Profil użytkownika


komentarze: 2039, w dziale opowiadań: 1229, opowiadania: 595

Ostatnie sto komentarzy

Nie, na Haiti nie żyją wilki ani niedźwiedzie. KLIK. Chyba że ktoś je tam przywiózł, co powinno zostać przynajmniej zasugerowane w tekście.

Hierofie, taki dość pretensjonalny Ci wyszedł ten komentarz, mimo że Reg z życzliwością wskazała Ci usterki, które rzuciły jej się w oczy. Nasz język jest o tyle zdradliwy, że niektóre elementy mowy potocznej niekoniecznie idą w parze z poprawnością językową. Jeśli się myśli o pisaniu na poważnie, to wyrobienie w sobie żyłki językowego purysty pomaga oszczędzić sporo czasu, bo w pewnym momencie się już dostrzega, że czasu się nie spędza obok ludzi (przy ludziach), ale wśród nich, a frazeologizmów należy używać w całości, stąd traci się stabilny grunt pod stopami albo równowagę, ale nigdy sam grunt.

Zamiast przyznać się do błędów, wykręcasz się, że bawiłeś się słowem, bo nie jest to domena tylko uznanych pisarzy. Jednak różnica jest taka, że gdy bawisz się słowem świadomie, nikt nie wytknie Ci tego jako błędu, bo czytelnym będzie, iż jest to element konwencji. Równie dobrze moglibyśmy powiedzieć, że zabawiłeś się tutaj interpunkcją, bo przecinki stoją gdzie chcą, a najczęściej w ogóle nie stoją.

Więcej pokory na przyszłość i oby to kolejne opowiadanie było taką petardą, na jaką je zapowiadasz. :)

 

Ja pierdole.

Ja pierdolę.

 

Wolał działać, choć i to słabo mu szło[+,] patrząc na jego dotychczasowe dokonania pisarskie.

 

Stereotypowy do bólu podróżnik, który znacznie lepiej czuje się w dziczy[+,] uciekając przed niedźwiedziami,

Stawiaj przecinek, kończąc kolejne słowo na -ąc. ;)

 

Wyjechał pan[+,] szumnie zapowiadając poznanie kultury Haitańczyków, a gdy wrócił, od razu trafił do aresztu

Rozumiem chęć uniknięcia powtórzenia, ale wypadło dość nieudolnie. Może lepiej: a po powrocie…

 

Marek nawet się nie drgnął.

 

Obok łóżka, na którym leżał Tomasz[+,] stało lekko powyginane

 

W zasadzie Tomek nie wiedział[+,] po co tłukł się z Polski do Haiti.

Jeżeli w zdaniu jest więcej niż jedno orzeczenie, to trzeba rozdzielić fragmenty z czasownikami odpowiednią liczbą przecinków.

 

Tomek wiedział o tej wierze prawie tyle samo, co przeciętny jej wyznawca, jednak poparte nauką.

Czegoś brakuje w tym zdaniu.

 

którzy otwarcie mówili, że są polakami lub mają polskie korzenie.

Polakami.

 

W pewien sposób pomogło mu to, bo James od samego początku był pozytywnie nastawiony do polskiego podróżnika łaknącego wiedzy i nowych doświadczeń. Z tego względu powiedział mu[+,] gdzie powinien szukać kapłana i wiedzy.

Powtórzenie.

 

Tomek nie wiedział tylko[+,] czy zjednał przychylność Jamesa swoim pochodzeniem czy otwartą osobowością.

Co to jest “otwarta osobowość”? Dużo lepiej wyglądałoby: swoją otwartością.

 

Gdy jednak podróżnik zamknął pewne sprawy w mieście[+,] wyruszył w stronę wioski Cede na spotkanie z Ricardo.

 

Gdy korony drzew przysłoniły zachodzące słońce[+,] poczuł ulgę

 

chłopak wygiął się nienaturalnie do przodu[+,] łamiąc swoje kości,

 

Tomek szybkim krokiem wrócił w stronę drzew, położył [+się?] między krzakiem, a pniem

Przecinek przed “a” w tym przypadku zbędny, bo “a” spełnia tu rolę “i”, czyli spójnika równorzędnego. Przecinek należałoby postawić, gdyby “a” wprowadzało zdanie podrzędne.

 

 

Początek był całkiem obiecujący, ale odpadłem na opisie wydarzeń na Haiti. Przede wszystkim, jeśli chcesz, żeby akcja była dynamiczna, to nie możesz prezentować wydarzeń jako suchego opisu i to w postaci dosłownie ściany tekstu. Wartka akcja to krótkie zdania, niedokończone, wręcz rwane myśli, zaś samą grozę budują niedopowiedzenia, a Ty tutaj walisz opisem ociekającego krwią zombie, który ni grzeje ni ziębi. Fatalna interpunkcja utrudniała mi lekturę.

Szkoda, bo sceny w Warszawie naprawdę mi się podobały. Wciągnęły mnie na tyle, że mimo niedoróbek chciałem wiedzieć, co wydarzy się dalej. Niestety retrospekcja na Haiti wypadła dramatycznie kiepsko. Szkoda.

Super! :D

Jak dla mnie bardzo udana narracja, bo niby przedszkolna, ale takie rozsądnie uszczypliwe te dzieciaki. Groza kumuluje się sprawnie, a intryga rozwija satysfakcjonująco. Aż szkoda, że tak krótko i nie ma nic dalej, bo wygląda to na zaczątek jakiejś fajnej, większej całości. Podobało mi się.

Ciężkostrawne opowiadanie, bo mi z filozofią jest niezbyt po drodze. Początek mnie znużył, bo oprócz faktu, że Twoi bohaterowie żyją tysiące lat, niewiele różnili się od ludzi jeśli chodzi o zachowanie. Dobitnym przykładem jest tutaj “praca doktorska” głównego bohatera. Jednak po wylądowaniu na Ziemi poziom dziwów wzrósł, co uwiarygodniło w moich oczach kosmitów, ale i wprowadziło nieco zamieszania. Nie wiem czy dobrze rozumiem, że cały ten cyrk wokół migracji odnosi się do zwyczajnego umierania? Dziwne trochę, że wieczna rasa była zaskoczona mechanizmem śmierci, skoro podróżuje po kosmosie i niejako kolekcjonuje przedstawicieli różnych gatunków. Inni nie umierają?

Napisane całkiem sprawnie. Przeszkadzało mi zbyt częste powtarzanie słowa “paradygmat” z początku i momentami zamętnianie tekstu klasterami trudnych słów. Ale to dobry tekst, chociaż raczej dla koneserów takiej tematyki.

IMO pozbycie się ręki rozwiązuje problem zespołu obcej ręki. Z drugiej strony mając obie kończyny, to nawet nie uznając którejś za własną, raczej nie da się doświadczać bólu fantomowego, bo żadne nerwy nie są pouciskane, bo żadna amputacja nie miała miejsca. W istniejącej ręce mówilibyśmy o neuralgii czy parestezjach, ale nie o bólu fantomowym.

Skoro delikwent nie uznaje ręki za własną, to jak ma czuć w niej ból? Istotą bólu fantomowego jest to, że pacjent odczuwa ból we własnej kończynie, mimo że ona nie istnieje. Jak dla mnie to się wyklucza, ale pytasz o takie cuda, że chyba tylko jakiś neurolog lub psychiatra mógłby rozwiać takie wątpliwości.

Cobold uderza w SF, czyli ponownie najwyższa jakość wita w skromnych progach NF. Nie dziwię się zachwytom Funa, bo mi również bardzo się podobało. Najbardziej chyba to, że zbudowałeś i wykorzystałeś szalenie ciekawą scenografię właściwie po to, by opowiedzieć historię bohatera i tylko na nim się skupić – a ja bardzo lubię, gdy to człowiek jest w centrum uwagi. Zmieniają się okoliczności, otoczenie, ludzie dookoła i zmienia się też światopogląd Tada. Swoją drogą, nie wiem czy pamiętasz, ale swego czasu pod moim tekstem na konkurs “Pierwszy raz” wytknąłeś mi, że wytoczyłem wielkie armaty, by ostatecznie z nich nie strzelić. Mam wrażenie, że tutaj postąpiłeś podobnie, chociaż dla mnie osobiście to bynajmniej nie jest wada.

Sprytnie tłumaczysz się nostalgią do lat ‘80, ale prawda jest taka, że styl retro jest ostatnio modny, o czym niech świadczy chociażby popularność seriali takich jak “Stranger things”. Fajnie, że poszedłeś o krok dalej, tworząc porządny retrofuturyzm okalający księżycową kolonię. W ogóle część traktująca o młodości bohatera spodobała mi się najbardziej, a ten akapit to majstersztyk:

Początki były trudne. Pierwszy raz odezwał się do Rose na Zaćmieniu Ziemi. Wypatrzył ją w tłumie mieszkańców, stojących na placu z zadartymi głowami i, żeby podejść bliżej, musiał przeciskać się przez labirynt nieruchomych sylwetek. W błękitnym świetle ziemskiej pełni wyglądała jak Królowa Śniegu. Stała z dwiema koleżankami. Tad rozpoznał Maddie Colchick i Verę Arquette – siostrę Jasona. Już z daleka było widać, że obie świecą tylko odbitym blaskiem.

Część dziejąca się na Ziemi podobała mi się trochę mniej, bo byłem bardziej zdezorientowany tym, co tam się wydarzyło. Bardzo długo nie widziałem nawet sensu wprowadzania postaci Mindora. Potem jednak nastąpił finał – soczysty i satysfakcjonujący, rzucający światło na wszystko, co trzeba. I liczę się z tym, że poukrywałeś tutaj zapewne więcej odniesień, niż dałem radę wyłapać, lecz mimo to jestem z lektury kontent.

Dodam jeszcze, że dla mnie o parę odniesień do piosenek za dużo. Na pewno wszystkie są niesamowite, ale od nadmiaru cukierków mdli. ;)

 

PS: I proszę się przestać wygłupiać, natychmiast skasować notkę w profilu i brać się czym prędzej do roboty!

atak biedronek na polskie wybrzeże w dwutysięcznym dziewiątym.

Dobrze, że w tysiąc czterechsetnym dziesiątym biedronki nie atakowały, bo kto wie jak wojska poradziłyby sobie z taką trzecią siłą. ;_;

 

3pkt – Więźniowie Merkurego

2pkt – Chwyt marketingowy

1pkt – Pakt

Szczęściem było to, że nie przydzielono jej do pracy przy zborze tytoniu

Zbiorze?

 

Ładnie napisane, dojrzałym językiem, zwracającym uwagę na niuanse w zachowaniach bohaterów, nad którymi sam lubię przystanąć. Nie czytało mi się tego źle, jeśli chodzi o warsztat.

Treść mnie jednak rozczarowała. Historię odebrałem jako bardzo naiwną i mocno przewidywalną: nie mogą mieć dzieci → zbliżenie → ciąża → poród. Przyznam, że nie doszukałem się najważniejszego twistu, zmieniającego banał w intrygę, dopóki nie przejrzałem komentarzy. Jasne, są przesłanki, że ciąża była fałszywa, bo deklaracji żony i jakiegoś skrytego pod ubraniami brzucha nie można brać za pewnik – natomiast pojawiła się scena, w której bohater dotyka brzucha żony i czuje ruchy płodu. Tego się nie da zasymulować, to jednoznacznie potwierdza, że bohaterka jest w ciąży i sprawia, że kompletnie bym nie pomyślał w finale, że ciąża była udawana, a dziecko podrzucone. Zamiast zaskoczenia i satysfakcji dostałem sporo konsternacji. Bez tego fragmentu myślę, że wszystko by zagrało, a tak dostałem jakieś mętne wytłumaczenia, że to Indianka wyzamieniała te dzieci, chociaż mam ewidentny dowód na prawdziwość ciąży. Nie kupuję tego. Magia też powinna mieć swoją logikę.

Co do samej Indianki i jej wątku – znudził mnie nawet bardziej niż historia lekarzy. W przeciwieństwie jednak do niej, akcja w Wirginii nie zaskakuje absolutnie niczym, do tego wątek szamanów uważam za niewykorzystany i potraktowany po łebkach. Dozę informacji, jaka została przekazana tymi fragmentami, dałoby się przekazać dużo zwięźlej bez straty dla tekstu. Być może wyciskanie liczby znaków pod limit to nie był najlepszy pomysł.

Dość gorzki komentarz mi wyszedł, ale muszę wspomnieć, że bardzo podobały mi się motywy przybliżające historię medycyny. Wprowadzają wartość edukacyjną i zwyczajnie mnie zaciekawiły. To nie jest złe opowiadanie, czytało się mi je przyjemnie, ale dla mnie na piórko za mało. :<

Idąc korytarzem, postanowił, że dzisiaj będzie radosny. Wyrecytował swój numer od tyłu, żeby rozbawić maszynę. Zaśmiała się, więc on również. Śmiali się razem, kiedy myto mu zęby i golono naiwne włoski

Dość infantylny fragment. Nie wiem, czy to element jakiejś stylizacji, czy niewprawne pióro. Do tego: co to znaczy, że włoski są naiwne?

– "Z nami to całkiem inna sprawa" – z przejęciem mówił teraz Lucibus, przybierając głos bohatera zeszło-tysiącletniej noweli. W tle szumiało zboże i cykały świerszcze. Zdawało się, że skwar przelewa się przez mówione słowa, sprawiając, że strumienie wody były gorętsze niż zwykle. – "My mamy przyszłość” – tłumaczył Lucibus. – „Mamy do kogo otworzyć gębę, mamy kogoś, kto się choć trochę nami przejmuje. Nie musimy siedzieć w żadnej knajpie i przepuszczać forsy jak ci, co nie mają się gdzie podziać. Jak taki gość trafi do paki, to może tam zgnić i nikt palcem nie kiwnie. Ale z nami jest inaczej."

– "Z nami jest całkiem inaczej" – powtórzył Lucibus głosem kolejnej postaci. Uśmiechnął się szeroko. – "A dlaczego? Bo…"

Nie było mu przeznaczone dowiedzieć się, dlaczego. Kiedy mycie się skończyło, nadszedł czas na formalności. Lucibus tańczył teraz swinga

Nagle pojawia się jakiś Lucibus, który jest dodatkowo całkowicie niezastępowalny żadnym synonimem. Jak mniemam, to główny bohater, więc skoro pojawia się od pierwszego akapitu, to co stało na przeszkodzie, żeby nazwać go z imienia już wtedy? Jakże prościej byłoby później stosować synonimy na podstawie wprowadzonych po drodze cech. Osobiście nie znoszę takiego bezosobowego wprowadzania postaci i nazywanie ich w przypadkowym momencie później.

Edit: z dalszych fragmentów wynika, że Lucibus to jakieś SI, jednak w zacytowanym jest to kompletnie nieczytelne.

 

W dodatku toczyli ze sobą partie

Wydaje mi się, że toczyć partie w znaczeniu rozgrywać je, można między, a nie ze sobą.

 

 

To były wąskie, szare kamieniczki, które Anonim znał jedynie z lekcji Dziejów, które tłumaczono im w snach.

Nie tym kursem miał płynąć ten okręt.

Może: innym kursem?

 

Woda kapiąca z góry spływała po jego twarzy, zostawiając blade strużki w masce brudnej twarzy.

Strużki mogą być widoczne na masce. Jeśli wnikną wgłąb jej struktury, któż je zobaczy?

 

Kroki stężały wokół niego,

Co to znaczy, że kroki stężały? SJP mi nie podsunął znaczenia, w które mogłaś celować.

 

Anonim leżał wśród spadłych czerwonych liści, a wiatr szumiał w koronach drzew tak wysokich, że spadające z ich koron cienie z pewnością mogły przebić ziemię.

Spadające z koron koron? ;)

 

Wzrok kobiety przemknął przez majaczącą w dolę panoramę miasta.

Dola i dół to nie to samo.

 

kiedy rozewrze palce?Lecz przecież to był dopiero początek, nie koniec.

 

Uf, zmęczyło mnie to opowiadanie. Tak strumień świadomości, jak i elementy absurdu istnieją IMO po to, by wprowadzić w jakimś celu w tekście nieco zamieszania. Mam na myśli raczej dłuższe formy, a 40k zaliczyłbym już do dłuższych opowiadań. Oczywiście istnieją teksty osadzone tylko w tych gatunkach, ale przede wszystkim są krótsze i raczej nie są ze sobą wymieszane – bo powstaje hardkor, jaki poniekąd tutaj zaserwowałaś. Bardzo to wszystko mało czytelne i choć pod względem kwestii technicznych czytało mi się ok, tak treść mnie tłukła po twarzy bez litości, mocniej z każdym kolejnym oderwanym od reszty rozdzialikiem. Choć zagubienie początkowo mi doskwierało konkretnie, dotarł do mnie sens tej historii za sprawą komentarza Wisielca, mianowicie chęć niedopuszczenia do powstania Lucibusa, podróż przez historię i życiorysy bohaterów zwieńczone dotarciem do Gilgamesza. Uważam, że to zbyt prościutki motyw na tak dużą liczbę znaków, dodatkowo niepotrzebnie rozwodniony obraną konwencją.

Początek pachniał Orwellem i w sumie mnie zainteresował, mimo że nie wszystko ogarniałem, ale kolejne scenki to wyraźny spadek formy. Wszystkie na jedno kopyto, oparte o moralizatorskie, nadęte i nudne monologi niewiadomokogo. “Prościej” nie znaczy “gorzej”, a “naturalniej” to już w ogóle szczyt moich i jak mniemam nie tylko moich, literackich pragnień.

Jak dla mnie trochę przerost formy nad treścią. Pompowanie znaków by sięgnąć limitu IMO nie pomogło, a kto wie, czy w mniejszych rozmiarach tekst nie prezentowałby się lepiej.

Żałuję, że nie mogłem doczytać wczoraj do końca, bo napisałbym pierwszy słowa Cienia – i ja jestem zachwycony. Przejrzałem komentarze i zauważyłem, że tekst wyjątkowo polaryzuje odbiorców, co rozumiem, gusta są różne, a to nie jest byle przystępna historyjka. Nie można jednak temu opowiadaniu odmówić tego, że jest napisane dojrzałym i konsekwentnym stylem, zaś językowe bogactwo budzić może ukłucia zazdrości. Widać, że włożyłeś dużo wysiłku w przygotowanie tego opowiadania i, moim zdaniem, opłacało się i to jak!

Podobały mi się przesiąknięte erotyzmem relacje pomiędzy postaciami. Nie uważam, by tutaj przesadzono i tym bardziej szacunek, jeśli pisałeś te fragmenty “na wyczucie”, jak mówisz. Jak dla mnie wyważenie jest idealne, bo słowami oddałeś namiętności targające bohaterami, nie popadając przy tym w wulgarność.

Sceptycznie podszedłem do grupy bohaterów, których wprowadzono do tekstu wszystkich na raz; myślałem, że się w nich pogubię. Nic takiego nie miało jednak miejsca. Całą paletę barwnych postaci zaangażowałeś do swojej historii, na czele z rewelacyjnym Kleonem pogrążonym w swym romantycznym dramacie i jeszcze lepszym Seleukosem. Liczne postaci nazywały go szalonym, lecz ja odebrałem go jako osobę, to prawda, nieco socjopatyczną, ale na pewno nie szaloną w sensie działającą w amoku, nie kontrolującą swoich czynów. Seleukos wręcz z wyrachowaniem dążył do licznych celów, a ponieważ udowodniono, że najwięksi przywódcy w historii posiadali elementy osobowości socjopatycznej, taki wybór cech charakteru króla IMO dodał mu wiarygodności.

Bardzo mi się podobało. To jedno z lepszych opowiadań, jakie miałem okazję czytać w tym roku na portalu. Prawdziwa czołówka. Drżę o wynik głosowania loży, bo chciałbym, aby Seleukos znalazł się w plebiscycie na opowiadanie roku. Mój miecz w każdym razie masz.

Nie trać nadziei, może koniunktura nie sprzyja, bo akurat właśnie teraz nie ma zapotrzebowania na rynku na tego typu powieść fantasy? Spójrz na Bemik – też długo nie mogła się przebić, a teraz wydaje i wydaje! ;D

Gratuluję publikacji, Marianno! Skoro jednak zdecydowałaś się na publikację tutaj, każdy domyślnie ufa, że dajesz mu do ręki tekst skończony. Jeśli brakuje informacji, które przepadły w redakcji, no to trzeba się liczyć z tym, że nie wszyscy zajrzą do oryginału, by zweryfikowac,co zniknęło.

Lubię w fantastyce bogatą warstwę obyczajową i podobało mi się, że tą obyczajówką opowiadanie stoi. Relacja Tamara-Scott-Eiko z początku tekstu wypadła pełnokrwiście i intrygująco, co przykuło dość skutecznie moją uwagę. Potem nastąpiła jednak akcja z zamianą Eiko-Misza, co już niekoniecznie przypadło mi do gustu. Zabrakło mi wyjaśnień, choć szukałem. Znalazłem tylko krótką wzmiankę w którymś akapicie z rozmowy jakichś postaci, które zastanawiały się “kim dzisiaj będzie doktor Eiko”. Gdyby rozwinąć ten wątek, mógłby wypaść szalenie interesująco, bo mogłaby za to odpowiadać jakaś kosmiczna choroba, paranormalna zdolność Eiko albo coś jeszcze bardziej wykręconego. Tymczasem dostałem bohaterkę, która nagle zaczęła zachowywać się jak upośledzony chłopiec, ba, finał wręcz wskazuje, że nim się stała, a ja nie wiem dlaczego i ta informacyjna dziura mi dość konkretnie uwiera.

Kwestie science mają swoje momenty, jak na przykład akapit z początku opowiadania traktujący o zniszczeniu księżyca Uku. Doceniam walory edukacyjne, a nawet paraedukacyjne, jeśli wymyślona fizyka potrafi zostać rozsądnie umotywowana w tekście, ma to ręce i nogi i po prostu jest wiarygodne. W paru miejscach niestety aspekt science siada; najbardziej mnie ukłuło, gdy narrator mimochodem wspomina, że kopuły w kolonii zbudowano z mozaiki szkła i metalu – czy na pewno szkło, jakie mamy w oknach, zostałoby wykorzystane w takiej budowli?

Czytało mi się bardzo dobrze, ale że warsztat wysokiej klasy, to w przypadku tej autorki nie trzeba powtarzać. Korzystanie jednak z wielu klisz i de facto bardzo mało oryginalnych pomysłów sprawiły, że moja przyjemność z lektury mogłaby być większa.

Łojezu Count mi tyle naopowiadał o tym tekście na piwie, że koniecznie je muszę przeczytać! Tylko że póki co muszę się wygrzebać z lipcowych nominacji po milion znaków każda, ale jeszcze tu wrócę! :D

Coś, o czymś jakimś cudem zapomniał.

 

W kawiarni było ciepło i przytulnie, choć za oknem wciąż padał deszcz. Ulice otulała szarość.

 

Bardzo dobrze mi się to czytało, być może dlatego, że miałem akurat nastrój na odrobinę melancholii i sentymentalizmu, bo nasłuchałem się tego. :p Zostałem kupiony historią o poczuciu winy i poszukiwaniu własnej przeszłości, choć ta moja opuszczona garda w postaci pasującego nastroju, nie zdołała przesłonić paru elementów, których bym się czepnął. Przede wszystkim bym ciął. Może niekoniecznie wątek Ewki, bo to taka cicha bohaterka całej tej historii, być może najbardziej dramatyczna ze wszystkich. Napisałeś mi kiedyś, że próby podkręcania egzaltacji będziesz zawsze aprobować, ale w końcówce ten płacz i wybiegnięcie z sali to jednak IMO przesada. Delikatniejsza reakcja Ewki wypadłaby, według mnie, z większym smakiem. Dłużył mi się również początek, bo motyw konia został przewałkowany co najmniej o jeden raz za dużo i tam też byłoby gdzie ciąć. Ogólnie nie sądzę, by konkursowe 20k to był odpowiedni limit dla tego tekstu, ale okolice 30k, myślę, że byłyby całkiem osiągalne.

Napięcie siada, gdy bardzo jasno sugerujesz, co stało się z Bianką, a potem jedynie to potwierdzasz. Na szczęście końcówka – właśnie z hejtowaną w komentarzach Ewką – wynagradza to. Co prawda uderzeniem nie w zaskoczenie, lecz w emocje, ale poczułem się ukontentowany.

No i fantastyki nie za wiele. Normalnie się tego nie czepiam, bo pomysły bywają różne. Tutaj mamy całą gamę postaci z neurologiczno-psychiatrycznymi dolegliwościami i całą fantastykę równie dobrze można wziąć za omam, a to trochę zabija magię – tak dosłownie, jak w przenośni. Sądzę też, że motyw z utratą pamięci to nieco przeholowany pomysł i zgrabniej wyglądałoby uzupełnianie przez bohatera luk w ciągu wydarzeń, o których zwyczajnie nie mógł mieć pojęcia jako dziecko.

Jeszcze tylko dodam, że myślałem, że szlag mnie trafi od stężenia wielokropków w pierwszej połowie opowiadania. Na szczęście później ich ubyło.

I ciekawe, czy prędzej świnie pofruną, czy może Finklę wzruszy jakiś portalowy tekst. ;D

Tekst nie musi mieć wpisanego fragmentu reprezentatywnego, ponadto pomimo obejścia anonimowości trochę naokoło notką na głównej, w poczekalni tekst nadal będzie anonimowy. Innymi słowy, jeśli autor dobrowolnie się nie przedstawi, to nikt na siłę piórka mu wpychać nie będzie.

Loża nie będzie brała pod uwagę nominacji dla tekstów opublikowanych przez Autorów Anonimowych, jeżeli nie ujawnią się oni do końca piątego dnia następnego miesiąca.

Agituj, panie Marasie, za odanonimowieniem, bo inaczej z nominacji nici. :<

Sensownie wyjaśniłeś trapiące mnie kwestie, Wisielcze, zatem klikam. :)

Cóż. O seksie trzeba pisać albo dosłownie i wychodzi porno albo w wysublimowany, wręcz poetycki sposób, by uniknąć banału. To już było tyle razy, że naprawdę łatwo wpaść w śmieszność. Tu się niestety nie udało.

 

Czułem ciepłą wilgotność naszych włosów łonowych.

Tu się zaśmiałem.

 

Jej szczęki zacisnęły się kurczowo.

To brzmi, jakby Alfia była jakimś owadem, mającym żuwaczki. Szczęka to kość od górnej wargi do czoła, a żuchwa – od dolnej wargi do głowy. Nie sposób zaciskać kości, więc Alfia najpewniej zacisnęła zęby.

 

Nie rozumiem, dlaczego w połowie tekstu narracja zmienia się z pierwszoosobowej na trzecioosobową. Fabularnie – nihil novi sub sole. Do przeczytania i zapomnienia raczej.

 

Bezoka istota zbliżyła się do urządzenia. Rdza, wilgoć i upływ czasu stopiły starożytną maszynę ze skałą. Kultury siarkowych bakterii zaściełały podłoże łatami brudnej żółci.

Antyczne sensory uchwyciły ruch intruza. Przebudzona aparatura ziewnęła buczeniem generatorów.

Nigdy nie czytałem Lovecrafta, ale czy on tak pisze? Pięć zdań o identycznej konstrukcji obok siebie? Koszmarnie to wygląda – i to jeszcze w otwierających akapitach.

 

Specjaliści z IAA obliczyli, że kometa uderzy w księżyc

Jeśli chodzi o naturalnego satelitę Ziemi to – Księżyc.

 

Napisane całkiem porządnie i nawet byłbym usatysfakcjonowany lekturą, ale warstwa science jakoś mnie gryzie. Co prawda z fizyki nigdy orłem nie byłem, ale to przecież nie tak, że orbita planety jest jak sznurek, po którym ona lata w kółko, tylko wraz z gwiazdą przyciągają się wzajemnie, więc cóż to musiałoby być za uderzenie komety, które zamiast zwyczajnie tę orbitę zmienić, wypchnęłoby Ziemię hen w kosmos, jednocześnie nie rozwalając jej na pół? :p Do tego ktoś tam pod koniec snuje przypuszczenie, że może kiedyś Ziemia trafi do innej gwiazdy i odzyska siły w jej ekosferze – tylko że do najbliższej nam gwiazdy są ponad cztery lata świetlne, leciałoby się tam cztery lata, lecąc z prędkością światła, a przecież Ziemia mogła zostać wybita w którąkolwiek stronę. Czyli nim ta biedna planeta gdziekolwiek by doleciała, zamieniłaby się najpewniej w lodowy kamulec, bo procesy geotermalne na bank by ustały, pozbawione ciepła Słońca.

Temat na pewno do dyskusji i chętnie zobaczyłbym, co ktoś znający się na rzeczy ma na ten temat do powiedzenia. Niemniej czytało mi się nieźle.

Zmęczył mnie ten tekst IMO konkretnym ekspozycyjnym błędem na samym początku, kiedy wprowadziłaś mnóstwo postaci na raz, przez co wszystkie zlały mi się w jedno. Powtórzę też chyba za Reg, że historyczne smaczki to łakomy kąsek, ale z pewnością nie dla wszystkich. Napisane porządnie, tylko chyba po prostu nie jestem targetem tego typu tematyki. :<

Dołeczki Wenus? ;) To chyba miejsce przyczepu mięśnia szerokiego grzbietu (nie jestem pewien polskiej nazwy – latissimus dorsi w każdym razie) do kości miednicy, chyba grzebienia biodrowego. Widać to u ludzi szczupłych. Ale czy samo w sobie ma swoją anatomiczną nazwę, to szczerze mówiąc, nie spotkałem się.

Nie powiedziałbym, że tekst jest męski. Bardziej pasuje mi słowo “samczy”. Opis szczania do kibla czy napomknięcie o puszczaniu bąka to IMO zbędne zapychacze miejsca, które nie wiem jaką funkcję miały tu pełnić, bo bizzaro to to nie jest. Niemniej chociaż bohater kreuje się na prostackiego ziemniaka, to jest w nim trochę uczuć – i nawet jeśli się ich wstydzi, karcąc się, nazywając się pedałem – to one stanowią siłę tego opowiadania. Znalazłem kilka całkiem ciekawych myśli, do tego lekkie pióro. Podobało mi się.

Kate też lubię za to, że jest właśnie tajemnicza. I to nie wina Dziaka, że scenarzyści zlewają research, ale to taki typowy “praworządny dobry”, że aż mnie mdli. :p

Jak tak go oglądam po latach, to widzę trochę niedoróbek – jak w większości bardzo jednowymiarowe postaci, czy jednak ciut za bardzo rozwleczona akcja. Ale tajemnice wyspy wymiatają bezapelacyjnie!

Właśnie obejrzałem odcinek, w którym jakieś bobo porwało Shannon, później pokazali jej zwłoki i zrozpaczonego nad nimi brata, a dwie sceny później Shannon chodzi po obozie, a wytłumaczenie tej sytuacji brzmi: braciszku, przywidziało ci się. XD

Jako komedia nieźle się sprawdza – ledwie parę odcinków minęło, a DZIAK zdążył reanimować delikwenta tłukąc go pięścią w mostek a także trzasnąć defibrylację na asystolii. :D

Dzięki za komentarz, Rosso. Na ważną rzecz zwróciłaś uwagę. Niektórzy pisali, że dla nich finał za mocny, ale choć może trudno w to uwierzyć, to niemal kalka prawdziwej sytuacji. Polaków za granicą łatwo poznać. :/

Dotyk i nacisk to dwa różne rodzaje czucia, ale to, co je łączy, to że mają swoje receptory w skórze. Jeśli delikwent ma rozległą bliznę, czyli skóra jest zniszczona, to w tym miejscu nie poczuje ani dotyku, ani nacisku. Co do zdrowej skóry otaczającej bliznę – racja, wrażliwość jak najbardziej pozostaje. Ale tkanki leżące pod skórą posiadają tylko receptory czucia bólu z paroma wyjątkami, lecz z całą pewnością receptorów dotyku nie ma wszędzie.

Efekty dźwiękowe czapki z głów. To naprawdę robi sporą robotę – duszny klimat łodzi podwodnej oddany rewelacyjnie. Z aktorów świetnie wypadli pani doktor na stacji, Lotan i asystent pani doktor. Ten ostatni, choć powiedział tylko trzy słowa, to jakoś mnie ujął swoją grą. :)

Nie jestem pewien co do głosu narratorki. W głowie miałem poprzedni bonus, w którym ta aktorka wcieliła się w postać bodajże alter ego Reg i w Encephalodusie brzmiała bardzo podobnie. Ale szło się przyzwyczaić. Bardziej mnie zmartwiło, że na jej narracja wypadła zbyt monotonnie, zwłaszcza w tym długim fragmencie bez dialogów.

Całość jednak wypada imponująco i obiecująco.

– Macie cały domy.

 

Aż mi się przypomniały klasyki z dawnych lat – “Gęsia skórka” i nieco mniej znane “Czy boisz się ciemności?”. Zdaje się, że nawet czas akcji się pokrywa, bo zważając na grającego w gry Krzyśka i brak powszechnych smartfonów czy tabletów, wnioskuję, że rzecz się dzieje w latach dziewięćdziesiątych, ewentualnie dwutysięcznych. Bardzo podoba mi się też Twój styl, bo choć dość prosty, pozbawiony większych słowotrysków, to fajnie się sprawdza przy budowaniu nastroju. Aż przypomniał mi się “Dom na końcu ulicy” Twojego autorstwa, który czytałem jako jeden z pierwszych tekstów na forum i który również bardzo mi się podobał.

Mam jednak parę zarzutów. W takim mariażu horroru i opowieści niesamowitej straszy przede wszystkim zaskoczenie. A Ty prezentujesz paskudną manierę, świadomego, bądź też nie, zapowiadania, co nastąpi. Głos w radiu mówi, że gość odwiedzi dom któregoś słuchacza i oczywiście odwiedza paczkę bohaterów. Ania znika i oczywiście łapie ją stwór. Samo zapowiadanie nie jest niczym złym, wręcz łatwo je przekuć w atut, zwyczajnie burząc wyobrażenie czytelnika na temat tego, co ma nastąpić. Ale tutaj wszystko szło jak po sznurku. Nie pomogły sceny-zapychacze, odwlekające zapowiadane wydarzenia: gość siedzi w szafie? Nie, to tylko garnitur. Gość lezie ulicą? Nie, to tylko ćma. IMO takie zabiegi szkodzą klimatowi grozy, który nie był zły, ale też mnie nie powalił.

Tak czy siak, pomysł na serię opowiadań związanych z radiem uważam za ciekawy. Zdecydowanie powinieneś spróbować coś podziałać na tym polu.

Dzięki za komentarz, Darconie! Wybacz, że odpowiadam z poślizgiem. W sumie mi też najbardziej podoba się początek. Potem czas już gonił, nie było kiedy dokładnie wszystkiego przemyśleć. Nie usprawiedliwiam się! Wyciągam wnioski na przyszłość. :)

Trzymaj się!

Master rozbił bank jai Bella rok temu, rośnie nam faworyt w rocznym plebiscycie! Gratulacje dla wszystkich, pięknie w tym miesiacu obrodziło.

Bardzo dobrze napisane opowiadanie oparte na szalenie interesującej koncepcji. Count mnie tu ściągnął, kusząc piórkową jakością i cóż, na wielu poziomach ten tekst z pewnością piórkowy jest. Sam gdzieś za połową poczułem te “piórko vibes”. Ale ostatecznie Count do piórka nie nominował, a i ja mocno się waham. Powodów jest kilka.

Zabrakło mi pewnej jasności przekazu, a może skróty myślowe, które stosowałaś, mogły mnie przerosnąć. Parokrotnie musiałem się wracać o 2-3 akapity, bo nie ogarniałem, co się właściwie stało. Nie wiem, czy wszystko zrozumiałem, ale po świecie zdają się chodzić osoby, które są ludźmi tylko z pozoru, a tak naprawdę są kontrolowane przez kosmiczne nie wiadomo co? Sanda jest podejrzewana o bycie taką osobą, a para głównych bohaterów jest w pewien sposób niewrażliwa na dźwięki piszczałki, bo zachodzi w nich tytułowy dysonans. Składanie tej wersji wydarzeń zajęło mi chwilę, a i tak mam w niej dziurę, bo nie wiem, kim jest i czego chce facet z piszczałką. Jeśli interpretuję poprawnie, to historia bardzo przypomina mi “Intruza” S.Meyer – całe szczęście, że nam oszczędziłaś miłosnego trójkąta między ludźmi i galaretkami. ;)

Pod kątem słuchowiska. Masz fragment, w którym >coś< przylatuje na Ziemię i panuje wtedy absolutna cisza, za to pełno jest drgań i innych doznań sensorycznych. Trochę mi się to rozjeżdża z ideą słuchowiska. Nie jest to też tekst lekki, jak już mówiłem, parokrotnie musiałem się cofać, a przy nagraniu taki zabieg byłby niewygodny. Sam nie wiem, mam wątpliwości. Wydaje mi się, że ta historia może wypadać lepiej w wersji pisanej.

Bardzo fajne dialogi, swoją drogą, takie naturalne. Tak między żywymi postaciami, jak i między głosami w głowach. Tylko tutaj pojawia się kolejny problem. Może to epicka historia o dwójce młodych ludzi, na swój sposób próbujących uratować ludzkość przed inwazją obcych. A może to tylko spotkanie dwóch schizofreników. Sprowadzenie fantastyki do głosów w głowie i takiej niepewności, czy coś faktycznie zaistniało, czy nie, to zagranie, którego nie lubię, bo przypomina mi klasyczne “a potem się obudzili” w ostatnim akapicie.

Chciałem poczytać interpretacje innych czytelników, ale wiele w komentarzach jeszcze nie ma. :< Dlatego klikam, może ściągnę tym kogoś jeszcze i jakaś dyskusja się wywiąże.

Powodzenia w konkursie!

Bardzo dobrze mi się to czytało, ale to nic nowego. Postaci tak i tu, jak i w “Ostatniej żonie” wspominają o jakiejś historii z wilkołakami – czy jest ona spisana i dostępna tu na forum?

Nisze, bo gatunki zajmują nisze. Taki biologiczny slang.

Cieszę się, że chociaż dostarczyłem powodu do śmiechu, nawet jeśli nie do końca takie było moje zamierzenie. XD

Kobieta naciągała stanik w bólach, bo taka była napruta, że nie wiedziała, gdzie przód, a gdzie tył. :<

Dzięki za komentarz!

Szanowna autorka mogla poczekać parę godzin, to by mi w dyżur wpadła. A tak – musi czekać na lepsze czasy. :p

wyjął z kieszeni buteleczkę, przytknął ją do ust nieprzytomnej kobiety i wlał w nie połowę zawartości. Przytrzymał jej szczękę aż do momentu, w którym był pewien, że kobieta przełknęła lekarstwo.

Nieprzytomni ludzie nie przełykają. Wlewając jej tak na chama specyfik, pan doktor mógł wywołać co najwyżej zapalenie płuc. Do tego trzymał jej szczękę, czyli fragment twarzy od ust w górę i nie wiem jak to mu pomogło uniknąć wycieku płynu. Dużo efektywniejsze byłoby przytrzymanie żuchwy. ;)

 

Przybywam ze złotą łopatą w ramach akcji czyszczenia kolejki! Przybywam także kompletnie rekreacyjnie – licząc na świetnie napisaną historię i właśnie to dostałem. Kapitan Asger zasługuje na uwagę i mam nadzieję, że nie przestajesz rozsyłać jego przygód po wydawnictwach.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to wszyscy, łącznie z Liwią, twierdzą, że dziewczyna była cicha, wręcz nudna, a tymczasem wydaje się być całkiem wygadana, wręcz pyskata i krnąbrna. Ale to pierdoła. Warsztat może ciut bardziej chropowaty niż obecnie, niemniej nie przeszkadza to w lekturze. Za to przejrzałem komentarze i niezły oldskul w nich znalazłem! ;D

Trzymaj się!

Służbowo – jak to brzmi. XD

 

Przykro mi, droga Wybranietz, odkąd wszystkie po kolei Twoje opka uzyskują nominacje do piórek, charakter naszych wizyt pozostanie taki a nie inny. Ale to chyba nie jest wielki problem. ;D

I mnie się podobało. Tym razem nie poczułem się przytłoczony historyczną otoczką, która wypadła przystępnie i dodawała smaczku. Fabuła jest prościutka, ale przynajmniej jasno wyłuszczona i zrozumiała. Do tego czułem taki eteryczny nastrój unoszący się w tych pałacowych wnętrzach, pomiędzy pokojami i korytarzami. Bardziej rozbudowana i pokomplikowana fabuła dodałaby tylko temu opowiadaniu blasku, a tak – rewelacji nie ma, ale i tak czytało mi się przyjemnie.

Drogie koleżanki lożanki – za grosz w Was nie ma duszy romantyka! Trudno kierować się logiką, gdy do głosu dochodzą uczucia! Łatwo domagać się zdrowego rozsądku, gdy siedzi się w ciepłym fotelu i jedynie czyta – ale postawcie się na miejscu tej biednej dziewczyny, poczujcie jak jej serce krwawi!

Co do tych nieszczęsnych a/Atlantów jestem skłonny się ugiąć i powrzucać te wielkie litery, ale to już po wizycie Cienia i reszty bandy.

Reg, widząc objaśnienie mojego hasła, musiałem objaśniać to objaśnienie, bo nieodgadnionym dla mnie było, czym są zwierzokrzewy. ;D

No tak Liczyłem, że ktoś nielożowy pozna i pozachwyca się razem ze mną nad tą kobyłą, którą przeczytał bez przymusu. :<

Pałeczka Twoja, wykorzystaj ją mądrze! :D

:>

Każdy z ruchów Browna każdego pojedynczego atomu azotu czy tlenu może odegrać w procesie tworzenia nie pośledniejszą rolę niż ta trzepotu owadzich skrzydełek w efekcie motyla.

Przybywam już chyba po wszystkich, ale przynajmniej mogę teraz pogratulować sukcesu w konkursie! :D

Jakiś czas temu, korzystając z nocy muzeów, wybrałem się do Muzeum Śląskiego i wystawa dotycząca dziejów Śląska w XIX i XX wieku najbardziej mnie zainteresowała. To opowiadanie bardzo fajnie się z nią dopełnia. Oczywiście można się tu i ówdzie doczepić, że fantastyki w sumie nie ma, bo jakby te mechy wywalić to nic by nie zostało (a wywalać można śmiało)… Ale pod względem historycznym tekst wypada bardzo sympatycznie i może wręcz niepotrzebnie krzywdziłeś go fantastyką – choć wiem, że specyfika konkursu i samego forum to wymusiła. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Rewelacyjne fotki, swoją drogą!

Tak zachwalacie, że może dam The Expanse drugą szansę. Po rozwiązaniu wątku protomolekuły tak bardzo nic się tam nie działo, że dałem sobie spokój za połową drugiego sezonu. -,-

Iście filmowy tekst, rewelacyjnie napisany. Narracja w czasie teraźniejszym dodała dość oklepanym przecież w literaturze motywom świeżości. W opowiadaniu przewija się dużo naukowych terminów, ale są podane w taki sposób, że nijak nie czułem zagubienia, nawet jeśli na takiej fizyce znam się jak kura na pieprzu. I te wszystkie porównania czy metafory podbawione nauką, ach! Moja ulubiona to chyba porównanie ruchów Browna do efektu motyla.

Mógłbym się czepiać, że nawiązanie akcji jest odrobinę zbyt powolne albo że kompletnie olałeś pozostałych członków załogi w finale, chociaż bardzo byłem ciekaw ich reakcji. Nie zrobię tego, bo to czysto subiektywne odczucia. Tekst jest na poziomie drukowalności, czytało mi się to jak dobrą książkę i mogę tylko sobie życzyć, że podzielisz się z nami jeszcze w przyszłości podobnymi perełkami, Master-of-orion. :)

Hm, myślałem, że wyłożyłem to jasno, ale mogę dorzucić parę zdań na pw, żeby nie narzucać innym jedynej słusznej interpretacji – jeśli tylko masz ochotę. :)

Cholera, a z tego mirażu byłem taki zadowolony. :<

Dzięki za opinię, El Lobo! Myślę, że zarzuty co do pośpiechu są w pełni zasłużone, ale naprawdę chciałem wziąć udział w tym konkursie, bo hasło trafiło mi się fajne. Nie ma co się usprawiedliwiać – następnym razem będzie lepiej!

Ebbing albo "Call me by your name”, zdecydowanie! A atlanci to nazwa mieszkańców miasta, a nie rasy, dlatego zdecydowałem się na zapis z małej. Dzięki za komentarz.

Dziękuję za komentarz, Drakaino. :)

Wulgaryzmy jak najbardziej miały być po polsku. W ostatniej scenie spotykają się napruci turyści z Polski i hiszpańscy policjanci, a jedni drugich ni w ząb nie rozumieją. W sumie racja z tą Maderą, ale Kanary jakoś pierwsze mi wpadły do głowy… Nad babolami przysiądę po ogłoszeniu wyników.

Porządnie napisane, chociaż nie sądzę, by ten tekst został ze mną na dłużej. Narrację odebrałem jako ulotną, taką na granicy tolerancji, jeśli o mnie chodzi, by ogarniać, co się właściwie dzieje. Po zobaczeniu obrazków wszystko faktycznie złożyło się w całość, ale przedtem towarzyszyła mi raczej irytacja, niż przyjemność z lektury. Nie jestem również pewien, czy bez obrazów szort by się bronił. Obawiam się, że mogłoby być zbyt nieczytelnie.

Niemniej postać Neka bardzo dobra i fajnie przedstawiłaś jego niemoc, wewnętrzną walkę z samym sobą.

Był najlepszy, ale jak każdy człowiek[+,] miał swoje ograniczenia.

Postawiłbym tu przecinek, bo bez niego wygląda, jakby każdy człowiek miał swoje ograniczenia, a chodzi przecież o głównego bohatera (tutaj: podmiot domyślny).

 

Bez szczególnych refleksji pozostawił mnie ten szort. Podobała mi się chłodna, dość beznamiętna narracja prowadzona z perspektywy maszyny. Nie podobała mi się rozmowa z Dorotą, bo zajechało łopatologią. Nie rozumiem też, po co robotowi te wszystkie organy. Cały czas myślałem, że gdy jego twórca i on sam mówili o mózgu, chodziło o jakiś procesor, lecz gdy bohater w finale wszczepił sobie, nie wiem po co, serce, to zgłupiałem. Przecież takie organy stanowiłyby jedynie słabe punkty konstrukcji robota. Potem pomyślałem, że bohater to być może człowiek, który dobrowolnie przeistoczył się w maszynę, by pozbywając się uczuć, zostać – w swoim mniemaniu – medykiem doskonałym, ale i ten trop się urwał, bo postać powinna dążyć do usuwania z ciała narządów, a nie wszczepiania ich sobie.

Z finału wynika, że bohater poczuł się bardziej ludzko, bo poczuł nienawiść. No dobra. Tylko że nie kupuję tego jak do tego doszło. Motyw ze wszczepianiem narządów pozostał dla mnie niezrozumiały, bo bez ciała powinny obumrzeć, a jeśli sanitariusz posiadał zdolność podtrzymywania ich przy życiu, to chciałbym dowiedzieć się, dlaczego ją posiadał.

Hoho, ile gości!

Zarzuty o przesadę w finale przyjmuję na klatę, ale przyznam, że chciałem, żeby było dobitnie i jestem zadowolony z efektu. Jeśli Wasze uwagi dotyczą wyłącznie osobistych preferencji, a nie na przykład technicznego wykonania, to cieszę się i w sumie mogę obiecać, że prędko podobnego rozwiązania u mnie nie doświadczycie (bo już je wykorzystałem tutaj ;).

 

@Count – masz rację, chodziło mi o katastrofę ekologiczną. Ludzie dowiedzieli się, gdzie leży Atlantyda i chcieli ją wysadzić, ale ojej, okazało się, że miasto leży na złożach ropy i zaorało się samo. :<

 

@Wybranietz – ciiii! Osiem minut tu kupa czasu na korektę! ;D

 

@ninedin – śmierć głównej bohaterki to takie preludium tego, co stało się wieki później. Szybka śmierć podkreśla kruchość życia.

 

Dzięki za komentarze, fajnie, że nie ma dramatu. :)

Jako świeżynka nie ogarniałem do końca jak działa nominowanie do piórek, ale wówczas lożownik PsychoFish uprzejmie mi wyjaśnił, o co biega. Teraz, dwa lata później, role się odwróciły, choć nie wiem, czy do końca dobrze się stało. Tymczasem postaram się napisać cokolwiek mądrego.

Gdy konkurs wiedźmiński hulał na forum w najlepsze, miałem ten komfort, że mogłem sobie darować czytanie tych nawiązujących do Geralta opowiadań, nawet jeśli nierzadko uzyskiwały nominację do piórka. Moja niechęć do tych tekstów nie brała się z awersji do wiedźmina jako takiego, bo nawet lubię to uniwersum, ale odrzucała mnie idea pisania, w gruncie rzeczy, fanficów. Z całego tego przedsięwzięcia powstała książka, na okładce której nie ma nazwiska innego niż Sapkowski ani słowa napomknięcia, że to antologia. Taki trochę bait wyszedł z szukaniem ghostwriterów dla przygasającej gwiazdy i nie do końca mi się to spodobało.

Nie oceniam autorów biorących się za fanfiki, niech każdy pisze, co mu sprawia przyjemność. Dla mnie to trochę strata czasu i energii, które można by wykorzystać na rozwinięcie jakiejś własnej koncepcji. Oczywiście – kuszące jest korzystanie ze znanego wielu środowiska, czy sieci powiązań i odniesień, ale, no nie wiem, dusiłbym się w takiej konwencji, bo oryginału nigdy przecież nie zastąpię.

 

Dobra, wylałem żale, a tu przecież o opowiadaniu miałem pisać. ;)

Pierwsza połowa faktycznie wyszła bardzo sapkowska. Pokusiłbym się nawet, że nie do odróżnienia od oryginału – co w kontekście konkursu jest niemałą zaletą, jak mniemam, skoro szukano klonów tego, czego pan Andrzej, zdaje się, już nie potrafi.

Jednak im dalej w tekst, tym wszystko się jakoś rozjeżdża i siada. Przyczyn widzę kilka. Parę głównych bohaterów odebrałem jako nijakich i bardzo do siebie podobnych. Ponadto gdzieś do połowy byłem przekonany, że obaj są gnomami. Z błędu wyprowadziła mnie dopiero scena, w której wieśniak nie chciał podać ręki tylko jednemu z nich. Myślę, że tutaj pomogłyby bogatsze didaskalia, o czym wspomniał już Cobold. Dalej – pierwsza połowa opowiadania wypada wiedźmińsko właśnie dlatego, że pierwsze skrzypce odgrywa rasizm, stygmatyzacja, relacje międzyosobnicze. Nie potrzeba postaci wiedźmina, by to pokazać, co udało Ci się całkiem zgrabnie. Potem ma miejsce akcja z szukaniem skarbu, wyskakuje wilkołak, wiedźma… Cały wiedźmiński klimat zaciera się, z jego świata zostają co najwyżej nazwy własne, a ja odniosłem wrażenie, że to mogłoby być jakiekolwiek inne fantasy i mało kto posądziłby Sapkowskiego o autorstwo drugiej części “Trucizny”.

Jak dla mnie nierówno, a tematyka raczej mnie odpychająca, nie poprawiła moich wrażeń. Czyta się Ciebie bardzo dobrze, ale zwyczajnie myślę, że lepiej powracać z oryginalnymi historiami.

Hm. Proponowana przez Ciebie wersja też by zagrała, ale wszystko wypadłoby wtedy tak… standardowo? Miło, że wpadłaś, Śniąca. :)

Wtrącę się. Po lekturze zinterpretowałem tekst podobnie jak Cobold i bardzo spodobała mi się ta koncepcja. Później, przeglądając komentarze, coś tam mi mignęło, że autorka tłumaczy wydarzenia inaczej, niż ja je widzę i po prostu darowałem sobie ich dalsze czytanie. Co jest złego w różnym interpretowaniu dzieła? Mnogość znaczeń to przecież wręcz zaleta. Na Twoim miejscu, Wybranietz, cieszyłbym się, jeśli czytelnicy odkrywaliby nowe znaczenia w Twojej twórczości, nawet jeśli nie do końca byłyby one początkowo zamierzone. Tekst też trzeba umieć trochę sprzedać. Wykładanie przez autora kawa na ławę twórczych intencji w komentarzach to nie jest najlepszy pomysł, bo zabierając miejsce niedopowiedzeniom, odbiera się czytelnikowi samodzielność i sporo satysfakcji z lektury.

Ach, “Kształt wody” polecam! Moja wersja jest trochę na opak tego, co działo się z filmie, ale scenografia faktycznie podobna. Powiem tylko, że odebrałaś szorta – łącznie z finałową sceną – dokładnie tak, jak zamierzyłem. :>

Dzięki za wizytę!

Dzięki za komentarz, Staruchu. :)

Co do bańki – miałem zagwozdkę, czy opisywać jak bohaterka ją konstruuje ze śluzu, uszczelnia, dba o nią, ale stwierdziłem, że to zbyt wiele zbędnych szczegółów i tak jak na słowo musisz mi uwierzyć, że w tamtym oceanie żyli ryboludzie, tak pójdźmy o krok dalej i załóżmy, że potrafili oni takie bańki produkować. :p

O nazwie “atlanci” pierwsze słyszę, ale wygląda faktycznie zgrabniej. W moim przypadku Atlantyda jest miastem, a nie kontynentem, czy krainą, więc – jak krakowianin czy warszawiak – nazwy mieszkańców powinny pozostać małą literą.

Zakończenie natomiast to ukłon w stronę szanownych jurków. W poprzedniej edycji porwałem się na ciepłą, emocjonalną historię i dowiedziałem się, tu cytat: “jak czytam o porodzie to rzygać mi się chce”. Zatem czekam na reakcje tym razem. :D

IMO jak na tak wyśrubowane reguły, liczba głosów wypada zadowalająco. Ja nie zagłosowałem, bo zwyczajnie nie miałem czasu zapoznawać się z 90 opkami po 60k prawie każde. Mógłbym wyłonić pięć z tych, które czytałem, ale kto wie, co pominąłem?

Dzięki za komentarz, Cieniu.

Jesteś bodaj pierwszą osobą, która narzeka na zbyt wiele twistów. Ja tam je lubię, to i wrzuciłem do szorta parę. No ale de gustibus… ;)

Na pytanie o broń Ci nie odpowiem, bo prawdę mówiąc, nawet się nad tym nie zastanawiałem. Kapturek chyba nie mógł spacerować po lesie z giwerą, bo pewnie całą konspirę trafiłby szlag, a że szczęśliwie zaopatrzyła się w broń błyskawiczną, nie miała problemu z błyskawicznym złożeniem jej, tym bardziej, że spodziewała się ślepej staruchy, nie wilkołaka. ;D

Dzięki, Pietrku, za opinię. W sumie dołączasz do chóru czytelników utyskujących na to samo, nie pozostaje mi zatem nic innego niż po raz kolejny odnotować to i tamto. Cieszę się, że znalazłeś pozytywy! Pojedynki na zaklęcia to niezaprzeczalnie najważniejszy element tego opowiadania. :D

Jasne, masz rację. Zwyczajnie warstwa obyczajowa Twojego szorta tak mnie uwiodła, że gdy wpadły mechy, poczułem się lekko rozczarowany. Ot, taki mój spaczony gust. ;)

Panie Marasie, czapki z głów! :) Warsztat, powiedziałbym, drukowalny. Bardzo dobrze mi się to czytało i aż chciałoby się uszczknąć więcej tego świata – tylko przez wzgląd wcale nie na to o czym opowiadasz, ale jak to robisz. Mam wrażenie, że drakoński limit podciął Ci skrzydła i historię, którą mógłbyś jeszcze soczyście pokomplikować, musiałeś uprościć, bo 10k. Szkoda.

Pytanie czy pchanie tutaj na siłę fantastyki ma sens? Czy te mechy są potrzebne? Na potrzeby konkursu – jasna sprawa, jednak abstrahując od niego, wydaję mi się, że wzięcie na bary historycznych realiów solo i zastąpienie światogora powiedzmy oddziałem wrogiej armii wypadłoby naturalniej. Fantastyczna dekoracja nie czyni jeszcze tekstu fantastyką – tutaj, jak dla mnie, trochę za mało.

Jeszcze dwa słowa o postaciach i fabule. Matka! Świetnie zarysowana, ze swoimi rozterkami, bolączkami, racjami. Charakterna kobieta umęczona wojną. Tylko że identyczną postać widziałem w opowiadaniu konkursowym Thargone’a, a kto wie, czy nie znalazłbym i trzeciej takiej, bo tak wiele mechowych szortów znowu nie czytałem. Piję do tego, że dosłowne potraktowanie obrazu, choć kuszące, może okazać się pułapką, bo wiele osób wpadnie na dokładnie ten sam pomysł. Inni bohaterowie zostali przyćmieni osobą matki – dziewczyna zerka za wojakiem, jej brat chce wojakiem zostać, sam wojak przekonuje, że jest dobry i faktycznie okazuje się takim być. Nie ma jak gmatwać historii, bo limit jest jaki jest, to oczekiwałbym przynajmniej nieoczywistych postaci, a tutaj oczywiściej się chyba nie dało.

Na koniec nie rozumiem, co doprowadziło do finału. Dlaczego husarz zostawił konia, skrzydła, lancę i przepadł? Co się z nim stało? Czy rację ma matka, mówiąca, że pewnie zachlał i leży w rowie, a uczynił to tylko po to, by Bronek mógł się dorwać do sprzętu? ;)

Nie tyle zasmuciło, co może trochę rozczarowało? Odkąd Reg wyprowadziła mnie z mojej ignorancji, doceniam, gdy ktoś używa tego wyrażenia poprawnie. Ale skoro mówisz że wielokrotnie powtarzane kłamstwo stało się prawdą, mogę tylko odpowiedzieć – szkoda. :<

Właśnie dorwałem lipcowy numer i oko mi zbielało, albowiem w notce biograficznej na stronie 39 autor bierze polskie legendy "na tapetę". :C

Nowa Fantastyka