Profil użytkownika

Zawsze chętnie pomagam swoim sojuszniczkom :3

 

...zaś towarzyszom broni salutuję z dumą!


komentarze: 2256, w dziale opowiadań: 1689, opowiadania: 713

Ostatnie sto komentarzy

O, i to ja rozumiem!

Jest zgrabnie i czytelnie – dzięki Beryl, dzięki Chro :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Jest premiera i to jest fajne :)

Mniej fajne, że nikt tego nie znajdzie. Fajnie, jakby dało się podpiąć przy bocznym panelu, tam gdzie  m. in. miniaturka aktualnego numeru i mobilne NF.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Wielka strata dla Loży, ale walczyłaś dzielnie przez wiele, wiele miesięcy, Reg – z pewnością zasługujesz na mały urlopik.

Życzenia zdrowia i pomyślności płyną z Primagrodu. Trzymaj się ciepło.

 

A Arnubisowi życzę powodzenia. Coby obowiązek okazał się ciężki, ale nie za ciężki ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

No nieźle. Ty i Twoja ekipa, Chrościsko, odwaliliście kawał świetnej roboty. I jeszcze ta terminowość! No, Hrabia jest pod wrażeniem :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Czas na słowo ode mnie.

Całościowo tekścik zdecydowanie na plus. W niewielkiej objętości ujęłaś ciekawy pomysł, duszną atmosferę, a całość okrasiłaś orientalnym settingiem. Czuć, że historia jest bogatsza, że nie wszystko zostało przekazane poprzez to opko. Czy to jednak źle? Niekoniecznie – zostało samo mięso, a historia nie nudzi.

Ostała się pewna zagadkowość, jednak zrzucam ją na karb gatunku. Nie wszystko w fantastyce musi być oczywiste i klarowne. Nie wszystko musi być perfekcyjnie oparte na otaczającej nas rzeczywistości.

Warsztatowo też wyszło dobrze. Połączenie poetyki i lekkości zdań. Czyta się dobrze.

Na minus – zakotwiczenie tematu i, może, przesadny dystans narratora. Coś w tym jest, co pisze Psycho ze współodczuwaniem, chociaż… zdaje mi się to zarazem nieco subiektywne. Brak opinii narratora i określenia tonu zwiększa uniwersalność.

Ode mię – stempel jakości.

 

Dobra robota :>

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Wczoraj przeczytane i stemplowane, dziś komentowane. Cześć.

Ostatnie zdanie trochę mi nie gra – zabija optymistyczny przekaz, snujący się między wierszami epilogu. A przynajmniej ja taki dostrzegam w pisaniu siebie na nowo. W poszukiwaniu siły, która umożliwi kształtowanie swego życiorysu. Jakbyś mówił – weź los w swoje ręce.

Choć z drugiej strony… być może chciałeś pokazać małostkowość, która podszeptuje nam, by spychać problemy na innych, by żyć z wyzysku.

Sam nie wiem. Nie wiem nawet, czy tak właśnie chciałeś filozofować.

 

Opowiadanie na pewno spektakularne – burzenie czwartej ściany to świeży, budzący żywe emocje motyw. Skojarzyło mi się trochę to opko z Niekończącą się historią.

Zarazem wydaje mi się jednak, że zbyt duży nacisk postawiłeś tu na formę, a zbyt mały na treść. Opowiadanie jest jak koncert Rammsteina – porywa, ale, moim zdaniem, niesie niewielki przekaz. Swoją drogą ciekawe, jak odpowiadasz tu sobie na pytanie “co chciałeś przekazać tym tekstem”. Jeśli tę moją propozycję z drugiego i trzeciego akapitu, to wybrzmiewa ona ładnie, choć jest bardzo uniwersalna. Tylko to ostatnie zdanie… Tym bardziej, że tytuł zdaje się wskazywać, że to ważne.

Dlaczego Matkowski miałby przegrać z tym klaunem?

Nieee no. Wierzę w Ciebie, dasz sobie radę ;)

Słowem – opowiadanie robi wrażenie. I jest to wrażenie pozytywne. Taki… pokaz siły.

 

Nie oglądałeś Jokera, Fun? Myślałem, że na premierę poszliście.

Heh, widać wtedy kontrolę przejął Bartłomiej Lipiec ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Myślę, że sentyment oddać się udało. Dobrze się czytało.

Teraz część druga, o pająku ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Ciemo, wróciłaś! :))

 

Fajnie znów Cię czytać.

Szorcik jak dla mnie super – jest konsekwentny, twardy język, jest świetny klimat i paskudne zakończenie. Niby krótki tekst, ale dobrze wykreowałaś zarazem Tomka, jak i Omka.

A to ostatnie zdanie… Heh, powiało grozą ;)

 

Trzymaj się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Gratulacje dla Kammy i Wiktorii – cieszy się hrabiowskie serce tymi piórkami :)

Trzeba będzie poczytać.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki. Przyznam, trochę poruszył moje skamieniałe serce ten drabbelek. Aż zatańczę XD A może napiszę?

Drogie Sojuszniczki – moc uśmiechów i uścisków! :D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Co nieco o tekście już powiedziałem, w tym miejscu dodam więc tylko, że zmiany jak najbardziej na plus. Rozmowa z matką stała się czytelniejsza, zostało też złagodzone uprzednie moralizatorstwo.

Słowem – dobrze wykorzystane 6 tysi znaków. Jest oszczędny worldbuilding, są bohaterowie z własnymi problemami i historia, która choć tylko naszkicowana, ma swoją głębię. Ciekawe, jak się dalej potoczą losy Abercome. Napisane bardzo ładnie, choć zdarzają się zgrzyty – ta “rozwalona” wątroba w korelacji z ładnym, nieco poetyckim językiem, trochę bodzie w oczy.

Kompozycyjnie również dobra robota – trudno napisać szorta, a tutaj wszystko jest na swoim miejscu i w dobrym stężeniu.

Z minusów? Niska kultowość i trochę zbyt małe stężenie Abercome’a. Moim zdaniem, najciekawsza postać.

Słowem – podobało mi się. Fajny szorcik. Stawiam stempel jakości :>

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dajże spokój, Katiu, zostaw jak jest! XD

Mnie ten element zdał się napisany zbyt pobieżnie, nieco mnie zawiódł, ale innym, choćby Drakainie, przypadł do gustu. Zresztą w kompletnym, zgłoszonym do piórka opowiadaniu zmiana czegokolwiek może tylko zepsuć wrażenie.

A pomimo kręcenia nosem mogę Cię zapewnić, że opowieść spodobała mi się wystarczająco, by postawić przy niej wielkie tłuste TAK.

;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Niestety, wrażenia po lekturze co najwyżej średnie. Podobał mi się sam zamysł, podobał patent, że ostatnie słowa to tytuł, ale całość wyszła dość sucho.

Te Boże Narodzenie w tle trochę przeszkadzało, bo odwracało uwagę od dramatu mieszkańców, którzy dla władzy są jedynie pionkami na tej politycznej szachownicy. Oczywiście o tym też pisałaś, ale tło zdało mi się wprowadzone tylko po to, by przeszło w konkursie.

Fantastyka też właściwie pełni funkcje ozdobnika. Pewnie dałoby się zastąpić ten “wpływ” Pielgrzymów porządnymi torturami ;)

Słowem – ciekawy tekst, ale beznamiętny. Nie zaangażował mnie.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Czyli wychodzi na to, że stchórzył ;p

 

Rozumiem, że walka jest ok, tylko mniej ok, że po łebkach ten element. No i miałem nadzieję, że więcej się wyjaśni, z czym się je te surykatki ;D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Mam problem z tymi opowiadaniami “świątecznymi”. W każdym element bożonarodzeniowy wydaje mi się wpleciony niepotrzebnie, przy okazji, i tak jest również tutaj.

Mikołaj-dealer to sympatyczna postać, ale poza wątkiem komediowym jego tożsamość nie miała większego znaczenia.

Ogólnie, cały setting jak dla mnie niewspółmiernie rozbuchane do prostej, pozbawionej twistów czy cliffhangerów fabuły. Jest trochę ckliwie, bo piszesz o smutnych rzeczach, ale skłamałbym mówiąc, że przejąłem się losem dziewczynki. Z krótkie to opowiadanko, bym zbudował jakąś więź z Adelą.

Zakończenie – w porządku. Nie wzbudziło we mnie większych emocji.

Fotografie – nieszczególnie mi się spodobały.

 

Całość odbieram pozytywnie. Czyta się sprawnie, jest ciekawie, obrazowo, jednak w ostatecznym rozrachunku opowiadanie trochę zawodzi pod względem fabuły.

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

W swojej klasie naprawdę super. Jest okolicznościowy klimacik, jest znany i lubiany setting, lekkość narracji, nienaganny humor i dobre tempo.

Wstawki polityczne i kulturowe mi nie przeszkadzały – ubarwiały narrację. Bohaterowie też sympatyczni, przede wszystkim Kot :)

Z minusów? Taka fabularna niemrawość – w sumie nic ciekawego się tu nie dzieje. Przyjemna opowiastka do przeczytania z uśmiechem na ustach.

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Hmm, trochę zazdroszczę.

Szczególnie początku – pięknie odmalowałaś atmosferę tajemniczego miasteczka i zgłębiającego ją obcego. Jest mrocznie, a pozorny urok tych tam, surykatek, tylko ten mrok potęguje.

Bohaterowie fajni, charakterystyczni. Akcja toczy się sennie, ale tak być powinno – podoba mi się ten “oniryzm”.

Ręcznie pisana księga kojarzy się trochę z Necronomiconem, też niezły atrybut klasycznego horroru. Podobnie choroba, zasypane tory… Nie są to motywy nowe, ale jakże wyraziście przedstawione!

Później podobało mi się nieco mniej – akcja z zabiciem samca zdała się przedstawiona nieco chaotycznie, zapowiadała się na punkt kulminacyjny, tymczasem… trochę zawiodła.

Zakończenie nieco dziwne. Tyle walczył, a wreszcie się poddał. Tak jakoś… bez większych oporów. Jakby go jeszcze zmusili, to rozumiem. Albo gdyby zginął. Ale on wzruszył ramionami i “skoro nie udało się ubić surykatek to, yolo, dołączę do społeczności”. Tak to mniej więcej odczytałem ;)

Niemniej, nie zmienia to faktu, że uważam ten tekst za jeden z najlepszych w Twoim dorobku.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Sam nie wiem, jak zacząć ten komentarz, by nie zabrzmieć fałszywie, Werweno.

Generalnie rzecz biorąc, strasznie lubię Twoje pisanie i pewnie dlatego podchodziłem to tego opowiadania z wielkim kredytem zaufania. Niestety, tym razem się zawiodłem.

Dlaczego? Głównie dlatego, że podobnie jak co poniektórzy, miałem silne uczucie urwania opowieści w środku. Doczytałem, że taki miałaś zamysł, że tekst dotyczył przemiany wewnętrznej Dizavula, jednak początek nie pozostawia wątpliwości, że jest to jakiś element większej całości.

Zaznaczasz tam, że było ich dwunastu, wspominasz o wiedźmie… Oczekiwania czytelnika są więc oczywiste i nie zostają one niestety zaspokojone, choć akcja z monocyklem fajna.

Napisane też, jak to u Ciebie, porządnie.

Niemniej, ja opowiadanie traktuję jak fragment i nic z tym chyba nie pocznę.

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

E, wcale nie była to taka długa podróż ^^

Opowiadanie oparte na dość standardowym motywie, pomimo niewielkiej ilości znaków trochę przegadane, ale przyjemne w odbiorze i z fajnym  zakończeniem.

Szkoda, że bohater nie zabawił się trochę więcej w tej pętli. Potencjał był, a i znaków, z tego co widzę, miałeś trochę w zanadrzu. Trochę dużo.

W prezentowanej postaci tekst jest po prostu miłym, klimatycznym przerywnikiem, nie posiada jednak elementów, które mogłyby wywindować go na wyższy poziom. Przydałoby się jakieś bardziej namacalne zagrożenie, co pozwalałoby zbudować suspens. Jakiś element survivalu. Zwrot akcji. Coś, co sprawiłoby, że opko wykroczyłoby poza ramy przyzwoitej miniaturki.

Niemniej, dobra robota. Bryka na duży plus.

Ach, i między “mimo że” przecinka nie stawiamy ;)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

I pomyśleć, że ten tekst nie został nawet nominowany… A przecież zasługuje na znacznie więcej niż piórko. Godne epitafium Surface’a – kto nie zna, polecam przeczytać!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Noooo, to było długie.

Choć nie czuło się – przeczytałem za jednym zamachem, sprawnie i z przyjemnością. Czy jednak uważam to opowiadanie za “świetne”? No, niekoniecznie.

Przede wszystkim jest mega przegadane. Całe to mozolne budowanie domku z kart po to, by go zburzyć po ostatniej kropce. Bo opowiadanie się skończyło, nie ma dalszej części. Rozumiałbym taką strategię, gdybyś był Kingiem piszącym Stukostrachy czy inny Sklepik z Marzeniami, ale w przypadku zwykłego opowiadania niekoniecznie jest to potrzebne.

Akcji jest w gruncie rzeczy niewiele, a pomysł nie powala, choć opowiadanie dobrze wpisuje się w Twój gust “lepsza od dobrej historii jest dobrze opowiedziana historia”.

I to Ci się rzeczywiście udało, bo opowiedziałeś dobrze. Początek jest intrygujący, a później świetle żonglujesz tempem – fragmenty z “przeszłości” dobrze kontrastują z tymi współczesnymi, a tajemnice i niedopowiedzenia zachęcają do zapoznania się z całością.

Zakończenie jest jakie jest – mogłeś pokusić się o coś mocniejszego, jakiegoś konkretne “booom!”. Szczególnie że konsekwentna, fajna postać głównego bohatera aż by się o coś takiego prosiła.

Odnośnie technikaliów – spójrz, Cieniu, na początek tego opowiadania. Cóż tam widać? Zdublowany tytuł i Twoje nazwisko. Serio? Serio wrzuciłeś tekst tak bardzo na odwal, że nawet nie zadbałeś o wywalenie tego? Podobnie przydałoby się ogarnąć gwiazdki – winny być wyśrodkowane i oddzielone enterami dla zachowania schludności. W książce pewnie to opowiadanie wygląda nieco inaczej.

Sorry za oschły ton – piszę to raczej celem wywołania “sportowej złości”, niż z jakąś posępną, złośliwą powagą ;)

Reasumując – czytadło pierwsza klasa. Dla czytelnika, który chciałby zapoznać się z prostą historyjką o zombiakach, super sprawa. Inni czytelnicy mogą narzekać często gęsto, ale nie od dziś wiadomo, że dla wszystkich pisać się nie da, czyż nie? ;)

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

W którym miejscu ten tekst jest fantastyczny, Asylum?

To jest dobre opowiadanie, jak powiedziałem, ale problem polega na tym, że jego “element fantastyczny” można wyjaśnić chorobą psychiczną. Szczególnie że czasy i wydarzenia chorobie sprzyjają – tyle śmierci…

Niemniej, brak silnego elementu fantastycznego nie stanowi o słabości tej historii. Po prostu kwestia formalna.

Natomiast co do publikacji go na portalu, to uważam, że dobrze zrobiłaś Katiu. Wszak nigdzie nie dostaniesz tylu opinii :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Rzutem na taśmę, Żonglo! ;)

 

Przeczytałem i z niejakim żalem stwierdzam, że na błędach uczysz się tak średnio. Albo po prostu jesteś zbyt przywiązana do swojego stylu, by zastanowić się i jakoś w niego ingerować.

A szkoda, by masz ładną poetykę i ciekawe pomysły.

Podobnie to opowiadanie – w trakcie czytania wydawało się, że jest w jakimś stopniu sci-fi. Że sięga dalej i głębiej, niż jest to w rzeczywistości, którą wykreowałaś dopiero w komentarzu wyjaśniającym.

Nie zrozum mnie źle – czułem, że opowiadanie dotyczy efektywności, czy raczej jej braku, i jest opowieścią bardziej o Bynnim, niż o świecie.

Ale powinnaś przy gwiazdach i wieżach (i tu, i tu, dwa razy!) napisać prosto z mostu czym są. Nie byłby to infodump, szczególnie że sprawa nie jest skomplikowana. Zaznaczasz to i czytelnik przestaje szukać dziury w całym.

Nie zaszkodziłoby dodać też więcej o dzieciakach. Dlaczego się nie rodzą? Tu nie chodzi nawet o nudny schemat wstęp/rozwinięcie/zakończenie, tylko sprawienie, by czytelnik nie błądził po omacku.

Przez to wszystko czytałem z pewnymi oporami, choć piszesz przecież dobrze.

Natomiast najładniejszym fragmentem pozostaje dla mnie:

– „Palić gwiazdy” znaczy bezpowrotnie odejść. Wiedział pan? Gdy pali się mosty, pozbywa się tylko drogi ucieczki, jednak kiedy wypalą się gwiazdy, zniknie wszelkie światło. Rozmyślał pan kiedyś nad tym powiedzeniem?

To Ci się udało :)

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Horror? No, może w dwóch akapitach. Ale poza tym Count horroru nie uświadczył.

Przede wszystkim rzuca się w oczy niechlujne formatowanie – niewyjustowany środek, o którym dawno temu wspominał Staruch, ale widać nie masz czasu poprawić, gwiazdki wciśnięte między zdania, wreszcie długie akapity.

Stąd – czyta się średnio komfortowo.

Jeśli chodzi o treść jest już lepiej. Fajnie naszkicowałeś Polskę tamtego okresu, przedstawiłeś bohatera i jego rodzinę, realia… Opowieść o wagonie wpleciona trochę bez gracji, w charakterze infodumpa. Ale trudno byłoby to zrobić w inny sposób.

Trochę szkoda, że koniec końców stężenie wagonu w tym opowiadaniu zbyt duże nie było. Wiele miejsca poświęciłeś elementom konstrukcyjnym, budującym nastrój – jak wątek tego świniaka, streszczenie wyprawy po niego, nastroje w domu. Mniej przez to było horrorowego mięcha.

Kulminacja niezbyt emocjonująca – łatwo poszło. Zmówił paciorek, zostawił szamę, po kłopocie. Z tego względu cierpiał również nastrój. Brakowało poczucia zagrożenia.

Sporo narzekam, ale mimo wszystko opowiadanie czytało mi się przyjemnie, szczególnie za sprawą wyśmienitej immersji. Mróz wręcz kąsa…

 

Tyle ode mnie. Na koniec takie zdanie, przed którym zabrakło Ci półpauzy (to wypowiedź).

Pani Nadieżdo, spokojnie. Wagon, taki zwyczajny, tylko stary bardzo, sprzed pierwszej wojny jeszcze.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Kto jak kto, ale u Ciebie, Znikąd, widać, iż rzeczywiście analizujesz komentarze ;)

Cóż mogę powiedzieć? Napisałeś kompletne hard s-f. No dobrze, może nie takie bardzo hard – postarałeś się, by tym razem również czytelnicy nie będący fanami tego gatunku, mogli się odnaleźć w opowiadaniu.

Jest tutaj mikro– (wątek ojca), jak i makrokosmos (wątek “ucieczki”), jest miejsce na relacje międzyludzkie, jak i podróż przez pustą przestrzeń i odwiedzenie opuszczonej stacji. Jest ciekawy łącznik pod postacią baśni, który zarazem pełni funkcję elementu mitologicznego. Jest nostalgiczna tęsknota za przeszłością i pięknie przedstawione zagrożenie Wielkim Chłodem.

Wreszcie – przyjemne zakończenie, które pozostawia historię nieco urwaną, ale daje odpowiedzi na postawione pytania.

Czyta się super. Tym razem powściągnąłeś beton informacyjny, dzięki czemu w tekście można się odnaleźć już po kilku akapitach.

Co mi się nie podobało? Sposób, w jaki przedstawiłeś podróż do stacji i to, co się w niej działo. Było dynamicznie, ale było też bardzo skrótowo – omijałeś fragmenty, w których nic się nie dzieje, ale przez to cały ten wątek zlewał się w jeden konglomerat zdań. Przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie.

Poza tym – świetna robota, bardzo mi się podobało. Tytuł urokliwie enigmatyczny.

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

W to nie wątpię. Pomimo kręcenia nosem, zgadzam się z przedpiścami, że pisarką jesteś nader obiecującą. I masz wiele opowiadań, które bardzo mi się podobały :)

Dlatego nie zrażaj się. Zamiast katiować, postępuj spokojniej, z większą rozwagą. I nie wątp w siebie.

 

Trzymaj się ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Moją opinię mniej więcej znasz.

Dobre political fantasy ze słabą fabułą. Wprawnie pokazałeś relacje między członkami społeczności krasnoludzkiej, zadbałeś o worldbuilding i stylizację. Bohaterowie, ich dialogi i działania wyszły naturalnie, momentami ironicznie. Jakbyś pokazywał ludzkość w krzywym zwierciadle.

Podoba mi się też, zresztą chyba najbardziej, konstrukcja opowiadania. Bohaterowie upadają jak kostki domina.

Pod względem fabuły, jak wspomniałem, nie dzieje się nic szczególnego. I to mnie najbardziej boli, bo uważam, że historia jest właśnie sercem prozy. Bez niej… po prostu brakuje mi czegoś ważnego. Tak jak tutaj: zabijał, zabijał, wreszcie sam się zabił w majestacie prawa. Kurtyna.

Dla mnie mało, choć czytało się bardzo dobrze.

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Podzieliłbym ten tekst na trzy części: rzeźnię, świątynię i zakończenie. Główny wątek, którym najpewniej miało być ratowanie Karattu zdaje się błąkać gdzieś między wierszami i w żadnej z tych części nie wybrzmiewa odpowiednio mocno. Bardziej widzę w tym tekście historię Bidi i Hattiego. Tylko. Albo aż.

Pierwsza część podobała mi się najbardziej – światotwórstwo, bohaterowie i zależności między nimi, scenerie… Wiele się nie dzieje przez co nie mógłbym powiedzieć, że czytałem z wypiekami na twarzy, ale z zainteresowaniem – i owszem.

Na początku drugiej części to dobre wrażenie zostaje stopniowo zastąpione przez kilka małych znaków zapytania. Trochę rozmywa się ta narracja z części pierwszej, a całość staje się mniej osadzona w rzeczywistości. Dominować zaczynają jakieś metafizyczne wątki, jest dziwnie.

A zakończenie niezbyt dla mnie zrozumiałe. Nie wiem, czy to wersja pierwsza, druga czy piąta, ale znów zdaje mi się oderwana od treści, jakby pisana odrębnie. Trochę za duża pompa, warstwa emocjonalna nieco przerysowana moim zdaniem.

Zatem – opowiadanie interesujące, ale bardzo pozytywne wrażenia z części pierwszej zblakły w obliczu całości.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dziwne opowiadanie. Właściwie kiedy poczułem, że zacznie się rozkręcać, to ono się skończyło. Czytało się dobrze i wartko – tempo stanowi duży atut tej historii. Gorzej, moim zdaniem z balansem. Wydawałoby się, że głównym bohaterem będzie Kurt, w dalszej części na takowego wyrasta Freja, ale i sam harley pasuje, szczególnie w zestawieniu z tematem konkursu.

Zakończenie uznaję za średnio udane – wkrada się do niego element słodkiego, hollywoodzkiego happy endu. Zresztą, cóż za znaczenie dla tego opowiadania mają zwłoki zabitej dziewczyny? Chyba tylko pokazanie, jakie z Frei dobroduszne bóstwo.

Fabuła prosta, szablonowa. Ot, dla dodania kolorytu zestawiłaś ją z mitologią i podlałaś sosem z filmu akcji.

Czytałem mimo wszystko z zainteresowaniem, dobre opowiadanie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Ot, obyczajowa opowiastka. Element fantastyczny mnie osobiście nie przekonuje. Fabuła to właściwie dramat obyczajowy z wątkiem wojennym w tle. Fajnie odmalowałaś scenerię i bohaterów, położyłaś odpowiedni nacisk na tajemniczy kamień, który kształtuje oś tej historii.

Tempo dość jednostajne, ale czytało się dobrze. Nie nudziłem się, choć szczególnego zaangażowania też nie okazałem.

Słowem – niezły dramat, choć średnie opowiadanie fantastyczne.

Mimo wszystko, dobra robota.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Thargone

Drakaina

Bellatrix

MrMaras

Werwena

Wiktor Orłowski

kam_mod

Żongler

None

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Aw-aw, Wiktorio ;)

Symboliczny grzaniec? Daj tylko znać o której, a ja się stawię. Tym bardziej, że ciemną nocą planuję wracać do Primagrodu – hrabstwo jest aktualnie w okresie burzy i naporu, ech!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Przybieżę i ja, Wiktorio.

W całym swym hrabiowskim majestacie, który choć zajmuje przynajmniej pięć krzeseł, tym razem zadowoli się choćby kawałkiem podłogi ^^

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Taki “Twój” ten tekst. Skondensowany, enigmatyczny, przedstawiający sprawy proste w sposób skomplikowany. Piszesz tak, że nie wiem, czy rozumiem tekst, czy raczej błądzę.

Niektóre zdania ładne, inne przesadnie poetyckie, jakby ważniejsza była dla Ciebie zabawa słowem niż opowiedzenie historii.

Sam pomysł z rzeźbiarzami na plus, forma sprawiła jednak, że przez treść brnąłem dość opornie.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Po wstępie wydawało mi się, że będzie super. Później… wrażenie balansowało.

Wybrałaś tematykę i scenerię, którą bardzo lubię, więc czytałem z zainteresowaniem i dużymi nadziejami.

“Choroba” Misaki nie wydawała się super odkrywcza, ale z pewnością obiecująca. Liczyłem, że uda Ci się wykrzesać z niej coś ciekawego, tymczasem wyszło enigmatycznie.

Mam wrażenie, że to opowiadanie byłoby naprawdę super, gdybyś napisała je odważniej. Postawiła dwa kroki tam, gdzie postawiłaś jeden. I dlatego bohaterka ma zalążki charakteru, ale jej zdecydowaniu towarzyszą chwilę bierności i tchórzliwości (chowanie się za “ekranami”?). Japońskość jest zaakcentowana, a przydałby się jej wiarygodniejszy szkic. Nie wystarczy napisać yokai i wrzucić drzewko bonsai.

Fabuła idzie po linii najmniejszego oporu, a świat prowadzi bohaterkę po sznurku do finału, przez co czasem cierpi również wiarygodność przedstawianych wydarzeń.

Napisane poprawnie, natomiast najlepszym elementem tekstu jest dla mnie z pewnością zakończenie. Prawdziwie creepy – bardzo mi przypadło do gustu :)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Solidne opowiadanie, Marasie.

Jeśli chodzi o hrabiowski gust, to tym razem utrafiłeś w sedno. Czytałem jakiś czas temu artykuł o zwierzakach w kosmosie, Twój tekst był ciekawą na ten temat wariacją faktu i fikcji.

Bradziaga jest, zdawałoby się, zwykłym kotem, a jednak przez pryzmat wielu miejsc i na przestrzeni lat, wykreowałeś w jej kociej osobie ciekawą, tajemniczą bohaterkę. W tekście jest sporo smaczków, jednak wydaje mi się, że i bez detalicznej wiedzy można czerpać sporą przyjemność z jego lektury.

Napisane bez zarzutu, zakończenie niezłe, a tytuł, choć prosty, bardzo pasuje do treści.

Dobra żonglerka tempem i konsekwentna immersja, którą pomagały budować historyczne osobistości.

Słowem – podobało mi się.

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Niezłe.

Stylizacja to moim zdaniem obosieczna broń – z jednej strony wspomaga immersję, nadaje temu opowiadaniu specyficzny, oryginalny charakter, a z drugiej – trochę męczy. Tekst co prawda względnie krótki, ale dialogi po brzegi wypakowałaś regionalizmami.

Fabuła, podobnie jak bohater dość prosta, taka, hmm… prowincjonalna. Niespecjalnie to lubię, ale nie mogę uczciwie uznać za wadę. Twist z markami ironiczny, całkiem niezły.

Brakuje mi trochę kultowości. Elementu, dzięki któremu ta historia mogłaby zalśnić na dłużej, wyróżnić się czymś więcej niż samym językiem.

Humor przyjemny, nienachalny. Trochę gorzej ze stosunkiem długości do treści, ale bez tragedii. Tempo trzymałaś konsekwentnie. Może nawet trochę zbyt konsekwentnie – przydałoby się jakieś przyspieszenie w finale. Tymczasem wszystko wyszło dość spokojnie. Bohater wydał mi się jakiś taki przymulony – jakbym jego emocje widział przez mleczną szybę. Na tym też przydałoby się położyć większy nacisk – jego złości, jego radości, jego zawodzie… (w stylu, że był zawiedziony przewalutowaniem) ;)

Tak czy inaczej, dobry tekst. Przeczytałem sprawnie, choć z niewielkim zaangażowaniem w treść.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Hej, Wiktorio.

Mam przy tym tekście wrażenie niewykorzystanego potencjału. Z jednej strony wpadłaś na fajną postać (gepard) i fajny miałaś zamysł biotechnologiczny, dzięki czemu opowiadanie wyróżnia się, z drugiej… zadowoliłaś się tym.

I reszta jest niestety taka średnia. Przede wszystkim wtórna i niezbyt angażująca. Niektórzy chwalą stronę emocjonalną, na mnie niestety nie zrobiła szczególnego wrażenia. Może dlatego, że nigdy nie miałem w zwyczaju wylewać łez nad cierpiącymi zwierzętami (choć oczywiście jestem zagorzałym wrogiem przemocy, zaznaczam).

Warsztatowo jak zwykle super, tempo immersja i sposób prowadzenia opowieści – również.

Szkoda tylko, że to wszystko tak mało satysfakcjonujące…

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Jakieś to takie… hmm.

Po drugim “fragmencie” tego tekstu miałem o nim znacznie lepsze zdanie niż po ostatnim. Co prawda wszystko zdawało się mocno chaotyczne, nie wiązało się w sensowną całość, ale uważnie śledziłem perypetie psów i kotów, licząc na jakieś błyskotliwe połączenie losów, ukazanie jakiegoś elementu spajającego, tymczasem… doczekałem się symbolu.

Słowem – w końcowym rozrachunku zawiodłem się.

To nie tyle opowieść, co raczej rozprawka na temat życia i śmierci. I tytuł zdaje się to potwierdzać – również jest rozprawkowy.

Być może zagłębienie się w tekst, czytanie go po kilka razy i dokładniejsza analiza potrafi odkryć  ukryte na pierwszy rzut oka walory, ale mnie to akurat nie rajcuje. Nie po to czytam opowiadania.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Referendum?!

No, nie spodziewałem się, że moja rzucona przy okazji komentarza propozycja wywoła takie zamieszanie…

Przede wszystkim nie była to próba nakłonienia Cię do zmiany tytułu, Tsole. To ważny element opowiadania, ale najistotniejsze, by sam autor go czuł.

“Nupole” jest fajne, gdy się przeczyta już opowiadanie.

 

W obronie swojej propozycji zaznaczę tylko, że wbrew temu, co pisała Finkla, nie miał on odnosić się do Nupolis jako po-prostu-miasta. Bo dlaczego Nupolis nazywa się Nupolis? Z powodu NUP-a. Więc Nupolis nie jest tylko określeniem miejsca. To nie Warszawa, Łódź czy Primarena (stolica Primagrodu), tylko symbol władzy.

I dlatego “dzieci” odnosi się i do Nupali, i do ludzi takich jak Klara. Bo wszyscy oni są elementami systemu.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

"Wiatr przemian zasnuł chmurami oczy Nupalii"

Piękne, Thargone! Utrafiłeś w sedno, Twoja propozycja jest znacznie lepsza od mojej ;D

 

(…) nupole czy nupalie. Pierwsza opcja kojarzy się negatywnie (z głupolami) druga pozytywnie (z konwaliami).

Heh, coś w tym jest.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Rzeczywiście nabiera rumieńców. I to całkiem szybko :)

 

Ciekawe opowiadanie – przede wszystkim dzięki formie. Film, artykuł z gazety, wywiad, klasyczne fragmenty… wszystko to tworzyło interesujący, przyjemny w odbiorze mariaż.

Podoba mi się też rezygnacja z typowego, pierwszoplanowego bohatera. Choć za takich mogą uchodzić Tomasz i Klara, to jednak w istocie jest nim całe Nupolis.

Początek jest dość ciężki, może szkoda, że nie przedstawiłeś go w ten sposób, co resztę opowiadania. Z drugiej strony, rozumiem, jaki miałeś zamysł.

Dobrze wypadł aspekt emocjonalny, pod postacią rozterek Klary. Bardzo… naturalnie. Nie miałem wrażenia przerysowania tych scen, to naraziłoby jej uczucia do niechcianego dziecka na śmieszność.

Zakończenie – ładne.

Tytuł – nie podoba mi się. Nie dość, że niezrozumiały, to jeszcze rymuje Ci się z nickiem XD Chyba wolałbym coś w stylu “Dzieci Nupolis” czy jakoś tak.

 

Słowem – ciekawy, dobrze napisany reportaż, który dzięki gawędziarskiemu stylowi i wysokiej immersji czyta się sprawnie i z dużą przyjemnością. Podobało mi się.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Sprecyzuję, Marasie – “lekki i przyjemny” dotyczyło formy, nie treści. Bo napisałeś w taki właśnie sposób – lekki i zrozumiały, dzięki czemu przeczytałem z przyjemnością.

Treść, cóż… miała swoją wagę.

Może i “nie porwało”, ale nie znaczy to, że się nie podobało.

 

Moje zakończenie też realistyczne, tylko Twój bohater musiałby być innym typem człowieka ;)

Psychopatą? Być może ;D

 

Dzięki.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Przeczytałem i ja. W sumie dość dawno temu, ale nie chciało mi się komentować ;)

 

Zachęcił mnie tag horror i choć szorcik mi się podobał, za dużo horroru w nim nie dostrzegłem. Bardziej pasowałaby czarna komedia ^^

Całość wyszła… dobrze. Podobało mi się.

Na początku fajnie budowałaś nastrój, na końcu dałaś zaskakującą puentę.

Warsztatowo można oczywiście podrasować to i owo, ale nie jest źle.

Powodzenia w kolejnych tekstach.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Kawał porządnego opowiadania.

Podobnie jak przedpiścy, Hrabia też w gry planszowe nie celuje, ale udało Ci się trafnie i wiarygodnie przedstawić fascynację tą formą rozrywki.

Zresztą podobny setting jest dość świeży, przez co opowiadanie czytałem z niekłamanym zainteresowaniem. Kojarzyło mi się z Jumanji (to chyba najbliższe skojarzenie, choć i tak odległe), na szczęście zdecydowałeś się pójść fabułą w innym kierunku.

Tajemnica Czarowęzłów nie jest co prawda szczególnie nowatorska, ale ubrałeś ją w interesujące szaty.

Wątek obyczajowy dobrze spełnia swoje zadanie. Bohaterów naszkicowałeś w wyrazisty sposób, nadałeś im cech indywidualnych, jak chociażby te śledzie Dalii. Udowodniłeś zarazem, że potrafisz pisać o rzeczach, wydałoby się banalnych, w sposób, bardzo interesujący, dzięki czemu 50k poszło mi za jednym posiedzeniem.

Prolog zagadkowy, ale rolę haka spełnia naprawdę nieźle.

Tytuł kompletnie nie w moim stylu, ale dobrze koreluje z treścią.

Jeśli chodzi o wady, to wskazałbym chyba balans. Wydaje mi się, że na tle części LUDENS część KOWAL jest zbyt raptowna. Oczywiście w finale wypada przyspieszyć, ale skoro tak budowałeś tajemnicę, dobrze byłoby też nacieszyć się rozwiązywaniem jej trochę dłużej ;)

 

Tak czy inaczej, dobra robota.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Jest OK.

Co prawda miałem nadzieję, że wyłączy systemy podtrzymywania życia w sarkofagach pozostałych informatyków, po czym spojrzy na nowego dowódcę i z niewinnym uśmiechem powie “jestem ostatni”, ale Twoje zakończenie też daje radę.

Fajny dylemat moralny, mniej fajne jest to, że bohater był takim po-prostu-idealistą.

Ostatnie zdanie rzeczywiście niezłe – ukazuje, że koleś jest zwykłym człowiekiem, który ma swoje słabości i lęki.

 

Tekst lekki, przyjemny, do przeczytania.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Lubisz pisać o robactwie, co? ;p

Była mucha, były karaluchy, teraz przyszła pora na faunę gleby…

Ciekawe, nietuzinkowe opowiadanie. Wyróżnia się na tle innych, co dla mnie jest największym plusem. Bohaterowie fajni.

Momentami pod względem uczuciowym tekst jest trochę mdły, przesadzony – jakbyś na siłę chciała wlewać ten optymizm niepotrzebnymi deklaracjami miłości. W tych miejscach lepiej by się sprawdziło trochę subtelniejszego “show” ;)

Początek bez fajerwerków, ale poprawny. Nie nudził. Zakończenie – symboliczne.

Fajny, bogaty worldbuilding, w którym udało Ci się uniknąć infodumpów – duży plus.

Scena kraksy nieco zbyt siermiężna. Chciałaś pewnie zrobić coś zaskakującego, burzącego spokój ostatniej podróży, ale wyszło… no, bez telemarku ;)

 

Tyle ode mnie, dobra robota.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Hehe, na Hrabiego zawsze możesz liczyć ;)

Wpisałem w google “paruzja”, a tam same Jezusy. Analogia nawet mi pasowała do treści opowiadania – oto przychodzi zbawiciel świata, bóg-maszyna! W każdym razie dzięki za dodatkowe wyjaśnienia.

Moja awersja bierze się najpewniej stąd, że ostatnio byłem w pewnym muzeum, gdzie można było podziwiać dzieła pewnego malarza oraz pewnego rzeźbiarza. Prezentowanych prac było kilkadziesiąt (oddzielnie, dla każdego z twórców), cóż jednak z tego, skoro 70% stanowił… Jezus. Jezus na krzyżu, Jezus w grobie, Jezus w żłobie, Jezus na krześle i Jezus spionizowany – wszędzie Jezus!

Ech.

Znak tamtych czasów najwyraźniej.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Hmm, taki Terminator/Matrix z akcentem mitologicznym.

W sumie fajne. Napisane porządnie, nie nudziło, nie dłużyło się.

Do przeczytania.

Sorry, że bez dłuższej analizy, ale chyba nie ma za bardzo czego analizować. Po prostu poprawny, dość ciekawy szorcik.

 

Tyle ode mnie.

 

EDIT: w korelacji z tytułem, którego znaczenie sprawdziłem dopiero teraz, tekst nabiera dość dziwnego wydźwięku. Że niby dobrze dla świata, że się uwolniła ta SI? Trochę szkoda, że znów w opko są wplątane Jezusy… Tyle mamy mniej wyświechtanych elementów religijnych.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Widzę, że tu same zachwyty, ja pozostałem jednak nieporuszony – ot, scenka w modnym ostatnio sosie transhumanizmu.

W niewielkiej ilości znaków przedstawiłeś naprawdę dużo. To znak kunsztu, jednak niekoniecznie zaleta szorta. Niesie on w sobie dużo treści, ale treść ta nie jest odkrywcza, a brak odniesień, jakiejś bogatszego planu akcji sprawia, że szybko uleci. Przynajmniej mi.

Zresztą, to tylko spekulacje ;)

 

Napisane jak zwykle bardzo sprawnie. Tytuł… no, jest.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Z niejasnością nie przesadzajmy – ja chyba jestem jednym z tych, którym najtrudniej zrozumieć portalowe teksty. Choć, z drugiej strony, literaturę światową, łącznie z hard-sf jakoś rozumiem, więc niejednokrotnie mam wątpliwości, czy to we mnie jest problem…

 

Owszem, przy takiej długości trzeba iść na kompromisy, to zrozumiałe.

 

nie chciałam też, by AI aż nadto lamentowało nad swym losem. Trochę chłodu maszyny zdecydowałam się mu pozostawić.

A, to wyszło naprawdę dobrze – masz dodatkowego plusika :)

 

Dzięki.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Fajne, ale opowiadań tego typu jest na pęczki. I niczym szczególnym Opętanie się nie wyróżnia, więc podejrzewam, że na długo nie zapamiętam.

Początek jest dość dziwny, bo oderwany od reszty treści. Wydaje mi się, że chciałaś dać jakiś mocny  akcent na początek, a przy okazji pokazać fach bohatera i to wyszło dobrze, tyle że dalsza część jest zupełnie niezwiązana. Tak naprawdę opowiadanie można by okroić do historii Wandy.

Z bohaterów wyróżniała się Ola (fajna dziewczyna), główny bohater niestety dość stereotypowy. Pozostali – ot, są.

Fabuła zrozumiała, ale trochę rozwleczona. Zabrakło mi nieco dynamizmu i dramaturgii, choćby w scenie “nawiedzenia”. Tę znalazłem tylko w prologu z doktorem, który to pod względem widowiskowości naprawdę daje radę.

Zakończenie słitaśne.

Tytuł, jak na Ciebie, bogaty ;) Podobał mi się.

 

Słowem – poprawne opowiadanie, do przeczytania.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Jak dla mnie przyjemny tekścik do przeczytania, przeczytania powtórnego (bo skoro właścicielka nie żyje, to coś się kupy nie trzyma), zrozumienia, chwilowej refleksji i zapomnienia.

Szkoda, że dobitniej nie podkreśliłaś tego zużycia, przeświadczenia jednostki, że to jej koniec – wtedy zakończenie wybrzmiałoby mocniej. A tak – było mocne, ale w pełni zrozumiałem je dopiero przy drugim czytaniu.

Temat zbyt odkrywczy nie jest – mnie najbardziej przypomina anime Plastic Memories.

Napisane ładnie, tytuł nawet więcej niż ładny.

Długość tekstu niestety uniemożliwia zżycie się z bohaterami, więc mnie pod względem emocjonalnym specjalnie nie ruszyło.

Zakończenie jest w sumie najmocniejszym punktem programu, co w sumie dobrze – tak powinno pisać się szorty.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Miły było, NoWhere. Szkoda, że tak wcześnie musiałeś się ulotnić, ale może kiedyś nadrobimy ;)

Bello –  klasa. Jesteś wzorem gościnności. Następnym razem wezmę chyba nadwornego kuka z Primagrodu, coby Cię trochę odciążył ^^

 

 

Dzięki wszystkim za spotkanie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Kammo.

Widziałem Twój wcześniejszy wpis, nie wiedziałem jednak, czy odbierać go jako takie zaskoczone “Oho!” osoby niespodziewającej się rychłego, gdańskiego spotkania, czy raczej mikołajowe “ohoho!”,  Kammy wpadającej na spotkanie przez komin ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Ja, zaryzykuję stwierdzenie, zaglądam tu nawet regularnie!

No dobra, do wątków pokrewnych ^^

 

Całą końcówkę października spędzam niestety w takim afantatycznym mieście, które zwie się Kielce. I to jest nie do przeskoczenia ;(

Na początku listopada – nie wiem, ale chyba mój brat bliźniak żegnał się z Państwem w moim imieniu? ;)

 

ps: nowa nadzieja na piwo? Kurde, aż żałuję, że nie było mnie na Zemście Starucha :/

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Warto było publikować :)

Warto, warto ;)

 

Poza mięsistością języka, muszę jeszcze przyznać, że opowiadanie dobrze “wpada” do głowy. Od przeczytania do napisania komentarza upłynął w moim przypadku ponad tydzień (no, nie chciało mi się ;D), tymczasem formując  go, wciąż doskonale pamiętałem treść.

Miło znów zaglądać do nowego opowiadania Cobolda z wiarą, że to po prostu będzie coś wartościowego :)

Tak trzymaj.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

O, wszelkie nawiązania do Japonii mile widziane, Znikąd-Donikąd Znikąd-NaPizzęBelli :)

 

Teyami. Niedobór srebrników? Heh. Fungorn to ubogie hrabstwo, wiadomo nie od dziś… Polecam przeprowadzkę do Primagrodu. Zgodnie z moją najnowszą ustawą wszelkie połączenia do miast Sojuszniczek są realizowane przez Gildię Rikszarzy ZA DARMO.

;)

 

Arnubis & Minuskuła – a najsmutniejsze jest w tym wszystkim to, że nawet nie jesteście w stanie zorganizować sobie własnej “pizzy nomadów” z racji tych wyjazdów/przejazdów ;p

Heh, może jeszcze będzie okazja ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Mytriksie, jaka parlamentarna odpowiedź!

Powinienem się od Ciebie uczyć ;)

 

Powiem Ci, że masz dużo racji. Wydaje mi się jednak, że aby przekonać czytelnika do drążenia w tekście potrzeba w pierwszej kolejności jakiegoś solidnego fundamentu. Gdy poczuje, że stoi stabilnie, może się zabrać do kopania pośród liter ;)

Zresztą, niektórym opowiadanie bardzo do gustu podeszło – jak zwykle jest to kwestia bardzo indywidualna…

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

W programie spotkanie samego Hrabiego, który odwiedza Pomorze :)

Masz Ci los.

Toć po takich doniesieniach nikt nie zechce przekroczyć bram Gdańska, Sojuszniczko!

Jeden niby przyjeżdża później, drugi ponoć dalej… Albo bliżej. Hmm.

 

Choć nie ma tego złego – więcej pizzy dla mnie ;3

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Wydawałoby się, że litery stawiasz, jak zwykle, czarne, a jednak całe to opowiadanie jawiło mi się w barwach przypalonej na skrajach sepii.

Klimat jest zdecydowanie najmocniejszą stroną – język jest mięsisty i brudny, a obrazy sugestywne. Kojarzyło mi się… w sumie nie pamiętam z kim. Może MR Jamesem? Mahenem? Poe? Ito? Może po części  z każdym z nich. Pomysł zbyt odkrywczy nie jest, ale przedstawiony z takim kunsztem, że nie mogłem zagłosować inaczej, niż zagłosowałem ;)

 

Trzym się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Przyjemne, ale niewykraczające poza pewien poprawny poziom “fajności”. Ciekawe postaci, ich ryt psychologiczny. Sam pomysł na opowiadanie bardzo na plus.

Treść jednak dość miałka, w głowie nie zostaje.

Brakuje mi trochę połączenia wszystkich elementów tego opowiadania czymś dużym i mięsistym. I jakiegoś bardziej widowiskowego zakończenia.

Trochę szkoda, bo potencjał moim zdaniem duży.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dziwne opowiadanie. Jak właściwie każde Wiktoriańskie opowiadanie czytało się to-to dobrze, ale gryzie mnie dysonans między tym początkowym, twardym aspektem “history” i późniejszym “fantasy”.

Trochę zbyt drastyczny, przez co opowiadanie traciło na wiarygodności. Najpierw brud, potem tęcza. Zakrwawiona tęcza ;p

Koty fajne, wiedźmy i wilkołaki takie trochę meh. Choć napisane wprawnie, to jednak rozjeżdżało się i być może ostatecznie zostałem z wrażeniem: przekombinowane. Jakbyś na siłę chciała dodać tej prostej w gruncie rzeczy historii kolorytu, sięgając po dziwne rozwiązania.

 

Trzymaj się ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Zabierałem się do tego opowiadania, cóż, z oporami. Nie ukrywam, że nie lubię Twojej literatury, a pierwsze akapity… No, moim zdaniem dramat. Nawarstwione przymiotniki, dziwna narracja, przecinki, przymiotnik bez rzeczownika.

Zrobiłeś, co mogłeś, by zniechęcić.

I, szczerze mówiąc, myślałem, że się poddam.

Wrażenie szybko jednak zniknęło, bo dalsza część opowiadania była naprawdę sensowna, ciekawa i czytało się dobrze.

Widzę, żę niektórzy piszą o emocjach – ja ich prawdę mówiąc nie zauważyłem. Moim zdaniem opowiadanie napisane jest beznamiętnie, a postać głównego bohatera, niestety, nie pomaga. Jest jakiś taki… przesadnie prosty. Wydawał mi się po prostu półgłówkiem z tanimi tekstami, więc nie mogłem się z nim utożsamić.

Dziewczyna z kolei nijaka. Świat przedstawiony – niespójny. Przeczytaj sobie (jeśli nie czytałeś) 7EW Stephensona. On zrobił to, co Ty, tyle że w sposób wyśmienity. Ta ostatnia akcja z rakietą była jak dla mnie kwintesencją – jakby to był odbijający od brzegu statek, na który można skoczyć z rozbiegu…

Reasumując – przyjemna w odbiorze opowiastka, ale do świetności sporo jej jednak brakuje.

Tytuł niestety banalny.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

O, Mytrix.

Szkoda że akurat Tobie muszę wstawić taki komentarz, jaki wstawie, ale moim zdaniem… BEŁKOT.

To słowo właściwie w całości podsumowuje ten tekst.

Odrealniony, niezrozumiały, z zajefanymi ozdobami (TORT, kolorki), które miały za zadanie chyba tylko przysłonić jego miałkość.

Dobrze przynajmniej, że krótki.

 

Sorry za przykry komentarz – na szczęście wiem, że akurat Ty potrafisz i lepiej, i ciekawiej.

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Tak się zastanawiałem… Nie można było napisać tego “po bożemu”, zaczynając od fragmentu afrykańskiego? – taka była moja pierwsza myśl, po zakończeniu lektury.

No bo właśnie, próg wejścia w to opowiadanie był niepotrzebnie podwyższony. Najpierw całkiem ciekawy, tajemniczy opis, który jednak nie daje czytelnikowi zbyt wielu wskazówek, co się dzieje i nie pozwala wejść w skórę Czarnego, bo ten jest zbyt obcy. Cel niby określiłaś, ale zwrócenie uwagi na zegar, który po prostu tyka za wolno, zmniejsza napięcie tej sceny.

Później pojawia się Michał. Pomyślałem sobie – no i mamy głównego bohatera. Ale jednak nie. Chłopina wraca do siebie, a my cofamy się do przeszłości. Trochę za dużo chaosu. Stąd wydaje mi się, że wrzucenie fragmentu Sambene trochę by to wszystko uporządkowała.

Szczególnie że opowiadanie jest niczego sobie. Ma fajny, orientalny element, niezłą postać i aspekt emocjonalny, który w afrykańskich scenach pokazuje swój prawdziwy urok. Napisałaś też to-to dobrze, czyta się bardzo przyjemnie. Zadbałaś o tempo, więc nie nudzi.

Słowem – dla mnie zgrzyty głównie kompozycyjne. No i przydałoby się więcej kultowości ;)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Czytałem kilka opowiadań Twojego autorstwa, które bardziej mi się podobały. Miały lepszy pomysł, lepszych bohaterów i bardziej atrakcyjny akcent matematyczny. Cóż jednak z tego, skoro jako samodzielne opowiadanie Paradoks broni się nadzwyczaj dobrze? ;)

Podobało mi się. Właściwie przez cały czas – od interesującego początku, po odjechaną końcówkę. Na początku trochę mnie ona zdziwiła, ale wystarczyło trochę nad tekstem pomyśleć, by wszystko złożyło się do kupy – nieźle.

Duże też plusy za uporządkowaną konstrukcję, dobrą kontrolę tempa i lekkość narracji. Mając te elementy, napisałbyś dobry tekst nawet na znacznie słabszej podstawie. Bo po prostu dobrze by się go czytało. Z zainteresowaniem.

W Paradoksie brakło mi chyba czegoś widowiskowego. Elementu, który zostałby ze mną na dłużej, bo kilka dni od przeczytania, choć treść naturalnie pamiętam, złotymi zgłoskami zapisuje się właściwie tylko końcowy odlot Lidii. Słowem – niska kultowość.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Próbuj. Nic nie stracisz, a może wyjść coś ciekawego. Powiem więcej – Hrabia wierzy, iż rzeczywiście wyjdzie. To w końcu wciąż jesteś Ty ;)

Swoją drogą świetnie, że zaglądasz na portal i przywróciłeś te genialne opowiadania, Surface. Szkoda, że nie wszystkie. Uważam, że chociażby Pocotenpośpiech zasługuje na kolejną premierę. Zresztą nie tylko on.

Aż wracają wspomnienia, gdy zapalałem świeczki, włączałem muzykę natury (deszczy, czy inne pierdoły) i zasiadałem do tych tekstów…

Najwyższy czas odświeżyć i powrzucać bałwochwalcze komentarze ^^ Wreszcie się da.

 

A odnośnie prac Surface’a, zainteresowanym polecam też kanał na Youtube. Znajduje się tam co najmniej kilka świetnych miniaturek, jak choćby Dorothy czy Watch me leave.

(Jeśli nie życzysz sobie tej drobnej reklamy, Autorze, linka oczywiście usunę. Daj znać).

 

Pozdrawiam.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Bravo, bravo!

Gratuluję pierwszego piórka. I coś czuję, że nie ostatniego ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Rany, Katio! Czemu takie przyjemne opowiadanie ma taki infantylny tytuł? ;p

Ale może nie podoba mi się, bo lat temu pińćset też byłem taki Grubcio. Z tą różnicą, że ja nie uratowałem Eli, a Hrabstwo! ;D

 

Samo opowiadanie w każdym razie udane. Fajny mariaż obyczajówki z taką bezczelną, nieposkromioną fantastyką. Pojawiały się też przebłyski tego mrocznego czegoś, co czasem wyłania się z Twoich tekstów.

Fabuła dość przewidywalna, choć zakończenie ma pazur – coś czuję, że samego Grubcia krowy nie opatrzą…

Stosunek długości do treści wypada średnio, ale takie już uroki obyczajówek.

Postacie sprawnie nakreślone, a warsztat na wysokim, katijnym poziomie. Podobało mi się.

 

I dziękuję.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dobre.

Przeczytałem parę dni temu, na dwa podejścia. I zaznaczam, że przerwa nie była spowodowana znudzeniem tylko hrabiowskimi obowiązkami – samo opowiadanie jest bardzo ciekawe.

Na pierwszy plan wysuwają się naturalnie elementy science i religijny. Ten pierwszy przedstawiłeś w przystępnej formie, nie rozwadniając za bardzo treści. Infodumpy są, ale z pewnością znacznie łatwiej byłoby zepsuć nimi ten tekst, niż uczynić lepszym, więc jestem ukontentowany.

Element religijny też daje radę, stanowi dobrą przeciwwagę. Nie brnąłeś za bardzo w tego Jezusa, skupiłeś się na tym, co ważne.

Na plus również sam pomysł – zgrabny, interesujący – i wykonanie, które pomimo pewnej nieporadności interpunkcyjnej daje radę (”zwłaszcza że” powinno być bez przecinka w środku itd).

Na minus ubogość akcji. Taka fajna zdolność, a w samym opowiadaniu dzieje się właściwie niewiele. Tempo jest wolne i jednostajne. Takie, nie wiem, kontemplacyjne. Przyspieszasz trochę w kostnicy, ale te dwa-trzy akapity to trochę mało jak na 45 tysi.

Bohater też dość bezpłciowy. Brakło mi w nim charakteru – nie musiał zakochać się w prostytutce, ale skoro chodził do niej, by się wyładować, a jego prawdziwą pasją było stworzenie fideiny, mogłeś chyba dodać mu trochę więcej elementu “szalonego naukowca”. Zresztą, może przekraczam granicę – to w sumie wybór autora ;)

Początek właściwie dość nijaki (+banał związany z “jedyną miłością”, którym starałeś się nadać charakteru postaci, którą zaraz później porzuciłeś), zakończenie niezbyt mi się podobało, ale to kwestia zupełnie subiektywna. Jest raczej ok.

 

Tak więc jestem rozdarty w ocenie. Część elementów bardzo mi się podobała, pozostałe mniej. Nie zmienia to jednak faktu, że napisałeś kawał dobrego opowiadania. Tak trzymaj ;)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Gratulację płyną również z Primagrodu.

 

Tym razem, wyjątkowo, wyróżnię nie świeżoopierzoną Ninedin, tylko Black_cape.

9-0 dla opowiadania, które LEDWIE przebija granicę 10 tysi. Brawo! W tak niewielkiej objętości naprawdę trudno pokazać prawdziwą klasę. A Tobie się udało.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Świat miał być raczej taki uniwersalny, dlatego nie dodawałam masy szczegółów.

Dlaczego zaraz masy, wystarczyłoby kilka… Ja po prostu tego przysypiającego dziadka wyobraziłem sobie jako jakiegoś współczesnego antykwariusza. Pasował mi klimat chwili. No a później Twoja opowieść kłóciła mi się z tym pierwszym, błędnym wrażeniem ;)

Mógłbyś mi przybliżyć, co dokładniej miałeś na myśli?

 – co do grafomanii, to nie uważam, że to było opowiadanie grafomańskie, tylko opowiadanie z elementami grafomanii ;) Masz po prostu kilka niepotrzebnie przesadzonych opisów, które bardziej mają epatować formą niż pełnić jakąś konkretną funkcję. Rothfuss może rzeczywiście czasem z tego korzysta, ale nie na taką skalę i w precyzyjnie określonych momentach (opisy “ciszy”, opończa z cienia itd).

 – tych zbędnych przymiotników/przysłówków jest więcej, np.

Moje ciało od szyi w górę stanowiło jedną bryłę szkarłatnego bólu i natychmiast rzewnie zatęskniłem za błogą nieświadomością.

Dużo tell, mało show. Swoją drogą, wychodzi na to, że tylko głowa stała się szkarłatnym bólem ^^

– bałagan konstrukcyjny. Na początku opowiadania przydałby się jasno określony cel albo hak, które (tak jedno jak i drugie) sprawi, że przyciągniesz i zainteresujesz czytelnika. Ja nie wiedziałem, do czego zmierzasz. Miałem męczącą narracje i przesadzone opisy. Później opowiadanie rekompensuje wytrwałość w czytaniu, elementy wskakują na swoje miejsce i pojawia się satysfakcja, ale po prostu trzeba dać mu kredyt zaufania.

Wyjaśnienie sposobu narracji też pojawia się za późno. Jakieś sygnały powinny być już na początku, coby czytelnik miał świadomość, że to nie jest kaprys autora, tylko wyższy, mający swój cel zamysł.

Aczkolwiek samo eksperymentowanie pochwalam.  Portal to dobre miejsce do tego ;)

 

Dobrze, że bronisz opowiadania.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Sam nie wiem, w jakim tonie powinienem napisać ten komentarz.

Bo z jednej strony nudziło mnie to opowiadanie, a z drugiej doceniam całkiem ciekawy pomysł na monetę. Z jednej bardzo okroiłaś worldbuilding, przez co nie potrafiłem zorientować się co do czasów miejsca akcji (odczytywałem je z jakiegoś powodu jako znacznie bardziej współczesne), z drugiej ładnie przedstawiłaś relacje między bohaterami.

Mimo całego potencjału uważam jednak, że to opowiadanie nie wyszło, ekhm, z fazy dziecięcej. Weźmy chociażby to:

Gwiazdy przeświecają przez rozdarte chmury, srebrząc spieniony warkocz wodospadu.

Wiesz co to jest? Nie bójmy się powiedzieć – czysta grafomania. Taka prawdziwa, nie nowofantastyczno-konkursowa.

Opowiadanie cierpi na nadmiar podobnych nazbyt kwiecistych opisów, a także nadmiar przymiotników i przysłówków. Gdyby okroić te elementy, trochę lepiej zakotwiczyć akcję, zmienić narrację oraz dodać więcej o tej monecie, to… podobałoby się hrabiemu ;D

A tak wrażenia są dość przeciętne.

Za narrację pastwić się nie będę, bo w sumie ją umotywowałaś. Nie bez powodu jednak jest tak rzadko używana – trudno zrobić to naprawdę dobrze.

Tempo jest trochę zbyt jednostajne, natomiast immersja… w sumie dobra. Te grafomańskie ozdobniki nadały jej takiego onirycznego rytu, który w sumie pasował do treści.

Właściwie tyle. Ładnie piszesz, masz wartościowe pomysły, teraz czas tylko wyrobić dojrzałość literacką ;)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Syra.

XD

 

Kolejne dość długie opowiadanie i kolejne, które czyta się naprawdę dobrze – masz ten dar ;)

W kwestii treści czuję się rozdarty. Przede wszystkim, że rozwiązanie nie sprostało oczekiwaniom. Było chyba zbyt “oderwane” klimatem i przyjętą wcześniej konwencją. Od kiedy zaczęłaś o tych nimfach zrobiło się dziwnie i jakby mniej atrakcyjnie. Miałem tu wrażenie takie jak w Kocie Baskerville’a Cobolda – kryminał kończy się magicznie. I tyle.

A trochę szkoda, bo dużo miejsca i wysiłku poświęciłaś na zbudowanie spójnego, barwnego świata. To jak w teatrze – dekoracje były świetne, gra aktorska niczego sobie (o tym za chwile), ale scenarzysta z Hollywood nie sprostał zadaniu. Czy może – sprostał na swój sposób. Akurat nie na taki, jaki przepadłby hrabiemu do gustu. Zdarza się.

Bohaterowie, no właśnie… Za dużo A. To przede wszystkim. Tytus mieszał mi się trochę z Aulusem, musiałem się cofnąć i to sobie poukładać. Dużo czasu niby nie zajęło, ale gdy tak dobrze się czyta, to sama wiesz – nie chce się cofać ;)

Warsztatowo dobrze, choć przydałby się jeszcze jakiś szlif. Trochę niedoróbek tam było.

Tytuł fajny, ale mylący. Zupełnie nie kojarzy mi się z tym tekstem.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Hrabio, ale nie krytykuj tekstów na konkurs mitologiczny, że są o mitycznych postaciach.

Po pierwsze, jak słusznie Wilk zauważył, narzekam jedynie na fakt, że jest to mitologia klasyczna. Sięganie po te dobrze znane, wyeksploatowane historie to trochę broń obosieczna. Z jednej strony autor naraża się na wtórność, z drugiej – może z dużym prawdopodobieństwem założyć, że czytelnik będzie wiedział o kim pisze. Akurat mitologią grecką to chyba każdy przerabiał w szkole…

 

Swoją drogą nie oczekujesz chyba, że tekst nominowany będę oceniał przez pryzmat zgodności z wymogami konkursu, w którym startuje, co?

Nie zważam na tematykę i limity znaków. Jak coś mnie będzie uwierać, to po prostu o tym poinformuję.

 

W “Sowim pakcie” jest scena, która mimo krótkich zdań powinna Ci się spodobać (czy całe opowiadanie nie wiem, pewnie nie) :-)

Ależ pesymizm! Trzeba wierzyć w siebie i swoje teksty, Wilku ;)

Trzymaj się. Może wpadnę, jeśli starczy hrabiowskiego czasu. Piszesz wszak naprawdę na poziomie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Brawo, Finklo ;p

 

Przeczytałem. I to o dziwo na raz – zwykle do opowiadań portalowych tej długości zasiadam 2-3 razy, kweh!

Fajne opowiadanie, choć ten hak z wampirami sprawił, że przewróciłem oczami. Stworki tak wyświechtane jak elfy i krasnoludy.

Na szczęście to nie wampiry stanowiły główną oś opowiadania, a zielsko ze stawu i ballada Mickiewicza. To już jak najbardziej przypadło mi do gustu.

Pierwsza część opowiadania dość powolna, ale napisana z takim polotem i lekkością, że w ogóle nie nudzi. Dobra robota.

W dalszej części zawiodła mnie trochę brak dramaturgii. Niby miasto oddzielone od świata, niby wszyscy się martwią, ale jakoś tego nie czułem. Być może przez niezachwianą świadomość, że wszystko skończy się dobrze. Niby mogłaś zaskoczyć, ale tego nie zrobiłaś, kończąc klasycznie. Czy to źle czy dobrze – zależy od gustu, jak mniemam.

Tempo opowiadania trochę kuleje. Pierwsza połowa jest mimo wszystko zbyt rozwleczona, podczas gdy finał zmieściłaś w kilku akapitach. Chciało by się więcej mięcha i więcej rzeki ;)

Bohaterka zakreślona dość dobrze, miała swoją osobowość i raczej Ci się udała.

Tytuł ot, poprawny. Bez szaleństw, ale też nie jakiś słaby. Dobrze komponuje się z treścią.

 

Słowem – porządne, dobrze napisane opowiadanie. Nie bez wad, ale czy kiedykolwiek powstało coś bez wad? ;)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Czytałem tydzień temu, stempel jakości zostawiłem, a na hrabiowskie słowo czas nadszedł dopiero teraz.

Podobało mi się.

Przede wszystkim z powodu intensywności doznania – jest bezpośrednio, mocno, ale i nieprzesadnie. Gdybyś ciągnął tę stylizację dalej, mógłbyś przerysować opowiadanie i cały klimat szlag by trafił, Ty jednak wiedziałeś w którym momencie się zatrzymać i pozwolić wybrzmieć treści. Zresztą nie po raz pierwszy ;)

Podobał mi się też gęsty klimat, napięcie wybrzmiewające z każdego akapitu i zakończenie. Bomba, która przez te 13 tysi znaków miarowo tykała, wreszcie wybuchła.

Dobra robota.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Z dwóch opowiadań o Merlinie, to Twoje chyba bardziej mi się podoba, Marasie.

Skorzystałeś z bardziej klasycznych środków, ale zrobiłeś to z klasą. Widać, że panujesz nad tym co i jak chcesz przekazać, choć pewne elementy brukały niestety to wrażenie.

Początek mnie trochę zniechęcił rozmachem, ale koniec końców treść opowiadania okazała się zrozumiała. Zapewne ominęła mnie część przemyconych przez Ciebie w treści smaczków, ale nie czuję, by w jakiś istotny sposób zubażały one opowieść.

Trochę powyjaśniałeś w rozmowie Artura z Merlinem, ale też nie za dużo – tak, by lepiej zorientować czytelnika zarazem nie popadając w infodumpy.

Podobała mi się otoczka high fantasty. Może dlatego, że dawno żadnego nie czytałem. A może dlatego, że po prostu tu pasuje.

Na plus też opisy oraz misz-masz historyczno-mitologiczny. Takie elementy wyróżniające opowiadanie są zawsze w cenie.

Nie spodobała mi się natomiast kreacja bohaterów. To częsta bolączka opowiadań “mitologicznych”, ale chyba Ty również trochę za bardzo poległeś w tym względzie na samym micie, na tym, że tożsamość Twoim bohaterom zapewni zupełnie inna historia. W końcu nie tworzysz ich od zera. W jednak wydali mi się dość beznamiętni, zabrakło mi w nich życia.

Nie zrobiła również wrażenia dość banalna fabuła, a pewna skrótowość nieraz irytowała. Chyba lepiej, jakbyś się rozpisał i zrobił to wszystko “po bożemu”. Odczucia byłoby intensywniejsze, a wrażenia po zakończeniu lepsze.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Pamiętasz, jak kiedyś wspomniałem Ci, że zamiast opowiadania napisałeś reportaż?

To obawiam się, że przy okazji tego opowiadania muszę powtórzyć ten “zarzut” ^^

Znowu – zdania są krótkie i rzeczowe, a ich celem zdaje się bardziej prezentacja pomysłu niż napisanie ciekawej historii.

Tekst jest krótki, a Ty bardzo skupiasz się na worldbuildingu, od czasu do czasu okraszonym żartami, które w moje poczucie humoru (o ile jakieś mam XD) niestety nie trafiły. Subiektywny minus również za grecką mitologię – ile można o tych Zeusach i innych Hadesach…

Na plus z pewnością rzeczowość i tempo. Tekst nie nudzi, czyta się go z przyjemnością i zaangażowaniem. Jako opowieść jednak, moim zdaniem, słabo się broni.

Brak mi też emocjonalności, którą nader barwnie potrafiłeś zaprezentować w opowiadaniu na Mechy – a zatem wiem, że potrafisz.

W mojej opinii dobry tekst, ale słabe opowiadanie.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Przeczytałem tydzień temu albo i dawniej, ale treść tego opowiadania wciąż świeci w hrabiowskim umyśle żywym blaskiem.

Przede wszystkim należy Ci się pochwała za… przedmowę. Pozwala ona uświadomić czytelnika jaka była baza Twojego opowiadania, zarazem nie zdradzając jego treści.

Podział na segmenty dynamizuje.

Zaczyna się dość niezrozumiale, ale ładnie pod względem stylistycznym, obrazowo.

Później stopniowo odsłaniasz karty, aż wreszcie zdradzasz “twist”, który na mnie zrobił bardzo pozytywny efekt “wow”. Aż cofnąłem się do pierwszym bram, by odczytać tę drogę w innym kontekście – to Ci się naprawdę udało.

Bohaterowie też całkiem fajni. Pomimo niewielkiej objętości nad wyraz dobrze udało Ci się opisać więź Ninszubur i Innany. Nie ma tu oczywiście mowy o jakimś zżyciu się z bohaterami, ale i w tak krótkich tekstach raczej się w to nie celuje.

Jest ciekawa fabuła, jest świeży setting i twist – hrabiemu więcej do szczęścia nie trzeba ;D

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Czytało mi się dobrze, ale pod względem treści opowiadanie jednak zawiodło.

Wpadłeś na niezbyt świeży pomysł umieszczenia mitologicznych bohaterów we współczesności i postawiłeś ich przed nietypowymi dla nich problemami – takie teksty już były, choć nie w takim stężeniu, by wyczerpać temat. A więc setting na plus.

Na plus również warstwa socjologiczno-filozoficzna, czy jakoś tak. No, te modele mentalne ;) Ten wątek nadaje fajnej głębi bohaterowi i zwiększa zainteresowanie.

Warsztatowo, jak wspominali już inni, też schludnie, porządnie. Czyta się to-to bardzo dobrze.

Tytuł trafny.

Co mi się nie podobało, to brak celu w tym opowiadaniu. Konkretnej osi fabularnej, która byłaby równorzędna dla worldbuidingu i sprawiałaby, że ten tekst zostanie z czytelnikiem na dłużej. W tej chwili jest moim zdaniem po prostu klasycznie – do przeczytania z zainteresowaniem i zapomnienia.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Przeczytałem i ja, Coboldzie.

W sumie będzie z tydzień temu, ale nie chciało mi się komentować ;)

 

Krótko mówiąc, opowiadanie podobało mi się, ale zakończenie zawiodło. Całość napisałeś świetnym, profesjonalnym językiem, bohaterowie to już sprawdzona marka, a zawiązanie intrygi klasowe. Dzięki temu odbiór był czystą przyjemnością. Nawiązania, które zdecydowałeś się umieścić, też poczytuję za zaletę – zrozumiałe, nienachalne, ubarwiające treść.

Później jednak zacząłem się niepokoić. Do końca opowiadania zostało już tylko strona czy tam pół, a Ty wciąż nie rozwiązałeś tajemnicy. Miejsca coraz mniej, więc o pełnym, profesjonalnym śledztwie nie było mowy – zrozumiałe. Musiałeś umieścić twista i rzeczywiście, zakończenie tak mniej więcej wyglądało.

No ale… jak dla mnie trochę zbyt “magicznie” wyszło. Być może przez kontrast z bardzo rzeczową resztą opowiadania, odebrałem je jak pójście na łatwiznę. Czy raczej – nastawiłem się na coś, co dało się w pewnej mierze wydedukować, jakiś genialny zwrot akcji.

Olvido mówił, że jakby wykluczyć wszystko, co prawdopodobne, to nawet to najbardziej prawdopodobne będzie prawdą, ale w myśl tej zasady można dobrać jeszcze tysiąc innych “magicznych” scenariuszy.

Staruszka mogła pożreć magiczna książka i przenieść go na karty opowieści chociażby ^^

Rozumiem jednak tych, którym Twoje zakończenie przypasowało. Jest podane z wdziękiem, nadaje opowiadaniu posmaku takich klasycznych opowiadań s-f w dobrym tonie. Jest eleganckie.

 

Trzym się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Serio, wiedza czy niewiedza o tym, że takie zdarzenie miało miejsce naprawdę, ma aż tak kolosalne znaczenie dla zrozumienia tekstu? Nie wydaje mi się.

A mnie się wydaje, że autorowi właśnie coś takiego najtrudniej stwierdzić ;) Nie wyrzucisz części wiedzy z głowy i nie spojrzysz na wszystko z boku – nie da się. A przynajmniej nie w pełni.

Gwoli ścisłości – nie twierdzę, że bez tej wiedzy opowiadanie jest niezrozumiałe. Jest zrozumiałe. Persefonę kojarzyłem z czasów szkolnych, choć to, że Kora=Persefona musiałem założyć. Imię mnie zdziwiło.

A wątek podpułkownika był po prostu potrzebny jako kontekst dla tego, co odczuwa Kora. Myślałem, że wątek rakiet wymyśliłeś sobie od podstaw i próbowałem połączyć go z osobą dziewczyny – zachodziłem w głowę, po co taka “podpucha”. To błędny trop spowodowany właśnie brakiem kontekstu.

A nie po to się pisze? Nie po to wrzuca opka na forum?

Ludzie tutaj różnią się ambicjami pisarskimi, sam zresztą wiem. Twoje jednak jak najbardziej rozumiem i chyba podzielam ;)

A za to, że nie byłeś na Piwie, przeklną cię Kamienie.

Nie mów takich strasznych rzeczy ;(

Chciałem, ale służba nie drużba, trzeba było stawić się na dyżurze…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Doceniam, Staruchu, że podrzuciłeś link do Uriah Heep – miło przypomnieć sobie ten utwór. Lata nie słuchałem ;)

Portret też spoko, aczkolwiek dla dobra opowiadania przydatniejsze byłyby chyba TOTO.

Coś Ci powiem.

Z tymi linkami Twoje opowiadanie wreszcie staje się KOMPLETNE.

Przeczytałem je sporo czasu temu, ale byłem skonsternowany. Zastanawiałem się, skąd u diabła te rakiety? To sprawka Kory (Persefony)? Kupy się nie trzymało nic a nic…

Teraz przeczytałem powtórnie, poszperałem i przyszło olśnienie.

Sama opowieść napisana przyzwoicie (tak, do profesjonalnego poziomu trochę brakuje, ale widać progres ^^), powtórnie olśniewasz ekspozycją i klimatem – umiesz Ty pisać o Ruskach. Immersja jest silna w opowiadaniu, a tempo zadowalające; nie rozwodzisz się, z drobnymi ozdobnikami zmierzasz ku finałowi.

Który jest… ot taki, letni. Pozostaję sceptyczny, bo pozostawił mnie dość obojętny. No, może trochę zaskoczyłeś wyjaśnieniem imienia córki – po poprzednich akapitach spodziewałbym się raczej podejścia “przecież wszyscy wiedzą, co znaczy imię Nadia! To będzie łopatologia!”.

 

Reasumując – czytało się fajnie, a całość jest całkiem interesująca. Do pełnego zrozumienia wymaga jednak pewnej konkretnej wiedzy, więc jest KALEKIE.

Sorry za mocne słowo, ale nie podoba mi się ten portalowy proceder pisania w oparciu o wiedzę czytelnika. Biorąc pod uwagę, że większość społeczeństwa jest głupia, doprowadzi on donikąd. No, chyba że chcesz sobie popisać dla funu, przelać snujące się po głowie historię i podzielić z ludźmi, które mogą one zainteresować – wtedy spoko ;)

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Hmm, czy ja wiem, czy takie hard? ;)

 

W opowiadaniu na pierwszy plan wysuwa się jednak polityka – konflikt między mocarstwami i problematyczne położenie Cennet.

Początek jest bardzo obiecujący, bo podobnie jak tytuł zdaje się sugerować, że opowiadanie będzie “technologiczne”, tymczasem po chwili zarzucasz przynętę z całą tą strzelaniną przy małżach i tajemniczą śmiercią Tolketa i przechodzisz do wątków politycznych. Nadal jest jednak ciekawie – przeczytałem bardzo sprawnie, nie nudziłem i wszystko wydawało się jasne, choć czasami musiałem wrócić kawałek, powtórnie przyporządkować imię do stanowiska…

Arenę wybrałeś świetną – Cennet jest taką drobiną pyłu targaną wichrami czasoprzestrzeni i to daje się odczuć. Zresztą, z rozmachem nigdy nie miałeś problemu ;)

Jeśli miałbym na coś narzekać, to może na zbyt małe, “praktyczne” stężenie eftelu. Zdziebko silniejszy pierwiastek Mass Effect w tym wszystkim, więcej czystej akcji. To by się chyba przydało – tymczasem Ty, zamiast zaszaleć, wstawiłeś gwiazdki po czym dodałeś – Cennet zniszczony! No super XD

Choć równie dobrze to wrażenie jest pokłosiem tytułu, który bardzo bezpośrednio powiązałem z Rabelem i cóż… myślałem, że pościga się ze światłem w tym opowiadaniu ;)

Twist udany, zakończenie raczej też. Takie słodko-gorzkie. Ostatnie zdanie nieco banalne, ale lubię takie zagrywki.

 

Słowem – nie tego stejka zamówiłem, ale też smakowało. Reklamować nie będę ;)

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

To nie moja wina, ale tematu konkursu (miało być o konkretnym miejscu, więc trzymałam się realiów) – w korsykańskim legendarium tak po prostu jest, bo Grecy jako pierwsi skolonizowali wyspę.

Luz, rozumiem.

Konkurs to jedno, a drugie, że warto jednak warto zachować pewną wartość z realiami. Im silniej tekst zanurzony w rzeczywistości tym silniej na czytelnika będzie oddziaływała aberracja, jaką jest element fantastyczny. Gdyby w Twoim Corte ludzie latali na świniach, tajemnicza mgła nie zrobiłaby już takiego wrażenia ;)

Dobrze, że tak postąpiłaś.

A co do Keto, już się zorientowałem, że Twoje. Z tematów okołogorgonowych znałem tylko Perseusza i Meduzę, należało zaktualizować mózg… ^^

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Ładnie.

Udany mariaż technologii i religii okraszony esencjonalnym pięknem Japonii. Warsztatowo wspięłaś się na wyżyny dobrego smaku. Jeszcze trochę więcej tych ozdobników i porównań, a byłaby irytująca grafomania. Ale zatrzymałaś się w porę i wyszło, jak wyjść miało. Język szedł w parze z immersją i pozwalał przenieść się do Twojego świata. Dla mnie było to nader łatwe – kocham Japonię.

Trochę filozofowałaś, ale też nie na tyle, by znudzić. Temat zgubionego androida udany, a wątki ze świątyni słaniały do przemyśleń – jak to połączysz?

Tempo niespieszne, ale konsekwentne. Może przydałoby się dopieścić ten element i przyspieszyć z narracją choćby w momentach spoglądania w obraz czy rozkminy o duszy, by lepiej oddać konfuzję Yoshiego, ale i tak wyszło dobrze, więc nie będę narzekać.

Zakończenie fajne. Tytuł frapujący, choć niespecjalnie hrabiowski. Niech Ci będzie.

 

Słowem – subarashii! :)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Tym razem nie Francja? ;O

 

Zaskoczyłaś na start, Drakaino, jednak początek opowiadania zdał mi się nieco nużący. Tak przez pierwsze 20 tysi znaków skupiasz się na Giovannim i worldbuildingu. To drugie jest rzeczywiście udane i dobrze buduje immersję, ale bohater zdał mi się najwyżej średni. Nie dostrzegłem w nim szczególnie interesującej postaci.

Wstawki horrorowe dość męczące – na przemian używasz słów mrok/ciemność, wypychasz nimi sporo akapitów…

Zaczyna się od scenki w pałacu, spotkania z Iago i wprowadzenia mgły. Tu akcja przyspiesza i się konkretyzuje. To dobrze.

A niedobrze (aczkolwiek subiektywnie), że wciska się w to wszystko grecka mitologia. Nie znałem Keto, ale ile można o tych gorgonach… Może zbyt wiele grałem w Age of Mythology, ale już mi podobne motywy zbrzydły.

Napisane to-to jednak dobrze i wprawnie – przyznaję uczciwie. Dobrze budujesz dramaturgię i zwiększasz impet dzięki krótkim segmentom. Wydarzenia na wyspie i rozmowa z Meduzą nader udane – dzięki temu skończywszy opowiadanie pozostało we mnie pozytywne wrażenie z lektury.

Końcówka taka… bajkowa. Może przydałoby się tu więcej dramatu, ale konsekwentnie pociągnęłaś motyw “mitu” i wyszło całkiem nieźle.

Tytuł mi się nie podobał, bo niezrozumiały i trudny do przeczytania.

Plus za słowniczek ;)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Twój artykuł chce, by mu zapłacić przed przeczytaniem ;p

No ale skoro znam już opowiadanie, to chyba nie muszę?

 

Przyklasnę Coboldowi – mnie również najbardziej podobała się piosenka Helenki. Co nie oznacza, że inne elementy nie zrobiły wrażenia.

Przede wszystkim muszę oddać Żongli co Żonglerowe – tym razem było w pełni zrozumiałe. Choć opowiadanie starsze, hmm.

Za to pomysł znacznie klasyczniejszy niż te współcześnie wypisywane przez Ciebie cuda – stąd wniosek, że Twój warsztat jeszcze nie może sprostać wyobraźni. Ale już niedługo, Żonglo! <głosem mędrca>.

 

No ale miało być o kwiatkach i skwierczących ciałach.

Początek niby dynamiczny, ale chyba nazbyt zwyczajny – co prawda płonie, ale to wciąż karczma.

Później robi się znacznie ciekawiej. Klimat, problematyka chrześcijaństwa i czarnoksięstwa, fajne postacie (Kliche, Merten) i bardziej zwyczajni antagoniści (Ladenskron, Polke). Hmm. Swoją drogą, że nie pokusiłaś się jeszcze o jakąś mięsistą scenę palenia żywcem – byłoby bardziej po hrabiowsku.

Tak czy inaczej, czytałem z zainteresowaniem. Obrządek, rozmowę z Mertenem i taniec opisałaś w sposób plastyczny, bogaty w szczegóły i, przede wszystkim, względnie zwięzły. Nie odczułem dłużyzn. A i poznałem coś nowego – to naczynie z guzami :D

Ładnie i subtelnie wyszła relacja Anny i Mertena. Zakończenie też przyjemne, motyw z kwiatami nadaje całości nieco większej oryginalności.

Cóż, podobało mi się. Na kolana nie rzuciło, bo jednak brakło tu trochę Twojej nieposkromionej fantazji, ale i tak dobra robota, Żonglo.

 

Trzymaj się.

 

 

PS: Za to kołysanki – hell yeah! ;D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dobra robota, Nevazie. Opowiadanie stoi atmosferą, takim azjatyckim folklorem, przywołał mi wspomnienie chociażby Mushishi czy Nioh. Wiem, Twoje jest koreańskie ;)

Tempo jest niespieszne, ale opowiadanie nie nudzi. Od początku budujesz zainteresowanie pułapką, a później do niej wracasz w zgrabnej klamrze. Świetna postać tygrysa, niewiele gorsza Seung-uka i Szamana.

Upakowałeś całkiem sporo treści w niewielką objętość i podlałeś to sosem z gęstego, charakterystycznego klimatu. Jeśli czegoś mi brakło, to może takiego dłuższego, wejrzenia w świat duchów i demonów. Heh, oniryzmu, na który zazwyczaj narzekam. Więcej tygrysa ;)

Z drugiej strony w ten sposób pewnie rozwodniłbyś główną fabułę opowiadanie – trudno tu o złoty środek. Wiem jedynie, że przeczytałem z dużą przyjemnością.

Przyklasnę Coboldowi w kwestii tytułu – zaiste, słaby. A jeśli nie słaby, to… nędzny :/

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Przyznam, że… brakło mi trochę zaangażowania. Nie Autorki, bo tym opowiadanie (nie pierwszy raz zresztą) wprost tryska, ale bohatera. Odebrałem opko jako dość suche w wydźwięku i pod względem emocjonalnym nieco surowe.

Więzi chłopaka z ojcem od początku nie były zbyt silne i nawet w scenach jakichś tam rozmów, płaczów itd. nie odebrałem ich jako wiarygodnych. Sam Javier zdał mi się nazbyt opanowany – być może dlatego, że okroiłaś, nudny poniekąd, okres adaptacji do umierania.

Brakło mi trochę szybciej zarysowania tego korespondencyjnego pojedynku między chłopakami; ostatnia 1/3 opowiadania jest z pewnością najciekawsza.

Worldbuilding zadowalający, ale mogłabyś nadać tej Sri Lance więcej charakteru. Oczywiście, o ile ma ona jakiś charakter – osobiście nie mam pojęcia, a w opowiadaniu go nie dostrzegłem.

Pomysł nośny, ale wtórny. Właściwie All You Need Is Kill, tyle że ubrane w nieco inne ciuszki. Trochę lepiej wypadła otoczka pod postacią Choroby – przykuwająca uwagę, angażująca, na czasie.

Warsztatowo – zdażyło się parę wpadek, ale nie wynotowałem. Gomen.

Powtórnie składam Ci też hrabiowski ukłon za wykonanie, Wiktorio. Opowiadanie czyta się WSPA-NIA-LE. Początek, tempo, immersja – klasa. No i to dojrzałe pisanie, bez grafomanii i wydziwniania. No, fajne.

 

Trzymaj się ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Cieszy mnie, Tarnino, że doceniasz moc hrabiowskiego słowa ^^

 

Takie po prostu odniosłem wrażenie, czytając niegdyś tę powieść-kronikę. Jest tam wiele ciekawych, wspaniałych opowieści, ale większość (a może każda?) z nich jest napisana tak jakby z oddali, z perspektywy świata. To kontynent, samo stworzenie jest tu bohaterem. A postacie jedynie uczestnikami.

Brakowało mi przyziemności.

I dlatego uważam, że balans został zaburzony.

 

lubię pisać o światach, lecz nie bardzo o bohaterach.

Czyli wszystko zrobione świadomie, Wicked – to dobrze ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

No, fajne opowiadania żeście napisali :)

 

Graty z Primagrodu dla zwycięzców, a szczególne dla Wiktorii – pierwsze piórko zwykle najbarwniejsze :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Aleś popłynął, Wicked ;O

Mam co do tego tekstu mieszane uczucia. Zaczyna się… grafomańsko (sorry). W każdym razie dwa pierwsze zdania są tak przesycone ozdobnikami, że przewróciłem hrabiowskimi oczami. Później jednak utkwiłem je w tekście i gapiłem się weń do samego końca. Bo było interesująco, nie zaprzeczę.

Nie opuszczało mnie jednak wrażenie, że najzwyczajniej w świecie przegiąłeś. Ta opowieść jest tak “epicko rozbuchana”, że brakło mi w niej jakiegoś punktu zaczepienia, jakiejś refleksji, czegoś bardziej przyziemnego. Człowieka.

Te pękające horyzonty, mechy, łańcuchy i harmomistrz to naprawdę niesamowite wizje, ukazują potęgę Twojej wyobraźni, ale jak na opowiadanie chyba trochę tego za dużo. Balans między mikro– a makro-kosmosem został tu zaburzony jak, nie przymierzając, w Silmarillionie ;p

Pod względem mitologicznym spisałeś się, trzeba Cię też pochwalić za klarowość przekazu – czytało mi się naprawdę dobrze, wszystko było zrozumiałe i nawet te nazwy własne jakoś szczególnie nie przeszkadzały.

Emocji zabrakło. W bohaterach widziałem co najwyżej pionki na szachownicy świata (i czasu), wspomnienie Kanvestry trochę nudziło.

Zakończenie dobrze podsumowało treść. Też epicko rozbuchane ;p

 

Komentarz wyszedł mi trochę niekonkretny, więc dla sprecyzowania dodam, że pod względem stricte odbiorczym podobało mi się to opowiadanie. Pozostawiło mnie co prawda bardziej zdziwionym niż zachwyconym, ale ciekawe było.

Takie szlachecki żarcie przyprawione szafranem. Dałeś go praaaawie za dużo, no ale powiadają, że “prawie” robi wielką różnicę ;)

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Jak to dziwnie w życiu bywa – z nominowanych w marcu opowiadań to właśnie czytałem jako pierwsze, a skomentuję je jako ostatnie XD

No ale co się odwlecze, to nie uciecze!

 

Dobra historia. Podobała mi się właściwie od pierwszego czytania – szczególnie dojrzałością narracyjną, sprawnym tempem, upojnym worldbuidingiem i wartkim tempem, dzięki któremu czytałem z zainteresowaniem do samego końca.

Element interaktywny sprawił, że immersja podskoczyła na niesłychany poziom. Przejrzałem to wszystko raz jeszcze po publikacji i widzę, że odwaliłaś kawał świetnej roboty. To tylko opowiadanie, a jednak znalazłaś w niej miejsce tak na mikro– (wątek osobisty Nortona), jak i makrokosmos (jego książka, wątek społeczny). I wszystko ładnie się zazębia, po czym satysfakcjonująco kończyć. Brawo, Wiktorio!

Minusy? No, ten nijaki Norton. Nie zmienię zdania co do chłopa ;p

Ale tak poza tym, to spisałaś się.

 

Trzym się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Opowiadanie przeczytałem już dość dawno temu, ale zagraniczne wojaże uniemożliwiły mi skomentowanie. Po czasie… wrażenia mam właściwie podobne.

Opowieść nie sprostała kreacji.

Bo zaczyna się imponująco. Tak elementem silkpunkowym, jak i odwzorowanie Chin, klimatem i dojrzałym językiem. Czytało się dobrze, bohaterowie też byli barwnie odmalowani (cesarzowa <3), a jednak mam wrażenie, że fabuła nie sprostała tym wszystkim ozdobnikom.

Z tego co widzę, grzeszki tego opowiadania zostały już wypunktowane, więc niczego nowego zapewne nie dodam. Intryga jest prosta i niczym szczególnym nie zaskakuje. Brak tu zwrotów akcji, brak mylenia tropów, w zakończeniu też pożałowałaś twista. Może i opierałaś się na prawdziwych wydarzeniach, cóż jednak z tego? Jak dla mnie, lepiej byłoby od nich odejść i zamiast tego bardziej skupić się na tym, co najmocniejsze w opowiadaniu – WIETRZE. Tymczasem on jest jakby obok, tło dla niemrawej historii.

Reasumując, czytało się dobrze, z zainteresowaniem, jednak po ostatniej kropce hrabia pozostał z jedną konkluzją – przerost formy nad treścią :/

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Nie wiem, czy Cię tym zaskoczę czy nie, ale… podobało mi się. Nawet bardzo :)

Opowiadanie jest długie, ale wcale się nie ciągnie. Zainteresowanie wzbudzasz już pierwszymi zdaniami opowiadania i hak ten skutecznie trzyma uwagę przez następnych kilka, kilkanaście akapitów.

Opisy są oszczędne, ale celne – nie rozwadniasz akcji, zamiast tego skutecznie malując wykreowany świat.

Tempo nie jest zbyt szybkie, jednak konsekwentne, dzięki czemu nie miałem wrażenia, że błądzisz, wahasz się. Wszystko fajnie zmierzało do wymyślonego przez Ciebie zakończenia.

Które to… powinno mi się nie podobać. Bo nie wyjaśniasz, a Count wyjaśnienia lubi ;p

Mimo wszystko jednak i tajemnicza zdolność Legranda dobrze wpasowała mi się w tę opowieść. Próba wyjaśniania jej zapewne zaszkodziłaby tekstowi, spłyciła go. Ograniczona objętość też nie ułatwiała sprawy – złe rozłożenie akcentów mogłoby zepsuć rytm.

Stworzyłaś frapujący kryminał z elementem fantasy i zrobiłaś to z wdziękiem.

 

Do czego mógłbym się przyczepić? W sumie nie wiem. Niby motyw zamiany nienowy, ale też nieprzesadnie zmęczony, mnie tam pasuje.

Nie czytałem wszystkich opowiadań z serii, niemniej pamiętam, że ludzie narzekali na niemrawość Vidocqa, który, jakby nie patrzeć, jest Twoim czołowym bohaterem. Niby konsekwentnie wpierdziela ciastka, ale i tym razem jego obecność nie wzbudziła we mnie żadnych szczególnych emocji. Nie wyróżnia się na tle świetnego Royera oraz interesującego Adama. Z pewnością jest to również spowodowane jego drugoplanowością, ale tak zgłaszam, coby nie umknęło ;)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Nowa Fantastyka