Profil użytkownika


komentarze: 64, w dziale opowiadań: 62, opowiadania: 18

Ostatnie sto komentarzy

Witam wszystkich po Świętach:-)

Dziękuję za odwiedziny i uwagi. Błędy poprawiłem, przecinki powstawiałem (lub usunąłem).

Wilku – ta podwójna spacja była niezamierzona, usunąłem. Jeśli jeszcze jakąś dostrzegłeś, napisz. Kiedy zbliżyłem się do granicy 3407 znaków, a właściwie ją przekroczyłem, przyznam, że trochę przeredagowałem, żeby zatrzymać się na 3407. Ale nie za wszelką cenę, dlatego podwójne spacje nie należą do tego zabiegu:-)

Pozdrawiam.

Witam po Świętach ;-)

Irka_Luz – Dziękuję za dobre słowo i pożyteczne uwagi. Na początku wydawało mi się to klarowne dla czytelnika. Według historyków (przynajmniej sporej części siedzącej w temacie ) Krak władał w VII lub VIII wieku, skoro wydarzenia w opowiadaniu mają miejsce ok. 1000 lat później, to jest XVII czy XVIII w. Imiona naszych królów jak też kilka innych faktów wskazują, że mamy tu do czynienia z historią alternatywną. Tyle, że nie jesteś pierwszą osobą, która zwraca na to uwagę. Masz rację, dla czytającego nie jest to tak jasne, mój błąd. Biję się w pierś i obiecuję poprawę w przyszłości;-)

Smok, być może również w dalszej perspektywie byłby bardzo użyteczny, ale władca zdecydował wybrać mniejsze zło. Jego zdaniem mniejsze…

Co do Tarniny… Niektóre jej uwagi są rzeczowe i te starałem się przetworzyć, ale określenia typu:

…nieporządne, niezbyt zgrabne, mało zgrabne, niezgrabne, zbędne, nienaturalne, bałagan, silenie się na dowcip, niewiele się tu trzyma kupy – dla mnie mało konkretne. Gdybym chciał wziąć pod uwagę jej wszystkie sugestie, to moje opowiadanie przestałoby być moim.

 

chalbarczyk – dziękuję za odwiedziny i wskazówki. Mamy dużo opowiadań o smokach, walce z nimi, przygodach, naparzankach;-) Chciałem to przedstawić z punktu widzenia ludzi, którym przyszło się zmierzyć z “problemem”. A że nie zawsze są to ludzie kompetentni, to zmora wszystkich epok. W temacie dialogów, pewnie są do przemyślenia, ale, jak pisałem już Tarninie, ludzie nie zawsze toczą dialogi w sposób poprawny stylistycznie i klarowny dla rozmówcy ;-)

Wielka Schizma Zachodnia to taka moja osobista wycieczka. Może zbędna, ale jakoś nie mogłem się oprzeć;-)

 

Widocznie przespałem te lekcje, jak większość z nas. Na szczęście są nauczyciele z powołania i pasji… A ilu znasz żołnierzy? Szufladkowanie jest najprostszą i jednocześnie najbardziej prymitywną metodą oceniania ludzi.

Witaj.

Przede wszystkim przeanalizowałbym szyk niektórych zdań i przecinki, których brakuje.

 

“ … przeskoczył nad resztkami po odrzwiach” – domyślam się, że chodziło Ci o drzwi. Odrzwia to przestarzałe określenie ościeżnicy, nazywanej przez niektórych futryną. Poza tym samo stwierdzenie – “resztki po odrzwiach”, jakoś nie pasuje.

Pięciu halabardzistów zaatakowało z trzech kierunków na raz… O ile matematycznie nie ma z tym problemu, to jakoś gryzie się ta asymetria ;-)

”…magiczny podmuch wiatru” – jeśli w zamkniętym pomieszczeniu nagle powstaje podmuch wiatru, który powala dorosłych facetów, to raczej jasne, że jest magiczny.

 

Kolejny problem – Antonius, Alchemik, Czarodziej, Arcymag – pogubiłem się w dialogach.

 

“Stał się panem dziejów” – dziwnie tu brzmi, podobnie jak – “omnipotencja”. Przede wszystkim jednak, nie mamy żadnej informacji, dlaczego czarodziej tak bardzo chce zmienić bieg historii, co nim kieruje. 

 

“Niecny uśmieszek wypełzł na twarz alchemika” – gdybym ja chciał kogoś przekonać do swojej wersji zdarzeń, nie uśmiechałbym się “niecnie”.

 

“Ochroniarze znów wybuchli śmiechem” – raczej wybuchnęli. Forma wybuchnęła właściwa jest dla istot żywych (np. publiczność wybuchnęła śmiechem), a krótsza – wybuchła – dla pozostałych rzeczowników (np. wybuchła bombawybuchła wojna).

 

“– Dosyć tego! Zdejmę tę klątwę!” – jaką klątwę..?

 

To że ochroniarze byli ubrani w mundury mogę zrozumieć, ale dlaczego recenzent książki miał na sobie taki sam mundur? I dlaczego ci panowie w taki bezceremonialny sposób wyprosili pisarza z biura…

 

Na koniec. Wychodzi na to, że alchemik posiadał jednak potężną moc, skoro przeniósł czarodzieja do innego świata i na dodatek świata, gdzie magia nie funkcjonuje (?). Dlaczego nie poradził sobie z nim wcześniej..? A dlaczego jako pisarza, a nie, na przykład, pensjonariusza szpitala psychiatrycznego?

To tyle, co mi się rzuciło.

Pozdrawiam.

Tarnina, dziękuję za wszystkie rady. Zastanawiam się, skąd u Ciebie to poczucie monopolu na wszechwiedzę i usilne przekonywanie wszystkich do swoich racji. Zdajesz sobie sprawę, że to męczące?

Nie przemówiło do mnie w żaden sposób. Może przez to, że mam alergię na wszystko, co stylizowane w formie i treści na Pismo Święte (tak to odbieram).

Dlatego, po prostu, nie przejmuj się moją opinią.

Rozumiem aluzję ;-)) 

Trudno nie pisać o smoczym jaju, jeśli pisałem na temat: Uwaga na smoki.

;-))

Irka – słuszna uwaga. Myślałem o krecie, bo cały czas przewija się w opowiadaniu, a napisałem – jeż. Bywa. Dziękuję :-)

Podsumowałaś to dokładnie w tym kierunku, w którym pobiegły moje myśli po przeczytaniu. Nie chciałem tego tak rozwijać, żeby nie było, że nadinterpretuję ;-)

Witaj ponownie.

 

Które konkretnie Ci zgrzytały?

W jakiś sposób jednak trzeba świat zbudować. 

 

Rozumiem budowanie świata, trzeba wprowadzić czytelnika. Ale ja napisałem:

 

Kolejnym “zgrzytem” dla mnie są opisy poszczególnych wydarzeń. Ilość zdań jakie im poświęcasz jest zupełnie nie proporcjonalna do znaczenia jakie odgrywają w tym opowiadaniu.

I dokładnie o to mi chodziło, bez wyrywania z kontekstu. Masz sceny, które właściwie nic nie wnoszą, ot zaistniały i czytelnik przechodzi dalej. Ale poświęcasz im więcej uwagi, niż niektórym scenom, mającym większy wpływ na fabułę.

Ale to moje wrażenie i nie sugeruj się tym;-)

Za dużo opisów, za mało się dzieje. Nie powaliło, bardziej zmęczyło.

Czy dobrze zrozumiałem, że Szymek dążył do konfrontacji z psem i wydłubał mu oko tylko dlatego, że pies-bestia zagryzł mu jeża..? Wiem, spłyciłem, ale tak bym to streścił…

Nie potrzebuję się dowartościować:-) pomimo, że zdaję sobie sprawę, jak każdy rozsądny człowiek – nikt nie jest doskonały.

Co do dialogów, trochę mnie dziwi (nie tylko w Twoim przypadku) że wielu piszących, a zwłaszcza komentujących zakłada, iż ludzie toczący dyskusje w opowiadaniach muszą posługiwać się poprawnym, składnym i rzeczowym językiem. Jako żołnierz zawodowy, oficer, brałem udział w setkach odpraw różnych szczebli (pomimo, że nie jestem “sztabowcem”), zarówno polskich jak i wielonarodowych. I wiem jedno, ludzie właśnie tak dyskutują. Jedni obrazowo, malowniczo, bez konkretów, drudzy rzeczowo, krótko i na temat, inni dosadnie i bezpośrednio, a jeszcze inni, nieskładnie, z lapsusami i nie stylistycznie. Niezależnie od szczegółów przekazywanej wiedzy. To szczególnie może dziwić w wojsku, gdzie każdemu się wydaje, że najważniejsze odprawy trwają 5-10 minut.

Ciekawe i mroczne, można by rzec – klasyczne dark fantasy. Czyta się dobrze. Ciekawa wizja świata, dość poukładana i przemyślana. Opisy miejsc w miarę dopracowane i pobudzające wyobraźnię. To staje w sprzeczności z opisami postaci, które są klasyczne, niemal sztampowe. Intryga oczywista i powielana, przewidywalna. Postać bohatera, pełnego pychy i samouwielbienia, nie pozbawiona wad, stającego w obliczu trudnej drogi oczyszczenia, na końcu której będzie nagroda… Ile razy to już było..?

Kolejnym “zgrzytem” dla mnie są opisy poszczególnych wydarzeń. Ilość zdań jakie im poświęcasz jest zupełnie nie proporcjonalna do znaczenia jakie odgrywają w tym opowiadaniu.

I na końcu, problem wielu opowiadań – kończy się jak fragment rozdziału książki. Co dalej?

Nie sądzę, że jestem wyjątkiem, pod tym względem. Tyle że czytałem Twoje inne opinie i nikomu nie wypisałaś nawet ¼ tego co w moim przypadku. Aż tak źle w porównaniu do innych…?

Tak, warto wiedzieć, co ludzie myślą i jak odbierają to, co się napisało. Jeśli zatem zdecydowana większość, jak do tej pory, wypowiada się pozytywnie, to zakładam, że nie przez wrodzoną delikatność i kurtuazję, ale po prostu dlatego, że się spodobało. W mniejszym czy większym stopniu. Rozumiem poprawianie błędów. Nie mniej, kiedy pokuszę się o komentarz pod czyimś opowiadaniem, piszę co mi pasowało a co mi zgrzyta, z mojego punktu widzenia. Daleki jestem od sugerowania -napisz tak i tak, bo ja tak uważam. Sugestie Ślimaka były rzeczowe i warte wyjaśnienia, ale Twoje, wspomniane wcześniej, sformułowania:

…nieporządne, niezbyt zgrabne, mało zgrabne, niezgrabne, zbędne, nienaturalne, bałagan, silenie się na dowcip itd. niczego nie wnoszą. I tyle.

Witam ponownie. 

Rozumiem happy end przy historiach humorystycznych, ale mi bardziej chodziło o samą zagadkę kryminalną, jak również zakończenie powtarzane w wielu kryminałach – coś do siebie czują, ale muszą się rozstać dlatego, że… no właśnie – dlaczego?? tu akurat konflikt międzygatunkowy. OK. przyjąłem;-)

Grząski grunt ;-) Tak, odgłos laserów i wybuchy w kosmosie, że o kolorach silników nie wspomnę ;-) Przyznasz jednak, że lekko zachwiane proporcje pomiędzy, na przykład, Judy Hops a jej szefem Bogo, który jest Bawołem nie są aż tak znaczące, jak pomiędzy żabą i mrówką:-))

Moje uwagi nie mają jednak wpływu na atrakcyjność opowiadania ;-)

Pozdrawiam serdecznie.

Bardzo mroczne (ale znośnie), ponure i niezwykle emocjonalne. Wciągnęło.

Nie mniej jednak, parę rzeczy mi “zgrzytało”. Nie czytałem innych komentarzy, żeby się nie sugerować, więc mogę się powtarzać. Nie bardzo rozumiem, kiedy Laserian zdążył, pomiędzy ucieczką przed sądem a krótkim(?) kursem na latarnika, poznać i rozkochać w sobie Annę do tego stopnia, że bezrefleksyjnie zdecydowała się zamieszkać na pustkowiu i spędzić z nim resztę życia. I tu drugi problem, nie wierzę, że mógłby tak szybko i bezkolizyjnie przeobrazić się, ze zwyrodnialca, który znęcał się fizycznie i psychicznie nad swoją partnerką w czułego, delikatnego i kochającego faceta. Niemożliwe. To tak nie działa. Sama forma “ucieczki” też dość dziwna. Rozumiem, że sceneria pasowała do fabuły opowiadania, ale łatwiej jest zaszyć się w szarym tłumie innego, dużego miasta, niż na małym pustkowiu, gdzie wszyscy znają się jak łyse konie, i trudno pozostać bezimiennym, szczególnie jako nowy. Trochę brakuje mi opisu tego drugiego świata. i w tym temacie kolejny zgrzyt. W finałowej scenie, podczas konfrontacji dwóch wcieleń, okazuje się, że “tamten” Lasarian wiedział o “tym” wszystko, łącznie z najmroczniejszymi stanami umysłu, podczas gdy “ten” coś tam kojarzył, poprzez sny, ale właściwie nie do końca wiedział. To rodzi niejasność, jak te światy korelowały. 

Zakończenie przewidywalne. Na koniec dygresja. Samo nazwisko Laserian kojarzy mi się w sposób bezpośredni z Yossarianem “Paragraf 22” ;-))

Pomimo uwag, przeczytałem z zainteresowaniem.

Z jednej strony ciekawa wizja świata zwierzaków, zabawna gra słów i sporo pracy nad opisami, zarówno postaci jak i miejsc – to na plus.

Minus – historia dość przewidywalna, sztampowa, przydługa, i od początku wiadomo jak się skończy. Przy opisie bohaterów gryzły mi się proporcje między zwierzakami, że o relacjach międzyludzkich (ups…) między zwierzęcych nie wspomnę… z akcentem na bliższe relacje ;-) Nie bardzo rozumiem, jak te same “bezrobotne” mogą być palone przez mrówki jak i żabę, znów proporcje. Aha, proca nie może mieć kalibru, kaliber, ewentualnie, mogą mieć kamienie. No i walutę też bym przemyślał, może jakąś bardziej uniwersalną. Nie wszystkie zwierzęta są zainteresowane miodem, niezależnie od konsystencji.

Ogólnie zabawna historia, szybko się czytało, a czasem i uśmiechnęło, szczególnie przy stylach walki;-)

Silvan – dziękuję. Tu już nie będę poprawiał, ale w przyszłości na pewno wezmę to pod uwagę.

Irka_Luz – Starałem się, żeby wyszło to naturalnie i zabawnie (sposób mówienia Centuriona) ale jednocześnie nie chciałem przekroczyć cienkiej granicy, po której stałoby się karykaturalne i sztuczne. Mam nadzieję, że się udało. Żołnierze, wiem z doświadczenia, mają bardzo prosty i praktyczny sposób postrzegania świata, który można streścić słowami – jak się nie da rozpieprzyć, użyj większego kalibru ;-)

Końcowa myśl maga wpadła jakoś sama, w trakcie pisania;-)

 

Silvan – zarówno “widze” jak i “moge” i kilka innych – zabieg celowy ;-)

 

Bardzo się cieszę, że mimo błędów i zgrzytów, podobało się :-))

Tarnina – dziękuję za odwiedziny. Twoja wnikliwa analiza w pewnym momencie przestaje być analizą, a zaczyna narzucać autorowi zmianę tekstu, żeby Tobie się się spodobało. Tyle, że moim zdaniem nie musi. 

…nieporządne, niezbyt zgrabne, mało zgrabne, niezgrabne, zbędne, nienaturalne, bałagan, silenie się na dowcip, niewiele się tu trzyma kupy – to sformułowania przeważające w Twojej opinii, bardzo subiektywne. Nie liczyłem, ale elaborat który napisałaś, oceniając mój tekst, ma chyba więcej znaków niż samo opowiadanie. Nie wiem, z jakiego powodu tak bardzo “pochyliłaś” się nad tym tekstem. Pokusiłaś się nawet o przeanalizowanie komentarzy. Jakaś osobista niechęć, czy tak po prostu..?

I na koniec:

Ale musisz nas tym lać po głowach?

Nie muszę. Ale chyba na tym to polega, opowiadania, które piszemy wyrażają nas, nasze opinie, poglądy, naszą wizję. Ja nie muszę pisać, tak samo jak Tobie nie musi się podobać.

Dziękuję wszystkim za odwiedziny i cieszę się, że moje spojrzenie na “kamień” rozbawiło Was i zaskoczyło, taki był cel ;-))

oidrin – dziękuję podwójnie ;-)

Asylum – wskazówki i sugestie przeanalizowałem, co trzeba poprawiłem;-) A przede wszystkim wdzięcznym ci o Pani za trud pracy jaki wykonałaś, pochylając się nad moim tekstem.

Masz rację, trochę za mało smoka. Jak pisałem w komentarzu gdzieś wyżej, początkowo smok miał większą rolę do zagrania, ale ostatecznie zdecydowałem (częściowo z powodu limitu, częściowo w wyniku przemyśleń), że smok będzie raczej tłem wydarzeń, a jednocześnie “problemem” z jakim się zderzyli.

Co do Imperium Lechickiego, nie trzeba znać dziejów, ponieważ tu postawiłem na historię alternatywną. 

Jeszcze raz dziękuję.

homar – ja też, całe mnóstwo ;-)

 

Asylum – dziękuję za odwiedziny i budującą opinię :-)

 

PanDomingo – zapis niektórych słów centuriona celowo jest “spłaszczony”.

 

Jeśli chodzi o szyki zdań, to zależy od tego, co chce się zaakcentować. Na przykład, w stwierdzeniu:

“…Znów za głośno zakomenderował Gurdus. “ – akcentowałem, że celowo wydzierał się przy magu, a czy zakomenderował, rzucił rozkaz, czy polecił – ma znaczenie drugorzędne.

 

Ale również chętnie posłucham opinii specjalistów ;-)

 

 

Dziękuję wszystkim za odwiedziny i komentarze.

Outta Sewer – wiem o czym mówisz, ponieważ był czas kiedy dowodziłem ponad setką żołnierzy. Dlatego też wiele razy "zderzałem się" z ich pomysłami, czy "racjonalizatorskimi" rozwiązaniami :-)

Bruce – cieszę się, że historia się podobała. No cóż, to chyba marzenie każdego poddanego – mieć dobrego i mądrego króla. Z drugiej strony, w tym “politycznym oborniku” bez mądrych władców długo to Imperium by nie pociągnęło:-)) Imiona były przemyślane, musiały brzmieć słowiańsko, zgodnie z tradycją, ale też miały wyrażać osoby i ich cechy.

 

Koala75 – dziękuję za odwiedziny. Nie wiem, czy lubię smoki, ale na pewno mają potencjał:-))

 

 

Ślimaku Zagłady…

Nie, nie uraziłeś mnie… Może trochę zmęczyłeś, ale nie uraziłeś:-)

A teraz się rozpiszę, uważam jednak, że niektóre zagadnienia warto wyjaśnić. Ot chociażby, żeby nie wyszło, że się obraziłem:-)

Mógłbym rozwinąć wątek przyczyn, dlaczego Imperium Lechickie poszło w tym, a nie innym kierunku rozwoju, ale zamiast opowiadania powstałby esej, który zapewne znudziłby większość czytających. Akurat w naszych dziejach jest wiele momentów, które mogą stanowić podstawę dla rozwinięcia historii alternatywnej. Kilka z tych momentów miało też istotny wpływ na kierunek, w jakim podążyła historia Europy, jak chociażby Bitwa pod Wiedniem. Swego czasu napisałem książkę (póki co, leży w szufladzie) w której rozwijam teorię, co by było, gdybyśmy w 1938 roku podpisali sojusz z III Rzeszą. Ale to książka, ilość stronic pozwala mi na rozwinięcie i wyjaśnienie swojej teorii. 

W moim opowiadaniu władcy mają starosłowiańskie imiona, bo taka jest tam tradycja, z dziada-pradziada.

I nurtujące mnie pytanie, gdzie dostrzegasz tą przytaczaną kaczkę? Opisałem Imperium Lechitów na ile było mi to potrzebne do rozwinięcia wątku ze smokiem, resztę pozostawiłem dla wyobraźni czytających. Nie mam tu miejsca, ale też i potrzeby na drążenie tego tematu, bo kierunek rozwoju w jakim poszło wspomniane Imperium nie ma żadnego wpływu na fakt, że natknęli się nagle na poważny problem – smok. I to próba rozwiązania problemu jest właśnie tematem opowiadania.

Spokojnie dźwignęliby sprawę wyżywienia smoka, ale jak ktoś chce uderzyć psa, to zawsze znajdzie kij. Myślę, że król doskonale wie, ile trzeba do wyżywienia armii, ale nie pasuje mu ten smok, jego zdaniem stanowi zagrożenie, szuka zatem pretekstu, żeby się go pozbyć. Czy użył mądrego argumentu..? – przecież to tylko człowiek. Swoją drogą, jeśli jakieś państwo może wystawić 200 tysięczną armię, to wcale nie znaczy, że te 200 tysięcy trzyma w koszarach pod bronią. U nas kiedyś taką instytucją alarmową, jak zapewne wiesz, było Pospolite Ruszenie.

Domyślam się, że jesteś historykiem, lub osobą mocno związaną zawodowo z tym kierunkiem. Z tego powodu zbyt syntetycznie podchodzisz do omawianego zagadnienia. Wiem co mówię. Jestem żołnierzem zawodowym i kiedyś łapałem się na tym, że kiedy inni oglądali filmy wojenne, ja szacowałem, w którym momencie powinna skończyć się amunicja w pistoletach czy karabinach:-)) Przez to umykało mi przesłanie i treść filmu.

Pozdrawiam.

Oidrin – dziękuję za odwiedziny. Masz rację, limit znaków zawsze każe wybierać, co rozwinąć a co jedynie zaznaczyć. Pierwotnie smok miał większą rolę do zagrania, ale w wyniku ograniczeń zdecydowałem, że to zwykli-niezwykli ludzie zmagający się z “problemem” mogą bardziej ubarwić tą historię. Czy był to dobry wybór, czytelnicy ocenią ;-)

A jeśli chodzi o gada, no cóż. Królowi wyraźnie nie pasuje, według niego stanowi zagrożenie. Jeśli zatem nie zginie z ręki (czy też rąk ) wroga, to zajmą się nim swoi, kiedy nie będzie już potrzebny…

Slimaku – tak, w moje głowie powstała taka wizja i w której Imperium Lechickie nie opiera się na strukturze plemienno-rodowej a funkcjonuje w sprawnie rozwiniętym państwie, ze wszystkimi jego strukturami. 

 

“Kiedy dzielimy się z kimś swoją wizją, nie wystarczy, że jest ukształtowana w naszej wyobraźni – trzeba jeszcze wyrazić ją tak, aby zachowała minimum wewnętrznej logiki”  

wyryłem scyzorykiem na swoim biurku, łatwiej zapamiętam…

 

“kompletna nieznajomość realiów historycznych… – na jakiej podstawie, zupełnie mnie nie znając, wysnułeś taki wniosek?

 

“Czytelnik rzadko będzie nastawiony tak przychylnie… – Ty, jak widzę, nie jesteś.

 

 “usilnie doszukiwać się sensu w czymś, co sensu na pierwszy rzut oka nie ma. Założy raczej, że jeżeli coś wygląda jak kaczka, porusza się jak kaczka i kwacze jak kaczka, zapewne jest to kaczka.”

 

Naprawdę?? taka uwaga do opowiadania na portalu NF?? Przecież tu wiele utworów właśnie na tym się opiera, na wyobraźni i założeniu, że jeśli czasem coś wygląda jak kaczka, to wcale nie musi nią być. Zwierzęta nie powinny rozmawiać, krasnoludki, wróżki, elfy i zombiaki nie istnieją, podobnie zresztą jest z UFO i cywilizacjami na innych planetach…. tak, to ma sens.

 

“Poza tym nie musisz przesadnie przejmować się moimi uwagami…

– nie przejmuję się. Na początku sądziłem, że Twoje uwagi będą rzeczowe, teraz widzę, że jest to czepialstwo, dla samej idei czepialstwa. Akurat trafiło na mnie…

Dziękuję za odwiedziny i komentarze:-)

 

Ambush – chciałem, żeby było jak w życiu – i straszno i smieszno :-))

 

Pendrive – ależ ja nie oczerniam smoka, ot ma potrzeby i tyle ;-) To opinia króla, który niekoniecznie musi mieć rację ;-)

No szkoda ziomka, ale co zrobić, taki to górniczy los ;-)

 

Ślimaku – dobrze znam historię, szczególnie naszego Kraju. Tyle, że moje opowiadanie to nie fragment podręcznika historii. To opowiadanie fantastyczne, dodatkowo otagowane – historia alternatywna. Jako autor tych wypocin miałem prawo założyć, że o ile historia zachodniej Europy potoczyła się, mniej więcej, jak ta znana z podręczników, o tyle dzieje środkowej i wschodniej części potoczyły się zgoła inaczej. To dotyczy zarówno wątków dynastycznych Imperium Lechickiego, jak i ekspansji Tureckiej na Bałkanach.

Wydarzenia w tym opowiadaniu toczą się około tysiąc lat po śmierci króla Kraka. Kopiec Kraka szacowany jest na VII-VIII w. Zatem tu mamy do czynienia z XVII-XVIII wiekiem. W związku z tym nasz król mógł się uczyć o Wielkiej Schizmie Zachodniej jako odległej ciekawostce historycznej. Co do liczebności armii, dla porównania – wezyr Kara Mustafa zebrał do swojej kampanii armię liczącą (według różnych szacunków) od 140 do 300 tyś. żołnierzy. W obliczu tego faktu zabranie przez dwóch naszych sąsiadów armii liczącej w sumie około 300 tyś. żołnierzy nie wydaje się przesadą.

Widzę, że nie do końca zostałem zrozumiany, czy też nie rozwinąłem wystarczająco, zatem spróbuję. Dodam, że konsultowałem to z dwoma nauczycielkami języka polskiego.

Jeśli mówimy o obrządku kupalnocka, noc świętojańska, czy też kupała (ale jako nazwa obrządku, nie jako imię bóstwa), wówczas piszemy nazwy małą literą.

Jeżeli natomiast ten sam obrządek nazwiemy Noc Kupały, gdzie w tym wypadku słowo Kupała jest imieniem własnym słowiańskiego bóstwa, wówczas piszemy dużą literą.

 To tyle. Ja również nie potrafię tego inaczej wytłumaczyć:-)

Ale w Twoim przykładzie nazwy – kupała i kupalnocka, to nazwa święta, podobnie jak noc świętojańska. W powyższym kupała występuje jako nazwa potoczna. Natomiast określenie tego święta w pełnej nazwie (Noc Kupały) odnosi się do obrzędów poświęconych słowiańskiemu bóstwu płodności – Kupale.

 

Ja również nie traktuję Wikipedii jak słownika, dałem to jako przykład źródła ( jednego z wielu), mówiące o tym, że Kupała był bóstwem słowiańskim.

 

Perun jest imieniem własnym pogańskiego bóstwa. O kwiecie Perunowym należy pisać wielką literą, bo to przymiotnik dzierżawczy

 

Czy zatem określenie Noc Kupały nie będzie podlegało podobnej zasadzie?

Dziękuję za wszystkie uwagi. Z uporem maniaka powracam do Kupały:

 

https://pl.wikipedia.org/wiki/Kupa%C5%82a_(b%C3%B3stwo) 

 

Noc Kupały, zwana też kupalnocką (to można z małej) pochodzi jednak od samego Kupały, słowiańskiego bóstwa płodności.

 

Co do destylacji z wina i nazewnictwa samych destylatów, można napisać niejedną książkę, więc na tym etapie zakończę temat.

Edward Pitowski, oidrin, dziękuję za komentarze i cieszę się z pozytywnego odbioru mojego opowiadania. Przyznam też, że z pewnym wyrachowaniem pozostawiłem niedosyt, dając sobie możliwość “pociągnięcia” tej historii:-)

Oidrin, mój kumpel, tyle że nie saper ale operator, dość często używa takiego wykrzyknika – kurwa! I tylko tyle. W sytuacji wzburzenia, lub jeśli coś nie idzie po jego myśli. To jego sposób na odreagowanie. Jak zatem widzisz, to jest wzięte z życia:-)

Regulatorzy, dziękuję za odwiedziny i kawał roboty nad moim tekstem. W którym, jak widzę, błędów niemało:-).

Pozwolę sobie jednak nie zgodzić w paru kwestiach. Dlaczego Noc Kupały z małej litery? Po pierwsze, to nazwa święta, podobnie jak Midsommar, po drugie Kupała był bóstwem, a że nie chrześcijańskim, to jednak nie ma znaczenia. Zauważam też brak konsekwencji, skoro Noc Kupały z małej litery, to dlaczego perunowe kwiecie z dużej?

Co do świętego Jana, nie ma obowiązku pisać słowo święty z dużej litery. 

W temacie uściśnięcia nadgarstka, dawniej był to jeden ze sposobów powitania. Zamiast, dziś powszechnego, uścisku dłoni, ściskano sobie wzajemnie ręce na wysokości nadgarstka. Ale wiem, w tym zdaniu było to mało precyzyjne.

W języku potocznym dość powszechnie używane jest słowo – ciężki, zamiast – trudny. Ciężka sprawa, będzie to ciężko załatwić itd. Dlaczego zatem uznano to jako błąd?

Tak, w tamtych czasach wiedziano, co to kwadrans. Różnica była w długości godziny w okresie letnim i zimowym, ale podział godziny na kwarty stosowano już w czasach hellenistycznych. Odmierzany był przy pomocy klepsydr, a we wczesnym średniowieczu w kościołach i klasztorach używano w tym celu odpowiednich świec, które paliły się ok. kwadrans. Natomiast w XIII wieku pojawiały się już zegary mechaniczne.

O destylacji alkoholu ( z wina) wspominają arabscy alchemicy już w VIII w. I to z arabskiego pochodzi słowo alkohol, podobnie jak araqalembik. U nas destylacją zajmowano się już w XII wieku, wtedy najczęściej z miodu pitnego, ale również z wina. Jak twierdzi większość znawców tematu, słowo gorzałka nie pochodzi od palącego smaku wódki, ale od faktu, że przy destylacji używano ognia (gore), do podgrzewania zacieru. Później, a może równolegle pojawiła się nazwa okowita, od łacińskiego wyrażenia aqua vitae (woda życia). Uważano kiedyś, że picie tego trunku przedłuża życie:-)

 

Dłoń wraz z nożem zaplątała się w luźny materiał długiego rękawa… ―> Czy dobrze rozumiem, że do długiego rękawa przyszyty był luźny materiał? – dłoń (młodzieńca) z nożem zaplątała się podczas ataku w rękaw maga.

 

Za dużo, ale jego żołądek powie mu o tym dopiero za kwadrans lub dwa. ―> Kiedy mu powie?

W tym zdaniu chodziło o to, że wypił miksturę, rodzaj odtrutki, ale wypił za dużo, co w krótkim czasie wywoła u niego wymioty.

Pomijając budowę wentylatorka, jak napisałem, nie sądzę żeby był w stanie wygenerować silny impuls elektromagnetyczny. Do Tesli napisać nie możemy:-), więc nie rozstrzygnie tej dyskusji, zatem zakończmy ją na tym etapie.

 

Nie mam konta na fejsie, ani na żadnym innym portalu społecznościowym. Tak, da się z tym żyć:-D Nie mam też znajomych, których znam jedynie z nicka (co to za znajomi??) A do wszystkich, z którymi utrzymuję kontakt, mam alternatywne formy łączności. Dlatego też nie rozumiem “fenomenu” tych portali, no ale ja jestem z innej bajki. W moim świecie, jeśli chcę się z kimś spotkać, to robimy nasiadówkę przy dobrym jedzeniu i trunkach (częściej lub rzadziej, zależy od możliwości) ale to daje właściwy kontakt i czas na rozmowę. Stąd określenie – znajomi. Czyli znam ich, mogę wiele powiedzieć na ich temat. Jak czasem słyszę, że ktoś ma 350 (i więcej) przyjaciół na fejsie, to pozostaje się uśmiechnąć. W dzisiejszych czasach nadużywamy słowa – Przyjaciel. Trzeba zadać sobie pytanie, ilu z tych “przyjaciół”, kiedy zadzwonisz w środku nocy i powiesz, na przykład, że samochód rozkraczył ci się po drugiej stronie Kraju, wsiądzie w auto i przyjedzie ci pomóc.

Ale to tylko moje zdanie i nie chcę, żebyś przyjmował to jako narzucanie opinii:-)

Gdyby więc ktoś jakimś cudem sprawił, że zwykły wentylatorek z kompa, laptopa, serwera, wyemituje tyle promieniowania by trwale uszkodzić dane na dysku

 

No właśnie – jakimś cudem…

W Kondensatorze Tesli (zwanego często Cewką Tesli), mówiąc najogólniej, współpracują ze sobą dwie cewki, generując i zwiększając wielokrotnie napięcie. Wentylatorek z kompa nie ma możliwości generowania napięcia, a już na pewno nie w sposób zwielokrotniony.

Ale to takie moje dywagacje na marginesie, w końcu to opowiadanie z elementami fantastyki:-))

 

A tak zupełnie na marginesie i bez złośliwości, skoro Twoi znajomi zniknęli z Twojego życia tylko dlatego, że przestał istnieć grono.net, to może nie traktowali tej znajomości zbyt poważnie…?

Asylum, dziękuję za odwiedziny i cieszę się, że tym razem moje opowiadanie trafiło w Twoje gusta:-)

Dziękuję również za ocenę, szczegółową a jednocześnie motywującą do dalszego skrobania piórem po papierze (nie mylić z pisaniem) :-)

A na “znalezisko” przyjdzie jeszcze czas…

Pozdrawiam serdecznie:-)

 

Matko Chrzestna, dziękuję za odwiedziny i dobre słowa:-) 

Niedługo planuję wrzucić coś z Afganistanu, tylko dopracuję, będzie konkretnie i dosadnie:-)

 

P.S. Ty wżeniłaś się w Gliwice, a ja jestem Tarnogórzaninem dopiero od kilku lat:-) Jakoś nie chciałem osiedlić się na stałe w Lublińcu;-) Od razu prostuję, Lubliniec to też nie jest moje rodzinne miasto, tylko było miejsce pracy.

Dopiero zaczynam na NF, więc za wiele nie poczytasz:-)) Ale mam w “szufladzie” książkę o Afganistanie. Może za jakiś czas ujrzy światło dzienne:-)

Dziękuję wszystkim za “odwiedziny” i rzeczowe komentarze.

Pierwotnie opowiadanie było nieco dłuższe, ale limit to limit, musiałem ciąć:-) Pozostawiłem też co nieco dla wyobraźni czytających, nie dając wszystkiego “na tacy”. Poza tym potraktowałem to opowiadanie jako swoistą sondę, jeśli się spodoba zawsze można dopisać coś przed i coś po. 

Ninedin, prawie 25 lat służby dobrze wpływa na pisanie “realistycznie o armii”:-))

Dziękuję wszystkim za odwiedziny i przeczytanie.

 

 herox002, cieszę się, że udało mi się trafić w Twoje gusta:-) Być może, idąc za Twoją sugestią, pokuszę się o c.d.

 

kam_mod, Twoja poprzednia opinia (zanim usunąłem to opowiadanie z NF) była nieco inna:-)

 

Staruch, co do Twojego “czepialstwa”:

– uważam, że skoro na rozdrożu można skręcić w lewą czy prawą ścieżkę (mówiąc potocznie) to można również skręcić w lewy trakt.

– “dajcie pokój” – język staropolski, znaczy to samo, co współcześnie – “dajcie spokój”

– “Twarogowe Groty” – “Tvarożne Diry” (w języku czeskim) – jaskinie na stoku Śnieżnika. Ściany jaskiń pokryte są mlekiem wapiennym, które komuś skojarzyło się z serem i stąd nazwa. Spotkałem się z tym, że miejscowi czasem nazywają je, mieszając polską i czeską nazwę – Twarożne Groty.

– Zbutwiałego konara nie będę komentował – usiadł gdzie mu pasowało:-)

 

Hmm… Nadanie konkursowych nazw bohaterom to jednak według mnie zbytnie naginanie zasad. – tego zupełnie nie rozumiem, możesz przybliżyć?

 

 

Tekst odebrałem jako apoteozę osoby sfrustrowanej, małostkowej i mściwej. Ktoś mu spuścił łomot, to go zabił, straż miejska wypisała mandat (słusznie, jak wnoszę) to skasował im dane… Od razu nastraja mnie antypatycznie. Maniak walczący o wolność słowa i przy tej okazji nabijający sobie kieszeń – rozumiem, że to skutki uboczne walki z systemem:-) Chce zniszczyć system, z jego dobrymi i złymi aspektami – walczy zatem o wolność czy o anarchię?? I naprawdę liczy, że w ten sposób wszystko powstrzyma? Co najwyżej spowolni.

Ja rozumiem złość bohatera, wynikającą z faktu, że niektórych (może nawet większość) internet zniewala, ogranicza, a przede wszystkim szpieguje. Ale przecież nikt go nie zmusza do korzystania. A pozostałych nie musi uszczęśliwiać na siłę. Myślę, że dla bohatera to po prostu jedyne miejsce, gdzie ma poczucie władzy, czy złudę samodecydowania, skoro w realu nawet nie rządzi pilotem od telewizora:-)

Co do wynalazku Tesli, to może to jest właśnie element fantastyczny, bo nie do końca rozumiem, jak miałoby to zadziałać? Impuls elektromagnetyczny stworzony przez wirusa, manipulując zasilaniem i częstotliwością spali układy scalone?? W sieci, która w większości opiera się na łączności bezprzewodowej stworzy (znikąd) silny impuls elektromagnetyczny? Nie rozumiem…

 

Dziękuję wszystkim za trud przeczytania:-) jak również, a może przede wszystkim, wnikliwą analizę połączoną z wytykaniem błędów. Nie zamierzam dyskutować, bo jest dla mnie jasne, że kogoś to opowiadanie nie wciągnęło, a nawet znudziło. Natomiast nie bardzo rozumiem argumentację.

Chrościsko piszesz, że opowiadanie skupia się jedynie na samej Ślęży a pozostałe góry są jedynie wspomniane. Brak potencjału motywacyjnego i efektu wzruszenia a heroizm jest nieodczuwalny. Pewnie tak jest. Tyle, że to samo można zarzucić większości opowiadań w tym konkursie (przeczytałem wszystkie), nawet tym z pierwszej dziesiątki. Że nie wspomnę o “numerze 1”. Pomijając bezdyskusyjną, wysoką wartość “Dachu świata” tam też nie doszukałem się w nadmiarze elementów heroicznych, potencjału motywacyjnego, a bohater opowiadania mógłby spokojnie wspinać się na Rysy, czy K-2, bez istotnego wpływu na fabułę.

To tyle. Natomiast, dla jasności, odpowiadając na komentarze nie chcę być postrzegany jako ktoś, kto “nie załapał” się do “dziesiątki” i teraz się odszczekuje. Po lekturze wszystkich opowiadań w tym konkursie nie miałem wątpliwości, że nie będę w pierwszej dziesiątce.

Wilku-zimowy cieszę się, że odnalazłeś jakieś plusy;-)

A co do buteleczek, Chińczycy używali buteleczek szklanych na lekarstwa już w II w. Buteleczki z kamionki do celów medycznych używane były przez Greków już w VI w p.n.e. (tak przynajmniej mówią badania archeologiczne). Zamir natomiast był z Kręgu Magów, można zatem założyć, że nie należał do “zwykłych ludzi”:-)

 

Szanowny Autorze, podpowiadam.

Okręty podwodne (określenie – łódź podwodna jest traktowana jako archaizm) zanurzają się zwykle na głębokości 150 -300 m, czasem dochodzą do 450-500m, ale to rzadkość. Oczywiście są i rekordziści a ostatnio partycypują w tym Chińczycy, którzy zeszli niedawno poniżej 5000m. Docelowo planują osiągnąć 7000m. Nie mniej, do badań morskich używa się batyskafów. Już w 1960 roku batyskaf “Trieste” osiągnął Głębię Challangera (chyba tak się to pisze) czyli najgłębszy zanotowany punkt w Rowie Marsjańskim – poniżej 10 900m. Tyle, że w batyskafie zwykle mieści się do 3 osób. Ale są już takie ( znów Chiny) które przeznaczone są docelowo dla 6 osób na 4-5 dni w głębinach. A skoro opowiadanie dotyczy przyszłości, można trochę pofantazjować:-)

Ale się pozmieniało w tej edukacji. Jak ja chodziłem do szkoły (fakt, że dawno temu) nie uczyli jak oprawiać sarnę, że o walce mieczem, czy strzelaniu z łuku nie wspomnę. Jak wnoszę, młodzież występująca w opowiadaniu właśnie ze szkoły wyniosła te umiejętności. Bo nie sądzę, że po zaledwie kilkudziesięciu minutach treningu byliby na przykład w stanie ustrzelić pędzącego królika. Szkoda, że nikt nie poinformował młodzieży, że polowanie bez zezwolenia to kłusownictwo, a z łukiem i na terenie rezerwatu jest poważnym przestępstwem. I żeby tak zjeść dziczyznę bez badania mięsa na obecność pasożytów..?

Autorowi opowiadania natomiast proponuję udać się do lasu, upolować sarnę i zjeść od razu (oczywiście po upieczeniu). Gdyby nie smakowało, zalecam poczytać na temat kruszenia i dojrzewania dziczyzny.

I jeszcze kilka zgrzytów:

Chłopcy zabrali do plecaków tylko niezbędne rzeczy (wiadomo – survival), jednak Leon zabrał jeszcze rolkę wyciągu, chociaż nie bardzo wiedział do czego służy.

Bez przygotowania kondycyjnego wykonali 50-kilometrowy bieg wokół góry – zazdroszczę.

Pastorówka w Księginicach Małych powstała w XVIII w. Zatem uczony grecki, chowając w jej podziemiach Puszkę Pandory przeniósł się w czasie z VIII w. p.n.e.

Na terenie Rezerwatu Ślężą powycinali drzewa, zbudowali palisadę (wszystko w jeden dzień) i zalali betonem ( jakie szczęście, że cement był w schronisku i na dodatek taki, który po wymieszaniu twardnieje w kilka godzin) i nikomu to nie przeszkadzało. A potem jeszcze mieli siłę do wielogodzinnej walki z hordami potworów. Ach ta dzisiejsza młodzież…

 

To tylko kilka z całego szeregu “nieścisłości” tego opowiadania. Na koniec jeszcze pokuszę się o dygresję.

W większości tego typu opowiadań wskazówki pisane są wierszem-zagadką… Można się było pokusić Anonimie.

Pozdrawiam.

 

Hyde wypluł Killera z buzi, zmarszczył czoło, zamyślił się i powiedział bez zastanowienia:

 

Z wcześniejszego, wstępnego opisu Hyde wychodzi na zakapiora a teraz ma “buzię”, trochę mi się to gryzie.

 

Dokładnie Hyde. Mówię ci to w tajemnicy, bo jesteś moim zastępcą i uważam, że powinieneś o tym wiedzieć.

Czyli wcześniej nikt Hyde’owi nie powiedział. To też mi zgrzyta. Zasada jest taka, że w odprawach przed operacją zastępca uczestniczy razem z dowódcą. Gdyby dowódca zginął, on przejmuje dowodzenie, stąd jego funkcja – zastępca. A na marginesie, co to za dowódca, który zostawia swoich żołnierzy po drodze, na dodatek przy braku łączności. Ja wiem, muszą się spieszyć, ale w ten sposób on zmniejszył stan grupy szturmowej o połowę. Nie lepiej chwilę poczekać, skoro tak szybko się regenerują? Jakby pobiegli kolejne kilkadziesiąt kilometrów zostałby sam. A jak on odpadłby ze zmęczenia po drodze, to żołnierze też mają go zostawić?? To kto wykona zadanie, skoro pozostali nie będą wiedzieć, jakie jest…

Ja wiem, że to wiedza specjalistyczna i moje uwagi nie mają istotnego wpływu na fabułę, ale jakoś mi to odstaje.

I dlaczego zawsze (zawsze!) w najważniejszych momentach nie działa łączność?? Utarty schemat rodem z amerykańskich filmów.

 

Znalazłem ich! Znalazłem dziecko!

-To Tercott – powiedział Hyde do Oswalda.

Czyli dowódca nie zna swoich ludzi? Albo wada wzroku i słuchu, zatem czas na emeryturę.

 

Śnieg padał coraz mocniej przez co dwaj strzelcy wyborowi usadowieni w oknach prawie nic nie widzieli.

A wcześniej widzieli lepiej? Pomimo, że po 23:20 zrobiło się zupełnie ciemno… Wypadałoby wspomnieć o jakiś celownikach nokto– czy termowizyjnych…

 

Strzelcy wyborowi próbowali strzelać do wszystkiego co się rusza, ale kule odbijały się od obcych.

To już nie mają karabinów laserowych?

 

No dobra, wystarczy, za dużo tego wklejania.

 

Aha, czyli był cudownym dzieckiem, ale jak dorósł, to stracił swoją moc???

 

Przepraszam za to wymądrzanie, ale nie mogłem się powstrzymać:-))

Zabawne i nietuzinkowe:-) Najbardziej ubawiła mnie scena przekomarzania się dwóch “bytów”, jak dzieciaki na placu zabaw – ty mnie uderzyłeś pierwszy, przeproś:-)

No i kolejna z niewielu historii, gdzie ten “rogaty” okazuje się bardziej ludzki, czy też bardziej “w porządku” od pyszałkowatego “skrzydlatego”:-)

Zgadzam się z przedmówcami. Gdybym miał 12 lat, opowiadanie pewnie by mnie wciągnęło.

Ale nie mam.

Kilka rzeczy mi tu zgrzyta:

Dziadek i dwójka dzieciaków ratowali bajkowe postacie przed armagedonem a tymczasem żadna z bajkowych postaci nie zaangażowała się jakoś w tą wyprawę, co za apatia… A Karkonosz to już w ogóle przegiął, za chwilę jego świat w płomieniach, a on programy przyrodnicze ogląda… I jeszcze focha złapał, bo go nazwali Liczyrzepą…

Z jednej strony trzeba pędzić, bo czasu mało, z drugiej jest chwila na herbatkę i szarlotkę w schronisku pod Śnieżką. Przecież mieli batoniki energetyczne.

Klątwę może powstrzymać kopczyk kamieni na wieży telewizyjnej?? Czyli ten kto rzucał klątwę przed wiekami już wiedział, że w tym miejscu będzie przekaźnik. No i wiedział, do czego będzie służył…

Reasumując, dla mnie “Skarb Narodów” w pigułce, dla dzieciaków. Tam, pod pozorem poszukiwania wskazówek do odkrycia skarbu, przemycane były podstawowe informacje z historii Stanów Zjednoczonych, tutaj – Legendy i historia okolicy. Aha, “perfekcyjnie” wpleciona instrukcja, jak należy postępować w górach przed wyjściem ze schroniska na szlak.

Na koniec, jako rodzic jestem wielce zainteresowany, jakich argumentów użył dziadek nakłaniając mamę do zgody na wyprawę w góry swoich dwunastoletnich pociech jedynie pod opieką (szurniętego – jej zdaniem) dziadka…?

 

P.S. Jak się górale z Podhala dowiedzą, że ktoś im zawinął “Legendę o rycerzach śpiących pod Giewontem” będzie z tego haja.

“W każdym razie na pewno nie było to zjawisko masowe, a nawet częste. Przy czym dezercje, a także wykupywanie się od poboru, były na porządku dziennym”.

 

Dzisiaj PTSD też nie jest zjawiskiem częstym czy powszechnym.

 

“…a ponieważ armii zawdzięczali wszystko, to też oczywiście ją idealizowali”.

 

To może być odpowiedź, przynajmniej częściowa.

 

“Zwykły żołnierz zazwyczaj wracał do siebie na wieś i miał co robić. Ale on z kolei słyszał o niedoli dawnych dowódców i solidaryzował się z nimi. I mam roboczą hipotezę, że to, co powinno było być PTSD-genne, działało dokładnie odwrotnie: mobilizujaco”’

 

Rozczarowanie sytuacją nie możemy jednak łączyć z PTSD, stresem wynikającym z ciągłego przebywania w warunkach skrajnie zagrażających życiu.

 

Może należy rozpatrzyć też inny czynnik, mianowicie zmiana taktyki prowadzenia wojen.

 

Średniowiecze obfitowało w bitwy, które polegały w głównej mierze na bezpośrednim starciu. Wyobraź sobie, że znajdujesz się w centrum bitwy – wokół ciebie miecze, topory, kopie, noże, odcinane kończyny, tratowanie końmi i nijak nie da się stąd spieprzyć:-) Krzyk, bitewny szał i ludzie, którzy za wszelką cenę chcą cię pozbawić życia. To raczej nie nastraja optymistycznie:-) Do tego czynnik – nie godzi się poddać, bo to nie honorowe, poza tym, jeśli się poddasz, a nie masz kasy, żeby się wykupić, zostajesz (w takiej czy innej formie) niewolnikiem. Czyli – walczymy do końca. Rezultatem takiej bitwy było tysiące trupów na polu walki, smród krwi, flaków, jęki rannych. Niezatarte wspomnienia:-)

Potem przychodzi XVIII w. Zmienia się taktyka walki, wprowadzane zostają kodeksy honorowe, zasady postępowania z jeńcami(wcześniej były, owszem, ale umowne), podręczniki walki itd. Tu bitwy wyglądają nieco inaczej. Najpierw przygotowanie artyleryjskie – ostrzał armatni, potem ostrzał z broni ręcznej – wszystko z odległości, dopiero potem dochodzi do walki wręcz, ale już bez mieczy i toporów, broni czyniącej najbardziej “malownicze” obrażenia. Wprawdzie większość bitew rozstrzygała końcowa szarża kawalerii, tu jednak częściej grały trąbki – “do odwrotu”. Dowódcy pole bitwy postrzegali jak szachownicę, jeśli w wyniku błędnych manewrów uznali, że przegrali bitwę wydawali rozkaz do wycofania. Żołnierze nie byli traktowani jak mięso armatnie, przecież przydadzą się w dalszej kampanii. A zwycięzca, zgodnie z kodeksem, pozwalał przegranemu na wycofanie (wszak w następnej bitwie to on mógł przegrać), zatem nie ścigali przegranych i nie dorzynali. Owszem, czasem w ferworze walki i wzajemnej niechęci sytuacja wymykała się spod kontroli ale raczej rzadko. Dopiero Wojny Napoleońskie nieco zmieniły taktykę.

Konkluzja – żołnierz zwykle nie miał do czynienia z tak wszechobecną śmiercią i “malowniczymi” obrazami (czyt. średniowiecze) pola bitwy. Tu wystarczy zobaczyć zestawienia bitew z tamtego okresu, stosunek zabitych do ogólnej liczby żołnierzy biorących udział w bitwie to mniej więcej 1:5. W średniowieczu, na ile możemy oprzeć się na źródłach pisanych – 1:2.

A potem przychodzi “wspaniały” wiek XX i I WŚ. Zmiana taktyki – powszechnie wchodzą do użycia karabiny maszynowe czyniące spustoszenie podczas natarcia, miotacze płomieni, zaczęto stosować pola minowe. Ale przede wszystkim rozwój artylerii (tu głównie chodzi o artylerię wielkokalibrową) a co za tym idzie przedbitewne przygotowanie artyleryjskie trwa czasem kilka godzin. Ze wspomnień z tamtego okresu wynika, że to właśnie budziło największy stres. Wyobraź sobie, że leżysz w okopie a wokół wybuchają pociski, ważące niekiedy kilkaset kilogramów. Pociski padają losowo i trwa to kilka kilka godzin. To już nie jest pech, żeby oberwać, ale wielkie szczęście, żeby nie oberwać. Chyba właśnie taka bezsilność rodzi największy wkurw a co za tym idzie – stres. W najbardziej chyba krwawej i wielodniowej bitwie I WŚ – bitwie pod Verdun zginęło ok 350 tyś. Francuzów i nieco mnie, ok. 330 tyś. Niemców, tu chyba liczby przemawiają najlepiej.

A potem przyszła II WŚ…

Dziękuję:-)

Nadmienię (pomijając publikacje wojskowe), że najbliższa wszystkim wyznawcom google’a – Wikipedia (zakładam, że redagują ją specjaliści), odnosząc się do w/w pojazdu z należytym szacunkiem (ale pojechałem:-)), nawet w środku zdania traktuje go dużą literą.

 

Mając nadzieję, że rozwiałem “pewne wątpliwości” , życzę dobrej nocy:-)

Przyjemnie się czytało, lekko:-) 

Drobna uwaga, techniczna ( i nie to, że się czepiam):

Na początku znajdowali się w głębinach Atlantyku gdy nagle anomalia przerzuciła ich na powierzchnię i na dodatek w góry…

Tyle dobrego, że anomalia objęła też ciśnienie. Inaczej już bylibyśmy martwi.

Nawet jeśli anomalia wyrównała ciśnienie w łodzi (proponuję słowo – batyskaf) do ciśnienia zewnętrznego, to problem byłby z powietrzem, który bohaterowie mieli w tym momencie w płucach. Konkretnie mówiąc, cząsteczki azotu rozerwałyby im płuca. No chyba, że anomalia też się tym zajęła:-D

Szanowni regulatorzy, mając w wielkim poważaniu Waszą pracę pozwolę sobie nie zgodzić się z pierwszą poprawką (zabrzmiało jak w amerykańskim kongresie:-))

 Otóż nazwa Rosomak ( czy też KTO Rosomak) jest nazwą własną pojazdu opancerzonego, a nie nazwą pojazdu produkowanego seryjnie, a co za tym idzie napisanie tej nazwy duża literą jest jak najbardziej poprawne.

A przy drugiej szklaneczce “trójniaka” wrócę do wulgaryzmów. Owszem, w dawnych kodeksach oficerskich (pierwsze znane powstały w XVIII w.) niemal wszystkich armii europejskich, widniały zapisy mówiące o tym, że każde nieobyczajne słowo wypowiedziane przez oficera w obecności kobiety będzie karane. W zależności od armii, mogła to być grzywna na przykład na rzecz kantyny oficerskiej, dodatkowa służba garnizonowa poza kolejką itp. Nie mniej w koszarach nikt nie zwracał na takie rzeczy uwagi. W armii żabojadów istniała też zasada, że nie wolno używać słów wulgarnych w obecności wyższego stopniem.

Z drugiej strony, tak sobie myślę (może trochę przekornie), że skoro takie ograniczenia trzeba było wymuszać poprzez konkretne instrukcje, to dla mnie jest jasnym, że istniał w tym temacie dość poważny problem, na który trzeba było zareagować radykalnymi zakazami.

Skoro Anonim powiedział – “na zdrowie” to dorzucę trochę drew do ognia, otworzę kolejną omszałą butelkę “trójniaczka” (ten z 2010, na miodzie lipowym wyszedł mi jakiś wyjątkowy… Szkoda, że zapas tak szybko się uszczupla…) i wraz z drewnem dorzucę kilka zdań do dyskusji.

Zaczniemy o PTSD. W poprzednich stuleciach nie był jeszcze zdiagnozowany, a jeśli tak to pod ogólną nazwą “dezercja”, a za to groziła kulka w łeb. Ktokolwiek bał się walki (a bał się każdy – mniej czy bardziej), to się do tego nie przyznawał. Jeśli był “szczęściarzem” bo udało mu się wrócić z wojny w jednym kawałku ( mam na myśli ciało, bo umysł to raczej w strzępach), jednak wspomnienia nie dawały spać, szukał zapomnienia w alkoholu czy opium. Ale nie wolno było o tym mówić, bo jak się przyznać przed rodziną czy przyjaciółmi. Uznaliby za tchórza a przecież z książek kapało (nie, wylewało się) od romantycznych bohaterów co to nie pomni na świszczące kule dokonywali heroicznych czynów. Kiedyś, tak samo jak dziś ludzi byli słabsi i silniejsi ( tak, tak – Kolumbem nie jestem:-)), tyle że presja społeczna w postaci bliskiego otoczenia była chyba większa. Mikroświaty zamkniętych społeczności oscylowały w kanonie: “to można a tego się nie godzi”. Dlatego przed wiekami nikt nie analizował takiego syndromu.

Co ciekawe, podczas II WŚ w instrukcji dowódców szczebli taktycznych armii amerykańskiej (tajny dokument) widniał zapis, który mówił, że w przypadku pierwszej, podkreślam – pierwszej ucieczki żołnierza z pola walki, nie należy stawiać go przed sądem polowym tylko wycofać na tyły, pozwolić odpocząć, wyspać się, najeść i po najpóźniej 5 dniach z powrotem wysłać na pierwszą linię. Do tego były organizowane nawet specjalne obozy przejściowe pod nadzorem MP. Późniejsze statystyki wykazały, że prawie 80% takich “odzyskanych” żołnierzy nie powtórzyło ucieczki, a wielu z nich wykazało się bohaterskimi czy brawurowymi czynami, kwalifikującymi się do odznaczeń. Czyli zadziałało.

Po drugiej stronie frontu, w Armii Czerwonej, pomimo surowych wytycznych Stalina, istniał często powtarzany slogan – “pierwszy raz to nie dezercja”, dlatego poborowych po pierwszej ucieczce traktowano z pobłażaniem ( na ile pozwolili oficerowie NKWD :-)).

Mój przydługi wywód (widzę to po osuszonym szkle) zmierza do tego, że środowisko w którym wokoło wybuchają pociski, świszczą kule a przyjaciele i towarzysze broni zmieniają się na twoich oczach w krwawą miazgę (wyjaśniam – wyobrażam sobie, na szczęście nie znam z autopsji) jest miejscem z którego nie wychodzi się bez rysy na osobowości.

A teraz w temacie PTSD. Nie napisałem, że ten problem nie istnieje, napisałem jedynie, że nie należy go wyolbrzymiać i dodałem – w polskiej armii. 

Teraz, jeśli pozwolicie, rozwinę temat. Zacznę od tego (chociaż cholernie nie lubię uogólniać), że “jankesi”, szczególnie młodzi, są zdecydowanie mniej rozwinięci emocjonalnie, niż Polacy. Nie wiem, może wynika to z czynników historycznych. Nasza historia na przestrzeni wieków wymagała od nas poświęcenia, często nawet od dzieci. Jankesi zawsze żyli pod parasolem, nie odczuwając bezpośredniego zagrożenia własnego kraju. I potem zderzenie z rzeczywistością – “niezwyciężonych” żołnierzy amerykańskich pokonuje “żółtek” w sandałach z kałachem, czy też górski pasterz, nie mając żadnego respektu dla amerykańskiej demokracji niosącej jedynie pomoc (ironia zupełnie zamierzona). Z drugiej strony u nas (w większości przypadków) do armii wstępują ludzie, którzy są świadomi co robią. U jankesów poborowi są naprawdę nie przygotowani na zderzenie z emocjami, które wyzwala wojna. Oni wstępują do armii z reguły z prostych powodów (oczywiście, że nie wszyscy) bo regularna pensja, ubezpieczenie zdrowotne ( w USA wcale nie tanie) a jak ktoś wykaże się większą inteligencją – armia opłaci studia ( cholernie drogie). Dlatego u nich taki zespół stresu był diagnozowany już podczas I WŚ.

Oczywiście, że u nas też występuje PTSD i nie chcę go marginalizować, bo byłoby to marginalizowanie rodzinnych tragedii z tym związanych. Ale w naszych statystykach występuje jeszcze jeden czynnik – ogólnie pojęte i znane polskie słowo – kombinowanie. Nasze przepisy, dość nieudolnie opracowane przez głąbów, którzy nie mieli o tym zielonego pojęcia określają, że żołnierz – szeregowy zawodowy, może otrzymać w armii określoną liczbę kontraktów i jeśli nie awansuje na wyższe stanowisko, nie ma możliwości podpisania z nim kolejnego. W armii, jak w każdej instytucji, etatów szeregowych jest najwięcej (normalna rzecz – piramida). Nie wszyscy mają możliwość awansowania, stąd w pewnym momencie zostają “na bruku” w dość młodym wieku. U niektórych z nich rodzi się pomysł ( u mnie całkowicie usprawiedliwiony), że można jeszcze coś ugrać, np. odszkodowanie lub rentę. 

Na koniec, naprawdę nie chciałem aby którekolwiek zdanie mojego komentarza umniejszyło wartości tego opowiadania, z mojej strony była to “notatka na marginesie”.

Widzę, że trzeba jeszcze powiedzieć C:-) Z drugiej strony, dopóki ktoś nie zarzuci, że zagruzowujemy to miejsce, możemy podyskutować:-) 

Po pierwsze Asylum, nie masz za co przepraszać. Moim zdaniem przeprasza się osoby, które się obraziło lub zdenerwowało. Nie poczułem ani jednego, ani drugiego:-)

Drakaino, w temacie przekleństw w armii – są na porządku dziennym. Sama wspomniałaś o “języku koszarowym”, skądś się wzięło to określenie:-) zresztą, znane już w XIX wieku. Czasem są potrzebne, bo jedno “k…wa” potrafi wyrazić więcej emocji niż całe zdanie, a czasem po prostu rozładowuje nagromadzone napięcie. Zgadzam się też, że jeśli ktoś używa zamiast przecinka, to nawet nas ( żołnierzy) drażni to w ucho. Dodam jako ciekawostkę, “jankesi” zapamiętale uczyli się naszych przekleństwa, bo jak stwierdzili – wyrażają znacznie więcej emocji niż ich krótkie i oklepane – “fuck”. Z drugiej strony mój kolega, który w młodości służył w armii (armia poborowa) a potem wiele lat przepracował w górnictwie – stwierdził, że jeśli chodzi o przekleństwa “wojsko to przedszkole”;-)). Ciekawe jest też to (podobnie ma większość moich kolegów), że gdzieś wewnątrz mam barierę i w życiu prywatnym nie przeklinam a jeśli to naprawdę sporadycznie.

Powtórzę – Bardzo dobry tekst, poruszył mnie i wielki szacun dla Autora. Nie mam ochoty na przepychanki słowne tymbardziej, że temat tej dyskusji spłyca wartość tego opowiadania. Ale, powiedziało się A, trzeba powiedzieć B.

Z jednym zgodzę się z tobą, Asylum – wszyscy znają się na wszystkim.

Na temat doświadczeń z linii frontu można zapisać miliony kartek, bo niestety historia rozwoju (hahahaha) ludzkości w głównej mierze składa się z wojen. Stąd potrzeba posiadania przez każde państwo żołnierzy ( dla niektórych – płatnych zabójców ). Szkoda, że większość autorów tych książek zna wojnę tylko z opowieści. Nie chciałem o tym pisać, żeby się nie licytować, ale widać muszę – ponad 20 lat temu spędziłem rok (dwie tury) w Bośni, w latach 2006-2008 – dwie tury w Iraku, a jakiś czas temu wróciłem z trzeciej tury misji w Afganistanie, to tyle w temacie doświadczeń.

 Dygresyjka nie była ironią na temat wypalenia zawodowego, dotyczyła faktu “selekcji” i dostania się do “specjalsów”. Tyle. Możesz nie cierpieć klasyfikacji/diagnoz ale na nich (bardzo szeroko rozumianych psychotestach) opiera się ocena psychiczna i psychologiczna żołnierzy-kandydatów do jednostek specjalnych. Widocznie działa, skoro w mojej Jednostce, pomimo że KAŻDY z mojego Zespołu był conajmniej na 4 misjach, żaden nie przejawia PTSD, podobnie jak nikt z Jednostki.

Przepraszam, nie chce ciągnąć tej dyskusji, bo już wyszła poza ramy tej konwencji komentarzy.

Kończąc:

God and the soldier

All men adore

In time of trouble,

And no more;

For when war is over

And all things righted,

God is neglected -

The old soldier slighted.

Tekst porusza, wciąga.

Niemniej ( zupełnie prywatnie ) bardziej chciałbym odnieść się do komentarzy. Może nie chronologicznie, ale jakież to ma znaczenie:-)

Przede wszystkim autor nie był na misji, o czym mówi kilka niuansów w tekście. Ale szacun, że pod względem zarówno rzeczowym jak i słownictwa tak bardzo zgłębił temat. Po drugie – niemal książkowe objawy zespołu pourazowego zwanego powszechnie PTSD są tu nieco przejaskrawione. A co do samego zespołu pourazowego, wbrew statystykom nie wyolbrzymiałbym aż tak tego problemu – dodam: w polskiej armii. Tak, wiem, teraz zwali się na mnie fala krytyki typu – Co Ty Tam Wiesz…. No cóż, wiem. Kolejna rzecz, dawno temu usłyszałem mądre zdanie – Nikt tak nie pragnie pokoju jak żołnierz – i to chyba podsumowuje (albo – another brick in the wall) nagminnie pojawiający się temat – po co tam jechali? Żołnierze nie wydają rozkazów, oni je WYKONUJĄ ( i basta ). Jak ktoś się zatrudnił jako strażak to jedzie do pożaru i nie patrzy, czy płonie burdel czy Dom Dziecka.

Ale nie zmienia to faktu, że wielki plus za ten tekst, który jak mówią ostatnie linijki, jest poświęcony chłopakom, którzy tam byli – DZIĘKUJĘ.

Na koniec dygresyjka:-))) – Jak ktoś ma zdiagnozowany PTSD ( czy jak woli autor – wypalenie zawodowe) to nie trafi do spec-op ( dość sztuczny i nie używany skrót :-))). Może przejdzie selekcję fizycznie, ale “polegnie” na psychotestach ( w ocenie indywidualnej kandydata są dużo ważniejsze).

Nowa Fantastyka