- Opowiadanie: Dreammy - Tutaj zawraca czas

Tutaj zawraca czas

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Tutaj zawraca czas

Warszawa obserwowana z wieży widokowej obok kościoła Świętej Anny w pogodny dzień przypomina kolorową pocztówkę. Doskonale widać na niej mosty przerzucone przez Wisłę, która dopiero co zaczęła po powodzi wracać do swojego koryta, majestatyczny Pałac Kultury otoczony porozrzucanymi bez pomysłu wieżowcami, dachy kamienic i kościołów Starego Miasta, które, chociaż zaczął się dopiero dziesiąty dzień czerwca, powoli wypełniało się tłumami turystów.

 

Ale Ralph Quincy nie wchodził na wieżę, żeby podziwiać widoki.

Ralph Quincy wchodził tam, żeby się zabić.

Nie dlatego, że znowu nikt nie przyszedł na jego wykład – puste sale na wydziale kulturoznawstwa rekompensowały mu wypełnione po brzegi aule na konferencjach parapsychologicznych, na których dr Ralph Quincy, charyzmatyczny trzydziestosześciolatek o aparycji hippisa (fanki na forach internetowych porównywały go do Sawyera z LOST albo do Jacka Sparrowa), dr Ralph Quincy, autor "Kamieni czasu" i "Bliskich spotkań piątego stopnia" oraz rozprawy "Co się zdarzyło pod Wiszącą Skałą", dr Ralph Quincy, najsłynniejszy amerykański badacz zjawisk paranormalnych, święcił triumfy, opowiadając o swoich wizjonerskich teoriach.

Powodem nie była również nieszczęśliwa miłość – w burzliwym życiu, które wiódł jako parapsycholog, kobiety interesowały Ralpha w niewielkim stopniu, zwłaszcza że po każdym wykładzie zawsze pojawiało się kilka chętnych, by kontynuować dyskusję w zaciszu hotelowego pokoju, dzięki czemu pozostawał w dobrej erotycznej formie bez żadnych zobowiązań. Może była jedna taka, która kiedyś złamała mu serce, ale to było dawno i tylko czasem łapał się na tym, że jeszcze nie wyrzucił jej numeru z pamięci telefonu.

Powód był właściwie banalny – Ralph miał dosyć. Czuł się jak Syzyf, który – wieczność spędziwszy na targaniu pod górę kilkutonowego głazu, tuż przy szczycie wymykającego mu się z rąk – wreszcie postanowił roztrzaskać łeb o skały Hadesu. I dziwi się, że nie wpadł na to parę głazów wcześniej.

Podszedł do barierki i spojrzał w dół. Wziął głęboki oddech i otarł pot z czoła, wokół panował trzydziestostopniowy upał. To nie było takie łatwe, jak sądził. Jeszcze nigdy nie czuł tak bardzo, że żyje, jak teraz, kilka sekund przed śmiercią. Jeszcze nigdy nie odczuwał świata każdą komórką swojego ciała. Ale nigdy nie miał też tak czystego umysłu. Wyraźnie czuł, że MUSI skoczyć, że tak właśnie ma się skończyć jego pozbawione sensu życie.

– Sekunda lotu, podczas której albo doznasz oświecenia, albo narobisz w spodnie. – powiedział nagle ktoś tuż za nim. – Nie skacz, dobrze ci radzę.

Obejrzał się gwałtownie, serce omal nie wyskoczyło mu z piersi. Na murku siedział młody mężczyzna, brunet. Zgasił papierosa o ścianę wieży. Podkrążone powieki i kilkudniowy zarost wskazywały na parę nieprzespanych nocy. Wstał i, włożywszy ręce do kieszeni skórzanej kurtki, podszedł bliżej.

– Niby skąd wiesz, że chcę skoczyć? – spytał Ralph, oddychając szybko.

– Czytałem w gazecie – powiedział nieznajomy, złośliwie mrużąc powieki.

– Co? – Ralph potrząsnął czupryną rudobrązowych włosów i przetarł oczy. – W jakiej znowu gazecie?

– Jutrzejszej – powiedział spokojnie mężczyzna. – Ralph Quincy, kulturoznawca i parapsycholog, popełnił samobójstwo, skacząc z wieży widokowej w Warszawie. Przyczyną tego desperackiego kroku mogły być problemy psychiczne, które dręczyły go od czasów tajemniczej śmierci ojca w okolicznościach, które do dziś nie zostały wyjaśnione…

– Co ty pieprzysz? – Ralph zacisnął pięści.

– Ja? – zdziwił się uprzejmie nieznajomy. – To nie ja. To ten dziennikarz. Mimo iż wokół wieży kłębił się tłum ludzi, nikt nie zwrócił uwagi na mężczyznę stojącego za barierką. Tak jak nikt nie traktował go poważnie jako wykładowcy, który pracę naukową łączył z badaniem zjawisk paranormalnych…

– Milcz! – wrzasnął Ralph. Jednym susem przesadził barierkę i znalazł się nad przepaścią.

Trochę przecenił swoje siły. Zrobiło mu się niedobrze. Kiedy poczuł, że traci równowagę, w ostatniej chwili kurczowo chwycił pręty ogrodzenia, nie będąc w stanie rzucić się w dół. Przed oczami zawirowały mu czarne plamy. Murek za barierką był wąski, a spadzisty daszek – śliski i nie dawał żadnego oparcia dla stóp.

– Nie wygłupiaj się – mężczyzna uniósł ręce, jakby chciał pokazać, że nie ma broni i niczym go nie zaskoczy. – Porozmawiajmy.

– Odsuń się – wymamrotał Ralph przez zaciśnięte zęby. Przylgnął mocniej do barierki, starając się nie myśleć o podmuchach gorącego wiatru.

– To jak było z tym ojcem, Quincy? – ciągnął niezrażony nieznajomy. – Tajne eksperymenty CIA, co? Nowa broń? Superszybki pojazd?

Ralph, który zbierał siły na skok, nagle znieruchomiał.

– Skąd… – zaczął.

– Mówiłem ci. Czytałem w gazecie. O tym też pisali.

– Nikomu nie mówiłem o ojcu. – powiedział cicho Amerykanin. – Nikt nie wiedział. Wszystko, co ja wiem, zawsze noszę ze sobą, w notatniku.

Ruchem brody, bojąc się puścić barierki, wskazał obszerną kieszeń bluzy, wypchaną sporym zeszytem i plikiem notatek.

– Widocznie znaleźli go po twojej śmierci – mężczyzna uśmiechnął się krzywo.

– Kim jesteś? – spytał Quincy. Kolejny powiew wiatru sprawił, że niemal stracił równowagę.

– Czy to ważne? Możesz mówić na mnie Alan. Alan Marconi. Przynajmniej pod takim nazwiskiem przyjechałem do Polski. Piękny kraj, bez dwóch zdań. Trochę nim ostatnio trząsnęło. Najpierw ta katastrofa, potem powódź. Zresztą, ostatnio ciągle coś złego się dzieje. Gdyby was, Amerykanów, spotkało tyle nieszczęść, co Polaków, uciekalibyście z płaczem do mamusi. A oni nic, tylko sobie ponarzekają, i zaraz życie wraca do normy.

– Moja matka jest Polką. – Ralph nie wiedział, czy ma być dumny, czy raczej poczuć się urażony. W zasadzie miał tak całe życie. Chociaż rzadko zastanawiał się nad swoim podwójnym obywatelstwem, często w ciągu jednego tygodnia odwiedzając trzy kontynenty, zdawał sobie sprawę, że połączenie polskiego tragizmu i amerykańskiego "keep smiling" może być jedną z przyczyn jego lekkiej schizofrenii. Dopiero teraz dotarło do niego również, że może nie bez przyczyny podświadomie na miejsce swojej śmierci wybrał kraj, w którym się urodził. – A ty? Marconi? Jesteś Włochem?

– Si, amico – mężczyzna mrugnął do niego. – Zaskoczony?

– Więc jesteś… – Quincy zawahał się lekko. – Człowiekiem?

– A myślałeś, że kim? – roześmiał się nieznajomy. – Aniołem? Śmiercią? Śmierć czeka na ciebie tam, na dole. Może będzie mówić do ciebie drukowanymi literami, jak u Pratchetta. Albo zetnie ci kosą głowę i zabierze do piekła. Albo w ogóle nie przyjdzie i będziesz musiał radzić sobie sam. Ciekawy?

– Więc… kim jesteś? Policyjnym negocjatorem?

– Jestem kimś, kto przychodzi spytać, dlaczego najsłynniejszy amerykański ufolog i parapsycholog przyjeżdża do Polski tylko po to, żeby roztrzaskać sobie łeb o bruk warszawskiej Starówki.

– Nie po to tu przyjechałem. – wyjaśnił cicho Ralph. – Badałem dom przy Wilczej, podobno nawiedzony. Podobno ktoś widział tam sceny, które rozegrały się sto lat wcześniej, kiedy kogoś tam zamordowano. Jak zwykle – jakieś głosy, szepty, cienie.

– I co?

– I nic – Quincy zaczął mówić coraz szybciej. – Do cholery, mam tego dość! Jestem autorem trzech książek o duchach, dwóch o UFO i dwóch o podróżach w czasie, ale jak dotąd nigdy nie spotkałem żadnego ducha, żadnego pieprzonego UFO i żadnego…

Alan Marconi przerwał mu niedbałym machnięciem ręki.

– Wiem, wiem. Jesteś jak ten Syzyf, który po latach targania głazu na górę bla bla bla i tak dalej. To też było w artykule. Zdaje się w twoim liście pożegnalnym.

Oczy Quincy'ego zrobiły się wielkie jak spodki. Ostrożnie dotknął kieszonki na piersi. Znajdowała się w niej mała koperta z listem, który napisał zaledwie godzinę wcześniej.

– Otóż słuchaj mnie uważnie, Ralphie Quincy. Czytałem twoje książki i bardzo podobało mi się "Na strunach czasu". Twierdzisz w niej, że wszystkie zjawiska paranormalne pochodzą nie z innej planety ani z innego świata, ale z innego czasu. Jak na to wpadłeś?

Ralph milczał, przygryzając wargi. Jego przełomowa teoria wydała mu się nagle głupia i naciągana.

– Rozumiem, że twoja rezygnacja wynika z braku z dowodów – zaczął Alan.

– Poniekąd. – mruknął Amerykanin. Zawsze ilekroć wybierał się na miejsce jakiegoś niewyjaśnionego zjawiska, okazywało się ono fałszywką, zdjęcia były obrobione w Photoshopie, świadkowie wycofywali się, tłumacząc się gęsto ze swoich przywidzeń, duchy siedziały cicho w zaświatach, a UFO nie raczyło dać choćby maleńkiego znaku będącego dowodem na swoje istnienie. Nigdy stuprocentowej pewności. Nigdy choćby siedemdziesięcioprocentowej.

– No więc jestem.

– To znaczy?

– Jestem twoim dowodem. Stoję tu, przed tobą. Łap mnie, bo ucieknę.

Wyciągnął rękę w jego kierunku. Quincy, kurczowo ściskając barierkę, niepewnie wrócił na taras (było to znacznie trudniejsze niż desperacki skok w przeciwnym kierunku, dodatkowo boleśnie potłukł sobie goleń) i spojrzał mężczyźnie prosto w czarne, ironicznie zmrużone oczy. Nie wierzył mu. W nic już nie wierzył. A mimo to wrócił.

– Mów.

– Wiele nas łączy, Panie Quincy. – Alan wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i podał ufologowi, który pokręcił głową, zniecierpliwiony. Sam zapalił i zaciągnął się. – Obaj wcześnie zostaliśmy sierotami, na przykład. Jak to było z panem?

 

"Tatuś będzie bohaterem, cieszysz się? Generał wybrał tatusia, żeby jako pierwszy przetestował taki superszybki pojazd, jak w Gwiezdnych Wojnach."

"Mogę iść z tobą?"

"Pewnie, ale musisz mnie słuchać i być tak cicho, jakby cię tu w ogóle nie było."

 

"Co to za dzieciak, kapralu Quincy?"

" Nie miałem go z kim zostawić, sir."

"Zdajecie sobie sprawę, że to niedopuszczalne, Quincy? Zdajecie sobie sprawę, że łamiecie regulamin? Gdyby producent Silverów I się dowiedział…"

"On nikomu nie powie, sir. Niech sobie tylko popatrzy. Nigdy nic w życiu mi nie wychodziło. Niech chociaż mały się cieszy, że ma ojca bohatera."

"No dobrze, kapralu. Zresztą, nawet jeśli komuś opowie, to ta maszyna jest tak niewiarygodna, że nikt mu nie uwierzy."

 

Ralph miał wrażenie, że stojąc na wieży, czuje powiew tamtego gorącego, pustynnego wiatru. Ojciec, wsiadający do srebrnej maszyny, przypominającej stalową płaszczkę. Jakiś dziwny świst, błysk, pojazd znika. Szok wśród żołnierzy. Nie wiadomo skąd, tłum mechaników i techników.

"Gdzie oni są?"

"Silver I, Silver I, czy mnie słyszysz? Quincy, odbiór!"

"Proszę pana, gdzie mój tatuś? Czy coś mu się stało?"

 

– Pojazd znaleziono trzy kilometry dalej – powiedział Ralph cicho, patrząc na Alana spod grzywki. Miał nadzieję, że mężczyzna nie widzi, jak w kącikach jego oczu zbierają się dwie krople łez. – W środku znaleziono pięć trupów. Nikt nie przeżył. Oficjalnie przyczyną ich śmierci było poparzenie.

– Jak wyglądali?

 

"To wykluczone!"

"Ktoś musi zidentyfikować zwłoki! Facet nie miał żadnej rodziny!"

"Czy to twój tatuś, mały?"

"Nie, proszę pana. Trochę podobny, ale mój tatuś nie miał brody ani wąsów."

"Jesteś pewien? Przyjrzyj się uważnie."

 

Ralph otarł łzę spływającą mu po policzku.

– Domyślam się, że wszystkie osoby, które obserwowały ten eksperyment, również nie żyją? – spytał Alan.

Quincy skinął głową.

– Kiedy dorosłem, próbowałem ich odnaleźć. Okazało się, że prawie wszyscy, jeden po drugim, strzelali sobie w łeb. Kilku zaćpało się na śmierć. Jeden się utopił. Najprawdopodobniej jestem ostatnim żyjącym świadkiem tego… czegoś.

– I pragniesz pójść w ich ślady?

Amerykanin podszedł do barierki. Kolejny raz tego ranka spojrzał w dół na kłębiących się na Starym Mieście przechodniów.

– Kiedy to zrozumiałem – zaczął z wahaniem – kiedy zrozumiałem, że już nigdy nie spotkam nikogo, kto potwierdzi to, co widziałem, z rozpaczy próbowałem potwierdzić cokolwiek. Duchy, UFO, transkomunikacja, kręgi w zbożu, potwór z Loch Ness, incydent z Roswell, chupacabras, szukałem wszędzie. Nocowałem w nawiedzonych domach, odwiedzałem szamanów, wypytywałem ludzi z NASA o bliskie spotkania trzeciego stopnia. Ale zawsze miałem wrażenie, że tuż przede mną jeździ ktoś, kto zaciera wszystkie ślady albo podrzuca fałszywe dowody.

– Ten ktoś… według ciebie ma kapelusz? – spytał ni stąd ni zowąd Marconi.

– Co proszę? – Quincy pomyślał, że jego towarzysz ma coś nie tak pod czaszką. – Kapelusz? To była taka metafora, metafory nie noszą kapeluszy. To wszystko, czym żyłem… to zwykłe bujdy. Wierzymy, że jest coś jeszcze, że są zaświaty, czwarty wymiar, inne cywilizacje, ale to wszystko kłamstwa! Nieznane nie istnieje! Świat jest płaski jak deska!

Nawet nie zauważył, że przy ostatnich zdaniach jego głos przeszedł w wrzask.

– Założymy się? Coś ci opowiem. – Alan mrugnął do niego.

Ralph wzruszył ramionami, oddychając ciężko. Otarł pot z czoła. Słońce przygrzewało coraz mocniej.

– Ale uprzedzam, moja historia jest dość… niewiarygodna.

– Mów. – Quincy oparł się o murek, starając się przybrać swój zwykły, po hippisowsku wyluzowany wyraz twarzy i beztroską postawę, żeby zatrzeć wstyd z powodu swojego wybuchu. – Nawet nie przypuszczasz, jakie rzeczy już słyszałem.

– Miałem dziesięć lat, kiedy mój ojciec został zastrzelony przez szaleńca – zaczął Marconi. – Było to zaledwie kilka dni po tym, jak po śmierci matki przeprowadziliśmy się z Rzymu do Nowego Jorku, "w poszukiwaniu lepszego życia". Zabrał mnie do supermarketu na Piątej Alei. Właśnie wychodziliśmy, ja z gigantycznym pudełkiem klocków LEGO, kiedy padł strzał. Zobaczyłem, jak mój tata pada na ziemię i usłyszałem przeraźliwy krzyk człowieka z pistoletem, krzyk, który po chwili przeszedł w opętańczy śmiech. Dziwne – uciekł i nie zdążyłem zapamiętać, jak wyglądał, ale byłem pewien, że gdybym kiedyś go spotkał, od razu bym go rozpoznał. Zasłonił mi go tłum ludzi, którzy zbiegli się z całej ulicy. Był 11 czerwca, roku dwutysięcznego.

– Co było potem?

– Potem? – zastanowił się mężczyzna. – Potem, 11 września 2001 roku dwie wieże, które rzucały na nas cień w tamto popołudnie, przestały istnieć, grzebiąc w swoich gruzach tysiące ludzi. Rok później czeczeńscy terroryści i rosyjskie wojsko zamordowali ponad setkę dzieciaków. Wybuchły wojny. Afganistan, Irak, Somalia, Gruzja… Kilkaset kolejnych, mniej lub bardziej spektakularnych zamachów terrorystycznych. Zmarł papież. Mam wymieniać dalej?

Ralph poczuł, że traci wątek.

– Nie o to pytam – machnął ręką. – Co było potem z tobą? Co mnie obchodzi Somalia?

Alan parsknął śmiechem.

– Mnie też nie obchodziła. Podobnie jak to, co działo się w Iraku, Biesłanie, Madrycie, na Haiti czy gdziekolwiek indziej. Te wydarzenia nie dotyczyły mnie osobiście, nawet kiedy byłem blisko, jak w dzień ataku na World Trade Center, który oglądałem spod kołdry przez okno sierocińca. Były strzępkami informacji z internetu, nagłówkami w gazecie, telewizyjnym newsem, nad którym nie zastanawiałem się dłużej niż kilka sekund. No dobrze, może trochę tłumaczy mnie fakt, że nie miałem lekko. Trafiłem do domu dziecka, potem na ulicę. Tylko marzenie o tym, że kiedy dorosnę, zemszczę się na tym, kto zabił mojego ojca, trzymało mnie przy życiu. Miałem plan: nie będę o nic pytał, jak ci idioci w filmach, którzy wygłaszają monologi, po czym sami giną. Nie będę żądał żadnych wyjaśnień, po prostu strzelę mu w łeb i splunę w twarz. Albo na odwrót.

– Udało ci się?

– Okazja nadarzyła się, kiedy skończyłem dwadzieścia lat – twarz Alana nagle poszarzała, znikł gdzieś kpiący uśmieszek. – Była rocznica jego śmierci, 11 czerwca 2010 roku, a ja siedziałem na schodkach i czytałem gazetę przed domem miłości mojego życia. Była trzy lata starsza ode mnie i była wolontariuszką fundacji "Dzieci ulicy". To ona wyciągnęła mnie z tego bagna, w którym tkwiłem, wyrzuciła dragi, które właśnie zaczynałem ostro wciągać, jako pierwsza osoba od dziesięciu lat zaczęła ze mną rozmawiać, zamiast krzyczeć na mnie. Pokochałem ją od pierwszego wejrzenia, chyba z wzajemnością. Tego dnia chciałem jej powiedzieć, że ją kocham i chcę się z nią ożenić, chociaż miałem zaledwie dwadzieścia lat, nie miałem domu i pracy, a ona, córka szefa firmy farmaceutycznej, właśnie kończyła studiować prawo i szła na praktyki do jednej z najlepszych kancelarii w mieście. Od tamtej pory już jej nie widziałem.

Ralph przyjrzał się uważnie mężczyźnie, analizując jego słowa.

– Chwila – powiedział. – Coś mi tu nie pasuje. Od tamtej pory? Od jedenastego czerwca? To… to przecież jutro.

– Przecież mówiłem – Alan uśmiechnął się smutno. – Zaraz po tym, jak skończyłem czytać artykuł, wyrosło przede mną dwóch facetów. Byli ubrani na czarno, a na głowach mieli śmieszne kapelusze, takie jak noszą amisze. Dlatego w pierwszym momencie wziąłem ich za kaznodziejów, od jakich roi się na ulicach Nowego Jorku. Chodź z nami, powiedzieli. Jeżeli chcesz dowiedzieć się, kto zabił twojego ojca. Musisz tylko coś dla nas zrobić.

– Domyślam się, że nie chodziło o datek na tacę – Quincy uśmiechnął się krzywo.

– Racja. – mruknął Marconi. – Musisz go zabić, powiedzieli. Zgodziłem się, oczywiście, przecież o to właśnie mi chodziło. Nie zastanawiałem się, czego tak naprawdę ode mnie chcą. Zabijanie… nie było dla mnie niczym wielkim – w nauce moralności jeszcze nie dotarłem do piątego przykazania. Nawet nie wiem, ile ludzi zabiłem. Jako szesnastolatek zadałem się z gangiem… resztę możesz sobie wymyślić. Ale ten raz miał być ostatni, a ja chciałem tym symbolicznym strzałem zacząć nowe życie i zapomnieć o przeszłości. To znaczy, nie myślałem tak wtedy, słowo "symboliczny" było za długie jak na mój proces myślenia. Myślałem raczej coś w rodzaju "załatwię skurwiela, a ona o niczym się nie dowie".

Dostałem broń. Zabójca mojego ojca był w tym samym supermarkecie, w którym… – Alan zawahał się. – To też było bardzo symboliczne, ale mnie nie przeszło przez głowę nawet słowo "podejrzane". Powiedzieli mi, że przychodzi tam co roku, w rocznicę swojej zbrodni. Żałowałem, że sam na to nie wpadłem. W chwilę później już szedłem z nimi prostopadłymi ulicami Manhattanu. Sklep był taki sam, jakim go zapamiętałem, a na wystawie ciągle był ten sam wielki pluszowy misiek.

Na moment świat wokół nas pociemniał, jakby słońce zakryły burzowe chmury. Ale ja ciągle wpatrywałem się w napięciu w drzwi sklepu, z którego miał wyjść zabójca mojego ojca. Drzwi sklepu otworzyły się. I nagle go zobaczyłem. Twarz wydała mi się znajoma. Zanim zdążyłem się zastanowić, ręka sama nacisnęła spust.

Dopiero wtedy obejrzałem się za siebie.

Zobaczyłem dwie bliźniacze wieże World Trade Center. To one zakryły słońce, tak jak zakrywały go wtedy. Teraz.

A potem spojrzałem na drugą stronę ulicy. Ze sklepu wyszedł dziesięcioletni chłopiec niosący wielkie pudło klocków LEGO.

Zacząłem krzyczeć jak szaleniec, mój krzyk w chwilę potem przeszedł w histeryczny śmiech. Rzuciłem się do ucieczki, zacząłem biec w stronę jej domu, nie wierząc w to, co działo się wokół mnie.

Przed domem bawiła się lalkami trzynastoletnia dziewczynka.

Próbowałem zebrać myśli. Oni mówili, że będą czekać w magazynie za sklepem. Tam właśnie wróciłem, starając się nie patrzeć na wieże, podsycając w sobie ostatni płomyk nadziei na to, że to jakaś pomyłka, że zaraz ktoś mi wyjaśni, co się dzieje, albo że to sen i że za chwilę się obudzę…

Ledwie zdołałem się ukryć, bo to, co zobaczyłem, zmroziło mi krew w żyłach.

Moich dwóch facetów w czerni stało naprzeciwko dwóch facetów w bieli, którzy trzymali w dłoniach… kiedy powiem "miecze świetlne" zabrzmi to komicznie, ale to nie były laserowe zabawki z "Gwiezdnych Wojen", tylko prawdziwe obosieczne miecze zrobione ze światła.

Zobaczyłem, jak spadają dwie głowy w czarnych kapeluszach. Na podłogę nie wyciekła jednak ani jedna kropla krwi, zupełnie jakby nieznajomi byli jej pozbawieni.

Ja swoją czułem aż za dobrze. Pulsowała w tętnicach, dudniła w sercu, rozsadzała mózg. Rzuciłem się do ucieczki. Nie zamierzałem jej tanio sprzedać upiornym przybyszom.

– To… – Ralph aż się spocił z wrażenia. – To niesamowite! Ale… niewiarygodne… jak mam ci uwierzyć w coś takiego?

– Pytaj. – Alan rozpostarł ręce.

– Mówisz, że… mieli kapelusze podobne do amiszów?

 

"Tato, zobacz, kto to jest ten pan?"

"Jaki pan, synku?"

"Ten w kapeluszu, który stoi za maszyną."

"Nikogo nie ma za maszyną, Ralph. Nieładnie tak zmyślać."

 

– Spotkałeś ich jeszcze kiedyś?

– Ludzi w kapeluszach? – Alan skinął głową. – Kilka razy. Za każdym razem wtedy, kiedy próbowałem coś zmienić, jakby chcieli pogrozić mi palcem.

– Zmienić?

Marconi zapalił kolejnego papierosa.

– Kiedy włóczyłem sie bez celu po mieście, oszalały ze strachu, z pistoletem w kieszeni, przechodziłem koło bukmachera. Zobaczyłem ludzi przyjmujących zakłady na mecze Mistrzostw Europy, które właśnie się zaczęły. Cieszyły się sporym zainteresowaniem wśród imigrantów, Amerykanie raczej nie interesowali się europejskim "soccerem". Gorączkowo zacząłem sobie przypominać, jak to było, zaraz, zaraz, Włochy-Turcja 2:1, oglądałem ten mecz już w pogotowiu opiekuńczym, ciągle jeszcze otępiały, ze łzami zaschniętymi na policzkach, ale kiedy Inzaghi strzelił karnego, skoczyłem do góry z radości. A potem finał, kiedy Trezeguet zaliczył "złotego gola" i Włochy pogrążyły się w żałobie… wy, Amerykanie, nigdy tego nie zrozumiecie.

W kieszeni miałem pięćdziesiąt dolarów. Postawiłem je na 2:1 dla Włoch i poszedłem do pubu obejrzeć mecz. Po dwóch godzinach miałem w kieszeni dziesięć razy więcej.

To właśnie wtedy zrozumiałem, że oto ja, Alan Marconi, stałem się najpotężniejszym człowiekiem na świecie. Miałem wiedzę, jakiej nie miał nikt inny. Mogłem sięgać pamięcią na dziesięć lat do przodu. Wspominać przyszłość. I zmieniać przeszłość. Zacząłem przypominać sobie wyniki meczów reprezentacji Włoch i całych mistrzostw, z bólem serca postawiłem na finałową wygraną Francji i czekałem. Po kilku tygodniach byłem już naprawdę bogaty, a to był dopiero początek. Wkrótce kupiłem kilka paszportów na różne fałszywe nazwiska i zrobiłem użytek z czegoś, czego nie używałem przez dziesięć lat. Ze swojego mózgu. Zacząłem myśleć.

– Brawo – mruknął ironicznie Quincy. – Losy świata w rękach faceta bez podstawówki. Więc do tego wykorzystałeś tę "moc"? Dla pieniędzy?

– Akurat podstawówkę skończyłem – obraził się Alan. – I nie wszystkie daty zapomniałem. Przynajmniej jedna wryła mi się w pamięć jak drzazga, data, która z każdym dniem była coraz bliżej. Byłem jedynym człowiekiem, który wiedział, co zdarzy się 11 września 2001 roku…

– I jedynym, który mógł temu zapobiec – dokończył poruszony Ralph.

– Nie mogłem po prostu pójść do prezydenta i powiedzieć, co wiem, bo zamknąłby mnie w szpitalu dla czubków. Najpierw dzwoniłem na policję i do FBI jako osoba, która wie o planowanym zamachu. Potem – kiedy wrzesień zbliżał się w zastraszającym tempie, a oni ignorowali moje prośby, zacząłem podawać się za terrorystę, który grozi atakiem na WTC. Nie posłuchali mnie. Tego dnia stałem na dachu jednego z apartamentowców w Brooklynie i patrzyłem z daleka, jak w wieże uderzają samoloty, a potem jak obie zmieniają się w słupy dymu. Co zrobiłem źle? Co powinienem zrobić inaczej? Może gdybym pamiętał, skąd i dokąd leciał samolot prowadzony przez terrorystę, mógłbym wsiąść do niego i… Stało się. Teraz miałem rok, żeby nauczyć się rosyjskiego i zapobiec masakrze w Biesłanie.

– Scenariusz się powtórzył – wtrącił Quincy, przypominając sobie straszliwe sceny oglądane w telewizji.

– I powtarzał. Moje plany waliły się w gruzy za każdym razem, kiedy próbowałem zmienić znaną mi historię. Weź pod uwagę, że zazwyczaj znamy skutki tych wydarzeń, ale nie znamy przyczyn. Pamiętasz nazwiska zamachowców-samobójców, którzy wysadzali londyńskie metro? Pamiętałbyś je, gdybyś nagle przeniósł się lata wstecz i próbował temu zapobiec? To nie takie proste. Do tego wielu rzeczy nie pamiętałem, jako dzieciak byłem leniem, którego nie obchodziło to, co dzieje się na świecie. Ale próbowałem na różne sposoby. Szukałem terrorystów, raz czy dwa zdarzyło mi się kogoś zabić. Ale historia zawsze okazywała się sprytniejsza ode mnie.

– Próbowałeś zapobiec wydarzeniom, które już się wydarzyły – powiedział Ralph w zamyśleniu. – A czy nie próbowałeś zmienić historii w inny sposób?

Alan westchnął.

– Oczywiście że próbowałem. W 2006 ubzdurałem sobie, że spróbuję zabić Wladimira Putina i zobaczyć, co się stanie. Nigdy drania nie lubiłem. Miałem go na muszce, kiedy w idiotycznym dresie wybiegł na poranny jogging. I wtedy nagle go zobaczyłem. Człowieka w kapeluszu. Stanął Putinowi na drodze, zatrzymał go. Nie wiem, o czym rozmawiali, ale Putin zawrócił, a facet w bieli spojrzał w moją stronę. Jego twarz była przerażająca, oczy pozbawione brwi i rzęs, skóra śmiertelnie blada. Spojrzał na mnie i pogroził mi palcem, jak niegrzecznemu dzieciakowi.

– Nie ty jeden go widziałeś – przypomniał sobie Quincy. – Słyszałem relacje ludzi, którzy podobno widzieli kosmitów. Scenariusz był podobny. Kiedy próbowali kogoś o tym powiadomić, pojawiali się faceci ubrani na czarno albo na biało, i zakazywali im udzielania jakichkolwiek informacji w zamian za pozostawienie przy życiu. Myślałem, że to ściema, że po prostu boją się, że ich kłamstwo się wyda… I niczego nie udało ci się zmienić? Niczemu zapobiec?

Marconi zgasił papierosa o ścianę wieży i spojrzał z satysfakcją na Ralpha.

– Pewien mały chłopiec, który stracił ojca i trafił do domu dziecka, zyskał bogatego i potężnego opiekuna. Nie wie, kim jest, ale wiele mu zawdzięcza. W innym przypadku pewnie trafiłby na ulicę… może przystałby do gangu…

– Chcesz powiedzieć, że…

Skinął głową.

– Teraz zaczyna studia. Rozważał prawo i italianistykę, wybrał to drugie. Szkoda… w przeciwnym wypadku miałby szansę spotkać pewną dziewczynę…

Ralph spojrzał na niego, nie wiedząc, czy żartuje, czy mówi poważnie.

– To znaczy…

– Tak, to właśnie to znaczy. I tu ciekawa rzecz. Muszę niestety przyznać, że pieniądze strasznie rozpuściły gówniarza. Gdybyś widział, jak on się ubiera… mam nadzieję, że pewnego dnia nie odkryje, że woli chłopców, bo wtedy ja będę musiał skoczyć z jakiejś wieży.

Nagle Quincy przypomniał sobie, dlaczego właściwie stoją tu, zamiast dokończyć rozmowę w którejś z kafejek Starego Miasta.

– To znaczy, że… ten artykuł… w gazecie… który czytałeś, kiedy oni…

– Był o tobie.

– Więc… więc w tej innej rzeczywistości… zabiłem się? Skoczyłem? Nie zabrakło mi odwagi? – Ralph podszedł do barierki i spojrzał w dół, na kłębiących się wokół zamku turystów. Ziemia wydawała się taka odległa. Niewiele myśląc, przesadził nogi przez metalowe kraty i znowu znalazł się na brzegu.

– Stój! – eksplodował Alan. – Chcesz skoczyć? Po tym, co ci powiedziałem? Jestem tym, czego szukasz! Jestem Nieznanym! Czy to nie mnie zawsze chciałeś spotkać?

– I przejechałeś pół świata, żeby ratować idiotę, który chce skoczyć z punktu widokowego?

– Przejechałem pół świata, żeby ratować idiotę, który mi uwierzy.

Quincy spojrzał w dół. Potem w górę. Teraz to niebo zdawało się być daleko, a ziemia coraz bliżej.

– Jeżeli skoczysz, w najlepszym wypadku dowiesz się, co jest po śmierci. Przyznaję, nęcąca perspektywa. Ale jeżeli pójdziesz ze mną, masz szansę dowiedzieć się, co jest pomiędzy życiem a śmiercią. Zobaczyć to, co zobaczył twój ojciec. Znaleźć się na granicy czasów.

– Niby jak? – Ralph przytrzymał się barierki.

– Jutro 11 czerwca. Zmieniłem swoją przeszłość i wydawało mi się, że jestem… to znaczy, ten drugi ja jest bezpieczny, ale okazało się, że napisał do niego jakiś anonim, twierdzący, że wie, kto zabił jego ojca. To oni.

– Zaraz… chcesz powiedzieć, że korespondujesz z samym sobą? Tylko dziesięć lat młodszym? – Ralph niemal zapomniał, że znajduje się kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Ale tym razem było łatwiej. Serce nie biło tak mocno. Wystarczy się puścić i…

– Gdyby udało nam się ich powstrzymać… mam plan.

– Tak samo genialny, jak ten z World Trade Center? Wykonamy kilka telefonów?

– Dlatego – dokończył Alan zirytowany – dlatego potrzebuję twojej pomocy. Ja potrzebuję twoich pomysłów, ty potrzebujesz moich. Oraz pistoletu, który mam w kieszeni. To, do czego cię namawiam, to nie praca naukowa. Proponuję ci raczej krucjatę. Pościg. Wojnę. W każdym razie coś niebezpiecznego. W zasadzie inny rodzaj samobójstwa. Ciekawszy. Ale jest też nagroda. Nic materialnego, co prawda. Zaledwie WIEDZA. Wiedza, jakiej nie ma żaden człowiek.

Ralph zastanowił się.

– Nie chciałbyś im zadać kilku pytań, Quincy? Na przykład – co było dalej? Czy kiedy Alan Marconi zniknął z 2010 roku, życie toczyło się dalej? Kto wygrał Mistrzostwa Świata w RPA? I czy Ralph Quincy miał piękny pogrzeb, czy też nikt nie przyszedł na jego grób… albo co takiego zabiło twojego ojca? Czy była to awaria maszyny, czy raczej ktoś jej w tym pomógł? I czym jest czas? Czy skoro możemy przenieść się w przeszłość, możemy też zobaczyć przyszłość? A jeśli możemy zobaczyć przyszłość, czy to znaczy, że przyszłość już istnieje? Albo po prostu spytać go "kim właściwie jesteś, do cholery"? Ja bym od tego właśnie zaczął. Oczywiście mam na myśli tych czarnych kapeluszników, bo biali mogą być niebezpieczni…

– Tak mówisz? – Ralph przełknął ślinę.

– Tak… bo co?

– Bo jeden z nich właśnie stoi za tobą.

Alan odwrócił się. Ralph zrobił krok do tyłu, zapominając o spadzistym i śliskim daszku. Facet pojawił się jakby znikąd. Miał trupio bladą twarz, oczy bez brwi i rzęs, usta niemal pozbawione warg. Na głowie miał charakterystyczny kapelusz.

– Przewidziałeś to, prawda? – spytał Quincy niepewnie, ślizgając się na krawędzi wieży. Na twarzy mężczyzny w bieli pojawił się uśmiech, który nie zwiastował nic dobrego.

– Zdziwisz się – powiedział spokojnie Alan. Potem wszystko wydarzyło się w ciągu kilku sekund. Marconi lekko przeskoczył przez barierkę i pchnął Ralpha. Quincy nie zdążył się niczego złapać, krzyknąć, przez głowę przebiegła mu tylko jedna myśl "Nie chcę!"

W ciągu tej jednej chwili doktor Ralph Quincy pojął istotę życia.

Otóż istota życia polega na tym, żeby nie umierać.

Uderzenie, jakie poczuł, było solidne, ale nie śmiertelne. Obaj spadli na daszek pizzerii znajdującej się pod wieżą, odbili się od markizy, po czym z hukiem gruchnęli na bruk.

– Wiejemy! – Alan pomógł podnieść się oszołomionemu Ralphowi i pociągnął go w tłum na Krakowskim Przedmieściu, nie zwracając uwagę na przerażonych ludzi w pizzerii. Ralph obejrzał się. Na wieży stał mężczyzna w bieli. Chociaż z daleka nie widział jego twarzy, ciągle na samo jej wspomnienie przeszywał go dreszcz.

– Co… co… się stało… co ty zrobiłeś… co to było… – Amerykanin z trudem dotrzymywał kroku zwinnemu towarzyszowi. Kłuło go w klatce piersiowej, walczył z zadyszką, ale biegł, biegł jak szalony, potrącając przechodniów, przeskakując przez ławeczki, biegł, jakby gonił go sam diabeł, co w tej sytuacji wydawało mu się bardzo prawdopodobne.

– Tu będziemy bezpieczni – Alan pociągnął go na krzesełko w jednej z restauracji.

– Zwariowałeś? – przeraził się Quincy. – Tutaj? Przy głównej drodze? W tłumie ludzi?

– Otóż to – skinął głową Alan. – Oni nie pokazują się przy ludziach. Nie odważą się nas sprzątnąć na oczach publiczności. A już na pewno nie mieczem świetlnym.

– W takim razie po co biegliśmy tak długo, cholera… – Ralph z trudem łapał oddech. Poprosił kelnera o szklankę wody. Alan zamówił piwo.

– Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że się uda. Ta wieża jest na tyle wysoka, żeby się zabić i na tyle niska, żeby skakanie ze spadochronem było ryzykowne. W ostateczności zabilibyśmy się obaj.

– Dzięki… – zęby Quincy'ego szczękały o krawędź szklanki.

Alan napił się piwa i beztrosko rozparł się na krześle. Popatrzył na Ralpha, a w jego oczach zagrały ogniki.

– Wyluzuj, Quincy – mrugnął do niego. – Właśnie udało ci się oszukać własne przeznaczenie. Świat należy do ciebie. Już nic nie musisz. Teraz wszystko możesz.

Ralph zastanowił się. Myśli biegły przez jego głowę z prędkością błyskawicy, ale równie szybko z niej uciekały. Wiedział tylko, że właśnie znalazł to, czego szukał. Nieznane ze szczyptą Niewyjaśnionego. Wreszcie coś, co dotychczas zaledwie znał ze słyszenia, stało się jego udziałem. Teraz pozostawało to udowodnić. Syzyf kopnął głaz, przez chwilę patrzył, jak stacza się w dół, a potem sam, wolny, triumfujący, ruszył w stronę szczytu, ciekawy, co jest po drugiej stronie.

– Czy twoja propozycja jest nadal aktualna? – zapytał.

 

Koniec

Komentarze

Amerykanin i Włoch, razem w Warszawie rozmawiają sobie o życiu, o przyszłości, o przeszłości i teraźniejszości. I wszystko to świetnie opisane. Szkoda, że nikt tego do tej pory nie ocenił, bo ja uważam, że to opowiadanie jest genialne. No prawda, za dużo tekstów to tu jeszcze nie przeczytałem, ale nie zmienia to faktu, że ten tekst jest dotychczasz najlepszy. Daję 6 z czyściutkim sumieniem. Dobry pomysł i jeszcze lepsze wykonanie. Podoba mi się. Pozdrawiam serdecznie.

6, bezwzglednie - tekst naprawde dobry, tak trzymac

Nieżle napisane. Jak to się mówi: ze swadą. Troszku do czyszczenia czyli "im mniej tym więcej"  Co do pomysłu to widziałem gdzieś podobny serial. Ale twój "pierwszy odcinek" lepszy. Czekam na kolejny w którym, mam nadzieję, wrzucisz bohaterów w odmęty krajowego absudru by ta Warszawa nie była tylko scenografią.
Polacy przywódcami światowego spisku? Kosmici na Wiejskiej? Gwiezdne Wrota pod Pałacem Klutury?
Pozdrawiam 

Spory potencjał. Ode mnie 5. Mocne 5.

Uau. Dziękuję bardzo za wszystkie komentarze, przyznam szczerze, że nie spodziewałam się aż tak pozytywnych opinii. Będą naprawdę potężnym kopem do dalszej pracy i nieustającego szlifowania warsztatu ;) Co do serialu, rzeczywiście, teraz sobie przypominam, że był taki serial "Zdarzyło się jutro", w którym bohater codziennie dostawał jutrzejszą gazetę. Nawet go lubiłam, ale co ciekawe kiedy pisałam to opowiadanie, nawet nie przyszedł mi do głowy. Ale nie wykluczam udziału podświadomości, która kazała  bohaterowi przeczytać ten artykuł właśnie w gazecie, a nie zobaczyć w telewizji.

A co do kosmitów na Wiejskiej, taki serial też już niestety leci, nazywa się "Obrady sejmu". Trochę nudnawa i przegadana fabuła, ale czasem trafiają się niezłe dialogi. I jak dla mnie trochę za dużo bohaterów ;)

Po raz pierwszy daję sześć i robię to z czystym sumieniem.
Świetny pomysł. Wyraziste postacie. Dobre wykonanie - może nie wspaniałe, ale naprawdę dobre. Raczej brak błędów, przynajmniej ja nie dopatrzyłam się żadnych potknięć. Dawkowanie informacji tak, że czytelnik nie czuje się przytłoczony, a jednocześnie chce wiedzieć, co dalej. Umiejętnie budowane napięcie. Niecałe dziesięć stron Worda pomieściło więcej niż jedną ciekawą historię (opowieść Alana, ale także w pewnym sensie historię Ralpha). W dodatku uwielbiam temat podróży w czasie i paradoksów czasowych... Podsumowując? Chyba najlepszy tekst, jaki do tej pory tutaj przeczytałam (choć przyznaję, sporo mi jeszcze zostało, niemniej trochę opowiadań już mam za sobą).
I brawa za początek, przykuwa do monitora.
Jedna uwaga? Po lekturze ma się ochotę wrzasnąć: więęęęęęcej! Bo tu tyle pytań bez odpowiedzi! Z drugiej strony kontynuacja mogłaby zepsuć tekst, który w takiej formie naprawdę robi wrażenie...
Pozdrawiam.
I.

Niesamowicie wciągające, rozłożyłaś mnie na łopatki stwierdzeniem "istota życia polega na tym, żeby nie umierać" - noż kurczę, to takie oczywiste! a jakoś na to dotąd nie wpadłam ;)
Bardzo błyskotliwe, duża lekkość pióra, świetnie poprowadzone dialogi.
Ode mnie 6 i czołobitności :)

Świetny tekst. 6.

P. S. Pierwsza scena Twojego opowiadania stała się inspiracją dla początku mojego tekstu. Wstawię go w poniedziałek i wtedy wszystko się wyjaśni :)

...always look on the bright side of life ; )

Jezu! Jak to jest, że w tym opowiadaniu pojawiają się miecze świetlne, a ja to łyknąłem? Te opowiadanie nie ma złotego piórka chyba tylko dlatego, że jest otwarte.

Ha! No proszę, ktoś jeszcze czyta tak dawno dodane opowiadania :) I jeszcze mu się spodobało :P Dziękuję ślicznie :) A te miecze świetlne to nie takie typowe, więc może dlatego do łyknięcia...

Wielka literatura nie ginie.

Słyszałam tylko, że rękopisy nie płoną :P

Nie , nie czytałem. To moje wizje. Nie opieram je na teksty książek, no może na Biblii ale raczej jako luźne skojarzenia. Dzięki że Ci się podobają moje prace

Świetne opowiadanie, co tylko utwierdza mnie w przeświadczeniu, że warto poszperać "dawniej" :) W pełni zasłużone pióko. Podpisuję się pod wszystkimi napisanymi tu już pochwałami :)
No i coś jeszcze nie wymienionego: mnie skłoniło do myślenia, może zacznę bardziej zwracać uwagę na wydarzenia na świecie, tak na wszelki wypadek ;) 

Pozdrawiam.

Dzięki Sylwien :) Jak ty to opowiadanie wygrzebałaś z mroków forum...? ;)

Ciekawy pomysł, ale przede wszystkim żywe, zabawne dialogi. Mam nadzieję, że będzie (jest?) dalsza część.

Jest, jest, nabiera końcowych kształtów.. ;)

Przybyłem tutaj, bo skomentowałaś (niezbyt pochlebnie zresztą :P) moje opowiadanie. Tak więc odpalam sobie Twój profil, klikam pierwsze opowiadanie z góry, a w myślach sobie powtarzam: "Ha, zobaczymy, mądralo, co takiego sama napisałaś". Zacząłem czytać i powoli, stopniowo, moja szczęka opadała coraż niżej i niżej, aż dotknęła... raczej przypieprzyła w podłogę. Czapki z głów, proszę państwa! To jest coś naprawdę świetnego! Gratuluję z całego serca i przyznaję: masz pełne prawo do krytykowania moich tekstów, bo sama piszesz wprost wspaniale. Pozdrawiam serdecznie :)

PS.: Chodziło mi o to, że masz prawo mieszać moje teksty z błotem - prawo do krytyki ma oczywiście każdy :)

Nie no bez przesady, z błotem Twojego tekstu nie zmieszałam, po prostu mi nie podpasował. Tym milszy ten komentarz :) Dziękuję :)

Wciągnęło mnie na początku i nie puściło do końca.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Cieszę się :)

     Zapowiadało się dobrze, a wyszedł z tego groch z kapustą. Dialogi niezłe.

     Pozdrówko.  

Co to za lawina komentarzy pod tekstem sprzed trzech lat :D Wiesz Roger, na pewno gdybym teraz to pisała, sporo bym zmieniła, ale znając nasze rozbieżne gusta, pewnie nie to, o czym myślisz :-)

     To proste: powoduje to istnienie zakładki "ostatnio komentowane". W ten sposób trafiłem na ten tekst.

     Nota bene, jeżeli dobrze pamiętam,  wprowdzenie tej zakładki to chyba pomysł Autorki opowiadania...

Nie jestem pewna, czy mój, ale na pewno byłam jej zagorzałą orędowniczką :P Pytanie, czy ktoś oprócz nas z niej jeszcze korzysta ;)

Mnie przyprowadził Superman :-) I zawsze sobie włączam "ostatnio komentowane".

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

     Dreammy, sprawdziłem. To byl Twój pomyśl – świetny – podtrzymany potem przez April – i w końcu wraz z innymi zmianami wprowadzony prze Dj Jajko.      No i teraz zbierasz słodkie owoce tego pomysłu. 

Wszystko dla dobra ludzkości! :D Roger, Twoja dokładność nie przestaje mnie zadziwiać :)

…Przeczytałem. Moja rada: 1. Zmień tytuł. 2. wyrzuć trochę "być", "który"oraz "się"3.   Zmień imiona bohaterom. Wstaw gdzieś tę "czarną kawkę" 5. Z tym opowiadaniem startuj w projekcie Beryla i Joseheim. Pozdrawiam.

Dreammy, napisz coś równie dobrego, ale nowego, bowiem Joseheim obwieściła: "Oto zatem nasza idea – chcemy zebrać teksty, które jeszcze nigdzie nie były publikowane, opowiadania nowe i świeże…" 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zmieniać imiona bohaterom – w życiu! :) To grozi syndromem Ani z Zielonego Wzgórza i konkursu z proszkiem do pieczenia ;) Za to jak tylko spłodzę coś nowego i świeżego, to nie wykluczam że bohaterowie będą pili czarną kawkę. Albo jedli. Pieczoną, w buraczkach.

I to jest dobre postanowienie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

…Droga koleżanko. Został opublikowany drukiem zbiorek z tekstami, już zamieszczanymi na portalu. Sprzedaje się nieźle. Jeżeli podasz mi jakikolwiek adres, to mogę przysłać Ci egzemplarz reklamowy. Pozdrawiam  z uśmieszkiem ale bez języka.

Hmmm, w takim razie podaj maila, a ja podam adres :)

…Jest na profilu.

 Świetny tekst. Niby scenka, ale tyle wątków w niej upchnęłaś. I to szeroko rozrzuconych – od terroryzmu po wizyty UFO. Zasłużone piórko. :-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka