Profil użytkownika

Fantastykę czytam i oglądam od... pewnego czasu (jakiś rok ‘85-‘86 mi się tłucze w pamięci jako początek). Zawodowo piszę, choć nie beletrystykę: opublikowałam książki naukowe i popularyzatorskie, artykuły naukowe oraz publicystykę, między innymi w “Nowej Fantastyce” (dawno temu).  Zawodowo też wykładam – między innymi prowadzę zajęcia z mitologii greckiej i rzymskiej oraz antyku w kulturze popularnej na Uniwersytecie Jagiellońskim, obchodzę krakowskie szkoły z prelekcjami o  fantastyce i jeżdżę po Polsce z wykładami. W kwietniu 2019 ukazała się pierwsza powieść, której jestem współautorką, “Mysia Wieża” (współpisana z Agnieszką Fulińską, wydana przez Galerię Książki).


komentarze: 559, w dziale opowiadań: 487, opowiadania: 320

Ostatnie sto komentarzy

Hm. Zgubiłam się.

Przeczytałam tekst dwukrotnie i nadal nie jestem pewna a) kim/czym jest bohater, b) kim dla niego są Maciuś i Kinga (i dlaczego _póki co_ byli tylko kawałkiem papieru wypełnionym pikselami. Może jest to kwestia faktu, że w tematach informatycznych nie siedzę :D , ale ten np. fragment jest dla mnie kompletnie niezrozumiały: “Rozejrzałem się po hali produkcyjnej. Niewiele się zmieniło. Bo niby co mogło? Lina pracowała w ciszy. Stała. Niezmienna”.

Tekst realizuje bardzo wyraźnie temat konkursu, ale ma też trochę niezbyt dużych baboli. Wyłapałam kilka:

 

“wypełnionym milionami pikselami” → milionami pikseli?

 

“stan był dziwnie kojące” → literówka

 

“Serce niemal wyłamało mi otwór w klatce piersiowej”. – > coś mi nie gra ze stylistyką w tym zdaniu.

Bardzo mi się podobało. Tekst jest efektowny, pomysłowy, z niebanalnym pomysłem i ciekawym twistem na koniec (świetnie pomyślany kontrakt – myśl, towarzysząca Kolekcjonerowi, że jego odczucia są unikalne i jedyne, zestawiona z cynicznym praktycyzmem Bibliotekarza w ostatnich zdaniach). Za największą zaletę tekstu uważam nastrój, wykreowany po części dzięki wiarygodnemu i przekonującemu wizerunkowi postaci Kolekcjonera. Mimo pewnych stylistycznie nie najlepszych fragmentów – ode mnie klik do Biblioteki.

No się zgubiłam, przyznam – choć doceniam, jak fajnie i efektownie kilkoma raptem kreskami narysowany jest w pierwszej części świat przyszłości. Niestety, nie będę oryginalna: rozczarowuje zakończenie.

Zaletą tekstu jest to, że jest serio – w tym konkursie jak dotąd dominowały szorty mniej lub bardziej humorystyczne albo z przymrużeniem oka. Tu jest poważnie, wręcz dramatycznie – i zdecydowanie udanie. Takie dialogi, jak to pytanie o liczbę informatyków i komentarz, ilu ich jest na chwilę obecną – znakomite, budują nastrój i charakter tekstu. Przyznam, że bardziej mi się podobał początek tekstu od zakończenia – może to limit spowodował, że rozwiązanie jest powiedziane bardzo wprost i trochę siada nastrój. Ale tekst IMHO zdecydowanie udany. 

Coboldzie, serdecznie gratuluję – bardzo mi się podobało to opowiadanie, zasłużyło na wyróżnienie :)

Najlepszy w tekście, IMHO – Ekran Niebieski oraz ostrzeżenie przed podpisywaniem bez czytania umów podsuwanych przez przedstawicieli handlowych. Nieba i Piekła było tu sporo ostatnio, ale uśmiechnęłam się, czytając (ech, mocno naciągnęłam kilka ważnych terminów na studiach doktoranckich daaawno temu ponieważ Diablo I…)

Ja się trochę pogubiłam i w sumie chyba, jako czytelniczka, nieco żałuję, że autor/ka nie idzie w bardziej fantastyczną zabawę wulgaryzmami jako językiem/kodem, który komputer rozpoznaje i robi w związku z tym coś dziwnego :)

Zabawne i nieoczywiste, z pomysłem, który może nie jest morderczo oryginalny (w sumie Stwórca jako administrator systemu jest jakimś wariantem idei deus faber, prawda?), ale dość świeży, żeby opowiadanko mnie rozbawiło. Plus za pomysł na wpisanie się w hasło przewodnie konkursu. 

Efektowne i pomysłowe, z twistem, który jest zaskakujący, ale jednocześnie – psychologicznie prawdopodobny: w końcu bohater całą swoją tożsamość, całe pogodzenie się z życiem zbudował na poczuciu, że jest ostatni, i to było to, czego zmiany sobie nie wyobrażał. Powolna, niespieszna narracja, trochę baśniowa w swoim charakterze, podkręca ten końcowy twist i zwiększa efekt. Udany tekst, ma ode mnie klika. 

Sami Rzymianie (i podbici przez nich Grecy) debatowali o tym bez przerwy, jest sporo pism i wypowiedzi autorów z I/II w. n.e. na temat “Czy za sukcesem dziejowym Rzymu stoi wyłącznie uśmiech Fortuny?”. Rzymianie sami chętnie widzieli w powstaniu Rzymu dziejową sprawiedliwość: wyrównanie krzywd podbitej i zniszczonej podstępem Troi, z której Rzymianie wiedli swój rodowód. Ja mam wrażenie, że paru historyków antycznych (głównie Greków piszących o Rzymie) ma rację i że zadecydowała, do czasu, stabilność ustroju politycznego mniej zależnego od talentów jednostek (Liwiusz pisze wprost, że jego zdaniem Rzymianie wygraliby z Aleksandrem Wlk., choć nie mieli jednego wodza o porównywalnym talencie – mieli ich za to dużo i mogli wymieniać słabszych na silniejszych, a wypalonych na nowych i ambitnych) oraz dobra organizacja armii :)

Świetny tekst, moim zdaniem.

Po pierwsze, bardzo się wciągnęłam w lekturę: akcja bardzo “filmowa” (łącznie z tymi dwoma epizodami, pierwszym na rozkręcenie i poznanie postaci, drugim – właściwym), z nieoczekiwanym rozwiązaniem. Efektowni, wiarygodni bohaterowie, trochę – zwłaszcza Ola – kojarzący mi się z postaciami Agathy Christie. Bardzo pomysłowe, zabawne nawiązanie do Kopciuszka. Fajnie oddane historyczne realia, słowem – historyczna urban fantasy na wysokim poziomie. Klik do Biblioteki ode mnie na pewno i proszę o więcej o Biurze i jego pracownikach!

 

EDIT: Drobne literówki ci się wkradły, mnie się rzuciło w oczy  “z pozostałą częścią próbkią”

Fantastycznie stworzony nastrój, czytając odczuwałam autentyczną grozę. Tym bardziej to cenne, że osiągnięte prostymi środkami, bez efekciarstwa. O bohaterce niby nie wiemy wiele, a mino to, czytając, mocno z nią współodczuwałam. Klik ode mnie.

Przeczytałam całość i mam uwagi.

 

Wyliczenia wszystkich błędów interpunkcyjnych i w zapisie ci nie zrobię, bo jest ich za dużo; zapoznaj się, proszę, z zasadami stawiania przecinków, a ułatwisz życie sobie i czytelnikom. Nie mówię tego, żeby Ci dopiec albo się wymądrzać – serio, opowiadania z poprawnym zapisem czyta się lepiej.

 

W tekście kuleje trochę stylistyka: te hałdy śniegu wpychane w usta albo zdania takie jak “Teraz wystarczy – orzekał – Na teraz Atheon.”, w których nie za bardzo wiadomo, o co chodzi. Nad tą stroną tekstu musisz jeszcze solidnie popracować.

 

I teraz – fabuła. Tworzysz dość sztampowy i przewidywalny świat fantasy, z kapłanami, demonami i czarodziejami o typowych dla fantasy imionach, ale masz jakiś pomysł na relacje między postaciami. Historia z demonicą średnio mnie przekonała, ale, to jest obok niej – układ między czarodziejem a kapłanem i to, co z niego wynika – to, moim zdaniem, ma potencjał zaintrygowania czytelnika i wokół tego można budować coś fajnego (no hej, zaciekawiło mnie na tyle, że doczytałam do końca, choć to niekoniecznie moja ulubiona stylistyka fantasy). Niejednoznaczność, którą u Ciebie widać w postaci kapłana, to jest dobry trop, żeby ten dość przewidywalny świat fantasy ożywić i nadać mu indywidualne piętno.

Ten tekst, IMHO, wymaga jeszcze bardzo dużo pracy, ale próbuj, bo jakieś obietnice w nim są :)

Ale żeby nie było, że się tylko przychodzę czepiać słówek – tekst mi się w tej bajkowej, trochę alegoryzującej (raczej niż stricte baśniowej) konwencji zdecydowanie podobał :)

Co prawda nie jestem historykiem, ale kilka lat wykładałam dydaktykę z historią nauczania (brrr) i wiem tyle:

1. To zależy, o jakim okresie Dwudziestolecia mowa: 1918-32 czy 1932-39. W 1932 miała miejsce reforma systemu edukacji, która dotyczyła głównie szkół podstawowych i średnich, ale przełożyła się na także na studia, np. na zasady dostawania się na nie. 

 

2. Do 1932 do studiowania uprawniała matura po tzw. gimnazjum wyższym – mogło ono być klasyczne, humanistyczne albo matematyczno-przyrodnicze. Nie było już egzaminu wstępnego na studia.

 

3. Po 1932 do studiowania uprawniała matura po dwuletnim liceum (wcześniej było czteroletnie gimnazjum, wcześniej podstawówka).

 

4. Uczelnie miały ogromną autonomię do 1932 (większość rozwiązań była wewnętrzna, nieregulowana przez państwo) i ciągle bardzo dużą po 1932. Oznacza to, że wiele rzeczy funkcjonowało różnie na różnych uczelniach, np. egzaminy, system studiów.

 

5. Był ogromny rozrzut w dostępie do edukacji między poszczególnymi obszarami kraju (najlepszy na zachodzie, najsłabszy na wschodzie). Dużo lepszy dostęp do szkół (czyli szanse na studia) był w miastach niż na wsi; na wsiach wschodniej Polski często nie dało się nawet zrealizować obowiązku szkolnego (7 lat podstawówki).

 

6. Uniwersytetów było raptem chyba 5, wszystkich uczelni, w tym prywatnych, ledwie nieco ponad 30, więc konkurencja o miejsca na studiach – duża.

 

7. Około 60% studentów stanowiły osoby pochodzące z mieszczaństwa i inteligencji, w pozostałych 40 były głownie dzieci zamożniejszych chłopów i drobnych przedsiębiorców. Około 30% studentów stanowiły kobiety (i to było sporo, jak na ówczesną Europę).  [tu sięgnęłam do notatek, nie pamiętałam tych liczb :D ]

 

8. Studia były płatne, ale można się było starać o odroczenie płatności i spłacać po uzyskaniu pracy (coś jak dziś kredyt studencki).

 

9. W 1937 roku przyjęto zasadę numerus clausus, ograniczającą ilość żydowskich studentów na studiach. W teorii jej ideą było wyrównywanie szans, głównie młodzieży wiejskiej, która regularnie przegrywała walkę o miejsca na studiach z lepiej przygotowaną młodzieżą miejską. W praktyce, no cóż…

 

Mam nadzieję, że pomogłam :)

@wilk Rany, kiedy studiowałes? Bo ja siedzę w tym miejscu od tzw. zawsze, studia, potem doktoranckie i praca. No ale widać, że mediewistka nie jestem, więc absolutnie wycofuję wszelkie uwagii. Zawsze się człowiek czegos ciekawego na tym forum dowie!

Ja też się pogubiłam, niestety. Do tego tekst nie jest najlepiej napisany. Kilka większych baboli:

 

W lokalu panował półmrok. Na kanapach nieopodal baru żywiołowo rozmawiała grupa jego przyjaciół.

Wychodzi na to, że mowa o przyjaciołach baru.

 

Ah → Ach

 

Mogłeś wcześniej chociaż sprawdzić[,] jak wygląda.

 

Niebyła bym pewna, czy bez problemy. Literówka [problemy → problemu], ale poza tym dwa błędy w jednym: niebyła bym → nie byłabym

To ja dodam parę słów więcej, żeby móc kliknąć Bibliotekę: szort jest udany, bo a) jest oparty na koncepcie, który, przynajmniej dla mnie, nie był od początku oczywisty, b) dzięki temu finał zaskakuje i bawi. Za ten efekt zaskoczenia – klik do Biblioteki.

Większość greckich herosów to, tak po prawdzie, pierwszej klasy przestępcy (ale nie jestem tu oryginalna, Herkules Poirot też tak sądził :D )

Ja tylko z zupełnym drobiazgiem co do formy tytułu: jeżeli tytuł ma być po łacinie i znaczyć “święte miejsce”, to najpoprawniej jest w mianowniku “locus sacer” , w rodzaju męskim. “Locus sacrum” w rodzaju nijakim ujdzie, “locum sacrum”, rodzaj nijaki z typową końcówką jest opcją zdecydowanie najmniej prawdopodobną (pojawiło się raz w jeden łacińskiej inskrypcji z czasów klasycznych). Jest też znana fraza “ad locum sacrum”, ale znaczy ona “do świętego miejsca” i jest w bierniku – mianownik tu brzmiałby właśnie “locus sacer”.

To są oczywiście pedantyczne rozważania specjalistki i nie musisz absolutnie się nimi kierować (w końcu w Twoim świecie może być inaczej!), ale przy średniowiecznych inspiracjach, których jest w nim sporo, pomyślałam, że może się przydać :)

Dziękuję wszystkim w imieniu wieloryba :)

@Łosiot:Murderboty bardzo mi się podobały, czytałam wszystkie (a ujelo mnie chyba głównie to, jak Wells prowadzi narrację i kreuje bohatera, bo same historie nie są przecież fabularnie jakoś porazajaco oryginalne). Natomiast od miesiąca wsiaklam w MacLeoda, chwilowo kończę "Dom burz" i jestem absolutnie zachwycona.

Ha! Do czasu byłam sekretarką bratanicy, ale od kiedy nauczyła się pisać sama, przestała korzystać z mojej pomocy (teraz ma 10 lat i kilkanaście “książek”, osobiście spisanych i zilustrowanych, w dorobku, znaczy w szafce od biurka). Hmmm, może by ją poprosić o komentarz (i go spisać :D ).

Ta tutaj historyjka ma zresztą mnóstwo dziecięcego uroku i wyobraźni.

Sympatyczne. Zgrzytnęła mi tylko ta pierwsza osoba w ostatnim zdaniu (w sensie stylistycznym, nie treściowym).

@Mytrix, @mr.maras

 

Absolutnie nie wątpię, że macie rację: nie jestem pewna, czy w tym tekście jest dośc pomysłu na pełnoprawne opowiadanie, wydaje mi się, że nie i że taka powiastka-humoreska to wszystko, co da się z tego jednego pomysłu (ba, pomyśliku) wydobyc. Dobrze się bawiłam, pisząc go, chociaż, tak, liczyłam się z faktem, że pewnie będzie bawic specyficzną grupę odbiorców.

Wszystko przez to, że pitagorejczycy zakazywali jedzenia popularnego w starożytności bobu, jako że uważali go, podobnie jak inne znane starożytnym strączkowe, za roślinę związaną z zaświatami i zamieszkaną przez czekające na kolejne wcielenie dusze.

 

UWAGA MINIMUM SKATOLOGII!!

*

*

*

*

*

*

*

 

(a jak mamy wzdęcia po zjedzeniu roślin strączkowych – to tak, dobrze myślicie, zjedliśmy czyjeś dusze, a teraz one z naszego organizmu chcą uciekac. Nie żartuję, serio tak myślano).

Fabuła od strony konstrukcyjnej złożona w miarę poprawnie (jest wprowadzenie postaci, jakiś rozwój wydarzeń, kulminacja, rozwiązanie), ale samo opowiadanie, jako takie, nie przekonuje. Po pierwsze, opiera się na najbardziej ogranym schemacie fantasy, jaki można sobie wyobrazic. Nie wiem, jakich by trzeba kombinacji, żeby coś, co zaczyna się od drużyny (złożonej z różnych przewidywalnych ras fantasy) wchodzącej do karczmy, zabrzmiało w 2019 roku oryginalnie i ciekawie (nie liczę, oczywiście, dobrych parodii, ale to nie jest parodia). Po drugie – tworzysz bohaterów, poświęcasz im czas, starasz się, jak słusznie zauważa powyżej dogsdumpling, zarysowac między nimi relacje – ale nie dajesz im kompletnie nic do roboty. Ich zadanie w fabule ogranicza się do wysłuchania historyjki Baby Jagi. Nie ma w tym dramatyzmu, brak emocji – jest oczywiste, że ani opowiadająca, ani bohaterowie nie są ani przez moment zagrożeni, nic im nie grozi, co oznacza także, że czytelnik, który jakoś tam się bohaterami zainteresował, teraz pozostaje emocjonalnie niezaangażowany.

Zabawne i inteligentne. Bób ojciec sprawił, że zachichotałam. Masz w podziękowaniu renesansowy obrazek z Pitagorasem, który boi się bobu:

 

 

Intrygujące. Może najbardziej moją uwagę przykuła psychologiczna historia Klary: najpierw ostry kontrast między nią a zmyśloną propagandową Gertrudą z filmu, potem jej reakcja na – nie oszukujmy się – gwałt, który ją spotkał, psychologiczny dystans do dziecka, nieumiejętnośc osobistego odnalezienia się po traumie i jednocześnie kariera polityczna oraz kolejne decyzje, dotyczące zarówno rodzonego, jak i potem cudzego dziecka. Bohaterka jest niejednoznaczna, nieoczywista i dlatego ciekawa. Za samą tę postac i jej historię klik do Biblioteki ode mnie.

Jaki świetny, IMHO, tekst! Ogromnie mi się spodobał w tej stylizacji – zarówno językowej, jak i w sposobie narracji – na Poego. Niezwykle sprawnie kreujesz w nim nastrój nieco staroświeckiej opowieści grozy, konstruując przy tym wciągającą fabułę. Trzymam kciuki za Piórko.

Klimat świetny, bardzo efektownie i konsekwentnie utrzymany (było mi trochę… hmmm, niedobrze przy lekturze), trochę – jak wspominała @regulatorzy, bardziej bizzaro niż typowo horrorowy. Stylistycznie IMHO jak zwykle u Ciebie bardzo dobrze, klimat faktycznie trochę jak z serialowego “Legionu” (ale ja jestem zaślepioną fanką tegoż, przyznaję). Może częśc środkowa/ rozmowa ze ślimakiem trochę mi się dłużyła, ale nie zmienia to mojej wysokiej oceny tekstu. Klik ode mnie.

Ugh. Bolesny ten “optymizm”. Ale tekst mi się zdecydowanie podobał, także ze względu na umiejętne posłużenie się kontrastem i zgrzytem między puentą a resztą tekstu. Stylistycznie jak zwykle u ciebie – znakomicie. Klik.

Bardzo mi się podobało. Pomysłowe, inteligentne, ładnie bawiące się słowami.

Sympatyczne te bajki. Ta o kotku bardziej przewidywalna i zdecydowanie IMHO dla młodszego dziecka (nie mam dzieci, ale mam czwórkę małych bratanic/ siostrzeńców i uwielbiam literaturę dla dzieci, nawet tych małych), ta o garażu chyba najfajniejsza, najbardziej pomysłowa. Historia o drzewie z kolei najbardziej refleksyjna i “dorosła”. Ładnie wykorzystane schematy gatunkowe baśni, językowo teksty bardzo przyjemne. Klik ode mnie.

Mnie rozbawiło. Przy walkiriach z robótkami nawet zachichotałam. Pewnie, że oparty na (pop)kulturowych raczej niż mitologicznych schematach, ale przy tekście humorystycznym to nic złego. Sympatyczny tekst. Klik ode mnie.

No więc mnie się niewiara urwała z kołka na żydowskim cmentarzyku przy bramie katolickiego kościółka. Wiem, to nie jest całkiem niemożliwe, ale nader mało prawdopodobne. Plus, po pierwszej serii prawie-Lovecraftowskich określeń w takiej ilości miałam chwilami wrażenie, że zmierzamy w kierunku pastiszu/parodii: przy budowaniu nastroju chyba trochę przesadziłeś z ilością wyrażonej dosyc oczywistymi określeniami mroczności. Generalnie piszesz sprawnie, umiejętnie, tu jednak, ja na mój gust, trochę zbyt ciężko i zbyt oczywiście.

Zgadzam się z przedmówcami, że tekstem rządzi chaos i nie wiadomo za bardzo, o co w nim chodzi. Zirytował mnie, zamiast rozbawic/ poruszyc.

Rozbawiło, bo zaskoczyło (nie zgadłam aż do końca, o co chodzi :) )

Najbardziej mi ww tym tekście przeszkadzała stylizacja: trochę zbyt ciężka, nużąca w swojej monotonii. A że do tego fabuła była raczej do przewidzenia, opowiadanie niczym nie zaskoczyło. Piszesz generalnie dosyc sprawnie – to zaleta; może warto byłoby trochę zmniejszyc stylizację w tym tekście?

Bardzo efektowne, językowo i koncepcyjnie, chociaż nie jestem pewna, czy akurat na pewno na ten konkretny konkurs.

Chyba nie do końca do tego konkursu; mało śmieszne i niezabawne, chociaż, summa summarum, jako szort z gorzką ironią w tle się całkiem sprawdza.

Mało mnie rozbawiło, zwłaszcza dowcip(as) o żonie siedmiu mężów i jej niewykonywanych obowiązkach małżeńskich oraz ten o Apolonii, która była gruba, wydały mi się ciężkie i raczej przykre niż śmieszne.

Zabawne, nawet mimo że nie przepadam za alkodowcipem :)

Też nie jestem zachwycona, chociaż, szczerze mówiąc, widziałam gorsze :). Również w obecnym konkursie. Ten tekst jest dośc sprawnie napisany i ma kilka pomysłów (jak np. klucz dla imion), ale fabuła IMHO nieco się ciągnie.

Hermetyczne. Momentami zabawne, momentami, podobnie jak przedmówcom, trochę mi przeszkadzała przewidywalnośc.

Zgubiłam się w rozważaniach bohaterów – a szkoda, bo pomysł na to, że do końca nie jesteśmy pewni, czy podróżnik jest rzeczywiście podróżnikiem, czy oszustem, jest zabawny i nieźle rokujący.

Pomysł był, ale cos mnie w tym tekście rozczarowało. Może jest to fakt, że próbujesz chwytac na raz kilka srok za ogon: i aluzje, i skatologiczne dowcipy, i metanarracja, i pastiszowa fabuła… Trochę misz-masz z tego wychodzi, moim zdaniem. 

@gnoom: ponieważ traktujesz mój tekst bardzo poważnie (bardzo mi miło), to i ja odpowiem z może aż za dużą powagą :D. Jest tak: w literaturze starożytnej (po Homerze, znaczy) istnieje głębokie poczucie, że każda mityczna/literacka postac ma swój etos. Tak np. Achilles jest uparty, wojowniczy i skory do gniewu, Helena – piękna i świadoma własnej urody itd. Pisarz może poruszac się w obrębie tego etosu i go modyfikowac, decydując np. że jego Helena będzie samoświadoma i dumna z faktu, że jest nadludzko piękna jako córka Zeusa,albo z kolei pyszna, zarozumiała i egoistycznie zadufana w sobie. Po Homerze etos Parysa jest taki, że jest on urodziwy, egoistyczny i bardzo niemądry. W centrum mojego zupełnie niepoważnego opowiadania stoi idea, że etos Parysa, zgodnie z antyczną tradycją, pozostanie niezmienny niezależnie od okoliczności i wersji świata :D . A ponieważ tekst miał byc powiastką, a nie pełnoprawnym narracyjnym opowiadaniem – zdecydowałam, że logika i spójnośc koncepcji zawracania czasu nie jest tu, powiedzmy, priorytetem, w porównaniu z osiągnięciem efektu humorystycznego.

 

@ Tarnina: Może powinnam dołożyc jeszcze jedno zdanie, na sam koniec: “W tej sytuacji bogom pozostało jedynie solidnie przyłożyc się do stworzenia Gallów”. Babole poprawiłam, za ich wyłapanie bardzo dziękuję.

 

@Kam_mod, @reg, @nir, @kordylian, @pieknykapec : dziękuję.

 

Całkiem przyjemne, czytało się dobrze, no i mnie w sumie przypadł do gustu fakt, że z bohatera jest żaden, jak by to powiedzieć, bohater i że ostatecznie w swej głupocie to upiór załatwia się sam. W końcu jaki wiedźmin, takie bestie…

Jakoś mnie ta wariacja na temat Herkulesa na rozstajnych drogach nie rozbawiła szczególnie, choć doceniam wysiłek włożony w wyszlifowanie warstwy słownikowej tekstu.

Nie rozbawiło mnie jakoś szczególnie, ale muszę przyznać, że – nawet mimo że i temat, i jego ujęcie nienowe – czytało mi się dobrze.

Sprawne. Z pomysłem. Nie wiem w sumie, czemu mnie nie zachwyciło, wedle wszelkich danych powinno było trafić dokładnie w mój gust. Może Drakaina ma rację i jest to kwestia rozbicia immersji nienaturalnymi w polszczyźnie imionami? Nie wiem. Ale problem jest chyba raczej odbiorcy (= mój), a nie samego tekstu.

Mnie też raczej zniesmaczyło niż rozbawiło (seria dowcipów o dużej ilości penisów, spuentowana historyjką o tym, że baby są płytkie i interesowne i dobita wzmianką o miesiączce – tak, to jest dość niesmaczne, a przy tym banalne i ograne do bólu).

Czytało się jak niezbyt zabawną rymowaną relację z sesji rpg. Pozostaję nieprzekonana.

O, jak fajnie! W sumie na takie opowiadania czekałam w tym konkursie – nie tyle na humoreski/ czyste zgrywy, co na fabularny konkret ujęty w humorystyczną formę. Alternatywna wersja bohaterów Drakainy dość mnie zauroczyła i chętnie bym czytałam więcej :)

Koncept zabawny, morał – bardzo w sumie prawdziwy :D. Tekst jak dla mnie minimalnie za długi, ale sprawnie napisany. Nie wybuchałam śmiechem, ale raz czy drugi pokiwałam z uśmiechem głową. 

A mnie się podobało: szczerze mówiąc, jestem pod sporym wrażeniem inwencji językowej anonimowego autora.

Niezależnie od dyskusji “gdzie tu fantastyka” (skoro już ustalono, że w istnieniu zjawisk nadnaturalnych), to ja jeszcze zapytam “gdzie tu humor”. Bo różne rzeczy w tym tekście są, ale jakoś szczególnie zabawny mi się nie wydał). 

Fakt, że zgadłam od razu, kim są postacie, trochę mnie pozbawił radości z finałowego, powiedzmy, twistu. Czegoś mi w tym tekście zabrakło – może rzeczywiście jakichś dodatkowych pięciuset słów, rozbudowujących świat i nieco zasłaniających oczywiste od razu szachowe skojarzenia?

Sympatyczne. Zbudziło raczej uśmiech niż eksplozje śmiechu, ale było fabularnie ciekawe (przy całej przewidywalności pomysłu), a bohaterowie wzbudzili moją sporą sympatię. Na plus.

Zabawne. Puenta, jak się było studentem filologii i z różnymi osobami miało zajęcia, wydaje się chwilami boleśnie prawdziwa… :D 

Czytało się sympatycznie, ale dopiero przy walkiriach całych na biało zachichotałam. Generalnie na plus, mimo nieco za dużej jak na mój gust sztampowości postaci zazdrosnej baby. 

Uśmiechnęłam się parę razy, parę razy zachichotałam, podobała mi się stylizacja, za to raz czy dwa zgubiłam się w imionach i fabule. Ostatecznie kupił mnie wieczny student-działacz, bardzo trafnie skarykaturowany. U mnie na plus :)

U mnie też na plus, zarówno za pomysł, jak i sposób wprowadzenia historii bohaterów (nie było dla mnie od razu oczywiste, kto jest kim). Zupełnie prywatnie, jako czytelniczka, wolałabym może mniej mówienia o wprost emocjach postaci, a więcej ich sugerowania, ale to raczej kwestia indywidualnego odbioru niż jakiejś wady tekstu. Ale na klika wystarczy :)

Pomysł był, wykonanie mnie niestety nie przekonało – może dlatego, że tego typu humorystycznych dialogów filozofów, opartych o kpiarskie interpretacje ich poglądów, przeczytałam już w życiu o parę za dużo.

O, wiersz w typie poezji figuralnej! Byłam kiedyś na półtoragodzinnym wykładzie na temat takowej! Uroczo. 

Zgadzam się z Drakainą, że tekst mało przekonujący, średnio ciekawy (strasznie stereotypowa ta żona…), a fantastyki w tym co kot napłakał. Humoru, moim zdaniem, zresztą też. Zdecydowanie nie przekonało. 

Nie przekonało, ale może to dlatego, że mam ciężką, nomen omen, alergię (acz nie przez nos) na postacie upalonych luzaków.

Ten tekst najwyraźniej czytelników albo bawi zdecydowanie, albo (prawie) wcale. Ja się mieszczę bliżej tej drugiej kategorii, choć, przyznam, raz czy drugi się uśmiechnęłam. Dowcipy z nawiedzonych ekologów jednak w nadmiarze mnie nie bawią (te z ferm futerkowych też niespecjalnie), a przy tym zgadzam się z Thargonem, że mitologiczność bohatera jest trochę zbędna i służy chyba głównie temu, żeby nam Jaryło nie umarł od tych wszystkich przykrych przygód. 

Powiem tak: przez sporą część lektury mi się podobało. Nie rozbawiło, ale zaintrygowało. Zakończenie trochę rozczarowało – spodziewałam się mocniejszego ogrania idei (tak, jak ją odczytałam), że syn na złość ojcu postanawia zrujnować sobie życie. No tyle że nie pasuje do tego mojego odczytania ostatnie zdanie, i tu się trochę pogubiłam.

Sympatyczne. Ładnie pogrywa i z konwencjami fantasy, i z przekonaniem o magicznym znaczeniu imion. Czytałam z uśmiechem.

Zabawne, fajnie ogrywa i parodiuje literackie skojarzenia (a po paru przygodach w różnych instytucjach, gdzie robiłam/ piłam kawę z ekspresu nie wątpię w istnienie ekspresów obłąkanych. Przy zazdrości o czerń kawy parsknęłam chichotem.

Było zabawne – zarówno w przewrotnym autotematycznym pomyśle na opowiadanie o bohaterach opowiadania, jak i w przetworzeniu motywu Facetów w Czerni. Zdecydowanie dobrze mi się ten tekst czytało.

Pomysł, paradoksalny, a przez to ciekawy, był. Wykonanie mnie osobiście nie do końca przekonało: przedzierałam się przez dialogi młodych bohaterów i przemowy asystenta bez jakiegoś specjalnego poczucia, że chciałabym wiedzieć, co dalej.

Się pogubiłam.

Ale może to dlatego, że sama miałam w tym roku przygody z e-pitem, też epickie. Tu się poddałam i przestałam próbować zrozumieć, o co chodzi i po co to wszystko (z pitem tak się nie da, niestety).

Potencjał był, nawet mimo faktu, że pewne pomysły wydają się dość przewidywalne (rycerz-zakonnik łamiący śluby czystości z seksowną niewierną księżną, na przykład). Czytało się całkiem przyjemnie. Trochę zabrakło jakichś fajerwerków, dociągnięcia pomysłów (mnie np. męczyło to przechodzenie od snu do snu); pomysł z nagrodzonym sprytem rycerza, który wybrał właściwą interpretację, całkiem zabawny. Ale też była to jedyna rzecz, która mnie naprawdę w tym tekście rozbawiła. 

Jako filolożka klasyczna z zawodu w pełni utożsamiam się z uczuciami nieszczęsnego anioła-biurokraty mimo woli. I doceniam okrucieństwo kary.

(A tekst, choć nie szaleńczo oryginalny w pomyśle, jest jednak miły i zabawny, podoba mi się, choć rzeczywiście na początku, przy rozmowie z Górą, można się nieco pogubić).

Ani nie zachwyciło, ani nie zaskoczyło. Twist w zamierzeniu był całkiem fajny – przepracowana kostucha domaga się od ludzi, żeby powiększali swoje szanse na przeżycie – ale “wykładowe“ wykonanie trochę go, że się wyrażę, zabiło. 

Całkiem zabawne. Porównania z Wędrowyczem całkiem adekwatne, choć tu humor chyba subtelniejszy. Czytało się przyjemnie, w sumie chciałoby się więcej :)

Jako a) baba ze wsi rodem, b) namiętna kucharka potwierdzam jednak: nie ma szans pomylić pietruszki z chrzanem. Zapach, twardość, skórka w dotyku zupełnie inna, nawet jeśli pominąć różnice w wyglądzie. Korzeń pietruszki można, owszem, pomylić z paroma mocno trującymi paskudztwami, ale akurat z chrzanem – nie (aha, i chrzanu się nie wyrywa, jak pietruszkę, chrzan się kopie i to trwa dość długo :D ).

No to się wypowiedziałam nt. poważnego literackiego problemu :D

Mało śmieszne, ale to nie znaczy, że niedobre. Szczerze mówiąc, przy całej, powiedzmy, oczywistości tej idei jest, jak dla mnie, w tym tekście coś zastanawiającego: intryguje mnie zarówno natura relacji między demonem i dziewczynką, jak i paradoksalność sytuacji, w której istota taka, jak on, jest czegoś pozbawiona; czegoś tak zwyczajnego dla człowieka jak smak lodów malinowych. Zdecydowanie mi się podobało. 

Trochę się, przyznam, pogubiłam, choć tekst krótki. Ale ani mnie nie rozbawił, ani w nim ironii nie złapałam, ani wrażenia szczególnego nie zrobił. 

Nowa Fantastyka