Profil użytkownika

 

 

 

 

 

 


komentarze: 319, w dziale opowiadań: 213, opowiadania: 34

Ostatnie sto komentarzy

Jaka brawura? Zaatakował ich potwór i próbowali mu uciec. Wydaje mi się, że nic lepszego w tej sytuacji zrobić nie mogli. Nie ich wina, że Panna Bai jest jak stereotypowy morderca z horrorów – szybciej stoi niż oni biegną. Co ciekawe, tylko wtedy, gdy wymaga tego fabuła – jeśli dobrze pamiętam, Yuki zdołał przeszukać całą dolinę w poszukiwaniu liska, zanim zjawa go dogoniła, a teraz dopadła go zdumiewająco szybko, choć jechał na wilku. Jaką ona właściwie rozwija prędkość? Rozumiem, że Kito męczył się dźwiganiem Yukiego i nie biegł tak szybko, jak bez obciążenia, ale wciąż coś mi tu nie gra.

Zjawa jest wolniejsza przez łańcuchy, które ma na sobie, a jej ruchy… Bardziej powiedziałbym, że to ona postrzega Yukiego i Kitę, jako tych, którzy poruszają się wolno, zaś ona sama – dzięki swoim zdolnościom – jest szybsza. Dogoniła Yukiego, dlatego, że już tam po prostu była. 

 

Spa­ra­fra­zu­ję pe­wien tekst z po­pu­lar­ne­go kie­dyś we­bko­mik­su pa­ro­diu­ją­ce­go twór­czość Tol­kie­na: “Jedna jazda na grzbie­cie to nie przy­ja­cieł”. Poza tym wy­da­je mi się, że do­pie­ro co prze­czy­ta­łem o aurze stra­chu, która ota­cza­ła Pannę Bai.

Przecież nie każdy na pozór jest zły. Kito faktycznie jest wilkiem, ale to nie znaczy, że ma złe zamiary wobec Yukiego. Poza tym gdyby nie on, Yuki nadal by krążył po lesie. Zaś jeśli chodzi o “aurę strachu” to też jej “moc” jest ograniczona i nie jest w stanie działać przez cały czas. 

 

 

Zaczarowana klinga milczała

A powinna śpiewać?

Chodziło mi o to, że nie wykazywała większej reakcji na zagrożenie.

 

Od dołu wyrastały skalne formacje w postaci stalagmitów, wokół których mnożyły się dzikie grzyby o rdzawych kapeluszach z białymi kropkami. Yuki nie wiedział, czy są jadalne, choć miał ochotę zjeść cokolwiek, by uśpić głód na chwilę.

Mógł po prostu poprosić o coś do jedzenia. Zapasów tam ponoć nie brakowało.

Chodziło mi o to, że można było tam zebrać dużo jedzenia, co nie znaczy, że w tym miejscu faktycznie się ono znajdowało. 

 

Nie chciałem wspominać o lisku, bo uznałem, że skoro Yuki go uratował to nagle go nie porzuci na pastwę losu – mógłby mieć przez to wyrzuty sumienia – a poza tym lisiątko cały czas śpi, więc domyślnie uznałem, że lisek cały czas jest na jego ramieniu.

Nie zauważyłem wcześniej wzmianki, że lisek spał. No i jeszcze jedno – mogę się mylić, ale żeby utrzymać się na ramieniu Yukiego, zwłaszcza podczas ucieczki przed zjawą, lisek powinien się go chyba mocno trzymać pazurkami, co byłoby dość trudne, gdyby faktycznie spał.

Co do lisa, to dzisiaj naszła mnie jeszcze pewna wątpliwość w związku ze sceną, w której pokonuje on Pannę Bai. Jeśli potrafił strzelać z ogonów ognistymi pociskami, dlaczego nie użył tej umiejętności, żeby przegonić w ten sposób kłusowników, którzy porwali jego mamę? Powiem więcej – logiczne wydaje się przypuszczenie, że i lisia mama posiadała taką umiejętność, a więc jakim cudem tym dwóm łachmytom udało się ją schwytać?

No cóż, to nie był zwykły lis ;) 

Gdyby lisek użył tej zdolności wcześniej – albo jego mama – to dalsza historia nie bardzo miałaby sens, poza tym “w tej formie” magia jest bardzo ograniczona, stąd niemożność użycia zdolności i złapanie lisicy. 

 

Dziękuję, Bolly, za uwagi i komentarze. Rzeczywiście, zdaję sobie sprawę, że w tekście jest sporo błędów, ale po ostatnich poprawkach nie powinno ich już być dużo. Bardzo mi szkoda, że tekstu nie czytało się dość dobrze, niemniej postaram się przed opublikowaniem następnych rozdziałów poddać je gruntownej becie. To przede wszystkim baśń, a więc uważam, że trochę powinna zawierać w sobie tej dziecięcej naiwności – chęci poznawania świata i zawieraniu przyjaźni. Bohaterowie mogą być na początku nieporadni, a to ze względu na okoliczności, w jakich dzieje się akcja. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Poprawione. Zmieniłem jednak, że chciał jedynie nastraszyć kłusownika, a nie zabić, by uwolnić lisa. 

Yuki szybkim ruchem dobył strzały z kołczanu i mocno naciągnął cięciwę swojego łuku. Wystrzelił ją w kierunku grubego osiłka z toporem w ręku a bronią palną w drugiej. Grot trafił jednak w pobliskie drzewo, co z kolei zwróciło uwagę jego mądrzejszego kolegi. Chłopak stanął jak wryty, usiłując wymyślić dobrą taktykę na walkę z dwoma bandytami; obawiał się, że cokolwiek by nie zrobił to i tak nie miałby z nimi najmniejszych szans.

 

Edit #4:

 

Mógł przecież użyć specjalnej zdolności swojego ostrza, ale przypomniał sobie również, że nie znał odpowiedniego zaklęcia, które ją przywoływało.

Czyli jednak nie mógł. Oczywiście mowa o jakiejś innej, poza świeceniem, magicznej właściwości tego miecza? Swoją drogą, trochę szkoda, że chłopak nosi taką niesamowitą magiczną broń, nie umiejąc wykorzystać wszystkich jej możliwości. To trochę tak, jakby nosił ze sobą karabin, żeby okładać nim wrogów na odlew.

Oczywiście, miecz posiada inne, magiczne właściwości, ale jest to opisane w innym rozdziale. 

 

Niespodziewanie poślizgnął się na kamieniu i spadł w głąb niedużego jeziora.

Mam rozumieć, że biegł urwistym brzegiem?

“(…) Zakazany Gaj był niebezpieczny i wynikających z niego zagrożeń nie należało bagatelizować.” 

W pewnym momencie Yuki mógł nie zdawać sobie sprawy z tego, że biegnie po niebezpiecznym terenie.

 

 

Po chwili dopłynął do brzegu, po czym spojrzał w swoje odbicie, w wodzie.

Mieszkańcy wioski Mizuro czasami nazywali Yukiego śnieżnym chłopcem z powodu bardzo bladej cery. Rodzice mówili mu, że jest wyjątkowy i faktycznie tak było. Każdy mógł przekonać się o jego uprzejmości i serdeczności, jaką okazywał nie tylko starszym wioski, ale również miejscowemu kapłanowi Patki, który nie cieszył się zbyt dobrą sławą z powodu swojej gburowatości.

Niebieskie oczy wyglądały jak dwa małe paciorki, przesłaniane chwilami przez opadającą grzywkę, spowodowaną kłębiąca się na głowie krótką czupryną.

Goni go zjawa, a ten zaczyna przyglądać się swojemu odbiciu w wodzie? Wiesz, mógłbyś poczekać z tym opisem wyglądu zewnętrznego i osobowości Yukiego na jakiś bardziej odpowiedni, spokojniejszy moment.

Ten moment pościgu jest spokojniejszy, dlatego wybrałem go na przedstawienie bohatera, przy okazji Yuki może spojrzeć na siebie i zobaczyć czy wszystko z nim jest w porządku, a czytelnik może dowiedzieć się jak wygląda. Później, w dalszych rozdziałach rozwijam akcję, więc wątpię, czy udało by mi się przedstawić go należycie.

 

Nagle przerażony zauważył, że na jego ramieniu nie było liska. Musiał go jak najszybciej odnaleźć.

Podczas lektury co chwila zastanawiałem się, gdzie się podział mały lis z poprzedniego fragmentu. Skoro cały czas towarzyszy chłopakowi, warto byłoby wspomnieć o nim od czasu do czasu. O lisie, nie chłopaku.

Nie chciałem wspominać o lisku, bo uznałem, że skoro Yuki go uratował to nagle go nie porzuci na pastwę losu – mógłby mieć przez to wyrzuty sumienia – a poza tym lisiątko cały czas śpi, więc domyślnie uznałem, że lisek cały czas jest na jego ramieniu.

 

Błędy poprawiłem, a jeśli chodzi o czytanie tekstu… Nie dawałem go nikomu wcześniej do czytania, a obecnie mam w becie opowiadanie, nad którym też pracuję, ale już od długiego czasu myślałem o wstawieniu tego rozdziału na NF, żeby dowiedzieć się, co robię nie tak, ponieważ nie byłem pewien, czy podążam dobrą drogą, jeśli chodzi o kolejne rozdziały. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Dzięki, Bolly, za poprawki. Dopracuję wskazane przez ciebie fragmenty, a jeśli chodzi o uwagi, to nie mam nic przeciwko komentarzom w częściach – każda uwaga jest na wagę złota :)

 

Edit:

Przepraszam, Bolly, że wczoraj nie odpowiedziałem na przedstawione przez ciebie uwagi, ale postanowiłem się nimi dzisiaj zająć i wyjaśnić niektóre z nich:

 

Ostatecznie Yukiemu udało się natrafić na konstrukcję, przypominającą grzędę dla ptaków[1].

Niepotrzebny przecinek. No i taka mała wątpliwość – skoro świat jest wzorowany na feudalnej Japonii, to czy Yuki nie powinien dobrze wiedzieć, czym jest brama torii? Bo sprawia wrażenie, że widzi coś takiego po raz pierwszy, i dlatego konstrukcja kojarzy mu się z grzędą dla ptaków. Fajnie, że dajesz przypisy, ale jeśli się nad tym zastanowić, zawarte w nich informacje spokojnie mogłeś wpleść w główny tekst. Przykład: “Ostatecznie Yukiemu udało się natrafić na bramę torii – konstrukcję przypominającą kształtem grzędę dla ptaków i znaczącą drogę do chramu lub świętego miejsca”.

“Akcja toczy się w świecie fantasy, utrzymanym w stylistyce Kraju Kwitnącej Wiśni. “ – Świat przeze mnie przedstawiony rzeczywiście odnosi się do klimatów feudalnej Japonii, ale nie jest jej bezpośrednim odwzorowaniem. Wszystkie odniesienia służą budowie tego uniwersum i powstałe przypisy stworzyłem w celu wyjaśnienia niektórych zwrotów. 

Rzeczywiście, Yuki powinien wiedzieć, czym jest brama torii, ale opisywany przeze mnie Zakazany Gaj to miejsce do którego rzadko się ktokolwiek zapuszcza, stąd kiedy Yuki gubi się w lesie, nie wie czym jest tajemnicza brama, bo widzi ją po raz pierwszy.

 

Zastanawiam się, czy cała scena w świątyni ma jakieś znaczenie dla fabuły, czy jest tylko zapychaczem. Skoro skierowałeś moją uwagę na złoty posąg przedstawiający trzy małpy, to liczę na to, że ten posąg odegra jeszcze jakąś rolę jeśli nie w tym, to w którymś z kolejnych rozdziałów twojej powieści. No wiesz, Prawo Zachowania Detali.

Posąg i scena świątyni ma duże znaczenie i nie jest tylko zapychaczem. Pełni formę ukrytego morału i napędza akcję, w sposób taki, że gdy główny bohater słyszy wołanie o pomoc, natychmiast biegnie by uratować tajemnicze osoby. 

 

Mogę się mylić, bo się na tym nie znam, ale o trofeum myśliwskim mówimy chyba wtedy, gdy jest to łeb lub poroże zabitego zwierzęcia, w dodatku zabitego własnoręcznie, a nie żywe zwierzę złowione na zamówienie.

Tutaj chodzi o to, że stworzenia z tego lasu, są traktowane przez kłusowników jako “żywe” trofea, to znaczy bardziej cenne niż przykładowe poroże. 

 

Co Yuki chciał właściwie zrobić i co zamierzał przez to osiągnąć? Strzelał do faceta i spudłował, czy też może myślał, że trafiając w drzewo wystraszy dwóch oprychów uzbrojonych w strzelby, kuszę i topór? Chciał ich zabić czy zmusić ich, żeby wypuścili lisa? Nie zaszkodziłoby wejść na chwilę do jego głowy. Brakuje mi poza tym informacji, czy mężczyźni widzieli Yukiego, czy siedział gdzieś w krzakach oraz jaka odległość dzieliła go od kłusowników.

Myślę, że Yukiemu nie chodziło o zabicie kłusowników, ale po prostu chciał ich przestraszyć, żeby wypuścili lisa. Zamiast tego prawdopodobnie chybił, co tłumaczy dlaczego grot trafił drzewo, a nie kłusownika. 

 

W jaki sposób wiatr zmusił ich do odwrotu? Faktycznie był tak silny, że aż stanowił zagrożenie? Podejrzewam, że próbowała coś tutaj zdziałać tytułowa Pani Wschodniego Wiatru, ale chyba coś jej nie wyszło. Nie rozumiem, dlaczego Yuki chciał dowiedzieć się, czego chcieli kłusownicy, skoro wyraźnie widział, że dali drapaka z uwięzionym w klatce lisem. Na jego miejscu uznałbym, że chcieli złapać lisa, no i go złapali.

Po prostu Yukiemu wydawało się podejrzane, że kłusownicy tak długo przebywali w jednym miejscu. Co do wiatru… Rzeczywiście, podejrzenia są jak najbardziej słuszne.

 

Edit #2:

Poprawione.

 

Edit #3:

Zmieniłem fragmenty, które mi wymieniłeś. Powinny teraz lepiej brzmieć :)

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Wszystkiego najlepszego, świąt wesołych i zdrowych, szampana dobrego, zabawy udanej, opowiadań na rok nowy i sukcesów wielu. Życzy Prorok T2

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Przepraszam, że tak długo nie odpisywałem, ale przez jakichś czas nie byłem obecny na stronie.

Dziękuję ci, Reg za przydatną łapankę, na pewno wdrożę wszystkie zasugerowane poprawki.

Zgadzam się, że opowiadanie Olej z wilka jest mało dopracowane i powinienem był je nieco lepiej przemyśleć i oddać do bety. Żałuję, że mój pomysł nie jest zbyt czytelny, myślę o jego ponownym napisaniu i szerszym rozwinięciu niektórych wątków.

Tak jak mówiłem wcześniej przepraszam, że nie odpisywałem, ale nie było mnie na stronie i trochę też przygotowywałem/przygotowuję nowe opowiadania, które niedługo pewnie opublikuję tutaj, na stronie.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

@Śniąca, NoWhereMan, Cień Burzy

Przepraszam, że tak długo nie odpisywałem, ale ostatnio miałem coś ważnego do zrobienia.

Dziękuję za komentarze oraz opinie i uwagi. Cieszę się, że pomysł na świat się spodobał i ogólne jego założenia. Zdaję sobie sprawę, że tekst nie jest zbyt dobrze napisany, jest w nim parę dziur oraz technicznych błędów. Chciałem stworzyć fajną historię, ale pod sam koniec nie przyjrzałem się tekstowi dokładnie, stąd te nieścisłości.

Jeśli chodzi o głównego bohatera, to rzeczywiście nie jest zbyt sympatyczną postacią, mogłem go trochę inaczej przedstawić i poprowadzić główny wątek. 

Nie jestem już nowicjuszem, ale do perfekcyjnego tekstu nadal mi trochę brakuje. Postaram się popracować lepiej nad następnym opowiadaniem, żeby uniknąć tylu błędów.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Właśnie dlatego, że jeśli coś jest zakazane, to tym bardziej ludzie będą to kupować. Nie dość, że w tym świecie wilki są zagrożone wyginięciem, to i tego surowca jest mało. Chyba jedynie arystokracja mogłaby kupować ten specyfik dla poprawienia sobie humoru :)

No to może wspomnieć przy tych zakazach? Że ze względu na skutki uboczne stosowania niezgodnego z zaleceniami producenta?

Hmm… Nie pomyślałem o tym, z drugiej strony mógłbym wpleść że: “Spożywane w zbyt dużych ilościach, mogą doprowadzić do likantropii”, ale wątpię, że wtedy byłby popyt na to w tym świecie :)

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

@NoWhereMan

Dzięki za przeczytanie.

@belhaj

Ostatnio staram się “reżyserować” opowiadania, żeby fajnie stworzyć fabułę. Cieszę się, że pomysł na świat ci się podoba, belhaju. Miałem pomysł jak zgrabnie połączyć wątki, ale tak jak pisałem wcześniej, późno się zabrałem za poprawki i nie spojrzałem dokładnie na tekst. Mogłem się trochę powstrzymać i dopracować odrobinę opowiadanie i opublikować je później.

Dzięki :)

@Finkla

Ostatnia część opowiadania jest właśnie takim snem, który miał prowadzić głównego bohatera dalej. Wilczy olej – czego nie wyjaśniłem w tekście – jest zarówno narkotykiem, jak i tłuszczem do spalania, ale nie wpadłem na to, jak wpleść to w fabułę opka. 

Żałuję, że nie dopracowałem opowiadania, ale bardzo zależało mi, żeby je opublikować. Niedomknięte wątki są wynikiem pośpiechu, któremu uległem w ostatniej fazie pisania historii.

Olej z wilków to pewnie fajny pomysł, chociaż chyba dzikie wilki są raczej chude, więc dużo oleju się z nich nie wyciśnie.

Dlatego w tym świecie, ten surowiec jest tak rzadki, że liczne rządy zakazały jego produkcji. Chodzi przede wszystkim o przyrodę.

 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

@Darcon

Cały czas szlifuję formę i eksperymentuję ze stylem. Olej z wilka pisałem trochę pośpiesznie w końcowym momencie, stąd pewne błędy i dziury fabularne. 

Pomijam makabryczny widok, ale takie zjawisko, to zaraza i choroby w każdym mieście. Możliwe, ale mało prawdopodobne, żeby gdziekolwiek leżały sobie trupy na dworcach.

Cóż, to miały być trupy Ulverów, czyli ludzi, których w tym uniwersum, traktuje się jako gorszych z powodu ich choroby, spowodowanej długotrwałym spożywaniem wilczego oleju. 

Po męczącym biegu zamanifestował się przede mną widok niezbyt dobrze traktowanego pensjonatu.

Chodziło mi o pojęcie “zamanifestował” w kontekście: pojawił się znikąd, wyłonił.

Widzę, że nie wszędzie i nie zawsze pasuje narracja pierwszoosobowa, którą tak się bawię :) Jeśli zaś chodzi o wartką fabułę… Pracuję nad nią. Brakło mi trochę czasu nad pomyśleniem jak ma przebiegać fabuła, stąd tak jak pisałem wyżej – pewne błędy i dziury fabularne. 

 Dziękuję Darconie za przeczytanie i uwagi.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

@Śniąca

Dzięki za przeczytanie. Czekam na opinię :)

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

@Jasna Strona

Dotychczasowe błędy poprawione. 

Ostatnie szlify wykonałem dość późno, więc fabuła może wydawać się nieco naiwna, ale to dlatego, że nie do końca przemyślałem pewne koncepcje. Widzę teraz, że mogłem trochę bardziej dopracować fabułę. Co do uwag:

Po co główny bohater ratuje jakąś anonimową dziewczynę z ulicy? Ratowanie bym jeszcze zrozumiał, ale on jej załatwia pokój w hotelu i nawet przekonuje sceptycznego recepcjonistę, by ją przyjął.

Głównym pomysłem na ratowanie bezimiennej dziewczyny było stworzenie twistu fabularnego, wnoszącego jakieś nowe informacje. W zamian za tymczasowe schronienie dziewczyna mogłaby wyjaśnić sporo odnośnie sytuacji, jaka ma miejsce w mieście. 

Mężczyzna, którego główny bohater szuka, cudownie się znajduje wśród bezdomnych, choć miał być arystokratą. Bez słowa wyjaśnienia.

Chciałem wywołać efekt zaskoczenia i stworzyć wątek, który później mógłbym kontynuować. 

Do tego akcja leci bardzo liniowo, a przeszkody, które napotyka bohater, wyglądają na zapychacze miejsca, a nie na wydarzenia, które realnie komplikowałyby fabułę.

Krótko mówiąc tragedii nie ma, ale szału też nie.

Tak jak mówiłem wcześniej zrobiłem ostatnie poprawki dość późno i nie przeczytałem opka, zanim wstawiłem je na konkurs, stąd pewnie wzięły się też zapychacze miejsc, a nie konkretne wydarzenia komplikujące fabułę. 

Dziękuję Jasna Strono za przeczytanie, opinię i uwagi :)

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Taki Śmierć z niebieską budką telefoniczną? ;)

Z niebieską budką telefoniczną…? :) Raczej nie. Jeśli chodzi o moje wyobrażenie Śmierci, to inspirowałem się też trochę mitologią haitańską i postacią Barona Samedi, stąd trochę też ten cylinder. 

Szkoda, że moje wyjaśnienia cię nie przekonały, drakaino, niemniej cieszę się, że wyjaśnienia się przydały :) Staram się pracować nad światami i historią, którą w nich umieszczam, na pewno pomyślę o tym głębiej, podczas pracy nad kontynuacją. 

A jeśli chodzi o kontynuację… Mam pomysł na ciąg dalszy, bohaterem dalej będzie Śmierć, ale jeśli chodzi o dosłowność – na pewno zmienię realia, trochę na bardziej ponure, pasujące do minionego w tym świecie średniowiecza, pokazujące upadek cywilizacji z powodu żywych trupów. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Przepraszam, że odpisuje z opóźnieniem, ale byłem ostatnio trochę zajęty. 

Jeśli chodzi o historię alternatywną przedstawioną w opowiadaniu, to punktem wyjściowym, który opóźnił przemiany cywilizacyjne było dla mnie pytanie: “Co by było, gdyby mieszkańcy Konstantynopola spalili wrzucone do oblężonego miasta ciała?”. W tej wersji Turcy nie zdobyli miasta (przynajmniej nie od razu), czarna śmierć nie wybuchła, a średniowiecze potrwało trochę dłużej. To są mniej więcej te czynniki, które spowodowały w tej rzeczywistości wydłużenie średniowiecza. 

Na dodatek brak czarnej śmierci oznacza pozostawienie populacji czternastowiecznej na poziomie sprzed epidemii, czyli w zasadzie dwukrotnie większej. Od historii gospodarczej tym bardziej nie jestem ekspertką, ale nie trzeba być specjalistą, żeby wymyślić, że nagłe zmniejszenie się populacji o połowę ma zasadnicze znaczenie dla wszystkich możliwych sfer życia. Ale tu raczej (na wyczucie) znów brak czarnej śmierci powinien spowodować szybsze przemiany, bo nie zabrakło rąk do pracy itd.

I rzeczywiście w tej wersji tak się stało. Brak czarnej śmierci to większa populacja, a co za tym idzie – przeludnienie miast, szybszy rozwój gospodarczy i techniki. W miarę upływu średniowiecza ten renesans, który opisuje, wcale nie musi być renesansem, a późniejszą wersją tej epoki, zmierzającą ku schyłku, w kierunku baroku. 

nie kupuję punktu wyjściowego alternatywnej historii. Ale też po prawdzie w opowiadaniu – moim skromnym zdaniem – nie ma to żadnego znaczenia, skoro w tej “późniejszej epoce renesansu” nie ma żadnych rzucających się w oczy wyznaczników epoki, za to są chodniki i cylindry, czyli wynalazki dziewiętnastowieczne… (Dobra, cylindry sporadycznie pojawiają się pod koniec XVIII w., choć nie podbijają jeszcze dość długo świata, ale chodniki w połowie XIX w., jeśli dobrze pamiętam.) I może tak być – jeśli to jest totalne przemieszanie czasów, ale w takim przypadku to już tak naprawdę przestaje być “historią alternatywną”…

Obraz miasta Konstantynopola powstał w oparciu o jeden z obrazów, którego szukałem, aby stworzyć główne miejsce, gdzie działaby się akcja. Chodniki możliwe, że się nie pojawiły w renesansie, ale tak jak mówię to bardziej późny renesans, a technologia mogła pójść do przodu (na przykład Da Vinci, który w miarę upływu czasu mógł tworzyć kolejne projekty, wyprzedzające jego epokę). Cylinder nosi Śmierć i to jest takie… moje wyobrażenie go. W różnych tekstach kultury Śmierć jest różnie postrzegana – jedni mówią, że to męski szkielet w długiej szacie i kapturze, dzierżący kosę, drudzy zaś, że to damska postura w podobnym wystroju. 

 Natomiast nieźle się to czyta, choć troszkę jest monotonne. I nie wiem, dlaczego ewidentnie realny Konstantynopol (w Turcji Osmańskiej, no niech będzie, że bohaterowie nadal tak go nazywają, albo czegoś nie załapałam w sensie, co naprawdę z tymi Turkami), a fikcyjna chyba nazwa prowincji włoskiej?

Prowincja włoska Turemizzi jest oczywiście fikcyjna. A Konstantynopol nadal tak jest nazywany ponieważ Turcy nie zamierzali (w tej wersji) zmieniać jego nazwy. Natomiast jeśli chodzi o wpływy kulturowe, to też prawda, że część dzieł literackich mogła pozostać zmieniona lub też autorzy mogli pozostać nadal anonimowi. 

Dzięki za przeczytanie, drakaino :) W kontynuacjach postaram się poprawić niektóre rzeczy. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Dzięki, Majkubarze za przeczytanie. No cóż, na razie, to tylko szkielet, ale nie zamierzam przestać tylko na konkursowym opowiadaniu z tego uniwersum. Powrócę jeszcze do niego, ale w planach mam jeszcze kilka innych opowiadań. Na pewno coś jeszcze wykombinuję :) Cieszę, że mimo pewnych niedostatków lektura była ciekawa.  

 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

@MrBrightside

Starałem się pokazać trochę miasta, pogody. Nie chodziło mi o zrobienie z przedmiotów  bohaterów opowiadania. Nad dialogami pracuję, więc nie są one jeszcze doskonałe. W Epilogu chciałem bardziej dodać grozy i trochę zainspirowała mnie jedna z serii komiksowych Marvela – “Marvel Zombies”. Chciałem oddać to w pewien sposób w opowiadaniu. 

 

@kam_mod

Dziękuję za przeczytanie, komentarz i klika. Jest parę rzeczy nad którymi muszę popracować i nad którymi wciąż pracuję. Cieszę się, że poziom absurdu, jak i niektóre z pomysłów się spodobały. Harfy z kosy nigdzie nie podpatrywałem, pomyślałem, że to taki fajny element humorystyczny :)

 

@Lord Vedymin

Dziękuję za przeczytanie i opinię. Pracuję cały czas nad warsztatem i czasem zdarzają mi się dziwaczne sformułowania. Za przeskoki w fabule odpowiada mój pośpiech. Miałem kilka pomysłów na rozwinięcie, ale chciałem zdążyć opublikować opowiadanie, więc trochę z nich zrezygnowałem. Cieszę się, że groteska fajnie wyszła :) Następnym razem dodam więcej obrzydliwości w podobnych opowiadaniach.

 

@śniąca

Dziękuję za opinię. Celem opowieści miała być geneza o Jeźdźcach Apokalipsy, a powód do tego stanowił ślub Śmierci i Zarazy. Chciałem opublikować na czas opowiadanie, ale trochę za szybko pospieszyłem się z pewnymi rzeczami, czego skutkiem jest chaos i pewna niezrozumiałość niektórych wydarzeń.

 

@joseheim

Oryginalnie miałem pomysł, żeby trochę się bardziej rozpisać w opowiadaniu, ale zrezygnowałem z pewnych wątków, chcąc zdążyć na czas. Tak jak wspomniałem wcześniej, za chaos odpowiada mój pośpiech. Mogłem trochę lepiej dopracować pewne elementy. 

Na początku trochę zamieszałem z tą siostrą Zarazy, to mogło trochę zmylić z tropu. Kolory to taka alegoria – Czarna (Czarna Śmierć, Dżuma), Szkarłat (Inna choroba, która mogłaby zgładzić ludzkość). Trupy powstały na skutek uboczny choroby, rozsiewanej przez Szkarłat. W jednej z rozmów podczas Śmierci jest porównanie ich do psów. Chodziło mi tu o nie tyle zombi, co ghule. 

Nie sądziłem, że Baron okaże się postacią mogącą trochę drażnić :) Może trochę nie przemyślałem jego udziału w opowiadaniu. 

Nad dialogami, jak i warsztatem stale pracuje. Mogły one wyjść nienaturalnie, ponieważ nie opanowałem ich w pełni do końca. 

Śmierć istniała już od bardzo dawna, stąd by było dziwne, gdyby jego nie było, a Zaraza była stosunkowo młoda. Cóż… wspomniałem w którymś z komentarzy, że Śmierć przyswajał trunki poprzez swoje ciało, tak samo jest z jego fizjologią. W swoim szkielecie zachował pewne… ludzkie pierwiastki jak płyny ustrojowe.  

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Wesołych świąt, dużo zdrowia i udanej zabawy dla całej redakcji i wszystkich użytkowników życzy Prorok

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Starotirajskie prawo odwetu bardzo mi się podobało. Coraz bardziej zaciekawia mnie ten świat, który rozwijasz w kolejnych tego typu opowiadaniach, belhaju. A jeszcze bardziej podoba mi się postać małomównego Riqueta, choć przyznaję, że hrabia jest najlepszy :) Ślub, a po nim noc poślubna, która okazała się wstępem do właściwej akcji, wciągnęła mocno do lektury.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Dziękuję, NoWhereMan. Następnym razem postaram się lepiej dopracować opowiadanie. Myślę teraz, że rzeczywiście mogłem je troszeczkę wydłużyć, wzbogacić o coś więcej. Przyszłe teksty postaram się lepiej skonstruować.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Żongler, gdzieś raz tak wyczytałem, że perspektywa pierwszoosobowa ogranicza, podobno, stosowanie metody “show, don’t tell”, ale może i ja trochę zbyt leniwie do tego podszedłem. Za bardzo ograniczyłem się, żeby napisać szorta, bo ostatnio dłuższe formy po prostu inaczej mi wychodziły. Postaram się przygotować po konkursie kolejne opowiadanie. Tym razem trochę bardziej się postaram.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

@joseheim

Błędy poprawione. Będę czekał na szerszy komentarz. 

 

@AQQ

Cóż… Trudno oczekiwać po Apokalipsie zbytniego optymizmu :) Szkoda, że tekst nie porwał. Co do ciężkostrawności… Przyznaję: Mogłem trochę lepiej dopracować pewne elementy. A nad chaosem też popracuję w przyszłych tego typu opowiadaniach. 

 

@belhaj

Dziękuję, belhaju, za komentarz i klik. Na pewno będę jeszcze sporo pracował, żeby warsztat pogłębić. W zanadrzu mam już kilka kolejnych pomysłów na następne opowiadania ;)

 

@Monsun

Cieszę się, że pomysł ci się spodobał. Tak jak pisałem we wstępie, początkowo miał to być szort, ale całość wydłużyła się do rozmiarów opowiadania. Następnym razem będzie dłuższe i więcej podobnych potraw :)

 

@Count Primagen

Dziękuję za wszelkie uwagi i opinię. Starałem się stworzyć ciekawe, alternatywne uniwersum, na początku chciałem inaczej nazwać opowiadanie i miało się toczyć ono w średniowieczu, a nie w alternatywnym renesansie. High Fantasy? Hmm… Nie jestem do końca przekonany, ale coś wykombinuję. Może niekoniecznie w tym gatunku, ale w innym :)

Za dużo wprowadziłem bohaterów, następnym razem ostrożniej do tego podejdę. Co do potraw… Może byłbym dobrym kucharzem? :)

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Cz.2

“…ku­brak, prze­żar­ty przez upar­te mole. –> Skąd wia­do­mo, że mole są upar­te?”

Znaczy – na szczęście nie miałem z nimi do czynienia – ale sądząc po stanie ubioru Śmierci, żeby stworzyć takie dziury, musiały naprawdę dać w kość :)

Błędy poprawione.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Każdej Apokalipsie towarzyszy pewien chaos i tu nie mogło go zabraknąć :) Starałem się skupić na przedstawieniu tego “osobliwego” wesela, a walkę z nieumarłymi pozostawiłem jako tło. Co do wykonania… Przyznaję, że pozostawiłem błędy, ale nie wszystko zawsze uda się wyłapać w trakcie bety. Mimo to czuję, że idzie mi coraz lepiej. Widzę wyraźnie, że błędów jest mniej i dziękuję za przydatną łapankę. Szkoda, że Narodziny Jeźdźców nie były satysfakcjonującą lekturą, niemniej mam nadzieję, że chociaż w paru miejscach rozbawiły :)

Odniosę się do kilku uwag:

„Przechyliłem srebrny puchar lekko do góry i wypiłem pozostałą w nim treść. –> Czym była treść, którą wypił narrator?” 

Jako, że to groteska, to chodziło mi o opcję “3”: “«zawartość przewodu pokarmowego, niektórych jam wewnątrz ciała lub żywych komórek».

„Tęskniłem za smakiem świeżej, ciepłej krwi, wędrującej po moich lędźwiach i wchodzącej w podstarzałe kości. –> To krew wchodzi w kości?” 

Zastanowiło mnie jak Ponury Żniwarz mógłby pić cokolwiek. Dlatego wpadłem na pomysł, że przyswaja je całym swoim ciałem.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Opowiadanie miało być groteskowe, trochę humoru, trochę grozy – stąd i takie postacie :)

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

@Finkla

Głównym wątkiem jest wesele Śmierci i Zarazy. Celem śmierci było zemszczenie się na ludzkości, a późniejsze żywe trupy to po prostu produkt uboczny, który wszyscy raczej traktują jako “nieproszonych gości” i raczej zabijają, żeby nie przeszkadzali w trwaniu uroczystości.

 

@Żongler

Trochę chciałem stworzyć taką jakby genezę o Jeźdźcach Apokalipsy. W większym opisaniu świata ograniczała mnie perspektywa pierwszoosobowa. Trudno było mi uchwycić dosłownie wszystko i wszystkich. Skupiłem się po prostu na najważniejszych rzeczach. Jeśli chodzi o “sprint do mety” – faktycznie pewne miejsca po becie opuściłem i nie sprawdziłem dokładnie. W stworzeniu większej obrzydliwości ograniczała mnie – tak jak mówię – perspektywa. Nie chciałem za bardzo przesadzić z tą obrzydliwością. 

 

@MrBrightside

Dzięki :)

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Dzięki, koboldzie. Nie wszystko zostało przeze mnie dokładnie sprawdzone i nie zauważyłem wszystkich błędów. Poprawiłem następujące zdania. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Rozumiem. Cały czas pracuję nad kolejnymi rozdziałami. Prolog – przyznaję – może nie jest do końca idealny, powinien zachęcać do dalszego czytania. Mam nadzieję, że sam wstęp nie będzie zniechęcający, dla przeczytania kolejnych części mojej powieści. Co do uwag… Częściowo się z nimi zgadzam, lecz nadal nie do końca z wszystkimi. Bardzo się cieszę z każdej uwagi, bo zależy mi, aby dopracować kolejne fragmenty jeszcze lepiej. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

@regulatorzy

Dziękuję za podesłany link. Cały czas korzystam z bety, lecz chciałem po prostu spróbować opublikować jakieś krótkie opowiadanie.

 

@beryl

Dzięki, berylu za przeczytanie i uwagi. Przyznaję, że rzeczywiście nie do końca wyszło mi to, jak zamierzałem. Faktycznie, skupiłem się bardziej na opisach niż na postaciach i fabule. Następnym razem postaram się bardziej dopracować kolejne opowiadanie z tego uniwersum.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Okej, Dzięki, Reg. Czekam na poprawki :)

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

ODCINAM

Cięciwa powoli się naciągała, a Wilczek czekał tylko na przyjazd ambasadora, który obiecał wyjaśnić całą sprawę. Wszystko komplikował fakt pojawienia się Tadeusa i Skirra. Dwójka spiskowców nie mogła się doczekać, aż krasnoludy zaczną wybijać się nawzajem. 

– I co? Wszystko gotowe? – dopytywał były kapitan straży.

– Zamknąć się! – warknął cicho na nich elf, prawie się nie obracając.

Karoca przyjechała o czasie. Ambasador ubrany w białą szatę, znak pokoju, pokrytą runami uścisnął dłoń krasnoluda z przeciwnego klanu.

Najemnik wypuścił strzałę. Grot wbił się w gardło, a straż przyboczna zaczęła szukać winnych. Wszystko wskazywało na to, że to było preludium do wojny domowej. 

– Udało się! – rzekł podniecony Skirr.

– Oczywiście, jestem przecież profesjonalistą – odparł Wilczek i odszedł.

 

– To w końcu czyim on jest synem? – wypalił nagle wilk Fenrir. 

Mędrzec w todze, silnie umięśniony, gładził się po swojej bujnej brodzie, wsłuchując się w kolejne zarzuty swojego syna i przyjaciela. Pamiętał to, jakby wszystko zdarzyło się kilka dni temu. Zszedł wtedy i uwiódł matkę Garusa pod postacią pięknego ptaka. Z tego związku narodził się potężny mag i półbóg. 

– Moim – odpowiedział po chwili.

– Gadanie! – warknął. – Wiesz dobrze, że ja też się w niej kochałem.

– Gdybyś był ojcem, to zmieniałby się w wilka, tak? 

– Coś mi insynuujesz?

– Nie. Po prostu mówię, że to mój syn, tak jak ty, Fenrirze. 

– Mężu – rzekła Jokasta. – Skończcie te kłótnie. Nieważne czy to twój, czy też – Fenrira Zefira syn. Światu grozi niebezpieczeństwo. Za niedługo koniunkcja, a wtedy Król Węży wkroczy ostatecznie i wszystko przepadnie.

– Poprosiłem pewnego elfa o pomoc – wyjawił wilk.

– Kogo?

– Niejakiego elfiego łucznika, Wilczka. 

– Sprytnie – pochwalił Gafren. – Musimy zrobić wszystko, aby Garus osiągnął pełnię swych mocy. 

– Racja – poparła Jokasta.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Okej. Rozumiem, Piotrze, część uwag. Do pozostałych jednak znów się odniosę:

 

2. Zgadza się: 

Chrześcijaństwo to chrześcijaństwo, młotek to młotek, butelka to butelka. Chrześcijaństwo to nie jest młotek. Butelka to także nie jest młotek. 

Ale światy równoległe rządzą się swoimi prawami. Coś co ja nazywam “alternatywną wersją chrześcijaństwa”, z punktu widzenia bohaterów powieści, z tej Ziemi, chrześcijaństwem nie będzie, bo nie wiedzą, co to takiego. Fakt, dla mnie jest to pewne uproszczenie, choć nie powinienem nazywać tego chrześcijaństwem. Ale zgodnie z logiką światów alternatywnych, jeżeli gdzieś rzucimy młotek, to w innym świecie będzie on butelką. Światy równoległe to odbicie naszej rzeczywistości, często w skrzywionym zwierciadle. 

Science Fiction przecież rządzi się swoimi zasadami i często zmienia się pojmowanie tego rodzaju literatury fantastycznej. Może i tu robotów nie ma, ale to w pewnym sensie nadal sci-fi, a może zupełnie nowy gatunek.

Rzeczywiście, łatwo jest stworzyć nowy system religijny, tylko  uważam, że później trudno jest wyjaśnić na czym owa religia polega, bo przecież rządzi się swoimi zasadami i wartościami. Tworzenie nowej religii wymaga odpowiedniego wyjaśnienia w świecie powieści, choć nie mówię, że “Jeszuanizm” jest jedyną religią w powieści.

 

4. Ale to są przemyślenia bohatera, tylko on wie cokolwiek na ich temat, ze względu na swoją profesję. Ani Zakon, ani nawet jego protegowana nie wie, kim mogą być Wyżsi. Grigorij wie tylko, że mają umiejętności przewyższające ludzkie. Nie wie jak wyglądają, ani skąd mogą pochodzić.

Wyżsi są na razie tylko hasłem. To są istoty. Jakieś. Ale nikt nie wie czego chcieli.

 

5. Opis tego, co bohater widzi, uzależniony jest od narracji. Bohater opisuje wszystko, co dzieje się na jego oczach, dlatego opis jest podstawowy, bo nie wszystko główny bohater jest w stanie wychwycić czy opisać w inny sposób.

 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Rozumiem. Postaram się wstawić wkrótce Rozdział Pierwszy.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Dzięki. Cieszę się, że się podobało. Tak jak mówię, rozumiem, że wygląda to tajemniczo, postaram się rozjaśnić fabułę, gdy tylko R1 poddam właściwej becie. Jeżeli chodzi o wariację chrześcijaństwa… Tak jak wspomniałem, nie chciałem eksperymentować z czymś czego nie znam. Wyjaśnienie czym jest: Zakon, Strażnik czy Opiekun przyjdzie z czasem. Mam nadzieję, że pierwszy rozdział będzie zachęcający do dalszego zapoznania się z historią.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

ODCINAM

Wilczek skrzywił się. Choć był zabójcą i działał na zlecenie, cała Gildia miała wewnętrzny kodeks, wedle którego działali: Zabijać niegodziwych, niewinnym pomagać. Dlatego, póki nie znajdowali odpowiedniego argumentu, nie działali. Zabicie ambasadora Cesarstwa Krasnoludów mogło się przyczynić do wojny.

– I co? Bierzecie? – spytał Tadeus, rozochocony. 

– Nie wiem. Czy macie jakieś dowody przeciwko niemu? – Spytał, wskazując palcem na portret ambasadora, przyniesiony z jednej z lokalnych gazet.

Dwójka spiskowców popatrzyła się na siebie.

– To. – Skirr przysunął kawałek skóry, zdarty z krasnoluda, z fragmentem runy. 

– Kto… Słyszałem o wojnie, ale na razie nie podjęto konkretnych działań. Ambasador Gwey’Lua podobno rozmawia z drugim klanem w sprawie śledztwa.

– To ewidentny dowód na wrogość Cesarza wobec drugiego klanu. Nie można tego lekceważyć.

Do pokoju wszedł Mistrz Gildii, krasnolud Teyzen z mieczem na plecach. 

– Co się dzieje, Wilczku?

– Panie… Mistrzu Teyzen… Oni chcą żebym zajął się eliminacją ambasadora!

– Pokaż mi to… – zamyślił się Teyzen. – Nu, to ewidentnie runy z kraju, z którego pochodzi Cesarz. To dobry dowód.

Skirr i Tadeus ucieszyli się.

– Ile zapłacą?

– dwa tysiące monet.

– Aż dwa?

– Dokładnie tak powiedzieli.

– Powiedz im, że trzy i mają załatwione.

Wilczek dogadał się ze spiskowcami. Zapłacili oczekiwaną kwotę i wypili sfermentowany bimber z agrestu, aby uczcić transakcję.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Cześć, Piotrze. Dzięki za przeczytanie. Odniosę się do twoich uwag:

1 i 3. Nim wyszedłem z bety i opublikowałem NBWZ, sprawdziłem mój tekst kilka razy zarówno pod względem błędów interpunkcyjnych, jak i powtórzeń. Być może sprawa z przecinkami i kropkami nie jest moją najmocniejszą stroną, ale myślę, że uległo to sporej poprawie od mojego pierwszego tekstu, który opublikowałem tutaj.  Co do powtórzeń to przeglądałem tekst i nie zauważyłem powtarzających się wyrazów, być może mogłem coś przeoczyć. 

2. Wersja chrześcijaństwa, która występuje w Prologu różni się od tego, co my znamy. W tej, alternatywnej Ziemi, Jezus Chrystus urodził się na Bliskim Wschodzie i nazywał się Jeszua al-Kitani. Podobny – ale nie ten sam – pomysł zaczerpnąłem z Ja, Inkwizytor, gdzie Jezus zszedł z krzyża i objął władzę nad ludzkością. To jest po prostu odbicie naszej wiary w innym świecie. 

W tym świecie Jeszua był zarówno Prorokiem, jak i Mesjaszem i miał swoich apostołów. Ta wersja chrześcijaństwa bierze swoje źródło zarówno z islamu jak i z właściwej wiary chrześcijańskiej. Co do odpowiedzi:

bo nie chce mi się wymyślać całego systemu, a poza tym ani nie znam chrześcijaństwa wystarczająco dobrze, ani założeń tej czy innej religii, a jej uwiarygodnienie zajęłoby pół książki.

Ja nie tworzę nowej religii. To jest powieść Science-Fiction, o świecie równoległym z historią alternatywną. Poza tym cały czas uczymy się o chrześcijaństwie, o tym, co kształtuje naszą wiarę i być może nie wiemy wszystkiego na ten temat. Nie jestem teologiem i mam prawo do własnych poglądów. Tworzenie od podstaw całego systemu może być męczące i lepiej mi jest stworzyć coś na nowo, od czegoś, co jest znane.

4.  Czasem spotykam się z takim zapisem, gdzie w ten sposób mówi się o emocjach towarzyszących wypowiedzi bohatera i nie uważam, jakoby było to błędnym zapisem.

5. Im prostsze zdania, tym lepiej. Nie popełnię w ten sposób karygodnych błędów :)

6. Czasownika “był” raczej nie zauważyłem, ale to prawda: są to dla mnie podstawowe słowa określające czynności. Nie jestem Adamem Mickiewiczem czy też Andrzejem Sapkowskim, aby pisać “wyśrubowane” na kilkadziesiąt stron opisy krajobrazu. Poza tym perspektywa zależy też od bohatera: w narracji pierwszoosobowej, widok ograniczony jest do tego, co widzi bohater. 

7. Nazwy Ewangelii nawiązują do naszych. Jak wspomniałem, to jest rzeczywistość alternatywna, inna Ziemia. Jeszua, tak jak Jezus, też miał apostołów, którzy spisali jego czyny i to, co mówił. Nie tworzę nowej religii, bo nie jestem teologiem i cały czas dowiadujemy się o nowych faktach. Wolę stworzyć coś z nowego z naszej wiary, niż tworzyć coś o czym nie mam pojęcia i nie wiem wszystkiego.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Cieszę się, że poprawki się przydały. Jak wspomniałem nie jestem ekspertem od błędów, mogłem coś pominąć, ale podczas lektury “Wojny totalnej” i “Wyklętych bohaterów” postaram się jeszcze wyłapać, gdyby coś jeszcze było. 

A tekst naprawdę mi się podoba, im bardziej wgłąb lektury, tym bardziej wciąga. Nie wiem, czy skończę czytać dzisiaj pierwszą część powieści… najpewniej jutro zabiorę się za drugą. Ogólnie bardzo fajnie rozrysowana, ciekawa historia Jokera i fikcyjnego konfliktu NATO-Rosja.

 

Edit:

Kilka błędów, które pominąłem z Pierwszego rozdziału. Jeżeli powtórzą się błędy w pozostałych rozdziałach, proponuję ci, Dark Dante, abyś wstawił “Wojnę totalną” i “Wyklętych bohaterów” na betalistę. Resztę poprawek postaram się wstawić jutro.

 

Niemożna –> Osobno „nie” z czasownikiem: Nie można

 

Wiecie co się właśnie dzieje? –> Brakujący przecinek: Wiecie (+,) co się właśnie dzieje?

 

Nikt nie odpowiedział lecz spojrzenia mówiły wszystko. –> Brakło przecinka: Nikt nie odpowiedział (+,) lecz spojrzenia mówiły wszystko.

 

Sejm i senat –> Senat z dużej litery: Sejm i Senat

 

tych co pozostaną wierni rządowi aresztować. –> Brakło przecinka: tych (+,) co pozostaną wierni rządowi (+,) aresztować.

 

Ci co nie są z nami są przeciw nam, macie ich blokować, cała komunikacja ma przechodzić przez was. –> Brakło przecinka: Ci (+,) co nie są z nami (+,) są przeciw nam, macie ich blokować, cała komunikacja ma przechodzić przez was.

 

Do drzwi już dobił się Halogen. –> Zły szyk: Do drzwi dobił się już Halogen.

 

Tak to jest jak młody dostanie za szybko awans! –> Zły szyk i brakujący przecinek: Tak to jest (+,) jak młody za szybko dostanie awans!

 

Zostanie pan kilkanaście dni w areszcie a my poukładamy struktury państwa na nowo. –> Brakujący przecinek: Zostanie pan kilkanaście dni w areszcie (+,) a my poukładamy struktury państwa na nowo.

 

Ściągnął broń z pleców i kopnął drzwi kilka razy aż wypadły z zawiasów. –> Brakujący przecinek i zły szyk: Ściągnął broń z pleców i kopnął kilka razy w drzwi (+,) aż wypadły z zawiasów.

 

– Poddajcie się a załatwię wam łagodną karę! –> Brakujący przecinek: Poddajcie się (+,) a załatwię wam łagodną karę!

 

marszałek otrzymał trafienie w lewe ramię a teraz leży na podłodze ściskając krwawiącą ranę. –> Brakujący przecinek: marszałek otrzymał trafienie w lewe ramię (+,) a teraz leży na podłodze ściskając krwawiącą ranę.

 

Nie czekając na jego odpowiedź wyszedł z gabinetu. –> Brakujący przecinek: Nie czekając na jego odpowiedź (+,) wyszedł z gabinetu.

 

Ponownie Woliński ja rozdarł bez patrzenia na treść. –> Literówka i brakujący przecinek: Ponownie Woliński rozdarł (+,) bez patrzenia na treść.

 

Nie stosując się do przepisów po prostu pobiegł z powrotem. –> Brakło przecinka: Nie stosując się do przepisów (+,) po prostu pobiegł z powrotem.

 

– Tą co rozwaliliśmy raptem jedną paczką C4? –> Brakło przecinka i uważam, że dobre byłoby też wtrącenie: Tą (+,) co rozwaliliśmy raptem jedną paczką C4?

 

Jedna maszyna ostała zaminowana a potem zablokowana na włączonym silniku. –> Jedna maszyna ostała zaminowana (+,) a potem zablokowana na włączonym silniku.

 

Jak wjechała pomiędzy pozostałe to wybuch od razu zapalił kilka bocznych a potem już efektem domina całość została zniszczona. –> Brakło przecinków: Jak wjechała pomiędzy pozostałe (+,) to wybuch od razu zapalił kilka bocznych (+,) a potem już efektem domina całość została zniszczona.

 

Rok dwa tysiące piąty, cztery lata po wejściu pierwszych oddziałów za granice Afganistanu. Wraz ze swoim oddziałem, raptem dwudziestoletni plutonowy. On, Halogen, Garmata, Grizzly i kilku innych chłopaków. Mieli zaatakować bazę wroga. W środku przetrzymywano jeńców amerykańskich oddziałów specjalnych. Jako, że dowódca umarł podczas zasadzki jeszcze w drodze do kompleksu to on przejął dowództwo. –> Wtrącenie, zbędne kropki, brakujący przecinek, nowy akapit: Rok dwa tysiące piąty, cztery lata po wejściu pierwszych oddziałów za granice Afganistanu. (+/) Wraz ze swoim oddziałem, raptem dwudziestoletni plutonowy On, Halogen, Garmata, Grizzly i kilku innych chłopaków (–.) mieli zaatakować bazę wroga (+.) W środku przetrzymywano jeńców amerykańskich oddziałów specjalnych (+,) jako, że dowódca umarł podczas zasadzki (+.) (+/) Jeszcze w drodze do kompleksu to on przejął dowództwo.

 

Niski, gruby ale za to wręcz niesamowicie zwinny. –> Brakło przecinka: Niski, gruby (+,) ale za to wręcz niesamowicie zwinny.

 

marszałek otrzymał trafienie w lewe ramię a teraz leży na podłodze ściskając krwawiącą ranę. –> Brakujący przecinek: marszałek otrzymał trafienie w lewe ramię (+,) a teraz leży na podłodze ściskając krwawiącą ranę.

 

Nie czekając na jego odpowiedź wyszedł z gabinetu. –> Brakujący przecinek: Nie czekając na jego odpowiedź (+,) wyszedł z gabinetu.

 

Ponownie Woliński ja rozdarł bez patrzenia na treść. –> Literówka i brakujący przecinek: Ponownie Woliński rozdarł (+,) bez patrzenia na treść.

 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Bardzo ciekawie napisana książka. Pierwszy rozdział mnie wciągnął, nie przeczytałem reszty, ale wstęp zachęca do dalszego czytania. Wydaje mi się, Dark Dante, że powinieneś podzielić poszczególne rozdziały na oddzielne fragmenty, wtedy lepiej by się czytało.

Zauważyłem też kilka błędów w pierwszym rozdziale:

 

Wiedzieli o tym członkowie oddziału niejakiego Joker, którzy byli w Afganistanie. → Zabrakło ci przecinka i literówka: Wiedzieli o tym członkowie oddziału (+,) niejakiego Jokera, którzy byli w Afganistanie.

 

Nawet jeśli zdusili ją wszelkimi sposobami. → Brakło przecinka: Nawet (+,) jeśli zdusili ją wszelkimi sposobami.

 

Dopiero dziewiąta rano a on po raptem kilku godzinach snu. → Brakło przecinka: Dopiero dziewiąta rano (+,) a on po raptem kilku godzinach snu.

 

Oparł łokcie na biurku a na dłoniach złożył głowę.  → Brakło przecinka: Oparł łokcie na biurku (+,) a na dłoniach złożył głowę. 

 

[…] przez to, że się napromieniował, wybuch tak zwanej brudnej bomby. → W miejscu komentarza powinna być kropka: […] przez to, że się napromieniował (+.) Wybuch tak zwanej brudnej bomby.

 

Nie jestem w stanie wyłowić wszystkich błędów, ale w pierwszych rozdziale pojawiają się brakujące przecinki i jest chyba kilka literówek. Żeby nie było, nie jestem ekspertem od błędów, a Reg znacznie lepiej ode mnie wskaże wszelkie niedociągnięcia w tekście. 

Ogólnie jestem fanem tego typu opowieści militarnych, więc przygoda Jokera bardzo mi się spodobała. Resztę rozdziałów przeczytam później, ale już pierwszy rozdział bardzo mnie zaciekawił.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

ODCINAM

– Co proponujesz, Tadeus? – zapytał Skirr.

– Musimy spreparować takie dowody, żeby oba klany wszczęły między sobą wojnę – wyjaśnił kapitan straży królewskiej. – Tylko co…

– Można by wynająć kogoś z Gildii Zabójców, działają w pełni legalnie. – Uśmiechnął się Skirr.

– Czy aby na pewno?

– Noo, dało się komu trzeba odpowiednią ilość złota, nie moglibyśmy z nimi inaczej współpracować.

– A więc? Kogo proponujesz?

– Najlepszy jest leśny elf, niektórzy mówią na niego “Wilczek”. Nigdy nie pudłuje swoimi strzałami.

– Cel?

– Wybierzmy… hmm… Ambasadora Cesarstwa Krasnoludów, to będzie dobry pretekst, a winę zrzucimy na enklawę przebiegającą pośrodku dwóch klanów. 

Dwójka spiskowców powiesiła ciała na gałęziach drzew, a następnie udali się w stronę, gdzie znajdowała się Gildia Zabójców.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Bardzo fajny i dynamicznie rozwijający się szort. Spodobała mi się postać Riqueta i zaciekawił mnie “Dom Zagadek”, o którym chętnie dowiedziałbym się nieco więcej. Jeżeli chodzi o kult Cierpiętnika, to przypomniała mi się gra “Outlast”, gdzie w niektórych miejscach też były podobne rzeczy. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF

To Garus jej tak powiedział, ponieważ on sam do końca tego nie wie. Wie, że jego ojciec był bogiem, ale nie wie, że jest nim niejaki wilk – Fenrir, a nie Gafren. Jeżeli o chodzi o ten śląski akcent u krasnoluda… Cóż, a czemu by nie? :) Jakoś mi się tak krasnolud kojarzy ze Śląskiem :)

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

ODCINAM

 

Ludzie Północy! – krzyczał kurier, marznąc na mrozie. – Wojna! Dawny sojuszniczy klan wypowiedział nam wojnę!

Mężczyzna w białym płaszczu przypominał ducha. Zapłacił odpowiednią ilość monet i wziął gazetę, w której przewijały się runiczne znaki, niegdyś używane do przekazywania sobie informacji. 

– Dziękuję, chłopcze – powiedział do kuriera i odszedł w stronę karczmy, aby móc się tam ogrzać. 

Drzwi ostrożnie się otworzyły, wpuszczając śnieg do środka. Szynkarz powitał wesoło przybysza. 

– Witojcie! – rzekł. – Czym mogę służyć?

– Powiedzcie, ile nocleg u was kosztuje?

– A nu… jakieś pięć Garatenów. 

– Dużo. – spochmurniał przez chwilę na pooranej twarzy. – Biorę! – dodał po chwili, sięgając ręką do sakwy.

Nieznajomy poszedł na górne piętro, wskazane przez krasnoluda i zamknął wejście. Skupił się mocno i za pomocą magii Mrozu, wywołał lustro, w którym objawiła mu się postać Fenrira – wilka boga Gafrena. 

– Jaukec – warknął. – wiesz coś o moim synu?

– Nie, panie. 

– Uważaj, magu – zaczął. – moja cierpliwość nie należy do łaskawych. 

– P-prawdopodobnie to niejaki Garus. 

– Człowiek… Zaraz… Mój syn to człowiek?!

– Tak.

– Czy grozi mu niebezpieczeństwo?

– Nie wiem tego. 

– Powierzam ci misję, mój drogi. Masz go chronić, mam wobec niego bowiem wielkie plany. 

– Niezwłocznie wyruszę do Królestwa Ludzi. 

Kryształ zniknął w kilka chwil, a mężczyzna położył się spać. Kolejne dni miał spędzić poza swoją ojczyzną. 

– Garus… Hm… – powiedział sam do siebie.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

ODCINAM

– Te, Gwaźlak – warknął krasnolud. – Nie kantuj mi tu – zagroził mu długim kijem, wykonanym z solidnego drewna.

– Nie kantuję, klnę się na własną matkę – odparł mu.

– No… matka święta rzecz, ani mi się waż… 

Nagle przed oczyma błysnęło im światło. Wyraźnie zaintrygowani, postanowili sprawdzić cóż to takiego mogło być.

Na polanie ukazał im się dwójka szemranie wyglądających osób. Jeden był kapitanem w Gwardii Króla, a drugi przypominał członka Gildii. Kłócili się.

– Coś podejrzewają – zasugerował Tadeus.

– To twój problem – powiedział aroganckim tonem Skirr.

– Ty też w tym siedzisz! – ryknął. – Jeżeli król się dowie, że spiskowałeś, i ty, i ja – obaj pójdziemy na szubienicę.

– Naszym atutem byli ci dwaj – stwierdził. – ale uciekli.

– Jedynym wyjściem – zaczął. – mu stać się wojna.

– CO?! OSZALAŁEŚ?!

– Nie wrzeszcz.

– Dobrze. Ale wojna? Wiesz, co się stanie jeśli podpalimy beczkę?

– Portale, Wężołaki i wojna… Chaos.

– Co?

– Znam pewne miejsce, gdzie będziemy mogli stworzyć po tym wszystkim świat na nowo. Bez magii i lokalnych bohaterów… To będzie NASZ świat.

W międzyczasie słuchająca tego wszystkiego dwójka krasnoludów postanowiła powiadomić o tym Cesarza Zimnych Krain. Władca Krasnoludów był cichym sprzymierzeńcem Króla Ludzi.  

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

ODCINAM

 

– Głupcy… Siwuchu… – syknął Król. – Jak mogłeś mnie zawieść? – dodał.

– P-p-panie, ja…

– DOŚĆ! – ryknął. – Żadnych porażek, chcę efektów. Mieliście zabić Garusa i pozostałą trójkę, jednak… coś wam się udało.

– Co takiego, panie? – wtrącił Faered. 

– Skegdor jest bliski kompletnej indoktrynacji, o ile – oczywiście – czegoś nie spartaczycie, idioci.

– Nie zawiedziemy cię – odparli chórem.

– Mhm… Zejdźcie z moich oczu. WON!

Dwójka wężołaków ze spuszczonymi głowami opuściła jamę, do której prowadziło wejście w postaci głowy gada. Gotowali się w środku ze złości. Nie rozumieli jak mogli dać się w ten sposób wystrychnąć na dudka. 

– Faered, co robimy? – zapytał.

– Muszę pomyśleć… AU!

– Co się stało?

– Moja głowa…

Nagle na ciele pojawiły się zielone plamy, zmieniające się powoli w łuski. Ludzkie ciało Faered’a kompletnie znikło, a zamiast niego pojawił się olbrzymi wąż. Siwuch podobnie jak jego towarzysz również się zmienił. W ich głowach pojawił się głos.

Znajdźcie mi icccchhh… Od tej pory należycie do mnie, nie macie swej woli. Wykonać!!!

Z powrotem przeszli przez portal, lądując na niewielkiej polanie.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Na stole stał gąsior do wina, wypełniony różowym śluzem. Garus zbliżył się, żeby zobaczyć co to takiego. W galarecie kłębiły się i przeplatały dziwne kształty, niczym węgorze. Stwory miały ludzkie twarze. Największy z nich podpłynął do brzegu butli. Coraz bardziej zaczynał przypominać straconego medyka. Widać było w nim poczucie winy. 

– Posiedzi tu, aż zmądrzeje – słychać było głos Jokasty, lecz jej samej, ani śladu.

Wtem Garus otworzył oczy. Leżał w komnacie, na zamku króla Valusa. Przez okno wpadały pierwsze promienie słońca. 

– Ech… Co za dziwny sen – stwierdził mag, wstając powoli z łoża.

– Cieszę się, że znów jesteś z powrotem – rzekł głos należący do żony i matki Amal’Nyi.

– Attraya? 

– Tak. – Uśmiechnęła się. – Czy coś cię niepokoi?

– Mhm. Skegdor, Gildie i…

– Nie powinieneś ukrywać swojego boskiego pochodzenia. 

– Kto by w to uwierzył? – zapytał. – Ja!? Potomkiem Wielkiego Gafrena?

– Choć odrobinę mógłbyś przeważyć szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Nie sądzisz?

Nagle ktoś zapukał do drzwi. Duch kobiety szybko znikł w nicość.

– Mogę? – Maymor wychylił się zza drzwi.

– Wejdź przyjacielu.

Czarodziej zamknął drzwi i usiadł naprzeciw Garusa. Był czymś wyraźnie zmartwiony, choć nie okazywał tego tak bardzo.

– Coś mi tu nie gra.

– Hm?

– Chodzi mi o to, że zbyt łatwo poszło. Rozmawiałem z kapitanem Tadeusem. Nie wydawał się jakoś bardzo przejmować ucieczką tych dwóch.

– Sądzisz, że jest w spisku? – zapytał mag.

– Nie wiem czy jest, ale… Sam powiedz: Nie wydaje ci się to dziwne?

– Trochę.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF

 

Okej. Zaraz się tym zajmę.

Mam jeszcze kilka pomysłów na dodatkowe wątki :)

 

OFF 2

 

Zaktualizowałem streszczenie opowiadania, jutro poprawię ewentualne błędy i dodam coś do R4. Przepraszam, że tak długo :) 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF

 

Dzięki, Tricksterze. Rzeczywiście raczej się nie pogubię :)

 

Przez kolejne dni, rycerze palili je na stosie, żeby nie dopuścić do zarazy. → Niepotrzebny przecinek: Przez kolejne dni (-,) rycerze palili je na stosie, żeby nie dopuścić do zarazy.

 

Tak wystawnej imprezy, w królestwie, jeszcze nie widziano. → Wydaje mi się, że przecinek też raczej tutaj jest niepotrzebny: Tak wystawnej imprezy (-,) w królestwie, jeszcze nie widziano.

 

Ustaliliśmy, że za zamachem stali członkowie Gildii Oświeconych – Siwuch i Faered. → Brakuje pauzy odnośnie wypowiedzi kapitana Tadeusa:  Ustaliliśmy, że za zamachem stali członkowie Gildii Oświeconych – Siwuch i Faered.

 

P.S: Dzięki za poprawki. 

P.S 2: Hmm… Ale fragmenty? Czy całe rozdziały? 

To ciekawy pomysł i jestem za… ale co z Rozdziałem IV? Jeżeli to ostateczny rozdział, to wypadałoby zostawić trochę miejsca na posty go dotyczące. Myślę, że można podziałać w tym kierunku. Dałbyś rady zająć się tym Tricksterze? Jestem ciekaw jakby to wyglądało.

P.S 3: Postaram się dziś złożyć w całości Rozdział 3 i wkleić do nowego postu. Aha… Jeżelibyś Tricksterze tworzył nowy wątek w HP, to musisz uważać, bo po stworzeniu go, nie można edytować. 

 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Jak to cudownie pachnie. Nigdy nie czułam czegoś tak pięknego.

– Spróbuj tego Amal'Nyo – zachęcał Ma'annem Tailu – nie dość, że ma ładny aromat, posiada też właściwości lecznicze.

– Wiele bym dał za takie laboratorium – zachwycał się Garus. 

– Tworzymy tu z dziewczynami, wspaniałe kompozycje. Wiedzieliście, że każda roślina pod słońcem, pomaga przy co najmniej jednej chorobie? Mamy remedia na wszystko. Rośliny mają swój charakter. Dopasowujemy go do dolegliwości. Tylko melisa jest uniwersalna – ma charakter słoneczny.

Do pomieszczenia weszła Jokasta

– Czemu jesteś taka strapiona – zapytał Ma'annem.

– Na dworze dzieją się straszne rzeczy. Próbowano otruć króla. Morderca został stracony, ale  miał jakieś opętanie, które przeszło na innych. Z resztą… Zaraz sami zobaczycie. A co jest z Amal'Nyą? Twoje oczy są jakieś…

Zgromadzeni w laboratorium alchemicznym opowiedzieli Jokaście o ostatnich wydarzeniach. Ta zamyśliła się na chwilę, jakby konsultując ze światem niewidzialnym i rzekła:

– Ślepota jest jej pisana. Żadne remedium – na ten czas - się dla niej nie znajdzie. Jej udziałem będą wielkie rzeczy. Jest wieszczką.

Towarzystwo zasmuciło się, jednak wszyscy rozumieli powagę sytuacji. To było dla Amal'Nyi, jednocześnie piętno, jak i wielki zaszczyt.

– Nie ma czasu. Chodźcie ze mną na dwór. Musimy coś zrobić z opętanymi – zarządziła Jokasta.

Całe zgromadzenie, z wyjątkiem nieszczęsnej córki Garusa, zostało otoczone energetycznym wirem i po chwili znalazło się na zamku, między umarlakami.

Żywe zwłoki stękały z wysiłku, chodząc w poszukiwaniu ciał na których mogliby żerować. Magów ogarnął wstręt. Nad zamkiem unosiła się przeźroczysta emanacja straconego medyka. Zjawa spojrzała się w dół.

– Któż wy jesteście? – zapytał.

– Jestem Jokasta, a to…

– Milczeć! – ryknął. – Pytałem się tej grupki magów. Znam cię czarownico, jesteś tą przez którą zostałem stracony.

– Nazywam się Garus – odparł czarodziej.

– Garus? Ten Garus?

– Zgadza się.

– Cóż za niespodzianka. Twój wuj wiele mi o tobie opowiadał. Byłem jego wielkim przyjacielem.

– To czemuś został stracony? – wtrącił Skegdor.

– Zbieg okoliczności – odpowiedział. – W mojej torbie znaleziono truciznę, którą mi zwyczajnie podłożono. Nie miałem nic wspólnego z otruciem Króla.

– Kłamstwo! – krzyknęła Jokasta.

– MILCZEĆ! – zawył przeraźliwie Medyk. – Nie udzieliłem ci głosu, wiedźmo. To przez twoje podejrzenia mnie rozkazano stracić. 

– Nie zrobiłam nic, przez co mógłbyś mnie winić.

– Doprawdy? – zasępiło się Widmo. – Mam pewien test.

– Jaki? – zapytał Ma’Annem.

– Te żywe trupy to skutek uboczny mego ożywienia. Nie słuchają mnie – zaczął. – W jednej z komnat ukryłem dowody na to, że nie jestem członkiem tych parszywych trucicieli. Przynieście mi je, a moja dusza uleci z powrotem w czeluść, do Gafrena. 

Nie mając wyjścia niewielka grupka rozdzieliła się w poszukiwaniu owych dokumentów. Po korytarzach – jakby tego było mało – krążyły też wampiry. Wyróżniające się sporym wyglądem.

Z daleka, w ciemnościach świeciły się czerwone ślepia, a pomiędzy ramionami posiadały ogromne błony, ułatwiające latanie. Potrafiły przerazić. Nie znały umiaru i zazwyczaj zabijały swe ofiary, zamiast je przemieniając. 

 

OFF

 

Żadne remedium na ten czas, się dla niej nie znajdzie. → Wydaje mi się, że lepsze będzie wtrącenie: Żadne remedium na ten czas się dla niej nie znajdzie.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF

Przepraszam, Tricksterze. Całkiem o tym zapomniałem. Jeszcze raz, przepraszam, nie dostosowałem tego do fragmentu. W takim razie jeszcze raz to zmienię.

 

OFF 2

Poprawione.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF

 

Jokasta-bogini i Jokasta-czarodziejka to dwie różne osoby. Fakt, przyznaję, że powiedzenie do strażnika: “TY” albo “Wyduś to z siebie!” nie brzmi zbyt dobrze, ale w niektórych sytuacjach w ludziach budzą się inne, groźniejsze cechy, nadające im zupełnie nowego brzmienia. Jokasta zapytała najpierw: 

– Co się stało? – zapytała Jokasta, widząc strażników przerażonych.

Wiedząc, że po zamkowych komnatach chodzą ożywione zwłoki, trudno by bohaterce mówić łagodnie. Skoro z jednym ze strażników nie dało się porozmawiać, to drugi tym bardziej zachowywałby się podobnie. Taka sytuacja wymaga od Jokasty innego toku rozumowania. Jeżeli ma pokonać niebezpieczeństwo, musi być stanowcza i konsekwentna. Poza tym w późniejszym fragmencie Król może poprosić czarodziejkę, aby nie traktowała w ten sposób jego podwładnych. 

 

OFF 2

Błędy poprawione.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Kto to? – zapytał stary kupiec, wskazując nieszczęśnika oczekującego na powieszenie.

– Nadworny medyk – wyjaśnił młodzieniec.

– Cóż takiego uczynił?

– Królowa Visa widziała w magicznym lustrze, jak podawał królowi truciznę. Ponoć działał dla gildii trucicieli.

Wtem zapadnia szubienicy otworzyła się, a łajdak poleciał z impetem. Rdzeń kręgowy został przerwany. Szemrany medyk wyzionął ducha, a widzowie bili brawo.

– Powiedz mi chłopcze, co z królem? – dopytywał starzec.

– Nic mu nie jest, ale nie obyłoby się bez pomocy magii. Królowa wezwała uzdrowicielkę Jokastę. To ona go odratowała.

– Całe szczęście.

– Medyk podobno strasznie się wygrażał przy zatrzymaniu. Przeklinał wszystkich  – wyjaśniał młodzieniec.

– Ha. A teraz chodzą w jego butach – skwitował kupiec.

I choć ciało było martwe, dusza pomocnika trucicieli uleciała do góry, manifestując swoją nową formę. Transparentny byt należał do jednego ze światów, w całości zamieszkanego przez podobne istoty. Głowa wygięła się nienaturalnie, podczas gdy korzenie wysysały energię życiową wszystkich, którzy go skazali. Wszystkich oprócz Króla, będącego pod ochroną Jokasty.

Dwóch strażników skryło się w murach zamku. Ciała pozostawione na wewnętrznym dziedzińcu zamku ożyły. Umarlaki wyciągały swoje rozczapierzone ręce w poszukiwaniu ofiar. Nie mogąc ich znaleźć, krążyły wówczas po komnatach, wydając z siebie pojedyncze stęknięcia.

– Co się stało? – zapytała Jokasta, widząc strażników przerażonych.

– D-d-duchy… – wyjąkał jeden z nich i skulił się w rogu.

– Rycerzu, widziałeś coś? 

– M-medyk, którego kazał stracić król… On… on…

– Tak?

– Duch! Nieumarli! – zaczął krzyczeć po chwili, niezrozumiale.

Widząc, że wartownicy byli zbyt przestraszeni, czarodziejka postanowiła się sama tym zająć.

– Co się tam wydarzyło? – powiedziała sama do siebie. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Amal’Nyo – zaczął Skegdor. – Znasz jakieś zaklęcia?

– Hmm… Czemu mnie pytasz, mistrzu?

– Proszę, nie nazywaj mnie tak – poprosił. – Jestem tylko skromnym magiem – dodał.

– Ale… Większość Rady tak cię tytułowała. Słyszałam, gdy mistrz Garus brał mnie ze sobą na posiedzenia. 

– A ty… i Garus… Jesteście razem? – zapytał nagle.

– CO?! – wykrzyczała prawie, kompletnie zaskoczona. – Nie. Mistrz… traktuje mnie bardzo ostrożnie – odparła, po chwili.

– Sądziłem, że jesteście razem… Myślałem…

– Tak?

– Nie, nic takiego. Nieważne. – Machnął od niechcenia.

– Czy coś cię trapi, Skegdorze? 

– Uważam, że powinnaś znać jakieś zaklęcia, przynajmniej podstawy. Garus nie uczy cię inkantacji?

– Twierdzi, że nie powinnam studiować tak trudnych kwestii. Mówi, że nie przyniesie mi to niczego dobrego. 

– Magia to najlepsze, czego można się nauczyć – wtrąciła Nela, siedząca z siostrą nieopodal – To najwyższa wiedza.

– Chciałabym… Nauczyć się Magii Pustki – rzuciła Amal’Nya. – Tak bardzo… Moje ręce jednak jak dotąd nigdy nie zanurzyły się w Jeziorze Łez – dodała.

Nagle do izby wkroczył Garus. Był wyraźnie czymś przejęty. Wyczuwał w kościach, że coś się szykuje. Spojrzał na swoją córkę i uczennicę. Wziął głęboki oddech:

– Córeczko… – rzekł niezwykle troskliwie i opiekuńczo. – Przyszedł czas, abyś nauczyła się władać magią.

Na słowa maga wszyscy wyrazili powszechne zdziwienie włącznie z Amal’Nyą. Nie wiedziała czy dobrze zrozumiała jego słowa. Tak bardzo pragnęła nauczyć się kilku zaklęć. Chociażby paru inkantacji. 

– Co… Co mam zrobić?

– Jedziemy na Wzgórze Wyboru. Tam dokonasz swojej decyzji. Po wszystkim zostaniesz przeniesiona w odpowiednie miejsce jak ja.

– A gdzie to jest?

– W świecie Ogona. 

– Tails – przeliterował Maymor.

 

OFF

@Trickster – Poprawiłem wątek o córce, Tricksterze. Wiem, że z jednej strony to trochę pewne rozczarowanie, bo wszyscy oczekiwaliby czegoś pomiędzy nią a Garusem. Ale wydaje mi się, że fajnie byłoby zeswatać ją ze Skegdorem. Co ty na to, Tricksterze? 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF 2

Próbowałem zmienić fragmenty wczoraj, Tricksterze, ale jakoś nie pasuje mi ich związek. Jak to przeczytać to brzmi to raczej dość… wiarygodnie. Być może dalej na coś wpadnę.

 

– Amal’Nyo – zaczął Skegdor. – znasz jakieś zaklęcia?

– Hmm… Czemu mnie pytasz, mistrzu? 

– Proszę, nie tytułuj mnie tak. Jestem tylko skromnym magiem.

– Ale jednak… Większość tak cię tytułuje – odparła. – Byłam na większości zebrań u boku mistrza Garusa.

– A ty… I Garus… Jesteście razem?

– CO?! – powiedziała zaskoczona. – Skąd! W żadnym razie! – zaprotestowała

– Oboje wyglądacie jak para, myślałem więc…

– Tak?

– A zresztą nieważne. Zapomnij, co chciałem powiedzieć. – Machnął ręką od niechcenia.

– Czy coś cię trapi, Skegdorze?

– Powinnaś znać jakieś zaklęcia, przynajmniej podstawy. Garus nie uczy cię zaklęć?

– Mówi, że nie powinnam studiować tak trudnych kwestii. Uważa, że nie przyniesie mi to nic dobrego.

– Magia to najlepsze, czego można się nauczyć – wtrąciła Nela, siedząca z siostrą nieopodal – To najwyższa wiedza.

– Chciałabym… Nauczyć się Magii Pustki – rzuciła Amal’Nya. – Tak bardzo… Moje ręce jednak jak dotąd nigdy nie zanurzyły się w Jeziorze Łez – dodała.

Nagle do izby wkroczył Garus. Był przejęty. Czuł w kościach, że coś się szykuje. Spojrzał na swoją córkę i uczennicę. Wziął głęboki oddech:

– Córeczko… – rzekł niezwykle troskliwie. – Przyszedł twój czas na naukę magii.

Oczy wszystkich wyraziły zdziwienie. Amal’Nya poczuła się zaskoczona. Nie wiedziała, co miały znaczyć te słowa. Jednak niczego tak bardzo nie pragnęła jak nauczyć się zaklęć. Choćby kilku inkantacji. 

– Co… Co mam zrobić?

– Jedziemy na Wzgórze Wyboru. Tam dokonasz swojej decyzji. Po wszystkim zostaniesz przeniesiona w odpowiednie miejsce jak ja.

– A gdzie to jest?

– W świecie Ogona. 

– Tails – przeliterował Maymor.

Wraz z tymi słowami otworzył się portal. Wyglądał jak tafla jeziora zawieszona pionowo. Na brzegach wirowały języki ognia, napawające trwogą.

Co to? – zapytała Amal’Nya, zaskoczona dziwnym obrazem, ukazującym się przed jej oczyma.

– Oto… Nicość. Pustka. 

– Jezioro?

– Jego iluminacja – wyjaśnił Garus. – W tym świecie twoje myśli, najskrytsze marzenia, ukazywane są w postaci takich obrazów. Możesz zobaczyć przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. 

Nagle młoda uczennica spostrzegła Skegdora, klęczącego przed nią i składającego jej bukiet pięknych kwiatów. W stronach dziewczyny takie zachowanie uchodziło za zaręczyny. Widmo znikło bardzo szybko, ukazując dramatyczną przeszłość. Począwszy od ojca, przez którego przeklęta została jej rodzina. Wizja stawała się coraz bardziej zrozumiała. Amal’Nya zatopiła się w niej.

– Przestań! – krzyknęła kobieta. – Ja go kocham!

– Nie pozwolę, słyszysz? Nie pozwolę, aby ona poznała kim naprawdę jest jej ojciec. 

– Ma do tego prawo – syknęła.

– Psia mać… Nie ma prawa! 

– Obyś szczezł, Garus przynajmniej szanuje moje uczucia, a ty tylko pijesz i się nad nami znęcasz!

Doszło do szarpaniny. W mig do izby wbiegł z hukiem Tael i przeklął całą rodzinę. Prawdziwy pustelnik stał obok swojego ucznia i wstydził się za uczynki przeszłości.

Wizja rozmazała się. Oczy dziewczyny zaczynały tracić obraz.

– Garusie, ona… POMÓŻ JEJ! – wrzasnął Skegdor.

Mag podbiegł do swojej córki i zobaczył, że jej oczy stają się wypłowiałe, a twarz pergaminowo biała. W końcu przebudziła się, ale kompletnie oślepła.

– Tato, gdzie ja jestem? – wydukała z siebie.

– W-wzgórze wyboru – zawahał się Garus ze łzami w oczach.

Skegdor, Ma’Annem Tailu i Tael przyglądali się tej sytuacji. Wszystko wróciło jednak do normy po chwili. To była tylko wizja.

– NIE!

– Co się dzieje? – odparła uczennica, widząc dziwne zachowanie mistrza.

– Jeżeli zanurzysz się w… tej wizji, być może skażesz się ślepotę.

– Mistrzu Garusie… Ojcze… Jeżeli taka jest wola Gafrena, to gotowa jestem ponieść konsekwencje moich czynów.

Stało się to, czego wszyscy się spodziewali. Amal’Nya oślepła. Wiedza jakiej dostarczyła wizja była przygniatająca. Z końcówek  jej palców wystrzeliły srebrzyste promienie. Mag podbiegł do niej, pomagając prowadzić w odpowiednim kierunku.

– Zabawne – powiedziała. – Nigdy nie sądziłam, że zostanę Wyrocznią.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Amal’Nyo – zaczął Skegdor. – znasz jakieś zaklęcia?

– Hmm… Czemu pytasz, mistrzu? 

– Proszę, nie tytułuj mnie tak. Jestem tylko skromnym magiem.

– Ale jednak… Większość tak cię tytułuje – odparła. – Byłam na większości zebrań u boku mistrza Garusa.

– A ty… I Garus… Jesteście razem?

– CO?! – powiedziała zaskoczona. – Skąd! Jestem jego córką. 

– Powiedział ci?

– Oczywiście. – Skinęła głową. – Tak cię to dziwi?

– Nic nie wspomniał, że ma córkę. 

– Czy coś cię trapi, Skegdorze?

– Powinnaś znać jakieś zaklęcia, przynajmniej podstawy. Garus nie uczy cię zaklęć?

– Mówi, że nie powinnam studiować tak trudnych kwestii. Uważa, że nie przyniesie mi to nic dobrego.

– Magia to najlepsze, czego można się nauczyć – wtrąciła Nela, siedząca z siostrą nieopodal – To najwyższa wiedza.

– Chciałabym… Nauczyć się Magii Pustki – rzuciła Amal’Nya. – Tak bardzo… Moje ręce jednak jak dotąd nigdy nie zanurzyły się w Jeziorze Łez – dodała.

Nagle do izby wkroczył Garus. Był przejęty. Czuł w kościach, że coś się szykuje. Spojrzał na swoją córkę. Wziął głęboki oddech:

– Córeczko… – rzekł niezwykle troskliwie. – Przyszedł twój czas na naukę magii.

Oczy wszystkich wyraziły zdziwienie. Uczennica i córka maga ucieszyła się. Niczego tak bardzo nie pragnęła jak nauczyć się zaklęć. Choćby kilku inkantacji. 

– Co… Co mam zrobić?

– Jedziemy na Wzgórze Wyboru. Tam dokonasz swojej decyzji. Po wszystkim zostaniesz przeniesiona w odpowiednie miejsce jak ja.

– A gdzie to jest?

– W świecie Ogona. 

– Tails – przeliterował Maymor.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

ODCINAM

 

– Amal’Nyo – zaczął Skegdor. – znasz jakieś zaklęcia?

– Hmm… Czemu pytasz, mistrzu? 

– Proszę, nie tytułuj mnie tak. Jestem tylko skromnym magiem.

– Ale jednak… Większość tak cię tytułuje – odparła. – Byłam na większości zebrań u boku mistrza Garusa.

– A ty… I Garus… Jesteście razem?

– CO?! – powiedziała zaskoczona. – Skąd! Jestem jego córką. 

– Powiedział ci?

– Oczywiście. – Skinęła głową. – Tak cię to dziwi?

– Nic nie wspomniał, że ma córkę. 

– Czy coś cię trapi, Skegdorze?

– Powinnaś znać jakieś zaklęcia, przynajmniej podstawy. Garus nie uczy cię zaklęć?

– Mówi, że nie powinnam studiować tak trudnych kwestii. Uważa, że nie przyniesie mi to nic dobrego.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

ODCINAM

 

Ma’annem postanowił uciąć pogawędkę ze swoim dawnym uczniem. Sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie co kilka godzin, a on chciał poznać plany Garusa na zatrzymanie Święta Dwóch Księżyców. 

– Garusie – powiedział. – wiesz już jak zamierzasz powstrzymać skorumpowaną Radę?

– Zastanawiam się. Amal’Nya jest już sobą, ale… Skegdor…

– Indoktrynacja, rozumiem… A jeżeli mogę wiedzieć, co cię łączy z twoją uczennicą?

– Słucham? – rzekł zdziwiony.

– Słyszałem plotki Rady, nawet Maymor podejrzewa, że masz z nią romans.

– W imię Gafrena… NIE! – krzyknął stanowczo. – Owszem, traktuję ją… inaczej, ale to by było sprzeniewierzenie się pięciu zasadom. Poza tym to… moja córka.

Brwi dawnego mistrza uniosły się nieznacznie.

– Córka? Ona wie?

– Nie. Jej matka… cudowna kobieta zmarła kilka lat temu. Przed tym jednak urodziła dziecko. To ona właśnie nim jest. Potajemnie kazałem przeprowadzić wszelkie testy.

– I co?

– Potwierdziły moje przypuszczenia. – Mag skinął głową. – Ostatnią wolą matki Amal’Nyi było zaopiekowanie się nią. Prosiła jednak, aby nigdy nie władała magią. Postanowiłem zaakceptować warunki.

– Hmm… – zamyślił się Ma’annem. – A gdybym cię z nią skontaktował?

– Z jej matką?! To… Mógłbyś to zrobić?

– Tak. Dziewczyna ma potencjał. Szkoda by go zaprzepaścić. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Ech… Co znowu? – spytał wściekły Faered. Przez jego oczy przezierał ogień niczym z czeluści piekieł.

– Jesteś aresztowany, pod zarzutem podżegania do zabicia króla – poinformował kapitan Tadeus – Zabrać go! – polecił żołnierzom.

Na dziedzińcu czekała druga grupa zbrojnych z Siwuchem, zakutym w kajdany.

– Nie wywiniecie się z tego! Mamy świadka.

Nieoczekiwanie obaj czarnoksiężnicy przybrali formę węży. Zaskoczeni gwardziści, przerażeni ich widokiem, rozpierzchli, a w tym czasie na dziedziniec wkroczył Skirr Fangren, wraz ze swoja świtą elitarnych zabójców-trucicieli. Miał on worek pełen różnych specyfików.

– Masz to, czego potrzebujemy? – syknął Faered, który swym wyglądem przypominał żmiję zdradliwą. Czarno-brązowe łuski błysnęły w świetle.

– Ha! On dalej nie rozumie – wybuchnął zagadkowo w stronę Fangrena, kapitan Tadeus, który jako jedyny ze zbrojnych, nie przestraszył się widoku metamorfozy.

Obaj spojrzeli na siebie, wymieniając ironiczne uśmiechy. Skrytobójca wyjął z zawiniątka rurkę z zatrutymi strzałami, wziął wdech i wystrzelił po jednej w każdego z węży. Gadzie cielska momentalnie runęły na kamienną posadzkę. 

– Cholera!  – zaklął kapitan – Te kreatury ważą po dwieście kilo – Wołaj kabaryny na dziedziniec! – polecił jednemu z rycerzy, który przyglądał się akcji zza węgła.

Po chwili nadjechały dwa powozy, zaprzężone po dwa konie każdy.

 – No to ładujemy panowie!

Ludzie Fangrena wraz z kapitanem, zabrali się do pracy. W każdym z pojazdów umieścili po jednym nieprzytomnym wężołaku i zamknęli na klucz.

– Będą spać kilka godzin. Ruszamy? – zapytał przywódca trucicieli.

– Trochę się pokomplikowało – odparł Tadeus – pokażemy ich w tych wężowych ciałach?

– Faktycznie. Lepiej nie budzić sensacji. Masz jakiś pomysł?

– Hm… No trudno. Jedźmy! Może po drodze im się odmieni.

Powozy ruszyły w eskorcie ludzi Fangrena i Tadeusa, którzy czekali pod siedzibą gildii, w stronę królewskiego zamku. W połowie drogi, kiedy zrobiono przystanek nad rzeką, żeby napoić konie, stała się rzecz niesłychana. Po otwarciu wrót, okazało się, ze kabaryny są puste.

TADEUS!!! – wrzasnął wściekły Fangren. – Ty, idioto! UCIEKLI!

– To niemożliwe… po prostu, psia mać, niemożliwe…

– Możesz sobie nie wierzyć, ale ci dwaj mogą nam pokrzyżować plany… Rail! Sangreal! Do mnie!

Dwójka asasynów z zakrytymi twarzami posłusznie pojawiła się przy swoim przywódcy. Obaj mieli kusze ze strzałkami wypełnionymi specjalną trucizną. Byli jednymi z najlepszych. 

– Mam dla was zadanie.

– Słuchamy, mistrzu – odparli chórem.

– Macie znaleźć Siwucha i Feared’a – rozkazał. – Daje wam wolną rękę, mogą być żywi albo martwi, ale mają zostać odnalezieni, rozumiecie?

– Tak jest! – odpowiedzieli. Po chwili znikli w gęstwinie traw. Skirr wpatrywał się w błękitne niebo, jakby oczekiwał na deszcz.

– Coś się stało?

– Idzie burza – rzucił enigmatycznie. – W drogę!

 

OFF

Jasne. Odpowiada mi taka zmiana.

Aha, Okej. Zaczyna robić się coraz ciekawiej :)

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF 

@Trickster – Rozdział II przeniosłem do nowego wątku. Prawdopodobnie przekroczony został limit znaków, dlatego nie pozwala wkleić pozostałej końcówki. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF 

@Trickster – Gotowe. Poprawiłem.

 

OFF 2

Podobno jest limit dotyczący ilości znaków jaki można umieścić w komentarzu. Spróbuję jeszcze raz.

 

OFF 3

Usunę część moich komentarzy. Może to coś da.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Ech… Co znowu? – spytał wściekły Faered. Przez jego oczy przezierał ogień niczym z czeluści piekieł.

– Jesteś aresztowany, pod zarzutem podżegania do zabicia króla – poinformował kapitan Tadeus – Zabrać go! – polecił żołnierzom.

Na dziedzińcu czekała druga grupa zbrojnych z Siwuchem, zakutym w kajdany.

– Nie wywiniecie się z tego! Mamy świadka.

Nieoczekiwanie obaj czarnoksiężnicy przybrali formę węży. Zaskoczeni gwardziści, przerażeni ich widokiem, rozpierzchli, a w tym czasie do sali wszedł Skirr Fangren wraz ze swoja świtą elitarnych zabójców-trucicieli. Miał on worek pełen różnych specyfików.

– Masz to, czego potrzebujemy? – syknął Faered, który swym wyglądem przypominał żmiję zdradliwą. Czarno-brązowe łuski błysnęły w świetle.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

AKTUALIZACJA (Wprowadzone przez Mytrixa)

 

0.2 Zasady techniczne: kopiujemy cały ostatni akapit i do napisanego wcześniej tekstu dopisujemy swoje zdanie, pogrubieniem. Tylko jedno. Następny użytkownik dopisuje kolejne zdanie i tak dalej.

*Zastrzegam, że nie jestem robotem i aktualizacji pierwszego postu nie dokonuję 24/7 ;) Tak więc polecam zapoznać się z treścią kilku ostatnich postów w temacie.

 

0.1 NOWA ZASADA: Zdania ograniczamy do maksymalnie 20 słów. (Względnie możemy czasem od tego odstąpić, w bardzo wyjątkowej sytuacji, przegłosowanej przez innych).

 

STRESZCZENIE (Wprowadzone przez Mytrixa)

 

Dla osób chcących się przyłączyć do zabawy:

Główny bohater – mag imieniem Garus, należy do Gildii Światłych (magowie zajmujący się wpływaniem na rzeczywistość), wydał sporą ilość złota na alchemiczną miksturę. Nie jest zadowolony z jej działania i z wydania złota (król ograniczył sponsorowanie Gildii). Po wypiciu specyfiku (dwukrotnym) doświadczył dziwnych wizji przeszłości i przyszłości.

Ostatnia scena: Garus wzmocnił działanie mikstury i jej siła sprawiła mu problemy. Walczy z otaczającą go ciemnością gdy do jego komnaty wchodzi przyjaciel.  Pomieszczenie wypełnione jest zapachem mikstury przyrządzanej przez uczennicę Garusa, a ta posiada szemraną opinię w gildii magów.  Przyjaciel w pierwszej chwili nie dostrzega co się dzieje…

Garus po podaniu mikstury budzi się, lecz jego świadomość nadal tkwi w ciele. Wszystkiemu z bezradnością przygląda się przyjaciel maga i uczennica, która przygotowała antidotum. W tajemniczym miejscu, w jakim znalazła się iluminacja czarodzieja, spotyka on swojego dawnego mentora Ma’Annem Tailu, z Gildii Podwójnego Światła, który ostrzega go przed spiskiem na jego życie…

 

__________________________________________________

 

Rozdział III

 

Piękna kobieta spacerowała w południowym słońcu, po łące pełnej aromatycznych ziół. W jednej ręce trzymała kosz wypełniony kwiatami rumianku i dziurawca, drugą zaś, bawiła się swoim długim, blond warkoczem. 

Dawniej była uznawana za najzdolniejszą uzdrowicielkę. Potrafiła pomóc nawet w przypadkach uznawanych za nieuleczalne, a po jej rady przybywali potrzebujący z najdalszych zakątków świata. Słynęła z magii, jaka była niedostępna dla czarnoksiężników. Uzdrawiała mocą miłości.

Przed jej oczami zaczęła się materializować postać leżącego, wielkiego wilka, otoczonego przez czterech magów.

– Witaj Jokasto! – zaczął najstarszy z nich.

– Witajcie – odpowiedziała – Widzę, że macie jakąś sprawę – odgadła, spoglądając na zwierza.

– Zgadza się. Musimy odczarować tą biedną dziewczynę. W przeciwnym wypadku pozostanie w tej postaci na zawsze – wyjaśnił Tael.

Jokasta bez zbędnych słów, podeszła do wilka i zagłębiła się w jego oczach. Spojrzenie czarodziejki budziło wielkie zaufanie i uspokajało nawet najdziksze zwierzęta. Wilk równie głęboko wpatrywał się nią, aż po pysku pociekła mu łza. Jokasta obtarła ją palcem i pogłaskała zwierzaka po nosie.  W tej chwili Amal’Nya zaczęła przybierać swoją dawną postać.

– To niesamowite – stwierdził podekscytowany Maymor – ta magia jest naprawdę potężna. My w kilku, nie byliśmy w stanie zrobić tego, co ty sama, praktycznie bez wysiłku.

– Jokasta uśmiechnęła się sympatycznie, uradowana pochlebstwem:

– Nic nie jest potężniejsze od miłości.

– W  ogóle, jak to możliwe, że ty żyjesz? – zapytał Garus.

Uzdrowicielka spojrzała na Taela, który wyręczył ją przy odpowiedzi:

– Wielu rzeczy nie wiecie, o możliwościach portali. Właściwie to czeka nas dzisiaj jeszcze jedno ciekawe spotkanie. Będziecie w szoku. Zaręczam.

W tej chwili Amal’Nya zaczęła się podnosić z ziemi, a kiedy zobaczyła, że jest naga, zakryła się rękami. 

– Nie martw się – uspokoiła czarodziejka. Zaraz znajdziemy jakąś ładną suknię dla ciebie.

Wokół naszej drużyny pojawił się znajomy krąg, przeszywający ciała wibrującą energią i po chwili wszyscy znaleźli się w bardzo gustownym domu, wydrążonym niczym jaskinia, w przybrzeżnej skarpie. Z okien rozciągał się piękny widok na wodospad wpadający do laguny. Podzwrotnikowy klimat i widok delfinów skaczących w toni wskazywał na to, że znajdują się daleko od łąki, gdzie Amal’Nya doznała przemiany.

– Zabieram koleżankę do garderoby. Babskie sprawy – uśmiechnęła się Jokasta – Za to na was czeka ktoś w salonie, wskazała na największe pomieszczenie, do którego prowadził korytarz ozdobiony płaskorzeźbami.

Garus i Maymor spojrzeli na siebie, zdziwieni. Zastanawiali się, kto mógł wiedzieć o ich przybyciu.  Tael, widząc to, z trudem powstrzymał śmiech. 

– Chodźcie – ponaglił towarzyszy ruchem ręki.

W eleganckim pokoju, na skórzanym fotelu, siedział mężczyzna w średnim wieku, zatopiony w lekturze jakiejś grubej księgi, którą odłożył, widząc przybyłych gości i wstał by ich przywitać. Uścisnął dłoń wszystkim, począwszy od najstarszego i nie puszczając ręki Garusa, zapytał:

– Poznajesz mnie?

– A powinienem? – odpowiedział wymijająco najmłodszy z magów.

– Na ich oczach, twarz czarodzieja pokryła się zmarszczkami i cała postać przybrała wygląd starca.

– Ma’annem Tailu! – Wykrzyknął uradowany Garus. 

– Mam ci tak wiele do powiedzenia… – westchnął wyraźnie wzruszony mentor, ściskając ucznia – Ale to później.

Następnie zwrócił się do pozostałych przyjaciół:

– Pewnie jesteście głodni? Co powiecie na coś smacznego? Musimy uczcić nasze spotkanie!

Wszyscy zgromadzeni jednogłośnie przystali na propozycję gospodarza, a do pomieszczenia weszły dwie urocze dziewczyny, niosące tace z mięsiwem i rozmaitymi przekąskami. Nie zabrakło też kilku rodzajów win, oraz piwa.

– Zapraszam na taras. Przy szumie wody łatwiej się zrelaksować – zaproponował gospodarz, ponownie przybierając młodszą postać.

Nim zdążyli zasiąść do stołu, dołączyły do nich Jokasta i Amal’Nya, która wyglądała pięknie w podarowanej sukni. Kto by przypuszczał, ze jeszcze przed chwilą miała sierść i kły?

Panowie spojrzeli z ożywieniem da obie niewiasty. Również dziewczyny, które przyniosły wiktuały, przyłączyły się do uczty.

– Poznajcie nasze córki!  Nela i Joni – Przedstawił Ma’annem Tailu.

– Jak to… Córki? – zdziwił się Garus – To wy…?

Rozweselony mentor spojrzał  na Jokastę, po czym stwierdził, wyraźnie rozmarzony:

– Są takie mądre… Nie wiem co bym bez nich zrobił. 

Nagle gospodyni wydała się czymś zaangażowana.

– Przepraszam was na chwilę – powiedziała, wstając od stołu i pospieszyła do swojej komnaty, gdzie w magicznym lustrze, widniała twarz królowej Visy.

– Co się stało, kochana? – zapytała czarodziejka.

– Niedobrze. Mój mąż jest umierający. Medycy rozkładają ręce. W tobie jedyna nadzieja.

Jokasta otoczyła się kręgiem energii i po chwili stała u wezgłowia łóżka, na którym leżał trupio blady król Valus. Roztarła dłonie i przyłożyła je do podeszew chorego. Na jego policzkach pojawił się nieznaczny rumieniec. Całe ciało wyglądało na coraz bardziej rozgrzane. Uzdrowicielka koncentrowała się usilnie na wyciągnięciu choroby przez stopy. Twarz władcy coraz wyraźniej się rozpalała, a podeszwy przybrały czarnego koloru, co wskazywało na pozytywny efekt kuracji.

– Co mu jest? – spytała Visa

– Choroba wychodzi z niego.

– Syna już straciłam – wyjąkała zrozpaczona królowa, chowając twarz w dłonie.

– Przysięgam, że odratuję twojego męża – zapewniła Jokasta.

– Ktoś chce zniszczyć nasz ród…

                                             

– Ech… Co znowu? – spytał wściekły Faered. Przez jego oczy przezierał ogień niczym z czeluści piekieł.

– Jesteś aresztowany, pod zarzutem podżegania do zabicia króla – poinformował kapitan Tadeus – Zabrać go! – polecił żołnierzom.

Na dziedzińcu czekała druga grupa zbrojnych z Siwuchem, zakutym w kajdany.

– Nie wywiniecie się z tego! Mamy świadka.

Nieoczekiwanie obaj czarnoksiężnicy przybrali formę węży. Zaskoczeni gwardziści, przerażeni ich widokiem, rozpierzchli, a w tym czasie na dziedziniec wkroczył Skirr Fangren, wraz ze swoja świtą elitarnych zabójców-trucicieli. Miał on worek pełen różnych specyfików.

– Masz to, czego potrzebujemy? – syknął Faered, który swym wyglądem przypominał żmiję zdradliwą. Czarno-brązowe łuski błysnęły w świetle.

– Ha! On dalej nie rozumie – wybuchnął zagadkowo w stronę Fangrena, kapitan Tadeus, który jako jedyny ze zbrojnych, nie przestraszył się widoku metamorfozy.

Obaj spojrzeli na siebie, wymieniając ironiczne uśmiechy. Skrytobójca wyjął z zawiniątka rurkę z zatrutymi strzałami, wziął wdech i wystrzelił po jednej w każdego z węży. Gadzie cielska momentalnie runęły na kamienną posadzkę. 

– Cholera!  – zaklął kapitan – Te kreatury ważą po dwieście kilo – Wołaj kabaryny na dziedziniec! – polecił jednemu z rycerzy, który przyglądał się akcji zza węgła.

Po chwili nadjechały dwa powozy, zaprzężone po dwa konie każdy.

 – No to ładujemy panowie!

Ludzie Fangrena wraz z kapitanem, zabrali się do pracy. W każdym z pojazdów umieścili po jednym nieprzytomnym wężołaku i zamknęli na klucz.

– Będą spać kilka godzin. Ruszamy? – zapytał przywódca trucicieli.

– Trochę się pokomplikowało – odparł Tadeus – pokażemy ich w tych wężowych ciałach?

– Faktycznie. Lepiej nie budzić sensacji. Masz jakiś pomysł?

– Hm… No trudno. Jedźmy! Może po drodze im się odmieni.

Powozy ruszyły w eskorcie ludzi Fangrena i Tadeusa, którzy czekali pod siedzibą gildii, w stronę królewskiego zamku. W połowie drogi, kiedy zrobiono przystanek nad rzeką, żeby napoić konie, stała się rzecz niesłychana. Po otwarciu wrót, okazało się, ze kabaryny są puste.

- TADEUS!!! – wrzasnął wściekły Fangren. – Ty, idioto! UCIEKLI!

– To niemożliwe… po prostu, psia mać, niemożliwe…

– Możesz sobie nie wierzyć, ale ci dwaj mogą nam pokrzyżować plany… Rail! Sangreal! Do mnie!

Dwójka asasynów z zakrytymi twarzami posłusznie pojawiła się przy swoim przywódcy. Obaj mieli kusze ze strzałkami wypełnionymi specjalną trucizną. Byli jednymi z najlepszych. 

– Mam dla was zadanie.

– Słuchamy, mistrzu – odparli chórem.

– Macie znaleźć Siwucha i Feared’a – rozkazał. – Daje wam wolną rękę, mogą być żywi albo martwi, ale mają zostać odnalezieni, rozumiecie?

– Tak jest! – odpowiedzieli. Po chwili znikli w gęstwinie traw. Skirr wpatrywał się w błękitne niebo, jakby oczekiwał na deszcz.

– Coś się stało?

– Idzie burza – rzucił enigmatycznie. – W drogę!

 

– Ci głupcy nie rozumieją z kim zadarli! Zniszczę ich! – Pomstował Siwuch.

Z latającej maszyny widać było, jak Tadeus z Fangrenem zachodzą w głowę, co się stało, a ich ludzie biegają po okolicznych krzakach, w nadziei, że natkną się na jakiś trop.

– Może poczekajmy na rozwój wydarzeń – zaproponował drugi z czarowników – Zobaczmy o co w tym wszystkim chodzi.

– Nie wiesz o co chodzi? To jasne! Ta kanalia wystawiła nas. Pewnie sami mają ambicje względem tronu.

Twarz Faereda zaczynała zdradzać chęć zemsty:

– Najchętniej rozwaliłbym ich od razu… ale poczekajmy. Zobaczymy jak to rozegrają.  

Statek unosił się wysoko nad głowami zbrojnych.

 

Ma’annem postanowił uciąć pogawędkę ze swoim dawnym uczniem. Sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie co kilka godzin, a on chciał poznać plany Garusa na zatrzymanie Święta Dwóch Księżyców. 

– Garusie – powiedział. – wiesz już jak zamierzasz powstrzymać skorumpowaną Radę?

– Zastanawiam się. Amal’Nya jest już sobą, ale… Skegdor…

– Indoktrynacja, rozumiem… A jeżeli mogę wiedzieć, co cię łączy z twoją uczennicą?

– Słucham? – rzekł zdziwiony.

– Słyszałem plotki Rady, nawet Maymor podejrzewa, że masz z nią romans.

– W imię Gafrena… NIE! – krzyknął stanowczo. – Owszem, traktuję ją… inaczej, ale to by było sprzeniewierzenie się pięciu zasadom. Poza tym to… moja córka.

Brwi dawnego mistrza uniosły się nieznacznie.

– Córka? Ona wie?

– Nie. Jej matka… cudowna kobieta zmarła kilka lat temu. Przed tym jednak urodziła dziecko. To ona właśnie nim jest. Potajemnie kazałem przeprowadzić wszelkie testy.

– I co?

– Potwierdziły moje przypuszczenia. – Mag skinął głową. – Ostatnią wolą matki Amal’Nyi było zaopiekowanie się nią. Prosiła jednak, aby nigdy nie władała magią. Postanowiłem zaakceptować warunki.

– Hmm… – zamyślił się Ma’annem. – A gdybym cię z nią skontaktował?

– Z jej matką?! To… Mógłbyś to zrobić?

– Tak. Dziewczyna ma potencjał. Szkoda by go zaprzepaścić. 

Do rozmowy przyłączyli się Tael i Maymor, zwiedzający piękny pałac, wykuty w skale:

– O czym rozmawiacie przyjaciele?

– O problemie Skegdora – wybrnął Garus, jakby nigdy nic, a Ma’annem Tailu spojrzał zdziwiony jego bystrością.

– Czasu zostało niewiele – zauważył Maymor.

– Co zamierzacie zrobić? – zapytał stary mentor.

– Musimy poznać inkantacje, które go odczarują z wężołactwa.

– Wężołactwo… Muszę was zmartwić. To nie takie proste – powiedział Ma’annem.

Wszyscy wpatrywali się w niego, a on kontynuował:

– Jedynie część tego jest zależna od magii. Pozostaje jeszcze coś w jego głowie. Węże mają wszczepione urządzenia, które kontrolują ich myśli i zachowanie. Początkowo nie działają w pełni i muszą być zintegrowane magicznie. Potem nie ma odwrotu. Taki czarnoksiężnik przestaje być sobą.

Wszyscy wyraźnie się zmartwili.

– Musi być jakiś sposób! – wybuchnął Garus.

– Właściwie to jest… ale… Szanse są zerowe.

Towarzysze wpatrywali się w niego, z coraz większym zniecierpliwieniem.  

– Trzeba by odzyskać jego pierwotne ciało – wyjaśnił.

Magowie stali zdumieni.

– Ale jak? – dopytywał Garus – gdzie je znajdziemy?

– Na to pytanie, musiałby nam odpowiedzieć sam zainteresowany. Ale… Możemy przypuszczać, ze znajduje się w świecie węży. Słyszałem już o takich podmieńcach i zwykle tam zostawało ciało.

– Po co im ono? – zaciekawił się Maymor.

– Król węży posługuje się nimi do własnych celów. Sztucznie podtrzymuje je przy życiu i wysysa z nich magiczną moc, której używa przeciw nam. Ma setki tysięcy takich ciał, może miliony. Wyobrażacie sobie jak wielka siła w nich drzemie? 

Zrobił chwilę przerwy spoglądając na zszokowanych towarzyszy.

– Ci durnie dali się nabrać! Myślą, że są na szczycie, tymczasem chytry król posłużył się nimi. W zamian za ciała obdarzone magiczną mocą, dał im bezwartościowe mięso i naszpikował je urządzeniami, kontrolującymi wolę. Ma z nich podwójną korzyść. Oni nawet nie rozumieją, jak bardzo ich oszukał.

– Jeśli tak jest, jak zdobędziemy to ciało? – pytał Maymor.

– Świat węży jest inny niż nasz – tłumaczył Ma’annem Tailu -  Moglibyśmy sobie  nie poradzić. Znają tam rzeczy, które dla nas są niedostępne. Kiedy tylko przeszlibyśmy przez portal, wykryliby nas.

– Mam pomysł – wtrącił Tael.

Wszyscy spojrzeli na niego wyczekująco.

– Poprośmy o pomoc w świecie Tails.

– Co to za świat? – zaciekawił się Garus.

– Żyją tam magowie, tacy jak my. Nie ma wstępu dla czarnoksiężników. Portal nie przepuszcza wszystkich. W tym świecie znają technikę nie mniej zaawansowaną od wężowej.

 

Ma’annem postanowił uciąć pogawędkę ze swoim dawnym uczniem. Sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie co kilka godzin, a on chciał poznać plany Garusa na zatrzymanie Święta Dwóch Księżyców. 

– Garusie – powiedział. – wiesz już jak zamierzasz powstrzymać skorumpowaną Radę?

– Zastanawiam się. Amal’Nya jest już sobą, ale… Skegdor…

– Indoktrynacja, rozumiem… A jeżeli mogę wiedzieć, co cię łączy z twoją uczennicą?

– Słucham? – rzekł zdziwiony.

– Słyszałem plotki Rady, nawet Maymor podejrzewa, że masz z nią romans.

– W imię Gafrena… NIE! – krzyknął stanowczo. – Owszem, traktuję ją… inaczej, ale to by było sprzeniewierzenie się pięciu zasadom. Poza tym to… moja córka.

Brwi dawnego mistrza uniosły się nieznacznie.

– Córka? Ona wie?

– Nie. Jej matka… cudowna kobieta zmarła kilka lat temu. Przed tym jednak urodziła dziecko. To ona właśnie nim jest. Potajemnie kazałem przeprowadzić wszelkie testy.

– I co?

– Potwierdziły moje przypuszczenia. – Mag skinął głową. – Ostatnią wolą matki Amal’Nyi było zaopiekowanie się nią. Prosiła jednak, aby nigdy nie władała magią. Postanowiłem zaakceptować warunki.

– Hmm… – zamyślił się Ma’annem. – A gdybym cię z nią skontaktował?

– Z jej matką?! To… Mógłbyś to zrobić?

– Tak. Dziewczyna ma potencjał. Szkoda by go zaprzepaścić. 

Do rozmowy przyłączyli się Tael i Maymor, zwiedzający piękny pałac, wykuty w skale:

– O czym rozmawiacie przyjaciele?

– O problemie Skegdora – wybrnął Garus, jakby nigdy nic, a Ma’annem Tailu spojrzał zdziwiony jego bystrością.

– Czasu zostało niewiele – zauważył Maymor.

– Co zamierzacie zrobić? – zapytał stary mentor.

– Musimy poznać inkantacje, które go odczarują z wężołactwa.

– Wężołactwo… Muszę was zmartwić. To nie takie proste – powiedział Ma’annem.

Wszyscy wpatrywali się w niego, a on kontynuował:

– Jedynie część tego jest zależna od magii. Pozostaje jeszcze coś w jego głowie. Węże mają wszczepione urządzenia, które kontrolują ich myśli i zachowanie. Początkowo nie działają w pełni i muszą być zintegrowane magicznie. Potem nie ma odwrotu. Taki czarnoksiężnik przestaje być sobą.

Wszyscy wyraźnie się zmartwili.

– Musi być jakiś sposób! – wybuchnął Garus.

– Właściwie to jest… ale… Szanse są zerowe.

Towarzysze wpatrywali się w niego, z coraz większym zniecierpliwieniem.  

– Trzeba by odzyskać jego pierwotne ciało – wyjaśnił.

Magowie stali zdumieni.

– Ale jak? – dopytywał Garus – gdzie je znajdziemy?

– Na to pytanie, musiałby nam odpowiedzieć sam zainteresowany. Ale… Możemy przypuszczać, ze znajduje się w świecie węży. Słyszałem już o takich podmieńcach i zwykle tam zostawało ciało.

– Po co im ono? – zaciekawił się Maymor.

– Król węży posługuje się nimi do własnych celów. Sztucznie podtrzymuje je przy życiu i wysysa z nich magiczną moc, której używa przeciw nam. Ma setki tysięcy takich ciał, może miliony. Wyobrażacie sobie jak wielka siła w nich drzemie? 

Zrobił chwilę przerwy spoglądając na zszokowanych towarzyszy.

– Ci durnie dali się nabrać! Myślą, że są na szczycie, tymczasem chytry król posłużył się nimi. W zamian za ciała obdarzone magiczną mocą, dał im bezwartościowe mięso i naszpikował je urządzeniami, kontrolującymi wolę. Ma z nich podwójną korzyść. Oni nawet nie rozumieją, jak bardzo ich oszukał.

– Jeśli tak jest, jak zdobędziemy to ciało? – pytał Maymor.

– Świat węży jest inny niż nasz – tłumaczył Ma’annem Tailu -  Moglibyśmy sobie  nie poradzić. Znają tam rzeczy, które dla nas są niedostępne. Kiedy tylko przeszlibyśmy przez portal, wykryliby nas.

– Mam pomysł – wtrącił Tael.

Wszyscy spojrzeli na niego wyczekująco.

– Poprośmy o pomoc w świecie Tails.

– Co to za świat? – zaciekawił się Garus.

– Żyją tam magowie, tacy jak my. Nie ma wstępu dla czarnoksiężników. Portal nie przepuszcza wszystkich. W tym świecie znają technikę nie mniej zaawansowaną od wężowej.

 

Wraz z tymi słowami otworzył się portal. Wyglądał jak tafla jeziora zawieszona pionowo. Na brzegach wirowały języki ognia, napawające trwogą.

- Co to? – zapytała Amal’Nya, zaskoczona dziwnym obrazem, ukazującym się przed jej oczyma.

– Oto… Nicość. Pustka. 

– Jezioro?

– Jego iluminacja – wyjaśnił Garus. – W tym świecie twoje myśli, najskrytsze marzenia, ukazywane są w postaci takich obrazów. Możesz zobaczyć przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. 

Nagle młoda uczennica spostrzegła Skegdora, klęczącego przed nią i składającego jej bukiet pięknych kwiatów. W stronach dziewczyny takie zachowanie uchodziło za zaręczyny. Widmo znikło bardzo szybko, ukazując dramatyczną przeszłość. Począwszy od ojca, przez którego przeklęta została jej rodzina. Wizja stawała się coraz bardziej zrozumiała. Amal’Nya zatopiła się w niej.

– Przestań! – krzyknęła kobieta. – Ja go kocham!

– Nie pozwolę, słyszysz? Nie pozwolę, aby ona poznała kim naprawdę jest jej ojciec. 

– Ma do tego prawo – syknęła.

– Psia mać… Nie ma prawa! 

– Obyś szczezł, Garus przynajmniej szanuje moje uczucia, a ty tylko pijesz i się nad nami znęcasz!

Doszło do szarpaniny. W mig do izby wbiegł z hukiem Tael i przeklął całą rodzinę. Prawdziwy pustelnik stał obok swojego ucznia i wstydził się za uczynki przeszłości.

Wizja rozmazała się. Oczy dziewczyny zaczynały tracić obraz.

– Garusie, ona… POMÓŻ JEJ! – wrzasnął Skegdor.

Mag podbiegł do swojej córki i zobaczył, że jej oczy stają się wypłowiałe, a twarz pergaminowo biała. W końcu przebudziła się, ale kompletnie oślepła.

– Tato, gdzie ja jestem? – wydukała z siebie.

– W-wzgórze wyboru – zawahał się Garus ze łzami w oczach.

Skegdor, Ma’Annem Tailu i Tael przyglądali się tej sytuacji. Wszystko wróciło jednak do normy po chwili. To była tylko wizja.

– NIE!

– Co się dzieje? – odparła uczennica, widząc dziwne zachowanie mistrza.

– Jeżeli zanurzysz się w… tej wizji, być może skażesz się ślepotę.

– Mistrzu Garusie… Ojcze… Jeżeli taka jest wola Gafrena, to gotowa jestem ponieść konsekwencje moich czynów.

Stało się to, czego wszyscy się spodziewali. Amal’Nya oślepła. Wiedza jakiej dostarczyła wizja była przygniatająca. Z końcówek  jej palców wystrzeliły srebrzyste promienie. Mag podbiegł do niej, pomagając prowadzić w odpowiednim kierunku.

– Zabawne – powiedziała. – Nigdy nie sądziłam, że zostanę Wyrocznią.

 

– Kto to? – zapytał stary kupiec, wskazując nieszczęśnika oczekującego na powieszenie.

– Nadworny medyk – wyjaśnił młodzieniec.

– Cóż takiego uczynił?

– Królowa Visa widziała w magicznym lustrze, jak podawał królowi truciznę. Ponoć działał dla gildii trucicieli.

Wtem zapadnia szubienicy otworzyła się, a łajdak poleciał z impetem. Rdzeń kręgowy został przerwany. Szemrany medyk wyzionął ducha, a widzowie bili brawo.

– Powiedz mi chłopcze, co z królem? – dopytywał starzec.

– Nic mu nie jest, ale nie obyłoby się bez pomocy magii. Królowa wezwała uzdrowicielkę Jokastę. To ona go odratowała.

– Całe szczęście.

– Medyk podobno strasznie się wygrażał przy zatrzymaniu. Przeklinał wszystkich  – wyjaśniał młodzieniec.

– Ha. A teraz chodzą w jego butach – skwitował kupiec.

I choć ciało było martwe, dusza pomocnika trucicieli uleciała do góry, manifestując swoją nową formę. Transparentny byt należał do jednego ze światów, w całości zamieszkanego przez podobne istoty. Głowa wygięła się nienaturalnie, podczas gdy korzenie wysysały energię życiową wszystkich, którzy go skazali. Wszystkich oprócz Króla, będącego pod ochroną Jokasty.

Dwóch strażników skryło się w murach zamku. Ciała pozostawione na wewnętrznym dziedzińcu zamku ożyły. Umarlaki wyciągały swoje rozczapierzone ręce w poszukiwaniu ofiar. Nie mogąc ich znaleźć, krążyły wówczas po komnatach, wydając z siebie pojedyncze stęknięcia.

– Co się stało? – zapytała Jokasta, widząc strażników przerażonych.

– D-d-duchy… – wyjąkał jeden z nich i skulił się w rogu.

– Rycerzu, widziałeś coś? 

– M-medyk, którego kazał stracić król… On… on…

– Tak?

– Duch! Nieumarli! – zaczął krzyczeć po chwili, niezrozumiale.

Widząc, że wartownicy byli zbyt przestraszeni, czarodziejka postanowiła się sama tym zająć.

– Co się tam wydarzyło? – powiedziała sama do siebie. 

 

– Jak to cudownie pachnie. Nigdy nie czułam czegoś tak pięknego.

– Spróbuj tego Amal'Nyo – zachęcał Ma'annem Tailu – nie dość, że ma ładny aromat, posiada też właściwości lecznicze.

– Wiele bym dał za takie laboratorium – zachwycał się Garus. 

– Tworzymy tu z dziewczynami, wspaniałe kompozycje. Wiedzieliście, że każda roślina pod słońcem, pomaga przy co najmniej jednej chorobie? Mamy remedia na wszystko. Rośliny mają swój charakter. Dopasowujemy go do dolegliwości. Tylko melisa jest uniwersalna – ma charakter słoneczny.

Do pomieszczenia weszła Jokasta

– Czemu jesteś taka strapiona – zapytał Ma'annem.

– Na dworze dzieją się straszne rzeczy. Próbowano otruć króla. Morderca został stracony, ale  miał jakieś opętanie, które przeszło na innych. Z resztą… Zaraz sami zobaczycie. A co jest z Amal'Nyą? Twoje oczy są jakieś…

Zgromadzeni w laboratorium alchemicznym opowiedzieli Jokaście o ostatnich wydarzeniach. Ta zamyśliła się na chwilę, jakby konsultując ze światem niewidzialnym i rzekła:

– Ślepota jest jej pisana. Żadne remedium, na ten czas, się dla niej nie znajdzie. Jej udziałem będą wielkie rzeczy. Jest wieszczką.

Towarzystwo zasmuciło się, jednak wszyscy rozumieli powagę sytuacji. To było dla Amal'Nyi, jednocześnie piętno, jak i wielki zaszczyt.

– Nie ma czasu. Chodźcie ze mną na dwór. Musimy coś zrobić z opętanymi – zarządziła Jokasta.

Całe zgromadzenie, z wyjątkiem nieszczęsnej córki Garusa, zostało otoczone energetycznym wirem i po chwili znalazło się na zamku, między umarlakami.

 

– Jak to cudownie pachnie. Nigdy nie czułam czegoś tak pięknego.

– Spróbuj tego Amal'Nyo – zachęcał Ma'annem Tailu – nie dość, że ma ładny aromat, posiada też właściwości lecznicze.

– Wiele bym dał za takie laboratorium – zachwycał się Garus. 

– Tworzymy tu z dziewczynami, wspaniałe kompozycje. Wiedzieliście, że każda roślina pod słońcem, pomaga przy co najmniej jednej chorobie? Mamy remedia na wszystko. Rośliny mają swój charakter. Dopasowujemy go do dolegliwości. Tylko melisa jest uniwersalna – ma charakter słoneczny.

Do pomieszczenia weszła Jokasta

– Czemu jesteś taka strapiona – zapytał Ma'annem.

– Na dworze dzieją się straszne rzeczy. Próbowano otruć króla. Morderca został stracony, ale  miał jakieś opętanie, które przeszło na innych. Z resztą… Zaraz sami zobaczycie. A co jest z Amal'Nyą? Twoje oczy są jakieś…

Zgromadzeni w laboratorium alchemicznym opowiedzieli Jokaście o ostatnich wydarzeniach. Ta zamyśliła się na chwilę, jakby konsultując ze światem niewidzialnym i rzekła:

– Ślepota jest jej pisana. Żadne remedium – na ten czas - się dla niej nie znajdzie. Jej udziałem będą wielkie rzeczy. Jest wieszczką.

Towarzystwo zasmuciło się, jednak wszyscy rozumieli powagę sytuacji. To było dla Amal'Nyi, jednocześnie piętno, jak i wielki zaszczyt.

– Nie ma czasu. Chodźcie ze mną na dwór. Musimy coś zrobić z opętanymi – zarządziła Jokasta.

Całe zgromadzenie, z wyjątkiem nieszczęsnej córki Garusa, zostało otoczone energetycznym wirem i po chwili znalazło się na zamku, między umarlakami.

Żywe zwłoki stękały z wysiłku, chodząc w poszukiwaniu ciał na których mogliby żerować. Magów ogarnął wstręt. Nad zamkiem unosiła się przeźroczysta emanacja straconego medyka. Zjawa spojrzała się w dół.

– Któż wy jesteście? – zapytał.

– Jestem Jokasta, a to…

– Milczeć! – ryknął. – Pytałem się tej grupki magów. Znam cię czarownico, jesteś tą przez którą zostałem stracony.

– Nazywam się Garus – odparł czarodziej.

– Garus? Ten Garus?

– Zgadza się.

– Cóż za niespodzianka. Twój wuj wiele mi o tobie opowiadał. Byłem jego wielkim przyjacielem.

– To czemuś został stracony? – wtrącił Skegdor.

– Zbieg okoliczności – odpowiedział. – W mojej torbie znaleziono truciznę, którą mi zwyczajnie podłożono. Nie miałem nic wsp&

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF

Zaaktualizowałem opowiadanie. Jeżeli zaś chodzi o trzeci rozdział, wydaje mi się, że powinniśmy go kontynuować w nowym wątku i powiadomić pozostałych.

 

OFF 2

Przeniosłem rozdział trzeci do nowego wątku w Hyde Parku. Ustawiłem też przypomnienie.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF

 

Wlał oliwy do miski z wodą, a na jej powierzchni, gestem ręki, utworzył  obraz pokazujący wilkołaka zabijającego jednego Wendigo po drugim. → Wlał oliwy do miski z wodą, a na jej powierzchni (-,) gestem ręki utworzył obraz (+,) pokazujący wilkołaka (+,) zabijającego jednego Wendigo po drugim. 

 

– Wygląda na to, że Twoja uczennica radzi sobie całkiem dobrze, Garusie – stwierdził rozbawiony – ale na poważnie: To jest wejście do labiryntu z portalami. Jeśli nie pospieszymy tam od razu, będzie ciężko ją znaleźć.  →  […] ale na poważnie - to jest wejście do labiryntu z portalami. Jeśli nie pospieszymy tam od razu, będzie ciężko ją znaleźć. 

Wydaje mi się, że lepsza byłaby pauza niż dwukropek.

 

– Widziałem, że Skegdor poznał już te sztukę, jaką zaraz wam pokarzę. Uważajcie! → Literówka: pokarzę → pokażę.

 

[…] nieopodal wilkołaka rozszarpującego ostatniego z Wendigo → Brakuje kropki: […] nieopodal wilkołaka rozszarpującego ostatniego z Wendigo.

 

Poprawiłem błędy.

 

Tael rozsiadł się na taborecie, czekając aż jego przyjaciele wejdą do środka. Kiedyś uczył Garusa prostych sztuczek magicznych, nieraz tracąc cierpliwość. Na szczęście jego dawny uczeń był teraz potężnym magiem. 

Chatka była zaklęta magicznie. Pozostałe trzy stołki przywołał gestem pustelnik, a Garus wraz ze Skegdorem i Maymorem mogli spocząć. Amal’Nya nadal gdzieś błąkała się po czeluściach góry jako wilkołak, a potomkowi wielkiego Ma’annem Tailu groziła indoktrynacja. 

– Dziewczynie dam rady pomóc – oznajmił Tael. – Z tobą jednak Skegdorze będzie problem. – zasępił się mag.

– Czemu?

– Klątwa wężołactwa, cóż… ma inne podłoże magiczne. Jestem w stanie opóźnić trawiącą twoje ciało klątwę, ale bez inkantacji i słów, które znają tylko Faered i Siwuch nie mogę nic zrobić.

– Jakoś mnie to nie dziwi – rzekł Maymor i groźnie spojrzał w stronę byłego spiskowca. 

– Ile razy mam powtarzać, że nie chciałem was zabić! – protestował Skegdor.

– DOŚĆ! – warknął Garus. – Skegdorze… wiem, że nie chciałeś naszej śmierci i twa przynależność do Rady wynikała z przymusu, ale na jasnego Gafrena, z łaski swojej… Czy moglibyście choć raz posłuchać?! 

– Wiesz może Garusie, gdzie twoja uczennica? – spytał Tael.

– Kiedy ostatni raz ją widziałem, uciekła głębiej w Wilczą Górę.

– To niedobrze, bardzo niedobrze – powtórzył pustelnik. – Wewnątrz oprócz portali, kryją się także Wendigo. 

– Wendigo? – odparł z niedowierzaniem Maymor. – Przecież jednego już pokonaliśmy.

– Tak, ale one występują tu naturalnie. I nie są potworami z innego wymiaru, choć ich pochodzenie by to wykluczało. 

Nagle Skegdor chwycił się za serce. Czuł jakby miało mu zaraz wystrzelić z piersi. Poczuł podmuch energii. 

Ukazał mu się mężczyzna i droga. Ów człowiek jechał jakąś dziwną maszyną, gdy obok okna coś mu przefrunęło. Miało jasne, przypominające czerwone reflektory od roweru i duże, rozpięte na  całą szerokość skrzydła. Kierowca przyśpieszył i znalazł się na końcu drogi. Był bezpieczny.

– Skegdor? – powiedział Garus, zaniepokojony. – Co widziałeś?

– Człowiek… Człowiek… – mamrotał w malignie.

– Taelu, co mu jest?

– Garusie, on zobaczył coś, czego nawet ja nie potrafię wyjaśnić. Wszyscy to zobaczyliśmy.

– Wizja? Ale czego? – wtrącił Maymor.

– Te potwory… Święto Dwóch Księżyców!!! – wrzasnął Garus. – Wszystkie światy przetną się w jednym punkcie!

– Musimy odnaleźć twoją uczennicę, a Skegdorowi podać lekarstwo i opóźnić klątwę – rzucił Tael. – Chyba wiem, gdzie jej szukać…

Wlał oliwy do miski z wodą, a na jej powierzchni, gestem ręki utworzył  obraz, pokazujący wilkołaka, zabijającego jednego Wendigo po drugim.

– Wygląda na to, że Twoja uczennica radzi sobie całkiem dobrze, Garusie – stwierdził rozbawiony – ale na poważnie – to jest wejście do labiryntu z portalami. Jeśli nie pospieszymy tam od razu, będzie ciężko ją znaleźć.

Garus i Maymor wstali z siedzeń i chcieli zabierać postawiony obok ekwipunek, lecz eremita zatrzymał ich:

– Spokojnie! Nie dobiegniemy tam na czas.

– Musimy ją ratować – oponował Garus.

– Widziałem, że Skegdor poznał już te sztukę, jaką zaraz wam pokażę. Uważajcie!

Wokół zgromadzonych utworzył się krąg. Energia zdawała się wibrować, przeszywając ich ciała. Po chwili nastąpiła kulminacja i czterej mężczyźni znaleźli się nieopodal wilkołaka rozszarpującego ostatniego z Wendigo.

– Co teraz? – spytał cicho Skegdor.

– Może zmienisz się w węża? – dodał złośliwie Maymor.

– Zamknijcie się obaj! – warknął Garus, czym zwrócił na siebie uwagę przemienionej Amal’Nyi. Ta zaś zawyła głęboko, ukazując majestatyczny arsenał ostrych kłów gotowych, aby rozszarpać swe nowe ofiary.

– Musimy zwabić ją w pułapkę! – powiedział głośno Tael i zaczął uciekać, pociągając za sobą resztę magów. 

Korytarze ciągnęły się niczym makaron, a im bardziej uciekali w głąb kompleksu jaskiń, wilkołak opadał z sił. Gdy w końcu dotarli, magiczny, złoty krąg otoczył uczennicę Garusa, a jasnopomarańczowy blask rozświetlił ciemne miejsce. Coś syknęło, a Tael poczuł magiczny podmuch. Znalazł się w dziwnym miejscu. Rozpoznał w nim dziewczynę i jej ojca, którego niegdyś przeklął.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

ODCINAM

 

Tael rozsiadł się na taborecie, czekając aż jego przyjaciele wejdą do środka. Kiedyś uczył Garusa prostych sztuczek magicznych, nieraz tracąc cierpliwość. Na szczęście jego dawny uczeń był teraz potężnym magiem. 

Chatka była zaklęta magicznie. Pozostałe trzy stołki przywołał gestem pustelnik, a Garus wraz ze Skegdorem i Maymorem mogli spocząć. Amal’Nya nadal gdzieś błąkała się po czeluściach góry jako wilkołak, a potomkowi wielkiego Ma’annem Tailu groziła indoktrynacja. 

– Dziewczynie dam rady pomóc – oznajmił Tael. – Z tobą jednak Skegdorze będzie problem. – zasępił się mag.

– Czemu?

– Klątwa wężołactwa, cóż… ma inne podłoże magiczne. Jestem w stanie opóźnić trawiącą twoje ciało klątwę, ale bez inkantacji i słów, które znają tylko Faered i Siwuch nie mogę nic zrobić.

– Jakoś mnie to nie dziwi – rzekł Maymor i groźnie spojrzał w stronę byłego spiskowca. 

– Ile razy mam powtarzać, że nie chciałem was zabić! – protestował Skegdor.

– DOŚĆ! – warknął Garus. – Skegdorze… wiem, że nie chciałeś naszej śmierci i twa przynależność do Rady wynikała z przymusu, ale na jasnego Gafrena, z łaski swojej… Czy moglibyście choć raz posłuchać?! 

– Wiesz może Garusie, gdzie twoja uczennica? – spytał Tael.

– Kiedy ostatni raz ją widziałem, uciekła głębiej w Wilczą Górę.

– To niedobrze, bardzo niedobrze – powtórzył pustelnik. – Wewnątrz oprócz portali, kryją się także Wendigo. 

– Wendigo? – odparł z niedowierzaniem Maymor. – Przecież jednego już pokonaliśmy.

– Tak, ale one występują tu naturalnie. I nie są potworami z innego wymiaru, choć ich pochodzenie by to wykluczało. 

Nagle Skegdor chwycił się za serce. Czuł jakby miało mu zaraz wystrzelić z piersi. Poczuł podmuch energii. 

Ukazał mu się mężczyzna i droga. Ów człowiek jechał jakąś dziwną maszyną, gdy obok okna coś mu przefrunęło. Miało jasne, przypominające czerwone reflektory od roweru i duże, rozpięte na  całą szerokość skrzydła. Kierowca przyśpieszył i znalazł się na końcu drogi. Był bezpieczny.

– Skegdor? – powiedział Garus, zaniepokojony. – Co widziałeś?

– Człowiek… Człowiek… – mamrotał w malignie.

– Taelu, co mu jest?

– Garusie, on zobaczył coś, czego nawet ja nie potrafię wyjaśnić. Wszyscy to zobaczyliśmy.

– Wizja? Ale czego? – wtrącił Maymor.

– Te potwory… Święto Dwóch Księżyców!!! – wrzasnął Garus. – Wszystkie światy przetną się w jednym punkcie!

– Musimy odnaleźć twoją uczennicę, a Skegdorowi podać lekarstwo i opóźnić klątwę – rzucił Tael. – Chyba wiem, gdzie jej szukać…

 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

ODCINAM

– Skegdor zdradził – wypalił niespodziewanie Faered. – Strażnicy go ostrzegli, a jeżeli Garus i Maymor zniszczą portale, będzie to oznaczać koniec świata jaki znamy.

– Spokojnie, mój drogi – dodał Siwuch. – Skegdorowi zostały cztery pełnie nim całkiem oszaleje i będzie podatny na nasz wpływ. 

– A jeśli go odczarują?

– Mogą co najmniej opóźnić indoktrynację, ale nie ją zatrzymać. Tylko my znamy inkantacje, mogące go odmienić.

– Fakt. – Faered skinął głową. – Jaki mamy plan?

– Musimy obalić króla. Jest wujem Garusa i może pokrzyżować nasze właściwe zamiary.

– Zaraz… jakie zamiary?

– Sprowadzimy mechaniczną armię i podbijemy ten świat, a później resztę. Nikt się nie ukryje, nikt nie będzie żywy.

– Tak jak podczas krucjat?

– Zgadza się.

– A jeśli Rada się nie zgodzi? – zwątpił Faered. 

– Zgodzi się, nie mają zresztą wyjścia. Siedzą w tym po uszy podobnie jak my. Tylko cholerny Skegdor się wyłamał… to drobiazg.

– Skoro tak mówisz…

Dwójka czarnoksiężników weszła do ogromnej sali, w której obradowała Rada. Piękna, marmurowa mozaika pokrywała podłogę, a przy stole siedzieli pozostali członkowie. Mieli nietęgie miny.

– Co się stało? – zagaił Siwuch.

– Król zachorował – starzec miał ponurą minę.

– Co mu jest? 

– Szkarłat brunatny.

– W imię Jokasty – wzburzył się Faered. – Skąd… ?

Wszyscy spojrzeli po sobie. Z rogu wyłonił się jeden z młodszych przedstawicieli Gildii. 

– Chcieliście zabić króla?

Siwuch przybrał niemalże wężową postać, w porę się jednak opamiętał, gdy usłyszał dalszy ciąg wywodu żółtodzioba.

– Potajemnie jestem członkiem Gildii Zabójczego Węża – zaczął. – Zajmujemy się otruciami i zabójstwami na zlecenie. Wy najprawdopodobniej chcieliście użyć noży, a my użyliśmy bakcyla groźnej zarazy.

– Jestem pod wrażeniem…

– Skirr Fagren – przerwał mu młodzik, kłaniając się nieznacznie. – Do usług.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF

– Faered i Siwuch nie są z tego świata. Postać jaką znacie, nie jest ich oryginalną formą. W rzeczywistości są wężołakami. W dawnych czasach przyszli do naszego świata przez te portale. Oni zasiadają w radzie od setek lat, pod różnymi postaciami. Ich świat bardzo różni się od naszego, a wiedza na temat magii i innych tajemnic, jest znacznie bardziej zaawansowana niż nasza.

Oni zamienili moje oryginalne ciało na wężowe i teraz mam takie moce jak oni, ale nie podoba mi się to. Nie za tą cenę… → – Faered i Siwuch nie są z tego świata. Postać jaką znacie, nie jest ich oryginalną formą. W rzeczywistości są wężołakami. W dawnych czasach przyszli do naszego świata przez te portale. Oni zasiadają w radzie od setek lat, pod różnymi postaciami. Ich świat bardzo różni się od naszego, a wiedza na temat magii i innych tajemnic, jest znacznie bardziej zaawansowana niż nasza. (-) Oni zamienili moje oryginalne ciało na wężowe i teraz mam takie moce jak oni, ale nie podoba mi się to. Nie za tą cenę… 

Niepotrzebna spacja

 

W tej chwili oczom jego i Maymora, ukazała się kolejna wizja. Ojciec uczennicy, schodził w głąb tunelu, w głębi, którego słychać było głosy. Starał się kroczyć jak najciszej, żeby nikt go nie usłyszał, ale na próżno. Niespodziewanie dosięgła go wiązka energetyczna, niczym  piorun kulisty, po czym padł jak martwy.

Następne co pamiętał, to jak budzi się w ciemnym, cuchnącym pomieszczeniu. Leży na jakimś stole i  czuje, że nie może się ruszać. Po chwili pojawiają się dwa dziwne stwory. Ni to kroczą, ni pełzają, przy czym ocierają się o niego, ale zdają się go nie zauważać. Nie rozmawiają ze sobą, przynajmniej nie słychać żadnych dźwięków. W powietrzu niemal namacalne stają się ich złowieszcze intencje i atmosfera grozy. Mężczyzna czeka jak na wyrok, nie wiedząc co się z nim stanie. Serce bije mu jak oszalałe, a do oczu napływa zimny pot, lecz nie może się ruszyć, by go zetrzeć.

Stwory opuszczają pomieszczenie. Mężczyzna odetchnął z ulgą, ale nim zdążył się zastanowić nad sytuacją i swoimi towarzyszami, pojawiają się ponownie z jakąś aparaturą. Momentalnie przechodzą do bardzo bolesnej operacji. Wbijają mu ostre pręty w brzuch, bez podania ziół znieczulających.  Ból staje się niemożliwy do zniesienia. Zakładnik próbuje krzyczeć, ale nie może wydać z siebie żadnego dźwięku. Oprawcy kontynuują zabieg, nie zwracając uwagi na jego wykrzywiony grymas, zdradzający niewyobrażalne cierpienie.  

Nagle pojawia się kolejny stwór i niezwłocznie zaczyna wiercić jakimś urządzeniem w głowie ojca dziewczyny. Ten traci przytomność i wraz z tym, wizja się urywa.

- Najmilszy Gafrenie – rzekł Garus – Co to było, do cholery?!

– G-garusie… – wyjąkał przerażony Maymor. 

Garus odwrócił głowę w stronę głosu przyjaciela i zobaczył ogromnego, wyrastającego na ponad cztery metry, humanoidalnego wilka. Mag szybko domyślił się, że to musi być Amal’Nya. Cokolwiek się stało, klątwa nie została przełamana, a ona mogła utknąć w tej formie niemal na zawsze. 

– Musimy ją gonić, szybko! – zakomenderował czarodziej.

– Jesteś pewien? – spytał Maymor, niepewnie. – Nawet wilkołaki stanowią wyzwanie dla nas. Nie imają się srebra, a jedyne za pomocą czego można ich zranić to prosta magia światła albo ognia.

– Nie zabiję Amal’Nyi, Maymorze! – zaprotestował Garus.

– To… Co proponujesz?

– Musimy odnaleźć Taela. Tylko on może znać lekarstwo. 

– A jeśli nie?

– To coś wymyślimy.

Nagle usłyszeli pojedyncze syki, dochodzące zza ich pleców. Nim zdążyli wsiąść, ogromny wąż pełzał w ich stronę.

– No nie – powiedział wściekły Maymor. – Brakowało nam tylko węża do kompletu.

– Czekaj. – Gestem dłoni Garus uspokoił przyjaciela.

Wężołak coraz bardziej przypominał człowieka. Okazał się nim Skegdor Tailu, który miał wyraźne rany na twarzy.

– Przepraszam, drogi Garusie – zaczął Skegdor. – To był jeden sposób, aby do ciebie dotrzeć.

– Rozumiem – odpowiedział mag. – Jedziemy na Wilczą Górę, wszystko sobie wyjaśnimy po drodze.

– Byłem pewny, że skądś znam spojrzenie tego wężołaka – powiedział Garus do Skegdora, który szedł za końmi i odparł:

– Na początek chciałbym wam wyjaśnić pewną sprawę. Musicie wiedzieć, że idąc w Wilcze Góry, narażacie się na niebezpieczeństwo…

– Nie boimy się klątwy! – rzucił buńczucznie Maymor.

– Nie o to chodzi – sprostował Skegdor – Ta sprawa może was przerosnąć.

– Wygląda na to, że nie mamy wyjścia – osądził Garus – musimy dowiedzieć się jak odczynić urok Amal’Nyi. Ta biedna dziewczyna przez nas wpakowała się w te tarapaty. Jesteśmy jej to winni.

– Myślę, że jeśli dotrzemy do Taela, znajdzie się jakaś metoda, ale wiedzcie, że te góry to obszar o znaczeniu strategicznym dla rady. Jeśli będziecie się zbytnio interesować tym tematem…  Nie wiem jak wam to powiedzieć. Członkowie rady nie są takimi światłymi osobami, za jakie pragną uchodzić. Zabiją was!

– Tu dzieje się coś dziwnego Co wiesz na ten temat? – zapytał coraz bardziej zainteresowany Maymor.

– Już wcześniej rozmawialiśmy o śmierci Ma’annem Tailu i odejściu Taela. To miało coś wspólnego z tym wszystkim? – dorzucił Garus.

– Zgadza się. Oni weszli na bardzo grząski teren. Jak myślicie, dlaczego Tael uciekł właśnie w te góry? Tam znajduje się źródło bardzo potężnej magii. Rada walczyła o dostęp do tych miejsc. Chciała je zachować tylko dla siebie. Tael i Ma’annem Tailu odkryli ich sekret i potajemnie eksplorowali system korytarzy pod Wilczą Górą. Tam znajdują się portale do innych światów.

– To tylko legendy! – orzekł Maymor.

– Mylisz się. I ja tam byłem. Te portale naprawdę istnieją. Widziałem je na własne oczy… Rozumiecie? Odwiedzałem inne światy.

– Co takiego!? – wybuchnęli równocześnie Maymor i Garus.

– Nie zastanawia was moja wężowa postać?

– Opowiedz proszę co tam widziałeś. – nakłaniał Garus.

– W zasadzie to przysięgałem, że nie powiem o tym nigdy nikomu z niewtajemniczonych, pod groźbą śmierci… ale wygląda na to, że rada już wydała na mnie wyrok.

Obaj jeźdźcy wpatrywali się w Skegdora z wytrzeszczonymi oczami, a ten tłumaczył dalej.

– Faered i Siwuch nie są z tego świata. Postać jaką znacie, nie jest ich oryginalną formą. W rzeczywistości są wężołakami. W dawnych czasach przyszli do naszego świata przez te portale. Oni zasiadają w radzie od setek lat, pod różnymi postaciami. Ich świat bardzo różni się od naszego, a wiedza na temat magii i innych tajemnic, jest znacznie bardziej zaawansowana niż nasza.

Oni zamienili moje oryginalne ciało na wężowe i teraz mam takie moce jak oni, ale nie podoba mi się to. Nie za tą cenę…

– Co masz na myśli Skegdorze? – zapytał Garus.

– To jest pułapka. Ta magia coraz bardziej trawi moje serce. Czuję, że niedługo przestanę być sobą. Już teraz miewam momenty, kiedy mam wrażenie jakbym nie ja kontrolował swoje czyny, ale jakaś obca siła, która jest we mnie. Ona przejmuje mój umysł! Walczę z tym, ale boję się, że będzie za późno. Widzę, do jakich bezeceństw są zdolni Faered i Siwuch. Nie chcę stać się taki, jak oni. Muszę odzyskać ciało, nim ta magia pochłonie mnie do reszty.

– Nie staniesz się – obiecał Maymor. – Kiedy tylko pomożemy Amal’Nyi, zajmiemy się twoją klątwą – dodał.

– Cieszy mnie twój optymizm, mistrzu Maymorze, ale… wężołactwo nie jest tak łatwe do zdjęcia jak lykantropia albo wampiryzm. Klątwa pochodzi z bardzo dziwnego świata. Jest może tak stara i dawna jak magia Podwójnego Światła mojego dziadka, potomka Ma’annem Tailu – wyjaśnił powoli Skegdor.

– Jak bardzo stara? – wtrącił Garus.

– Wężołaki to taka… alternatywna wersja wilkołaka. Uniwersum z którego pochodzi bardzo przypomina nasze, różni się jednak szczegółami. Widziałem wybuchające kije, mechanicznych żołnierzy…

– Ile czasu ci zostało nim klątwa wypełni cię do końca? – spytał Maymor.

– Dwa… Cztery pełnie. Po ostatniej mogę już nie panować do swoimi czynami. Teraz jeszcze jestem w stanie powracać do normalnej postaci, ale później już może nie być tak prosto. Faered i Siwuch znają odpowiednie inkantacje. Mają księgi pełne nieznanej dotąd magii. Musimy ich zabić i zniszczyć portale.

– Jeżeli to zrobimy, możemy stracić szansę poznania innych wymiarów – zaprotestował nagle Garus, ku zdziwieniu Maymora.

– Chcesz sprowadzić na nasz świat zagładę, Garusie? – Maymor spiorunował przyjaciela. 

– Widziałem mechanicznego ptaka, wiele rzeczy podczas…

– Garusie – rzekł spokojnie Skegdor. – jeżeli sprowadzisz coś z innych światów, połączysz je z naszym i nic nie będzie takie jak dawniej. Zostaniesz zainfekowany i oszalejesz jak Rada, gorzej… Jak Siwuch.

– Masz rację, Skegdorze – odparł przepraszającym tonem mag. – Musimy zniszczyć portale i ich powstrzymać.

 

OFF 2

Przepraszam, Tricksterze za tak długi ciąg tego fragmentu. Pomyślałem, że warto dopisać coś tutaj zanim przejdziemy z powrotem do antagonistów.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

W tej chwili oczom jego i Maymora, ukazała się kolejna wizja. Ojciec uczennicy, schodził w głąb tunelu, w głębi, którego słychać było głosy. Starał się kroczyć jak najciszej, żeby nikt go nie usłyszał, ale na próżno. Niespodziewanie dosięgła go wiązka energetyczna, niczym  piorun kulisty, po czym padł jak martwy.

Następne co pamiętał, to jak budzi się w ciemnym, cuchnącym pomieszczeniu. Leży na jakimś stole i  czuje, że nie może się ruszać. Po chwili pojawiają się dwa dziwne stwory. Ni to kroczą, ni pełzają, przy czym ocierają się o niego, ale zdają się go nie zauważać. Nie rozmawiają ze sobą, przynajmniej nie słychać żadnych dźwięków. W powietrzu niemal namacalne stają się ich złowieszcze intencje i atmosfera grozy. Mężczyzna czeka jak na wyrok, nie wiedząc co się z nim stanie. Do oczu napływa mu zimny pot, lecz nie może się ruszyć, by go zetrzeć.

Stwory opuszczają pomieszczenie. Mężczyzna odetchnął z ulgą, ale nim zdążył się zastanowić nad sytuacją i swoimi towarzyszami, pojawiają się ponownie z jakąś aparaturą. Momentalnie przechodzą do bardzo bolesnej operacji. Wbijają mu ostre pręty w brzuch, bez podania ziół znieczulających.  Ból staje się niemożliwy do zniesienia. Zakładnik próbuje krzyczeć, ale nie może wydać z siebie żadnego dźwięku. Oprawcy kontynuują zabieg, nie zwracając uwagi na jego wykrzywiony grymas, zdradzający niewyobrażalne cierpienie.  

Nagle pojawia się kolejny stwór i niezwłocznie zaczyna wiercić jakimś urządzeniem w głowie ojca dziewczyny. Ten traci przytomność i wraz z tym, wizja się urywa.

Najmilszy Gafrenie – rzekł Garus – Co to było, do cholery?!

– G-garusie… – wyjąkał przerażony Maymor. 

Garus odwrócił głowę w stronę głosu przyjaciela i zobaczył ogromnego, wyrastającego na ponad cztery metry, humanoidalnego wilka. Mag szybko domyślił się, że to musi być Amal’Nya. Cokolwiek się stało, klątwa nie została przełamana, a ona mogła utknąć w tej formie niemal na zawsze. 

– Musimy ją gonić, szybko! – zakomenderował czarodziej.

– Jesteś pewien? – spytał Maymor, niepewnie. – Nawet wilkołaki stanowią wyzwanie dla nas. Nie imają się srebra, a jedyne za pomocą czego można ich zranić to prosta magia światła albo ognia.

– Nie zabiję Amal’Nyi, Maymorze! – zaprotestował Garus.

– To… Co proponujesz?

– Musimy odnaleźć Taela. Tylko on może znać lekarstwo. 

– A jeśli nie?

– To coś wymyślimy.

Nagle usłyszeli pojedyncze syki, dochodzące zza ich pleców. Nim zdążyli wsiąść, ogromny wąż pełzał w ich stronę.

– No nie – powiedział wściekły Maymor. – Brakowało nam tylko węża do kompletu.

– Czekaj. – Gestem dłoni Garus uspokoił przyjaciela.

Wężołak coraz bardziej przypominał człowieka. Okazał się nim Skegdor Tailu, który miał wyraźne rany na twarzy.

– Przepraszam, drogi Garusie – zaczął Skegdor. – To był jeden sposób, aby do ciebie dotrzeć.

– Rozumiem – odpowiedział mag. – Jedziemy na Wilczą Górę, wszystko sobie wyjaśnimy po drodze.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF 

Jasne, Tricksterze. Dzięki, nie zauważyłem za pierwszym razem.

 

– A propos Wilczych Gór. Mam dla was pewne rewelacje – zaczął Maymor – Ten wąż nie chciał walczyć. Mówił, że mamy udać się tam i odszukać starego Taela. Był bardzo tajemniczy.

– Teraz wszystko zaczyna układać się w logiczną całość. – stwierdził Garus – Pamiętacie kiedy Tael zniknął? To było w czasie północnych krucjat. Rada twierdziła, że Tael oszalał, ale ja w to nie wierzę. Ma’annem Tailu był jego przyjacielem i zmarł w tym samym czasie, w zagadkowych okolicznościach – insynuował.

– Myślisz, że rada mogła mieć z tym coś wspólnego? – zapytała Amal’Nya.

– Jestem wręcz przekonany. Wspominałem wam, że w wizji po tym wywarze, objawił mi się Ma’annem Tailu i ostrzegał przed wrogami w Gildii. Wygląda na to, że wraz z Taelem, mogli mieć jakąś niewygodną wiedzę na temat tej wioski, krucjat i ich okoliczności.

 – Jeśli tak było w istocie, naszym obowiązkiem jest najpierw zbadać sprawę i dopiero potem poinformować dwór – zdecydował Maymor.

– Jeśli nawet Tael ukrywa się w górach, jak go znajdziemy? – dopytywała uczennica.

– O to będziemy się martwić, gdy tam dotrzemy. – skwitował – W drogę!

Wilcze Góry były idealnym miejscem, nikt się tam bowiem nie zapuszczał, a to wszystko z powodu legend, jakie były o nim mówione. Jedną z popularnych jest ta, o Królu Izvisie i jego trzech synach. Podobno chcąc przyćmić Boga Mądrości – Gafrena, wraz z małżonką Jokastą i olbrzymim wilkiem Zefirem, postanowił wydać ucztę. Głównym daniem stał się makabryczny posiłek z ciała jednego z synów, najmłodszego, mającego niespełna jedenaście lat – Ifajego. Bogowie jednak zorientowali się w podstępie i ukarali okrutnika. Jego dusza po dziś dzień wędruje w rzece życia i śmierci – Josefem.

Dziś Wilcze Góry są przeklętym miejscem, gdzie każdy, kto tam się znajdzie, ulega klątwie lykantropii. Amal’Nya przypomniała sobie o tym w ostatnim momencie, a na jej twarzy pojawił się grymas strachu. Rumak dziewczyny zatrzymał się, nim zdążył przekroczyć wraz z magami granicę wyznaczoną przez nadgryzioną zębem czasu tabliczkę.

– J-ja tam nie jadę – wyjąkała przestraszona.

– Co? – spytał zdziwiony Garus. – Ja… Dlaczego?

– Chodzi o… klątwę.

– Klątwę? – wtrącił Maymor.

– Lykantropia – wyjaśniła krótko. – Każdy, kto przekroczy granicę Wilczych Gór, nie dalej jak od siedmiu dni począć, wilczą formę przybierze.

– Bajdurzenie – zganił ją przyjaciel maga. – Nie słuchaj jej, Garusie. Jeżeli tak bardzo strach zagląda je w oczy, to uważam, że nie nadaje się na czarodziejkę.

– Na pewno nie pojedziesz z nami? – głos Garusa przybrał spokojny ton.

– Moja rodzina została przeklęta wieki temu na tej górze – Amal’Nya oddychała coraz ciężej. – Ojciec… zabił moją młodszą siostrę. Ja uciekłam, ale… potężny mag przeklął całą naszą rodzinę, obiecując, że wracając tu, podczas każdej pełni księżyca zamienię się w wilka. Chyba, że wyjadę w ciągu pięciu dni. Wtedy klątwa nie będzie stała.

Garus umilkł. Zapadła niezręczna cisza.  

– Osoba o czystym sercu jest w stanie zmyć z siebie wszelkie klątwy, unieważnić przysięgi i pakty – niespodziewanie zaczął wyjaśniać Maymor – Trzeba sięgnąć do swoich najgłębszych przyczyn i pozbyć się tego, tak jak pozbywasz się powietrza wraz z wydechem. To proste. Spróbuj proszę. Skup się.

– Dobrze – wydukała. – postaram się. 

Dziewczyna zamknęła oczy i wróciła do tamtej – tragicznej w skutkach – chwili. Coś jednak ją paraliżowało, niby niewidzialne więzy, które oplątywały ją niczym wąż; próbowała krzyczeć, ale nie mogła. Skrzek jaki z siebie wydała, nie mógł odwrócić rzuconej klątwy. Potężny wybuch mocy, zdmuchnął ją z rumaka, a ten pognał daleko w głąb Wilczej Góry. Garus przerażony, podszedł do niej, próbując uleczyć.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF 

No, przyznaję… trochę przesadziłem ;) Ale racja. Opowiadanie będzie spójniejsze. smiley

 

OFF 2

Okej. Będę pamiętał o zmianie kolejności. 

 

– A propos Wilczych Gór. Mam dla was pewne rewelacje – zaczął Maymor – Ten wąż nie chciał walczyć. Mówił, że mamy udać się tam i odszukać starego Taela. Był bardzo tajemniczy.

– Teraz wszystko zaczyna układać się w logiczną całość. – stwierdził Garus – Pamiętacie kiedy Tael zniknął? To było w czasie północnych krucjat. Rada twierdziła, że Tael oszalał, ale ja w to nie wierzę. Ma’annem Tailu był jego przyjacielem i zmarł w tym samym czasie, w zagadkowych okolicznościach – insynuował.

– Myślisz, że rada mogła mieć z tym coś wspólnego? – zapytała Amal’Nya.

– Jestem wręcz przekonany. Wspominałem wam, że w wizji po tym wywarze, objawił mi się Ma’annem Tailu i ostrzegał przed wrogami w Gildii. Wygląda na to, że wraz z Taelem, mogli mieć jakąś niewygodną wiedzę na temat tej wioski, krucjat i ich okoliczności.

 – Jeśli tak było w istocie, naszym obowiązkiem jest najpierw zbadać sprawę i dopiero potem poinformować dwór – zdecydował Maymor.

– Jeśli nawet Tael ukrywa się w górach, jak go znajdziemy?

– O to będziemy się martwić, gdy dotrzemy na miejsce. – skwitował – W drogę!

Wilcze Góry były idealnym miejscem, nikt się tam bowiem nie zapuszczał, a to wszystko z powodu legend, jakie były mówione o tym miejscu. Jedną z popularnych jest ta o Królu Izvisie i jego trzech synach. Podobno chcąc przyćmić Boga Mądrości – Gafrena wraz z małżonką Jokastą i olbrzymim wilkiem Zefirem, postanowił wydać ucztę. Głównym daniem stał się makabryczny posiłek z ciała jednego z synów, najmłodszego, mającego niespełna jedenaście lat – Ifajego. Bogowie jednak zorientowali się w podstępie i ukarali okrutnika. Jego dusza po dziś dzień wędruje w rzece życia i śmierci – Josefem.

Dziś Wilcze Góry są przeklętym miejscem, gdzie każdy, kto tam się znajdzie ulega klątwie lykantropii. Amal’Nya przypomniała sobie o tym w ostatnim momencie, a na jej twarzy pojawił się grymas strachu. Jej rumak zatrzymał się, nim zdążył przekroczyć wraz z magami granicę wyznaczoną przez nadgryzioną zębem czasu tabliczkę.

– J-ja tam nie jadę – wyjąkała przestraszona.

– Co? – spytał zdziwiony Garus. – Ja… Dlaczego?

– Chodzi o… klątwę.

– Klątwę? – wtrącił Maymor.

– Lykantropia – wyjaśniła krótko. – Każdy, kto przekroczy granicę Wilczych Gór, nie dalej jak od siedmiu dni począć, wilczą forme przybierze.

– Bajdurzenie – zganił ją przyjaciel maga. – Nie słuchaj jej, Garusie. Jeżeli tak bardzo strach zagląda je w oczy, to uważam, że nie nadaje się na czarodziejkę.

– Na pewno nie pojedziesz z nami? – głos Garusa przybrał spokojny ton.

– Moja rodzina została przeklęta wieki temu na tej górze – Amal’Nya oddychała coraz ciężej. – Ojciec… zabił moją modszą siostrę. Ja uciekłam, ale… potężny mag przeklął całą moją rodzinę, obiecując, że wracając tu, podczas każdej pełni księżyca zamienię się w wilka. Chyba, że wyjadę w ciągu pięciu dni. Wtedy klątwa nie będzie stała.

Garus umilkł. Zapadła niezręczna cisza.  

    

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

ODCINAM

Dwójka gwardzistów pilnowała wejścia do sali, w której zwykli obradować czarnoksiężnicy. Byli przerażeni, słysząc różne przekleństwa i wyzwiska pod adresem zbiegłego z miasta maga Garusa. W pomieszczeniu miotane były kule ognia, błyskawice… potężne inkantacje robiły wrażenie na zwykłych strażnikach, nie mających do tej pory do czynienia z magią.

– Niech Święta Jokasta nas chroni, Temer… – jęknął młody mężczyzna w pancernej kolczudze. 

– Cholerni magowie – rzucił Temer. – Za chwilę rozniosą w pył połowę królestwa.

Nagle w wejściu pojawił się ogromny wąż, coraz bardziej przypominający człowieka. Skegdor pochylił się lekko na powitanie, ale gwardziści szybko go zatrzymali.

– Lordzie Skegdorze – rzekł T’Ayr. – niech pan tam nie wchodzi.

– Czemu? – zapytał przejęty.

– Oni szukają pana – zaczął. – Tak mówili podobno.

– No – dodał Temer. – To prawda, oni mają zamiar pana zabić. Zalecam ucieczkę.

Potomek Ma’Annem Tailu zdał sobie sprawę, że nie tylko Garus jest w niebezpieczeństwie. Korzystając z rady dwójki strażników, ponownie przybrał postać węża i znikł w mroku korytarza. Gwardziści posłyszeli wołanie Siwucha.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu… ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że… mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

– To już teraz bez znaczenia – pocieszał – nie przejmuje się. Bardziej zastanawia mnie ten stwór…

– Zobacz! Maymor jedzie za nami – przerwała uczennica.

Gdy tylko przyjaciel maga do nich dołączył, przed oczyma ukazała im się spalona przed laty wioska, gdzie duchy ofiar manifestowały swą obecność zawsze o północy. 

– Co to za miejsce? – zapytała Amal’Nya, na co Maymor odpowiedział:

– Rada naszej gildii twierdziła, że tą osadę splądrowali najeźdźcy z północy, zanim wysłali do nich oddziały…  ale potem pojawiły się inne głosy, na temat tej całej akcji.

Nagle Garus doznał wizji, ale innych niż te, spowodowanych przez nieznany specyfik; zauważył on mglistą postać Siwucha, komenderującego żołnierzami, co do joty wypełniających jego wolę.  Wykrzykiwał, jakby był w szaleńczym transie: “Nikt nie może zostać przy życiu! Nie ma być żadnych świadków! Żadnych!” – a jego podwładni zachowywali się, jakby byli pod wpływem hipnozy, lub innego uroku. Maymorowi także ukazał się ten sam widok, tylko Amal’Nya jako uczennica czarodzieja, nie mogła dostrzec tajemniczych obrazów, wywołanych przez niewiadomy czynnik.

Żołnierze podpalali chaty, a uciekających ludzi dobijali, tak by nikt nie mógł zaświadczyć, co tu się wydarzyło.

– Na Świętą Jokastę… – jęknął Maymor. – Garusie, czy ty widzisz to samo, co ja?

– Wygląda na to, że plotki okazały się prawdziwe i to wcale nie ludy północy dokonały tej kaźni, ale sama rada upozorowała najazd, żeby mieć pretekst do zajęcia ich ziemi.

– Ale po co rada miałaby zajmować tą ziemię? – wtrąciła niespodziewanie Amal’Nya. – Słyszałam, że nie ma tutaj nic cennego poza kilkoma kopalniami srebrowęgla i miedzi. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF

Pomyliłem się. Już poprawiam.

 

OFF 2

[…] tak by nikt nie mógł zaświadczyć (+,) co tu się wydarzyło. –> Brakło przecinka, poprawiłem.

 

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu… ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że… mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

– To już teraz bez znaczenia – pocieszał – nie przejmuje się. Bardziej zastanawia mnie ten stwór…

– Zobacz! Maymor jedzie za nami – przerwała uczennica.

Gdy tylko przyjaciel maga do nich dołączył, przed oczyma ukazała im się spalona przed laty wioska, gdzie duchy ofiar manifestowały swą obecność zawsze o północy. 

– Co to za miejsce? – zapytała Amal’Nya, na co Maymor odpowiedział:

– Rada naszej gildii twierdziła, że tą osadę splądrowali najeźdźcy z północy, zanim wysłali do nich oddziały…  ale potem pojawiły się inne głosy, na temat tej całej akcji.

Nagle Garus doznał wizji, ale innych niż te, spowodowanych przez nieznany specyfik; zauważył on mglistą postać Siwucha, komenderującego żołnierzami, co do joty wypełniających jego wolę.  Wykrzykiwał, jakby był w szaleńczym transie: “Nikt nie może zostać przy życiu! Nie ma być żadnych świadków! Żadnych!” – a jego podwładni zachowywali się, jakby byli pod wpływem hipnozy, lub innego uroku. Maymorowi także ukazał się ten sam widok, tylko Amal’Nya jako uczennica czarodzieja, nie mogła dostrzec tajemniczych obrazów, wywołanych przez niewiadomy czynnik.

Żołnierze podpalali chaty, a uciekających ludzi dobijali, tak by nikt nie mógł zaświadczyć, co tu się wydarzyło.

– Na Świętą Jokastę… – jęknął Maymor. – Garusie, czy ty widzisz to samo, co ja?

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu… ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że… mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

– To już teraz bez znaczenia – pocieszał – nie przejmuje się. Bardziej zastanawia mnie ten stwór…

– Zobacz! Maymor jedzie za nami – przerwała uczennica.

Gdy tylko przyjaciel maga do nich dołączył, przed oczyma ukazała im się spalona przed laty wioska, gdzie duchy ofiar manifestowały swą obecność zawsze o północy. 

– Co to za miejsce? – zapytała Amal’Nya, na co Maymor odpowiedział:

– Rada naszej gildii twierdziła, że tą osadę splądrowali najeźdźcy z północy, zanim wysłali do nich oddziały…  ale potem pojawiły się inne głosy, na temat tej całej akcji.

Nagle Garus doznał wizji, ale innych niż te, spowodowanych przez nieznany specyfik; zauważył on mglistą postać Siwucha, komenderującego żołnierzami, co do joty wypełniających jego wolę.  Wykrzykiwał, jakby był w szaleńczym transie: “Nikt nie może zostać przy życiu! Nie ma być żadnych świadków! Żadnych!” – a jego podwładni zachowywali się, jakby byli pod wpływem hipnozy, lub innego uroku. Maymorowi także ukazał się ten sam widok, tylko Amal’Nya jako uczennica czarodzieja, nie mogła dostrzec tajemniczych obrazów, wywołanych przez niewiadomy czynnik.

 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu… ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że… mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

– To już teraz bez znaczenia – pocieszał – nie przejmuje się. Bardziej zastanawia mnie ten stwór…

– Zobacz! Maymor jedzie za nami – przerwała uczennica.

Gdy tylko przyjaciel maga do nich dołączył, przed oczyma ukazała im się spalona przed laty wioska, gdzie duchy ofiar manifestowały swą obecność zawsze o północy. 

– Co to za miejsce? – zapytała Amal’Nya, na co Maymor odpowiedział:

– Rada naszej gildii twierdziła, że tą osadę splądrowali najeźdźcy z północy, zanim wysłali do nich oddziały…  ale potem pojawiły się inne głosy, na temat tej całej akcji.

Nagle Garus doznał wizji, ale innych niż te, spowodowanych przez nieznany specyfik; zauważył on mglistą postać Siwucha, komenderującego żołnierzami, co do joty wypełniających jego wolę.  

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu… ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że… mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

– To już teraz bez znaczenia – pocieszał – nie przejmuje się. Bardziej zastanawia mnie ten stwór…

– Zobacz! Maymor jedzie za nami – przerwała uczennica.

Gdy tylko przyjaciel maga do nich dołączył, przed oczyma ukazała im się spalona przed laty wioska, gdzie duchy ofiar manifestowały swą obecność zawsze o północy.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu… ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że… mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

W czasie, gdy Maymor wyjaśniał wszystkie nieścisłości swojemu przyjacielowi, Siwuch i reszta skorumpowanych magów planowała kolejne kroki, wypuszczając z końcówek swoich palców magiczne błyskawice powodujące wybuchy w zajmowanej przez nich izbie.

– Teraz musimy zabić ich wszystkich! – zawyrokował Feared, a jego twarz zaczęła przybierać coraz bardziej diaboliczny wyraz.

– Tak… – zasyczał Siwuch. – Nim król się o wszystkim dowie, ich ciała będą wisieć na Moście Skalcic. 

– Zobaczcie! – zaalarmował jeden z czarnoksiężników, wskazując na lustro, w którym widać było jak cała trójka z Garusem na czele, siodła konie w pośpiechu – Uciekają! 

  – Ja się chętnie nimi zajmę – na twarzy Skegdora pojawił się groźny uśmieszek, a po chwili zmienił się w ogromnego wężołaka.

– Tylko żeby cię nie rozpoznali – instruował Siwuch – nie mogą się dowiedzieć jaka jest nasza prawdziwa postać.

Skegdor syknął groźnie i wypełznął z komnaty, usiłując dogonić i mimo intencji całej reszty spiskowców, ostrzec Garusa, który nie raz traktował go jak syna. 

– Widzicie tam za rogiem? Coś pełznie w naszą stronę.  Wysłali po nas wężołaka. Wiedziałem, że coś knują. Jedźcie ostrzec króla – ja zajmę się  tą bestią.

Maymor zaczął atakować gada, wystrzeliwując białe błyskawice z końcówek swoich palców i mamrocząc coś niewyraźnie.  Wtem ten przemówił:

– Nie obawiaj się mnie. Chcę was ostrzec. Jedźcie w góry do pustelnika Taela. On wszystko wam wyjaśni – po czym zniknął.

Oszołomiony mag wskoczył na konia i pospieszył w stronę, w którą udali się Garus i Amal’Nya, zaczynając rozumieć, dlaczego stary Tael uciekł z gildii przed stu laty.

Wężołak chędożony jego mać… – mruknął Maymor i pogonił swojego wierzchowca do szybszej jazdy.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

W czasie, gdy Maymor wyjaśniał wszystkie nieścisłości swojemu przyjacielowi, Siwuch i reszta skorumpowanych magów planowała kolejne kroki, wypuszczając z końcówek swoich palców magiczne błyskawice powodujące wybuchy w zajmowanej przez nich izbie.

– Teraz musimy zabić ich wszystkich! – zawyrokował Feared, a jego twarz zaczęła przybierać coraz bardziej diaboliczny wyraz.

– Tak… – zasyczał Siwuch. – Nim król się o wszystkim dowie, ich ciała będą wisieć na Moście Skalcic. 

– Zobaczcie! – zaalarmował jeden z czarnoksiężników, wskazując na lustro, w którym widać było jak cała trójka z Garusem na czele, siodła konie w pośpiechu – Uciekają! 

  – Ja się chętnie nimi zajmę – na twarzy Skegdora pojawił się groźny uśmieszek, a po chwili zmienił się w ogromnego wężołaka.

– Tylko żeby cię nie rozpoznali – instruował Siwuch – nie mogą się dowiedzieć jaka jest nasza prawdziwa postać.

Skegdor syknął groźnie i wypełznął z komnaty, usiłując dogonić i mimo intencji całej reszty spiskowców, ostrzec Garusa, który nie raz traktował go jak syna. 

– Widzicie tam za rogiem? Coś pełznie w naszą stronę.  Wysłali po nas wężołaka. Wiedziałem, że coś knują. Jedźcie ostrzec króla – ja zajmę się  tą bestią.

Maymor zaczął atakować gada, wystrzeliwując białe błyskawice z końcówek swoich palców i mamrocząc coś niewyraźnie. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

W czasie, gdy Maymor wyjaśniał wszystkie nieścisłości swojemu przyjacielowi, Siwuch i reszta skorumpowanych magów planowała kolejne kroki, wypuszczając z końcówek swoich palców magiczne błyskawice powodujące wybuchy w zajmowanej przez nich izbie.

– Teraz musimy zabić ich wszystkich! – zawyrokował Feared, a jego twarz zaczęła przybierać coraz bardziej diaboliczny wyraz.

– Tak… – zasyczał Siwuch. – Nim król się o wszystkim dowie, ich ciała będą wisieć na Moście Skalcic. 

– Zobaczcie! – zaalarmował jeden z czarnoksiężników, wskazując na lustro, w którym widać było jak cała trójka z Garusem na czele, siodła konie w pośpiechu – Uciekają! 

  – Ja się chętnie nimi zajmę – na twarzy Skegdora pojawił się groźny uśmieszek, a po chwili zmienił się w ogromnego wężołaka.

– Tylko żeby cię nie rozpoznali – instruował Siwuch – nie mogą się dowiedzieć jaka jest nasza prawdziwa postać.

Skegdor syknął groźnie i wypełznął z komnaty, usiłując dogonić i mimo intencji całej reszty spiskowców, ostrzec Garusa, który nie raz traktował go jak syna. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

W czasie, gdy Maymor wyjaśniał wszystkie nieścisłości swojemu przyjacielowi, Siwuch i reszta skorumpowanych magów planowała kolejne kroki, wypuszczając z końcówek swoich palców magiczne błyskawice powodujące wybuchy w zajmowanej przez nich izbie.

– Teraz musimy zabić ich wszystkich! – zawyrokował Feared, a jego twarz zaczęła przybierać coraz bardziej diaboliczny wyraz.

– Tak… – zasyczał Siwuch. – Nim król się o wszystkim dowie, ich ciała będą wisieć na Moście Skalcic. 

– Zobaczcie! – zaalarmował jeden z czarnoksiężników, wskazując na lustro, w którym widać było jak cała trójka z Garusem na czele, siodła konie w pośpiechu – Uciekają! 

  – Ja się chętnie nimi zajmę – na twarzy Skegdora pojawił się groźny uśmieszek, a po chwili zmienił się w ogromnego wężołaka.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

W czasie, gdy Maymor wyjaśniał wszystkie nieścisłości swojemu przyjacielowi, Siwuch i reszta skorumpowanych magów planowała kolejne kroki, wypuszczając z końcówek swoich palców magiczne błyskawice powodujące wybuchy w zajmowanej przez nich izbie.

– Teraz musimy zabić ich wszystkich! – zawyrokował Feared, a jego twarz zaczęła przybierać coraz bardziej diaboliczny wyraz.

Tak… – zasyczał Siwuch. – Nim król się o wszystkim dowie, ich ciała będą wisieć na Moście Skalcic. 

  

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

ODCINAM

W czasie, gdy Maymor wyjaśniał wszystkie nieścisłości swojemu przyjacielowi, Siwuch i reszta skorumpowanych magów planowała kolejne kroki, wypuszczając z końcówek swoich palców magiczne błyskawice powodujące wybuchy w zajmowanej przez nich izbie.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Maymor był jednak szybszy i sprawnym ruchem dłoni wykonał magiczny znak, którego efekt spopielił potwora. Przerażona Amal'Nya, która do tej pory stała z boku, przybiegła by wtulić się w  jego ramiona: 

– To było straszne – wykrztusiła niemal łkając – Widziałeś to co ja? Zjawa. Czy to był… to był Ma'annem Tailu?  – zapytała nieco się uspokajając.

Przyjaciel maga próbował odpowiedzieć, ale nie umiał, ponieważ on także widział dziwną marę, która uratowała przed kilkoma chwilami Garusa. 

Ten właśnie zaczął się budzić: 

– Co się stało? – zapytał jeszcze lekko majacząc – Co to za plama na podłodze?

– To… ee… krew – odpowiedział zakłopotany Maymor, wskazując na mieszankę moczu oraz krwi zabitego potwora, przysłanego przez Gildię Światłych.

– Miałem dziwne sny. Rozmawiałem z… – Zaczął Garus, lecz po chwili przerwał, nie będąc pewny czy powinien o tym mówić – Z Ma’annem Tailu. 

– Czyli to prawda, Garusie? – spytał Maymor, lecz zaraz dodał: – Czego się dowiedziałeś?

– Mówił, że w gildii grozi mi jakieś niebezpieczeństwo… – zaczął niepewnie – komnata wygląda jak po huraganie! 

- Później ci wyjaśnię, co tu zaszło – uspokajał go Maymor. – Jakie niebezpieczeństwo? – dodał.

– Twierdzi, że mam tu wrogów i muszę uciekać.

– Mistrzu – wtrąciła Amal’Nya. – jak dobrze, że nic ci nie jest. 

 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Maymor był jednak szybszy i sprawnym ruchem dłoni wykonał magiczny znak, którego efekt spopielił potwora. Przerażona Amal'Nya, która do tej pory stała z boku, przybiegła by wtulić się w  jego ramiona: 

– To było straszne – wykrztusiła niemal łkając – Widziałeś to co ja? Zjawa. Czy to był… to był Ma'annem Tailu?  – zapytała nieco się uspokajając.

Przyjaciel maga próbował odpowiedzieć, ale nie umiał, ponieważ on także widział dziwną marę, która uratowała przed kilkoma chwilami Garusa. 

Ten właśnie zaczął się budzić: 

– Co się stało? – zapytał jeszcze lekko majacząc – Co to za plama na podłodze?

– To… ee… krew – odpowiedział zakłopotany Maymor, wskazując na mieszankę moczu oraz krwi zabitego potwora, przysłanego przez Gildię Światłych.

– Miałem dziwne sny. Rozmawiałem z… – Zaczął Garus, lecz po chwili przerwał, nie będąc pewny czy powinien o tym mówić – Z Ma’annem Tailu. 

– Czyli to prawda, Garusie? – spytał Maymor, lecz zaraz dodał: – Czego się dowiedziałeś?

– Mówił, że w gildii grozi mi jakieś niebezpieczeństwo… – zaczął niepewnie – komnata wygląda jak po huraganie! 

Później ci wyjaśnię, co tu zaszło – uspokajał go Maymor. – Jakie niebezpieczeństwo? – dodał.

 

OFF

 

– Mówił, że w gildii grozi mi jakieś niebezpieczeństwo… (– ) zaczął niepewnie – komnata wygląda jak po huraganie!  

Zabrakło przecinka. Poprawiłem.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Maymor był jednak szybszy i sprawnym ruchem dłoni wykonał magiczny znak, którego efekt spopielił potwora. Przerażona Amal'Nya, która do tej pory stała z boku, przybiegła by wtulić się w  jego ramiona: 

– To było straszne – wykrztusiła niemal łkając – Widziałeś to co ja? Zjawa. Czy to był… to był Ma'annem Tailu?  – zapytała nieco się uspokajając.

Przyjaciel maga próbował odpowiedzieć, ale nie umiał, ponieważ on także widział dziwną marę, która uratowała przed kilkoma chwilami Garusa. 

Ten właśnie zaczął się budzić: 

– Co się stało? – zapytał jeszcze lekko majacząc – Co to za plama na podłodze?

– To… ee… krew – odpowiedział zakłopotany Maymor, wskazując na mieszankę moczu oraz krwi zabitego potwora, przysłanego przez Gildię Światłych.

– Miałem dziwne sny. Rozmawiałem z… – Zaczął Garus, lecz po chwili przerwał, nie będąc pewny czy powinien o tym mówić – Z Ma’annem Tailu. 

– Czyli to prawda, Garusie? – spytał Maymor, lecz zaraz dodał: – Czego się dowiedziałeś?

 

OFF

Okej. Rozumiem :)

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Maymor był jednak szybszy i sprawnym ruchem dłoni wykonał magiczny znak, którego efekt spopielił potwora. Przerażona Amal'Nya, która do tej pory stała z boku, przybiegła by wtulić się w  jego ramiona: 

– To było straszne – wykrztusiła niemal łkając – Widziałeś to co ja? Zjawa. Czy to był… to był Ma'annem Tailu?  – zapytała nieco się uspokajając.

Przyjaciel maga próbował odpowiedzieć, ale nie umiał, ponieważ on także widział dziwną marę, która uratowała przed kilkoma chwilami Garusa. 

Ten właśnie zaczął się budzić: 

– Co się stało? – zapytał jeszcze lekko majacząc – Co to za plama na podłodze?

– To… ee… krew – odpowiedział zakłopotany Maymor, wskazując na mieszankę moczu oraz krwi zabitego potwora, przysłanego przez Gildię Światłych.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Maymor był jednak szybszy i sprawnym ruchem dłoni wykonał magiczny znak, którego efekt spopielił potwora. Przerażona Amal'Nya, która do tej pory stała z boku, przybiegła by wtulić się w  jego ramiona: 

– To było straszne – wykrztusiła niemal łkając – Widziałeś to co ja? Zjawa. Czy to był… to był Ma'annem Tailu?  – zapytała nieco się uspokajając.

Przyjaciel maga próbował odpowiedzieć, ale nie umiał, ponieważ on także widział dziwną marę, która uratowała przed kilkoma chwilami Garusa. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF

Opowiadanie zaktualizowane. Uwzględniłem wszystkie poprawki.

To moje zdanie dzisiejsze.

 

 

Maymor uderzał potężnymi inkantacjami drapieżnego stwora, którego zęby były cienkie niczym igły, a pomiędzy przerwami widniały krwistoczerwone kawałki ludzkiego mięsa, Garus wciąż dochodził do siebie po wypiciu poprzedniego wywaru. Kto wie jak skończyłoby się owo starcie gdyby nie to, że nagle zaczęła się materializować ledwie widoczna postać, na widok której Maymor krzyknął:

– Ma’Annem Tailu?

Na środku izby rozpętała się prawdziwą burza; błyskawice uderzały w losowe miejsca, meteoryty spalały się, doprowadzając do tego, że ich pył osiadał na trupiobladym ciele wendigo. Większe okruchy kamieni uderzały w grubą jak pancerz i niewrażliwą na ból skórę, towarzyszący przy tym ogień sprawiał wrażenie uwierać przywołańca. Zjawa, nie zwracając uwagi na pytanie Maymora i widząc reakcje potwora wywołane ogniem, otoczyła go płomiennym kręgiem, po czym ten zaczął wyć przeraźliwie. Zaczął się topić, skóra ulegała zwęgleniu, a paniczne wierzganie się w miejscu nie pomagało w zatrzymaniu trawiącego jego ciało ciepła. 

 

 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Maymor uderzał potężnymi inkantacjami drapieżnego stwora, którego zęby były cienkie niczym igły, a pomiędzy przerwami widniały krwistoczerwone kawałki ludzkiego mięsa, Garus wciąż dochodził do siebie po wypiciu poprzedniego wywaru. Na środku izby rozpętała się prawdziwą burza; błyskawice uderzały w losowe miejsca, meteoryty spalały się, doprowadzając do tego, że ich pył osiadał na trupiobladym ciele wendigo. Większe okruchy kamieni uderzały w grubą jak pancerz i niewrażliwą na ból skórę, towarzyszący przy tym ogień sprawiał wrażenie uwierać przywołańca. Kto wie jak skończyłoby się owo starcie gdyby nie to, że nagle zaczęła się materializować ledwie widoczna postać, na widok której Maymor krzyknął:

– Ma’Annem Tailu?

Na środku izby rozpętała się prawdziwa burza; pioruny zaczęły uderzać gwałtownie, a spadające meteoryty pozostawiały po sobie żużel, który osiadał na trupiobladym ciele wendigo. Zjawa nie zwracając uwagi na maga i widząc reakcje potwora wywołane ogniem, otoczyła go płomiennym kręgiem, po czym ten zaczął wyć przeraźliwie. Większe okruchy kamieni uderzały w grubą jak pancerz i niewrażliwą na ból skórę, towarzyszący przy tym ogień sprawiał wrażenie uwierać przywołańca. 

 

OFF

@ Trickster, AdamSkoczek – Nie wiem czy może być tak… To jest moja propozycja, jak mógłby wyglądać ten akapit. Dodałem wasze zdania i trochę zmieniłem swoje własne. Na razie nic nie dodaję. Powiedzcie, co o tym sądzicie.

 

OFF 2

A teraz? Co sądzicie? Macie pomysł jak inaczej można by to zmienić?

 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Nowa Fantastyka