do sytuacji włamywacza.

 

“To miejsce było dla niego zbyt idealne, poza tym jednym mankamentem, by z niego rezygnować”.– zgubiłam się: jakim mankamentem? Gdyby to zdanie miało zostać, lepiej zmienić jego szyk na: To miejsce było dla niego zbyt idealne, by z niego rezygnować, poza tym jednym mankamentem.

 

“Wylatywało nie przez jedno okno jak w kuchni, lecz aż przez cztery. To były dwa różne pokoje, co ucieszyło włamywacza.” – skąd wiedział, że to były dwa różne pokoje, skoro okna były zasłonięte? Równie dobrze mógłby to być jeden duży. Poza tym zastanawiam się, czy to, że okno było otwarte na oścież i jednocześnie zasłonięte zasłoną jest naturalne. Nie mam zasłon, ale jak bym już otwierała okno, to raczej bym go nie zasłaniała :)

 

“…również zawczasu drogą ucieczki. Gdyby chciał wydostać się tą samą drogą, jaką się tam dostał, nie miałby problemu.”

 

“…potem biegiem przez ogród i lasu za ogrodzeniem.”– brakuje przyimka

 

Rozbroił mnie kwiecisty dywan i wycieranie podeszwy o dachówki. Tak trzymać! :)

 

“Po lewej miał uchylone drzwi do tego trzeciego pokoju, z którego bił dość intensywny zapach trutki na mole.”– fenomenalny węch jak na faceta będącego na zewnątrz i zaglądającego przez okno do środka.

 

“Był to jednakże najlepszy plan.” – „jednakże” tu nie pasuje.

 

“Włamywacz największą uwagę skupił na brunetce. Wyglądała na najstarszą z całej piątki. Nawet bez makijażu jej błękitne oczy miały wyjątkowy kształt, niby koci. To nie było jednak wszystko. Wyczuwał od niej coś trudnego do opisania: nie był to zapach, raczej bijąca od tej młodej kobiety energia. Docierała niego nie jak wiatr, a ciepło słońca, lecz nie robiło mu się od tego gorąco.” – zamiast chwycić szkatułkę i wiać zajmuje się analizowaniem urody panienek? Potem się guzdrze z tym rabunkiem, przebiera sobie w biżuterii, a panny nie krzyczą? Wydaje mi się to przesadzone. Nawet element zaskoczenia nie sprawia, że ktoś jest osłupiały przez kilka minut. 

 

Końcówka podobała mi się najbardziej i chyba też dopiero ona mnie wciągnęła. W każdym razie autor chyba się rozkręcał w czasie pisania :) Z potencjałem. Ciekawe, co będzie dalej :)

Nowa Fantastyka