Profil użytkownika

Pół człowiek, pół niedźwiedź, pół świnia.
 


komentarze: 96, w dziale opowiadań: 92, opowiadania: 52

Ostatnie sto komentarzy

Dzięki, Misiu, za komentarz :)

 

Szczerze mówiąc nie sądziłem, że całość jest męcząca, ale tyle dobrego, że przynajmniej trzyma czytelnika zamiast go puszczać ;)

 

Pozdrawiam :)

Przede wszystkim trudno to nazwać opowiadaniem – nie ma tu żadnej historii, nic się tu nie dzieje. Facet siedzi, gapi się na dzieci i wspomina. I może jeszcze dałoby się taki koncept obronić, gdyby to jego dumanie do czegoś prowadziło, do jakiejś pointy zaskakującej i gdyby nie ogromna ilość błędów technicznych, logicznych etc. 

 

Cześć,

 

Generalnie nie jest źle, ale dobrze też nie. Bardzo dużo miejsca poświęcasz w nim ekspozycji, opisom otoczenia oraz artykułowaniu myśli i uczuć głównego bohatera, jednocześnie jednak ani ten bohater, ani żadna inna postać nie wydaje się zbyt angażująca. Podobnie zresztą wydarzenia. Z początku walisz w czytelnika sążnistymi wyjaśnieniami fenomenu, który ostatecznie nie jest nawet za bardzo ważny dla historii. Potem doprowadzasz do konfrontacji z czarnym charakterem, która przebiega zaskakująco gładko i też chyba nie bardzo ma sens. Inaczej – nie wiem, czy poza zwykłym zawodowym obowiązkiem para bohaterów kieruje się jakąś inną motywacją? 

Od strony literackiej też mogłoby być lepiej. Sporo masz w tym tekście zdań, których logika gdzieś ucieka, w innych miejscach nadużywasz opisów. Przykłady:

 – “To duże miasto, łatwo byłoby go tam wytropić.” – hm, serio? Wydawało mi się zawsze, że to własnie w dużych miastach łatwiej się zaszyć.

– “Tacy jak on uważają się za sprytniejszych. Spotkałem ich wielu i wielu wymierzyłem karę. Popracujesz w tym fachu kilka lat i sam zrozumiesz, jakimi oni potrafią być kretynami.” – nieco później ta sama postać snuje domysły, że jednak poszukiwany jest sprytny.

– “Szarpnięcie było na tyle gwałtowne i silne, że oderwało go od bruku na którym stał.” – tak, bruk to jest coś na czymś się stoi, a nie leży, nie musisz o tym pisać.

 

Podsumowując – jest tu nad czym jeszcze pracować. 

 

 

 

Generalnie nie chodziło mi o gulgotanie dla samego gulgotania ;) a raczej pokazanie co się dzieje z Robertem – kiedy zalewają go wspomnienia Stefana, zaczyna mówić tak jak on, stacza się z pozycji dominującej osobowości. Wydaje mi się, że bez tej jednej wypowiedzi obraz sytuacji między nimi nie byłby pełen, ale to już nie mnie o tym decydować tylko czytelnikom :)

Dzięki jeszcze raz :)

Cześć, Maldi

 

Generalnie pierwszoosobowa narracja bardziej mi odpowiada, wydaje mi się bardziej naturalna, szczególnie przy opowiadaniu tego typu historii. Ale fakt, że mi się łatwiej takie teksty pisze jak widać nie oznacza, że są one bardziej przystępne w czytaniu ;) No i tak, bohater nie miał być kimś do kogo pała się sympatią, określiłbym go mianem raczej odrażającego ;)

 

“Rozumiem, że chciałeś oddać umysłowość czarnego charakteru, jednak zrobiłeś to kosztem łatwości odbioru tekstu. Emocjonalne wykrzyknienia, nie zawsze trzeba oddawać literalnie, czasami można użyć po prostu czasownika jak: “krzyknął”, “wrzasnął”. Spróbuj, takie jedno krótkie słowo lepiej punktuje nastrój, jaki budujesz, natomiast literalne zapisy wrzasków rozwlekają go, a przy okazji immersję czytelnika, jak walec drogowy.”

Mógłbyś podać jakiś przykład zastosowania? Mi się wydaje, że jednak dialogi sprawiają, że tekst jest bardziej zjadliwy. Generalnie starałem się wprowadzić czytelnika w te rozmowy między postaciami i ich przekrzykiwanie się jakby stał obok i ich słuchał.

 

Dzięki za komentarz i wskazanie błędów,

Pozdrawiam :)

Cześć, 

 

Jako dzieciak uwielbiałem Bombermana, dzięki za przywołanie tych wspomnień :) Co do samego tekstu – bardzo podoba mi się pomysł na opowiedzenie tego co czuje postać z prostej gry, jej przerażenia całą sytuacją, tym, że jest uwięziona w labiryncie, i musi walczyć o przetrwanie. Mam jednak wrażenie, że opisy czynności bohatera przeważyły nad jego stanami emocjonalnymi – osobiście wolałbym nieco inne proporcje. Np. przy pierwszym spotkaniu  z balonem podmiot stwierdza tylko, że rozpływa się w powietrzu. I co – nie przeraża go to? Ja bym wpadł w paranoje, gdybym się obudził po czymś takim  :)

 

Mimo to przyjemnie się czyta :)

 

 

 

Cześć, 

 

No przykro się trochę czyta takie rzeczy, zastanawiam się jednak na ile jest to zasługa samego tekstu, a na ile faktu, że takie historie dzieją się tuż obok – czy za pięć albo dziesięć lat taki tekst będzie nas ruszał? Mam pewien zarzut co do tego, że strasznie dużo się tu dzieje, tragedia goni tragedię i zanim czytelnik zdąży na dobre wniknąć w tę sytuację, stawka zostaje podbita kolejnym, jeszcze bardziej dramatycznym wydarzeniem. Nie jest to minus jako taki, niemniej w tak krótkiej formie wolałbym chyba przeżyć jedną rzecz, ale przeżyć ją na maksa. Na przykład podoba mi się motyw, że bohaterka nabywa mnóstwo mąki, która w wyniku ataku wybucha – jest mocny i moim zdaniem w pojedynkę pozwalałoby bardzo dobitnie pokazać absurd i okrucieństwo wojny. Żywność zamienia się w zabójczą bombę, człowiek który pragnie pomóc mimowolnie przyczynia się do ofiar. 

 

Na pochwałę zasługuje za to język, którym całość jest napisana, bardzo sprawnie płynie się przez całość, jeśli były jakieś zgrzyty to ich nie wyłapałem 

 

Pozdrawiam

:)

 

 

Cześć,

 

Przede wszystkim podoba mi się tematyka tego szorta, pokazanie magii miłosnej, czyli czegoś co standardowo kojarzy nam się z czymś raczej nieszkodliwym, jako de facto czegoś bardziej mrocznego i pokręconego niż czarna magia. Podoba mi się również to, że bohater dokonuje zemsty nieswoimi rękami, jest to dość nieoczywiste, a fakt, że facet od początku jest przedstawiany jako człowiek dość nieszkodliwy dodatkowo potęguje efekt i sprawia, że czytelnika mógłby dostać ciarek na plecach.

 

Mógłby, bo mam wrażenie, że taka historia dużo lepiej sprawdziłaby się w dłuższej formie. Wprowadzasz tutaj bardzo dużo motywów – przedstawiasz biografię bohatera, jego relacje rodzinnie i z innymi ludźmi, opisujesz jak pracował nad swoją zemstą przez całe lata – że między tym wszystkim trochę brakuje klimatu. Ponadto jak wspomniano już wyżej, sporo w tej historii, bądź co bądź krótkiej, wydarzeń, które wzbudzają pewne wątpliwości – jak np. to, ze bohater przez lata śledzi Werę i nikt, absolutnie z jej świty nie zauważa tego.

 

Mimo wszystko to wciąż udany, miły w czytaniu szort :)

 

 

Podejrzewam, że na statkach wycieczkowych jest psycholog tak samo, jak jest lekarz. Ze swoich zawodowych doświadczeń mogę potwierdzić, że jeśli mamy ludzi (np. pary) zamkniętych w jakiejś przestrzeni i jakoś odizolowanych, to jest to niezbędne.

Rozumiem ideę obecności na statku wycieczkowym psychologa, jednak nie kupuję pomysłu, że bohaterowie poszli do niego dla zabawy, szczególnie że to miał być ich rocznicowy urlop. 

 

Dlaczego? Pytam, bo wydawało mi się, że pokazałem jej zadanie dosyć klarownie: ofiarę odizolować, odurzyć i doprowadzić (z pomocą ochrony) na pokład szpitalny.

Tak, jej zamiary były jasne raczej od początku. Natomiast kiedy na wstępie zadeklarowała, że jak ją gośc poprosi to się natychmiast rozbierze, było to maksymalnie dziwne, a jeszcze dziwniejsze było to, że para bohaterów właściwie nie zwróciła na to uwagi. Jakiś czas temu oglądałem chyba na netflixie ze dwa odcinki reality show o życiu załogi luksusowego jachtu, tych ludzi obowiązywała ścisła etykieta i za zbytnie spoufalanie się z gości mieli spore kłopoty :)

 

“Jest kluczowy, bo potrzebujesz ludzi, którzy żyją w społeczeństwie (znają ludzi), ale nie cofną się przed niczym, ulegając impulsom.”

 

Tak, i myślę że wystarczyło po prostu wspomnieć, że facet jest jakąś prawniczą szychą, nie trzeba wnikać w to głębiej. Ale to tylko moje odczucia, sam jestem zwolennikiem maksymalnego upraszczania :)

 

 

 

 

Cześć,

 

Mam trochę problemu z tym tekstem. Z jednej strony napisany jest dość sprawnie i się przez niego płynie, z drugiej jednak zawiera on sporo elementów, które wydają mi się zbędne – mowa tutaj przede wszystkim o scenie z psycholożką. Nie bardzo wiem czemu miała ona służyć, poza ukazaniem symbolu H, który przewija się później. Inna sprawa, że pakowanie się na sesję dla par na statku, który nie zawija do portu przez miesiąc to naprawdę kiepski pomysł na spędzenie rocznicy ślubu – w ogóle go nie kupuję. Również zachowanie Psi wydaje mi się dość absurdalne i dziwię się, że bohaterowie na wstępie nie pomyśleli, że trafili na jakiś bardzo dziwny statek.

Drugim elementem, który wydawał mi się trochę niepotrzebny jest dogłębne wnikanie w pracę i przeszłość Seby. Dla fabuły nie ma to żadnego znaczenia, że facet jest prawnikiem z kryminalną przeszłością, szczególnie, że sam koncept na taką postać jest dość zgrzytliwy.

 

Pozdrawiam :)

 

Irko!

 

Wow, ale to jest dobre! Z początku miałem skojarzenie z Dzikim Gonem taki jak w Wiedźminie – jednak tu zaserwowałaś coś dużo ciekawszego i to na niecałych 5k znaków, machniętych na ostatnią chwilę w bardzo dobrym stylu. Gratulacje :)

 

Przyczepić się mogę jedynie do tego:

Rży ze śmiechu Dziki Gon.

Rżeć to właśnie śmiać się głośno i rubasznie, więc to zmieniłbym albo na “rży Dziki Gon” albo zastosowałbym jakieś inne sformułowanie, np. szydzi, rechocze, kpi…

 

 

Tak czy inaczej, świetny tekst :)

fanthomas

ważne, że się podobało :)

 

Silva

nie ma co ukrywać, że ten tekst napisałem właśnie po to, by wylać z siebie trochę własnych doświadczeń i przemyśleń, a fantastyczny sztafaż miał mi to nieco ułatwić. Co do epilogu – przez chwilę myślałem o tym, by postawić na drodze dziewczynki wilkołaka, ale uznałem, że to nie by więcej rzeczy skomplikowało, niż rozjaśniło

 

Krokus

pierwotnie wilkołactwo faktycznie miało być alegorią nieheteronormatywności, ale myślę, że można tu wstawić każdą “przypadłość”, który powoduje, że człowiek staje się wykluczony i aby wpasować się w normy społeczne zaczyna oszukiwać sam siebie. Dzięki za wskazanie błędy :)

 

SNDWLKR

moim zamiarem nie była krytyka instytucji religijnych (choć zinstytucjonalizowana religia moim zdaniem również może i powinna być poddawana krytyce), ale raczej bigoterii, która jednostki słabe i samotne obiera sobie za ofiary, jednocześnie siebie stawiając za wzór cnót. Nie przeczę, co do tych dwóch postaci mam takie same odczucia ;)

 

Dziękuję Wam za komentarze :)

 

MichałPe

Tak właściwie to uczony miał być bardziej Niemcem i nawet jego nazwisko jest nieco symboliczne ;) A wie on tak wiele o starszym też z tego względu, że spotkał na swojej drodze wielu ludzi o podobnej przeszłości, którym – jak sam twierdzi – pomógł poradzić sobie z ich problemem. Ale przyznaję, że jego motywacje nie są tu zbyt dobrze wyeksponowane, szczerze mówiąc bardziej skupiłem się na wnętrzu Starszego.

 

No i w końcu ktoś zwrócił uwagę na ilustrację ;)

 

Dzięki za komentarz :)

 

Właściwie to wielu rzeczy nie pokazałem, np. ani razu nie pokazałem jak Starszy się przemienia, wyje czy “źre” sarny – wszystko jest wyłożone w dialogu ;)

Generalnie zamysł był taki, że Starszy jest typem uciekiniera, który co jakiś czas zmienia miejsce zamieszkania, a nawet rodzinę (Kenne pyta go ile rodzin już zostawił, co go zresztą strasznie wkurza). W końcu jakiś czas temu trafił do nowej wioski (chłopi wspominają, że wilkołak pojawił się u nich dopiero przed kilkoma laty), gdzie inność nie wzbudza jakiegoś strasznego lęki i agresji, ale wciąż jest obarczony przeszłością, o której Kenne wspominał. 

Zresztą Starszy poniekąd przyznaje uczonemu rację, że wpływ na jego postawę miały zabobony, którymi był straszony i dyskryminacja innością, którą obserwował i w której brał udział, kiedy pyta skąd ten to wszystko wie i kto mu to powiedział.

Czy na tle sielankowej wsi cierpienie Starszego wygląda blado to kwestia gustu, każdy to odczyta inaczej. Mnie przykładowo fascynuje rozdźwięk do jego dochodzi w człowieku, kiedy jego postawy nie pasują do okoliczności w jakich się znajduje – np. dość częste wśród dobrze sytuowany ludzi przekonanie, że szczepionka odbiera im wolność ;) Dlatego właśnie umieściłem Starszego w wiosce, która właściwie nie ma nic przeciwko niemu :)

Irka_Luz

 

Jeśli nie podoba ci się postać uczonego, to dobrze – właśnie taką postać chciałem stworzyć. Staram się unikać stawania po jednej stronie i pokazywać przywary różnych postaw, a czytelnik niech sam oceni, czy ktoś w tym sporze ma rację. Uczony z jednej strony sporo wie i oferuje pomoc, z drugiej jednak jest nieprzejednany, tak samo jak Starszy, i w sumie tak samo brutalny w swoich dążeniach :)

 

Dzięki za komentarz i pozdrawiam :)

 

 

Mr.Maras

No i się doczekałem, dziękuję :)

 

Przegadanie tego tekstu to zarzut, który już pojawił się w kilku komentarzach. I w sumie to już pisząc ten tekst miałem obawy, czy nie jest on zbyt statyczny i czy nie przesadzam z tym jak uczony jedzie po Starym. Jak widać – obawy były zasłużone. Co do tajemnicy to jak sam zauważyłeś – nie jest nią to, kto jest wilkołakiem, ale KIM jest wilkołak. Od początku moim celem było zdemaskowanie pewnego wzorca zachowań, który wyrządza jak widać więcej szkód, niż sama odmienność. 

Nie zgodzę się jedynie co do tego, że Starszy miał sielankowe otoczenie. Co prawda facet nie potwierdza jak wyglądała jego historia, ale Kenne sugeruje, że to właśnie warunki w jakich dorastał, agresja z jaką ludzie dookoła niego reagowali na każdą inność doprowadziły do tego, że zaczął nienawidzić sam siebie, negować własną naturę i ukrywać za wszelką cenę. A że facet jest uparty i cholernie gorliwy, nie jest w stanie zaakceptować, że oszukuje sam siebie. W pierwotnym kształcie tego opowiadania to cała wioska podejrzewała, że Starszy jest wilkołakiem, ale uznałem, że liberalna wioseczka, w której akceptuje się wilkołaków (w dodatku na kierowniczym stanowisku) byłaby właśnie zbyt pięknym obrazkiem ;)

 

Pozdrawiam :)

Za sugestią BarbarianCataphract i ja ostatecznie dodałem swoje “Diable podszepty” do konkursu. Niech się dzieje wola nieba… ;)

Gruszel

Trochę smutny ten tekst, wszyscy się uwzięli na pana Frania, który chciał przecież coś dobrego zrobić. Ale z drugiej strony całkiem wesoło mi się zrobiło, kiedy wyobraziłem sobie gołębie zachwalające warunki w karmniku ;)

Jedno co bym zmienił to postać narratora z pierwszoosobowego na trzecioosobowego. Główną rolę w tej historii gra bez wątpienia pan Franio, a narratorka nie ma żadnego wpływu na wydarzenia, dlatego wtręty, że widziała wywiad czy zagłosowała tak a nie inaczej nie mają większego znaczenia i trochę zakłócają kompozycję. Szczerze mówiąc, nieźle się zdziwiłem, gdy po kilku pierwszych akapitach pojawiła się ta forma pierwszoosobowa narracji, potem długo, długo nic, kolejny osobisty wtręt, i do końca znowu nic.

 

Poza tym – świetnie. Fajny, nieco absurdalny klimat, przyjemny język, sprawne opisy :)

Greasy

Po powtórnym przejrzeniu tekstu stwierdzam, że chyba tylko w jednym miejscu miałem zgrzyt:

Nieco mnie to zdziwiło najpierw, ale pomyślałem, że skoro można zażyć przyjemności, to czemu sobie odmawiać, co nie?

Konkretnie chodzi o to “co nie”?, które jakoś nie pasuje mi do stylu opowiadania tej historii, a bez niego to zdanie nic nie traci. Ale to tylko moje odczucia, a nie faktyczny błąd :)

 

Świetny opowiadanie. Podoba mi się formuła gawędy, język również… no, było kilka momentów, w których poczułem leciutki zgrzyt, ale nie miało to jakiegoś znacznego wpływu na odbiór. No i ta pointa – o jej jakości niech mówi fakt, że żona przyszła z drugiego pokoju zobaczyć, z czego się tak śmieję ;) 

 

Z przyjemnością przeczytałem i nie mam właściwie żadnych konkretnych uwag :)

 

Pozdrawiam :)

Krokusie,

 

ja niestety również mam pewne zarzuty co do przedstawienia zachowania głównego bohatera. Suspens jest potrzebny, ale przez cały tekst Konrada przedstawiałeś Konrada jako zwykłego prostaczka, który krzyżyk i różaniec traktuje jako amulet na szczęście – kiedy więc okazuje się być fanatykiem z poczuciem świętej misji, doświadczyłem sporego dysonansu. Rozumiem, że jego zamiarem było nawracanie mieszkańców tej wioski, tylko że aż do końca nie ma w tym tekście wyraźnej sugestii, że tak jest w istocie – chłopak zachowuje się, jakby nie miał żadnego problemu z faktem, że mężczyźni wiążą się z dziewoniami, a po samozwańczym misjonarzu spodziewałbym się raczej, że przynajmniej będzie próbował ich jakoś pouczać, wskazać że popełniają grzech. Koleś mógłby przynajmniej się oburzyć, ale zamiast w pierwszej kolejności sięga po prowokację i morderstwo. Dziwne to, dość niewiarygodne i powiedziałbym, że mało skuteczne. W jaki sposób to co się stało miałoby nakłonić mężczyzn do przejścia na chrześcijaństwo?

Poza tym tekst, mimo kilku zgrzytów, czytało mi się całkiem przyjemnie i płynnie, podobał mi się bardzo słowiański klimat, zgrabne opisy i naturalne dialogi. Ze wszystkim postaci najbardziej polubiłem Hankę, choć jej rola w całej historii wydaje mi się trochę mała w stosunku do tego, ile miejsca jej poświęcasz – trochę szkoda, że nie znalazłeś dla niej zastosowania w finale.

 

Pozdrawiam :)

Ośmiornico, dziękuję za komentarz. No niestety, kompleksy i bigoteria bardzo często są dziedziczne, to tragedia również dla naszego świata.

Przejrzałem dialogi i faktycznie sporo w nich błędów, dzięki za sugestię :)

 

Pozdrawiam :)

@BarbarianCataphract

 

najwidoczniej w tamtych czasach wiedza z zakresy psychologii nie była zbyt rozwinięty ;) A serio to on miał być trochę wywyższający się – jak piszę o dwóch postaciach, które się ze sobą kłócą, to staram się żeby żadna nie miała pełnej racji ;)

 

@mr.maras

 

No czekam, czekam ;)

Realucu!

 

A mi się podoba. Historia może nieszczególnie zawiła, ale forma w jakiej ją zaprezentowałeś bardzo mi leży – przez cały tekst się płynie gładko i przyjemnie od początku do końca :) Niektóre kwestie można by zapewne poprawić, niektóre zdania są trochę zbędne i nazbyt stylizowane (np. “Gadam ci, że w końcu na nas gniew się skrupi, a nie na nieistniejącym bycie, który onegdaj winą za to wszystko obarczyliśmy.” brzmi trochę dziwnie i jest właściwie zbędne, bo już wiemy, że kapłani wymyślili leszego, by mieć kozła ofiarnego), ale nie psuje to jakoś poważne całego odbioru, szczególnie że epilog to dobre, proste i dobitne podsumowanie całości. 

 

Pozdrawiam :)

 

 

@Realuc

 

Prawdę powiedziawszy też miałem wątpliwości co do tego, czy dialog Kennego ze Starszym nie jest zbyt rozwleczony, na swoją obronę mogę jednak powiedzieć, że starałem się ściubiać jak tylko się da i ograniczyć do jedynie najważniejszych kwestii. Zależało mi, żeby jak najpełniej pokazać, co siedzi w głowie Starszego, jednak on sam by się do tego nie przyznał – dlatego posłużyłem się naukowcem, który po prostu trafnie strzela, nauczony swoim doświadczeniem z podobnymi przypadkami.

 

@Barbarianie

 

W kwestii uczonego ja sam mam mieszane uczucia ;) Z jednej strony chce pomóc, z drugiej jednak narzuca się z tą pomocą i, jak Starszy stwierdza, dręczy go i stawia w bardzo trudnej sytuacji, gdy przyznaje, że już rozmawiał z żoną mężczyzny. Ponadto Kenne chyba w końcu orientuje się, że nie jest w stanie nic wskórać, a tylko jeszcze bardziej umacnia tamtego w jego stanowisku – dlatego też stwierdza na odchodnym, że obaj są głupcami. Tak przynajmniej ja to interpretuję ;)

Co do Baźni to nie jestem pewien, czy ten tekst można uznać za horror.

 

Dziękuję Wam za komentarze :)

 

 

Mam problem z tym opowiadaniem. Z jednej strony – przyjemnie się to czyta, choć są pewne zgrzyty i czasem zbyt dużo ozdobników. Jest tu też dwójka fajnych bohaterów, z których można by stworzyć dobry, kameralny tekst o poczuciu obowiązku, odmiennym podejściu do magii etc. Z drugiej – jedną trzecią objętości zajmuje scena walki i przywołania demona, Nie żebym miał cokolwiek do tego typu akcji, tylko że ten wątek jest zbyt epicki na tak krótką formę. To trochę jak malowanie bitwy pod grunwaldem na znaczku pocztowym – niby można, ale wrażenia dla odbiorcy będą raczej kiepskie. Do tego jeszcze zaliczyłbym kwestię snu, który również nie ma tu chyba jakiegoś dużego znaczenia. W tym wszystkim ginie motyw magii ograniczonej wyobraźnią – motyw ciekawy i stwarzający ogromne pole dla wyobraźni - który jak wnioskuję po tytule konkursu, miał być wątkiem przewodnim, a nie jedynie pewnym elementem świata przedstawionego.

 

Konkludując – tekst jest napisany całkiem sprawnie, początek wydawał się obiecujący, jednak ostatecznie moje oczekiwania nie zostały zaspokojone, mam wrażenie, że historia urywa się i nie ma w obecnym kształcie zakończenia. 

Po przeczytaniu kilku pierwszych akapitów musiałem niestety odpuścić. Rozumiem, że interpunkcja może nie być Twoją mocną stroną, jednak brak kropek na końcu zdania w moim przekonaniu jest mankamentem nie do obejścia. Chętnie przeczytam resztę, jeśli poprawisz ten tekst.

@mr.maras – dziękuję za kliczka i czekam z niecierpliwością na uzasadnienie.

@Koala75 – gwiazdki też spoko, najważniejsze, że się podobało ;)

@kronos.maximus – trop z mniejszościami seksualnymi trafny, od tego się zaczęło, ale generalnie chciałem napisać tekst o tym jak bigoteria niszczy ludzi i prowadzi ich do wyparcia się własnej natury i własnych potrzeb. Doświadczają tego różni ludzie, również heteroseksualni.

 

 

Mam do tego tekstu mieszane uczucia. Z jednej strony choć motyw zmiany ciała, rozszczepienia osobowości etc. są stare i mocno wyeksploatowane, to opowiadanie czyta się bardzo miło. Po drodze jednak mam sporo zgrzytów. Przede wszystkim postać głównego bohatera, który jak ciele przyjmuje, że zona przyprawia mu rogi i płaszczy się, by go na nowo pokochała.

Szczerze mówiąc – oczekiwałbym raczej, że jego zamiarem jest wywiezienie żony na odludzie, by ją ta ukatrupić. W takim scenariuszu plot twist polegający na jego przemianie byłby – w moim przekonaniu – dużo mocniejszy (bo to żona okazuje się być gorsza w tym tandemie), a scena zamordowania wiedźmy na koniec – lepiej umotywowana. W tej chwili mamy bohatera, który kocha swoją żonę na tyle, by jej darować domniemane zdrady, a później dość spontanicznie podejmuje decyzję, że musi ją zabić. I robi to w biały dzień, przy świadkach. Nie klei mi się to w ogóle.

Trochę też zgrzytał mi język, który momentami jest dość sztuczny, zarówno w opisach, jak i dialogach. Przykład:

 

Otworzyć piwo, pójść do biura i mieć na to, ładnie mówiąc, wywalone.

 

Dlaczego on ma wywalone, a nie na przykład “wyjebane”? Dlaczego mówi “ładnie”, skoro w poprzednim akapicie zdaniu mówi zupełnie nieładnie? Podobnych jakichś takich dziwnych zdań i sformułowań jest tu więcej, np. “Nieporadnie i z trudem, ale radzi sobie.” (nieporadność oznacza właśnie, że ktoś sobie nie radzi) albo “Zdążyłeś mnie uprzedzić.” (uprzedzić znaczy właśnie zdążyć przed kimś w czymś).

 

Konkludując – pomysł jest, przyjemnie i lekko się to czyta, jednak myślę, że warto byłoby jeszcze nad tym posiedzieć :)

 

 

 

 

Bardzo przyjemne i nieźle napisane. Chociaż musze przyznać, że początek był zbyt obiecujący, ponieważ zakończenie pozostawiło mnie z poczuciem niedosytu – mam wrażenie, że jest urwane, brakuje mi w tym jeszcze akapitu lub dwóch na pointę. 

Cześć, borku321321, napisanie historii życia w kilku tysiącach znaków to bardzo trudna sztuka – niestety, trzeba powiedzieć, że nie podołałeś zadaniu. Poza wymienionymi wyżej błędami i potknięciami, wytknę to, że na zmianę używasz czasu przeszłego i teraźniejszego – nie przeszkadza to w zrozumieniu tekstu, ale w odbiorze już tak.

 

Przede wszystkim cały tekst trudno nazwać opowiadaniem, a streszczeniem. Pokazujesz kilka następujących po sobie kadrów z historii, które są ze sobą raczej luźno powiązane – wyrzuć jeden z tego ciągu, a całość w ogóle na tym nie straci. Moim zdaniem w tak krótkiej formie powinieneś raczej skupić się na jednym wydarzeniu, umieść je w centrum, a pozostałe wykorzystać do zbudowanie jednego kontekstu. Na przykład: Zaczynasz od zamachu na bohatera, pokazujesz twarz zamachowca, przywołujesz wspomnienie z dzieciństwa Kiry i propagandowego filmu, który oglądał kiedyś tam. I niech to wspomnienie jakoś go poruszy, niech dotknie czułej struny i do czego prowadzi. W tej chwili wygląd zamachowca nie ma właściwie żadnego znaczenia.

 

Dwie rzeczy mi się podobały: kiedy Kira czyta w książce, że żołnierz może zabić 10 potworów, a generał sto tysięcy.  Takie zdanie byłoby jeszcze mocniejsze, gdybyś dodał, że dlatego Kira chciał zostać prezydentem, bo prezydent może zabić wszystkich. Druga rzecz to zdanie, że złość pochłonęły meble. Proste, a jednak barwne i pełne treści. 

 

 

Takie newsy na początku tygodnia, nice :) Gratulacje dla wszystkich, którzy się załapali :)

 

Podbijam pytanie, czy ścieżka B też ma wysyłać maile w wiadomości prywatnej :)

Przede wszystkim wywaliłbym ten przydługi wstęp, w którym przedstawiasz sytuację, wprowadzasz króla i jego doradcę – jest to zupełnie zbędne, bo, jak sam zauważasz, wszyscy znamy legendę.

Dopracowania wymagałaby również postać kosmity, którego motywy są dość niejasne – najpierw sam zwraca się do Dratewki, prowokuje systuację, a potem próbuje się z niej wymigać, w końcu opowiada szewcowi wszystko, choć sam wie, ze nie ma to najmniejszego sensu, bo ten nic nie zrozumie. No i jak na swego rodzaju parodię brakuje w tym wszystkim jakiejś błyskotliwej pointy. 

 

Żeby nie było, że tylko krytykuję – pomysł jest całkiem przyjemny, choć spodziewałem się raczej, że to ten kosmita jest smokiem, który nie pożera krów tylko porywa je do celów badawczych :)

 

 

 

Stojący za nią niewielki mech, duży jak osobowy samochód.

To niewielki, czy duży?

 

“Lufa działka była skierowana w kierunku głowy męższczyzny, który nagle przestał krzyczeć i stanął jak wryty.”

 

Masło maślane. Błąd z “męższczyzną” powtarza się w tym tekście kilka razy.

 

Pomijając błędy, to w tekście brakuje pointy. A tego bym oczekiwał po takiej objętości znaków – zakończenia, które mnie zostawi z jakąś rozkminą. 

 

 

 

Nieźle napisany, przyjemnie się czyta, czego duża zasługa w stylu narracji, przypominającym teksty Lovecrafta. Fabularnie nie ma się co tu czepiać – historia była ukuta naprędce, więc siłą rzeczy jest prosta i niezaskakująca (ciekawsze moim zdaniem byłoby ujawnienie tożsamości Lilith pod koniec). Najbardziej brakuje mi w tym wszystkim głębszego wejrzenia w postać bohatera, opisu tego jak jedzie w dół po spirali szaleństwa. Tak czy inaczej – nie jest źle :)

 

Doczepię się natomiast tego fragmentu:

Oczywiście funkcjonariuszy czytających ten list, wzburzy fakt, że grupa młodzieży chadzała sobie do przybytku, gdzie wbrew prawu federalnemu spożywano alkohol. Tak samo oburzeni będą właściciele tego siedliska grzechu, niech ich piekło pochłonie, tym, że za pomocą mego wyznania, demaskuję ich przestępczy proceder.

Studenci to już raczej nie młodzież, lecz dorośli ludzie. A nawet biorąc pod uwagę, że akcja dzieje się w czasach prohibicji (o czym nie wspominasz) picie alkoholu nie jest raczej czymś co wzburzałoby policję. Szczególnie w kontekście okoliczności, w jakich funkcjonariusze mają się o tym fakcie dowiedzieć :) Podobnie nie wydaje mi się, żeby “oburzenie” było tym, co czują ludzie, kiedy wychodzi na jaw, że mają wampira w lokalu ;)

 

Magdaemko, wszyscy doskonale wiemy czym jest prolog i jaką funkcję pełni. Streszczanie wydarzeń tą funkcją na pewno nie jest – nawet jeśli jest to jedynie część planowanej przez Ciebie historii, to przytaczasz tutaj zbyt dużą ilość faktów, w dodatku w bardzo suchej formie, wykładasz sporo kart na stół co powoduje, że czytelnik traci zainteresowanie.

Nie chcę torpedować Twoich pisarskich planów, ale ten prolog nie jest dobrym wprowadzeniem.

Wyjściowy pomysł na to, żeby bohaterką była córka bogini życia, która pod wpływem rozpaczy morduje ludzi jest moim zdaniem bardzo ciekawy. Problem w tym, że forma w jakiej prezentujesz tę historię jest zbyt krótka, by dobrze wprowadzić taką postać, rozwinąć ją i pokazać przemianę. Nie snujesz opowieści o niej, a jedynie streszczasz fakty. Przykład – piszesz, że ambsadorzy rodziny królewskiej zmanipulowały bohaterkę, wmówili jej kłamstwo. No to pokaż to, na przykład pod postacią dialogu bohaterki z takim ambasadorem. Wspominasz o listach, więc pokaż taki list. Niech bohaterka zakrwawionymi placami weźmie do ręki kawałek pergaminu z miłosnym wyznaniem, a potem spojrzy na martwego męża, który to pisał. Zaręczam ci, że to zrobi dużo lepsze wrażenie, niż wyłożenie kawy na ławę: “dostawała kwieciste listy, które okazały się kłamstwem”.

 

Podsumowując: masz pomysły, ale nad techniką musisz popracować :) 

 

 

 

Hej, Morderco :) kosmetyka też ważna rzecz, gdyby nie Wasze uwagi ten tekst byłby naszpikowany głupotkami i babolami. Dlatego jeszcze raz dziękuję za betowanie, komentarz i polecenie :D

 

Pozdrawiam :)

Tekst jest napisany dość poprawnie, bez fajerwerków co prawda, ale też bez żadnych większych zgrzytów. Niestety, jest to chyba jedyny jego walor. 

 

Główny zarzut to długość tekstu nieproporcjonalna do jego treści. Albo inaczej: treści to tu jest od groma, tylko że nie ma ona żadnego znaczenia dla opowiadanej historii. Na przykład – cały opis wizyty w recepcji zajmuje więcej niż 1/10 całości, a niczemu właściwie nie służy, tak samo jak cała następująca po nim rozmowa z dyrektorem placówki. 

 

Sama historia butów nie zrywa, bo właściwie też nic tu nie ma: facet robi zakupy, rozsnuwa swój wampirzy urok i wszyscy padają przed nim na twarz. Trochę mało, jak na tekst tej objętości. Finał był o tyle zaskakujący, że w ogóle nie pasował do poprzedzającej go treści – po tym jak bohater snuje się po tym banku, targuje i wdaje w nie mające znaczenia rozmowy spodziewałem się, że potrzebuje tej krwi na jakąś wampirzą bibkę. A tu się okazuje, że chciał ją dać na ratowanie dzieci. Hm, a czy w takich sytuacjach pośpiech nie byłby opcją bardziej wskazaną? W dodatku dość rozbawiła mnie konkluzja, że niewiele trzeba, by móc być człowiekiem. No raczej, jak się jest wampirzym księciem, a wydaje się jakieś śmieszne pieniądze na krew dla potrzebujących, to faktycznie jest to niewiele. Jak na dramat zabrakło tu jakiejkolwiek dramatyczności, bo i wydarzenie, które było zapalnikiem dla całej historii przybrało postać beznamiętnej relacji z wiadomości.

 

 

 

Zygfryd89, Irka_Luz, dzięki za komentarze :) Od początku taki był zamiar, żeby to była tylko scena – krótko i bez zagłębiania się w świat przedstawiony ;)

Przez większość czasu czytało się przyjemnie i z zaciekawieniem brnąłem przez tekst. Zgrzytać zaczęło dopiero przy rozmowie z Lucyferem. Niebo i Piekło jako biurokratyczno-korporacyjny koszmar to motyw już dość wymęczony i mógłbym to jeszcze przyjąć, gdyby całość prowadziła do jakiejś zaskakującej konkluzji – tak się niestety nie stało. Słaby jest również epilog. Raz, że to dość suchy, kronikarski opis zdarzeń, a przecież w poprzednich częściach występowały plastycznie opisane sceny i niewymuszone, lekkie dialogi. Dwa, nie do końca jasna jest motywacja Gabriela. Niebiańska machina strąciła go i zajęła się pozorowanie przygotowań do powtórnego przyjścia, ani niebo ani piekło nie chce końca świata, bóg jest na wszystko obojętny, a tymczasem Gabriel cały czas szuka odpowiedniej Marii, w końcu ją znajduje i szykuje się by udzielić jej błogosławieństwa. Pytanie: po co? Nie wyłapałem tego w ogóle.

 

Pozdrawiam :)

Dziękuję za komentarz, regulatorzy 

 

Poprawki wprowadziłem, nawet się nie zastanawiałem, że “syf” może być nieodpowiednim słowem ale sprawdziłem i przyznaję Ci rację :)

 

 

Znakomity tekst

 

No, takiego określenia na to opko się nie spodziewałem. Ale i tak ogromnie się cieszę, że przypadło Ci do gustu, Ambush :D Dzięki za komentarz :)

Cześć, Krokusie :)

 

Dziękuję za komentarz i cieszę się, że się podobało :) Teraz kilka słów wyjaśnienia:

– pies już był wolny, bo przegryzł sznur, ale nie opuszczał domostwa, wciąż czekał na swoich właścicieli. Ceandric zdecydował się zabić go, żeby oszczędzić mu cierpienia – zwierzak był już stary i zniedołężniały (nie widział dobrze, ledwie się ruszał). Podobnie zresztą druid postąpił w małymi burołami, które bez matki nie miały żadnych szans na przeżycie

– wskazówki co do tego co się stało z krainą są ukryte w kilku wypowiedziach. Ceandric wspomina o tym, że konsekwencje działań Yuny, które przyszły “bardzo tłumnie”, że bieda z Vinterrike nie zniknęła, a jedynie przeniosła się gdzie indziej, i że dobrobyt w królestwie został okupiony kosztem innych, którzy w końcu przyszli odebrać to co ich. W końcu Isbel też wspomina o wojnie, która spustoszyła kraj. Pierwotnie chciałem pokazać obrazki z tego, jak sąsiednie państwa najeżdżają królestwo, które bogaci się przez nieuczciwe i niebezpieczne manipulacje czarodziejki, ale trochę mi to burzyło porządek tekstu, dlatego spróbowałem przemycić informacje o tym w innych miejscach :)

 

Podobieństwa do Wiedźmina raczej zamierzone, a z postaci druida jestem nieskromnie mówiąc dumny i w przyszłości planuję jeszcze coś tutaj o nim wrzucić ;) Dzięki za polecenie!

 

 Przyjemny tekst. Jest troszkę zgrzytów, które jednak nie mają większego wpływu na odbiór całości (np. na chwilę musiałem przerwać czytanie, by odpowiedzieć sobie na pytanie – czy syrena może czuć smak słonej wody, w której żyje? ;)).

Koniec delikatnie sugeruje, że syrenka w przyszłości sama stanie się czarownicą, która będzie zabierać młodszym głos – nie wiem, czy taka była Twoja intencja, ale chętnie poczytałbym więcej o takiej postaci :)

Hej, Alicello!

 

Betowanie od tego jest, żeby marudzić ;) Dziękuję i za betę i za pozytywny komentarz, i za zgłoszenie do biblioteki :)

 

Pozdrawiam!

 

Cześć, ośmiornico, dzięki za komentarz i cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu, nawet mimo braku opisów :) Co do chochlika to już go złapałem i wywaliłem ;)

Myślę, że tekst by sporo zyskał, gdybyś jednak postawił na pierwotny plan. Choć wierzę, że można napisać dobrą literaturę bez wyrazistego głównego bohatera, to jednak wciąż jestem zwolennikiem szkoły, że to zmotywowany i posiadający cel bohater jest lokomotywą, która ciągnie za sobą czytelnika, nawet jeśli fabuła to nic specjalnego. A jeśli po drodze bohater musi coś stracić albo sprzeniewierzyć się zasadom, żeby swój cel osiągnąć, to już w ogóle cud-miód-malina ;)

 

W moim odczuciu taka zmiana narracji jest nie tyle błędem, co raczej nieprzemyślanym ruchem. Rozumiem jeśli narracje są wymieszane w równych proporcjach – wtedy widać w tym jakąś celowość i estetykę. Tutaj jednak miałem poczucie, że zacząłeś pisać w pierwszej osobie, ale nie wiedziałeś jak z tej strony ugryźć zakończenie.

Pozdro :)

Dzięki za komentarz Starycjuszu :)

 

W kwestii opisów – jako czytelnik sam nie przepadam za wyłożonymi prosto na tacy opisami osób, miejsc, o ile nie jest to absolutnie niezbędne. A jako pisarzowi sprawia mi też większą frajdę, dozowanie cześci informacji w różnych miejscach tekstu – dlatego choć na pierwszy rzut tego może nie widać, pies jest opisany dość dokładnie ;)

 

Pozdrawiam :) 

Przyjemny szort, który trzyma w napięciu w przerwie między dialogami ;) Niektóre z nich w moim odczuciu psują atmosferę, brzmią sztucznie (”cóż to za niesubordynacja”) albo spowalniają tempo (całe to wyjaśnianie przez dyra, że alarm nie działa i zapis rozmowy uczniów czwartej be). Przez to nie byłem w stanie w pełni w pełni poczuć grozy sytuacji.

Ładnie napisany tekst. Twist na koniec przyjemny choć byłby nieco przyjemniejszy, gdyby nie okazało się, że główny bohater jest jednak trochę hipokrytą – trudno mi inaczej wytłumaczyć jego postawę. A przy okazji – on ma na imię Jim, czy Hubert? ;)

Opowiadanie fajne, z ciekawym pomysłem na świat, zrealizowane sprawnie. Mam jednak pewne ale:

– brak bohatera – narracja pierwszoosobowa sugeruje, że narrator jest postacią centralną, tymczasem tutaj tak nie jest. Narrator jest tylko niemym i całkowicie biernym obserwatorem. Zalążki bohatera widzę w dowódcy, który posiada jakiś cel i motywację i nakręca akcję, ale w takim razie nie bardzo rozumiem, dlaczego to nie on został narratorem.

zmiana narracji w ostatniej części na zaledwie pięć krótkich akapitów mocno zgrzyta. Rozumiem w jakim celu to zrobiłeś, jednak jestem pewien, że można było pokazać prawdziwą twarz obcych pozostając w pierwszej osobie (np. ledwie żywy narrator podsłuchuje rozmowę obcych, którzy informują się, że lecą kolejni wybrańcy).

przewidywalne zakończenie – członkowie załogi bardzo lekko podchodzą do zagadki ich wizerunków i chętnie przystają na prośbę obcych, co sygnalizuje, że już dość mocno sygnalizuje, że pchają się w pułapkę. 

 

Na pochwałę za to zasługuje ciekawym pomysł na to jak realizowania jest kosmiczna kampania :)

Hej, dawidiq150, dzięki za komentarz :) Przyznaję, że scena z psem również należy do moich ulubionych ;)

 

Pozdrawiam :)

@vrchamps

Takiej interpretacji się nie spodziewałem, ale dziękuję za komentarz :P

 

@regulatorzy

@Ramshiri

@Koala75

Wam również dziękuję :)

Faktycznie, dość szybko można domyślić się kierunku historii, wcześnie też nasuwa się myśl, czym smok jest naprawdę i jaki ma być ogólny przekaz tekstu. Nie przeszkodziło to jednak w czytaniu, a zakończenie, choć nie wbiło w fotel, nie było też zupełnie przewidywalne. Główny problem, jaki mam z tym tekstem to to, że jest on krótki – myślę, że pomysł na smoka-fabrykę dobrze spisałby się w dłuższej formie :)

Mnie również ten szort nie porwał. Zmieniłbym przede wszystkim szyk akapitów, tak aby dopiero na sam koniec ujawnić co powstrzymało narratora przed pójściem z demonem. Ponadto rzuciło mi się w oczy:

 

W końcu Uin przemówił. Głos mówił powoli i brzmiał ponuro, jak u starca, który nie dba już o życie.

 

Połączyłbym to zdanie w jedno aby uniknąć powtórzeń i dwóch podmiotów, np. W końcu Uin przemówił, powoli i ponuro jak starzec, który nie dba już o życie.

 

Pozdrawiam

Kiedy mój sierściuch w zeszłym roku chorował, po raz pierwszy uderzyło mnie, że to może być jego koniec i ta wizja mocno mną wstrząsnęła. Tym bardziej współczuję Ci straty przyjaciela, Homarze.

 

Okazało się, że są lepsi kandydaci do wygranej ;)

@MordercaBezSerca

@Równowaga Cienia

@None

@Michał Pe

 

Dziękuję za komentarze :)

 

Co do wyjaśnienia co się zepsuło. Nie jestem pewien, czy jest to aż tak ważne, bo sam jako czytelnik przychodzę raczej poznać bohatera i jego sytuację, a nie opisy zjawisk dziejących się wokół niego. Szczególnie, że bohater-narrator sam daje do zrozumienia, że właściwie nie potrzebuje takiej wiedzy. Przyznaję, że taki unik jest wygodny, ale opko powstało na konkurs gdzie warunkiem było zmieszczenie się w 1000 słów, wolałem skupić się na innych kwestiach ;)

 

@Outta Sewer

@FilipWij

@bruce

@Edward Pitowski

@silver_advent

 

Pięknie dziękuję za Wasze komentarze, miło się je czyta ;)

Tak jak przedmówcy bardzo dobrze się bawiłem czytając ten tekst i również nie uważam, by był grafomanią – niestety, sformułowania w nim zawarte są zbyt dobrze przemyślane ;)

@dogsdumpling.

 

Generalnie ekspedycja składała się ze specjalistów różnych dziedzin (bohatera znajduje biolog, fizyk, inżynierka) – nie wszyscy potrafili projektować. Ponadto jej członkowie trafiali nie tylko w różne czasy, ale też różne miejsca. Bohater sam dopiero później dowiedział się, gdzie trafił, a gdy o tym mówi stwierdza, że wielu przed nim “nie miało szczęścia” – miała to być drobna sugestia, że po prostu nie przeżyli podróży, co uszczupliło możliwości działania.

Pozostali zaś przez cały czas skupiali się na innych środkach ratowania sytuacji, póki nie zrozumieli, że Kopuła jest ich jedynym wyjściem. Nie wydaje mi się, by chętnie brali pod uwagę opcję, przed którą de facto uciekali ;)

Co do Nowej Zelandii to zdaje się, że przy wybieraniu miejsca brałem pod uwagę czynniki takie jak ukształtowanie terenu, ilość wód lądowych  i jakość gleb, ale prowadziłem ten research już jakiś czas temu i głowy nie dam, czemu padło akurat na nią. Na coś musiało ;)

 

Dzięki za komentarz. 

Dzięki za komentarz :) Słusznie, że masz wątpliwości – ja jestem z kolei przekonany, że nawet jeśli mamy dane o przeszłych wydarzeniach, to wciąż przejawiamy tendencję (jako społeczeństwo) do wymazywania faktów z naszej świadomości, przekręcania ich i podporządkowywania własnym wizjom i ideologiom :)

Wygląda mi to na przedstawienie transmisji patostreamera, która torturuje kobietę na wizji. Ale głowy nie dam, ponieważ zdania są chaotyczne i dziwne. Ponadto, jak wspomniano wyżej, to nie jest opowiadanie. Nie ma tu historii, nie ma właściwie bohatera, jest opis jednej sceny, który i tak musiałem przeczytać dwa razy, by cokolwiek z niej wyłuskać.

Dzięki za uwagi, wezmę sobie do serca te kropki :) Co do duszy, chodziło mi o to, że duchy wzięły duszę dziecka, z którym dziewczyna była w ciąży – druid uzdrowił ją trzy miesiące przed porodem, nie wiedział, że będzie miała dziecko.

Masz rację, archaizmy brzmią fajnie, ale nie są moją mocną stroną, będę uważał na przyszłość :) Dzięki za komentarz :)

Dzięki za opinię, cieszy mnie, że się spodobało :) Co do zakończenia to myślę, że nie było ono aż tak otwarte, moim zamierzeniem było zasugerowanie, że narrator raczej nie wyjdzie żywy z lasu. Babolki postaram się jeszcze dziś usunąć, dzięki za ich wskazanie :)

Też nie do końca wiem, o co chodzi z tym opowiadaniem. Czyta się dobrze, styl jest lekki i przystępny, dużo gorzej z fabułą. Poświęciłeś sporo miejsca na opisanie ucieczki pierwszego bohatera tylko po to, by zasugerować, że to do niego należał tamten dysk. Moim zdaniem ta pierwsza scena nie ma żadnego znaczenia dla dalszej historii, tylko wprowadza niepotrzebne komplikacje, o której wspominała “ocha”. Z drugiej strony mam wrażenie, że dwie ostatnie części opowiadania były pisane na chybcika, byle tylko stworzyć jakąś nić między sceną na wysypisku a finałem.

Do tego co pisali inni dorzuciłbym jeszcze strasznie nieporadnie sklecone zdania, które w ogóle nie czynią czytania ani trochę przyjemniejszym. Tylko dialogi są zabawne, w sensie zabawna jest ich treść, ale podejrzewam, że to nie było zamierzone.

 

A czemu tatuaże od czapy? ;> Coś musi kanarów od innych ludzi odróżniać, tak samo w komunikacji kiejskiej kanar wchodzi a następnie wyciąga legitymację

 

Legitymacja to jednak coś innego – to dokument identyfikujący pracownika, zawiera imie, nazwisko, jakieś tam numery. A ten tatuaż to, jak dobrze pamiętam, tylko logo korporacji. Anyway – tatuaże to dobry sposób oznacza przynależności do gangu, a nie do korporacji. A już tatuaże na twarzy kojarzą się jednoznacznie – przynajmniej ja mam takie skojarzenia – z Maorysami i kolesiami pokroju Popka. Ani jedni, ani drudzy nie pasują mi do kanara o imieniu Henryk. Ale tylko się czepiam.

 

I tak samo kanar wychodząc z autobusu chowa legitymację pod kurtkę. U mnie w opku kontroler w autobusie jest półbogiem (chroniony przez korporację), ale na ulicy korporacja już mu gwarantu bezpieczeństwa nie daje.

Podejrzewam, że jakby kanarzy chodzili z legitymacjami na wierzchu cały czas, to natychmiast rzucaliby się w oczy i płoszyli gapowiczów – i to dlatego je chowają :) No właśnie to jest trochę dziwne, że korporacja inwestuje w ludzi, robi im operacje, daje ekskluzywny sprzęt, kontroluje ich życie prywatne… ale nie zapewnia im bezpieczeństwa kiedy wyjdą na ulicę? To marnowanie pieniędzy.

 

A co zgrzytało w dialogach (jesli zechciałbyś uściślić)?

Przede wszystkim słowa takie jak “abominacja”, “nędznik”, “psia jucha”. Nijak nie pasuje mi to ani do gatunku ani do wydźwięku tej historii.

 

Podobnie jak i pozostałym podobał mi się motyw korpo-kanara, pracującego na swoją legendę, a także ciekawe detale (tylko te tatuaże wydają mi się odrobinę od czapy). Jednak nie kupuję Henryka jako bohatera, który wydaje mi się trochę zbyt elastyczny – z jednej strony nie ma oporów, żeby uciąć kobiecie palec, z drugiej cykorzy zaraz po wyjściu z autobusu na ulicę i chowa swoje insygnia. Ponadto Jak na mój gust nieco zbyt szybko zdradziłeś, kim jest Stanisław. Na plus zaliczam fajny, klarowny styl, dzięki któremu wszystko czyta się lekko i przyjemnie, z drugiej strony dialogi momentami zgrzytały.

Dziękuję za uwagi, wprowadziłem już poprawki :) Przyznaję, że mam problem z literówkami i innymi błędami – czytałem ten tekst kilka razy i nie wszystko udało mi się wyłapać. Dzięki również za poradniki, na pewno się z nimi zapoznam.

Dziękuję za uwagi. Szczerze mówiąc nigdy nie zwróciłem uwagi na spacje po myślnikach, wkrótce to poprawię :)

Nowa Fantastyka