Profil użytkownika


komentarze: 764, w dziale opowiadań: 525, opowiadania: 257

Ostatnie sto komentarzy

Sympatyczne, bo i “jakbym już gdzieś to widział”. Rzeczywiście są braki w interpunkcji.

Zawsze mam problem z tak krótkimi tekstami. Przy tylu znakach trudno coś sknocić. Mniej pola, żeby się przyczepić. A skoro nie można się przyczepić, to dlaczego nie biblioteka? Z drugiej strony to tylko fraszka na uśmiech. Nie pełnoprawne opowiadanie. Przynajmniej wg mnie.

Ale mimo wszystko może i dałbym punkt, bo nieźle napisane. Daj znak życia, jeśli jeszcze tu bywasz, to popchniemy.

Bardzo dawno już przeczytałem, kilka lat temu i chyba nie wiedziałem, co powiedzieć, bo nie skomentowałem i zostawiłem w kolejce. Cały ten czas później… kojarzyłem tytuł. Zdziwiłem się, że wciąż jest na liście, bo byłbym przysiągł… Gdy zacząłem czytać, od razu powróciła puenta (choć zapomniałem, że “bohaterów” było dwóch). Ale większość jednak wyparłem.

Myślę, że tu absolutnie nie ma czego się czepiać. To znakomity tekst, ale w stylu, którego nie lubię. Z fabułą, za jaką nie przepadam. Dlatego szybko o nim zapomniałem i raczej bym z przekonaniem nie polecił. Ale doskonale rozumiem, że jeśli ktoś takie teksty lubi, to warsztat w pełni profesjonalny, żadnych zgrzytów, akcenty prawidłowe, majstersztyk.

Jeśli ktoś lubi.

Przyznam się, że ja do tej pory mam ciarki, gdy to czytam, a przecież sam to napisałem… Trochę dlatego, że czuję jakąś emocjonalną więź z Dessardem, bo dużo razem przeszliśmy. No i też mam córkę. Przedstawiam wydarzenia, które mają miejsce wiele, wiele lat po Szarańczy. Kilka wieków. Napisałbym więcej, ale nie chcę spoilerować tej powieści, której nigdy nie skończę :D Powiązanie jest więc raczej luźne, jak pisałem. I przede wszystkim w mojej głowie.

Dzięki za ten rajd, Suzuki. Miło jest tak czasem wrócić do tych starych tekstów. Nawet jeśli wydają mi się obecnie dość koślawe.

Witam ponownie, Suzuki M ;)

Waćpani mnie konfunduje ;) Nie było nominacji, widać nie zasłużyłem, przecież system działa dobrze ;) Nie, nie, żartuję, to akurat opowiadanie jako chyba jedyne załapało się jeszcze na stary, dobry system i nigdy później nie odwiedziło mnie tyle znamienitości. Skoro uznały, że nie, to nie. Zresztą to mój pierwszy (upubliczniony) tekst i jest, jaki jest, już nie przesadzajmy. Powstał bodaj w trzy dni – a trzeci to ta wspomniana autokorekta (ech, naiwności!). Kiedyś myślałem, że to długo ;) A właściwie to kiedyś po prostu pisałem zamiast myśleć, więc nie traciłem czasu.

Teraz patrzę na to wszystko już z pewnym pobłażaniem…

Ja nie mogę uwierzyć, że 25 lat temu zaczynałem pisać, bo mi się wydaje, że tyle mam lat :D

A trzeci tekst to ten: O tej, co nie bała się myszów i szczurów. Choć z komentarzy wynika, że tam akurat nie wydzieliłem go należycie z reszty historii.

A i ostatnio popełniłem postapo, przy którym zastanawiałem się, czy nie wchłonąć go do uniwersum, ale ostatecznie się nie zdecydowałem. Jak tak siebie czytam, to chyba postapo bardziej mnie reprezentuje niż ten Lovecraft. Choć w powieści miałem akurat solidną porcję macek i glutów ;)

 

Dzięki :) No, pewnie “nie pykło”. Gusta to rzecz zabawna.

Wiesz, to nie tak, że to są części. Mam nieskończoną/porzuconą powieść, przy okazji której wymyśliłem kilka tysięcy lat historii (bo i zacząłem grubo ponad 20 lat temu, choć oczywiście to nie była jakaś ciągła praca) i miewałem takie chwile, że chciałem bardziej zagłębić się w jeden z owych wymyślonych okresów. I wówczas powstawało takie opowiadanie jak to. Albo to wspomniane wcześniejsze. Albo pewne inne, które tu wrzucałem. I jedyne, co je łączy, to chronologia, tło. Tylko o to chodziło. Nie ma tu żadnej ciągłości.

A postapo? Mnie się wydaje, że w owym czasie, te 5 lat temu, postapo w zbiorowej świadomości jeszcze nie wybiegało specjalnie poza Mad Maxa, piasek, promieniowanie i mutanty. To dopiero zaczynało wybijać. A 20 lat temu było jeszcze całkiem świeże (nie że zupełnie nowe, ale wciąż intrygujące). U mnie się, szczerze mówiąc, wzięło z kombinacji dwóch pomysłów – mojej wizji zaczynającej się tam, gdzie Warhammer się kończy “ok, no to pobiliśmy Chaos, świat spłonął i co teraz” oraz kumpla, który mi mówił “jasne, ale dodaj do tego coś ze Strugackich”. Urosłem, Chaos poszedł precz, ale zniszczone artefakty starego świata pozostały.

W każdym razie zmierzam do tego, że 5 lat temu to jeszcze nie dla wszystkich było postapo moim zdaniem. Ale mogłem nie być na czasie. Teraz, niestety, to już bardzo powszechne tło. Jeszcze nie sztampa, ale ona już wygląda zza rogu.

I tak czy owak – miło mi, że i nad tym testem się zlitowałaś :) Pozdrawiam.

A co tam się będę bronił – jeśli wyszedł Lovecraft, to niech będzie, że Lovecraft. Grunt, że się podoba. Dzięki raz jeszcze, Suzuki M.

A to niespodzianka, Suzuki M. Cieszę się, że się zlitowałaś nad tym tekstem i poprawiłaś mi przy okazji nieco humor :) Bardzo Ci dziękuję.

Ech, te piórka, biblioteki – nie pierwszy raz to słyszę i to już któryś tekst tak oceniany… za kulisami, powiedzmy. Jakoś nie miałem szczęścia do portalu. Cóż, lubię długie opowieści, a te nie mają tu aż takiego wzięcia. Ciekawe, jak wyglądałoby moje pisanie, gdybyś napisała te słowa 5 lat temu. Może podobnie, może zupełnie nie, kto to wie, kto to wie :)

Tak czy owak – miło, że napisałaś je teraz. Pozdrawiam.

Dziękuję, Oidrin. Jak wyżej i zgodnie z obietnicą – możesz dać mi znać.

Wiesz, ja miałem świadomość, że to opowiadanie nie jest złe, dlatego wysłałem je do MC. Ale to co piszesz, to dla mnie wielki komplement. Naprawdę mi miło. Powinien to być również komplement dla Was wszystkich, bo to na portalu nauczyłem się zwracać uwagę na to, co ważne. Nie mam wątpliwości, że jeszcze ktoś przyjdzie ponarzekać, bo inaczej być nie może, ale już te pierwsze opinie są na tyle budujące, by wiedzieć, że było warto spędzić nad tekstem tyle wieczorów.

Czy mogła to być książka? Ja uznałem, że nie, głównie ze względu na (obawiałem się) średnio wyrazistego bohatera. Czy kilka razy więcej spędzonych z nim chwil, to nie zbyt wiele? Nie miałem pewności. Nie mogłem go już zmienić, bo taki był i kropka. Bez niego byłaby to zupełnie inna opowieść.

A druga sprawa jest taka, że ten tekst porzuciłem po pierwszym drafcie, te wiele lat temu, gdyż takie historie nagle stały się zbyt modne. Gdy zdecydowałem się go wskrzesić, z mocno zmienionymi akcentami, nie miałem już odwagi zaryzykować z powieścią. Zresztą – kto to wie, jak by było. Rynek wydawniczy też się stale zmienia. Przeważnie na gorsze ;) Ale, jak pisałem, pomysły jeszcze mam, spokojna głowa. Tylko czasu brak…

Nie, nie mówię, że nie ma różnych możliwych konsekwencji. Oczywiście, że są. Tylko nie mam pewności, jakie dokładnie. Przychodzi mi do głowy mnóstwo rozwiązań, przez co moc zakończenia słabnie.

No, finał s1 Twin Peaks był znakomity, taka ogólna katastrofa, ale to uderza prawidłowo tylko wówczas, gdy spodziewasz się rozwinięcia w kolejnym sezonie. Choć z tego co pamiętam, ja nie rozumiałem w latach 90-tych pojęcia sezonów, więc po prostu czekałem na kolejny odcinek. Gdybym tu się spodziewał dalszego ciągu, taki cliffhanger byłby bardzo na miejscu. Tyle że się nie spodziewam. Ale skoro tak się odgrażasz, że będzie… ;)

Pozdrawiam.

@Arya

Chciałem napisać, skąd moja infodumpofobia, ale już nie będę odkrywał wszystkich kart ;) Skoro się tych zrzutów nie czuje, to znaczy, że wykonałem dobrą robotę, gdy je ukrywałem :)

Schematy jako fundament lub spoiwo są całkiem korzystne, bo czytelnik od razu czuje się jak w domu i tłumaczyć też nie trzeba za wiele (oszczędzając liczbę znaków, czas ekranowy etc.). Za to na tym można już budować własne konstrukty. Skupiłem się ostatnio na analizie znanych i lubianych fabuł i do takich właśnie wniosków doszedłem. Zresztą Ocha i Enderek bardzo mi pomogli opisami swojego odbioru, bo to też nie takie proste – nie można pójść za głęboko w schematy, a z drugiej strony punkty “wyłamania” powinny być wyeksponowane.

No, nie będę za dużo tłumaczył, bo przecież “ma to wyglądać, jakbym od początku wiedział do czego zmierzałem” ;)

 

@Irka_Luz

Może to i ponura wizja, ale w końcu miałem osiem lat na przemyślenie, jak sam bym próbował zorganizować takie miasto, gdybym nie miał tzw. hamulców. ;) I wyszło mi coś takiego. Może lepiej miejmy nadzieję, że nie ja będę organizować przetrwanie gatunku ;)

 

@Wszyscy

Dzięki za opinie, kliki i dobre słowa. Proszę się nie wykręcać, obietnica jest obietnicą, mam u Was dług wdzięczności. Nie mam już czasu, żeby aktywnie uczestniczyć w życiu portalu, więc mogę zrobić chociaż tyle. Oczywiście nie miałbym też czasu na 5 bet jednocześnie, więc po prostu – jeśli kiedyś gdzieś, to wiedzcie, że nie odmówię i będę starał się zmieścić w sensownym czasie :) Jak coś, to na priv.

Jak nie lubię szortów, tak ten czytało mi się znakomicie. Mieści w sobie imponującą ilość fabuły, szkoda, że poupychanej tak, że łatwo przeoczyć coś istotnego (ja np. ominąłem zupełnie Bastet, chyba przeskoczyłem wzrokiem, trudno powiedzieć, a pojawiło się to tylko ten jeden raz).

Ale… Zawsze jest jakieś ale.

Zacząłbym od zakończenia, bo to był chyba element kluczowy, a wyszedł kontrowersyjnie. Mnie raczej rozczarowało, pozostawiło bez puenty. O ile przeważnie lubię otwarte finały, tak ten po prostu nie dał mi możliwości samodzielnego snucia historii dalej. Słynne zakończenia z Incepcji czy Pamięci Absolutnej są tak mocne, ponieważ widz – choć nie dostaje odpowiedzi (to sen czy nie sen?) – potrafi sobie wywnioskować logiczne konsekwencje obu możliwości. Czyli tak naprawdę dostaje dwa zakończenia i sam musi wybrać, które woli. Podobnie jest np. w Teatrze Mistrza Tramonte imć Darcona, jeśli mowa o bliskim nam słowie pisanym (choć tam akurat mam jakieś dziwne uczucie, że widziałem coś zbliżonego w wersji animowanej… ale nie potrafię sobie przypomnieć). Tutaj natomiast… znamy dwie możliwości (zniszczyć/roznieść), ale wiemy, że kot nie chciał wybrać żadnej z nich. Co więc wybrał? Nie mam pojęcia, więc trop mi się urywa :) Puenty brak.

Poza tym jednak całkiem zgrabny tekst, satysfakcjonująco nietypowy bohater, ładnie zestawiasz dwa punkty widzenia, koci i psi, choć to też może być pułapka – przykładowo ja zdecydowanie wolę koty, więc psi punkt widzenia odruchowo uznałem za błędny. Psom się ciągle coś wydaje, myślałem sobie, więc tu pewnie też im się wydaje. Ale to tylko świadczy o tym jak łatwo dałem się wciągnąć w punkt widzenia kota :) A to duży plus. No i właśnie, dużo treści, a tylko w jednym fragmenciku (przedstawienie Strażników), jej wprowadzanie zabrzmiało lekko nienaturalnie. Reszta – płynie, wciąga i obiecuje tajemnicę. Za to brawa. Szkoda tylko, że nie domyśliłem się, na czym dokładnie owa tajemnica polega.

Jak to mam w zwyczaju, skupiłem się na tym, co niekoniecznie wyszło. Niemniej całościowo – i biorąc pod uwagę moją niechęć do szortów, której tu w ogóle nie odczułem – udany tekst. Czytałem z przyjemnością.

Takie moje mocne 5.

 

Nie znam, ale faktycznie, przeglądając pobieżnie widzę pewne podobieństwo wizji (niekoniecznie tej przedstawionej, ale tej przyświecającej “w tle”). A prawda jest chyba taka, że ja jeszcze w dzieciństwie byłem pod olbrzymim wrażeniem m.in. “Miasta skazanego” Strugackich. Nie wiem, czy je dobrze zrozumiałem, na pewno dodałem coś od siebie, lecz wiele moich pomysłów ma wspólne korzenie w projekcji tamtej książki na moją wyobraźnię, w tym i te tutaj. Nic w tym nie ma złego, normalna rzecz :)

Dzięki, Wilku. Celne uwagi, choć nie na wszystkie odpowiem. Wydaje mi się, że na pewnym etapie tłumaczenie “co autor miał na myśli” szkodzi – ot, po co psuć czytelnikowi humor, każdy powinien interpretować tak, jak uważa ;) Powiem tylko, że w moich założeniach Eylis ugrywa więcej niż “przeciwnik pozwala”, ponieważ owszem – tak jest dobra. Zgadzam się jednak, że pewne rzeczy można było nieco bardziej uwypuklić. Po prawdzie to od początku o tym wiedziałem, po prostu uwypuklanie często kończy się infodumpami, których – nie da się ukryć – i tak trochę tu jest. Więc odpuściłem tę kwestię. I teraz już raczej nie zmienię, bo ten tekst jest jak organizm w bardzo delikatnej homeostazie.

“Różańca” nie czytałem. Za to przyznam się, że pewne klasyki anime zawsze odciskają jakieś piętno, gdy wchodzę w cyberpunkowe klimaty. Dla mnie to pewien wzorzec, do którego często nieświadomie się odnoszę. Ale nie próbowałem budować oczywistych nawiązań, co to, to nie.

A co do narracji – baaardzo długo o tym myślałem. Wiesz, to jest stary tekst i już nie pamiętam, która to ze scen mnie w końcu przekonała, ale chodziło o to, że procesu “odkrywania” świata wraz z czytelnikiem nie dało się tak dobrze przedstawić z perspektywy trzeciej osoby. Co nie zmienia faktu, że pierwsza osoba jest faktycznie bardzo trudna w takim ujęciu – niełatwo uniknąć kolejnych infodumpowych rozkmin.

I to dwusetne piętro. Kurczę. Jak tak patrzę w moje przepastne annały, to ono zawsze tam było. W mojej wyobraźni budynek od początku był zdecydowanie niższy, ale tak czy owak – z tego co pamiętam z moich wewnętrznych uzasadnień, to chodziło o to, że lądują przecież na dachu. Więc nie mogło być to jakieś 20-te, bo byłoby pod nimi :) Czy aż dwusetne… no, pewnie nie. Nie wiem, jak mi to umknęło :)

Oczywiście, że odwiedzę Twój tekst. Jak tylko znajdę chwilę czasu.

Dzięki raz jeszcze.

 

@ManeTekelFares oj tam ;)

Dziękuję pięknie, Reg :) Bardzo się cieszę, że moje obawy się nie spełniły.

Wprowadziłem poprawki, zostawiłem tylko rysy twarzy, bo to właściwie taki niby-zbędny dodatek dla lepszego brzmienia. Śmiem uważać, że to dopuszczalne.

O cudzysłowach nawet na becie napisałem, że to już zostawiam redakcji do poprawy, bo sam miałem w głowie mętlik i znajdowałem sprzeczne informacje na ten temat (również w zakresie interpunkcji w takim zapisie – ostatecznie wzorowałem się na anglosaskiej, ale i to chyba nie zawsze). Zmieniłem wedle Twojej sugestii, bo z pewnością wiesz na ten temat więcej niż ja.

Nie odwdzięczę Ci się pewnie betą, ale tak czy owak kłaniam się nisko.

Dziękuję, Bruce, miło to czytać :)

Ponieważ tekst jest faktycznie rozmiarów słusznych, w ramach wdzięczności masz u mnie betę. Jeśli będzie Ci potrzebna, wyślij proszę wiadomość na priv.

Myślę, że przy takiej objętości – i mojej ograniczonej obecności na portalu – wypada zaoferować takie nietypowe rozwiązanie każdemu solidnemu czytelnikowi. Przeedytuję przedmowę w tym kierunku.

Droga Reg, jak na Twój gust to chyba rzecz jest zbyt zagmatwana… Ostrzegam lojalnie. Ale dziękuję.

Wiem, Reg.

Ale nie ma gdzie tego wysłać, poza rzeczywiście rozwinięciem w pełnoprawną książkę, ale na książki to mam inne pomysły, więc…

No, szkoda tych literek.

 

Edit: teraz się zastanawiam, czy jednak nie usunąć, ale… Hm.

Od kilku dni sprawdzam Valheim. Early Access, więc lekko pustawo, ale… No kurczę jest coś zarąbiście wciągającego w tym błąkaniu się po puszczy. Gram sam, więc tylko ja kontra las. Pewnie w końcu mi się znudzi, jednak przyznać muszę, że coś w tym jest.

Ale dlaczego? Trudno powiedzieć. Porównując do Death Stranding (któremu nic nie zarzucam, spoko jest) np. nie czuję się oszukiwany. Nie jest tak, że tup tup i przekroczyłem Appalachy. Nie ma punktów odniesienia, więc skala nie zakłóca imersji. Może to to. A może poczucie wpływu na otoczenie? Trudno zgadnąć.

Hm. Albo mi się zdaje, albo cena Death Stranding na Steam wzrosła dramatycznie w ostatnich dniach. Chyba przygotowują się do “promocji” 50%, gdzie cena będzie taka, jak na początku.

Długie to, Naz? Przy czym długie → dobrze.

Wrzuciłem sobie na wishlistę.

Muszę czymś wypełnić pustkę po The Elder Scrolls Online. Jeśli ktoś nie wie, to jest to bardzo solowalna gra. Grałem pół roku i przez cały ten czas konsekwentnie odrzucałem wszelkie zaproszenia do grupy etc. Znaczy nawet nie wiem, jak się używa chata. Za to jeśli ktoś ma takiego świra na punkcie samotnej eksploracji jak ja,  to tam można go znakomicie zaspokoić. Choć przede wszystkim w nowszych obszarach (Elsweyr, Summerset, Greymoor etc.) , które są wyraźnie ciekawsze niż te stworzone na początku. Tak czy owak świat jest ol-brzy-mi (ok, pewnie nie największy ever, ale to i tak Skyrim x 20).

Niemniej… to jednak tylko MMO. Czyli: niekonsekwencje, rozmydlona fabuła, exp w każdej szafie, questy na poziomie podstawówki (z okazjonalnymi wyjątkami). No ale można łazić dobre kilka lat. Ja złaziłem max 10% tak naprawdę. Dopiero wtedy zaczęło mnie to nudzić, bo w końcu pojawiła się powtarzalność.  Oczywiście nie mam szczególnie dużo czasu, więc innym może się to przytrafiać wcześniej ;).

No i jednak fabularnie niczym nie przykuwa. Może tylko Johnem Cleesem w roli hm.. błędnego rycerza.

OK Raised by wolves poszli w kierunku, który mnie rozczarował, więc wycofuję swoją rekomendację. Oczywiście nadal warto oglądać, jeśli ktoś ma czas, niemniej mój znak jakości wymaga nieco więcej ;)

A Norsemen są spoko. Zdarza mu się przekraczać granice, których przekraczania nie lubię. Więc też zarzuciłem oglądanie. Ale poza tym naprawdę są spoko.

Lovecrafta zostawiam na później, w międzyczasie sprawdziłem Raised by Wolves. Jest trochę głupotek, ale no cóż, gdzie nie ma, show musi być.

A poza tym zapowiada się nieźle: s-f jest, trzyma w napięciu, widowisko pełną paszczą, no i przynajmniej jedna aktorka wymiata (dużo niepokojącego niemrugania, a bo co, tylko Hopkinsowi wolno?).

Zobaczymy, wstępnie zachęcam.

Bardziej konkretnie się nie dało :) Ale mogę rozwinąć.

Obejrzałem tego ze 2.5 sezonu czy coś. Może nawet 3. Jest SF, setting może być, choć złożony niemal wyłącznie z klisz. To miłośnika SF może na chwilę zatrzymać, jak i mnie zatrzymało. Zwłaszcza gdy nie ma nic lepszego.

Jednakowoż: jest to produkt. Do cna amerykański. W dodatku produkt stworzony bez miłości, jest raczej rozciągnięciem do granic absurdu tego, co sprzedało się w Lost. Przede wszystkim chce zaskakiwać widza i stara się to robić na każdym kroku i do obrzydzenia, aż w końcu największym zaskoczeniem jest brak zaskoczenia. W Lost zwroty akcji polegające na tym, że ktoś postępuje inaczej, niż byśmy się spodziewali, czy też wręcz okazuje się być kimś zupełnie innym, niż myśleliśmy – to były cliffhangery, końce sezonu, wielkie niespodzianki. W The 100 takie atrakcje mamy 3 razy na odcinek, przez co traci się wszelką wiarę w równowagę psychiczną bohaterów.

Ale tak, jest grupa mniej lub bardziej atrakcyjnych “rozbitków”, są Others, są konflikty, są tajemnice. Fabularnie jest poziom… cóż, satysfakcjonujący może wielu, ale na pewno nie dla wybrednych, szukających wiarygodnych związków przyczynowo-skutkowych widzów. Zdecydowanie gorzej niż w Lost, a to już każdemu zostawiam do samodzielnej oceny. Podobno mają też podobny problem z kończeniem wątków. Prosiłem kolegę, żeby mi streszczał kolejne sezony, bo szkoda mi już było na nie czasu, a mimo wszystko ciekaw byłem odpowiedzi i to się naprawdę dawało zrobić przy jednym piwie.

Więc generalnie: może i dałoby się coś z tego wyciągnąć, jeśli przymknąć oko na typowo hollywoodzką głupotę scenariusza (gorzej nawet niż w ostatnim sezonie GoT), ale biorąc pod uwagę długość odcinków i ilość sezonów, moim zdaniem szkoda na to czasu.

Lepiej już coś napisać.

Albo obejrzeć The Expanse. Ja się na to przesiadłem właśnie z The 100 i niewykluczone, że dlatego tak się nim zachwyciłem. “Telewizyjne” SF nie musi być kretyńskie – odkryłem w wielkim szoku (telewizyjne to już średnio pasujące określenie, ale hm… nie mam lepszego).

Nie porównywałbym opowiadań do odcinków serialu. Są oczywiście wyjątki, ale opowiadaniom bliżej raczej do obrazów. Jest to, co autor wybrał jako sedno. Kilka ozdobników, światła, cienie. I do widzenia. Hm. Im dłużej o tym myślę, tym więcej wyjątków widzę, ale w każdym razie na bardzo niewiele z nich natrafiłem na tym portalu. Pamiętam, że nawet pisywałem takie komentarze. Że to rzadkość tutaj, tak żeby z fabułą (mini-powieści). A seriale… no nie, to działa zupełnie inaczej, ale nie chcę się na ten temat rozwodzić.

Ja, jak cały świat wie, nie lubię opowiadań, nigdy nie lubiłem i lubić nie będę. Obrazów też nie. Są wyjątki w obu przypadkach. Pisałem opowiadania tylko po to, by się dowiedzieć, jak potencjalnie odebrana zostałaby moja powieść.

Natomiast patrząc na mój przykład, który też wielokrotnie już omawiałem, może jest w tym coś, że wielu czytelników (czy większość? a diabli wiedzą) ma “skręt” introwertyczny, a taki skręt może prowadzić do potrzeby budowania trwałej więzi, tudzież relacji, z przedmiotem interakcji. A bardziej po ludzku, jest to konieczność budowania relacji – z bohaterami bądź światem przedstawionym – zamiast szybkiego romansu na dyżurze.

I ok, taki szybki numerek (Nowej Fantastyki) może być całkiem fajny, a niektóre nawet zostają w pamięci na dłużej, ale to nie to, czego czytelnik tak naprawdę szuka. Oczywiście, są też powieści po których zostaje głównie niesmak.

W każdym razie żeby to miało znaczenie biznesowe, to tak by to musiało działać w przytłaczającej większości przypadków. A jakoś nie mam pewności… (tak więc nie musicie się rozwodzić, jak to macie inaczej).

Trudne (ale nie SF) 52k z prośbą o wskazanie, czy da się zrozumieć, no i czy dobrze się czyta. Poprawki stylistyczne niekonieczne, ale nie zignoruję żadnej ewentualnej uwagi.

Nie jest na konkurs i nie ma pośpiechu. “Lustra naprzeciw luster”.

Ktoś ma odwagę?

Jakiś filozof mógłby się nade mną popastwić.

Devs dociągnąłem do końca z mieszanymi uczuciami. Generalnie, jak mówiłem, ładne. Na pewno po takim rozwinięciu nie dało się tego skończyć inaczej i to może był największy problem – obejrzałem do końca, licząc, że wymyślą coś innego, a tu jednak wszystko prowadzi do tego, do czego prowadzi. Oś fabuły to dość stary, ale nie aż tak popularny, motyw, ale SF to na poziomie high fantasy raczej. Lecz wynikają z tego fajne rzeczy. Na pewno nie zapomnę sceny z 1-sekundowym lagiem (kto widział, ten wie). Zabawne to takie i straszne.

Zajrzałem do Devs, pierwsze 2 odcinki: naprawdę ładnie, działa na zmysły, stopniem impresjonizmu zbliżony faktycznie do Anihilacji. Fabuła posuwa się do przodu jak walec i raczej nie zaskakuje, bo na wszystkie kluczowe elementy fabuły jesteśmy stopniowo przygotowywani – co nie znaczy, że nie wciąga. Myślę że spoko.

Na tym etapie nie wiem, czy będzie się to trzymało kupy, pewnie nie, ale może chociaż pozwolą nam po swojemu sobie interpretować.

Wstępnie lubię.

EDIT: Troszkę kojarzy mi się też z Grande Bellezza. Mimo że zupełnie co innego. Jakby… podobnie zmasowany atak bodźców.

Ale z tym good place’m to jakoś tak, że po pierwszym odcinku robi się lepiej? Bo ten pierwszy mocno mi nie podszedł i rzuciłem w diaboły (czy też bad place). Chociaż chusteczkami to się mnie raczej straszy ;)

Zgrabne, sympatyczne, bez nadmiernego przedłużania. Hm. Chciałoby się powiedzieć, że raczej mało odkrywcze – w znaczeniu, że podobnych fabuł przewinęło się sporo, nawet tutaj, pamiętam, było coś o puzzlach – ale może 30 lat temu wciąż mogło zaskoczyć.

Dziś mnie nie zaskoczyło, najwyżej brakiem zaskoczenia. Ale cóż, takie czasy.

Dzięki za rozwinięcie, Chrościsko. Coś mam problem z tworzeniem dających się lubić bohaterów. Tzn. chyba w ogóle o tym nie myślę, bo sam niespecjalnie zwracam uwagę na bohaterów, czytając teksty innych. Pewnie nigdy nie będę do końca czuł, o co chodzi z tym przejmowaniem się losami (choć nie pierwszy raz już o tym słyszę), ale możemy o tym pogadać na kolejnym piwie. Może mnie oświeci.

Z opisami… no staram się. Ale co zrobić, wolę Tolkiena od Sapkowskiego. Nie wiem dlaczego. Po prostu. A pisać muszę tak, jak lubię, inaczej to nie ma sensu. Pracę już mam ;)

Natomiast o czym to było? Tym pytaniem obnażasz częste u mnie zjawisko – (między innymi) o czymś, czego w tym tekście nie ma. To jest prequel, albo raczej pradziad prequela. Vesna zwiastuje “wiosnę” nowego świata. Valkred, intencjonalnie dość zniekształcone “doradzający wilkom”, ma tu też swoją większą rolę. Pewnie nikt by się nie domyślił, ale jego przydomek – raptem raz wspomniany w tekście Henok – jest wersją (rzeczywistą) imienia Enoch, a zatem tego, który rozmawiał z Bogiem/bogami i przyniósł ludziom dar wiedzy. Ogólnie rzecz biorąc opowiadanie było o dwóch sprawach: Zniszczu, jako czymś, co odmieniło (ponownie) świat, oraz Vesnie, dzięki której wiedza została zachowana (choć w sumie jej rola jest mocno pośrednia).

Obie te sprawy mają więcej znaczenia w dalszych częściach historii, ale że ich tu nie ma, to doskonale rozumiem zagubienie.

Oprócz tego, niejako mimochodem, tekst wyraża moją fascynację erą wędrówek ludów i jest próbą jej odtworzenia w zupełnie nowych realiach. Zmagania z przyrodą, zależność międzyludzka, potrzeba bezpieczeństwa, krzepnięcie mafijno-rodzinnej organizacji w państwową. To się bardzo często u mnie przewija i z pewnością będę jeszcze do tego wracał.

Mam nadzieję, że coś wyjaśniłem ;)

Tak, o tym mówiłem. Chociaż powiedziałem też, że uważam je za moje najlepsze, a to nie jest prawda. Kiedyś tak było, ale od tego czasu sporo się zmieniło. Już nie chciałem tego prostować :) W każdym razie lubię ten tekst i włożyłem w niego sporo wysiłku, choć zaczyna się ciężko. Onegdaj myślałem, że wyrafinowanie.

Tak więc w jakimś stopniu na to “przelecenie” przez pierwszą stronę poczekalni bez żadnego punktu trochę zasłużyłem. Trochę dyżurni mieli… inne sprawy. Trochę innych zbiegów okoliczności. Trochę shit happens. W każdym razie jakoś strasznie na wpychaniu go teraz do bib mi nie zależy, natomiast że zależy na czytelnikach – wielkie dzięki za przeczytanie. I za klik też.

Pozdrawiam.

trzeba było… tzn. nie pamiętam, czy to było obowiązkowe, ale podałem :)

Dwa odcinki za mną, jest dobrze!

(na marginesie jest 7-dniowy darmowy trial na amazonowym primevideo.com – jeśli ktoś szczęśliwie jeszcze nie posiada, to można skorzystać… choć nie wiem jeszcze, w jaką pułapkę wdepnąłem)

Dzięki za cynk, Mersayake ;)

Już Skyrim mi się wydaje bardziej przegadany niż stary Planescape:Torment. Ale ja jestem z tych wariatów, co jak nie przeczytają każdej książki w grze, to czują, że nie zaliczone.

Ale w P:T ten tekst po prostu nie bolał. Znaczy cieszył. Tak to przynajmniej pamiętam.

Hm, Słowiku, tak mnie straszyłeś, że aż przeczytałem. Sprytnie ;)

I cóż, podobało mi się, bo mnie wciągnąłeś w ciekawy świat. Na szczęście nie znam źródeł owych klisz wspomnianych w komentarzach, więc nie raził mnie ewentualny brak oryginalności (ale pewnie i tak by nie raził, bo jak wielokrotnie wspomniałem, oryginalności już dawno nie ma, po prostu nie ma nikogo, kto by wszystko przeczytał). Kojarzyło mi się trochę z Katedrą Dukaja, ale to wszystko. Zbliżone wydźwiękiem zakończenie, adekwatne do konceptu religii i chyba nie znam opowieści, która potrafiłaby z tego wybrnąć. Jakby… skazujesz się na marudzenie na zakończenie, gdy piszesz o religii, nie ma ucieczki. Zresztą jak wiele komentarzy pokazuje, skazujesz się automatycznie na kontrowersje, bo jako że każdy ma jakiś głęboki, wewnętrzny stosunek do metafizyki (nawet gdy – jak w moim wypadku – go nie ma, to jest to równie głębokie wyparcie), każdemu trącasz tę wewnętrzną strunę, co może brzmieć mniej lub bardziej fałszywie. Innymi słowy krytykując, bądź komentując system wierzeń, krytykujesz samego człowieka, a to ludzie znoszą najgorzej. Dlatego tak nieznacznie różniące się od siebie systemy wierzeń tworzą tak głębokie wyrwy w społeczeństwach.

A piszę to wszystko w formie pewnego usprawiedliwienia, bo czuję się dziwnie, że… mi się podobało. Dobrze się czyta, płynnie napisane (ale może mam też szczęście, że przychodzę po ostrej korekcie), przyjemnie językowo. Na marginesie, kontrasty językowe lubię i uznałem je za bardzo zgrabne. Inaczej niż niektórzy, to raczej język Letusa uznałem za sztywny (negatywnie), niż ten drugi za wulgarny. Nawiązanie do kagańca moralnego kościoła i anarchii pełnej wolności, tak to odebrałem.

Jako że na pytania stawiane w końcówce mam własne odpowiedzi, nie ma tu dla mnie większej głębi – i pewnie nie było jej również w innych teologiczno/mitologicznych tekstach, o których wspomniałeś – ale ja bardzo lubię dobre tła. A kolejny raz zbudowałeś dobre tło. Naprawdę powinieneś budować na nich coś więcej i nie sprowadzać ich do jednego pytania. Tako rzekę ja (ponownie).

By the way, też mam jakiś tekst o teleportach, bo moim zdaniem na tym wynalazku skończy się ludzkość i miałem ochotę to opisać, ale skoro się dowiedziałem, że to taka klisza, to może lepiej zająć się czymś innym.

5.5.

Edit – A i zapomniałem pochwalić, że choć słowikowość stłumiona, to jednak widoczna i to chyba właśnie są proporcje najwłaściwsze.

Myślałem, że Beholder był wystarczająco wymowny – może się trafić, że też tam będę.

Natomiast zawsze mogę zapłacić za rezerwację nawet jeśli mnie nie będzie, więc pod tym kątem mnie liczcie.

Czy może oni są normalni, a wokół pełno jest tych samych, nienormalnie podobnych do siebie ludzi?

Sprzeczność logiczna, nie wiem czy zamierzona. Normę wyznacza większość. No, chyba że ktoś uważa, że jakaś tam książka np. Ale to nie ten przypadek. (można dyskutować o tym, czy dwie równo rozłożone w społeczeństwie skrajności mają normę w miejscu, które nie istnieje – czyli pomiędzy – ale to akademickie rozważania).

 

Znakomite zakończenie, czy raczej ostatnie zdanie. Znakomity klimat. To plusy.

Poza tym widzę jak na dłoni tę niezgodność gustów, o której rozmawialiśmy jakiś czas temu. Nie ma tu nic dla mnie. Nie ma satysfakcjonującej mnie złożoności. Nie ma historii. Jest zdarzenie – to za mało. Takie teksty “ratuje” czasem nagły zwrot akcji, ale największym zaskoczeniem dla mnie był jego brak. A przecież nawet nie jestem zwolennikiem zwrotów akcji, lecz byłoby to już coś… Całość sprawnie i wciągająco napisana, może dlatego tym bardziej rozczarowuje finalna pustka.

Dialogi dzieci odebrałem jako raczej nienaturalne. Ich przemądrzałość z kolei skłonny jestem zaakceptować.

Tekst wybija się zdecydowanie ponad średni poziom portalu, również techniczne, lecz dla mnie pozostaje mdły. Mnie niestety na emocje nie złapiesz. Pewnie lepiej by to wyglądało w formie animowanej, byłoby pole do surrealistycznej wizualnej uczty.

Ot, wszystkich nie uszczęśliwisz. Wiadomo.

4.5.

Masz trochę błędów w niemieckiej pisowni. Nie będę się mądrzył, bo po co, ale chociaż to “hail” zmień. Bo bije po mordzie.

Takie sformułowania też trochę nieszczęśliwe: “Francji i Hiszpanii, by wreszcie przenieść się na teren Niederschlesien. “ Gdyby być konsekwentnym, to na terenie Frankreich i Spanien. Co oczywiście brzmi bez sensu.

Czytałem z dzieckiem na kolanach i niewątpliwie to jest główna przyczyna, dla której opowiadanie mnie przede wszystkim zmęczyło. Przyzwyczaiłaś już, że nie stronisz od eklektyzmu, ale gestapo z wiedźmami to dla mnie lody z mielonką. Niestrawne. Przynajmniej w wersji dramatycznej. Choć chyba najbardziej nie pasowały mi te koty, wzięte jakby z czegoś znacznie lżejszego i zupełnie zmieniające klimat opowieści. Źle zniosłem to zderzenie. Ale to są gusta, więc trzeba je traktować z przymrużeniem oka. I cały czas miałem wrażenie, że tekst jest napisany po łebkach, jakby zabrakło Ci cierpliwości do ostatecznego jego wygładzenia, przez co stale natrafiałem na nieprzyjemne drzazgi.

Było trochę smaczków, ale o tym już wiemy, że umiesz. Były. Nie popsułaś się :)

Zdaję sobie sprawę, jak słaby to komentarz, ale chwilowo zaznaczam swoją obecność jedynie takim. Może jeszcze się poprawię.

Jedna rzecz mnie jeszcze gryzła – ale może coś mi umknęło – czy to generalnie wygląda tak, że Niemcy bili Niemców, bo… chcieli złapać wiedźmę, która… nie wiem… broniła kogo popadnie? Czy nie woleliby już bić tych jeńców, skoro to było bez znaczenia? Z pewnością czegoś nie zrozumiałem. Ale to przez to dziecko na kolanach.

W weekend – znaczy ten poprzedni – może bym się jakoś wyszarpnął, ale teraz to już raczej nie…

“Młody papież” to Sorrentino?! Gdzieś mi umknęła ta informacja. A tak to rzuciłem okiem, pomyślałem, że łeee i zapomniałem. Hm. Ale Sorrentino… No zobaczymy, dzięki.

Skończyłem drugi sezon Dark. Fakt, działo się więcej. Do połowy drugiego sezonu chciałem nawet bardzo, bardzo pochwalić, że nawet nie mam na czym przewijać, bo ciągle coś i strach uronić sekundę. Ale potem się zmęczyłem jednak. Tymi wiecznie przeżywającymi głębokie emocje twarzami. Tym ciągłym potęgowaniem napięcia, z którego nic nie wynika. A finał to już takie ee.

Przyznaję, jest to serial całkiem inspirujący, ale nadal jestem zdania (czy też żywię obawy), że prawdopodobnie nie podtrzyma swojej historii. Już teraz część “science” trzeba traktować mocno umownie, a ja właśnie tego nie lubię. Jak już idziemy w science to nie, że jakaś pani w roku 86 patrzy w jakieś wyniki, które widzi pierwszy raz w życiu i po sekundzie mówi, że bozon Higgsa (dokładniej używając do tego durnej nazwy potocznej). Choć oczywiście jeśli się ktoś próbuje z podróżami w czasie, to się science zawsze wykłada, bo inaczej nie dałoby się tego oglądać.

Aktorstwo jest lepsze i gorsze, ale wskutek reżyserii raczej na jedno kopyto. Natomiast sami aktorzy, zgodzę się z Funem, świetnie dobrani. I w ogóle jest fajnie, bo ja z Lubuskiego, a to wygląda jakby mi się to koło domu działo. Bardzo miła odmiana. Trochę Donnie Darko, trochę Twin Peaks, trochę coś zupełnie nowego.

Podsumowując: warto. Fabularnie jednak… jest najwyżej ok. Ale to i tak bardzo dużo w porównaniu do konkurencji.

To jeśli się komuś nie przytrafiło, o podróżach w czasie proponuję Primer. Tylko ostrzegam, że jest duże ryzyko niezałapania bez rozrysowania :)

To że Lost był za długi, to tylko część problemu. Przede wszystkim nie miał żadnego sensownego wyjaśnienia dla żadnej z kluczowych tajemnic i wyjawienie tej to prawdy odsuwano w czasie ile się dało.

“Wydmuszka” – dzięki Arnubisie, to nadużywane ostatnio słowo tym razem wyjątkowo dobrze opisuje mój odbiór Dark na tym etapie. Takie “za górą za lasem, za morzami siedmioma czaiło się COŚ!  Nieprawdopodobne coś, coś rzadkie niesłychanie, nie wiadomo co robiące w tym zakątku świata. Coś, które tylko wybrani widzieli, nieliczni kosztowali, a z tych wielu już nie żyje. Było to pole marchewki.”

Ale dobra, nie powinienem tyle gadać, zanim nie obejrzę do końca.

No to nie wiem czy w drugim nie będzie miał odwrotnego wrażenia ;)

Nie mogę się doczekać.

Nie zrozumcie mnie źle, wciąga jak niegdyś pierwszy sezon Lost. Boję się tylko, czy nie skończy się jak Lost, tzn. nie udźwignie swojej tajemnicy. Dotarłem do 8x01 i póki co pierwsze “objawienia” zbyłem wzruszeniem ramion. Może dlatego, że o tym już tyle było. Ale wciąż Wam chcę wierzyć.

Daaawno już zacząłem czytać, ale jakieś zewnętrze mnie do tekstu odciągnęło gdzieś w 3/4. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że właściwie niewiele pamiętam, wiec przeczytałem ponownie. I co myślę?

Myślę, że mogłeś z tego zrobić powieść, raczej krótką i mało przełomową, ale inspirującą – jeśli tylko miałeś kompletny pomysł na tę całą historię i porządnie wzdłuż i wszerz byś całość przemyślał. Sporo uwag stylistycznych miałbym, ale to nie jest już istotny problem na tym etapie. Malujesz urzekające obrazy i to już bardzo wiele. Samotnik naprawdę powinien był pójść w świat.

Portal jest tylko portalem, nie jest właściwym domem dla takich opowieści.

Wybacz, że nie podaję listy co dobrze, co źle. Źle, że próbowałeś to skracać. I z tego wynika wszystko inne.

Tak czy owak 5.5 ode mnie.

5 sezon Black Mirror… Hm. No słabo. Moim zdaniem najlepszy odcinek 2, ale to ze względu na sprawnie rozegraną dramaturgię i taką… czystą obyczajowość. Realizm w znaczeniu – to właściwie mogło się zdarzyć. Ale część widzów i tak rozczarowana, bo widzowie oczekują jednak czegoś innego. Odcinek 1 – ech, żeby tak trochę logiki… A odcinek 3 w ogóle szkoda gadać. Generalnie – rozczarowanie.

Jadę z “Darkiem”, ale na razie mam wrażenie, że jest rozwleczony nieadekwatnie do złożoności fabuły. No i to żaden Twin Peaks jednak, bohaterowie jednak nie tak angażujący (albo ja milion lat starszy, tak też może być). Niby-twist z 5 odcinka był dla mnie oczywisty, więc jak dotąd twistów brak. Ale pewnie dojadę do końca sezonu i najwyżej wtedy rzucę w diabły. Bo wszyscy mówią, że dalej w las jednak ciemniej. Czy tam lepiej.

Dzięki, Maćkuzolnowski! Bardzo mi miło, że zajrzałeś i tu. I pomyśleć, że ten tekst napisałem w jeden dzień, a nad innymi siedzę rok i nic z tego nie wynika ;)

Nie wiem, co Cię przywiodło w to miejsce, Maćku, ale wielkie dzięki za opinię :) Szczerze się cieszę, że byłeś usatysfakcjonowany. I tak, zgadza się, miało być mocno Kingowo, przynajmniej jeśli chodzi o tło i strukturę. Ale ilekroć tu zaglądam, widzę, że mogłem jeszcze bardziej się postarać :)

18.07 wracam i wyjeżdżam znów dopiero od brutala, więc jakoś się zgrywa :)

@Cieniu, masz oczywiście prawo uważać, co uważasz (chociaż jakoś mi to cuchnie przekradaniem się martwicy naszej sceny politycznej w zdrową tkankę fantastyki), podobnie jak ja mam prawo uważać, że choćby jako członek grupy, której głosowanie dotyczyło, może nie powinieneś wygłaszać takich myśli na forum. Tak mówię, jak człowiek sprzed ery internetu do człowieka sprzed ery internetu.

Ale jakie to ma znaczenie? Żadne.

A ja może w tym miejscu odpowiem, co miałem na myśli, zadając pytanie: co z tego wszystkiego wynika. Ano (poza wszystkim innym) wynika z tego, że kolejny raz daliśmy Hollywood do zrozumienia, że wystarczy przywiązać widza do postaci, a potem to już nie ma znaczenia – jakiej by chały tam nie napisano, to my to i tak kupimy. Wszyscy narzekają, ale pół świata obejrzało/obejrzy. Dlaczego ludzie krytykują? Bo mogą. Chyba zawsze krytykowali, ale dzięki internetowi mogą jechać po całości. Ludzie tak mają i jest wiele rozpraw na temat tego, dlaczego tak mają, w które nie ma sensu tu wnikać. Nie ma chyba też moim zdaniem sensu licytować się, co było w tym wszystkim najgłupsze, bo to już zupełnie do niczego nie prowadzi. Mnie się dotychczas nie podobało, że do GoT wprowadzono smoki, ale to jest ok, to są gusta, to są założenia świata, a z tych założeń coś wynika i ma sens. Tylko ten sens zaczął się kruszyć i gnić przynajmniej od 6 sezonu, co było zwyczajnie smutne. Ten sezon oglądałem też z ciekawości, czy twórcy uratują honor. Wyszło jak naszym piłkarzom.

Ale ładne było. Nie czuję, żebym stracił czas. Zawsze jakaś nauka, jak nie pisać fabuł.

Czyli moje porównanie 8 sezonu do Avengers było wyjątkowo trafne. Przepraszam, że nie odróżniam Avengers od X-menów, ale…. właściwie to nie przepraszam.

Właściwie ta bitwa umacnia mnie w przekonaniu, że w tej wersji opowieści wątek whitewalkerów był przegadany, nudny i w całości do wycięcia :D

Tradycyjnie już głupie, ale ja się z tym pogodziłem chwilę temu, więc patrzyłem sobie na najbardziej efektowną bitwę w historii telewizji z pewną nawet satysfakcją. Ot, gra komputerowa. Ładna nawet. Z cechami jrpg ;)

Chyba już lepiej zapytać tę ośmiornicę od typowania wyników Euro. Jak nic rzucili dwudziestką i dodali jakąś wspierającą wynik ex machinę. Szkoda czasu na zastanawianie się. Obejrzeć i zapomnieć.

Swoją drogą – tyle narzekań, a wszyscy i tak oglądają. Jaki z tego wniosek?

Ojoj, chyba nie mam już nic do dodania. Świetnie podsumowaliście moje wewnętrzne checheszki. Ale! Ja w momencie szarży konnicy miałem taki chwilowy neon w głowie “czy ktoś może mi przypomnieć, dlaczego bitwę z niewidocznym niezwyciężonym wrogiem zaczynamy od frontalnej szarży lekkiej konnicy?” i natychmiastowe olśnienie “przecież to już nie GoT, to tylko klon Avengers”. I już oglądało mi się dużo przyjemniej, bo wyłączyłem oczekiwania intelektualne i skupiłem się na dobrej zabawie. A ta szarża wyglądała przecież naprawdę ładnie! (ale o co chodziło? czy to miało być jakieś fanowskie mrugnięcie okiem do odbicia Osgiliath czy po prostu znudzili im się Dothrakowie?).

Choć wszystkie wspomniane przez Was głupoty nadal gryzły mnie w potylicę, to obejrzałem na luzaku, zrobiłem w trakcie kanapkę i w ogóle czysty ubaw.

Ale co do wątków: dla mnie od początku to było tak, że małe ludziki grają sobie w grę o tron, a tymczasem zło nadciąga. Zło z dużej litery, Zło odwieczne i niedbające o ludzkie sprawy. I to ono jest osią wydarzeń, od tego wątku wszystko się zaczyna. Było dla mnie oczywiste, że najpierw będą te wszystkie intrygi, a potem wszystko trafi szlag, bo cóż ludzkie knowania o taką pierdołę, jaką jest jakiś tam tron, znaczą wobec zagłady. Lecz nie. Nie tutaj. Nie przeboleję, że tak to zostało rozegrane. I tych czekających nas 30 godzin gadania ;)

Ech.

@lk

Nie znałem. Aż tak nie drążę “lore” (nie wiem, jak to po naszemu…) GoT. To mimo wszystko tylko serial. Ale mam mieszane uczucia.

Faceless Men ogólnie rzecz biorąc strasznie mnie drażnią swoim istnieniem, a wątek Aryi bym w ogóle wyciął. Taki Dick, ale nie Dick, bo magia, więc wiecie, wyjaśniać nie trzeba. Każdy może być każdym – jeśli mieliby wykorzystać ten motyw byłbym mimo wszystko rozczarowany. W dobrze wymyślonej magii zawsze powinien być jakiś haczyk, a nie super OP i już.

Ponadto te przesłanki mimo wszystko raczej naciągane. Dobrze napisany zwrot akcji powinien być możliwy do przewidzenia przy jako takim  researchu. Choć oczywiście GoT gra w innej lidze – mierząc się z olbrzymią rzeszą zaangażowanych fanów, oglądających klatka po klatce. Każda wskazówka zostaje natychmiast rozłożona na elementy pierwsze i puszczona w YouTube’a. Może autorzy po sytuacji z pochodzeniem Jona (gdzie wszystko było już jasne dużo do przodu), rzeczywiście poszli w coś takiego. Niemniej – chyba odbyłoby się to ze szkodą dla sztuki.

A do tego wszystkiego byłby to olbrzymi kontrast z dość miernym scenariuszem przynajmniej dwóch ostatnich sezonów. Znane są przypadki, gdy teorie fanowskie (rzekomo) wpływały na autorów scenariusza, podsuwając im niegłupie pomysły, ale nie wiem, czy na to nie było za późno w tym wypadku.

No zobaczmy.

Trochę nie rozumiem tych wzmianek o miłości Littlefingera do Lady Stark. To było całkiem wprost opisane w książkach, z tego co pamiętam.

@Fun

Żaden Stark? Jeśli nie zabiją żadnego Starka, to będzie to mój ostatni sezon z tym serialem! Zabijanie i wskrzeszanie się nie liczy.

Ale tak, też odniosłem wrażenie, że zostaliśmy właśnie przygotowani na śmierć Daenerys tym jakże łopatologicznym, padającym z jej ust wyjaśnieniem, że Jon ma prawo do tronu. Oraz oczywiście tą nieszczęsną jazdą na Falkorze/Fuchurze, czy jak tam te smoki się nazywają. W końcu to już nie Martin. Będzie banał.

Strasznie długa ta cisza przed burzą. Masowe kończenie wątków. Brienne pierwszym kandydatem (w końcu już nie lady, lecz “ser”) do bohaterskiego zgonu w slow motion. Trudy dorastania co niektórych. Armia umarłych przyzwyczaiła nas już do swego idiotycznie wolnego, wręcz lodowcowego tempa i gwałtownych przeskoków, więc szkoda gadać. Generalnie nudy.

Mi się tylko dół pogłębia przez zbieżność tego wszystkiego z początkiem mojej staaarej powieści. Całość na śmietnik. To przerażające, jak wielka jest medialna siła Game of Thrones. Wszystko potem będzie już tylko “kolejną kopią”. Ech.

Ale przynajmniej mam o czym gadać z amerykańskimi klientami. Wszyscy oglądają ;)

Rzeczywiście, musieliby już teraz randomowo i taśmowo wybijać bohaterów, żeby kogokolwiek zaskoczyć. I dać nam do zrozumienia, że wszystkie te wątki i tak nie miały sensu, bo śmierć przychodzi po wszystkich (w końcu winter is coming). To by było coś nowego. Przynajmniej w TV.

Ale chyba fani by ich też zamordowali. Tylko lepiej widzów rozczarować, czy wkurzyć?

Zobaczmy. Na razie cieszy mnie, że armie już np. nie okrążają kontynentów w jednej scenie.

Nowa Fantastyka