- Opowiadanie: An-Nah - Wybranka miecza

Wybranka miecza

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Wybranka miecza

 

Opowiadanie napisane specjalnie dla Monivrian :)

 

 

WYBRANKA MIECZA

 

 

 

 

 

– Jestem tu rzucić wyzwanie! – oznajmił elfi książę.

 

Wyglądał pięknie, ze srebrzystymi włosami lśniącymi w blasku słońca. Arneal, syn Nendril, a więc brat przyrodni królowej Avallenre. Gdy syn królowej Elarii, ten, o ojcu którego opowiadano już legendy, dojdzie do pełnoletniości, poślubi córkę Arneala, by wzmocnić szlachetną, nasyconą magią krew szlachetnego rodu Ludu Wiecznej Wędrówki.

 

Hildgerd przypomniała sobie te informacje, którymi od miesiąca karmił ją Malken. Lineaże królewskie i szlacheckie, prawa do korony kolejnych państw, układy na politycznej szachownicy od morza, aż po Smocze Góry. Potencjalni sojusznicy i potencjalni wrogowie. Z kim warto się sprzymierzyć, z kim dobrze byłoby zawrzeć związek małżeński, bo oczywiste jest, że przyszła królowa całej Północy musi mieć małżonka.

 

Książę elfów byłby dobrą partią, gdyby nie niechęć Ludu Wiecznej Wędrówki do małżeństw poza własną krwią. Choć, oczywiście, jeśli Malken miał rację, wywodząc ród Gylflingów od Keledronara Astrafiniala, oznaczałoby to, że Hildgerd ma w sobie domieszkę elfiej krwi, a cała sytuacja z mieczem podkreślała olbrzymi potencjał magiczny, może bierny, ale możliwy do odziedziczenia przez dzieci.

 

Arneal miał już córkę z elfiego małżeństwa. Dziecko zrodzone z ludzkiej królowej mogłoby rządzić północnymi królestwami ludzi, a gdyby okazało się płodne, co przy dużym stężeniu magii we krwi możliwe, założyłoby nową dynastię.

 

Ale oczywiście Arneal przyszedł z powodu miecza. Dzierżąca ów miecz dziewczyna w oczach księcia Ludu Wiecznej Wędrówki, przyrodniego brata królowej Elarii, była jedynie dzieckiem uzurpującym sobie prawa do broni Keledronara. Tak samo w oczach królów północy uzurpacją były jej roszczenia co do korony.

 

Dlatego potrzebowała Arneala. Potrzebowała zwycięstwa nad nim, udowodnienia swojego prawa do miecza.

 

Cała sprawa wydawała jej się beznadziejna.

 

Wystąpiła przed swoich wojowników. Malken trzymał się o krok za nią, zawsze gotów skoczyć do walki, gdyby została zaatakowana. Ze swoim całkowicie zwyczajnym ostrzem przy pasie czuł się pewniej, niż ona z Czarnym Ogniem, legendarnym mieczem Niszczyciela Światów.

 

– Tego oczekiwałam, książę – oznajmiła, uśmiechając się kpiąco, tak, jak ćwiczyła wiele razy przed lustrem. – Pragniesz broni Niszczyciela Światów.

 

– Broni, która bezprawnie trafiła w dłonie ludzkiej dziewczynki.

 

Podniosła głowę i wypięła pierś, pragnąc pokazać, że nie jest dziewczynką. Jedwabie, w które ją odziano, podkreślały jej kształty, wysoka fryzura i odpowiednio skonstruowane buty dodawały jej wzrostu. Miała wyglądać królewsko. Tylko, że jej twarz nadal należała do młodziutkiej ludzkiej dziewczyny a dłonie zdawały się być za małe do miecza. Och, elfy miały drobne ręce i smukłą budowę, ale układ mięśni czynił je silniejszymi niż człowieka o podobnej posturze. Nie mówiąc już o naturalnej dla nich zwinności. Hildgerd jej nie posiadała.

 

– Broni, która trafiła w moje ręce prawem przeznaczenia. Przyjmuję twoje wyzwanie, książę, wiesz, jaka jest cena?

 

Kiwnął głową.

 

– Nie będę umniejszał dziedzictwa Keledronara Astrafiniala, jeśli, rzecz jasna, udowodnisz, że jesteś go godna. Jeśli wygrasz, pani, pójdę za tobą i wspomogę cię moimi wojskami. Jeśli przegrasz… cóż, nie zażądam od ciebie nic. Czegóż miałbym chcieć od dziewczynki, która i tak zostanie pokonana? Bez Czarnego Ognia będziesz niczym, Hildgerd i wiesz o tym doskonale.

 

Przełknęła ślinę, a książę uśmiechnął się. Dostrzegł źle maskowaną niepewność.

 

– Jutro, o świcie, książę! Jutro o świcie pokażę, że jestem godna miecza twojego przodka.

 

– Jak sobie życzysz, pani – odparł, kłaniając się i wycofując.

 

Wróciwszy do swego namiotu Hildgerd osunęła się na kolana i załkała.

 

– To koniec – wyszeptała.

 

Nie miała pojęcia, w jaki sposób Malken zamierza sobie poradzić z sytuacją. Powiedział, że to załatwi. Nie wiedziała, jak.

 

I teraz też wyglądał na spokojnego, kiedy klękał przy niej i obejmował ją ramieniem w pasie. Wzdrygnęła się, gdy jego usta zbliżyły się do jej ucha.

 

– Obiecałem, że wygrasz. I wygrasz. Bądź dobrej myśli.

 

– Jak? Malken, nie dam sobie z nim rady i doskonale wiesz o tym. Popatrz na mnie! Jestem… jestem kompletnie nieprzydatna, nic nie umiem, to wszystko to tylko… wiesz o tym! Doskonale wiesz, że to, co stało się w jaskiniach Żelaznego Wierchu to był czysty przypadek.

 

– Smokowcy powiedzieliby, że to przeznaczenie… jak oni to nazywają… Najwyższa Siła rządząca światem. Ta, która sprowadziła Keledronara Astrafiniala na brzeg Pierwszej Przystani, ta, która kazała mu stanąć przeciw Rijeshowi i przegrać… a teraz miecz Keledronara jest w twoich rękach. Lud widzi w tobie wybraną. Wielką królową. Jak Asvina. Jak Elaria. Jak Nadzieja Karnicka. Jak Tindre, królowa stepów. W Urhan czy w Dalle powiedzieliby, że wybrała cię Sura.

 

– To wszystko bzdury! Nikt mnie nie wybrał! Zaciągnięto mnie tam siłą, wiesz przecież!

 

Wiedział. Był wśród najemników, którzy ścigali obalonego tyrana aż do pieczar pod Żelaznym Wierchem, opuszczonego, owianego złą sławą miasta krasnoludów. Wygnany król wycofując się spalił dwór ojca Hildgerd, dziewczynę zaś uprowadził, urzeczony jej urodą, jak powiedzieliby bardowie.

 

Bardowie nie powiedzieliby, jak objawiało się to urzeczenie i jak dziewczyna marzyła o śmierci porywacza: bardziej może, niż poddani, którzy go obalili. Kiedy były król schronił się w opustoszałym podziemnym mieście, modliła się do wszystkich bogów, by dopadły go moce, które, wedle legend, wciąż nawiedzały to miejsce. Ostatni z krasnoludów, ukrywający się w wypalonych magicznym ogniem korytarzach. Może ostatnie z demonów, przyzwanych, gdy wewnątrz góry starły się dwie największe potęgi Tellei: Keledronar Astrafinial, Niszczyciel Światów i Rijesh, Władca Ciemności.

 

To nie demony przybyły jej na pomoc, lecz sam Astrafinial. Ale wtedy, gdy uciekając przez przerażający podziemny labirynt znalazła miecz, nie wiedziała o tym. Ani wtedy, gdy jej porywacz dopadł ją w końcu a ona po prostu skierowała ostrze na niego. Zabiła go! Nigdy nie była szczęśliwsza niż w tej chwili!

 

Może Czarny Ogień miał w sobie resztkę mocy Niszczyciela Światów, która pokierowała ręką dziewczyny? Tak wmawiał jej Malken. Jej, ale bardziej ludowi królestwa Svene, teraz pozbawionego władcy. Czemu nie posadzić na tronie tej, która własnoręcznie zabiła tyrana? Ma w sobie szlachetną krew i odnalazła magiczny miecz. Któż będzie lepszy, niż ona?

 

Możni Svene zgodzili się. Marionetkowa, symboliczna królowa lepsza była, niż bratobójcza walka. Prędko zorientowali się, że nie oni kierowali tą marionetką, a Malken, ciemnoskóry najemnik, syn dallejskiej piratki. On stanął za Hildgerd, prędko pozbywając się jej wrogów, a potem także własnych. Jej protektor, szara eminencja i kochanek.

 

– Ty to wiesz i ja wiem. Ale oni nie – wymruczał, wsuwając dłoń za dekolt wspaniałej sukni.

 

Dziewczyna szarpnęła się.

 

– Zostaw…

 

– Och? – zaśmiał się. – Bo co?

 

– Nie chcę.

 

– Nie obchodzi mnie to, czego chcesz, moja śliczna – powiedział, wsuwając dłoń głębiej, drugą podwijając suknię. – Dzięki mnie masz to wszystko, wiesz o tym. Beze mnie jesteś nikim, Hildgerd, ze mną jesteś królową.

 

– Wiesz, co zrobiłam z ostatnim mężczyzną który…

 

– Wiem – zaśmiał się. – Przypadkiem nadział się na miecz. I widzisz, Hildgerd, tu jest między nami różnica. Ja nikogo nie nadziewam na miecz przypadkiem.

 

Obrócił ją i rzucił plecami na wyściełający dno namiotu dywan, a Hildgerd mogła tylko zamknąć oczy i czekać na koniec.

***

 

Wyszedł nocą, zostawiając ją samą. Powinna spać, ale zamiast tego usiadła na posłaniu, obejmując się ramionami.

 

Malken miał rację. Bez niego była niczym. Rzekomo magiczny miecz był tylko kawałkiem stali, którym ona nie umiała się posługiwać. Cała jej sława opierała się na jednym szczęśliwym wypadku i sprycie jednego najemnika, który teraz miał ją w garści i mógł z nią robić, co chciał.

 

I robił.

 

Jak bardzo pragnęła jego śmierci. Nie był lepszy od mężczyzny, który ją porwał.

 

Wstała, sięgając po suknię. Nie mogła spać, nie mogła zostać w namiocie. Nie mogła…

 

Zostać tym czym była. Marionetką. Zabawką.

 

Nigdy więcej.

 

Strażnicy kłaniali się, gdy wychodziła. Ciekawe, czy wiedzieli, że ich królowa jest tylko figurantką, którą ustawia jak chce ambitny dallejczyk?

 

Obozowisko elfiego księcia sąsiadowało z obozem jej wojsk. Wystarczyło skłonić się przed strażnikami i przedstawić się jako dwórka królowej, niosąca wiadomość dla Arneala. W ubraniu innymi, niż podczas audiencji, z rozpuszczonymi włosami, w ciemności, nie łatwo było ją poznać.

 

W namiocie księcia ktoś był. Zadrżała, słysząc głos Malkena.

 

– Pojmujesz, książę? Mam na usługach ludzi, którzy zabiją cię w ciemnościach… zabiją twoją córkę i zaprzepaszczą marzenia twego rodu o tronie Avallenre… A przecież, twoja przegrana jutro przyniesie ci same korzyści. Miecz i tak przejdzie w ręce twojego rodu… Pomyśl, ile ziem zagarniesz, ile wpływów… najpotężniejsze imperium od upadku Shnai’ar… To twoja decyzja, książę.

 

– Jesteś sprytnym graczem – odparł elf. – Zastanawiałem się, jak to rozegra ta dziewczynka, po której widać, że nie umie nawet unieść miecza… Zastanawiałem się, kto tu rządzi naprawdę. Teraz już wiem. Cóż, nie ugnę się pod twoimi groźbami, ale ulegnę pokusie. Przegram jutrzejszą walkę. Ugnę się przed wybranką.

 

– Wiedziałem, że jesteś rozsądny, książę.

 

– Jestem. A teraz zostaw mnie.

 

Hildgerd ukryła się w cieniu, gdy najemnik wychodził. Żałowała, że nie ma noża żeby go zabić – ani, że nie umiałaby się tym nożem posłużyć. Ale mogła zrobić coś innego.

 

Gdy Malken oddalił się, weszła do namiotu Arneala.

 

Elf spojrzał na nią z zaskoczeniem.

 

– Pani? Co tu robisz?

 

– Przyszłam negocjować – oznajmiła dziewczyna twardo.

 

Tym razem nie było w niej gry, a czysta desperacja.

 

Elfi książę zaśmiał się.

 

– Negocjować? Co masz mi do zaoferowania?

 

– Grożono ci, panie.

 

Uniósł srebrzyste brwi.

 

– Wiesz?

 

– Podsłuchiwałam.

 

– Więc miałaś szczęście, dziewczynko, że twój kochanek nie usłyszał, jak tu myszkujesz.

 

– Panie, Malken ci groził, więc wiesz, co to za człowiek.

 

– Złożył mi też ofertę. Nie sądzę, że byłabyś w stanie dać mi więcej, mała królowo.

 

– Jego śmierć – oznajmiła. – Śmierć Malkena.

***

 

Stanęła w blasku wschodzącego słońca na wyznaczonym na pojedynek placu. Rano odziano ją w lekką zbroję, zdobioną wspaniale, dopasowaną do jej budowy ciała; zbroję, w której nie poruszała się tak dobrze, jak powinna. Jasna zbroja, czarny miecz. Jedność światła i ciemności czy może światło które nad ciemnością zapanowało?

 

Książę elfów naprzeciw niej skłonił się nisko. Po nim widać było, że umie walczyć i to naprawdę dobrze. Gdyby spotykali się w innych okolicznościach, starłby ją z powierzchni ziemi.

 

Och, ciągle mógł to zrobić. Mógł przyjąć ofertę Malkena, albo żadnej: to elf, po elfach nigdy nic nie wiadomo. Dlatego tak bardzo się bała, gdy nacierał na nią ze swym pałaszem, lśniącym jak miecz samego Auriena, boga słońca.

 

Uniosła miecz w tym, co, jak wiedziała, było żałosną parodią gardy. Malken ją uczył… na tyle, by mogła jako tako udawać, że umie walczyć. Miecz robi resztę, mówili jej poddani.

 

Zbiła cios. Kolejny ześlizgnął się po pancerzu, kolejny sprawił, że zachwiała się i upadła.

 

Jęk przebiegł po jej żołnierzach. Naprawdę wierzyli, że jest w stanie pokonać elfiego księcia? Aż tak wierzyli w jej mit? Śmiałaby się, gdyby nie świadomość tego, jak żałośnie wygląd i że tylko litości Arneala może zawdzięczać to, że nie zginęła od pierwszego ciosu.

 

Książę postanowił jednak grać na własny sposób. Cóż, przynajmniej jest szansa, że wymyślił coś, aby zniszczyć Malkena. Elfia duma nie pozwala puścić płazem gróźb.

 

Poczuła ostrze rapiera na odsłoniętym kawałku szyi. „Zakończ to” – pomyślała. „Tak będzie lepiej. Nie zniosę upokorzenia”.

 

Ale Arneal nie pchnął.

 

– Nie będę brał udziału w tej farsie – oznajmił, cofając broń. – Pani, nie jesteś wojowniczką i hańbą jest zmuszanie cię do walki. Wstań.

 

Nie tego się spodziewała. Podniosła się ostrożnie, za plecami słysząc gniewny syk Malkena. Odwróciła się by spojrzeć mu w oczy i, mimo swoich najlepszych chęci, nie była w stanie powstrzymać strachu.

 

Elfi książę za to uśmiechał się kpiąco.

 

– Nie jesteś jedynym sprytnym graczem, Malken – oznajmił. – Naprawdę sądziłeś, że dam się podporządkować tobie. Albo że ona – Położył dłoń na ramieniu Hildgerd i był to pierwszy od dawna dotyk, przed którym dziewczyna nie miała ochoty uciec. – pozwoli się podporządkować? Jej wysokość nie umie walczyć, ale jest jakiś powód, dla którego to ona odnalazła Czarny Ogień. Myślałem o tym – oznajmił silnym głosem, tak, by słyszało go jak najwięcej ludzi. – Miałem całą noc na przemyślenia, na podjęcie ostatecznej decyzji. Przybyłem tu pragnąć utrzeć nosa aroganckiej dziewczynce: ujrzałem kobietę, której duma i pewność siebie zostały stłamszone, której nie pozwolono decydować za nią samą, którą pokierowano w niewłaściwą stronę. A przecież to wola mieszkańców Svene i wola bogów uczyniły ją królową, to zgodnie z wolą bogów Hildgerd z rodu Gylflingów ma stanąć na czele przyszłego imperium. Ona i nikt inny. Nie musi umieć dzierżyć miecza, by rządzić. Pani – zwrócił się do dziewczyny. – Wydaj rozkaz. Udowodnij, że to ty masz władzę, że to ty jesteś wybraną.

 

Dziewczyna wyciągnęła palec, wskazując na Malkena.

 

– Zabijcie go – poleciła.

 

Z uśmiechem patrzyła, jak jej poddani rzucają się wykonać rozkaz.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Dawno nie czytalem dobrego opowiadania fantasy. Dziękuję. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Treść mi się podobała, wykonanie mniej. Czemu? Może to taka konwencja, dawno już fantasy nie czytałem, ale przede wszystkim strasznie dużo imion i nazw pojawia się w niektórych fragmentach. Zagęszczenie ich niemiłosiernie duże jest. Poza tym znalazłem trochę błędów stylistycznych. I, na Baldra, syna Wodana! pół-brat to po naszemu brat przyrodni:)

 Jedwabie, w które odziano, podkreślały jej kształty, wysoka fryzura i odpowiednio skonstruowane buty dodawały jej wzrostu. Miała wyglądać królewsko. Tylko, że jej twarz nadal należała do młodziutkiej ludzkiej dziewczyny a dłonie zdawały się być za małe do miecza. Och, elfy miały drobne ręce i smukłą budowę, ale układ mięśni czynił je silniejszymi niż człowieka o podobnej posturze. Nie mówiąc już o naturalnej dla nich zwinności. Hildgerd jej nie posiadała. - powtórzenia/zaimkoza

 

Przyjmuję twoje wyzwanie, książę, wiesz, jaka jest cena? - Przyjmuję Twoje wyzwanie, książę. Wiesz , jaka jest cena?

 

I teraz też wyglądał na spokojnego, kiedy klękał przy niej i obejmował ramieniem w pasie. Wzdrygnęła się, gdy jego usta zbliżyły się do jej ucha.



Dodatkowo w kilku miejscach przecinki wariują, ale to drobnostka. A  opowiadanie niczym mnie nie zaskoczyło. Typowa historia fantasy i nic więcej.

 

Pozdrawiam

Mastiff

Dziękuję za dedykację :). Poczytam jak znajdę czas, bo teraz nie dam rady

Jak dla mnie bomba, bardzo lubię opowiadania tzw. magii i miecza. Niby nic oryginalnego, ale bardzo lekko się czyta, wartka akcja. Jest króciutkie, więc liczę na więcej z tego uniwersum.

Do wad zaliczyłbym parę błędów interpunkcyjnych, ale praktycznie nie sposób się ich ustrzec

Pozdrawiam.

Zalth: Ależ proszę bardzo.

tintin: z natłokiem nazw przesadziłam, fakt, ale część było mi potrzebnych żeby czytelnik mógł jakoś zidentyfikować śwait, w którym już umieściłam jeden dłuższy tekst. Ot, urok epic sztampa fantasy i rozległych światów z bogatą, heroiczną historią.

Bohdan: dzięki za wytknięcie błędów. Zaskakiwać nie umiem, niestety.

bmichal100: "Dzieci boga granic" na tej stronie to też Tellea. Tellea zresztą rozległa jest i sporo się tam dzieje :)

Jak na tak krótki tekst, zbyt zawiły początek, topornie się czyta, a sens taki jak zawsze: "kto silniejszy ten wygrywa". No i niestety, żadnej innowacji tu nie ma, klasyczny tekst fantasy, z przerostem treści nad formą. Żeby takie historie naprawdę wciągały i porywały potrzeba na nie więcej treści, bo przy tak krótkim epizodzie, losy bohaterów nie zainteresowały mnie na tyle, by komukolwiek kibicować. Nie bez powodu "Gra o tron" liczy tysiące stron ;) Mimo wszystko, żeby nie było tak brutalnie, tekst jak najbardziej do przeczytania. Gdzieś tam zauważyłam błędy w zapisie, ale się nie skupiałam. 

 

Pozdrawiam 

 

"Kto silniejszy, ten wygrywa"? Raczej "Nie można być zawsze figurantem". Albo "Faux action girl nie umie walczyć, ale może sobie dać radę inaczej".

Podpisuję się pod komentarzem Prokris. Początek jest przeładowany i brzmi trochę tak, jakby ktoś chciał streścić w kilku zdaniach o co chodzi w "Modzie na sukces". Mimo wszystko - całkiem niezłe.

Fabuła nawet mi się spodobała. Dobrze tak, łobuzowi. :-)

Podpisuję się pod zarzutem o przeładowaniu nazwami własnymi. I co z tego, że wskazujesz na świat z innego swojego tekstu? To opowiadanie ma stanowić zamkniętą całość, a nie reklamę dla czegoś innego.

A Monivrian w końcu nie skomentowała. Nieładnie.

Babska logika rządzi!

Opowiadanie, choć krótkie, okazało się całkiem zajmujące. Intryga może nie powala oryginalnością, ale w tym przypadku wystarczyła, bym Wybrankę miecza przeczytała z przyjemnością nie mniejszą od tej, która towarzyszyła lekturze Dzieci boga granic. ;D

 

w ciem­no­ści, nie łatwo było ją po­znać. –> …w ciem­no­ści, niełatwo było ją po­znać.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Strasznie dużo imion na początku, to zniechęca. Ale czytało się nieźle ;)

Nowa Fantastyka