- Opowiadanie: Fladrif - Z piekieł

Z piekieł

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Z piekieł

 

Jacek przycupnął na niewielkiej skałce, w samym centrum piekła, tuż przed tronem Lucyfera. Pod jego stopami świeciło małe jeziorko lawy. Westchnął. Życie… a raczej życie po życiu było takie niesprawiedliwe. Westchnął po raz drugi. Jeden z pomniejszych czartów, odczytujący panu piekieł wykres najciekawszych przestępstw, popełnianych ostatnio na powierzchni, zamarł w połowie zdania. Polak westchnął po raz trzeci. To rozproszyło dwa inne biesy, zabawiające władcę inscenizacją jednego ze słynnych morderstw. Lucyfer, dotychczas śmiejący się i raz po raz klaszczący z zachwytu, zwrócił uwagę na siedzącego u stóp wielkich schodów Polaczka. Jacek Perkowski był jednym z jego ulubionych osadzonych, a życie i kartoteka kryminalna tego niepozornego okularnika ujęły serce starego biesa od chwili, gdy się z nimi zapoznał.

 

– Co się stało Jacku? – spytał Lucyfer, schodząc ze swojego tronu – coś nie tak? Ktoś ci dokucza? Jeśli tak, to natychmiast rozpalam pod kotłami! – Pstryknął palcami, a tuż obok pojawiło się stadko chochlików, niosących wielki gar, z którego przy każdym ich kroku wylewała się smoła.

 

– Nie… to nie to. – Jacek machnął ręką. Jego usta były wygięte w pałąk. – Chodzi o moje życie.

 

– Wiem, wiem. – Lucyfer poklepał go po ojcowsku. – Wiele osób nie może pogodzić się z tym, że kiedyś nadejdzie ich koniec. Na to nic już nie mogę poradzić.

 

– Chodzi mi o to, że minęło już tyle czasu, od kiedy mnie zamordowano, a ja nadal myślę o tym, co po sobie zostawiłem. Nie daje mi to spokoju.

 

– Czemu nie? – Lucyfer uniósł brwi na znak zdziwienia. – Załatwiłeś pięć kobiet, można powiedzieć że hurtowo. Popisałeś się, nie ma co… W całym piekle śledziliśmy twoje postępy, obstawialiśmy wyniki, trzymaliśmy kciuki. Wiem, jesteś ambitny i masz świadomość, że stać cię na więcej, jednak popatrz na to z drugiej strony. Działałeś nienagannie, byłeś czujny jak kot, policja do tej pory nawet nie wie, jak ugryźć sprawę tych morderstw. Nikt nie znał twojego imienia, nikt nie widział twojej twarzy, no może poza ofiarami.

 

– I właśnie to mnie boli Lucjan – powiedział Jacek – skończyłem pod kołami pociągu jak byle kiep. Kariera zapowiadała się znakomicie, miałem plan, miałem środki. Motywu w sumie nie miałem, ale czy to ważne? Wystarczyło jedno przypadkowe popchnięcie na stacji kolejowej i proszę, jestem tutaj i co? Nic! Wiesz jak mnie nazywają teraz, po tylu latach? Nożownikiem z Whitechapel! Nożownikiem! To niesprawiedliwe. Powinienem widnieć we wszystkich angielskich kronikach pod własnym imieniem i nazwiskiem. Powinienem być sławny!

 

– No ale cóż ja mogę na to poradzić? – Szatan westchnął. – Wiesz jak jest, nie ja ustalam zasady. Nie mogę cię ożywić i nie mogę ingerować za bardzo w przeszłość. Inaczej ten na górze powiesiłby mnie na suchej gałęzi, nie powiem za co.

 

– Ale Kłosowskiemu pomogłeś, zmieniłeś przeszłość.

 

– Oj teraz mi będziesz wypominał.

 

– Ja nie wypominam… ja tylko mówię jak jest. Też chciałbym dostać swoją drugą szansę.

 

– Zrobimy tak… – Lucyfer zamyślił się na chwilkę. – Pozwolę ci napisać jeden list. Do kogokolwiek. Nagniemy trochę czasoprzestrzeń i wyślę jednego z moich do Londynu z przesyłką. Ty się podpiszesz, przyznasz do wszystkiego i tyle.

 

– Ale kto w to uwierzy… – Jacek machnął ręką. – Jeszcze za życia ludzie wysyłali do prasy listy jako ja.

 

– Dołączymy coś na dowód… nie wiem, może być jakiś kawałek ofiary.

 

– Ale ja nie mam przy sobie nic, co by należało do którejś z tych kobiet. Nawet paznokcia, nawet głupiego palca.

 

– No to wymyśli się coś na poczekaniu… Mamy chyba gdzieś kawałek nerki w formalinie… Wyślę kogoś na poszukiwania a tymczasem… – Lucyfer pstryknął, a tuż obok niego pojawił się malutki chochlik, taszczący na plecach za dużą jak na niego kartkę papieru i pióro.

 

– A gdzie atrament? – spytał Jacek, biorąc pióro w rękę.

 

– Tutaj jaśnie panie. – Chochlik wyciągnął zza pazuchy niewielką, nawet jak dla niego flaszkę atramentu. – Trochę mało jak na taki wielki list, ale na kilka zdań powinno wystarczyć.

 

– Ech no niech będzie… – Lucyfer machnął dłonią, tym samym odsyłając pomocnika. – Teraz tylko wystarczy namazać kilka słów.

 

– Jak zacząć? – Jacek poskrobał się po głowie. – Cholera jasna, tak dawno nie pisałem listu. Może powinienem napisać skąd piszę. Gdy rodzina przesyłała mi listy z domu, to w nagłówku było napisane „Ze Zgierza”.

 

– Dobry pomysł. Trzeba zachować jakąś elegancką formę, niech widzą, że nie mają do czynienia z byle obwiesiem.

 

– No to będzie tak… – Umoczył końcówkę pióra w czarnym płynie. – Bardziej by pasowało, gdyby atrament był czerwony, no ale trudno. – Jacek zaczął pisać, mamrocząc pod nosem – Z… piekieł… I co dalej?

 

– To zależy do kogo piszesz.

 

– Może do inspektora… albo nie, ten człowiek nigdy nie był zbyt gramotny. O! Już wiem! Napiszę do Luska. Znałem go osobiście, jeszcze za życia, raczej mnie skojarzy.

 

– To już od ciebie zależy. Dla mnie to możesz nawet napisać do św… – Lucyfer przerwał na chwilę, po czym zniżył głos do szeptu i dokończył. – Świętego Mikołaja.

 

– Niech będzie… do Luska. Co by tu dalej… – Drugi chochlik, który wyrósł jak spod ziemi, szturchnął Jacka w bok i podał mu słoik z pływającym w środku organem.

 

– Całej nie było? – spytał, patrząc na pół nerki, zatopionej w etanolu.

 

– Aktualnie tylko to mamy na magazynie – pisnął chochlik.

 

– No to niech będzie tak… Posłał żem panu pół nyrki, którom wyjołem jednej kobicie i zahowałem dla pana… O cholera, dawno nie pisałem po angielsku. Tu mogą być jakieś błędy.

 

– Nie przejmuj się Jacku – Lucyfer przeczytał nakreślone przez przyjaciela słowa – Każdemu się może zdarzyć jakiś błąd ortograficzny, zwłaszcza po tylu latach bez pisania. Zresztą… dla mnie wygląda w porządku.

 

– No dobra… Idziemy dalej. Drugom czenść usmażyłem i zjadłem, dobra była. Mugbym panu wysłać pokrfawiony nusz, którym żem jom wyrżnoł, tylko że pan poczekać trohe muszisz. Niży podpisany No i teraz podpis. Jacek… – morderca naskrobał swoje imię na cienkiej karteczce.

 

– Może wypadałoby jakoś oznajmić, że już nie żyjesz, żeby to faktycznie wyglądało jak list piekła. – Podsunął mu Lucyfer.

 

– Nie mam już tuszu, starczy mi najwyżej na kilka liter. Jak po angielsku pisze się „świętej pamięci”?

 

– Nie wiem… Rzadko bywam w Anglii, jak już to na cmentarzach. A tam na nagrobkach piszą RIP przy nazwisku.

 

– A to to samo?

 

– No chyba tak, w Polsce piszą przy nazwisku ŚP.

 

– Niech będzie i tak… Jacek… RIP… Niech to szlag, pióro wyschło, napisałem tylko pół nazwiska. Potrzebuję więcej tuszu.

 

– Nie mamy czasu. – Lucyfer pokręcił głową. – Jeśli chcemy to wysłać, musimy działać, zanim ten na górze się dowie. – wzniósł palec ku niknącemu w ciemnościach stropowi piekieł.

 

– No i chyba zjadłem jedną literę w imieniu. We własnym imieniu literę zjadłem. Wszystko przez ten cholerny pośpiech…

 

– Daj mi to… – Lucyfer wyrwał kartkę z rąk potępionego. – Wyślę kogoś na powierzchnię… Tylko wcześniej muszę jeszcze wybrać się na górę i… wpisać jedno zdanie do pewnej księgi.

 

*

 

– Pan Lusk? – Nowy listonosz z kręconymi, czarnymi włosami i opaloną twarzą zaczepił otyłego wąsacza, idącego w stronę urzędu. – Mam dla pana przesyłkę.

 

– Przesyłkę? – Przewodniczący Komitetu Czujności uniósł brwi – Od kogo?

 

– Nie wiem… kazano mi to wręczyć panu Georgowi Luskowi i tyle… Nie przywykłem do zadawania pytań, tym sobie tylko biedy napytać można. – Listonosz nasunął czapkę na głowę tak, żeby jego rozmówca nie zobaczył malutkich rogów, wystających ze zmierzwionej czupryny.

 

– Niech będzie… – Lusk nadal był podejrzliwy, czego innego można spodziewać się po członku Komitetu Czujności Dzielnicy Whitechapel.

 

Zerknął na stempel pocztowy, na którym wybito wczorajszą datę. Przeczytał swoje własne nazwisko jako adres odbiorcy, jednak nie było żadnej wzmianki o nadawcy. Potrząsnął paczką, do jego uszu dobiegło cichutkie chlupnięcie. Wzruszył ramionami, wcisnął paczkę pod pachę i dziękując listonoszowi ruszył w stronę urzędu. Za sobą usłyszał jeszcze głośne postukiwanie końskich kopyt, najwidoczniej gdzieś za nim jechała dorożka. Odwrócił się, jednak wokoło nie było nikogo poza listonoszem. Po chwili i ten zniknął za rogiem, a Luskowi towarzyszył tylko miarowy stukot.

 

*

 

– Co to ma znaczyć? – Głos jakiegoś starca rozpłynął się echem po piekielnych salach. – Kto ruszał Księgę Przeznaczenia?

 

– Nie mam zielonego pojęcia! – Lucyfer pochylił głowę ze wstydem. Jego skrzydła, a właściwie ich pozostałość po anielskich czasach, złożyły się na znak pokory. – Przecież mnie znasz.

 

– Właśnie dlatego pytam! Po co się rwiesz jak nie twoje? Po coś pchał tam te włochate łapska?

 

– Kiedy to nie ja, może to ktoś od ciebie.

 

– Nie ma takiej opcji! Widać że ktoś z dołu nabazgrał dodatkowe zdanie w księdze, do tej pory śmierdzi siarką! Jeszcze na dodatek odnośnie Jacka Perkowskiego… NOŻOWNIKA! Księga po to jest zamknięta, żeby żadna łajza jej nie dotykała! Zdajesz sobie sprawę z tego, jakie mogą być konsekwencje?

 

– Ale to tylko jedno zdanie… – Lucyfer zmienił linię obrony. – Ja rozumiem… jakby ktoś… niekoniecznie ja, wojnę jakąś wywołał albo klęskę żywiołową, to można by się wtedy pieklić. Ale to nic z tych rzeczy tylko zwyczajny list. Nic się nie stanie.

 

– To samo mówiłeś, jak chciałeś żeby Hitlera nie przyjęli do szkoły malarskiej! „Co się może stać?” Tak to jest jak ktoś nieprzeszkolony pcha łapy tam, gdzie nie wolno. A potem ludzie giną! – ostatnie zdanie zabrzmiało tak głośno, że gdyby piekło miało jakiekolwiek szyby, to zaczęłyby grzechotać

 

– Spokojnie, nie denerwuj się.

 

– Żeby mi to było ostatni raz! – wykrzyknął starzec na odchodne. Potem nastała cisza.

 

– Mówiłem… – Lucyfer zwrócił się do Jacka, który dopiero teraz wyciągnął palce z uszu. – Że to ja łbem za to odpowiadam? Mówiłem? Mówiłem!

 

– Czyli… że już po wszystkim?

 

– Ta… Poczekaj jakieś dziesięć minut aż świat się odmieni i możesz zobaczyć efekty. Tak jak chciałeś, cały świat pozna twoje nazwisko. Może nawet w szkołach będą o tobie uczyć.

 

– Tak… ale w sumie teraz nie jestem pewien, czy Lusk wpadnie na to, że to ja jestem nadawcą. W końcu to trochę skomplikowane.

 

– No co ty… przecież cię znał. Raz dwa połączy fakty.

 

*

 

George Lusk czekał właśnie na przybycie policji. Był tak roztrzęsiony, że napoczął ukrytą za szafą flaszkę, którą trzymał na czarną godzinę. Od czasu tajemniczych morderstw w jego dzielnicy tych czarnych godzin było coraz więcej. Zerknął jeszcze raz na biurko, na którym leżała otwarta paczka. W środku znajdował się słoik z kawałkiem nerki. Przy nim leżał list. Drżącą dłonią Lusk chwycił zabazgraną karteczkę. Jeszcze raz przeczytał podpis psychopatycznego mordercy.

 

– Jack… Rip…Per. – Lusk zamyślił się – Jack Ripper? – Lusk nie zdawał sobie sprawy z tego, że ten skrawek papieru zapoczątkuje istną lawinę listów, zalewających wszystkie okoliczne komisariaty, a sam dźwięk słów „Kuba Rozpruwacz” będzie rzucał blady strach na wszystkie prostytutki w okolicy Whitechapel.

Koniec

Komentarze

Zgrabne, ładnie na pisane, do tego z humorem. Czytało się bardzo przyjemnie. Za błędami się zbytnio nie rozglądałem, nie lubię sobie psuć lektury, jedno mi się tylko w oczy rzuciło:

Chodzi mi o to, że minęło już tyle czasu, od kiedy mnie zamordowano...

...skończyłem pod kołami pociągu jak byle kiep.

Ciężko mówić o morderstwie przy przejechaniu przez pociąg. Chyba że morderstwo popełniły koła xD

Pozdrawiam, JF ;-)

Jack Felix

Chyba że ktoś wrzucił go pod koła, to jest morderstwo.

Ach, spoko. Dopiero teraz zauważyłem, że przeczytałem "potknięcie" zamiast "pochnięcie". To rzeczywiście zmienia sprawę ;-)

Po kilku dłuższych, męczących i manierycznie napisanych tekstach, z zadowoleniem przeczytałam opowiadanko lekkie, łatwe i przyjemne. Takie w sam raz, by się odprężyć i nie dać wodzić na pokuszenie przy świątecznym stole. Gdyby dziś nie było obficie zastawionego stołu, i nie miałabym do czynienia z innymi tekstami, Twoje opowiadanie też by mi się podobało. ;-)  

 

Jacek przycupnął na niewielkiej skałce, w samym centrum piekła, tuż pod tronem Lucyfera. – Myślę, że Jacek przycupnął na niewielkiej skałce, w samym centrum piekła, tuż przed tronem Lucyfera. Tron chyba nie stał na skałce, na której przycupnął Jacek.

 

Jacek Perkowski był jednym z jego ulubionych osadzonych, jego życie i kartoteka kryminalna… – Powtórzenie.

Może: Jacek Perkowski, jeden z ulubionych osadzonych, którego życie i kartoteka kryminalna…

 

Jeśli tak, to natychmiast rozpalam kotły! – Ja napisałabym: Jeśli tak, to natychmiast rozpalam pod kotłami!

 

Nie ma na to czasu. – Lucyfer pokręcił głową. – Jeśli chcemy to wysłać, musimy to zrobić zanim ten na górze się dowie. – Powtórzenia. Miejscami jest trochę powtórzeń, ale myślę, że uważnie czytając tekst, sam je wyłapiesz.

 

…a Luskowi towarzyszyło tylko miarowy stukot. – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem sympatyczne, na tyle, na ile sympatyczne może być opowiadanie o seryjnym mordercy.

 

Lucek aktywnie współpracujący z szefem mnie ujął.

Całkiem przyjemnie się czytało. Na tyle, że trudno sie do czegoś przyczepić. Co najwyżej do wizji piekła, które chyba powinno być piekłem, a nie przyjemnym domem "emerytów".

Sympatyczna historyjka. Czekamy na kolejne opowiadania.

pozdrawiam

I po co to było?

Sympatyczna historyjka. Tylko zbyt wielu rzeczy można się domyślić po haśle “Whitechapel”.

Babska logika rządzi!

Szybko można się domyśleć zakończenia, ale czytało się całkiem nieźle.

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka