Profil użytkownika

Fantastykę czytam i oglądam od... pewnego czasu (jakiś rok ‘85-‘86 mi się tłucze w pamięci jako początek). Zawodowo piszę, choć nie beletrystykę: opublikowałam książki naukowe i popularyzatorskie, artykuły naukowe oraz publicystykę, między innymi w “Nowej Fantastyce” (dawno temu).  Zawodowo też wykładam – między innymi prowadzę zajęcia z mitologii greckiej i rzymskiej oraz antyku w kulturze popularnej na Uniwersytecie Jagiellońskim, obchodzę krakowskie szkoły z prelekcjami o  fantastyce i jeżdżę po Polsce z wykładami.  O kulturze popularnej pisuję też od czasu do czasu na blogu (ninedin,blox.pl); tam gdzieś jest też moja za długa lista ulubionych tekstów z zakresu szeroko pojętej fantastyki.  Fikcję pisuję jak na razie do szuflady, w dorobku mam jedynie jedną publikację fanzinową.


komentarze: 182, w dziale opowiadań: 164, opowiadania: 105

Ostatnie sto komentarzy

@celowałaś kiedyś do człowieka

 

Ja też na moje szczęście nie celowałam. Niemniej w przypadku tej bohaterki jest to nie tyle sytuacja, w której ona musi podjąć na zimno decyzję, czy strzeli do człowieka, czy nie, co raczej – radykalnego przypadku obrony koniecznej (Magda chyba wie, czego się spodziewać po tych facetach). Mam wrażenie, że raczej psychologię takiej, specyficznej przecież (adrenalina, działanie w zagrożeniu życia) sytuacji trzeba byłoby brać pod uwagę – ale to by musiał zabrać głos psycholog, a nie specjalistka od starożytności, znaczy ja :D  

Ponieważ kliknęłam do Biblioteki, to dołożę komentarz nieco obszerniejszy od pierwszego:

Opowiadanie czytało mi się bardzo dobrze. Zrobiło ono na mnie wrażenie po pierwsze efektownym budowaniem nastroju nie tyle może grozy, co niesamowitości i pewnego lekkiego zagrożenia, po drugie – niebanalnym i ciekawym ogrywaniem zarówno aluzji literackich (Poe), jak i tych do sztuki (konkretny obraz Wyczółkowskiego i jego dzieje).

Mówiąc najkrócej i w nawiązaniu do odautorskiej zapowiedzi o dyskusji etycznej: to, jak przeraźliwą antypatię wzbudził we mnie bohater (przy czym domyślam się, że tak miało być w zamiarze autora!) i to, że jednocześnie wszyscy bogowie zbiegów okoliczności wydają się być po jego stronie, odrzuciło mnie od tekstu. Przeczytałam do końca, ale z wrażeń pozostała mi głównie niechęć (do postaci) i rozczarowanie (że – decyzją autora – mu dość łatwo przychodzi osiągać sukcesy w tych wszystkim łajdactwach, nawet jeżeli, jak w przypadku szopy i skręconej nogi, wydaje się to nieco wbrew prawdopodobieństwu).  

Zabrakło mi w tym tekście jakiegokolwiek zaskoczenia. Wszystko w nim – od humoru z grzybkami przez narzekanie, że człowiek pociął lasy asfaltowymi drogami, aż po wezwanie, żeby wsłuchać się w ciszę natury – wydaje mi się, koncepcyjnie, nieco zbyt przewidywalne.

EDIT: Choć, żeby było sprawiedliwie – zgadzam się z innymi komentującymi, że scenka ładnie napisana.

Trudno ten tekst określić opowiadaniem jako takim: niewiele się w nim dzieje, akcja jest dość szczątkowa (ot, kampingowo-toaletowa wersja “Pana Maluśkiewicza i wieloryba”). Żeby z kolei tekst był nastrojową scenką z dziwacznego innego świata, brakuje mu – no cóż, nastroju. To nie jest tak, że to w żaden sposób nie mogłoby zadziałać – wyobrażam sobie dobrze napisaną, lekko oniryczną scenkę z człowiekiem błądzącym wśród nieoczekiwanie dużych owadów, mięczaków i innych tam pajęczaków (brr…), nie wiedzącym, czy śni, czy nie – ale to z kolei wymagałoby rozbudowania opisów świata (może np. kosztem opisu kolejnych czynności przy ognisku). Wymagałoby też, by zadziałać, pracy nad językiem tekstu – ze szczególnym uwzględnieniem usunięcia błędów, wspomnianych we wcześniejszych komentarzach.

Dopisałam bardziej obszerny komentarz, dziękuję za zwrócenie uwagi.

Poszerzam komentarz, żeby zgłoszenie do biblioteki było ważne.

Tekst wydał mi się po pierwsze uroczy – autorowi udało się napisać tekst, który jest bardzo pogodny i optymistyczny bez popadania w przesłodzenie. Po drugie, uznałam go za ciekawy także ze względu na oszczędną formę, wykorzystującą przede wszystkim dialog z absolutnym minimum opisów. Dialogi są jednak na tyle żywe, że pozwalają na stworzenie wiarygodnej charakterystyki postaci nawet w tak krótkiej formie.

To jednak nie względy formalne zadecydowały o zgłoszeniu przeze mnie tekstu do Biblioteki, a czytelnicze odczucia: czytelnicza przyjemność i pogoda, jaką emanuje ta historyjka. Klik.

Och, jaki fajny tekst. Dobrze napisany, intrygujący, wciągający, z bardzo efektownie wprowadzonymi aluzjami do malarstwa i do Poego. Bardzo mi się podobało.  

Stylistycznie nie jest najgorzej, choć zapis dialogów kuleje. Natomiast tekst robi wrażenie co najwyżej fragmentu jakieś dłuższej sceny lub zapowiedzi opowiadania. Nie ma w nim nic, ale to kompletnie nic nowego, czego w powieściach i filmach o wilkołakach by nie było. To niekoniecznie musi być od razu dyskwalifikująca wada – w końcu większość opowieści jakoś tam zahaczona jest w tym, co już było – ale przydałoby się jej rozwinięcie. Na razie jest za łatwo – bohaterka jest wilkołakiem, musi zabijać, ale że zabija tylko złoli, to jest moralnie OK? Może by ten tekst rozwinąć, kazać się bohaterce np. zastanowić nad tym, czy jej potrzeby jako bestii dają jej prawo być samozwańczym sędzią i katem?

Z całą pewnością coś przeokropnie nadinterpetuję, ale czytając, miałam wrażenie, że to jest opowiastka o tym, jak manifestujące się w świecie i przejmujące kontrolę nad ludźmi paskudne książkowe/filmowe potwory są pokonywane przez tak samo książkowych/filmowych obrońców porządku (bo nic nie poradzę, wśród oddziału specjalnego widziałam Montaga z “541 Fahrenheita” i transformersa przemienionego w honkera). Ale, niezależnie od moich (nad)interpretacji, tekst jest udany, a czytało się go przyjemnie, bo wciągał. Podobała mi się też wiarygodnie oddana dziecięca perspektywa.

O, jakie sympatyczne. Z przyjemnością przeczytałam coś, dla odmiany po kilku ostatnio trafionych (wybieram sobie stare teksty z poczekalni) smutnych i cynicznych.

Efektowne i z pomysłem, choć rzeczywiście pomysł na świat prosi o rozwinięcie i poszerzenie (i nawet wytknięte przez poprzedników niedostatki science w science fiction nie przeszkadzały(. Niemniej, czytałam z zainteresowaniem i z przyjemnością. 

Pomysłowe i poruszające. Podobał mi się zarówno pomysł na tekst, jak i wykonanie – szczególnie kreacja postaci zarówno dziecka, jak i maga Siribana.

Urocze i zaskakujące, z bardzo fajnym pomysłem. Spełnia wszystkie wymagania, jakie mam wobec szortów. Klik.

A mnie się całkiem podobało (i ilość wkładu autorskiego bym też uznała za wystarczającą, bo i postacie przetwarza, i nieoczekiwaną szansę na wykończenie Jazona, zanim zrobi to po latach los, dodaje), choć zgadzam się z zarzutem, że intrygi jakby maławo. 

Robię sobie przebieżkę po mitologicznych opowiadaniach na forum. To jest pomysłowe i z trafioną puentą, dobrze mi się je czytało.

Trafiłam tu osiem lat po publikacji tekstu, czytając opowiadania z poczekalni od najstarszych :). Pomysłowe, nastrojowe, dobrze się czytało.

W tym tekście nawet jest pomysł – nie jakoś szaleńczo oryginalny, ale jest. Dałoby się go, przy dobrym wykonaniu, ograć i opowiedzieć tę Kingowską z ducha historię kwestii ceny, jaką się płaci, w sposób, który dawałby czytelnikom satysfakcję. Niestety, tekst w obecnej postaci – z fatalną typografią i interpunkcją sprawiającą wrażenie kompletnie losowej – nie tylko nie daje tej satysfakcji, ale w zasadzie nie nadaje się do czytania. 

Językowo poprzednicy już skomentowali, więc ja tylko dwa słowa o samej fabule.

Trudno ten fragment ocenić, bo jest wyrwany z kontekstu. Nic nie wiemy o bohaterkach, o ich relacjach, historii, łączących je emocjach (Kto tu kogo kocha? Kto kogo tak naprawdę pożąda? Skąd – poza faktem, że nie miała dachu nad głową – wzięła się Aine i co znaczy, że była ofiarą dla świątyni?) ani o świecie (czym jest ten szpak?). To nie jest tak, że ten świat, który kreujesz, nie ma potencjału – można umieścić w nim ciekawą opowieść, rozbudować postacie, być może wzmocnić motyw fantastyczny (albo po prostu pójść w napisanie lesbijskiego romansu bez happy endu, co kto lubi w końcu) – ale w obecnej postaci tekst jest niepełny i przez to nużący w lekturze i mało zrozumiały.

Tekst, moim zdaniem, ma potencjał. Wymaga dopracowania w kwestiach językowych (od przecinków po imiona, jak ten nieszczęsny Clerence), a sama koncepcja totalnej wojny Europy z Azją mi zgrzyta jako zbyt oczywista i dość banalna, a przez to – będąca fabularnym wytrychem. Niemniej jednak tekst ma, IMHO, przekonujących i wiarygodnych bohaterów, nieźle zarysowaną intrygę z klonami, pomysł na tejże intrygi ogranie, ładną scenę z żoną… Generalnie, jak dla mnie, to jest takie dobrze rokujące opowiadanie; chętnie przeczytam kolejne Twoje teksty (w tym z tego uniwersum, jeżeli będziesz mieć ochotę je napisać).

Generalnie czytało się nie najgorzej, choć trochę zgrzytał mi kontrast między sentymentalno-humorystycznym teamem kosmitów z Merkurego a tematem pedofila-porywacza, na dodatek niezbyt realistycznie wprowadzonym (do tego naprawdę są całkiem poważne regulacje).

Przyłączę się do opinii poprzedników: tekst, choć krótki, czyta się niedobrze, bo jest niepoprawny (!) stylistycznie i pod względem interpunkcji, co w skrajnych przypadkach uniemożliwia zrozumienie, o co w ogóle chodzi w zdaniu. Jeżeli chcesz i masz ochotę – napisz całą scenę spotkania mistrza i ucznia jeszcze raz, nieco ją poszerzając i wrzuć na betalistę, masz szansę na poprawki i dyskusję przed oficjalną publikacją tekstu. Być może przy tej okazji uda się też tekst trochę “oderpegowić”, bo na razie wszystkie jego elementy (karczma, spotkanie, czarodziej) brzmią trochę jak z erpegowej przygody.

Ja się podpiszę pod tym, co Drakaina napisała powyżej: też uważam, że a) ten tekst naprawdę wymaga jeszcze sporo pracy, choć jednocześnie b) ma potencjał na ciekawą quasi-bajkową, lekko komiczną i trochę idącą w lekką groteskę opowieść. Jego najmocniejszą stroną jest, jak dla mnie, ironiczny i samoświadomy narrator oraz elementy humorystyczne: podkręciłabym te cechy, pracując nad tekstem, jednocześnie starając się odciążyć go przez likwidację lub skrócenie części opisów, może też większy udział dialogów.

Opowiadanie ma nastrój i potencjał, żeby tym nastrojem zrekompensować niekoniecznie oryginalną fabułę o magicznym porywaczu ciał. Mam jednak wrażenie, że wymagałoby jeszcze trochę pracy. Po pierwsze, bardzo rzuca się w oczy kontrast, także stylistyczny, między częścią I, o ważce, a II, o księżniczce: efektowny oniryczny nastrój tej pierwszej ustępuje dość pospiesznemu i prostemu popychaniu akcji do przodu w tej drugiej. Po drugie: z faktu, jak manipuluje ludźmi, dość jasno wynika, że czarnoksiężnik Jaro nie ma zbyt dobrych intencji, ale brakuje mi choćby śladowego zaznaczenia, po co to robi (Bo ma ochotę na seks z młodą kobietą? Bo pragnie władzy nad królestwem? Bo, bo ja wiem, chce upokorzyć króla i poddać go swojej woli?). W tej wersji Jaro zachowuje się trochę jak Disneyowski złol, który jest zły, bo jest zły, i robi wszystko dlatego, że jest zły. Nie chodzi mi tu bynajmniej o pisaniu rozdziału o jego motywacjach – raczej o przynajmniej lekki sygnał.

Podobało mi się, i to zdecydowanie. Był to niezbyt częsty przykład opowiadania opartego na oryginalnym, intrygującym pomyśle, przy tym efektownie, obrazowo opisanym. Świat wymyślony w tym opowiadaniu pozostanie ze mną na długo.

Powiem tak: quasi-młodopolska, niby-poetycka stylizacja, na dodatek często na granicy (albo i poza nią) kiczu, chwilami – ze względu na wybujałą metaforykę – mało zrozumiała, znużyła mnie na tyle, że nie wypowiem się o fabule – nie doczytałam do końca. 

Najbardziej chyba w tym wszystkim podobała mi się pierwsza część tekstu – taka odrobinkę groteskowa, troszeczkę jak z “Dzienników gwiazdowych”, bardzo efektowna.

(dla monoteizmu, ale też trochę dla boga imieniem Bóg: Elohim i Allah mniej więcej* tyle znaczą)

 

 

* Elohim jest technicznie w liczbie mnogiej, ale traktowany jest jako słowo w pojedynczej (nie chcecie wykładu o gramatyce hebrajskiej…)

To jest pomysł jak z takiej staroświeckiej SF pożenionej z fantasy, sprawnie (mimo błędów typu “jako, że” → zbędny przecinek) napisany. Co mi zgrzyta, i to zdecydowanie, to zbytnie uczłowieczenie Tereka i Almy. Zakładam, że autorowi chodziło o zaskoczenie czytelnika faktem, że rasa, która zniszczyła swoją planetę, a teraz wysyła zwiadowców na inne, to nie są ludzie, i że te podobieństwa są dlatego celowe. Efektem jednak, przynajmniej u mnie, było nie zaskoczenie, a raczej rozczarowanie: obca rasa zupełnie nie jest obca. No dobra, wygląda w oczach ludzi jak potwory, ale ma m. in. monogamiczne rodziny (ten lęk Tereka przed urodą Almy i pokusami, na jakie go to wystawia…), ręce (którymi Alma otwiera statek) itd. Rozwiązanie przez – dosłownie – deus ex machina też mnie nie do końca przekonuje, wydaje się nieco za proste – choć, żeby być sprawiedliwa, powinnam dodać, że koda z legendą ładna. 

Uwaga techniczna: nie jestem pewna, czy pisownia Bóg wielką literą ma tu sens: w tekście są bogowie (małą) i Bóg (jeden z nich, szczególnie czczony przez bohaterkę). Pisałabym tylko imię Raa wielką, a samo słowo “bóg” małą, jak przy bogach np. greckich (nawet kiedy mówimy, że np Sofokles był kapłanem i szczególnym wyznawcą boga Apollina, piszemy “boga” małą literą).

Przeczytałam, ale raczej chyba nie zapamiętam na dłużej, choć pomysł z bóstwem (?) traktującym istoty inteligentne jak pańcio swoje zwierzątka domowe jest zabawny, a i wykorzystanie w tekście paradoksu omnipotencji jest całkiem zgrabne. Nie wiem tylko, po co pojawia się on, z pełnym wyjaśnieniem, aż dwa razy :)

A mnie się raczej podobało. Niby nic nowego ani szczególnie zaskakującego – czy to w temacie, czy w ujęciu – ale czytało się dobrze.

Bardzo mi się podobało. Dobrze się czytało (dzięki płynnej i potoczystej narracji); opowiadanie fajnie ogrywa nienowy pomysł i w efektowny sposób bawi się popkulturowymi cytatami.

EDIT: Zgłaszam do Biblioteki, więc może dodam jeszcze jedno zdanie. W mojej skromnej opinii ten tekst, ze względu na to, jak sprawnie jest napisany i z jakim nienachalnym, takim Bułyczowowskim trochę poczuciem humoru, jest jednym z lepszych, jakie tu na forum ostatnio czytałam.

Chętnie zajrzę do większego objętościowo fragmentu tekstu, może wtedy lepiej odda on sprawiedliwość Twoim zamiarom.

Kilka uwag czysto redakcyjnych:

“czułem, że miejsce już może jej średnio odpowiadać.” → niezręczne. Może lepiej: “że już samo miejsce może…”

“Zawsze ją brałem i jeszcze nigdy mnie nie zawiedli.” → też niezręcznie; musiałam chwilę pomyśleć, że “nie zawiedli” odnosi się do personelu restauracji/kucharzy; “nigdy się nie zawiodłem”?

“Pokłopocić” też jakoś tak nie bardzo po polsku mi brzmi.

 

Głównym problemem z tym tekstem nie jest jednak moim zdaniem jego strona techniczno-językowa, tylko fabuła, a raczej jej brak. Może fragment jest za krótki – ale w tej postaci sprawia wrażenie wysilonego, niezbyt zabawnego i opartego na schematach dowcipu, tyle że pozbawionego puenty. Bohaterowie wydają się antypatyczni i sztampowi, a przy tym – dość nieciekawi (bohater – antypatyczny podrywacz bez sukcesów, Elisabeth – płytka i wredna, kelner już w ogóle jak z dowcipu). Poza tym – do czego ta scenka z kelnerem i randka z Elisabeth ma prowadzić, skoro ostatecznie chodzi o to, że jakaś zupełnie inna (ale też piękna…) dziewczyna przeszła przez autobus? Jeżeli wyjaśniasz to w dalszej części tekstu, to może warto byłoby dobrać inny fragment?

 

Mogę tylko powtórzyć za poprzednikami: stare, znane, fantastyczne dość umownie (no chyba że uznamy, że facet jest rodzajem alkoholowego aliena :D), ale zabawne i sprawnie napisane.

@Anet: dziękuję za uwagi, są pomocne :) Jak tylko skończy się konkurs, wprowadzę wszystkie poprawki :)

O, jak fajnie, że zauważyłaś :) Do Upiora przyznałam się w becie (tekst się w ogóle zaczął jako prywatne, postawione samej sobie wyzwanie napisania czegoś nawiązującego do powieści Gastona Leroux BEZ mieszania w nią opery, muzyki itd. – choć, owszem, z odwołaniem do kwestii głosu i maski :). A jako że jestem nieuleczalną fanką Conan Doyle’a, w fabule pograłam elementami z opowiadania “The Adventure of the Crooked Man”, gdzie nie ma mechanicznej małpy, ale jest mangusta, która uciekła z pudełka podejrzanemu (i ostatecznie niewinnemu zabójstwa) – dawnemu prostemu żołnierzowi, którego jego przełożony wiele lat wcześniej zdradził i skazał na prawie oczywistą śmierć, żeby mu odbić dziewczynę :)

Czytając ten tekst, miałam – mimo skojarzenia tytułu z “Miłością w czasach zarazy” – wrażenie, że jest o raczej o nostalgii, o pamięci oraz, poniekąd, o PTSD, z którego bohater nie bardzo sobie zdaje sprawę.

Dziewczyna z opowiadania jak dla mnie – no, w zasadzie nie istnieje samodzielnie. To nie jest zarzut do kreacji bohaterki, raczej uwaga, że wszystko, co o niej wiemy, pochodzi ze wspomnień, refleksji i rozważań bohatera. Może rzeczywiście jest w tym jakiś cień “zakochania”, fascynacji, obsesyjnego myślenia o tym, co by mogło być, a się nie zdarzyło, ale jak dla mnie kluczowym elementem tego “zakochania” jest to, że dziewczyna się bohaterowi kojarzy z dawnym światem, z tym, co było przed plagą i katastrofą cywilizacyjną. Jest wspomnieniem lepszego życia, kiedy jeszcze była nadzieja na szczęście, jest śladem przeszłości, kiedy było dobrze (jak te cholerne sanki w “Obywatelu Kane” :D). Podoba mi się to, że my tak naprawdę _nie wiemy_ , czy ona jest inna od innych zombie, czy też bohater to sobie wmawia, bo ją kojarzy i CHCIAŁBY, żeby była inna. Przecież wszystko to, co widzimy, widzimy oczyma człowieka, który żyje w koszmarnym świecie i w dość paskudnym stresie, który nie ma nadziei, stracił wszystkich, był świadkiem przemiany dawnych znajomych w potwory i tychże dawnych znajomych musiał zabijać – i musi jakoś z tym żyć.

Autorka tego w tekście nie mówi – to już jest moje dośpiewywanie po lekturze, na zasadzie czystej spekulacji, i całkowicie zaakceptuję, jeżeli mi powie, że to nadinterpretacja – ale dla mnie bohater ma coś w rodzaju PTSD i zaburzoną w związku z tym ocenę sytuacji. To dlatego popełnia ten błąd, to dlatego – łącząc tęsknotę za dawnymi czasami z brakiem możliwości realnej oceny sytuacji – przecenia dziewczynę i ostatecznie płaci za to życiem.

Uff, chciałam napisać jedno-dwa zdania :D

Bardzo serdecznie dziękuję za pozytywne komentarze i za kliki do Biblioteki!

@Regulatorzy: OGROMNIE dziękuję, jak tylko skończy się konkurs, wprowadzę poprawki.

@Thargone: Zrobiłeś mi dzień. Bardzo mi miło i bardzo się cieszę, że się spodobało!

Chciałabym zgłosić ten tekst do najlepszych opowiadań lipca 2018. Robię to, ponieważ:

– przekonał mnie nastój tekstu i sposób oddania w nim historycznych realiów,

– podoba mi się poprowadzenie postaci głównej bohaterki i subtelne pokazanie ceny, jaką płaci za pakt z golemem,

– duże wrażenie zrobił na mnie sposób ogrania aluzji do “Frankensteina” (piorun, monstrum nie do końca będące potworem).

@Finkla, @śniąca

 

Bardzo serdecznie dziękuję! Rzutem na taśmę poprawiłam te błędy, które wskazałyście i które wychwyciłam (wstyd mi strasznie za te przecinki, bom humanistka z wykształcenia…). Bardzo się cieszę, że dobrze się czytało :)

Podobało mi się. Niby nic nowego, jak chodzi o pomysł, ale zrealizowane efektownie i nastrojowo. Dobrze się czytało.

A ja się z kolei pogubiłam, bo jak bym nie czytała, to mi wychodzi, że żeby ocalić rodzinę i z powrotem ją połączyć oraz uwolnić się od frustracji i spóźnionego kryzysu wieku średniego oraz problemów z potencją, bohaterowi wystarczył wirtualny romans z własną córką i następnie wsparcie jej przy porodzie…

Plus, trochę mi chwilami zgrzyta świat: pomysł na takie nieco staroświeckie SF z robotami sprzątającymi i tym podobnymi gadżetami jest bardzo fajny (ja strasznie przepraszam, ale nie mogłam się momentami uwolnić od skojarzeniem z serialem animowanym “Jetsonowie”) – ale w związku z tym mam poczucie, że jest go troszeńkę za mało. Chętnie bym np. widziała bohaterkę w latającym samochodzie zamiast w jej ni przypiął ni przyłatał lądującej przed domem rodziców awionetce…

A jak chodzi o konstrukcję fabuły i o charakterystyki bohaterów – mam wrażenie, że uciekasz od głównego problemu: od tego, co ostatecznie czuje bohater. Przełamał kryzys. Znalazł kobietę, z którą mu było dobrze. Kobieta okazała się jego córką. To jest i musi być szok dla nich wszystkich – dla niego, dla żony, dla córki. Sygnalizujesz, że jesteś świadomy problemu, stwierdzając, że na jakiś rok Kasia zerwała kontakty z rodziną, a Paweł zamknął się w sobie aż do dnia, kiedy przyszedł pomóc przy porodzie. Pomijam fakt, że chętnie bym wiedziała, skąd pracownik ministerstwa zna się na porodach i czemu najwyraźniej po raz drugi to on przyjmuje poród (najpierw własnej córki, potem jej dziecka) – jeżeli to jest gdzieś w tekście to niestety przegapiłam. Ale potem, po przyjściu na świat małego Natana, wszystko się zmienia na cudowne, jak w magicznym świecie. Nie wiem, może to ja czegoś nie rozumiem, ale za prosty mi się ten happy end wydał i za – bo ja wiem, oczywisty, z wnuczkiem jako lekiem na całe zło? 

Mam wreszcie chwilę czasu, żeby napisać dawno planowany komentarz bardziej analityczny.

Lubię ten tekst – głównie za dwie rzeczy.

Po pierwsze: on zderza ze sobą z jednej strony najbardziej oczywiste, przewidywalne tło powieści steampunkowej (Londyn, królowa Wiktoria, Byron, postacie z wiktoriańskiej popkultury, kolonialna Afryka, sterowce etc.) z typową dla Twojego, Drakaino, pisania mało znaną sprawą historyczną (której malutkie zahaczenie w polskiej kulturze tekst też przecież ogrywa), potraktowaną w konwencji fantastycznej. To zderzenie mi się tu bardzo podoba – historia, ta “prawdziwa”, z naszego świata, jest w tym opowiadaniu gdzie indziej, niż się spodziewamy, nie wiąże się, tak naprawdę, ze słynnymi postaciami przywołanymi po nazwiskach, tylko rozgrywa w tle.

Po drugie, lubię postać Ady Byron. Ja w ogóle mam słabość do dobrze napisanych nieoczywistych bohaterek, a Ada jest tu taką postacią: nie jest idealna (jej kłótnie z ojcem bywają męczące i małostkowe), nie jest anachroniczna, a jednocześnie – ładnie wpisuje się w zabawę literackimi konwencjami często dotyczącymi bohaterek: panowie widzą w niej po pierwsze materiał na sekretarkę i osobę, która będzie porządkować notatki, kiedy prawdziwi geniusze będą pracować, i ona tę rolę przyjmuje, ale jednocześnie a) ma własne tajemnice, b) to ona ostatecznie znajduje rozwiązanie dla ich wspólnego problemu. W sumie chętnie bym poczytała więcej o tak rozumianej Adzie B. 

Re: metal

No właśnie w jednym z wcześniejszych komentarzy wyjaśniałam, skąd mi to przyszło do głowy i rozważałam powrót do oryginalnej idei, czyli wosku. W kwestii monet: to akurat jest kawałek wizji wyobrażanej sobie przez bohaterkę, która jest w tym momencie daleka od racjonalnego myślenia, więc tu mnie kwestia realizmu nie rusza, natomiast chyba wezmę i zmienię ten brąz z powrotem na wosk w kawałkach dotyczących figury.

Na Sherlockonie tegorocznym był – i Drakaina wygrała :)

Mnie się podobało, nawet jeżeli naukowa strona jest równie “wiarygodna”, jak u autorów z pokolenia Lovecrafta (a nie mam kompetencji, żeby argumentować: możliwe czy nie). Ładny obraz ludzkiej arogancji wyszedł. Autorowi udało się mnie zmylić, bo byłam prawie pewna, że mamy tu “kosmicznych archeologów” odkrywających resztki po ludzkiej cywilizacji, a nie istoty z dna oceanu. Podobała mi się też stylizacja językowa, całe te przegięte chwilami metafory i porównania właśnie jak z prozy Lovecrafta.

SH urodził się, wedle ustaleń fanów (autor nie raczył podać daty) w 1854, karierę detektywa kontynuował przez dwadzieścia trzy lata, do sześćdziesiątki, czyli od momentu, kiedy miał 37 lat, co by nam dawało dopiero rok 1891. W ‘79, w wieku 25 lat, był zapewne (autor jest mocno wstrzemięźliwy w tej kwestii) po uniwersytecie, a przed podjęciem konkretnej pracy. Znaczy, hulaj dusza, można robić, co się chce :D. Choć ja bym i tak celowała w użycie postaci Mycrofta, jest starszy i zapewne już wtedy zaczyna wydeptywać sobie ścieżki w rządowych korytarzach :D

Przepraszam za ten wtręt, jestem fanką Conan Doyle’a od jakichś niepamiętnych czasów :)

Powiem tak: drużyna w tym opowiadaniu składa się – poza może jednym wyjątkiem – z najbardziej oczywistych postaci wiktoriańskiej popkultury (tylko któregoś z braci Holmesów brak) i właśnie to było sporą częścią mojej ogromnej frajdy z lektury :)

A teraz konieczny komentarz merytoryczny.

Opowiadanie ujęło mnie po pierwsze nastrojem: takim trochę chwilowo prawie Lovecraftowskim, jak chodzi o kreację wrogiej bohaterom siły; ma przy tym bardzo sugestywne opisy “odlotów” i szaleństwa, które obecność tej jakiejś niedookreślonej (szatańskiej prawie?) złej siły budzi w bohaterze. Tu szczególnie mi się wbiła w pamięć ta scena, kiedy bohater traci przytomność z powodu, jak mu się zdaje, smrodu i upału, i generalnie to poczucie, że słońce i powietrze zmieniły się, kiedy wjechali do Hiszpanii.

Po drugie, cenię kreację głównego bohatera, który – choć jest czynną i działającą postacią – nie jest jednak supermanem: ma swoje słabości i niedoskonałości, w tym te fizyczne, jest – przy całej oniryczności tekstu – IMHO całkiem realistycznie skonstruowany. No i finał, z tym niejednoznacznym nie-zamknięciem losów bohatera, też wydał mi się – zarówno przy pierwszej lekturze, jak i teraz – zdecydowanie ciekawy. 

Re: użytkownicy II: Mea culpa! Właśnie się wytłumaczyłam w komentarzu pod tekstem.

Mea culpa: zgłosiłam ten tekst do biblioteki bez skomentowania go.

Mea culpa po raz drugi: zrobiłam to, bo – zapomniałam. Znam ten tekst bardzo dobrze – autorka dała mi go do przeczytania jeszcze zanim umieściła go na forum i szalenie mi się spodobał. A że mnie to nie usprawiedliwia, to ponowne mea culpa, po raz trzeci.  

Wciągnęło mnie. Po prostu czytałam i chciałam wiedzieć, co będzie dalej. Trochę mało analityczny ten mój komentarz, ale co poradzę – po prostu dobrze mi się czytało.

Kliknęłam do Biblioteki.

@wisielec

Dziękuję za uwagi i za rady; chętnie korzystam z Twoich podpowiedzi – ale nie tym razem :). Zakładam, że te teksty dzieją się przede wszystkim w głowach bohaterek, w pewnym sensie. Zwłaszcza ten. Nie chodziło o skrócenie – chodziło o to, że nie chciałam tu mieć bohaterki mówiącej, podejmującej jakąkolwiek bardziej “zaangażowaną” interakcję ze światem dookoła. Dlatego jej rozmowę z ojcem tylko opisałam. Chciałam – czy ja wiem, jak to powiedzieć? Chciałam przyglądać się jej z dystansu. 

Bardzo dziękuję!

To forum jest NIEOCENIONE, jak chodzi o merytoryczną pomoc. 

@Staruch, temperatura topnienia

Ty nawet nie wiesz, ile się na nad tym nazastanawiałam.

W pierwszej wersji figura była z wosku. Potem zmieniłam, bo wosk się za łatwo topi i bo moje źródło antyczne, któremu chciałam zrobić ukłon, miało brąz. Myślisz, że woskowa byłaby lepsza?

A, i dziękuję za miłe słowo.

@Regulatorzy: dziękuję za poprawki, zaraz wprowadzę (zwłaszcza z tą nieszczęsną dłonią).

EDIT: dwukropek jest pozostałością po poprzedniej wersji tego zdania, którą to pozostałość zapomniałam wywalić w edycji :D

@wisielec, kompletnie nie na temat

O rany, ktoś pamięta “Przygody Meliklesa Greka”! Uwielbiałam :)

Czysto praktycznie: Vergangenheit jest rodzaju żeńskiego – die Vergangenheit, wobec tego, der może pojawić się tylko w przypadkach zależnych.

Powtórzę swoje uwagi z bety: podoba mi się odtworzenie realiów – ważniejsze od faktów wydaje mi się tutaj odwzorowanie mentalności i obyczajów (np. zrozumienie, jak funkcjonują greckie związki homoseksualne i że to nie to samo, co gejowski romans dzisiaj :) ); fabularnie mi się podobało, czytało mi się dobrze, widzę potencjał tego tekstu w wersji dźwiękowej :)

@Finkla: bardzo dziękuję!

Nie dziwię się, że najlepiej znałaś Dafne: Syrinks jest mitem znanym głównie ze źródeł rzymskich (acz popularnym np. w sztuce), Pan i Dafnis to mit specyficznie sielankowy, a pożenienie tych mitów jest tak w ogóle moje. 

OFFTOP MITOLOGICZNY, możliwe, że nuda.

Jest tak: źródła faktycznie mówią o czterech nimfach, córkach boga-rzeki Ladona. Dafne i Syrinks chciały pozostać dziewicami i służyć Artemidzie i obie zostały przemienione w rośliny – Dafne uciekając przed Apollinem przez Gaję-Ziemię, Syrinks – przed swoje niesprecyzowane siostry, w trzcinę. Z dwóch pozostałych sióstr jedna to Metope, które wyszła za mąż za boga rzeki Asopos i miała z nim jakieś dwadzieścia córek, założycielek różnych miast (Tebe, Ajgina, Salamina, Korcyra, Plateja, Tanagra, Synopa itd. – te nimfy mają wyłącznie mity typu “Wyszła za Iksa, założyła miasto nazwane od jej imienia/zaopiekowała się wyspą nazwaną od jej imienia”). Czwarta z sióstr jest bardziej tajemnicza: zwykle nazywa się ją imieniem Nomia, niewiele o niej wiadomo, rzadkie wzmianki kojarzą ją z Panem i światem pasterskim. 

Postanowiłam zidentyfikować tę czwartą siostrę z inną nimfą, o której prawie nic nie wiadomo: z Nais (której imię znaczy “Najada, nimfa”) z mitu o Dafnisie, która Dafnisa uwiodła i której przysiągł, że jej nie zdradzi (i zdradził, po pijanemu, z królewną, która go postanowiła zdobyć). Te dwa mity funkcjonują oryginalnie odrębnie – moim malutkim wkładem w tę historię było napisanie motywu zemsty i połączenie tych dwóch opowieści :)

Bardzo mi się podobało. Przeczytałam zaintrygowana, dałam się zaskoczyć. Bardzo “mój”, do mnie przemawiający typ opowiadania. Doceniam i pomysł, i narrację, i to, że się zmieściły – mimo limitu znaków – charakterystyki postaci (bohaterowie są dość przewidywalni, w sensie – posiadają dość typowe w takiej opowieści cechy – ale mimo to interesujący), i przewrotne zakończenie. 

Mnie też zakończenie trochę zgrzytnęło – może dlatego, że podoba mi się takie cyniczne rozwiązanie (tyle starań w ocalenie jajeczek, taki głupi przypadkowy koniec) w zamierzeniu, a coś mi nie spasowało w wykonaniu. Może rzeczywiście ta parka to za dużo.

Cały czas mnie też gryzie, czy mi się podoba obejście śmierci bohaterki tym jednym, wyjaśniającym zdaniem – z jednej strony pozbycie się jej krótko i okrutnie ma sens, z drugiej – coś we mnie domaga się większego dramatyzmu w scenie jej śmierci; w końcu to główna postać i punkt widzenia. I sama nie wiem, co myśleć :D.

Ale tekst generalnie mi się podobał :)

Poprawiłam błędy wg wskazówek (dziękuję jeszcze raz, Tarnino!) i zmieniłam Dianę na Artemidę.

Tarnina, re: Febe

Tak, tytankę się często (u nas) zapisuje transkrypcją bliższą greckiej, w wersji “Fojbe” – to jest BTW babka Artemidy, matka jej matki Latony i pierwotna bogini księżyca, po której Artemida odziedziczyła współ-władanie nad księżycem i przydomek Febe/Fojbe, “Lśniąca”. 

Zresztą kwestia dublujących się imion w mitologii to jest stały problem – patrz Galatea od Pigmaliona i Galatea od Polifema, które bywają utożsamiane nawet w niektórych podręcznikach do mitologii :D

 

Wszystko to powyżej nie znaczy, że nie rozważę zmiany tego imienia w tekście :) Ale w takim razie Kiprydę byście też zmienili czy zostawili?

Aha, jeszcze jedno, re: zemsta.

Tu fajnie widać, że można różnie interpretować ten sam kawałek: ja zamierzyłam to jako rodzaj dodania zniewagi do krzywdy. Panu, któremu odebrano kogoś, kogo kochał, NAWET DO GŁOWY NIE PRZYJDZIE, że to nimfa, która mu to zrobiła, mogła mieć inne motywy niż tylko jej osobista chęć poderwania ładnego chłopca. Nawet nie kojarzy, że to siostra jego ofiary. Nawet tyle nie pamięta.

Natomiast owszem, kwestia zemsty jest tu też istotna – choć jej mniej chyba zależy, IMHO, żeby Pan wiedział, za co obrywa, byle oberwał.

Po pierwsze, serdecznie dziękuję wszystkim za lekturę. W szczególności dziękuję za poprawki redaktorskie – wprowadzę je jak najszybciej.

 

Re: Diana, nie Artemida.

 

Nie będę bronić tej decyzji – betareaderka w prywatnej wiadomości też mi na to zwróciła uwagę – powiem tylko, skąd u mnie się to wzięło. Aż do XIX wieku w retellingach i – tak! – tłumaczeniach greckich klasyków (patrz “Iliada” Dmochowskiego) imiona greckie i łacińskie mieszane są równo i regularnie. Lubię to – podkreśla, jak dla mnie, to, co mnie w tym interesuje, a mianowicie fakt, że my często te mity i tak znamy z wymieszanego kulturowo, nie-takiego-starego uniwersum grecko-rzymskiego. Nikt nie musi wiedzieć, że najstarsze źrodło do Syrinks to dopiero Owidiusz, I w. p.n.e/I w.n.e. – źródło łacińskie, oczywiście; ale mnie akurat cieszy, że to podkreśla literacki charakter całej zabawy, to że to są rzeczy międzykulturowe, nie ograniczone do jednej tradycji. Jak cobold słusznie zauważył, ja raczej nigdy nie napiszę głębokiej rekonstrukcji mitu, czegoś, co nada mu nowe znaczenia, co sięgnie do archetypów; nie ta skala możliwości pisarskich – prędzej będę dalej grzebała w szczelinach między literackimi wersjami i sprawdzała, czy nie da się przez nie rzucić odrobinki nowego światła na to, co już jest.

 

A wracając do Diany/Artemidy: skoro jest Kipryda zamiast Afrodyty, czy uznacie za dobrą decyzję Febe zamiast Diany/Artemidy? Dla Kiprydy mitologicznie najlepszym odpowiednikiem byłaby Delia (jedno i drugie to typowe przydomki obu bogiń pochodzące od miejsc ich pochodzenia, Kipryda dla Afrodyty od Cypru, Delia dla Artemidy od Delos), ale mam wrażenie, że robiąc z Artemidy Delię podniosłabym sobie snob factor o jakieś 200% :D (BTW wcale nie jestem pewna, czy z Febe ne podniosę o co najmniej 150%). 

 

Kawałek z hasłem (słusznie odgadniętym) też mi zgrzytał, ale po prawdzie NIE MAM POJĘCIA, jak zrobić, żeby było lepiej. Za każdą podpowiedź będę wdzięczna :)

Bardzo efektowne. Dało mi okazję, żeby wykorzystać niedawno nabyte prawo i pierwszy raz w historii Forum nominować coś do Biblioteki.

Doskonale się bawiłam. A teraz idę poszukać tego starego opowiadania :)

Bardzo mi się podobało: i stylistycznie, i jak chodzi o pomysł; bardzo ładnie, powoli, ujawnia się czytelnikowi, o co chodzi z tymi kartami i jak to wszystko działa. Bardzo udany, moim zdaniem, tekst, i bardzo wciągający.  

Bardzo dobrze mi się czytało. Mam słabość do narratorów, którym, jak się okazuje, nie można ufać i którzy okazują się, jak ten tutaj, skończonymi – przy całym geniuszu – bałwanami. Fajny pomysł na SF bliskiego zasięgu, taki troszeńkę Bułyczowowski nastrój, sprawny jezyk – wszystko to w całości dało bardzo sympatyczną lekturę. Chętnie bym czytywała takie teksty w antologiach :)

Moje głosy w konkursie rozkładają się następująco:

 

drakaina: Kroki Komandora: 5 pkt

perrux: Zakrzywienie czasozefiru: 4 pkt

funthesystem: Szósta minuta na językach: 3 pkt

alicja158: Babel z moich snów: 2 pkt

wilczyca: Louise: 1 pkt

Cobold: Der Fischerkoenig: 0,5 pkt

Oświadczam też, że pod każdym z opowiadań zostawiłam komentarz uzasadniający, dlaczego akurat ten tekst wybrałam.

Wysoko oceniam ten tekst i zamierzam zagłosować na niego w konkursie “Jestem legendą”. Przekonują mnie do tego następujące elementy:

– sprawność narracyjna

– dobrze skonstruowana, interesująca fabuła

– ciekawe użycie motywu “legendowego”

– bohaterowie, którzy budzili moją sympatię i dawali się lubić.

Opowiadanie mi się podobało i uważam, że powinno zostać wyróżnione w konkursie “Jestem legendą”. Uważam, że zasługuje na nagrodę ze względu na:

– pomysł, wykorzystujący połączenie legend i historii

– ciekawie wymyśloną fabułę.

Parę dro­bia­zgów re­dak­cyj­nych:

“co Ci po­ka­że”: 1. ci, nie Ci, nie ma po­trze­by uży­cia tu grzecz­no­ścio­we­go za­pi­su wiel­ką li­te­rą; po­ka­że → po­ka­żę

 

“wsta­ła znad ziół”: brzmi to IMHO tro­chę nie­zręcz­nie.

 

“A cóż to się stało, że wsta­łeś o tak wcze­snej porze.” → znak za­py­ta­nia za­miast krop­ki na końcu byłby lep­szy

 

“Je­stem z Cie­bie taka dumna Wil­lia­mie” → dumna, Wil­lia­mie; przed wo­ła­czem po­wi­nien być prze­ci­nek

 

“ry­tu­ały ła­ma­ły zna­mio­na lo­gi­ki”: nie­po­praw­ne sty­li­stycz­nie, zna­mion nie można łamać. Le­piej “ła­ma­ły prawa lo­gi­ki”

 

“od­le­głe dźwię­ki roz­pa­czy”: też nie­zbyt zręcz­ne sty­li­stycz­ne. Może “do­cho­dzą­ce z od­da­li od­gło­sy pła­czu”?

 

“Z listy, którą przy­go­to­wa­ła dla niego Enna zo­sta­ła mu” → brak prze­cin­ka po Enna

 

“czy to przy­pad­kiem nie owa nie­zna­jo­ma, sprzed kilku dni, nie na­kło­ni­ła” → nie owa nie­zna­jo­ma … na­kło­ni­ła (bez dru­gie­go nie); prze­cin­ki uj­mu­ją­ce “sprzed kilku dni” są tu chyba zbęd­ne

 

“Ko­bie­ta, nad którą roz­my­ślał stała” → prze­ci­nek po “roz­my­ślał””

 

“czy aby na pewno to, co uczy­ni­li było ‘spra­wie­dli­wo­ścią’” → prze­ci­nek po “uczy­ni­li”

 

“Nim jed­nak zdą­żył się głę­biej nad tym za­sta­no­wić ciało (…)” → prze­ci­nek po “za­sta­no­wić”

 

“Jed­nak, gdy ukła­dał uko­cha­ną do łóżka nie czuł smut­ku” → prze­ci­nek po “

 

 

 

 

Parę drobiazgów redakcyjnych, zanim się wypowiem o swoich opiniach na temat opowiadania.

 

 

“co Ci pokaże”: 1. ci, nie Ci, nie ma potrzeby użycia tu grzecznościowego zapisu wielką literą; pokaże → pokażę

 

“wstała znad ziół”: brzmi to IMHO trochę niezręcznie.

 

“A cóż to się stało, że wstałeś o tak wczesnej porze.” → znak zapytania zamiast kropki na końcu byłby lepszy

 

“Jestem z Ciebie taka dumna Williamie” → dumna, Williamie; przed wołaczem powinien być przecinek

 

“rytuały łamały znamiona logiki”: niepoprawne stylistycznie, znamion nie można łamać. Lepiej “łamały prawa logiki”

 

“odległe dźwięki rozpaczy”: też niezbyt zręczne stylistyczne. Może “dochodzące z oddali odgłosy płaczu”?

 

“Z listy, którą przygotowała dla niego Enna została mu” → brak przecinka po Enna

 

“czy to przypadkiem nie owa nieznajoma, sprzed kilku dni, nie nakłoniła” → nie owa nieznajoma … nakłoniła (bez drugiego nie); przecinki ujmujące “sprzed kilku dni” są tu chyba zbędne

 

“Kobieta, nad którą rozmyślał stała” → przecinek po “rozmyślał””

 

“czy aby na pewno to, co uczynili było ‘sprawiedliwością’” → przecinek po “uczynili”

 

“Nim jednak zdążył się głębiej nad tym zastanowić ciało (…)” → przecinek po “zastanowić”

 

“Jednak, gdy układał ukochaną do łóżka nie czuł smutku” → przecinek po “łóżka”

 

 

 

 

Oraz, dla zainteresowanych.

Skądinąd mitologiczna dalsza historia Galatei jest taka:

Wyszła za Pigmaliona i miała z nim córkę imieniem Metharme i dziecko imieniem Pafos, które zwykle jest córką, ale czasami synem (imię może być po grecku i męskie, i żeńskie). Pafos założył(a) następnie miasto Pafos, przyszłą stolicę Cypru, gdzie ustanowiono kult Afrodyty. Metharme z kolei, według części przekazów, wyszła za króla Kinyrasa i urodziła mu córkę Mirrę/Myrrhę (i tu mamy dość paskudną kazirodczą historię spowodowaną przez gniew Afrodyty). Innymi słowy, jeżeli chcieć się trzymać samej mitologicznej narracji, po ożywieniu Galatei następuje to, co ponoć jest najmniej wdzięcznym tematem dla sztuki: życie szczęśliwej rodziny, przez co najmniej półtora generacji – konkretnie do momentu, kiedy Myrrha tak wściekła Afrodytę swoim brakiem zainteresowania dla spraw seksu i małżeństwa, że ta zesłała na nią karę w postaci nieopanowanego pożądania rodzonego ojca. 

@Wszyscy nieprzekonani: dziękuję za czas i za uwagi – one się przydają, bo choć oczywiście człowiek nigdy nie będzie pisał tak, żeby podobało się wszystkim, to dla mnie cenne i fajne jest też to, żeby zobaczyć, co nie trafia, dlaczego, gdzie to wynika po prostu z różnicy w gustach i temperamentach, a gdzie z czegoś, co można udoskonalić i poprawić. 

Efektowne. Moja znajomość cyberpunka jest niewybitna i najbardziej chyba z całości gatunku lubię Neala Stephensona (który i tak stoi nieco obok cyberpunkowego głównego nurtu) – w związku z czym zabawa zaświatową mitologią w cyberpunkowym kontekście musiała mi się spodobać.

Dziękuję, dałeś mi, tak jak zresztą poprzednie komentarze, do myślenia: jak to zrobić, co zrobić, żeby było lepiej? Popracuję nad stylistyką tych “przejściowych” fragmentów.

Trafiłam dopiero dziś, śledząc inspirowane mitologią opowiadania.

Pomysł na Mojry jako fanki rzeczywiście bardzo fajny, natomiast cała reszta mało przekonująca, jak dla mnie.

Hmm, jest w tym zalążek naprawdę fajnej historii – choć chyba ja osobiście, jako czytelniczka, wolałabym więcej ironicznie potraktowanej polityki (imperium, które żąda i dostaje, na własne nieszczęście) niż tego magiczno-staroegipskiego sztafażu, który na dodatek jest trochę infodumpem. Trochę go za dużo jak na tę prostą puentę. 

Parę drobiazgów, zanim się zastanowię nad bardziej analitycznym komentarzem:

 

“obrębie zabytkowego sacrum“: sacrum raczej nie oznacza “budowli sakralnej, świętego miejsca”, ma bardziej abstrakcyjne znaczenie.

 

“Biel sukni spłowiał i ocieka czerwienią”: coś się tu dziwnego podziało zarówno z rodzajem gramatycznym (choć to pewnie akurat literówka), jak i z czasem (wszędzie dookoła jest konsekwentnie przeszły, tu – wymieszane).

 

“Spod kamiennej kolumny miażdżącej głowę kobiety wysypywały się po posadzce długie, czarne włosy przeplatane strużkami krwi”: tu też się stało coś dziwnego, tym razem z frazeologią. Można się wysypywać spod czegoś, ale nie po czymś. “Rozsypywały się po posadzce”, jak już, ale wtedy nie spod kolumny. No i metafora “włosy przeplatane strużkami krwi” chyba, IMHO, idzie za daleko.

 

“trwają teraz w nieśmiałościach“: to pewnie miało być poetyckie, ale wyszło IMHO średnio zręczne, przede wszystkim dlatego, że nieśmiałość nie ma po polsku liczby mnogiej i przez to cała fraza brzmi dość mało naturalnie.

 

“Po boskiej woli został drobny ślad na zwalonej kolumnie w miejscu, gdzie siedziała”: upersonifikowana wola siedziała? Też to nie brzmi najlepiej.

 

Ale żeby było sprawiedliwie: fragment “Świt był już blisko i przez okno zaglądali Saturn z Jowiszem, jakby chcieli zapytać, czy wszystko w porządku, a bogini zaśmiała się cicho, zasłoniła okno i przykryła młodych kołdrą” wydaje mi się za to bardzo udany i pomysłowy, ładnie ogrywający dwuznaczność mitologicznych imion/astronomicznych nazw.

W sumie chyba by było trochę zabawniej, gdyby z krzaków zamiast T-Rexa wylazła wielka mordercza biedronka…

Zgadzam się, że to jest scenka i że jej skondensowanie pewnie by jej zrobiło dobrze, ale mnie jakoś urzekł ten obraz dziewczyny w białej sukience, która tańczy, bez muzyki, bo się boi ciemności pełnej potworów. Tu się nic nie dzieje, ale jakoś ten obraz mi został w pamięci już od paru godzin, od przeczytania tekstu.

Nowa Fantastyka