Profil użytkownika


komentarze: 515, w dziale opowiadań: 391, opowiadania: 207

Ostatnie sto komentarzy

Przyszłam złowić sobie szorta do kawy, dogsdumpling nie zawiodła :)

Podobnie jak poprzednicy uważam, że fabuły tu tyle, co kot napłakał – ale nie fabułą tekst stoi. Bardzo przypadł mi do gustu opis przeżyć wewnętrznych bohatera, zwłaszcza, że zdecydowanie potrafię z nim empatyzować w temacie lenistwa i marznięcia, które potrafią być zabójczą mieszanką. Przedstawiłaś jego rozterki tak, że trafiają do mnie treścią i urzekają doborem słów użytych do ich przekazania. Najbardziej rozbawił mnie cały fragment z O-SA WY-LA-TU-JE. Doskonałe :D 

Absurdem bym tego szrocika nie nazwała, bo jest tu jak na mój gust tego absurdu zwyczajnie za mało – końcówka jest dość szalona, to prawda, ale nie aż tak, by jako jedyny absurdalny element postawić cały szort na takiej gatunkowej półce.

Wyszła Ci taka pisanka – w środku za wiele nie ma, ale za to jak odmalowana ładnie. I fajnie, ja tam lubię pisanki. 

 

 

 

Osa znika. Wylatuje.

No naprawdę, dla tego momentu warto było to przeczytać :D

Dla mnie 2020 pod względem pisania był fatalny, co wiązało się też z praktycznym brakiem obecności na portalu, a powodem tego wszystkiego była totalna reorganizacja życia prywatnego i zawodowego na każdym możliwym poziomie. Ale bardzo, bardzo mi dłubania w literkach brakuje, ominęło mnie kilka świetnych konkursów :( No i rozwój w pisaniu także stoi wszystkimi kołami w błocie z paroma rogrzebanymi pomysłami na pace. 

Jedynie w lipcu za namową wilka-zimowego udało się skleić jakiś szorcik na konkurs Granice Nieskończoności – z niezłym efektem. Parę dni temu okazało się, że Heban, konwalie, tysiące słońc także trafi do pokonkursowej antologii Inwerwencji Infromatyka. Fajny motywacyjny kop, być może takiego mi trzeba.

Gratulacje dla nowego składu. Nowej Loży życzę wytrwałości w lożowaniu, a sobie – żeby w 2021 była okazja do poddania się Waszemu osądowi ;)

Witam Lożę :)

Wybaczcie krótką i zbiorową odpowiedź, ale kiepsko u mnie teraz z dostępem do komputera. Oczywiście pokornie przyjmuję Wasze… hm, TAKi łatwo odmienić, jak nazwać bycie na NIE? NIEki, NIEny, NII? :D w każdym razie rozumiem doskonale, że tekst, napisany jednak jako wprawka, humoreska, nie jest poważnym kandydatem do piórka – zwłaszcza, jak wspomniała Kam, w zestawieniu z tekstami obszernymi, poważnymi, dopracowanymi.

Z tym podsadzeniem, Kam, bojowałam trochę, zanim w końcu zostawiłam zdanie w takiej formie. Jest w nim jakiś zgrzyt, ale nie potrafiłam mojej myśli zgrabniej w tamtym momencie ująć.

Marasie, wszelkie próby mierzenia są w tym przypadku niezamierzone. Echa znanych motywów właśnie, które u drakainy wywołały to czytelnicze deja vu, gdyż żadnych więkzych odkryć (poza końcowym twistem, który też nie każdego musi zaskoczyć) ani nowatorstwa w tekście nie planowałam. Jeśli jako dowcip dobrze się czyta – to mi wystarczy. Narracja rzeczywiście jest maksymalnie uproszczona, ale taka też wydało mi się, że do humoreski pasuje najbardziej.

Co do przesłania, które jedni interpretują głębiej, inni płycej – każdego co innego na moment zatrzyma. Ze swojej strony mogę tylko powiedzieć, że zasygnalizowałam tam pewien motyw, nad którym ostatnio więcej rozmyślam, ale to zaledwie cień, może wręcz przygotowanie do wzięcia się z tym tematem za rogi kiedyś na poważnie.

Dzięki Wam bardzo za wizytę – i mam nadzieję, że do kolejnego razu :)

 

Ach – no i oczywiście tytuł, tytuł teraz wydaje się zdradzać wszystko… a wcześniej nawet nie zwróciłam na niego uwagi. To ładne zagranie, w końcu tytuł jest tym dla tekstu, czym klaps dla filmu.

Moje myśli poszły w jakiś większy absurd, jakiejś dziwnej postapokaliptyczno-konsumpcjonistycznej gry, w której zaciekłe walki frakcji o różnych światopoglądach wieńczą wizyty w Macu. Bo przecież nie samą wojną współczesny człowiek żyje, nie da rady na nią poświęcać całego swojego cennego czasu ;) tak więc zaczątek wizji i część motywów się zgadza. 

Teraz ten operator ma sens!

Ja mam wrażenie, że coś przeczuwam. O co kaman. Wyjaśnij, rozszerz, Asylum! :)

Cześć Katiu :) brnę swoim ślimaczym tempem przez zakolejkowane opowiadania i dziś doślimaczyłam się do Ciebie. 

Więc tak – mój jedyny właściwie zarzut (choć niemały) do tego tekstu, to zbytnia płytkość psychologiczna bohaterki, która przeżywając szereg traum, wydaje się nic z nich sobie nie robić. Gdzieś w trakcie lektury zgrzytnęły mi chyba jakieś drobniejsze rzeczy, ale umykały natychmiast z pamięci, bo…

Tekst wciąga. Kolejny raz zadziwia mnie Twoja płodność (w kontekście tej fabuły ma to sformułowanie podwójne dno :D ale jakoś nie miałam problemu z przełknięciem nieprawdopodobieństwa powstania hybrydy z dwóch zupełnie różnych form życia), łatwość, z jaką przychodzi Ci kreowanie nowych światów. I ta Twoja swoboda kreatorska sprawia, że ja z równą swobodą to wszystko przyjmuję i płynę z nurtem historii.

Zaskakujący i ciekawy, a jednocześnie fajnie oddający ducha oryginału pomysł na historię rozbitka Crusoe. Pobrzmiewa nieco motywami z Avatara Jamesa Camerona. Tekst może nie z gatunku tych, co zostaną ze mną na dłużej, ale za to cudownie działa na wyobraźnię w momencie czytania – imaginowanie sobie tej obcej ziemi, jej geografii, fauny, flory… ogromną i kolorową przyjemność sprawiłaś mi w ten wieczór!

Przyjemny szorcik. Czy tylko mi WWZ skojarzył się z Jabbą z Gwiezdnych Wojen? On też zdecydowanie stosował strategię przesuwania granic Wszechświata w ten sposób. W ogóle ciekawy koncept z tą granicą-skórą. W sumie dostrzegam tu pewne podobieństwo do mojego toku myślenia jeśli chodzi o interpretację tematu konkursowego.

Czytało się bardzo lekko, jak to zwykle u Ciebie, nie było się doczego przyczepić. Miejscami uśmiechało, ale tytułowa kolejność pytań nie zatrzymała mnie na dłużej. Chociaż – wróć. Zastanawia mnie, czemu WWZ i jego asystenowi szkoda było, że pytanie o Boga nie zostało zadane jako pierwsze. Bo chyba nie dlatego, że wtedy mogliby go od razu do tego Boga wysłać i mieć sprawę szybciej z głowy?

I już odpuszczając kwestię tego, czy cel jest konieczny, czy też nie, to czy taki cel pokazany musiałby być w tekście? Jakikolwiek by on nie był, w zasadzie nie zmieniłoby to fabuły szorta – dlatego właściwie nawet się nad nim nie zastanawiałam. Chcieli pomóc szczerze, nieszczerze, może brakowało im jednej pieczątki zwerbowanej formy życia w galaktyczym bingo, kto wie. W końcu to nie o Obcych tu chodzi, ale o ludzi, któych natura się w tym pierwszym kontakcie odbiła jak w krzywym zwierciadle. A głębokość przesłania każdy sobie, jak zawsze, wysonduje sam.

Dzięki, Olciatko, za lekturę – cieszę się, że się podobało.

Mytrixie, już myślałam, że poklikałeś tam guziczki nad tekstem i nie skomentujesz :D Fajnie, że wpadłeś i miło, że szort przypadł Ci do gustu. A jeszcze milej, że wciąż pamiętasz Heban… To sporo dla mnie znaczy – tak zostać tekstem w czyjejś głowie.

Wolisz Lovecrafta czy Poego? ;)

Też mi to od razu przyszło do głowy. :) Początek skojarzył mi się też z grą Darkest Dungeon, w której genialnie napisany, karykaturalnie mroczno-patetyczny narrator jest także spadkobiercą zamczyska, w którego lochach drzemie pradawne zło, więc daleko mniej subtelnie, niż u Ciebie, autorze.

Ale co do tekstu. To migawka zaledwie – całość służy właśnie temu ostatniemu zdaniu, które naprawdę robi wrażenie. Mimo tak krótkiego tekstu zbudowałeś fajny, ciężki klimat, chociaż jeśli chodzi o język, to czasem miałam wrażenie pewnego wymuszenia. Ta “transmisja” pod koniec troszkę wybija swoją, hm, nowoczesnością, z atmosfery. Ale ostatnie zdanie – ono zostaje w głowie.

Cieszę się, coboldzie, że tekst był przyczynkiem do zgody między Wami w takim razie :D A skoro kręgi na światłowodzie kupione, to nie jest źle. Zwłaszcza, że jednobosość komuś skradziona, a kręgi wymyślone samodzielnie. Chyba, bo kto tam wie, co i skąd mi podświadomość podsunęła. No i spoko, że spoko!

Cześć, wilku-jurorze! Tekst prostotą stoi, i w formie, i treści. Geniusz jest przereklamowany ;) co do Einsteina, jest w tym nieco nadinterpretacji, a trochę nie. Bo nie miałam w głowie dokładnie tego cytatu, ale jego ideę – owszem. Więc może ta moja wspominana wyżej podświadomość jednak się tego Einsteina czepiła? Bo przecież pasuje! Pytanie, czy przyznanie braku stuprocentowego nawiązania jakoś tekstowi w Twoim odbiorze szkodzi?

A rzepak jest kluczowy!

To wielokropki, które próbują sztucznie ograniczyć nieskończoną historię bohatera ;)

O tak, to jest w tym opowiadaniu jeden z wybornych smaczków. Kto by pomyślał, że można tyle powiedzieć wielokropkiem!

Cześć, joseheim. Szkoda, że jednobosy zatykający, ale może jeszcze Cię z nim oswoję przy następnej okazji ;) zabawą tekst jest rzeczywiście, smyra tylko tę poważniejszą interpretację. Fajnie, że się podobało, a tu i tam nawet nad wyraz!

Darconie – co prawda do bardzo poważnego podejścia do tekstu, tak jak napisałam w przedmowie, nie zachęcam; ot, refleksja na chwilę dla chętnych. Przybycie obcej cywilizacji stanowi jedynie kanwę dla zobrazowania ludzkiej natury. Ale jeśli już mówimy na poważnie… zgadzam się, że ludzie niczego na próżno nie robią, czy to rozbójnicy na ulicy, czy rządy i wielkie korporacje. Ale nie byłabym taka pewna, czy zupełnie od nas odmienna inteligentna forma życia także podpadałaby pod taką konieczność posiadania celu? Zwłaszcza taka, co to już osiągnęła wszystko, co było do osiągnięcia, może pozbyła się dyktanda atawizmów i intynktów? Może masz rację, że cel musi mieć każdy. Ja nie mam takiej pewności; czym i czy w ogóle będziemy się różnili od Obcych na poziomie zachowań, motywacji, emocji… dla mnie to szalenie ciekawa kwestia, absolutnie nie zamknięta. Przynajmniej dopóki faktycznie nas nie odwiedzą. Dzięki za refleksję i cieszę się mimo wszystko, że na tej żartobliwej płszczyźnie się podobało. :)

Świetnie zgrały mi się w głowie smoki z kosmosem – aż byłam zaskoczona, jak dobrze w Twojej wizji do siebie pasują, choćby zrównująć smoczy ogień z plazmą, a zionięcie z uderzeniem meteorytu w Jukatan. Podobały mi się także zabawy motywami religijnymi – ostatnie zdanie bardzo w punkt. No i ta zdrada wpisana w fundament ludzkiej natury jako stworzonej na podobieństwo pierwszego zdrajcy. Bardzo dobre :)

Dialog, a właściwie w głównej mierze monolog, nieco mi się dłużył. Po pierwsze dlatego, że w zasadzie z konieczności wymuszonej przez zakrawającą na mit formę, styl jest bardzo wzniosły. Po drugie, wymieniane w nim liczne wydarzenia i podboje są tak wielkiego formatu i abstrakcji, że zabrakło mi jakiegoś punktu zaczepienia, nawet mimo odniesień do motywów znanych. To wszystko chyba dlatego, że zmieściłeś tak obszerną i szczegółową wizję w tak ograniczonym limicie. Podejrzewam, że odrobina oddechu w tekście pozwoliłaby uniknąć tego przytłoczenia. Ale nie narzekam, takie prawa konkursu :) Pozostaję urzeczona pomysłem na smoki. 

Całkiem uśmiechające :) Bardzo fajne sprowadzenie boskiego mopa do legendarnej ośmiornicy, ech te legendy :D Chociaż najbardziej spodobała mi się tytułowa gra słów.

Wracam do tekstu dłuuugo po tym, jak go przeczytałam.

Jest coś w tym, co napisała Asylum – tekst się bardziej czuje, niż czyta. Z początku wydawało mi się, że jest przesadnie poetycko, za dużo tych gier świateł i odcieni zieloności. Ale przyznam, że potem wciągnęło mnie to oniryczne zapętlenie. Nie miałam problemu ze zrozumieniem kto jest kim; historia jest w zasadzie bardzo prosta, to świat przeżyć dziewczynki się tu liczy. Ładnie oddałaś emocje (tak mi się wydaje, bo nigdy podobnej traumy nie przeżyłam); to zaprzeczenie i niezgodę na kolej rzeczy, która staje się więzieniem. Cały ten świat z pozoru jest tylko piękny, może tym bardziej uwypukla to dramat zapętlenia. 

Językowo, jak już przywykłam do stylu, czytało się dobrze. Bez potknięć, zgrabne zakończenie z sową mogącą wreszcie zasnąć i to zasugerowanie przejeżdżającym samochodem, że bohaterka uwolniła się z pętli i wraca do prawdziwego świata.

Na początek mam jedno zastrzeżenie – rybki raczej nie odnotowałyby jakichś braków w natlenieniu wody tak szybko po wyłączeniu pompki; przynajmniej moje nigdy się tak nie zachowują, niedobory tlenu to kwestia kilku godzin, oczywiście zależnie od temperatury i wielkości akwarium. Taki szczegół, ale mnie akurat trochę wybił z klimatu. 

Ale przechodząc do meritum. Napisane jest zręcznie, płynnie, bardzo naturalnie – zwróciłam na to uwagę zwłaszcza w pierwszej scenie. Dialogi też fajnie poprowadzone. Sama historia okej, chociaż motyw kolejnego z nieskończonych eksperymentów pod tytułem “inteligentne życie” nie jest nowy. Ale jakoś Pan Bolt (z ostatniej części) przypadł mi do gustu, fajny jest pomysł z powiększalnikiem i prowadzeniem X projektów naraz oraz jego całkiem nieboska osoba. Chociaż też przed lekturą komentarzy odczytywałam historię jak drakaina, że Bolt i Przewodniczący to to samo. Mam wrażenie, że tekst naprawdę rozwinąłby skrzydła, gdybyś nie musiał ograniczać się limitem znaków. Wręcz ciekawa bym była takiej wersji, bo już teraz mi się podobało i chciałabym zobaczyć, w jaki sposób być przedstawione motywy pogłębił. :)

Prosty, a interesujący pomysł i nietypowe podejście do tematu konkursu. Wykonanie – zwłaszcza pierwszej sceny, która jest wyjątkowo klimatyczna, detale przedstawianej przez Ciebie sceny robią potężną robotę – na plus, kilka naprawdę zgrabnych fraz się trafiło. Dobrze, że kolejne sceny nabierają tempa, by wręcz stać się na końcu wyrywkami, uniknęłaś w ten sposób znudzenia powtarzającym się motywem, zachowując jednocześnie tej powtarzalności sedno. 

Podobałosię :)

Saro, rzeczywiście za uśmiechniętą i lekką formą kryją się rozmaitye poważniejsze rozważania – do tego też satyra się idealnie nadaje. Wychodzę z założenia, że sprawy ważne nie muszą być od razu – i zawsze – poważne ;)

Muszę przyznać, że zadziwiła mnie Twoja ocena tekstu, jako najlepszego z moich dotychczasowych. I tym bardziej bardzo mi miło, że tak uważasz. I doceniłaś część o fizykach <3

Mam wielką słabość do kwitnącego rzepaku.

Dzięki piękne za odwiedziny!

tsole, przez chwilę zastanawiałam się, czy nie za mało we mnie wiary w ludzkość i ścieżki, którymi podąży… kto wie, kto wie. Z drugiej strony – tacy chyba właśnie jesteśmy, że nawet jak sobie nie radzimy, to i tak sobie poradzimy. Bardzo mi miło, że tekst Ci się spodobał, i to na tyle, by nominować.

Dziękuję Finklom za stanie na straży porządku :)

Przyjemny szort – i wcale nie aż tak fantastyczny, jak mogłoby się wydawać, w końcu drzewa faktycznie tworzą między sobią coś na kształt sieci WWW i wymieniają się informacjami. Smutno-logiczne, że zapewne właśnie w taki sposób ludzkość wykorzystałaby tę wiedzę, gdyby faktycznie drzewosieć funkcjonowała tak, jak w Twojej wizji. Język może nie powala, ale obyło się bez większych potknięć. Puenta zdecydowanie do uśmiechnięcia :)

Z tymi bunkrami to też nie do końca bezpiecznie – chyba, że bardzo głęboko – bo nie dość, że korzenie, to jeszcze grzyby w mikoryzie, a kto wie, jakimi zmysłami one inwigilują… a takie opieńki na przykład potrafią jedną grzybnią się rozwlec na kilka kilometrów kwadratowych. Cały Pentagon ogarnięty!

Ha! No i taki drabble mi się podoba, sprytna przekrętka z tą puentą.

Bogowie zazdrośnie strzegący tajemnicy swego istnienia za zasłoną światła – intrygujący pomysł. Z jakiegoś powodu skojarzyło mi się z opowiadaniem “The Egg” Andy’ego Weira, być może dlatego, że zapoznałam się z nim również niedawno i ono także prezentuje interesującą koncepcję poznania Stworzyciela.

Jak to zwykle u Ciebie, historia prowadzona jest ładnym językiem, bardzo umiejętnie i subtelnie łączącym poetyckość z nauką, widać po prostu, że jest to tematyka nie tylko Ci znana, ale i zrozumiana; a wynikające z tego literacka swoboda i niewymuszenie nie są takie znowu częste :)

Z jakiegoś powodu bardzo zapadła mi w pamięć – wracam do Twojego tekstu po dłuższej chwili – heliopatia. Szybki risercz pokazuje mi tylko jakieś portugalskie słowniki, w takim razie zgaduję, że termin ukułeś sam. Bardzo mi się ten pomysł podoba. Lubię takie smaczki, gdzieś pobocznie przemykające, a jednak budujące swoją świeżością wiarygodny klimat przyszłości.

Podsumowując – przyjemny szort, chyba póki co najbardziej dla mnie klimatyczny pod względem motywu podróży kosmicznej z opowiadań konkursowych.

Brak odmienności psychologicznej był zamierzony. AI porównująca się do Lancelota albo Doriana Greya, jest w moim założeniu samoświadoma. Czemu miałaby się ograniczać do bycia w swej świadomości podobna zwykłym ludziom? Czemu nie miałaby postrzegać siebie, jako romantycznego bohatera? Nie ma powodu, więc wyszło mi coś takiego :)

Zwykli ludzie chyba z lubością właśnie postrzegają się jako postaci tragiczne czy romantyczne, lubimy się porównywać do znanych person, żywych czy to literackich. ;) więc jeśli jak najbliższa ludzkiej postawa była Twoim założeniem – udało się. :) Po prostu sama lubię, kiedy jakiś ponadludzki smaczek się do AI wkradnie, to jak woda na młyn mojej wyobraźni jako czytelniczki. Ale oczywiście to tylko moje upodobanie!

Co do końcówki, to tak jak wspomniałam – taka a nie inna konstrukcja fabuły po prostu sprawiła, że największe trzęsienie ziemi odbyło się wcześniej, napięcie sięgnęło zenitu w momencie mijania się z Osobliwością. Trochę więc oczekiwałam jeszcze uderzenia jakąś myślą, jakiegoś zaskoczenia. Wracając do tekstu teraz, na następny dzień, odnoszę jednak wrażenie, że to nieuchronne, beznadziejne (z perspektywy pozycji, w jakiej znalazł się bohater) uspokojenie może i najlepiej tutaj pasuje.

Dzwon!

 

Trzymajcie się tam, chłopaki!

 

Ja Mu dam, tak Was męczyć.

 

P.S. Wybaczice poprzednie dzwony! I te, które nadejdą!

 

Przyszłam, żeby wrzucić opowiadanie do kolejki, a potem wrócić do czytania Wellsa. Wyobraź sobie, CMie, że już nie wróciłam. Chociaż od pierwszego dzwonu czułam, co się święci, to wciągnęło mnie. Ale żeby tak męczyć swoich bohaterów… zwłaszcza uchylając Quetzalcoatlowi rąbka świadomości i mądrości tylko po to, by dostrzegł własną tragedię. Ależ mi biednego szkoda. Biednych, bo Ciapka przecież także, jeszcze tak się namęczył po drodze. Gdzie to się zgłasza? Czy jest na sali jakiś kurator do spraw Ontologicznych Mniejszości? Jej, naprawdę się przejęłam. Znaczy – dobra robota.

Teraz jeszcze trochę przydzwonię: lekkie, do uśmiechnięcia, przez tekst wiosłowało się zdecydowanie łatwiej, niż Ciapkowi. I parę zgrabności językowych się trafiło, na przykład:

idiota zna radość lepiej niż człowiek rozsądny.

Ale! Może dlatego, że wszystko wiadomo od niemal samego początku, to troszkę znaków myślę, że dałoby się uciąć.

Wyszła ładna – z naszej perspektywy, bo przecież nie Pierzastego czy Ciapka – laurka. Dla Ciebie, dla nas, dla pisania. Nawet jeśli sam pomysł na zburzenie bariery między sobą samym a wykreowanymi przez siebie postaciami nie jest oryginalny – to mam wrażenie, że po prostu każdego pisarza taki eksperyment czeka. Zwłaszcza tak, wydaje się, zżytego ze swoimi postaciami. Miło było być świadkiem Twojego.

P.S. Do komentujących – kto sprawdzał, czy miał swój udział w dzwonach? ;)

Spodobało mi się połączenie motywów kosmiczno-naukowych z perspektywą iście rycerską, a do tego jeszcze wątek romantyczny – nietypowa mieszanka. Ten pomysł jako główna oś tekstu zagrał bardzo dobrze.

Całość bardzo poetycka (chociaż gdzieniegdzie poczułam się już wysokimi tonami przytłoczona), krótka forma zdecydowanie na plus w tym wypadku. Końcówka wydała mi się najsłabszym fragmentem, ale cóż może przebić spotkanie oko w oko z Osobliwością? Poza tym, tekst jest wyraźnie nastawiony na wrażenie, nie fabułę jako taką, więc nie będę się czepiać. Z innych przemyśleń, bohater nie pasował mi do AI – może chodzi o brak jakiejś cechy, która czyniłaby go w chociaż trochę psychologicznie odmiennym od człowieka (a może włącza mi się dolina osobliwości i stąd ten wewnętrzny protest ;)

Podsumowując – jak dla mnie udana impresja.

Cześć kolejnym odwiedzającym :)

Asylum, właśnie to takie skrobnięcie, na lekko, na prosto, na śmiesznie – no i nie ukrywam, że na szybko ;) Fajnie, że się podobało!

Bez Twojego komentarza, Anet, żaden tekst na tym portalu nie jest kompletny. Dzięki :)

CMie, ale “niezłe” jest niżej w hierarchii zadowolenia od “fajne”! No i jestem pewna, że jeszcze jakiś synonim niegrożący pożogą by się znalazł ;) 

nawet w takiej konwencji widać ten Twój bardzo ładny styl pisania.

Muszę się go kiedyś dla testu pozbyć.

Treść i forma wybitnie mi podpasowały do umieszczenia akcji w Czechach. Bo przecież nie w USA! Cieszę się, że satyra się udała, bo tak jak mówisz, tekst ma dla mnie właściwości rozpędzające. Lekkie teksty lekko się tworzy, lekko się konsumuje, potrzeba nam więcej lekkich tekstów! Dzięki za wizytę i fajnie, że Ci się podobało.

Oj, Sonato, jak mi miło! Prostota w dobrym tego słowa znaczeniu jawi mi się jako jedna z najtrudniejszych rzeczy do osiągnięcia ;) jeśli się udało, to pozostaje tylko się cieszyć. Super, że Cię wciągnęło. I, że Hubble Bubble zyskuje kolejny głos poparcia, chyba wyślę ten pomysł do NASA :D

Ja również doceniam zabieg z rodzajem nijakim, faktycznie pozwolił on oderwać się nieco od ludzkiej, dualistycznej (patrząc zwłaszcza przez pryzmat naszego języka który płeć nadaje wszystkim i wszystkiemu) natury i przejść gdzieś na wyższy poziom. To znaczy – na ile sobie taki poziom możemy wyobrażać i snuć domysły na jego temat.

Balonik z początku wydał mi się nieco zbyt drastycznym obniżeniem tonu w porównaniu do poprzedzającego go stylu, ale potem uznałam, że po pierwsze – pasuje mi to, bo w zasadziadzie rzeczy dlatego przecież pękają, że osiągają granice swoich możliwych naprężeń, tak jak i strumień myśli w tym tekście, świadomość bohatera. A potem myślałam jeszcze trochę i przypomniałam sobie, że balonik i rysowane na nim punkty to jeden z najprostszych sposobów na pokazanie modelu rozszerzającego się Wszechświata. Więc tak – jako opowieść istoty o świadomości szerszej, niż można to sobie wyobrazić, do odbiorców, którzy zostali o poziom niżej – pasuje mi to.

I wreszcie – że strzępy tego balonika to świadomość właśnie, sprowadzenie tego nieuchwytnego fenomenu do świata materii. Też fajne. Mam nawet swoją małą fantazję w tym temacie, która póki co tkwi w moich notatkach pod postacią dwóch słów, natchnąłeś mnie do dalszego eksplorowania tej myśli. ;)

Podobało mi się!

Dzięki za odwiedziny, Wickedzie. No bo co, tylko Wielcy mają mieć trudno? Małych też trzeba czasem pociągnąć do odpowiedzialności. Zwłaszcza takich z aspiracjami. Dzięki za przecinek, poprawię po ogłoszeniu wyników :)

Witaj, Gekikaro! To wina Ziemian, jakby wymyślili przez ten rok coś więcej, fabuła byłaby bogatsza. ;) Miło, że szorcik przypadł Ci do gustu.

Przychodzę przyciągnięta piórkiem, ale wybacz, marasie, bo komentarz nie będzie zbyt obszerny – upał nie pozwala na wielką umysłową aktywność. Za to przeczytałam tekst, jak jeszcze byłam w pełni władz umysłowych i baaardzo mi się spodobał. Oczywiście mi także skojarzył się ze świetnym opowiadaniem thargone’a – rzeczywiście teksty są bardzo podobne pod wieloma względami, ale nie mam wątpliwości, że każdy z osobna zasługuje na pianie z zachwytu. Bo jednak Twój tekst wywołał we mnie nieco inne odczucia. W Bieluniu moje odczucia były, hm, malarskie, tutaj zaś było żywiej. Ale dość porównań.

Zdecydowanie przypadł mi do gustu sposób przedstawienia tła wydarzeń – którym to tłem jest przecież cały fantastyczny świat z mechami na czele; cała ta otoczka jednocześnie pozostaje kanwą i wybrzmiewa na tyle mocno, że pośrodku powstaje wrażenie realności. Językowo jest świetnie, dialogowo – płynnie, prawdziwie. Słowem – wciągnęło mnie.

Naprawdę poruszyła mnie ostatnia scena – może i koncepcyjnie sama w sobie nienowa, zresztą to wybrany przez Ciebie obrazek konkursowy; Dawid kontra Goliat, beznadziejna szarża (chociaż kto wie, co tam te elektryczne lance potrafią!) – ale trafiło do mnie bardzo. Widocznie nie każdy potrafi oddać ten klasyczny trop w tak przekonywujący sposób. Tak czy siak, mój żal był prawdziwy. 

No i popatrz, jednak wcale niemało udało mi się powiedzieć. Burza idzie.

Finklo, no niestety taka gorzko-śmieszna refleksja była właśnie przyczynkiem dla tego tekstu. Ale może za mało w nas wiary w ludzi.

Dzięki za rekomendacje, Cytryno!

oidrin, WhiteOwl, grzelulukasie – dzięki za miłe słowa, cieszę się, że lekko się czytało i uśmiechało tu i ówdzie. 

fizyku, dzięki za lekturę – też ostatecznie przyznaję, że dobrze, że nie próbowałam tego na siłę upchnąć w drablu. Fajnie, że się podobało, nawet mimo niewybrzmianej końcówki – a to już nie pierwszy raz u mnie, zdaje się.

Bóg, Einstain i Friedman – ciekawie przemeblowałaś swietą trójcę. Filozofa za to żadnego nie uwieczniłaś – nie lubisz ich?

A może wręcz przeciwnie? :D Nie chciałam też w tak krótkim tekście robić co i rusz nazwiskowych wyliczanek – każda grupa dostała swój motyw, a zamknięcie filozofów w jednym zdaniu wydało mi się wręcz odpowiednio przewrotne dla ich zwyczajowego rozgadania.

Największe wrażenie zrobiła na mnie metafora natury-dilera (dilerki?), przełożona na kilka zgrabnych sformułowań. Naprawdę świetne porównanie. W ogóle tematyka, w zasadzie kamień węgielny Twojego świata, jaki wyłania się z tego opowiadania (nadrobić muszę pozostałe, skoro osadzone są w tym samym uniwersum), czyli ekoapokalipsy (chyba, że był to efekt, a nie przyczyna – to pewnie odkryję czytając Cię dalej), bardzo do mnie przemawia:

Nie potrafiliśmy ogarnąć klimatu na naszej planecie, a mielibyśmy całkowicie go zmienić na innych?

Bardzo, bardzo trafne. Jestem podatnym gruntem na tę tematykę, może kiedyś pokażę na portalu efekty tej podatności.

Poza tym bardzo intrygujący klimat, takiej, hm, spokojnej postapokalipsy. Przykurzonej, niebijącej po oczach, jak to często bywa. Rzeczywistość, widać, jest trudna, ale przyjęta za normę; trzeba sobie radzić. Postaci intrygujące, dialogi również niezłe.

Bardzo mi się podobało!

Cytryno, muszę się przyznać, że świadomie nie miało co powiać, bo Vonnegut pozostaje wciąż na mojej liście autorów do odkrycia. Ale tym bardziej muszę w końcu choćby Rzeźnię numer pięć przeczytać. Fajnie, że się podobało i końcówka zagrała, jak trzeba – szort spełnił swą powinność. :)

Na początek dziękuję Wam, dziewczyny, ze wysłanie tekstu do biblioteki!

kasjopejatales, o, jakże mi miło, że kogoś uśmiechnął habelbabel :) a Dvorak może mieć na imię i Mietek, może ma polskie korzenie. Zdecydowanie myślę, że miał już dość zadeptywania rzepaku. Każdy ma swoje wielkie sprawy :) bardzo się cieszę, że się podobało!

O, dokładnie tak, Silvo, z tym niezamierzeniem! Jeśli chodzi o powód niepowodzenia guru – może nie wybrzmiało to wystarczająco mocno w tekście, ale musiał zdobyć poparcie większości populacji, którego to progu ostatecznie nie udało mu się przekroczyć (chyba mnie ten okres wyborów tak natchnął). Chociaż pierwotnie rozważałam też alergię na pyłki rzepaku ;) a co do jednobosego – to w zasadzie inny termin na nazwanie kogoś, kto chodzi w jednym bucie (co też ma dość konkretny wymiar symboliczny). Znalazłam ten termin kiedyś w jakimś felietionie czy artykule i bardzo mi się spodobał.

Cieszę się, że kolejny smaczek wyłowiony, dogsdumpling! Przez moment miałam zapędy, by spróbować sparafrazować sentencję w oryginale, ale nie znam łaciny zupełnie, więc wolałam nie ryzykować. No i po polsku też działa. Fajnie, że uśmiechnęło i ukontentowało!

Mam taką dziwną przypadłość, że mój mózg nie akceptuje istnienia zwrotu dobry wieczór. Po prostu nie. Ale da się z tym żyć – zwłaszcza w okresie letnim jest mniejsza szansa na wpadkę. Do czasu ;)

Dobrze było znowu coś napisać, katiu. Dopiero po kilku akapitach uświadomiłam sobie, jak bardzo mi tego brakowało! Cieszę się, że przypadło Ci do gustu w treści, jak i w formie oraz oczywiście dziękuję za pierwszy kliczek. 

pgujdo, myślę, że to było coś tak mistycznego, że byśmy nie pojęli. Ale jednobosi nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Dzięki za miłe słowo, zabawy językowe tego rodzaju dają mi największą frajdę.

Cześć, Irko! Pytanie, czy on umyślnie w ten punkt trafił… ;) a co do podziękowań, to nawet myślałam chwilę nad tym, czy mu winni postawić pomnik, ale jednak uznałam, że powinni czym prędzej ruszyć na podbój kosmosu, bo jeszcze by się dobroczyńcy obcej cywilizacji rozmyślili… ale tak to bywa, że wielkich odkryć dokona się czasem nieintencjonalnie. Dzięki za drugiego klika, cieszę się, że lektura okazała się przyjemna.

Dzińdybry, chciałam zgłosić zadowolenie. 

Bardzo miła bajeczka Ci wyszła, urzeka mnie stylizacja językowa, zwłaszcza w dialogach. Podobnie jak tsole zwróciłam uwagę na smaczki-perełki, te uchje skończone oraz ćmy rukwie! Cudowne stworzenia z rodziny walguryzmowatych. Morał na końcu może nie do końca mi podszedł w swojej morałowatości, dlatego za puentę tak naprawdę uznałam zdanie o narzędziu i wkręcaniu młotkiem śrubek. I trafne, i ładnie ujęte.

W ogóle czytało mi się muzycznie, rytmicznie… Dobrze trafiać na takie teksty na rozgrzewkę po długiej portalowej drzemce.

Mam straszny problem z tym opowiadaniem :( chciałabym tyle o nim napisać, ale coś mi się wyrazy w głowie gubią, nie układają się, może właśnie w obliczu okrągłości Twojego tekstu, coboldzie. Okrągłość, znaczy się, kiedy wszystko jest dokładnie takie, jakie być powinno. Od koncepcji, przez styl, język, emocje, postaci, dialogi, po precyzyjny dobór przedstawionego w historii momentu, zwłaszcza fajnie wybrzmiewającego w kontekście natury glównego bohatera. Wieczność pełna małych wielkich chwil. Pomysł nie musi być zawsze nowatorski, jeśli jest tak wybornie podany. :)

Bardzo mi się podobało!

 

A to mnie również zaskoczyło, uśmiechnęło też troszkę. Bardzo sprytny zabieg ze stylizacją na podpuchę – dodatkowe pole do ukrywania smaczków, które połapałam czytając po raz drugi, a smaczki to ja bardzo lubię.

ManeTekelFares – wyłaź z doła! Bo jeszcze Ci tak zostanie ;) dzięki za takie miłe słowa, chociaż na pewno jest się do czego przyczepić, gdyż tekst nie miał czasu na odleżenie swojego w dojrzewalni, wrzucałamgo jeszcze w szale ostatnich świeżych poprawek. Z tym przymrużeniem oka chyba masz rację :D

krar85, bardzo cieszy mnie określenie tekstu “bajką filozoficzną”. Chociaż może to filozofowanie niezbyt głębokie, ale jednak miło, że tak to postrzegasz. Zwłaszcza, jeśli przy okazji jeszcze wyszło zgrabnie. Nie ma co zabierać żartów Adamsowi, lepiej wymyślać własne przekrętki… no i nie jestem pewna, czy to faktycznie taki “hepi” end. ;) 

W zasadzie mogę podpisać się pod słowami fizyka – ładnie to wszystko odmalowane. Słowa, tempo, forma, wszystko mówi: rozpacz. Świeża żałoba jak otwarta rana. Uwierzyłam w ten ból. Tylko chciałoby się wiedzieć, co potem, a co przed.

Też muszę przyznać, że się zgubiłam. Ale przynajmniej niewiele się potykałam w tej podróży po omacku ;)

Udało Ci się mnie zaskoczyć – takiego zakończenia się nie spodziewałam! Idea w sam raz na szorta. Językowo nic nie zgrzytało, ale też nic nie urzekło. Zgadzam się z przedpiścami, chciałabym teraz zobaczyć jakąś dłuższą formę, która nie samym pomysłem stoi. :) Fajne!

A ja mam pytanie z innej beczki – czy Fundacje Wsparcia Ratownictwa RK można wesprzeć groszem tylko za pośrednictwem przelewu? Szukałam innych opcji na ich profilu, jakiejś zbiórki na portalu do tego przeznaczonym czy nawet na FB, ale nie znalazłam. Taka rozwydrzona jestem, że wolę zbiórki na jeden klik, niż przelewy – zawsze się boję, że przekręcę cyferki, nawet jak numery konta przeklejam.

A tymczasem zabieram się za czytanie konkursowych opków. <3

Wy diabły! Mięsień pisarski mi się zastał przez pół roku z górką, już po szrociku się zakwasów spodziewam, a żeby jeszcze na coś dłuższego się porywać… Zostanę przy trzymaniu kciuków. Tym razem!

Taki ciekawy konkurs mnie ominął… trzymam kciuki za wszystkich, którzy wzięli udział :)

Przyszłam z polecenia Wilka – mówił, że będzie duszno! I faktycznie, wiele dusz się przewinęło ;)

Z początku trochę się potykałam o ten tekst jak o grudy zmrożonej ziemi, ale szybko oswoiłam się z Twoim, znanym mi już przecież, stylem. Który to styl jest ciężki, splątany metaforami, bardzo obrazowy, choć nie zawsze na pierwszy rzut oka ta obrazowość jest dostrzegalna (co może być i wadą, i zaletą. Ja wybieram do drugie.).

Nie będę oryginalna mówiąc, że wytworzyłaś niesamowity klimat. Zimny, nabożny, mistyczny, ale i brutalny, na skraju (lub i krok dalej już) szaleństwa, które to wybrzmiewa jak grom w finale. Ocieplają go sylwetki dwóch głównych bohaterów, w jakimś sensie sobie pokrewnych mimo pochodzenia z dwóch, stojących do siebie w opozycji, światów. A jednak okazali się być sobie w pewien sposób bliżsi, niż byli im ich pobratymcy w wierze.

Gorączka nie pozwala mi już sklecić więcej sensownych zdań (a może i te powyżej wcale takie nie są ;), więc podsumuję tylko: bardzo mi się podobało.

Tak sobie wpadłam na portal na moment, przeskrolować gwiazdki, a jednak gwiazdkę spędziłam w Izraelu. Ciekawy tekst. Wątek fantastyczny może i niewielki, nienachalny, ale za to jakże kluczowy dla fabuły. Gorzkie, bolesne zakończenie, dla mnie wydaje się dość jasne i trochę niestety wieszczące przyszłość. I prawdopodobnie nic się na to nie da poradzić.

Bardzo efektowna scena przesłuchania arabskiego małżeństwa – zgadzam się z fizykiem, że ten moment, najdokładniej opisany, gęsty od atmosfery, pewnego niepokoju, który potwierdza się dopiero na końcu, świetnie buduje napięcie i klimat. 

Co tu dużo mówić – brawo. Oczywiście idę się dopominać o bibliotekę.

A mi się takie nadprogramowe rozważania bardzo akurat podobają – pokazują, że niezależnie od długości tekstu, historia musi być z taką samą pieczołowitością przemyślana. I tym bardziej doceniam, że się swoją wiedzą i przemyśleniami dzielisz, bo to przecież zawsze nauka nowych rzeczy, nowego spojrzenia i zwracania uwagi na szczegóły, na które samemu by się nie zwróciło uwagi. 

I to jest właśnie w tym portalu najfajniejsze, każdy przyjeżdża na swoim koniku i może z perspektywy znawcy tego konika wiele pomóc.

Tak więc jeszcze raz dzięki za przybycie i fajnie, że było warto :)

Tak samo Tobie, Anet – miło, że fajne!

44.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z… jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir… piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich… talentów.

7.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem.

Wybacz przywołanie magisterkowych wspomnień, Minuskuło! Za to doigrałam się spojrzenia eksperckiego oka ;) z IANem widzę sprawę tak, że android ma pełnić funkcje takiego staromodnego, chociaż odpowiednio technologicznie ulepszonego lokaja, taki kształt zachował z powodu ludzkich sentymentów. Naturalnie jest jednak połączony z całym systemem domowym, więc jego percepcja wychodzi poza androida-lokaja, dopóki nie zostanie odcięty, a proces przenoszenia pamięci mógłby być celowo rozgrywany poza siecią ze względów bezpieczeństwa. Wrażenie emocjonalnego inwalidy, o którym mówisz – próbowałam tu zrobić coś po środku między bezdusznością maszyny, a emocjonalnością człowieka. Dać mu własny sposób wyrażania – trochę chłodny, zadaniowy, a trochę jednak refleksyjny i ludzki. Być może też w pełni emocjonalnie sprawne oraz zbyt podobne do człowieka AI byłyby hmm, krępujące w użytkowaniu dla prawdziwych ludzi? Czyli założyłam sobie, że taki android byłby pożądany jako ludzki, ale nie nadto ludzki. Teraz już zaczynam sobie osobno gdybać na ten temat :) oczywiście to wszystko, co mówię, mówię poza opowiadaniem, więc to osobna sprawa. Tak wielu rzeczy limit nie pozwolił przekazać, czy też po prostu pomysł mi się zbyt rozpęcznił jak na te 4k. Używałam android-droid zamiennie – pomyślałam, że jeśli na początku zasygnalizuję, że mamy do czynienia z androidem, to potem nie jest już konieczne. Generalnie to wszystko może mieć sens, a może i go nie mieć – mój ogląd na kwestie AI czy zaawansowanych technologii jest raczej laicki.

Cieszę się, że mimo “wypaczenia” chyba jednak ogólne wrażenia masz pozytywne – choćby te językowe. Dużo frajdy sprawiło mi układanie tych fraz, żeby brzmiały właśnie tak pół ludzko, pół maszynowo. Nawet jeśli gdzieś tam błysnęłam purpurą :D

Dzięki za odkopanie nie tak świeżego już tekstu!

Dzięki za komentarz i cały konkurs, gravel :)

Coś faktycznie jest na rzeczy ze sceną na rampie. Myślę, że może to być kwestia “kalibru” wydarzenia – szukając śmierci na tak ogromną skalę, ciężko o uniwersalność. Może to dobrze – co to by był za świat, gdyby tego rodzaju rzeczy były uniwersalne… 

Cieszę się, że spodobała Ci się nakreślona przeze mnie relacja między psem a kotem. Sama dużo myślałam o tym, jak ich przedstawić i o tym, że nawet jeśli wszystko wydaje się ich dzielić, to jednocześnie trudno, by nie było między nimi pewnej zażyłości i zrozumienia. No i wyszła z tego taka właśnie przypowieść-bajka dla dorosłych.

To ja też się na to piszę i zgadzam się z Tarniną, że pogrubiać najlepiej nowe zdanie.

Dzięki za wizytę, Sonato. Fajnie, że Ci się podobało. No i czy ten kot na pewno taki zły? Z jego perspektywy po prostu wykonuje swoją pracę ;)

Ale wrócę z tarczą, Nir i jeszcze zrobię Ci konkurencje!

Na to właśnie liczę! I dziękuję :)

Też się nie mogę doczekać świątecznych opowiadań, bo tak jak zawsze w głowie marudzi mi taki wewnętrzny cynik, tak od 1 grudnia lecą tylko świąteczne piosenki. Łykam świąteczny klimat jak pelikan.

Owszem, nie mogła! Ale jakoś tak mnie ten portal przyzwyczaił, że jak widzę drabble, to myślę: o, będzie przekrętka na koniec. W sumie nie wiem, czy ten brak przekrętki nie okazał się najbardziej zaskakującą z możliwych przekrętek.

Sympatyczne, ale po pierwszej linijce już wiedziałam, jak to się skończy :D

Dziękuję za tak pochlebny komentarz, MC! Cieszę się, że pomysł trafił w gust i że fragment, który z założenia miał być jednym z najmocniejszych punktów tekstu, faktycznie robi odpowiednie wrażenie. Uważam go za jeden z bardziej udanych dialogów (dialożków, bo króciutki), które w swojej wciąż bardzo krótkiej karierze napisałam. Oby udało się tworzyć kolejne i unikać przegadywania ;)

Dokładnie. Zwykle jeden mały element, słowo, fraza, wydarzenie, ciekawostka, jakikolwiek okruch zaczyna się toczyć jak kula śniegowa :)

Dzięki, kam, bez Ciebie na pewno nie byłoby tak różowo :)

Oj, masz, Marasie. Strach się bać! Ale! Odniosę się jeszcze do Twojego komentarza.

Okrutne opowiadanie

Ty mnie swoim tekstem zasmuciłeś, a ja się poznęcałam. Cieszy mnie to. Zaraz powiem, czemu.

Bo owszem, śmierć zgarniała tam straszne żniwo, ale przecież w samych obozach ludzie walczyli o życie w każdej sekundzie. Może nawet jak nigdzie indziej.

Oczywiście, że tak. Biłam się z tą myślą podczas układania tekstu – i właśnie dlatego scena skonstruowana jest tak, że nieuważnemu kotu (a wiadomo, jak to jest z kocią uwagą) niektórym udawało się umknąć. Przy tak ogromnej skali zwyczajnie kogoś pominął. Ale w samym projekcie, idei (jakkolwiek obrzydliwie to brzmi) obozów nie było, według mnie, życia. Wewnętrzny sprzeciw, o którym mówisz, jak najbardziej rozumiem i podzielam.

Tak przy okazji – to poruszanie się fabularne na skali życia i śmierci, od wojen, przez polowanie na mysz, po wypadek drogowy i śmierć starego człowieka – jest naprawdę udanym pomysłem. Uderzyły mnie tylko te swobodne przejścia, stawiające linię równości pomiędzy scenami rozłożonymi na owej skali. Może rzeczywiście śmierć to zawsze śmierć, ale jednak przeskok od myszy do obozu zagłady lekko mnie skonfundował.

Wracając do tego, czemu tak cieszy mnie ogrom Twojego sprzeciwu i pytań, na które żądasz odpowiedzi. Starałam się w tym pomyśle maksymalnie odciąć od perspektywy cóż, tego, co jest przedmiotem sporu, czyli istoty żywej. Spojrzeć, a raczej podjąć próbę spojrzenia na całą sprawę z perspektywy abstrakcyjnych przecież bohaterów. Wyszło zimno, nieludzko, okrutnie? Niby różnie, a jednak jednakowo patrząc na śmierci wielkie i małe, liczne i nieliczne? Jako człowiek nie mogę oczywiście porównać śmierci jednej myszy ze śmiercią tysięcy ludzi, ale jednocześnie Twoje weto uznaję za choćby częściowy sukces w realizacji tego pomysłu.

Grasz na poważnych emocjach, nie bawisz się w subtelności pomimo przemycenia kilku nieco poetyckich fragmentów.

Ostatnio było subtelnie, teraz chciałam spróbować inaczej :)

 

Scena z psem i kotem w prazupie z założenia miała być nieco lżejsza. Nieco bardziej… magiczna? Ale rozumiem, że mogło Ci to zazgrzytać.

Na pewno fajnie opisujesz poruszenie się postaci w przestrzeni, ich zachowanie, gesty mające ukryte znaczenie, wywołujące napięcie pomiędzy nimi, interakcje. Jednak pomimo antropomorfizacji Twoje zwierzęta nadal przypominają w tych aspektach zwierzęta.

Znów bardzo mnie cieszą Twoje słowa, bo dokładnie to chciałam w tym tekście także trenować. Stąd sporo dynamicznych momentów, zwrócenie uwagi na jasne wykładanie ruchów i dopowiadanie nimi tego, czego nie było w dialogu.

Chyba najgorzej jest uwierzyć, że nie ma już nad czym pracować i co poprawiać.

Ale jestem pewny, że już sama wiesz, że to droga bez końca.

O, absolutnie. Jestem tu od kilku miesięcy i im więcej się uczę, tym więcej widzę, że jeszcze przede mną. Powolutku, z każdym tekstem, coś staram się ćwiczyć. Teraz w końcu spróbuję sił w dłuższej, bardziej rozbudowanej historii, z mniejszym naciskiem na poetyckość i symbolizm, a większym na fabułę. Mam nadzieję. Chyba, że mi przeszkodzi jakiś konkurs xD

Dziękuję Ci pięknie za ciekawy, świeży komentarz i za pierwszej próby towarzystwo na podium :)

 

No dobra, pies już wysikany, łapki wytarte, miejsce na kocyku zajęte i… o kurde.

 

O rany. 

 

Jak mi miło! Dziękuję, Cieniu! Za super konkurs, super tortury i super wynik, a jakże. Dziękuję i gratuluję Marasowi, Pożeraczce, jeszcze raz Wiktorii i fizykowi za zacne towarzystwo w finale. I wszystkim uczestnikom za świetne opowiadania psokotowe.

 

O rany.

 

Naprawdę, chyba jestem w szoku. Chyba muszę z tego wszystkiego pójść spać. Pozdrowienia i jeszcze raz dzięki od psa bez kota, za to z dziobakiem (i z pustym pęcherzem)!

O rany, faktycznie :o

A ja tu jeszcze się zbieram to odpisania na jego komentarz – ale w sumie skoro sam komentarz leżakował, to i komentarz na komentarz odrobinę może, za dużo teraz emocji, a ja jeszcze pracować próbuję!

Dziś by było tak… symbolicznie. Równo miesiąc po pierwszym wyznaczonym terminie i w ogóle :) 

Nowa Fantastyka