Profil użytkownika

Zawsze chętnie pomagam swoim sojuszniczkom :3

 

...zaś towarzyszom broni salutuję z dumą!


komentarze: 2151, w dziale opowiadań: 1637, opowiadania: 673

Ostatnie sto komentarzy

Tak się zastanawiałem… Nie można było napisać tego “po bożemu”, zaczynając od fragmentu afrykańskiego? – taka była moja pierwsza myśl, po zakończeniu lektury.

No bo właśnie, próg wejścia w to opowiadanie był niepotrzebnie podwyższony. Najpierw całkiem ciekawy, tajemniczy opis, który jednak nie daje czytelnikowi zbyt wielu wskazówek, co się dzieje i nie pozwala wejść w skórę Czarnego, bo ten jest zbyt obcy. Cel niby określiłaś, ale zwrócenie uwagi na zegar, który po prostu tyka za wolno, zmniejsza napięcie tej sceny.

Później pojawia się Michał. Pomyślałem sobie – no i mamy głównego bohatera. Ale jednak nie. Chłopina wraca do siebie, a my cofamy się do przeszłości. Trochę za dużo chaosu. Stąd wydaje mi się, że wrzucenie fragmentu Sambene trochę by to wszystko uporządkowała.

Szczególnie że opowiadanie jest niczego sobie. Ma fajny, orientalny element, niezłą postać i aspekt emocjonalny, który w afrykańskich scenach pokazuje swój prawdziwy urok. Napisałaś też to-to dobrze, czyta się bardzo przyjemnie. Zadbałaś o tempo, więc nie nudzi.

Słowem – dla mnie zgrzyty głównie kompozycyjne. No i przydałoby się więcej kultowości ;)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Czytałem kilka opowiadań Twojego autorstwa, które bardziej mi się podobały. Miały lepszy pomysł, lepszych bohaterów i bardziej atrakcyjny akcent matematyczny. Cóż jednak z tego, skoro jako samodzielne opowiadanie Paradoks broni się nadzwyczaj dobrze? ;)

Podobało mi się. Właściwie przez cały czas – od interesującego początku, po odjechaną końcówkę. Na początku trochę mnie ona zdziwiła, ale wystarczyło trochę nad tekstem pomyśleć, by wszystko złożyło się do kupy – nieźle.

Duże też plusy za uporządkowaną konstrukcję, dobrą kontrolę tempa i lekkość narracji. Mając te elementy, napisałbyś dobry tekst nawet na znacznie słabszej podstawie. Bo po prostu dobrze by się go czytało. Z zainteresowaniem.

W Paradoksie brakło mi chyba czegoś widowiskowego. Elementu, który zostałby ze mną na dłużej, bo kilka dni od przeczytania, choć treść naturalnie pamiętam, złotymi zgłoskami zapisuje się właściwie tylko końcowy odlot Lidii. Słowem – niska kultowość.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Próbuj. Nic nie stracisz, a może wyjść coś ciekawego. Powiem więcej – Hrabia wierzy, iż rzeczywiście wyjdzie. To w końcu wciąż jesteś Ty ;)

Swoją drogą świetnie, że zaglądasz na portal i przywróciłeś te genialne opowiadania, Surface. Szkoda, że nie wszystkie. Uważam, że chociażby Pocotenpośpiech zasługuje na kolejną premierę. Zresztą nie tylko on.

Aż wracają wspomnienia, gdy zapalałem świeczki, włączałem muzykę natury (deszczy, czy inne pierdoły) i zasiadałem do tych tekstów…

Najwyższy czas odświeżyć i powrzucać bałwochwalcze komentarze ^^ Wreszcie się da.

 

A odnośnie prac Surface’a, zainteresowanym polecam też kanał na Youtube. Znajduje się tam co najmniej kilka świetnych miniaturek, jak choćby Dorothy czy Watch me leave.

(Jeśli nie życzysz sobie tej drobnej reklamy, Autorze, linka oczywiście usunę. Daj znać).

 

Pozdrawiam.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Bravo, bravo!

Gratuluję pierwszego piórka. I coś czuję, że nie ostatniego ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Rany, Katio! Czemu takie przyjemne opowiadanie ma taki infantylny tytuł? ;p

Ale może nie podoba mi się, bo lat temu pińćset też byłem taki Grubcio. Z tą różnicą, że ja nie uratowałem Eli, a Hrabstwo! ;D

 

Samo opowiadanie w każdym razie udane. Fajny mariaż obyczajówki z taką bezczelną, nieposkromioną fantastyką. Pojawiały się też przebłyski tego mrocznego czegoś, co czasem wyłania się z Twoich tekstów.

Fabuła dość przewidywalna, choć zakończenie ma pazur – coś czuję, że samego Grubcia krowy nie opatrzą…

Stosunek długości do treści wypada średnio, ale takie już uroki obyczajówek.

Postacie sprawnie nakreślone, a warsztat na wysokim, katijnym poziomie. Podobało mi się.

 

I dziękuję.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dobre.

Przeczytałem parę dni temu, na dwa podejścia. I zaznaczam, że przerwa nie była spowodowana znudzeniem tylko hrabiowskimi obowiązkami – samo opowiadanie jest bardzo ciekawe.

Na pierwszy plan wysuwają się naturalnie elementy science i religijny. Ten pierwszy przedstawiłeś w przystępnej formie, nie rozwadniając za bardzo treści. Infodumpy są, ale z pewnością znacznie łatwiej byłoby zepsuć nimi ten tekst, niż uczynić lepszym, więc jestem ukontentowany.

Element religijny też daje radę, stanowi dobrą przeciwwagę. Nie brnąłeś za bardzo w tego Jezusa, skupiłeś się na tym, co ważne.

Na plus również sam pomysł – zgrabny, interesujący – i wykonanie, które pomimo pewnej nieporadności interpunkcyjnej daje radę (”zwłaszcza że” powinno być bez przecinka w środku itd).

Na minus ubogość akcji. Taka fajna zdolność, a w samym opowiadaniu dzieje się właściwie niewiele. Tempo jest wolne i jednostajne. Takie, nie wiem, kontemplacyjne. Przyspieszasz trochę w kostnicy, ale te dwa-trzy akapity to trochę mało jak na 45 tysi.

Bohater też dość bezpłciowy. Brakło mi w nim charakteru – nie musiał zakochać się w prostytutce, ale skoro chodził do niej, by się wyładować, a jego prawdziwą pasją było stworzenie fideiny, mogłeś chyba dodać mu trochę więcej elementu “szalonego naukowca”. Zresztą, może przekraczam granicę – to w sumie wybór autora ;)

Początek właściwie dość nijaki (+banał związany z “jedyną miłością”, którym starałeś się nadać charakteru postaci, którą zaraz później porzuciłeś), zakończenie niezbyt mi się podobało, ale to kwestia zupełnie subiektywna. Jest raczej ok.

 

Tak więc jestem rozdarty w ocenie. Część elementów bardzo mi się podobała, pozostałe mniej. Nie zmienia to jednak faktu, że napisałeś kawał dobrego opowiadania. Tak trzymaj ;)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Gratulację płyną również z Primagrodu.

 

Tym razem, wyjątkowo, wyróżnię nie świeżoopierzoną Ninedin, tylko Black_cape.

9-0 dla opowiadania, które LEDWIE przebija granicę 10 tysi. Brawo! W tak niewielkiej objętości naprawdę trudno pokazać prawdziwą klasę. A Tobie się udało.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Świat miał być raczej taki uniwersalny, dlatego nie dodawałam masy szczegółów.

Dlaczego zaraz masy, wystarczyłoby kilka… Ja po prostu tego przysypiającego dziadka wyobraziłem sobie jako jakiegoś współczesnego antykwariusza. Pasował mi klimat chwili. No a później Twoja opowieść kłóciła mi się z tym pierwszym, błędnym wrażeniem ;)

Mógłbyś mi przybliżyć, co dokładniej miałeś na myśli?

 – co do grafomanii, to nie uważam, że to było opowiadanie grafomańskie, tylko opowiadanie z elementami grafomanii ;) Masz po prostu kilka niepotrzebnie przesadzonych opisów, które bardziej mają epatować formą niż pełnić jakąś konkretną funkcję. Rothfuss może rzeczywiście czasem z tego korzysta, ale nie na taką skalę i w precyzyjnie określonych momentach (opisy “ciszy”, opończa z cienia itd).

 – tych zbędnych przymiotników/przysłówków jest więcej, np.

Moje ciało od szyi w górę stanowiło jedną bryłę szkarłatnego bólu i natychmiast rzewnie zatęskniłem za błogą nieświadomością.

Dużo tell, mało show. Swoją drogą, wychodzi na to, że tylko głowa stała się szkarłatnym bólem ^^

– bałagan konstrukcyjny. Na początku opowiadania przydałby się jasno określony cel albo hak, które (tak jedno jak i drugie) sprawi, że przyciągniesz i zainteresujesz czytelnika. Ja nie wiedziałem, do czego zmierzasz. Miałem męczącą narracje i przesadzone opisy. Później opowiadanie rekompensuje wytrwałość w czytaniu, elementy wskakują na swoje miejsce i pojawia się satysfakcja, ale po prostu trzeba dać mu kredyt zaufania.

Wyjaśnienie sposobu narracji też pojawia się za późno. Jakieś sygnały powinny być już na początku, coby czytelnik miał świadomość, że to nie jest kaprys autora, tylko wyższy, mający swój cel zamysł.

Aczkolwiek samo eksperymentowanie pochwalam.  Portal to dobre miejsce do tego ;)

 

Dobrze, że bronisz opowiadania.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Sam nie wiem, w jakim tonie powinienem napisać ten komentarz.

Bo z jednej strony nudziło mnie to opowiadanie, a z drugiej doceniam całkiem ciekawy pomysł na monetę. Z jednej bardzo okroiłaś worldbuilding, przez co nie potrafiłem zorientować się co do czasów miejsca akcji (odczytywałem je z jakiegoś powodu jako znacznie bardziej współczesne), z drugiej ładnie przedstawiłaś relacje między bohaterami.

Mimo całego potencjału uważam jednak, że to opowiadanie nie wyszło, ekhm, z fazy dziecięcej. Weźmy chociażby to:

Gwiazdy przeświecają przez rozdarte chmury, srebrząc spieniony warkocz wodospadu.

Wiesz co to jest? Nie bójmy się powiedzieć – czysta grafomania. Taka prawdziwa, nie nowofantastyczno-konkursowa.

Opowiadanie cierpi na nadmiar podobnych nazbyt kwiecistych opisów, a także nadmiar przymiotników i przysłówków. Gdyby okroić te elementy, trochę lepiej zakotwiczyć akcję, zmienić narrację oraz dodać więcej o tej monecie, to… podobałoby się hrabiemu ;D

A tak wrażenia są dość przeciętne.

Za narrację pastwić się nie będę, bo w sumie ją umotywowałaś. Nie bez powodu jednak jest tak rzadko używana – trudno zrobić to naprawdę dobrze.

Tempo jest trochę zbyt jednostajne, natomiast immersja… w sumie dobra. Te grafomańskie ozdobniki nadały jej takiego onirycznego rytu, który w sumie pasował do treści.

Właściwie tyle. Ładnie piszesz, masz wartościowe pomysły, teraz czas tylko wyrobić dojrzałość literacką ;)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Syra.

XD

 

Kolejne dość długie opowiadanie i kolejne, które czyta się naprawdę dobrze – masz ten dar ;)

W kwestii treści czuję się rozdarty. Przede wszystkim, że rozwiązanie nie sprostało oczekiwaniom. Było chyba zbyt “oderwane” klimatem i przyjętą wcześniej konwencją. Od kiedy zaczęłaś o tych nimfach zrobiło się dziwnie i jakby mniej atrakcyjnie. Miałem tu wrażenie takie jak w Kocie Baskerville’a Cobolda – kryminał kończy się magicznie. I tyle.

A trochę szkoda, bo dużo miejsca i wysiłku poświęciłaś na zbudowanie spójnego, barwnego świata. To jak w teatrze – dekoracje były świetne, gra aktorska niczego sobie (o tym za chwile), ale scenarzysta z Hollywood nie sprostał zadaniu. Czy może – sprostał na swój sposób. Akurat nie na taki, jaki przepadłby hrabiemu do gustu. Zdarza się.

Bohaterowie, no właśnie… Za dużo A. To przede wszystkim. Tytus mieszał mi się trochę z Aulusem, musiałem się cofnąć i to sobie poukładać. Dużo czasu niby nie zajęło, ale gdy tak dobrze się czyta, to sama wiesz – nie chce się cofać ;)

Warsztatowo dobrze, choć przydałby się jeszcze jakiś szlif. Trochę niedoróbek tam było.

Tytuł fajny, ale mylący. Zupełnie nie kojarzy mi się z tym tekstem.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Hrabio, ale nie krytykuj tekstów na konkurs mitologiczny, że są o mitycznych postaciach.

Po pierwsze, jak słusznie Wilk zauważył, narzekam jedynie na fakt, że jest to mitologia klasyczna. Sięganie po te dobrze znane, wyeksploatowane historie to trochę broń obosieczna. Z jednej strony autor naraża się na wtórność, z drugiej – może z dużym prawdopodobieństwem założyć, że czytelnik będzie wiedział o kim pisze. Akurat mitologią grecką to chyba każdy przerabiał w szkole…

 

Swoją drogą nie oczekujesz chyba, że tekst nominowany będę oceniał przez pryzmat zgodności z wymogami konkursu, w którym startuje, co?

Nie zważam na tematykę i limity znaków. Jak coś mnie będzie uwierać, to po prostu o tym poinformuję.

 

W “Sowim pakcie” jest scena, która mimo krótkich zdań powinna Ci się spodobać (czy całe opowiadanie nie wiem, pewnie nie) :-)

Ależ pesymizm! Trzeba wierzyć w siebie i swoje teksty, Wilku ;)

Trzymaj się. Może wpadnę, jeśli starczy hrabiowskiego czasu. Piszesz wszak naprawdę na poziomie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Brawo, Finklo ;p

 

Przeczytałem. I to o dziwo na raz – zwykle do opowiadań portalowych tej długości zasiadam 2-3 razy, kweh!

Fajne opowiadanie, choć ten hak z wampirami sprawił, że przewróciłem oczami. Stworki tak wyświechtane jak elfy i krasnoludy.

Na szczęście to nie wampiry stanowiły główną oś opowiadania, a zielsko ze stawu i ballada Mickiewicza. To już jak najbardziej przypadło mi do gustu.

Pierwsza część opowiadania dość powolna, ale napisana z takim polotem i lekkością, że w ogóle nie nudzi. Dobra robota.

W dalszej części zawiodła mnie trochę brak dramaturgii. Niby miasto oddzielone od świata, niby wszyscy się martwią, ale jakoś tego nie czułem. Być może przez niezachwianą świadomość, że wszystko skończy się dobrze. Niby mogłaś zaskoczyć, ale tego nie zrobiłaś, kończąc klasycznie. Czy to źle czy dobrze – zależy od gustu, jak mniemam.

Tempo opowiadania trochę kuleje. Pierwsza połowa jest mimo wszystko zbyt rozwleczona, podczas gdy finał zmieściłaś w kilku akapitach. Chciało by się więcej mięcha i więcej rzeki ;)

Bohaterka zakreślona dość dobrze, miała swoją osobowość i raczej Ci się udała.

Tytuł ot, poprawny. Bez szaleństw, ale też nie jakiś słaby. Dobrze komponuje się z treścią.

 

Słowem – porządne, dobrze napisane opowiadanie. Nie bez wad, ale czy kiedykolwiek powstało coś bez wad? ;)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Czytałem tydzień temu, stempel jakości zostawiłem, a na hrabiowskie słowo czas nadszedł dopiero teraz.

Podobało mi się.

Przede wszystkim z powodu intensywności doznania – jest bezpośrednio, mocno, ale i nieprzesadnie. Gdybyś ciągnął tę stylizację dalej, mógłbyś przerysować opowiadanie i cały klimat szlag by trafił, Ty jednak wiedziałeś w którym momencie się zatrzymać i pozwolić wybrzmieć treści. Zresztą nie po raz pierwszy ;)

Podobał mi się też gęsty klimat, napięcie wybrzmiewające z każdego akapitu i zakończenie. Bomba, która przez te 13 tysi znaków miarowo tykała, wreszcie wybuchła.

Dobra robota.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Z dwóch opowiadań o Merlinie, to Twoje chyba bardziej mi się podoba, Marasie.

Skorzystałeś z bardziej klasycznych środków, ale zrobiłeś to z klasą. Widać, że panujesz nad tym co i jak chcesz przekazać, choć pewne elementy brukały niestety to wrażenie.

Początek mnie trochę zniechęcił rozmachem, ale koniec końców treść opowiadania okazała się zrozumiała. Zapewne ominęła mnie część przemyconych przez Ciebie w treści smaczków, ale nie czuję, by w jakiś istotny sposób zubażały one opowieść.

Trochę powyjaśniałeś w rozmowie Artura z Merlinem, ale też nie za dużo – tak, by lepiej zorientować czytelnika zarazem nie popadając w infodumpy.

Podobała mi się otoczka high fantasty. Może dlatego, że dawno żadnego nie czytałem. A może dlatego, że po prostu tu pasuje.

Na plus też opisy oraz misz-masz historyczno-mitologiczny. Takie elementy wyróżniające opowiadanie są zawsze w cenie.

Nie spodobała mi się natomiast kreacja bohaterów. To częsta bolączka opowiadań “mitologicznych”, ale chyba Ty również trochę za bardzo poległeś w tym względzie na samym micie, na tym, że tożsamość Twoim bohaterom zapewni zupełnie inna historia. W końcu nie tworzysz ich od zera. W jednak wydali mi się dość beznamiętni, zabrakło mi w nich życia.

Nie zrobiła również wrażenia dość banalna fabuła, a pewna skrótowość nieraz irytowała. Chyba lepiej, jakbyś się rozpisał i zrobił to wszystko “po bożemu”. Odczucia byłoby intensywniejsze, a wrażenia po zakończeniu lepsze.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Pamiętasz, jak kiedyś wspomniałem Ci, że zamiast opowiadania napisałeś reportaż?

To obawiam się, że przy okazji tego opowiadania muszę powtórzyć ten “zarzut” ^^

Znowu – zdania są krótkie i rzeczowe, a ich celem zdaje się bardziej prezentacja pomysłu niż napisanie ciekawej historii.

Tekst jest krótki, a Ty bardzo skupiasz się na worldbuildingu, od czasu do czasu okraszonym żartami, które w moje poczucie humoru (o ile jakieś mam XD) niestety nie trafiły. Subiektywny minus również za grecką mitologię – ile można o tych Zeusach i innych Hadesach…

Na plus z pewnością rzeczowość i tempo. Tekst nie nudzi, czyta się go z przyjemnością i zaangażowaniem. Jako opowieść jednak, moim zdaniem, słabo się broni.

Brak mi też emocjonalności, którą nader barwnie potrafiłeś zaprezentować w opowiadaniu na Mechy – a zatem wiem, że potrafisz.

W mojej opinii dobry tekst, ale słabe opowiadanie.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Przeczytałem tydzień temu albo i dawniej, ale treść tego opowiadania wciąż świeci w hrabiowskim umyśle żywym blaskiem.

Przede wszystkim należy Ci się pochwała za… przedmowę. Pozwala ona uświadomić czytelnika jaka była baza Twojego opowiadania, zarazem nie zdradzając jego treści.

Podział na segmenty dynamizuje.

Zaczyna się dość niezrozumiale, ale ładnie pod względem stylistycznym, obrazowo.

Później stopniowo odsłaniasz karty, aż wreszcie zdradzasz “twist”, który na mnie zrobił bardzo pozytywny efekt “wow”. Aż cofnąłem się do pierwszym bram, by odczytać tę drogę w innym kontekście – to Ci się naprawdę udało.

Bohaterowie też całkiem fajni. Pomimo niewielkiej objętości nad wyraz dobrze udało Ci się opisać więź Ninszubur i Innany. Nie ma tu oczywiście mowy o jakimś zżyciu się z bohaterami, ale i w tak krótkich tekstach raczej się w to nie celuje.

Jest ciekawa fabuła, jest świeży setting i twist – hrabiemu więcej do szczęścia nie trzeba ;D

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Czytało mi się dobrze, ale pod względem treści opowiadanie jednak zawiodło.

Wpadłeś na niezbyt świeży pomysł umieszczenia mitologicznych bohaterów we współczesności i postawiłeś ich przed nietypowymi dla nich problemami – takie teksty już były, choć nie w takim stężeniu, by wyczerpać temat. A więc setting na plus.

Na plus również warstwa socjologiczno-filozoficzna, czy jakoś tak. No, te modele mentalne ;) Ten wątek nadaje fajnej głębi bohaterowi i zwiększa zainteresowanie.

Warsztatowo, jak wspominali już inni, też schludnie, porządnie. Czyta się to-to bardzo dobrze.

Tytuł trafny.

Co mi się nie podobało, to brak celu w tym opowiadaniu. Konkretnej osi fabularnej, która byłaby równorzędna dla worldbuidingu i sprawiałaby, że ten tekst zostanie z czytelnikiem na dłużej. W tej chwili jest moim zdaniem po prostu klasycznie – do przeczytania z zainteresowaniem i zapomnienia.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Przeczytałem i ja, Coboldzie.

W sumie będzie z tydzień temu, ale nie chciało mi się komentować ;)

 

Krótko mówiąc, opowiadanie podobało mi się, ale zakończenie zawiodło. Całość napisałeś świetnym, profesjonalnym językiem, bohaterowie to już sprawdzona marka, a zawiązanie intrygi klasowe. Dzięki temu odbiór był czystą przyjemnością. Nawiązania, które zdecydowałeś się umieścić, też poczytuję za zaletę – zrozumiałe, nienachalne, ubarwiające treść.

Później jednak zacząłem się niepokoić. Do końca opowiadania zostało już tylko strona czy tam pół, a Ty wciąż nie rozwiązałeś tajemnicy. Miejsca coraz mniej, więc o pełnym, profesjonalnym śledztwie nie było mowy – zrozumiałe. Musiałeś umieścić twista i rzeczywiście, zakończenie tak mniej więcej wyglądało.

No ale… jak dla mnie trochę zbyt “magicznie” wyszło. Być może przez kontrast z bardzo rzeczową resztą opowiadania, odebrałem je jak pójście na łatwiznę. Czy raczej – nastawiłem się na coś, co dało się w pewnej mierze wydedukować, jakiś genialny zwrot akcji.

Olvido mówił, że jakby wykluczyć wszystko, co prawdopodobne, to nawet to najbardziej prawdopodobne będzie prawdą, ale w myśl tej zasady można dobrać jeszcze tysiąc innych “magicznych” scenariuszy.

Staruszka mogła pożreć magiczna książka i przenieść go na karty opowieści chociażby ^^

Rozumiem jednak tych, którym Twoje zakończenie przypasowało. Jest podane z wdziękiem, nadaje opowiadaniu posmaku takich klasycznych opowiadań s-f w dobrym tonie. Jest eleganckie.

 

Trzym się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Serio, wiedza czy niewiedza o tym, że takie zdarzenie miało miejsce naprawdę, ma aż tak kolosalne znaczenie dla zrozumienia tekstu? Nie wydaje mi się.

A mnie się wydaje, że autorowi właśnie coś takiego najtrudniej stwierdzić ;) Nie wyrzucisz części wiedzy z głowy i nie spojrzysz na wszystko z boku – nie da się. A przynajmniej nie w pełni.

Gwoli ścisłości – nie twierdzę, że bez tej wiedzy opowiadanie jest niezrozumiałe. Jest zrozumiałe. Persefonę kojarzyłem z czasów szkolnych, choć to, że Kora=Persefona musiałem założyć. Imię mnie zdziwiło.

A wątek podpułkownika był po prostu potrzebny jako kontekst dla tego, co odczuwa Kora. Myślałem, że wątek rakiet wymyśliłeś sobie od podstaw i próbowałem połączyć go z osobą dziewczyny – zachodziłem w głowę, po co taka “podpucha”. To błędny trop spowodowany właśnie brakiem kontekstu.

A nie po to się pisze? Nie po to wrzuca opka na forum?

Ludzie tutaj różnią się ambicjami pisarskimi, sam zresztą wiem. Twoje jednak jak najbardziej rozumiem i chyba podzielam ;)

A za to, że nie byłeś na Piwie, przeklną cię Kamienie.

Nie mów takich strasznych rzeczy ;(

Chciałem, ale służba nie drużba, trzeba było stawić się na dyżurze…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Doceniam, Staruchu, że podrzuciłeś link do Uriah Heep – miło przypomnieć sobie ten utwór. Lata nie słuchałem ;)

Portret też spoko, aczkolwiek dla dobra opowiadania przydatniejsze byłyby chyba TOTO.

Coś Ci powiem.

Z tymi linkami Twoje opowiadanie wreszcie staje się KOMPLETNE.

Przeczytałem je sporo czasu temu, ale byłem skonsternowany. Zastanawiałem się, skąd u diabła te rakiety? To sprawka Kory (Persefony)? Kupy się nie trzymało nic a nic…

Teraz przeczytałem powtórnie, poszperałem i przyszło olśnienie.

Sama opowieść napisana przyzwoicie (tak, do profesjonalnego poziomu trochę brakuje, ale widać progres ^^), powtórnie olśniewasz ekspozycją i klimatem – umiesz Ty pisać o Ruskach. Immersja jest silna w opowiadaniu, a tempo zadowalające; nie rozwodzisz się, z drobnymi ozdobnikami zmierzasz ku finałowi.

Który jest… ot taki, letni. Pozostaję sceptyczny, bo pozostawił mnie dość obojętny. No, może trochę zaskoczyłeś wyjaśnieniem imienia córki – po poprzednich akapitach spodziewałbym się raczej podejścia “przecież wszyscy wiedzą, co znaczy imię Nadia! To będzie łopatologia!”.

 

Reasumując – czytało się fajnie, a całość jest całkiem interesująca. Do pełnego zrozumienia wymaga jednak pewnej konkretnej wiedzy, więc jest KALEKIE.

Sorry za mocne słowo, ale nie podoba mi się ten portalowy proceder pisania w oparciu o wiedzę czytelnika. Biorąc pod uwagę, że większość społeczeństwa jest głupia, doprowadzi on donikąd. No, chyba że chcesz sobie popisać dla funu, przelać snujące się po głowie historię i podzielić z ludźmi, które mogą one zainteresować – wtedy spoko ;)

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Hmm, czy ja wiem, czy takie hard? ;)

 

W opowiadaniu na pierwszy plan wysuwa się jednak polityka – konflikt między mocarstwami i problematyczne położenie Cennet.

Początek jest bardzo obiecujący, bo podobnie jak tytuł zdaje się sugerować, że opowiadanie będzie “technologiczne”, tymczasem po chwili zarzucasz przynętę z całą tą strzelaniną przy małżach i tajemniczą śmiercią Tolketa i przechodzisz do wątków politycznych. Nadal jest jednak ciekawie – przeczytałem bardzo sprawnie, nie nudziłem i wszystko wydawało się jasne, choć czasami musiałem wrócić kawałek, powtórnie przyporządkować imię do stanowiska…

Arenę wybrałeś świetną – Cennet jest taką drobiną pyłu targaną wichrami czasoprzestrzeni i to daje się odczuć. Zresztą, z rozmachem nigdy nie miałeś problemu ;)

Jeśli miałbym na coś narzekać, to może na zbyt małe, “praktyczne” stężenie eftelu. Zdziebko silniejszy pierwiastek Mass Effect w tym wszystkim, więcej czystej akcji. To by się chyba przydało – tymczasem Ty, zamiast zaszaleć, wstawiłeś gwiazdki po czym dodałeś – Cennet zniszczony! No super XD

Choć równie dobrze to wrażenie jest pokłosiem tytułu, który bardzo bezpośrednio powiązałem z Rabelem i cóż… myślałem, że pościga się ze światłem w tym opowiadaniu ;)

Twist udany, zakończenie raczej też. Takie słodko-gorzkie. Ostatnie zdanie nieco banalne, ale lubię takie zagrywki.

 

Słowem – nie tego stejka zamówiłem, ale też smakowało. Reklamować nie będę ;)

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

To nie moja wina, ale tematu konkursu (miało być o konkretnym miejscu, więc trzymałam się realiów) – w korsykańskim legendarium tak po prostu jest, bo Grecy jako pierwsi skolonizowali wyspę.

Luz, rozumiem.

Konkurs to jedno, a drugie, że warto jednak warto zachować pewną wartość z realiami. Im silniej tekst zanurzony w rzeczywistości tym silniej na czytelnika będzie oddziaływała aberracja, jaką jest element fantastyczny. Gdyby w Twoim Corte ludzie latali na świniach, tajemnicza mgła nie zrobiłaby już takiego wrażenia ;)

Dobrze, że tak postąpiłaś.

A co do Keto, już się zorientowałem, że Twoje. Z tematów okołogorgonowych znałem tylko Perseusza i Meduzę, należało zaktualizować mózg… ^^

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Ładnie.

Udany mariaż technologii i religii okraszony esencjonalnym pięknem Japonii. Warsztatowo wspięłaś się na wyżyny dobrego smaku. Jeszcze trochę więcej tych ozdobników i porównań, a byłaby irytująca grafomania. Ale zatrzymałaś się w porę i wyszło, jak wyjść miało. Język szedł w parze z immersją i pozwalał przenieść się do Twojego świata. Dla mnie było to nader łatwe – kocham Japonię.

Trochę filozofowałaś, ale też nie na tyle, by znudzić. Temat zgubionego androida udany, a wątki ze świątyni słaniały do przemyśleń – jak to połączysz?

Tempo niespieszne, ale konsekwentne. Może przydałoby się dopieścić ten element i przyspieszyć z narracją choćby w momentach spoglądania w obraz czy rozkminy o duszy, by lepiej oddać konfuzję Yoshiego, ale i tak wyszło dobrze, więc nie będę narzekać.

Zakończenie fajne. Tytuł frapujący, choć niespecjalnie hrabiowski. Niech Ci będzie.

 

Słowem – subarashii! :)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Tym razem nie Francja? ;O

 

Zaskoczyłaś na start, Drakaino, jednak początek opowiadania zdał mi się nieco nużący. Tak przez pierwsze 20 tysi znaków skupiasz się na Giovannim i worldbuildingu. To drugie jest rzeczywiście udane i dobrze buduje immersję, ale bohater zdał mi się najwyżej średni. Nie dostrzegłem w nim szczególnie interesującej postaci.

Wstawki horrorowe dość męczące – na przemian używasz słów mrok/ciemność, wypychasz nimi sporo akapitów…

Zaczyna się od scenki w pałacu, spotkania z Iago i wprowadzenia mgły. Tu akcja przyspiesza i się konkretyzuje. To dobrze.

A niedobrze (aczkolwiek subiektywnie), że wciska się w to wszystko grecka mitologia. Nie znałem Keto, ale ile można o tych gorgonach… Może zbyt wiele grałem w Age of Mythology, ale już mi podobne motywy zbrzydły.

Napisane to-to jednak dobrze i wprawnie – przyznaję uczciwie. Dobrze budujesz dramaturgię i zwiększasz impet dzięki krótkim segmentom. Wydarzenia na wyspie i rozmowa z Meduzą nader udane – dzięki temu skończywszy opowiadanie pozostało we mnie pozytywne wrażenie z lektury.

Końcówka taka… bajkowa. Może przydałoby się tu więcej dramatu, ale konsekwentnie pociągnęłaś motyw “mitu” i wyszło całkiem nieźle.

Tytuł mi się nie podobał, bo niezrozumiały i trudny do przeczytania.

Plus za słowniczek ;)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Twój artykuł chce, by mu zapłacić przed przeczytaniem ;p

No ale skoro znam już opowiadanie, to chyba nie muszę?

 

Przyklasnę Coboldowi – mnie również najbardziej podobała się piosenka Helenki. Co nie oznacza, że inne elementy nie zrobiły wrażenia.

Przede wszystkim muszę oddać Żongli co Żonglerowe – tym razem było w pełni zrozumiałe. Choć opowiadanie starsze, hmm.

Za to pomysł znacznie klasyczniejszy niż te współcześnie wypisywane przez Ciebie cuda – stąd wniosek, że Twój warsztat jeszcze nie może sprostać wyobraźni. Ale już niedługo, Żonglo! <głosem mędrca>.

 

No ale miało być o kwiatkach i skwierczących ciałach.

Początek niby dynamiczny, ale chyba nazbyt zwyczajny – co prawda płonie, ale to wciąż karczma.

Później robi się znacznie ciekawiej. Klimat, problematyka chrześcijaństwa i czarnoksięstwa, fajne postacie (Kliche, Merten) i bardziej zwyczajni antagoniści (Ladenskron, Polke). Hmm. Swoją drogą, że nie pokusiłaś się jeszcze o jakąś mięsistą scenę palenia żywcem – byłoby bardziej po hrabiowsku.

Tak czy inaczej, czytałem z zainteresowaniem. Obrządek, rozmowę z Mertenem i taniec opisałaś w sposób plastyczny, bogaty w szczegóły i, przede wszystkim, względnie zwięzły. Nie odczułem dłużyzn. A i poznałem coś nowego – to naczynie z guzami :D

Ładnie i subtelnie wyszła relacja Anny i Mertena. Zakończenie też przyjemne, motyw z kwiatami nadaje całości nieco większej oryginalności.

Cóż, podobało mi się. Na kolana nie rzuciło, bo jednak brakło tu trochę Twojej nieposkromionej fantazji, ale i tak dobra robota, Żonglo.

 

Trzymaj się.

 

 

PS: Za to kołysanki – hell yeah! ;D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dobra robota, Nevazie. Opowiadanie stoi atmosferą, takim azjatyckim folklorem, przywołał mi wspomnienie chociażby Mushishi czy Nioh. Wiem, Twoje jest koreańskie ;)

Tempo jest niespieszne, ale opowiadanie nie nudzi. Od początku budujesz zainteresowanie pułapką, a później do niej wracasz w zgrabnej klamrze. Świetna postać tygrysa, niewiele gorsza Seung-uka i Szamana.

Upakowałeś całkiem sporo treści w niewielką objętość i podlałeś to sosem z gęstego, charakterystycznego klimatu. Jeśli czegoś mi brakło, to może takiego dłuższego, wejrzenia w świat duchów i demonów. Heh, oniryzmu, na który zazwyczaj narzekam. Więcej tygrysa ;)

Z drugiej strony w ten sposób pewnie rozwodniłbyś główną fabułę opowiadanie – trudno tu o złoty środek. Wiem jedynie, że przeczytałem z dużą przyjemnością.

Przyklasnę Coboldowi w kwestii tytułu – zaiste, słaby. A jeśli nie słaby, to… nędzny :/

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Przyznam, że… brakło mi trochę zaangażowania. Nie Autorki, bo tym opowiadanie (nie pierwszy raz zresztą) wprost tryska, ale bohatera. Odebrałem opko jako dość suche w wydźwięku i pod względem emocjonalnym nieco surowe.

Więzi chłopaka z ojcem od początku nie były zbyt silne i nawet w scenach jakichś tam rozmów, płaczów itd. nie odebrałem ich jako wiarygodnych. Sam Javier zdał mi się nazbyt opanowany – być może dlatego, że okroiłaś, nudny poniekąd, okres adaptacji do umierania.

Brakło mi trochę szybciej zarysowania tego korespondencyjnego pojedynku między chłopakami; ostatnia 1/3 opowiadania jest z pewnością najciekawsza.

Worldbuilding zadowalający, ale mogłabyś nadać tej Sri Lance więcej charakteru. Oczywiście, o ile ma ona jakiś charakter – osobiście nie mam pojęcia, a w opowiadaniu go nie dostrzegłem.

Pomysł nośny, ale wtórny. Właściwie All You Need Is Kill, tyle że ubrane w nieco inne ciuszki. Trochę lepiej wypadła otoczka pod postacią Choroby – przykuwająca uwagę, angażująca, na czasie.

Warsztatowo – zdażyło się parę wpadek, ale nie wynotowałem. Gomen.

Powtórnie składam Ci też hrabiowski ukłon za wykonanie, Wiktorio. Opowiadanie czyta się WSPA-NIA-LE. Początek, tempo, immersja – klasa. No i to dojrzałe pisanie, bez grafomanii i wydziwniania. No, fajne.

 

Trzymaj się ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Cieszy mnie, Tarnino, że doceniasz moc hrabiowskiego słowa ^^

 

Takie po prostu odniosłem wrażenie, czytając niegdyś tę powieść-kronikę. Jest tam wiele ciekawych, wspaniałych opowieści, ale większość (a może każda?) z nich jest napisana tak jakby z oddali, z perspektywy świata. To kontynent, samo stworzenie jest tu bohaterem. A postacie jedynie uczestnikami.

Brakowało mi przyziemności.

I dlatego uważam, że balans został zaburzony.

 

lubię pisać o światach, lecz nie bardzo o bohaterach.

Czyli wszystko zrobione świadomie, Wicked – to dobrze ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

No, fajne opowiadania żeście napisali :)

 

Graty z Primagrodu dla zwycięzców, a szczególne dla Wiktorii – pierwsze piórko zwykle najbarwniejsze :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Aleś popłynął, Wicked ;O

Mam co do tego tekstu mieszane uczucia. Zaczyna się… grafomańsko (sorry). W każdym razie dwa pierwsze zdania są tak przesycone ozdobnikami, że przewróciłem hrabiowskimi oczami. Później jednak utkwiłem je w tekście i gapiłem się weń do samego końca. Bo było interesująco, nie zaprzeczę.

Nie opuszczało mnie jednak wrażenie, że najzwyczajniej w świecie przegiąłeś. Ta opowieść jest tak “epicko rozbuchana”, że brakło mi w niej jakiegoś punktu zaczepienia, jakiejś refleksji, czegoś bardziej przyziemnego. Człowieka.

Te pękające horyzonty, mechy, łańcuchy i harmomistrz to naprawdę niesamowite wizje, ukazują potęgę Twojej wyobraźni, ale jak na opowiadanie chyba trochę tego za dużo. Balans między mikro– a makro-kosmosem został tu zaburzony jak, nie przymierzając, w Silmarillionie ;p

Pod względem mitologicznym spisałeś się, trzeba Cię też pochwalić za klarowość przekazu – czytało mi się naprawdę dobrze, wszystko było zrozumiałe i nawet te nazwy własne jakoś szczególnie nie przeszkadzały.

Emocji zabrakło. W bohaterach widziałem co najwyżej pionki na szachownicy świata (i czasu), wspomnienie Kanvestry trochę nudziło.

Zakończenie dobrze podsumowało treść. Też epicko rozbuchane ;p

 

Komentarz wyszedł mi trochę niekonkretny, więc dla sprecyzowania dodam, że pod względem stricte odbiorczym podobało mi się to opowiadanie. Pozostawiło mnie co prawda bardziej zdziwionym niż zachwyconym, ale ciekawe było.

Takie szlachecki żarcie przyprawione szafranem. Dałeś go praaaawie za dużo, no ale powiadają, że “prawie” robi wielką różnicę ;)

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Jak to dziwnie w życiu bywa – z nominowanych w marcu opowiadań to właśnie czytałem jako pierwsze, a skomentuję je jako ostatnie XD

No ale co się odwlecze, to nie uciecze!

 

Dobra historia. Podobała mi się właściwie od pierwszego czytania – szczególnie dojrzałością narracyjną, sprawnym tempem, upojnym worldbuidingiem i wartkim tempem, dzięki któremu czytałem z zainteresowaniem do samego końca.

Element interaktywny sprawił, że immersja podskoczyła na niesłychany poziom. Przejrzałem to wszystko raz jeszcze po publikacji i widzę, że odwaliłaś kawał świetnej roboty. To tylko opowiadanie, a jednak znalazłaś w niej miejsce tak na mikro– (wątek osobisty Nortona), jak i makrokosmos (jego książka, wątek społeczny). I wszystko ładnie się zazębia, po czym satysfakcjonująco kończyć. Brawo, Wiktorio!

Minusy? No, ten nijaki Norton. Nie zmienię zdania co do chłopa ;p

Ale tak poza tym, to spisałaś się.

 

Trzym się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Opowiadanie przeczytałem już dość dawno temu, ale zagraniczne wojaże uniemożliwiły mi skomentowanie. Po czasie… wrażenia mam właściwie podobne.

Opowieść nie sprostała kreacji.

Bo zaczyna się imponująco. Tak elementem silkpunkowym, jak i odwzorowanie Chin, klimatem i dojrzałym językiem. Czytało się dobrze, bohaterowie też byli barwnie odmalowani (cesarzowa <3), a jednak mam wrażenie, że fabuła nie sprostała tym wszystkim ozdobnikom.

Z tego co widzę, grzeszki tego opowiadania zostały już wypunktowane, więc niczego nowego zapewne nie dodam. Intryga jest prosta i niczym szczególnym nie zaskakuje. Brak tu zwrotów akcji, brak mylenia tropów, w zakończeniu też pożałowałaś twista. Może i opierałaś się na prawdziwych wydarzeniach, cóż jednak z tego? Jak dla mnie, lepiej byłoby od nich odejść i zamiast tego bardziej skupić się na tym, co najmocniejsze w opowiadaniu – WIETRZE. Tymczasem on jest jakby obok, tło dla niemrawej historii.

Reasumując, czytało się dobrze, z zainteresowaniem, jednak po ostatniej kropce hrabia pozostał z jedną konkluzją – przerost formy nad treścią :/

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Nie wiem, czy Cię tym zaskoczę czy nie, ale… podobało mi się. Nawet bardzo :)

Opowiadanie jest długie, ale wcale się nie ciągnie. Zainteresowanie wzbudzasz już pierwszymi zdaniami opowiadania i hak ten skutecznie trzyma uwagę przez następnych kilka, kilkanaście akapitów.

Opisy są oszczędne, ale celne – nie rozwadniasz akcji, zamiast tego skutecznie malując wykreowany świat.

Tempo nie jest zbyt szybkie, jednak konsekwentne, dzięki czemu nie miałem wrażenia, że błądzisz, wahasz się. Wszystko fajnie zmierzało do wymyślonego przez Ciebie zakończenia.

Które to… powinno mi się nie podobać. Bo nie wyjaśniasz, a Count wyjaśnienia lubi ;p

Mimo wszystko jednak i tajemnicza zdolność Legranda dobrze wpasowała mi się w tę opowieść. Próba wyjaśniania jej zapewne zaszkodziłaby tekstowi, spłyciła go. Ograniczona objętość też nie ułatwiała sprawy – złe rozłożenie akcentów mogłoby zepsuć rytm.

Stworzyłaś frapujący kryminał z elementem fantasy i zrobiłaś to z wdziękiem.

 

Do czego mógłbym się przyczepić? W sumie nie wiem. Niby motyw zamiany nienowy, ale też nieprzesadnie zmęczony, mnie tam pasuje.

Nie czytałem wszystkich opowiadań z serii, niemniej pamiętam, że ludzie narzekali na niemrawość Vidocqa, który, jakby nie patrzeć, jest Twoim czołowym bohaterem. Niby konsekwentnie wpierdziela ciastka, ale i tym razem jego obecność nie wzbudziła we mnie żadnych szczególnych emocji. Nie wyróżnia się na tle świetnego Royera oraz interesującego Adama. Z pewnością jest to również spowodowane jego drugoplanowością, ale tak zgłaszam, coby nie umknęło ;)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Fajne, klasycznie opowiadanie.

 

Nie czarujesz słowem (warsztat jest po prostu solidny), nie czarujesz też pomysłem (fabuła raczej klasyczna). Bohaterowie są charakterystyczni, ale ich archetypy nie wyznaczają nowej jakości.

A jednak opowiadanie wciąga – po części bardzo ciekawym flogistonem, w dużej mierze zręczną żonglerką tempem i konsekwencją w prowadzeniu opowieści.

Po prostu bierzesz czytelnika na smycz i zabierasz go na fajny, nie za długi spacer. Mimo żem hrabia, mi to odpowiada.

Na końcu rzucasz przewrotnym twistem, który pozwala tylko uśmiechnąć się z przekąsem – SAMO ŻYCIE ;)

Warsztat, jak wspomniałem, solidny. Nie silisz się na fajerwerki, ale odczytuję to jako Twoją siłę, a nie słabość. Przesada jest pierwszym krokiem ku grafomanii.

Co można by poprawić? Może trochę więcej uwagi poświęcić worldbuildingowi. Mimo ciekawej opowieści nie czułem w tekście samego Makau. Kilka krótkich opisów więcej mogłoby jeszcze poprawić ten skądinąd dobry tekst.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Nie będę ściemniał i kombinował – to opowiadanie wykracza poza moje rozumienie.

 

To znaczy rozumiem samą wyprawę przez ciało Atlasa i ten element bardzo mi się podobał, wątek atomów też fajny, ale do zrozumienia i poskładania tego wszystkiego w spójną całość czegoś mi brakuje. Jak rozumiem z komentarzy, brakuje mi mitologii, którą się po prostu nie interesuję i której w większości nie znam. Szczególnie ruskiej. Opowiadanie mi nie pomogło – nabrałem tylko wrażenia, że jest dla “wtajemniczonych”.

Prawdziwą siłą tekstu byłoby, gdyby zachęcał do poznania historii, o które opierał się autor. Tego tu niestety nie dostrzegłem.

Przydałoby się nakreślenie jakiegoś celu, jakiejkolwiek “stabilnej podstawy”, która stałaby się fundamentem tej historii. W komentarzach nie znalazłem właściwie niczego – same ogólniki, spekulacje.

I dlatego też nie czytałem z jakimś szczególnym entuzjazmem – po prostu nie miałem na co czekać. A tak to robią zazwyczaj w drukowanych książkach – dają Ci znać, że coś się STANIE. Że będzie atak Tatarów, a nie, po raz wtóry, błądzenie po bezdrożach.

Podejrzewam, że spuścisz moją opinię w “klozecie zapomnienia”, ale chciałbym Cię tylko uświadomić – dla randomowego czytelnika (takiego jak ja? może kogoś mniej wyrozumiałego?) to będzie mowa-trawa. A takich jak ja w Polsce jest mniejszość, wiesz? W końcu większość nic nie czyta…

 

Żeby nie było – sama podróż przez ciało Atlasa jest fascynująca, literacko tekst jest napisany bardzo ładnie i czyta się go dobrze. Ale dla mnie to stanowczo za mało – zbyt wiele jest wartościowych rzeczy do przeczytania, by zachwycać się samym językiem i wizją.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Sporą miałem radochę z czytania tego opowiadania.

Historia klarowna, język gładki, a stylizacja bardzo udana. W przeciwieństwie do niektórych nie uznałem dialogów za “wymuszone”, nie utrudniały mi też lektury. Wprost przeciwnie – dobrze się przy nich bawiłem ;) A “pszły” uznałem nie za błąd, ale dziwaczną, przesadną stylizację XD

A zatem – pod względem frajdy bardzo wysoka nota.

A także immersji.

I tempa, które w kilku miejscach niepotrzebnie zwolniłeś (None o tym pisał), ale nie tak, by zaczęło dokuczać.

Jak reszta? Niestety… poprawnie. Tylko poprawnie.

Bo latająca maszyna to żadne novum, konstruował ją chociażby Da Vinci w Assassin’s Creedzie 2 ^^

Bo intryga prosta jak budowa cepa.

Bo z bohaterów ponad przeciętność wybija się jedynie… Ikar ;)

Odwzorowanie epoki itd niezbyt mnie obchodzi prawdę mówiąc, bo nie wiem, jak ta epoka dokładnie wyglądała. Ale z pewnością należy Ci to poczytać za plus.

Co się po prostu nie udało?

Chyba nic.

Wszystko zdaje mi się albo poprawne, albo dobre lub bardzo dobre.

Chociaż nie – tytuł jak z wypracowania szkolnego. To jest słabe ;)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Hej, Żonglo.

Przeczytałem jakiś czas temu, jednak potrzebowałem pochylić się jeszcze nad tekstem.

 

Dotychczas zaglądałem do Ciebie tylko “przez okno” i zniechęcałem się widząc zarzuty niezrozumiałości.

I obawiam się, że w pewnej mierze będę zmuszony je powtórzyć ;p

 

Zaczyna się… w sumie średnio. Scena grania na fortepianie, dopiero później strzała, która zwiastuje coś ciekawego.

Następna część podobała mi się bardzo. Było klasycznie – bohater trafia do miasteczka, w którym dzieją się dziwne rzeczy, jest tajemnica, jest chodzący trupek. Już zacierałem hrabiowskie dłonie, a tu nagle zaczyna się “opowiadanie właściwe” XD

I co?

No, przez większość czasu czułem zdezorientowanie, które sprawiło, że historia nie wciągała – liczyłem na powrót tego Clapeyrona, a ten nastąpił dopiero pod koniec, gdy nawet zaczynało się rysować w głowie, co miałaś na myśli ;)

Słowem – nudziłem się w trakcie czytania.

Główny problem polega moim zdaniem na tym, że nie wskazałaś, w którą stronę ta opowieść będzie zmierzać. Ni stąd ni zowąd przeszłaś do Ducha i Machiny, do nieokreślonych czasów i miejsc, zarazem pozwalając zapomnieć o grającym Alarym. Brakowało mi porządku, zakotwiczenia… Celu tej opowieści.

A szkoda, bo wizję miałaś piękną. Gdy już dotarłem do końca i mniej więcej zrozumiałem opisywany  przez Ciebie konflikt Boga i Maszyny, cofnąłem się, przejrzałem tekst raz jeszcze i dopiero wtedy elementy zaczęły wskakiwać na właściwe miejsca. Akapity, o których zapominałem, nie wiedząc, jak dokładnie je rozumieć.

Podobało mi się też na poziomie literackim. Zdania są czasem nazbyt wyszukane, ale ładne, grafomanii bym raczej nie zarzucił. Nie przeginasz ;)

Tytuł fajny.

 

Koniec końców stwierdzam, że to dobre opowiadanie. Masz rozmach i warsztat – to na pewno. Część początkujących pisarzy ma problem z wyjściem w swoich tekstach poza pewnego rodzaju “zaściankowość” i dlatego nie osiągają naprawdę wysokiego poziomu. Ty wykraczasz, ale coś szwankuje na poziomie przekazu.

Sugerowałbym Ci chyba napisanie prostego, łopatologicznego opowiadania – czasem taki krok wstecz pozwala zrobić trzy do przodu ;)

Łap hrabiowski stempel jakości.

 

I trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Heh, czyta się z pewnością to-to dobrze ;)

Może nawet bardzo dobrze – pośród tylu wypełniających portal, zagmatwanych, silących się na wzniosłość utworów, Twój jest po prostu klarowny. I to jest fajne.

Gorzej, że wiele elementów mi nie zagrało.

Zacznijmy od worldbuildingu – czy to magia? Co oni TAK DOKŁADNIE wyczytali z tych nici? Już Ci ludzie o tym pisali, więc tylko sygnalizuję, że i ja nie kupiłem kreacji świata.

Zbytnia prowincjonalność – dziwnie koreluje z “apokaliptyczną” przepowiednią. Nie dałeś odczuć, że ta technologia, ten steampunk odnosi się do czegoś więcej niż miasto (Łódź, tak?).

Krystalizacja – zwrócić już uwagę na to None. Pomysł, który zachwycił większość komentujących ja kojarzę z Wanted. Ścigani. Oczywiście treść dotyczy czegoś innego, ale jednak efektu “wow” przez to skojarzenie nie miałem. Nie wiem, czy oglądałeś ten film, nie odrzucam możliwości, że po prostu wpadłeś na ten sam pomysł :)

Bohater – naiwniak. Nie polubiłem go, bo nie myśli.

Zakończenie – nie będę się pastwił. Już wiele o nim powiedziano. W każdym razie, poza jego raptownością przeszkadzał mi brak czegoś zaskakującego, jakiejś “innej drogi”. Rozwiązania problemu w sposób, na który ja w trakcie czytania bym nie wpadł. To by zwiększyło satysfakcję czytelniczą.

 

Wylałem na opowiadanie dużo jadu, spieszę jednak donieść, że nie tylko wady w nim widzę. Nie ukrywam, że czytało mi się bardzo przyjemnie. Teraz, gdy coraz więcej osób wycina “niepotrzebne” zdania, tworząc skondensowane do granic teksty, które wymagają uwagi napiętej jak postronek, miło gdy ktoś zaproponuje coś mnie zobowiązującego. A jednak interesującego.

Słowem – potrafisz opowiadać. Jeśli na dodatek sam wpadłeś na tę nić, to masz również bazę do budowy ciekawych historii. Nic tylko ćwiczyć i rozwijać się ;)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Aaa, malachit! Czyli słyszałem, że biło, ale nie wiedziałem w którym kościele – porost też zielony ;p

 

To, czy mogą zagrozić było raczej pytaniem retorycznym. Chodziło mi o jakieś konkretniejsze powiązanie z tym, co działo się wiele lat temu.

Choć i tu sprawy nie olałeś – posąg Matki się ostał, a scena wieńcząca (Seha i kobiety) wskazuje na kontakt między rasami. Wszystko się klei.

Hmm…

Chyba po prostu przemawia przeze mnie patriotyzm rasowy – zarzutów stricte obiektywnych Ci nie stawiam ;)

 

Trzymaj się.

 

Sawyer? Tego nie znałem.

W każdym razie tematyka z pewnością nie jest wyeksploatowana :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Ooo, robale! <3

 

Plus za robaki i ten ładny tytuł. I pejzaże. Szkoda, że oszczędziłaś jednak opisu tego dysku. To, że Senmut by nie zrozumiał nie znaczy, że nie mogłoby być ładnie ;)

 

Opowieść o historii dużych skarabeuszy poczytuję jako niezbyt zręcznie wpleciony infodump – chyba dałoby się to zrobić lepiej.

Emocji rzeczywiście brakowało, choć jakoś w tym przypadku szczególnej dramaturgii nie oczekiwałem – by może długość i tematyka (punk) sprawiły, że oczekiwałem dokładnie tego, co dostałem.

Sam pomysł ze skarabeuszami mocno magiczny, ale fajnie. Aż szkoda, że czasu nie starczyło na jakąś potężniejszą opowieść, no ale przepłynięcie z Australii do Egiptu i jeszcze napisanie opowiadania jest nieco czasochłonne ;)

 

Napisane porządnie, czytało się sprawnie. No i wyszło klarownie, co nie zawsze mogę powiedzieć o “wybranych” tekstach ;p

 

Słowem – podobało mi się. Stawiam primagrodzki stempel jakości.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dobrze wywiązałeś się z postawionego przed sobą zadania, Chrościsko.

Opowiadanie podobało mi się średnio, chociaż… jest to związane głównie z kwestiami subiektywnymi.

Dialogi były, hmm… prymitywne. Inne być nie mogły, zaburzałyby immersję.

Skala opowiadania – niewielka. Wprost proporcjonalna do możliwości bohaterów. (Dobra, trochę głębi nadałeś w końcówce).

W ogóle, wątek “eksperymentu” zdał mi się takim niepotrzebnym ufajnianiem treści. Chyba wolałbym więcej mięsa w części środkowej, z Sehem w roli głównej. Więcej o tym, jak posąg Matki już zaczął nadawać rytm ich życiu, więcej o płaskolicych. Jakiegoś elementu fabuły, który by mnie zachwycił.

Twój wybór, odnośnie nawiązania do tej rasy i próbie jej przywrócenia, był bardzo zaskakujący, aczkolwiek nie wiem… czy nie za bardzo. Poszedłeś w zupełnie innym kierunku i w sumie nie zostawiłeś czytelnika z niczym szczególnym – udało się. Cóż z tego?

Mogą znów zagrozić homo sapiens? Jakoś tego nie wyczułem – zasymilowała się płaskolica dziewucha.

 

Nie przekonali mnie bohaterowie – być może ze względu na stawiane przez Ciebie pytanie “człowiek czy zwierzę”. Czasem zdawali mi się bardziej ludzcy, czasem bardziej zwierzęcy. Czy taki był Twój zamysł – nie wiem, ale to prawdopodobne. Jeśli tak, chyba możesz być zadowolony z efektu.

Scenka, że kobiety zachwyciły się stworzeniem przez Seha środka na pryszcze rozbawiła –  moim zdaniem przesadziłeś ;)

Reasumując, z bohaterami raczej się nie zżyłem. Sposób narracji nie wywołał też we mnie szczególnego napięcia w scenach zagrożenia. Być może przez postawienie Seha na bezpiecznych “tyłach”. Nie czułem, by cokolwiek w tym opowiadaniu mogło się “nie udać”.

 

Mimo to, opowiadanie jest z pewnością wartościowe. Nawiązuje do tematów, które wcześniej poruszył chyba tylko Golding w Spadkobiercach, zawiera dużo ciekawych pomysłów odnośnie rozwoju społeczności, świetną immersję i ciekawą treść. Czyta się dobrze, a końcówka obiecuje “coś ekstra”.

Dobra robota.

 

Pośród czerwonawych skał wykwitały ciemnozielone przerosty

A nie… porosty?

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

!

Dziękuję za wizytę, Draconis! Wzruszyłaś Pożeracza mgły – odkąd trafił do domu starców, miewa niewielu gości ;)

WIesz, opowiadanie miało być takie “odrealnione”. Nie chciałem przedstawiać w nim “szarości”, tylko właśnie brudną, kosmatą czerń. Po czasie jednak widzę, że taki zabieg wiąże się ze spadkiem immersji – nie tędy droga :/

Po prostu “coś”, co żyje w drzewie wokół którego tańczą, wypacza miasteczko. Powoduję tę całą groteskową ohydę. Jakbyś miała ochotę i nastrój, zapraszam Cię również do Szeptulca – dłuższy, ale tam chyba trochę lepiej panowałem nad nastrojem i wiarygodnością.

Dzięki w każdym razie za krytykę – opowieść wciąż nie została zamknięta, więc opinia przyda mi się przy rozkładaniu akcentów ostatniej części.

Fajnie, że przynajmniej jakaś pajęczyna w tym była ^^

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

A moim zdaniem jest fajna. Stylowa. Z charakterem. I przyciąga wzrok.

Gratuluję, Naz. Wreszcie się doczekałaś :)

Na pewno kupię.

 

Dziękujemy za podzielenie się prawdą objawioną, Fenrirze.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Psst! Spójrz pan na swoją poprzednią wiadomość i popraw tego ortografa, bo w oczy kole ^^

 

Co do opowiadania. Ma ono, moim zdaniem, kilka wartościowych zalet i jedną podstawową wadę.

Zacząłeś obiecująco. Fajny klimacik, dekoracje, stylizacja w dialogach i tajemnica, która chwyta mocno i trzyma niczym bokser ze szczękościskiem na arenie. Zaprawdę, immersja na bardzo wysokim poziomie!

Bohaterowie na plus. Van der Vries dość zagadkowy, Ricaud i panie wypadły nader barwnie i wiarygodnie.

Ładnie pisałeś o perfumach. Może zabrakło trochę poetyki, by zapachy rzeczywiście dało się poczuć (to już odnośnie części wyjaśniającej), ale jest naprawdę nieźle.

 

Jaka jest jednak podstawowa wada tego tekstu? Moim zdaniem jego odtwórczość. Z nawiązaniami do Pachnidła się nie kryłeś (wręcz przytoczyłeś fabułę tej opowieści), więc stało się dla mnie jasne, że będziesz chciał to jakoś wykorzystać – rozwinąć? przekształcić? wyjść poza schemat?

Cóż, zrobiłeś właściwie pierwsze i trzecie, ale jednak niezadowalająco. Bo gdy opisywałeś perfumy, dla mnie wcale nie było oczywiste, jak Jean-Baptiste miałby te zapachy osiągnąć. Więcej – wydało mi się dość abstrakcyjne takie odtwarzanie woni, nie wiem… “wyższych sfer”.

Na końcu zastosowałeś coś w rodzaju cliffhangera, który jest moim zdaniem kompletnie niesatysfakcjonujący. Bo to znów “po prostu Pachnidło”. Tyle że z nutką obrazoburczości pod postacią wykorzystywania dzieci.

Ideę miałeś zacną (pomysł nabrał szczególnych rumieńców, gdy van der Vries zastanawiał się, “dlaczego niby zapach kobiet?”), ale nie udźwignąłeś ciężaru oczekiwań. Przynajmniej moich.

Jest też to-to przegadane. Myślę, że można by skrócić o jakieś 10 tysi, a jeszcze lepiej – skrócić o 10 i dopisać 5 o pozyskiwaniu zapachów ;) Urozmaiciłoby to też konstrukcję tekstu.

Warsztat profeska, natknąłem się najwyżej na ten błąd:

Laska zaparła się, lecz wpierw wydobyła z pomiędzy desek malutką pryzmę brudu

“spomiędzy”

No i błędny zapis odmiany nazwiska. Jean-Baptiste’m → Jean-Baptiste’em. Zresztą, spójrz TU.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Rozwijasz się, Słowiku.

A to cieszy, bo pomysły masz warte spisania i zapamiętania. Zapewne również drukowania ;)

Notujesz wyraźny progress, jeśli chodzi o kwestie fabularne – wreszcie jest zrozumiale i satysfakcjonująco.

Uznanie budzi również kreacja doliny i worldbuiding. Na pierwszy plan wysuwają się naturalnie bardzo ciekawe samotniki, ale “ogród” skalny i postać Nieboga nie pozostają w tyle – dobra robota.

Początek dość klasyczny (trochę jak te szklane domy, co? ^^), ale nie poczytuję tego za wadę. Podobne temu, delikatne klisze pozwalają czytelnikowi lepiej zakotwiczyć w tekście, dzięki czemu jest… no, łatwiej.

Kreacja postaci wiarygodna, a niektóre zdania, jak zauważyli przedpiścy, bardzo ładne. Stanowią o sile tekstu.

Czy jest to jednak opowiadanie idealne?

Jak się zapewnie domyślasz, moim zdaniem odpowiedź brzmi: nie ;p

Przede wszystkim brakowało mi odniesienia do świata szerszego, problematyki tych eksperymentów, postaci pozostałych naukowców. W tekście na 60 tysi prawie w ogóle nie zarysowałeś makrokosmosu (sic!).

A w ten sposób dopełniłbyś ten tekst, nawet go nie wydłużając. Wystarczył usunąć trochę nieistotnych informacji, jak to, że barman ma krzywe zęby. W ogóle, trochę za dużo o ludziach w tym tekście. Lekcje pisania dla Różana też jakieś bez sensu. Nie pasowało mi to do charakteru bohatera, a co gorsza, raczysz kolejną nieistotną informacją. I można by tak długo.

Miałem również pewne zgrzyty narracyjne. Piszesz ewidentnie z perspektywy Averiego, który przybywa do obcego sobie miejsca i stopniowo je poznaje – aż się prosi o narrację pierwszoosobową! Szczególnie, że przy rozmowach z Gehennikiem miałeś czasem problem (czy raczej ja miałem XD) z tymi zaimkami (czy jak to-to się nazywa) w stylu “jego”, “jemu”. Chwilę musiałem się zastanowić, do którego z mężczyzn akurat się odnosisz.

Brak sceny w piwnicy to skandal, ale to już zarzut stricte subiektywny ;p

Pojawiały się też problemy z tempem – to wszystko jest bardzo jednostajne. Skłamałbym pisząc, że czytałem z wypiekami na twarzy. Napisałeś opowiadanie-teatr, a ja chciałbym trochę więcej filmu! Więcej ciągłości, a nie ciągle trzy gwiazdki i przeskoki ze sceny do sceny ^^

Warsztat raczej dobry, choć wciąż jest tu trochę grafomanii. Takiej prawdziwej, bo do konkursu grafomania ten tekst by się z pewnością nie nadawał ;)

Ale spójrz choćby tu:

Kąty stawały się coraz ostrzejsze, figury mniej koliste.

Oczywistość.

Następne próby, coraz bardziej chaotyczne, sprawiając wrażenie kalejdoskopu chwilowych miłostek, nagłych zachwytów.

A tu zapędzasz się w “fajności”. Korelacja z poprzednim zdaniem sugeruje, że powinny był “sprawiały”.

Zrozumiawszy, co się właśnie stało, poczuł okrutny smutek.

To jest nazbyt potoczne.

 

I było tego więcej. Masz olbrzymie możliwości i chyba nie do końca nad nimi panujesz. Naucz się dozować fajne zdania, wal nimi tylko czasami, ale za to z całej siły, między oczy. Wtedy na pewno kupisz czytelnika.

 

Słowem – trudne w ocenie opowiadanie. Moim zdaniem ma sporo wad, niemniej udało Ci się pokazać to, co najcenniejsze. Pomysł. Wizję. Kwintesencję.

Mimo że lektura była nużąca, warta poświęconego jej czasu.

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Mhm. Ale dlaczego w takim razie wspominasz o sprawie dotyczącej Teatru tutaj?

Zresztą już mówiłem – nie krytykuję samego zabiegu, tylko jakości jego wykonania. Jeśli mi psuło odbiór, to nie dlatego, że nie uznaję jakiegoś tam “alternatywnego podejścia”.

I nie “książę” – ja tylko skromny hrabia ;)

 

Dziewiętnastym wieku! Rzeczywiście kawał czasu, Wicked…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Pierdoły, które i tak nie podbiły immersji tak bardzo, jak ten jeden dokument ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

A ja wpadam tylko na moment, by pochwalić Wiktorię za sumienność i świetną robotę, którą wykonała przy tym tekście. Samodzielnie.

Gdy przyjdzie odpowiedni moment, wydam również hrabiowską opinię.

 

Ach… No i jako beta od linka pragnę raz jeszcze potwierdzić – TAK, LINK DZIAŁA. NIE MA ŻADNYCH ŚMIECI! XD

Narobiłem się przy klikaniu w tę “opinię”, ale to dobrze, jeśli dzięki temu uczyniłem tekst lepszym. Zasługiwał na to :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Hrabia słyszy, ale z żalem oznajmia, że raczej się nie pojawi.

W kwietniu i maju z czasem krucho.

W ogóle, w tym życiu z czasem krucho XD

 

Ufam, że Saber/Piwo będzie imprezować za nas oboje ;D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Hmm, trochę mnie zaskoczyły wyniki.

Ale raczej pozytywnie ;)

 

Gratuluję.

No i zgadzam się ze Staruchem.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Wyniki ogłoszone, pragnę więc raz jeszcze podziękować za korektę: Chrościsko, Drakainie oraz Reg. A także Belli za merytoryczną dyskusję. Wskazane błędy poprawiłem.

Przykro mi, że wyszło tak niechlujnie – może w przyszłości uda się wpadać na pomysły wcześniej…

 

Asylum – to chyba Twój pierwszy komentarz (komentarze ;) ) pod hrabiowskimi wypocinami. Wiedz zatem, że miło mi. Dzięki za wiele ciekawych uwag i podzielenie się odczuciami. Fajnie, że podzieliłaś się także wrażeniami z pozostałych czytanych opowiadań.

Co do uwag warsztatowych – jestem świadom słabości niektórych zdań. Tak naprawdę część z nich należałoby napisać po prostu od nowa, tym razem na spokojnie, ale chyba nie ma to już sensu.

Astrolożki i technologa żałuję, ale trzeba było wymyślić jakieś inne określenia dla postaci. Niestety, wybrałem same bezosobowe, co pogarszało immersję. Nauczka na przyszłość.

Z tą personifikacją strachu, to takie moje gierki ^^

 

“Domu na krańcu świata” nie znam, ale brzmi ciekawie – może kiedyś będzie okazja się zapoznać. Zdradź mi jednak – cóż znaczy skrót “mpz”?

 

Tenszo – kłaniam się i czekam na komentarz.

 

Wicked – juror-wzór! Dzięki serdeczne za szybki, treściwy i merytoryczny komentarz.

Obciąłeś mi punkty za oryginalność z powodu “płaszczaków”? Ciekawe. Powiem Ci, że ja sam z tą analogią spotkałem się całkiem niedawno, przy okazji książki Michio Kaku. Zachwyciła mnie jej klarowność, no i postanowiłem podzielić się.

I myślę, że dla ludzi, którzy nie “siedzą” w tej tematyce, wcale nie jest to wtórne. Ale to już trzeba by zweryfikować na próbie humanistów – ciekawe w sumie, jakie wrażenia miała Naz.

 

No i masz rację, że obyczajówki są nudnawe ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

No cóż. Mnie się w tym opowiadaniu dużo podobało i trochę nie podobało, o czym zresztą dobrze wiesz, Śnio. Największy minus chyba ze ten element “science”.

Mikrokosmos przedstawiłaś bardzo wiarygodnie, ale element makro– w sumie zbagatelizowałaś. I przez to wizja nie jest kompletna. Trochę jak scenografia w Hollywood, widziana oczami operatora kamery.

Opowiadanie ma jednak dużo plusów. Ukazuje pasję do samochodów, fajne relacje między bohaterami i przemianę tychże. Tempo jest raczej powolne, ale umiejętnie kontrolowane – opowiadanie nie nudzi. Zakończenie pozostawia przyjemną niepewność, co do dalszych losów Łukasza i Licha :)

A tytuł podsumowuje ideę.

 

Słowem – fajne opowiadanie. Na stempel jakości zasługuje, ale chyba podbiję się pod tym Staruchowym. Niech inni też mają szansę kliknąć :)

Tylko lepiej, by się pospieszyli, bo jeszcze stracę cierpliwość ^^

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Wiele już powiedziałem o tym opowiadaniu, ale teraz wypadałoby to jakoś podsumować ;)

 

Wyszło… nieźle. To dobry i ciekawy tekst, choć niepozbawiony wad.

Rzeczywiście, na pierwszy plan wychodzi ta wielowątkowość, która rozmywa ideę opowiadania. Rozwijając w końcówce postać Varii, jednocześnie gasisz znaczenie głównego “antagonisty” – Brązowowłosej. Brzmi to trochę, jakbyś chciała za jej pomocą ukazać przeszłość samej Mówczyni, tymczasem opowiadanie… kończy się.

A jednak mam świadomość, jak bardzo wycierpiałaś się przy tym tekście. Wiem, jak walczyłaś i że wycięłaś z milion dodatkowych wątków ;D Doceniam to.

Poza tym, opowiadanie to całkiem udana opowieść fantasy. Ma ciekawych bohaterów (Varia, Falkon), ma ładnie zarysowany świat przedstawiony (ćwierkający świr z bagien, ceremonialna żmija), ma wreszcie trochę magii i urozmaicającej ją technologii.

Tempo nie jest zbyt szybkie, ale opowiadanie nie nudzi – czyta się to sprawnie i z pewną satysfakcją. Nie jest też przesadnie przegadane, bo każdy fragment czemuś służy.

Rzeczywiście, można je odebrać jako zarys czegoś większego, ale z drugiej strony, bez tego tła, tekst byłby przedstawieniem kukiełek na czarnym tle. Bez worldbuildingu nie da się zbudować immersji!

I dlatego uważam, że na stempel jakości to opowiadanie jak najbardziej zasługuje.

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

To, że czegoś nie znamy, nie znaczy, że jest niepoprawne, a człowiek uczy się przez całe życie.

To, że tego nie znałem (bo przyznaję, że określenia “mowa pozornie zależna” nie znałem),  nie zmienia faktu, że wskazałbym to zdanie.

Bo uważam, że w tym tekście Darcon korzystał z tej mowy raczej intuicyjnie. Czasem się pojawia, czasem nie. Zwykle jest bardziej jak ten drugi zacytowany przeze mnie przykład (którego za błąd nie uznałem), a czasem jak ten pierwszy, który lepiej prezentowałby się pod postacią myśli bohatera.

Zaiste, wtedy moje opory by zniknęły.

A może jednak warto się przekonać? W polskiej fantastyce bardzo brakuje tekstów, które poza fabułą i narracją miałyby jeszcze indywidualny, ciekawy, literacki rys

Sugerujesz, że jestem zatwardziały, Drakaino? Hehe, raczysz żartować ^^

Nie mam problemów z przekonywaniem się do czegokolwiek i zachęcam do eksperymentowania w literaturze. Heh, przecież ja jestem zwolennikiem innowacji! Chyba nawet większym niż Ty!

Aczkolwiek tę mowę rzeczywiście rzadko się widuje. I to nie tylko w polskiej, ale i zagranicznej fantastyce, którą czytam w większych ilościach.

A konsekwentnie znaczy dla mnie tyle, co… “zrównoważenie”. A nie cały tekst w ten sposób. Uważam, że z broni należy korzystać świadomie.

 

Padło na ten temat wiele słów, jednak, dla ścisłości – uważam, że w Teatrze ten zabieg skutecznie podniósł immersję na wyższy poziom. Tylko w tym jednym przypadku, jak zauważył Darcon, sprawiał wrażenie opinii bohatera.

 

Natomiast pisać w podobny sposób już próbowałem, aczkolwiek nieświadomie. Dawno dawno temu…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Się rozpisałaś…

Podręczników do polskiego nie widziałem już dawno, Drakaino, a stwierdzenie “mowa pozornie zależna”, jak się pewnie domyślasz, jest mi obce.

 

Darcon napisał to opowiadanie w specyficzny sposób. Jestem świadom, że narracja nie jest typowo trzecioosobowa i do podobnych, wskazanych przeze mnie “błędów” teoretycznie można też zaliczyć choćby to:

Cóż, zapewne świadczyło o zachowaniu równowagi w przyrodzie. Nie można mieć przecież wszystkiego.

Zauważ jednak, że w tym przypadku (i wielu innych w tekście), “opinia” dotyczy świata, pewnych prawideł, a nie, stricte, bohatera.

To mi nie zgrzyta. A tamto zgrzyta, bo w całej swej istocie WYGLĄDA jak myśl bohatera.

Piłkarza w pełnym biegu wystarczy lekko szturchnąć, by się wykoleił. W tekście, który tak bardzo stoi immersją jak Teatr, drobne nieścisłości mogą wybić czytelnika z rytmu. Primagrodzkiego czytelnika właśnie coś takiego.

Dlatego proponuję tego nie robić (tej mowy pozornie zależnej) albo robić to lepiej. Konsekwentnie.

A czy Darcon się zgadza i uznaje moje racje, to już jego sprawa :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Poza tym, powieść trzeba najpierw napisać.

O, powiadasz? Ciekawe.

 

Krew i flaki? Heeeh, byłoby miło, ale Fun zabronił mi wrzucać cokolwiek na portal ;/

No dobra, w Retrowizjach mogę wziąć udział. Jeśli uda się nie pisać na ostatnią chwilę, trochę krwi  i flaków tam będzie. Niekoniecznie ludzkich, ale pojawią się ^^

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Całkiem nieźle.

O inspiracjach nie będę się wypowiadał, bo z tego co widzę, niejeden (i niejedna) zrobiło to przede mną.

Początek opowiadania spokojny i uporządkowany – w opowiadanie nie wsiąkłem, ale i się od niego nie odbiłem. Scena z kloszardką (?) mało wiarygodna. Gdyby mnie ktoś taki wręczył jakiś papiór, pewnie bym go wyrzucił. A wcześniej, niewykluczone,  upewnił się, co to jest.

Drobny element, ale moim zdaniem poprawiłby immersję.

Pochwały z pewnością należą się do tempo i lekkość narracji – czyta się świetnie.

Worldbuilding kontrowersyjny. Z jednej strony udanie zarysowywałeś ważne dla treści opowiadania elementy świata, z drugiej zabrakło mi trochę (akapitu, dwóch) o tym podziale na strefy. Gdy Tomasz wspomina, że Oskar jest jego jedynym tropem, pomyślałem sobie: “a tych dwóch kolesi z gazety, to niby co?”. Później oczywiście wszystko stało się zrozumiałe i logiczne.

Główny bohater mocno nijaki. Bardziej rekwizyt do opowiedzenia historii, niż postać z krwi i kości. Szczególnie przeszkadzało mi jego niewzruszone, beznamiętne podejście do całej sprawy. Niby niczego nie pamięta, ale… jednak trochę za mało się w to wszystko zaangażował moim zdaniem.

Pomysł na powłoki – wiadomo skąd ;)

To wszystko jednak drobne niedogodności, które w sumie nie zmniejszały mi przyjemności z lektury. Ta wciąż była duża. Z zainteresowaniem oczekiwałem gali i cóż… zawiodłem się. Poszedłeś po linii najmniejszego oporu – nawrzeszczał na byłych współpracowników ze sceny i tyle. Skandal, wizyta w strefie Siódmej i koniec.

Jakbyś dodał emocji bohaterowi i wymyślił jakiś fajny plan zemsty… paaanie! ;D Czytałoby się to równie przyjemnie, za to z większą satysfakcją ;)

Warsztatowi nie mam nic do zarzucenia.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Myślę, że jesteś na dobrej drodze, Darconie. Masz manierę, pomysły i umiejętności, by dobrze je realizować. Tak naprawdę to najsłabiej moim zdaniem wypada to, co chyba najłatwiej poprawić – warsztat. Bo jeśli nie Ty sam, to redaktor ;)

 

Samo opowiadanie… ciekawe. Szczególnie, jak mi się zdaje, przez rozmyślną rezygnację z ukazania świata (nie)przedstawionego. Ta widownia… jest jakby tłem. Uniwersalnym światem każdego z nas.

Zestawienie brzydoty i piękna mistrza oraz postawa Furia wskazują na alegoryczny przekaz opowiadania i pewnie można je odnieść do każdego z nas i to na różnych płaszczyznach czy poziomach.

Opisy sugestywne, a tempo, choć leniwe, to zarazem wyważone. Przez cały tekst miałeś kontrolę i nie znudziłeś mię pomimo stateczności obrazów.

Słownictwo francuskie fajnie ubarwiło sceny tańca.

Zakończenie, rzeczywiście, świetne. Tak naprawdę nie wiadomo, czy to cisza przed aplauzem, czy gwizdami ;) Takie właśnie “niedopowiedzenia” lubię. Nie jak u większości autorów, urywanie w najciekawszym momencie, tylko pozostawienie czytelnikowi wyboru – “niech będzie, jak Ty chcesz. Ja Cię tu doprowadziłem, kolejny krok postaw sam”.

Co na minus? Przede wszystkim z leksza dziadowy warsztat (sorry ;p).

Chociażby:

Recepturę sam wypracował przez lata. Zmarszczył brwi, pochylił się i poprawił ułożenie dwóch palców dłoni. Tak, teraz jest dobrze.

Później chyba takich wpadek nie masz, ale tu mieszasz narracje trzecioosobową z jakąś tam opinią bohatera.

Podszedł wolno do wielkiej szafy stojącej w rogu teatralnego magazynu, który przerobił na swoją salę przygotowań.

Dziewczynka beztrosko machnęła ręką.

– Jejku! – Chłopak pochylił się gwałtownie nad manekinem.

Tych przymiotników i przysłówków, jak mi się zdaje, mógłbyś sporo powycinać. O ile “wolno” jest jeszcze spoko, bo może oddawać jakiś majestat, tak “wielka szafa” jest raczej nieistotna.

To “beztrosko” niezbyt pasuje do kontekstu.

A “gwałtownie” jest niepotrzebne, bo tylko dodajesz tell do show, które ukazałeś tym “jejkiem” ;)

 

Jak dla mnie, zdania były dość sztywne. Przez to nie płynąłem przez tekst, choć “przedzieranie przez chaszcze zdań” byłoby z pewnością krzywdzącym określeniem. Po prostu – mogłoby być lepiej.

Brakło mi też lepszego wykorzystania tej drewnianorękiej dziewczynki. Fajna była, a użyteczność tak jakby wątpliwa. No ale o tym pisali już inni.

 

Parę uwag:

 

Świt dopiero nadchodził, gdy Arezio Tramonte już przemykał ulicami miasta.

Chyba niepotrzebne to-to. Tak na poziomie konstrukcji.

Jeśli pochwalą, a kukła zatańczy, są szczęśliwi i zadowoleni.

E?

Poprawił cylinder na głowie, spuścił go głębiej na czoło i ściągnął mocniej pelerynę.

Taka tam oczywistość.

Idealne proporcje ciała, idealny wzrost i waga, nienaganna skóra, bez żadnej skazy. Kończył właśnie wsmarowywać specjalną maść, nadającą sztucznej skórze naturalny wygląd.

Musiał uważać, aby każde łączenie było niezawodne, by nie rozwiązało się w trakcie występu i jednym machnięciem bezwładnego palca nie przekreśliło bezbłędnego wstępu.

Powtórzenie i… powtórzenie z literówką? Bo “wstęp” chyba nie bardzo…

– Co tam, Furio[-.][+?] – Mężczyzna zerknął przelotnie na kilkuletniego chłopca.

Ale chłopiec miał w głowie słowa Celii[-.][+:] „Tylko przyjaciel może powiedzieć ci coś, czego nie chcesz dopuścić do siebie”.

Takie tam, interpunkcyjne propozycje…

 

Uff, dobra. Trochę się pofrustrowałem, ale nie zmienia to faktu, że opowiadanie nawet mi się podobało.

I uważam, że to wartościowy tekst.

 

Trzymaj się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

No dobra, zdaniem hrabiego kolejność będzie taka:

 

1. Szept pielgrzymów

2. Długo i szczęśliwie

3. Na obraz i podobieństwo

4. Robaczywe miasto

5. Szósta minuta na językach

6. Aberracja mrozowiska

7. Madonna z UFO

8. A jednak będzie

9. Seleukos w Kolchidzie

10. Status ofiar ściśle reglamentowany

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Nie żebym narzekała, oczywiście.

Spokojnie, Saber. Zapewniam, że nikt (przynajmniej spośród osób w tychże spotkaniach uczestniczących) nie pomyślał, że możesz narzekać ^^

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Coś odjechanego :-) 

W odległej przeszłości, kiedy to potykałem się ze świętej pamięci Akanirem, pojawił się pomysł, byśmy walczyli na jednozdaniowe dribble.

Zapewne byłoby ciekawie, ale ktoś trafnie zauważył, że przydałoby się pamiętać o jakości i wartości utworu, a te by raczej ucierpiały na podobnych eksperymentach ;/

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

To była długa podróż. Zajęła mi chyba z pięć “posiedzeń” :p

 

Czy warto? Cóż, w moim przypadku odpowiedź brzmi – niekoniecznie. Nie znam się na obyczajówkach, pewnie nie jestem targetem, ale jak dla mnie wiało tu nudą, panie Cerleg.

Prawda – piszesz ładnie, można smakować porównania i dowcip, no ale tego mam dużo; na dodatek z fabułą.

A w tym opowiadaniu akcja się po prostu snuje. Brakowało mi celu, do którego zmierzałaby ta opowieść. Taka konstrukcja przeszkadzała mi też w Amerykańskich Bogach (czego by nie mówić – słynnej, docenionej przez wielu, książce), tutaj sprawiła, że czytałem bez zainteresowania. Tym bardziej, że tempo też było powolne i jednostajne.

Opowiadanie ma też oczywiście zalety, które dostrzegam i doceniam. Z pewnością wykreowałeś ciekawych bohaterów, od Muminka począwszy, przez Rudą, Palmę i tę ferajnę, która przychodziła na rozmowę o pracę. Niby postacie epizodyczne, a jednak z duszą ;)

Bogata kreacja świata sprawiła także, że immersję oceniam bardzo wysoko. Gdyby akcja mnie zainteresowała, pewnie powiedziałby Ci, że “wsiąkłem” w to opowiadanie :)

 

Zakończenie takie trochę rozmyte. Odebrałem “koniec świata” jako śmierć tych ludzi. “Każdy ma swój własny koniec świata” itd… Mam nadzieję, że jednak chciałeś tu przekazać co innego – w przeciwnym razie wyszłaby sztampa ;/

Ponarzekałem, poznęcałem się, ale najważniejsze chyba, że sporo ludzi ten tekst potrafił zachwycić. Myślę, że jego odbiór jest też bardzo subiektywny. Być może tak jak od komedii nie wymaga się, by była straszna, a od kryminały, by śmieszył, tak być może od Twojego tekstu nie powinienem wymagać tego, czego wymagałem.

Cóż. Fajnie, że piszesz i życzę Ci, byś tworzył jak najwartościowsze opowieści. Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Izzy… No widzicie – takiego feedbacku się nie spodziewałem! Warto zapamiętać na przyszłość.

 

Z irytujących drobiazgów – brak wołacza.

Ale jakiego wołacza, Marcinie? Że nie używają swoich imion w dialogach?

Obchodzi mnie, co uważasz.

 

Relacje w tej nieszczęśliwej rodzinie są popieprzone ale nie wiem dlaczego, gdzie jest tego pierwotna przyczyna?

Wina córki. Że się urodziła, a “lata beztroski odeszły w niepamięć”…

 

Dziękuję za szczere opinie, panowie.

 

Nie ma co się krygować, Łosiocie – fajnie, że podzieliłeś się odczuciami, jakiekolwiek by nie były. Myślę, że to akurat opowiadanie ucierpiało szczególnie mocno przez chaotyczny proces twórczy, ale nic już nie zrobię – pozostaje wziąć zarzuty na klatę.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

jakaś szlachta zagrodowa z prowincji. 

Oj, jeszcze odszczekasz te słowa, Funthesystemie, gdy będziesz potrzebował primagrodzkiego azylu… ;p

 

Dzięki za wsparcie lokalizacyjne, Wiktorio.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Eeech! Wiesz, co Ci powiem, Autorze?

To udane opowiadanie. Z powodzeniem zdaje test pamięci.

Niemniej… Jest dziwne, czyż nie? Zresztą, to weird fiction. Niektórzy czytelnicy, jak Reg, piszą, że nie zrozumieli, nie wiedząc, że tym akurat nie powinni za bardzo się przejmować. Tylko doznawać ;)

 

Dlatego uważam, że powinieneś  dodać tagi. One by trochę lepiej nakierowały czytelnika na to, czego może się spodziewać.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Melduję, że i ja zapoznałem się z Drobiażdżkami ;)

Tekst długi, to i odwlekałem lekturę przez, hmm, kilka miesięcy, ale tak jak się spodziewałem, warto było zasiąść.

Przez większość opowiadania zacierałem hrabiowskie dłonie, że dokopię Ci za deus ex machina, za te wszystkie “przypadkowe” sytuacje (katastrofa śmigłowca, sfajczenie instalacji, test LIDAR-u, wypadek w szklarni), które spotykały załogę stacji, ale chyba podświadomie spodziewałem się, że wyjdziesz z tego z tarczą ;)

I rzeczywiście – wszystko ładnie umotywowałeś. Nie mam zastrzeżeń fabularnych, bardzo podobała mi się również lekkość narracyjna, zgrabna sfera science, silna immersja. Tempo dość wolne, ale właściwe dla tego typu opowieści. Nie nudziłem się, choć skłamałbym też mówiąc, że czytałem rozentuzjazmowany. Być może dałoby się jeszcze podkręcić dramaturgię, ale, hmm… cholera wie – być może inni czytelnicy mieli odmienne uczucia.

Mam też pewien problem z motywacjami bohatera. Poświęcił naprawdę dużo, narażał misję i ryzykował życie, a wszystko to przez sny i dziwną muzykę. Trochę mało, choć pewnie zasłonisz się wpływem Drobiażdżków – wybrały sobie pielgrzyma i poprowadziły go jak chciały…

 

Słowem – czepiać się za bardzo nie będę. Gratuluję świetnego opowiadania i życzę jak najwięcej udanych pomysłów.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Werweno!

Mimo wszystko dziękuję, że jednak się stawiłaś i wspomagasz mię w ciężkich chwilach ;)

Prawdę napisałaś – wyszło na pół gwizdka. Ale nie zrobiłem tego z powodu lekceważenia (nigdy nie lekceważę ludzi, którzy poświęcają czas, by mnie wspomóc opinią), ale tego, że pomysł przyszedł za późno. Cóż, przy okazji następnych, ewentualnych deadline’ów będę działał z większą rozwagą.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Rzekłeś, Coboldzie.

Dziękuję, że wpadłeś i pochyliłeś się nad Izzym. Powiem Ci, że zupełnie nie przyszedł mi do głowy taki “wariant” tytułu, ale… rzeczywiście. Idzie tak go odczytać ;O

 

Ech, stare grzeszki…

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Wypraszam sobie – me przestrogi dotyczyły ino Twojej osobie, milordzie.

 

Tańczyć?!

Z tym może być problem. Jedyny taniec, do którego w powadze swego pochodzenia i tradycji jestem gotów stanąć to menuet. A w Fungornie to chyba tylko do kozaka idzie poskakać…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Jak na tak krótki tekst, wyszło rzeczywiście bardzo dobrze.

Historia ma ręce i nogi, zawarłeś nienowy, ale dość lotny pomysł i napisałeś fajny, otwierający dialog, dzięki któremu chce się czytać dalej tę historię.

Jak jest później? Jak dla mnie, w porządku. Znaczy się – czytałem z zainteresowaniem, ale jakichś szczególnych wrażeń nie zaznałem. W tej objętości nie da się zbudować bohaterów, intrygi, da się tylko przeć do przodu, znak za znakiem, aż do tabliczki “koniec”.

Ten wreszcie nastąpił i co? Niezbyt lotna konkluzja (walczyli o kobietę? ech…) i obrazowa, dramatyczna scenka, będąca w istocie pięknym, kończącym fejerwerkiem. Zrobił wrażenie, ale nie pozostawił po sobie nic szczególnego. Słowem – zabrakło mi twistu z prawdziwego zdarzenia. A moim zdaniem tym stoją takie szorty. Szczególnie, gdy samego pomysłu nie mają wybitnie innowacyjnego. No ale ja tak już mam – przede wszystkim szukam nowatorskiej opowieści…

Konkluzja? Podobało mi się, ale taki szort to zdecydowanie za mało, bym czuł się w pełni usatysfakcjonowany. Niemniej, biorąc pod uwagę limit słów – spisałeś się świetnie, Ac. Napisałeś kompletną opowieść w zwartej, zrozumiałej formie i zrobiłeś to z klasą.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Z wielką nieufnością podchodziłem do tego opowiadania, Wisielcu. W momencie gdy publikowałeś, kiedy dostawałeś piórko i przegrywałeś konkurs (sorry, łączę się w bólu XD). Z okazji plebiscytu jednak przeczytałem i z ulgą stwierdzam, że nie było tak źle. Powiem więcej – czytało się bardzo przyjemnie.

Mimo świetnej stylizacji, udało Ci się pogodzić to z lekkością narracji, dzięki czemu czytałem ten tekst jakby miał 20 tysi, a nie 50. Nie czułem długości, więc też nie będę Ci zarzucał przegadania.

Podobał mi się wprawny worldbuilding i wyraziści, interesujący bohaterowie. Podobał mi się nastrój, natomiast tempo nie doskwierało – nie jest szybkie, ale też szybkie być nie musi.

Co mi się nie podobało?

Z pewnością sama fabuła. Od początku zasygnalizowałeś, że zrobisz coś z medalionem i choć podziałało to na mnie jak dobry wabik, samo rozwiązanie bardzo zawiodło. Nie wysiliłeś się z motywacją. Z intrygą. Z rozwiązaniem. Zbyt prostolinijne to dla mnie ;(

Nie podobało mi się więc również zakończenie. Tak samego wątku medalionu, jak i króla. Szaleństwo? Może i zyskałeś na immersji dzięki wiarygodności, straciłeś jednak na walorach czysto beletrystycznych, na ciekawej opowieści.

No i wątek fantastyczny – ten cały Herakles wydał mi się dodany extra, coby była jakaś fantastyka w tym ich świecie. Sama mitologia też pogłębiła nieco zmarszczki na hrabiowskim obliczu. Ile można o tych Grekach? Hmm? ;p

 

Ponarzekałem, ale nie zaprzeczę – to dobre opowiadanie. Bardzo dobrze mi się je czytało i od tego dnia (wczorajszego gwoli dokładności), Seleukos będzie się już kojarzył pozytywnie :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Woohoo, Thargonalia coraz bliżej! XD

Ech, tym bardziej ubolewam, że nie będę mógł się na nich stawić…

 

Jednak w ramach rekompensaty, wyślę z poselstwem mojego brata bliźniaka – Primadena. Ufam, że wybaczycie mi tę rejteradę.

 

 

 

Szociki? Ty uważaj, Wiktorio, by bestii przypadkiem nie obudzić. Jednej bądź kilku ;p

 

 

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

To żem się zagapił…

 

Dziękuję, Darconie!

Co tu dużo mówić – wypunktowałeś mnie. Na przyszłość muszę po prostu starannie pisać, nawet kosztem szybkości. Wszystko byłoby wtedy bardziej spójne…

 

Marek nienawidzi córki, bo jest jak rozkapryszony bachor, który nie potrafi zaakceptować, że jego życie nie wygląda już tak jak dawniej. Tęskni za lekkością, spontanem i dawną, beztroską “Izą”… Nie miałeś się z nim utożsamiać :/

To nie bohater tego typu. Kurde, myślałem, że te jego uczucia udało mi się wyeksponować…

 

Lepsze od Pokraka?! Bój się Boga, Darconie! Pokrak jest świetny ;p

Spoko, moje regularne publikowanie na portalu należy już do przeszłości. Czas wyjść z wygniecionego gniazdka i posmakować innych wiatrów :)

Fajnie, żeś wpadł i podzielił się spostrzeżeniami. Szersza perspektywa zawsze procentuje – postaram się. Dzięki.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Mam kilka pomysłów, po Nowym Roku napiszę o tym priva do reszty redakcji i Beryla i mam nadzieję, że wspólnie osiągniemy jakiś konsensus.

Od nowego roku mija już miesiąc, więc pewnie co nieco już poustalaliście, Redaktorze MC.

 

Redaktor Malakh, rzeczywiście, robi super robotę. Czyta i dzieli się wartościowymi uwagami – jestem przekonany, że pozostałym autorom dały one tak dużo jak mnie.

Cień Burzy założył wątek zbierający “do kupy” teksty, które komentarzy się nie doczekały, więc, jak rozumiem, “jakiś konsensus” rzeczywiście został osiągnięty.

Na nowy portal, z tego co zrozumiałem z komentarza Beryla, lepiej nie liczyć w najbliższym czasie, podobnie jak na gruntowną reorganizację.

Czy jednak panowie coś między sobą ustaliliście odnośnie piórek? Jestem przekonany, że wiele osób na portalu byłoby zainteresowane świeżymi wieściami :)

 

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Powściągliwie entuzjastycznym?!

Ależ, Thargonie… Przecież Chrościsko umieścił hrabiego pod pręgierzem, a reszta rzuca zgniłymi jajami, nie widzisz tego?! To nie opinie, a Twoje określenie mej niedoli jest powściągliwe ^^

Ach, z tą kometą napisałem właściwie z premedytacją (meteoryty są bardziej stadne), ale lud przyczepił się do przemykania. Właściwie słuszne. Kometa to cała, podróżująca przez kosmos skała, a meteor jest jej odpryskiem, który pławi się w objęciach mikrograwitacji i gdy Ziemia obejmuje go swoją grawitacją, wpada w atmosferę…

Fun też mi mówił, że lepsze od hippicznego ;)

Ale to tylko pokazuje, jak ważne jest staranne wykonanie. Kilka drobiazgów, a robi się z tego większa skaza, która zmniejsza immersje i sprawia, że opinie są jakie są. Ale dobrze – da mi to przynajmniej kopa w dupę, by nie iść na łatwiznę i wnikliwie wszystko sprawdzać. Nawet kosztem snu.

pomijam geometryczne i logiczne nieścisłości – brak czasu równa się gówniany risercz

Co masz na myśli?

Odczucie czasu jest względne, zależy chociażby od naszej szybkości. Niektórzy, jak Barbour, twierdzą, że czas w ogóle nie istnieje… W wyższych wymiarach może chyba zachowywać się nieco inaczej… Uważam, że to akurat nie jest gównianym riserczem, tylko tajemnicą, którą chciałem zawrzeć. Taką, dla której nawet nie potrafiłbym znaleźć wiarygodnego rozwiązania…

Fajnie, że doceniłeś kreację Marka. W ogóle, dzięki za masę miłych słów – dużo dla mnie znaczą szczególnie pod tym opowiadaniem. Bo bardzo mi zależało, by jednak coś napisać na ten konkurs.

Pełnokrwista fantastyka (i to w wydaniu bliskim Thargone’owemu, jak mi się zdaje), będzie na Steampunk. Mam nadzieję, że i Ty coś zaproponujesz ;)

 

Dzięki raz jeszcze, trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dobre, choć dostrzegam w tym opowiadaniu pewien działający na jego niekorzyść dysonans.

Przede wszystkim, w ogóle nie poczułem atmosfery horroru. Potrafisz to robić wybornie, w tym jednak tekście, być może przez dziecięcą perspektywę, może ze względu na “pozytywny” wizerunek kosmitów, zabrakło mi prawdziwej grozy.

W Twoim kosmicie więcej było E.T. niż Aliena.

Z jednej strony to nie jest wada – w końcu E.T. też był spoko, ale z drugiej… osłabia wizję. Bo obraz Darii bawiącej się niewinnie z jakimś dziwolągiem mógłby zdziałać więcej niż telepatyczne jojczenie “zoooostaw nas, proooszę”.

Balans zdał mi się nieco zaburzony – za dużo “pijackiego” początku, za mało fabularnego mięcha w drugiej części (po tym, jak martwy kosmita trafił do domu). Za mało szafy.

No i akcja z łukiem… Serio, Zygfrydzie? To było dość dziwne – chłopina od dawna nie strzelał, ale skacowany, przerażony i zdezorientowany sięga właśnie po tę broń. Bardziej rozsądny byłby bejsbol albo, ekhm, siekiera. Co prawda atak z dystansu przeciwko obcemu dysponującymi nieznanymi zdolnościami jest całkiem logiczny, to jednak… poszli do lasu. A łuk w lesie to już gorszy pomysł.

Na dodatek konkluzja w zakończeniu, że “wujek postrzelił bratanicę i przywalił babci, ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze” jest nie dość że infantylny, to jeszcze sugeruje, że Mietek z tego łuku jednak tak dobrze nie strzelał XD

 

Wybacz, że tak bardzo przelewam czarę goryczy – jest to o tyle dziwne, że opowiadanie uważam w gruncie rzeczy za naprawdę dobre, przeczytałem je szybko i z przyjemnością :|

Dobra, to może trochę o zaletach.

 

Świetnie wypadła dziecięca narracja, ale do tego już przyzwyczaiłeś. Umiesz zrobić to tak, by wyszło lekko naiwnie, ale i szczerze. Jedynie w dialogach się momentami zagalopowałeś – która mała dziewczynka mówi “w tę i nazad”?

Dobrze wypadają też zawiązanie akcji, immersja, zmiany perspektywy, konfrontacja rzeczywistości → Michaś istnieje czy nie istnieje? Kto uległ iluzji? Super.

No i naturalnie klasowy warsztat. Czyta się to-to świetnie.

 

UFO nieszczególnie odkrywcze, ale przedstawienie nienowego pomysłu w świeżej, atrakcyjnej formie, to niewątpliwie duży atut. Nie każdy to potrafi.

Życzę powodzenia w konkursie i sorry za to “plucie się” na początku – niby pierdoły, ale trochę mi popsuły opowiadanie.

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Obawiam się, że gdyby powykręcało chłopu również strukturę molekularną komórek, Marek już na pewno nie miałby szansy dostrzec podobieństwa…

W efekcie Count miałby standardową formułkę w sekcji komentarzy: “nie zrozumiałam/em” ;p

 

W porządku, Reg. Za rok może dwa jakoś się otrząsnę! Ech!

Następnym tekstem wrócę do korzeni, natomiast forma, jak mi się zdaje, mimo tego “piekła”, nie najgorsza.

Tekst na Sny Umarłych daje radę :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Eeeech, nic nie wesprzesz hrabiego w niedoli, Sojuszniczko Reg ;(

 

Dobrze zrozumiałaś, Marek pozwolił, by się utopiła.

Serio to wykonanie aż tak tragiczne? Wydawało mi się, że jest gorzej niż zwykle, ale poziomu przemilczenia jeszcze brakuje. Cóż, pewnie się myliłem :(

 

Co do łapanki – “przemknęła” rzeczywiście była celowym powtórzeniem, zaś “gadanie do drzwi” popełniłem z premedytacją. Chodziło mi o to, że Marek tak długo rozmawiał z Izą przez drzwi, że zaczął utożsamiać jej głos… z samymi drzwiami. Taka dziwna myśl umysłu, który stacza się w otchłań szaleństwa.

Co do reszty – posypuję dumną głowę popiołem. Rzeczywiście, zgrabniej byłoby tak, jak zaproponowałaś. Może kiedyś uda się to poprawić…

 

Dzięki, Reg, za wizytę poza kolejką i szczerą opinię.

Trzymaj się :)

 

 

Odwrotne białka?! Finklo, toż to herezja na miarę lewoskrętnej witaminy C ^^

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Sorry, że tak długo milczałem. Przeczytałem Twoje opowiadanie z polecenia nie-tajemniczego wielbiciela (^^), ale dłuższy czas nie potrafiłem się o nim jakoś sensownie wypowiedzieć. Bo dziwne jest, co zresztą dobrze wiesz.

Przeczytałem ponownie i mam kilka uwag.

Sugerowałeś mi w Smakołyku umieszczenie akcji w bliżej nieokreślonym miejscu. Sam to zrealizowałeś w tym właśnie opowiadaniu – nie dość, że nie nazwałeś Miasta, to nawet nie sugerowałeś imionami pochodzenia bohaterów – dzięki temu treść wydaje się uniwersalna.

A to skłania do stwierdzenia, że również jakąś uniwersalną prawdę chciałeś tu przekazać. A jednak… chyba nie. Ślepa uliczka, jak mi się zdaje.

Klimat rzeczywiście bardzo udany, kojarzyło mi się z filmami Creepshow. Był nawet taki o Domu podobnym do Twojego, ale za nic nie przypominam sobie tytułu. Może kiedyś się przypomnę.

Konwencja, rzeczywiście, zupełnie inna od “standardowej”. Zaczynasz interesująco, przytaczając opowieści żonobijcy i truposłuchacza, choć w dalszej części zastanawiało mnie, czemu właściwie miały one służyć. Ukazaniu zepsucia Miasta? Pewnie nie. Myślę, że jakiegoś konkretnego celu nie miałeś, chodziło raczej o wizję samą w sobie (?).

Sceneria, przedstawienie kosmitów, dialogi i tempo opowieści zacne, na bardzo wysokim poziomie. Dlatego zresztą tekst czyta się z dużą przyjemnością, a te kwestie dysonansów i anomalii budzą zainteresowanie.

Trzeba się trochę przyzwyczaić do bezradności bohatera. Zwykle w opowiadaniach jest to jednostka czynna, u Ciebie – widz, który może co najwyżej skomentować wydarzenia, a nawet, jak pokazuje zakończenie, marionetka… czegoś. Twórcy? Tego wyższego wszechświata?

Weird to rzeczywiście jest, natomiast problem tekstu leży w tym, że nie jest dostatecznie satysfakcjonujący pod względem podjętych rozwiązań/przemyśleń. Może to dziwne skojarzenie, ale znacznie lepiej sprawdziłby się jako obraz. Bo przyjemnie na niego popatrzeć, a coś namalowanego znacznie łatwiej objąć spojrzeniem niż napisanego ;)

 

Koniec końców, ten mój komentarz to bardziej strumień świadomości niż jakaś konkretna dawka uwag, ale i mnie pozostawiłeś skonsternowanym. O tyle, że wcale nie czuję, iż nie zrozumiałem, co raczej, że nic konkretnego zrozumieć nie miałem.

Jako obraz podoba mi się bardzo. Pewnie zapamiętam ten tekst. Ale jako opowiadanie jakby mniej. Zabrakło mi zakotwiczenia w rzeczywistości.

Na stempel jakości zasługuje jednak z pewnością, toteż postawiłem.

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dokładnie, bez żadnych uszkodzeń. Po prostu, gdyby ktoś miał udokumentowane badaniami obrazowymi (TK, USG itd), że ma wszystkie narządy na swoich miejscach, a później by się okazało, że są na odwrót, choć człowiek jest ZUPEŁNIE zdrowy, to byłby dowód, że został wyciągnięty do czwartego wymiaru! ;)

Oczywiście można go też wsadzić w takiej samej formie, ale jaka w tym frajda? ^^

 

Tutaj natomiast chciałem jeszcze wprowadzić element niejednoznaczności.

Odkrywam, co kryje UFO, ale losy Marka w czwartym wymiarze pozostają tajemnicą. Widzi w jakim stanie wrócił/wróci, więc mówi ten melodramatyczny, kiczowaty tekst o wracaniu z piekła. Bo ślady na jego ciele, fakt, że te “połączenia” wcale nie były tak nienaruszone, jak mogłoby się wydawać, świadczy o tym, że to piekło rzeczywiście przeszedł. Nie został troskliwie przeniesiony z powrotem przez wyższowymiarowe istoty…

 

Eee, jedzenie? Spaghetti na talerzu zwinięte w przeciwnym kierunku? Sękacz z okręgami schodzącymi się na zewnątrz? ;p

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Ooo, jest i Finkla! Rozpieszczacie mnie dzisiaj…

 

Odwrócenie rąk i nóg rzeczywiście jest moją licentia poetica.

Widzisz – tak naprawdę nie wiemy, jak dokładnie wyglądałby człowiek po takiej “wycieczce”, a ja potrzebowałem czegoś, co da się zaobserwować na pierwszy rzut oka. By Marek mógł się domyślić, co spotkało pilota UFO.

Natomiast, jeśli chodzi o źródła, z których korzystałem, taka osoba miałaby po prostu całkowite odwrócenie trzewi.

Dziękuję za Twoje szczere uwagi i poświęcony czas.

 

A od kiedy to imieniny Jana (noc świętojańska) są 6 lipca?

Finklo.

Nie dobijaj mnie już XD

Albo dobra, dobijaj.

Zasłużyłem sobie po stokroć…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki, dzięki, dzięki, Drakaino i Staruchu! :)

 

Ja jestem w szoku, że tak mało osób czyta… Lepsza okazja, by poznęcać się nad Countem może się nie powtórzyć!

Tym bardziej rad jestem, Staruchu, że Ty poskąpiłeś mi kalumni. Wszystkiego zrozumieć się nie dało – chciałem uwzględnić dwie kwestie: nie ukrywać przed czytelnikiem, czym jest moje UFO, a zarazem pozostawić tajemnicę, która jest jakby kwintesencją tego konkursu…

Czy mi się to udało, rozsądzić już muszą czytelnicy.

Whisky? Prawda, jest wiele lepszych trunków. Ale starałem się konsekwentnie kreować Marka na antybohatera ;p

Podziękował za uwagę i wskazówki. Naniosę, jak tylko będę miał taką możliwość. Czyli pewnie za rok ;(

 

Drakaino, Tobie również wdzięcznym wielce.

Nie no, w tym chyba było jednak więcej fantastyki niż w tym o koniach… Przecież wiele kobiet przez wiele lat cierpiało przez starego ufoka ;)

Z tym technolog/astrofizyczna to mój własny strzał w stopę. Fun zwrócił uwagę, że pisanie mężczyzna/kobieta jest dość bezosobowe, więc pokusiłem się o taką właśnie karkołomną zmianę, a że zrobiłem to na godzinę przed deadlinem… Pozostaje mi przeprosić i Ciebie. Szczególnie, że kwestie emocjonalności w tekstach zawsze były dla mnie ważne.

Zegar zatrzymali, ale ona nadal krzyczała, że go słyszy – nie napisałem tego? Dlatego musieli usunąć go z jej oczu.

I, tak, Marek jest dupkiem. Pisałem o nim szerzej w komentarzu dla Atalajszy.

Swoją drogą, to problematyczna kwestia – fajnie czasem, dla odmiany, spróbować stworzyć antybohatera, ale skoro czytelnik go nie lubi, to przez tegoż antybohatera może tracić całe opowiadanie…

Choć pewnie da się to zrobić, tylko ja nie umiem :/

Trzeba będzie przeczytać wreszcie sagę o Elryku z Malnibone…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

W piątkowe noce, na Niepolda, Funthesystem osobiście dba o bezpieczeństwo swoich obywateli, mierząc ewentualnych krzywdzicieli czujnym spojrzeniem wyzierającym ze złowieszczego oblicza :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Mhmm.. Dobrze.

Widzę, że pragniesz zostać nowym primagrodzkim bardem, Bail.

 

Próba zacna, ale wiedz, że na moją hrabiowską skrzynkę napłynęło już wiele wspaniałych pieśni sławiących ten “jedynek”. Również po angielsku ^^

Zobaczymy, jak Ci pójdzie w castingu!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Post Scritum: Chwila minęła.

Szkoda, że jednak nie poczekałeś dwóch – może wyszłoby jakaś lepsza riposta :)

 

Skoro taką drobnostką jest dla Ciebie napisanie dobrego drabble’a, tym bardziej dziwię się unikom. 

Hmm. Najwyraźniej równie łatwo przychodzi Ci rzucanie takich twierdzeń bez pokrycia, co nie stawanie w obronie własnych przekonań…

 

Nie osądzam Ciebie i Twoich myśli – nie uderzaj niepotrzebnie w patetyczne tony. To moja domena ^^

Chciałem skonfrontować swoją opinię z Twoją, a przy okazji trochę odkurzyć Cienia-pisarza.

 

Nie miałbym prawa rzucać wyzwania komuś, kto piórem nie wojuje. Na przykład Reg.

Ty mi go nie odmówisz, podobnie jak nie mógłbyś odmówić komuś, kto właśnie obija Ci pysk. Zza tego “węgła” albo i nie ;)

Do Wrocławia jedź w każdym razie w pokoju i baw się dobrze – atak na Ciebie nie przyniósłby Primagrodowi żadnej chwały.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Czyli że… ja?

Hm…

 

Wszelkie niedogodności wynagrodzi Ci obecność państwa Thargone, Wiktorio ;D

Świetni ludzie!

Natomiast o aperitifie oczywiście można pomyśleć. Szczególnie, że te Fungornskie sikacze… Eouch! Kweuh!

Fun, co Ty do nich dodajesz?! ;/

 

Co do miejsca, to ostatnie było całkiem spoko, ale zobaczmy jak z frekwencją – może ktoś jeszcze się skusi na nasze szemrane towarzystwo?

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Mam taki plik z fajnymi tytułami, które mi kiedyś przyszły do głowy…

Hehe, dobra taktyka! Czasem tytuł potrafi zainspirować jak nic innego :)

 

…szukają hazardu, emocji i tajemnicy.

Ale niekoniecznie szukają sytuacji, w których ktoś im urywa paluchy na resztę nocnego życia ;p

Zawarłeś w tekście hyperloopa, a matrixowe złącza wydają mi się odległym potomkiem gogli VR.

Stąd wrażenie, że słaby, przyzwyczajony do wygody człowiek przyszłości będzie dążył do ciekawych, pełnych emocji i tajemnicy sytuacji, nad którymi będzie miał pełną kontrolę.

Ale to oczywiście kwestia naszych własnych rozważań i przypuszczeń – Twoje są tak samo dobre jak moje ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Mhm.

Zarobiony teraz jesteś, Cieniu. Wystąpienie w Empiku, wątki lożowe, życie prywatne… Rozumiem. Serio.

 

Może w takim razie za tydzień-dwa? Hmm?

Albo przeproś Wybranietzkę za tę określenie “wydmuszka”. Było jednak trochę na wyrost.

Ja się w pewnej mierze zgadzam z Twoim komentarzem (też lubię klarowne rozwiązywanie tajemnic ;) ), ale niejednoznaczność cyklu życiowego trzmieli i niedookreślenie ich oddziaływania nie sprawia, że ten świat jest pusty i jałowy… Mógłby być też głęboki? Albo… niepojęty? ;p

 

Rękawicy w każdym razie jeszcze nie zabieram. Namyśl się.

Tylko skoczę do Primagrodu po filiżankę kawy i miseczkę daktyli!

 

Berylu – sorry za mieszanie w wątkach hydeparkowych spraw opowiadaniowych, ale tak będzie wygodniej.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

17 pan Hrabia będzie już wojował w Warszawie, Wiktorio ;(

Natomiast 16 byłby super. Cenny przystanek przed wizytą w stolicy.

 

Scotty? Jakie jest zdanie Twoje i Twej pani?

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

A teraz szczerze, Coboldzie – kto wymyślił ten tytuł?

Jest tak wspaniały, że już sam z siebie zasługuje na hrabiowskie błogosławieństwo! Nie uwierzę, że to Twoje dzieło <3

 

Opowiadanie przeczytałem i z ulgą przyznaję, że złe wspomnienia z Twoich tekstów należą już do przeszłości – szybko wkręciłem się w to opowiadanie i z zainteresowaniem czytałem do końca.

Z pewnością imponuje setting i rekwizyty – połączenie XIX-wiecznych Chin i futurystycznego miasta zdało mi się interesujące i odżywcze. Dodo, kwagga – o tym też rzadko można poczytać.

Pomysł na takie podłączanie się do komputera i prowadzenie drugiego życia trochę zdarty. Skojarzył mi się z Surogatami (miałeś zbliżony pomysł, jeśli chodzi o izolację), a także dylogia ‘Głębia’ Łukjanienki.

Różnica jest taka, że w powyższych dwóch znacznie klarowniejsze zdały mi się motywy tego systemu. Ludzie przechodzili do świata, w którym wybierali kim są i przez to żyło im się przyjemniej – logiczne. U Ciebie dobór jest losowy, można wtopić – po co więc w ogóle to robią w taki właśnie sposób?

Niby wyjaśniałeś w rozmowie z konsultantem, ale ja za bardzo nie kupuję tego harmonijnego rozwoju – już w XXI wieku ludzie mają coraz mniej czasu, zwiększa się też komfort życia i pokusa ze strony rozrywek, więc raczej niewielu chciałoby się tak mordować, jak biedny Stan. 

No i ta rozterka Stanleya Wu – co się stanie, jeśli się nie podłączę? Czy kontrolę nad panem Wu przejmie bot? Wydaje mi się, że podobna sytuacja może mieć miejsce często – nie powinien wiedzieć, jak dokładnie ten system działa?

Wątek z Liściem Jabłoni fajny. I, ogólnie, bohaterowie raczej Ci się udali. Nawet epizodycznego Shuiguo cechuje pewien charakterystyczny rys :)

Fabularnie pozostałem z niedosytem, bo trochę mało tych “handlarskich przygód pana Wu”, ale w końcu pisałeś opowiadanie, a nie mikropowieść – wszystko nie miało prawa się zmieścić, a skupiłeś się na innej tematyce.

Natomiast sama metafora z dodo bardzo fajna – wolę takiego Cobolda, niż tego nawiązującego do wydarzeń historycznych i postaci, o których nie mam bladego pojęcia ;D

Warsztatowo, jak zwykle, drukowalnie.

 

Trzymaj się ciepło ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Moje skorupki mają się dobrze, Marasie. Ale wspomniany awanturnik potłukł CZYJEŚ, a ja tego płazem puścić nie zamierzam! Jakem Primagen!

 

Owszem, drogi nam CIEŃ BURZY został wyzwany z zaskoczenia, ale hrabia nie zarejestrował się tu wczoraj, Bailoucie. Arnubisie.

On to widział ;)

 

Pozdrawiam Was sprzed bram Primagrodu. Poranne zaćmienie zasłoniły burzowe chmury, to może o czymś świadczyć ^^

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Ale żeście pociućkali się o coś konkretnego, czy też tak w ramach samcoalfowania w rzyć mordę chcesz mu waćpan przyfasolić?

Jeszcze inaczej. Prywaty w tym nie ma, Thargone.

 

 

To wszystko dlatego, że Cień potłukł skorupki :(

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Nadszedł ten czas.

 

Miarka się przebrała, a klamka zapadła. Warunki zostały spełnione, wychodzę więc przed me primagrodzkie fortyfikacje i rzuciwszy na ziemię inkrustowaną szmaragdami rękawicę, gromko wykrzyczę ku chmurnemu niebu:

CIENIU BURZY! Ja, Primagen, syn Primagotha, wyzywam Cię na pojedynek! Skrzyżujmy drabbleostrza na życie i deszcz!

 

Niechaj bój ten potwierdzi, czy wydmuszka to, czy może jajko na twardo ^^

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Spoko. Dzięki, Vargu.

Wydaje mi się, że akurat Twoja racja jest z naturalnych względów najtwojsza nawet, gdy innych czytelników jest inna ;)

Aczkolwiek w tym przypadku aż tak bardzo nie jest.

 

Masz rację, że to taka lista miejscowości. Da się wyciąć drogę, ale opowiadanie będzie wtedy okaleczone. Tego akurat jestem (prawie) pewien…

Może kiedyś uda się napisać coś w tym stylu, ale z bardziej esencjonalną fabułą – czas pokaże ;)

 

Fun, Cobold – dzięki za odzew!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Nowa Fantastyka