- Opowiadanie: vyzart - Czarodziejka i matematyk

Czarodziejka i matematyk

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Czarodziejka i matematyk

Czarodziejka spogląda w przepaść, rozciągającą się za barierką. Morze ludzkich głów rozlewa się na odległym chodniku, a pomruk węża samochodów zupełnie ginie pośród szumu wiatru. Dopiero teraz zdaje sobie sprawę, jak złym pomysłem było wbiegnięcie na dach wieżowca. Ze wszystkim możliwych dróg ucieczki wybrała najgorszą. Teraz ten pokraczny familiar dopadnie ją i rozszarpie jak kukłę.

Omiata szaleńczym spojrzeniem otoczenie. Szary beton, kilka rusztowań i stal zatrzaśniętych drzwi, które nie będą nawet ułamkiem przeszkody na drodze rozpędzonej bestii. Wokół nie ma nawet kałuży, niczego co dałoby się wykorzystać do obrony. Gdyby chociaż zanosiło się na deszcz, z tej wysokości mogłaby spróbować transfiguracji chmur, ale w górze naśmiewał się z niej tylko pusty błękit. Świat jak zwykle rzuca kłody pod nogi.

Z tego, że nie jest sama zdaje sobie sprawę dopiero po chwili.

– Jeśli chcesz się zabić, pośpiesz się, proszę. – Gdy słyszy męski głos, prawie podskakuje ze zdumienia.

Przez moment nie może wydusić z siebie słowa. Widok mężczyzny, siedzącego na składanym krześle, z długopisem za uchem i pogniecionymi kartkami w garści całkowicie wytrąca ją z równowagi. Natychmiast karci się w duchu. Jak mogła go nie zauważyć? Taka nieuwaga kosztuje czasem życie.

– Stań na tamtym znaku i przechyl się przez barierkę – kontynuuje nieznajomy, wskazując na niechlujnie nakreślony krzyżyk kilka metrów na lewo. – Umieściłem tam zmodyfikowany tunel Pascala, więc prawdopodobieństwo natychmiastowej śmierci po skoku wynosi dziewięćdziesiąt osiem procent.

– Nie przyszłam się zabić! – syczy czarodziejka przez zaciśnięte zęby.

– Szkoda. – Mężczyzna marszczy czoło w wyrazie delikatnego rozczarowania. – Samobójcy zawsze zostawiają ładne wzorki na chodniku.

Zanim jej usta opuszcza cięta, pełna sarkazmu riposta, słyszy trzask. Odruchowo spogląda na drzwi tylko po to by dostrzec wgniecenie na gładkiej powierzchni metalu. Najpierw jedno, potem drugie i trzecie. Stal odgina się pod naporem nieznanej siły i czerwienieje, jakby uderzył w nią strumień lawy. W końcu konstrukcja ustępuje, zamieniając się w niezgrabny kawał nadtopionej blachy, a z mroku klatki schodowej wylewa się przeraźliwy, oślepiający żar.

Dopiero gdy kobieta ściska powieki, dostrzega pośród płomienistej jasności zarys czerwonego cielska i pyska, wypełnionego rzędami gorejących kłów. Wtedy właśnie spojrzenie natrafia na dwa czarne punkty pośród morza ognia. Puste, mroczne oczy natychmiast ją rozpoznają. Potężna łapa opada, krusząc powierzchnię dachu, a powietrze przeszywa przerażający ryk.

Zahipnotyzowana ognistą siłą, nawet nie zauważa, kiedy nieznajomy znajduje się tuż obok.

– Fajny zwierzak. Twój? – pyta, składając własne siedzisko. – Powinnaś go trochę lepiej wytresować. Lubiłem te drzwi.

– Oczywiście, że nie! – krzyczy wiedźma, dając upust całej swojej frustracji. Napięta atmosfera zdaje się rozsypywać jak domek z kart w zetknięciu z tym dziwakiem. – Ten stwór chce mnie zabić!

– Czyżby? – Nieznajomy przekrzywia głowę z niedowierzaniem, po czym uśmiecha się przymilnie do bestii. – Kici, kici. Chodź do pana, kotku.

W pustych oczach potwora przez chwilę odbija się obraz uśmiechniętego człowieka, który muska palcami poły własnego kitla i kreśli w powietrzu kilka cyfr, po czym kiwa zapraszająco jak do małego, zagubionego dachowca. Chwilę później odbicie znika, zakryte nagłym przypływem zwierzęcej nienawiści. Familiar charczy złowrogo, pochylając się do skoku. Ułamek sekundy później jest już tylko smugą pędzącego inferno.

Kobieta krzycz odruchowo, lecz jej głos tonie w trzasku płomieni. Sparaliżowana strachem, niezdolna do ruszenia chociażby palcem, przeklina własną niemoc. Gdy już niemal czuje, jak rozżarzone kły rozrywają kark, bestia rozpada się. Piekielny potwór, którego nie imały się jej najlepsze zaklęcia, rozpływa się w ciągu jednego uderzenia serca. Zupełnie, jakby nigdy nie istniał.

Musi zamrugać kilkukrotnie, by przekonać własny umysł, że nie padł ofiarą jakiejś pokracznej iluzji.

– To twoja sprawka, prawda? – pyta, odsuwając się nerwowo. Dotąd pełne strachu rysy ściąga napięcie, a w myślach zaczynają układać się komendy ochronnego uroku. Kobieta nagle zdaje sobie sprawę, że ten dziwak może być groźniejszy od piekła na czterech łapach, które ścigało ją do tej pory. – Kim jesteś i jak to zrobiłeś?

– Jestem matematykiem – stwierdza mężczyzna, drapiąc się w skroń. – Wymusiłem tylko negatywny wynik algorytmu, warunkującego istnienie stworzenia na tej płaszczyźnie rzeczywistości. To chyba oczywiste.

Czarodziejka nie odpowiada. Próbuje dostrzec w rozmówcy ukryte pokłady mocy, lecz widzi jedynie bladego, nieogolonego mężczyznę, który tonie w połach kitla, pokrytego rzędami cyfr. W jasnych oczach, zamiast iskier potężnej magii, kryje się tylko nić szaleństwa. Błękit jego źrenic przybliża się stopniowo, aż w końcu znajduje się tuż przed twarzą kobiety. Jest tak pochłonięta własnymi myślami, że nawet nie zauważa kiedy mężczyzna podchodzi tak blisko.

– Masz może jakieś skrzydła pod bluzką?

Kobieta z westchnieniem stwierdza, że absurd słów nieznajomego całkowicie przestaje ją dziwić. Ludzka zdolność adaptacji jak zwykle robi na niej wrażenie.

– Nie. – W ubraniu chowa co prawda wiele rzeczy, zarówno tych użytecznych, jak i śmiertelnie niebezpiecznych, ale pierzaste kończyny nie są jedną z nich.

– Trudno, w takim razie będziemy musieli skoczyć.

Mężczyzna przerzuca przez ramię składane krzesło i podrywa ją z ziemi szybkim ruchem.

Zanim wiedźma może chociażby pomyśleć o reakcji, spada już z dachu wieżowca w ramionach szaleńca. Nie próbuje się wyrywać, ani walczyć. W obliczu rosnącego w oczach chodnika, wszelkie próby oporu wydają się bezcelowe. Przygryza tylko lekko wargi, zdając sobie sprawę, że będzie kompletnym pośmiewiskiem, gdy wszyscy dowiedzą się jak skończyła. Cały magiczny świat będzie śmiał się w to, co zostanie z jej twarzy, a krwawa plama, którą za chwile się stanie, na długo pozostanie ulubioną anegdotką towarzyskich przyjęć.

Teraz pozostaje jedynie zacisnąć powieki i czekać na koniec. Ten jednak nie nadchodzi. Włosy, mierzwione dotąd pędem powietrza, opadają swobodnie na ramiona, a zamiast trzasku miażdżonych kości daje się słyszeć tylko dźwięk butów, delikatnie uderzających w płyty chodnika.

Kiedy w końcu decyduje się otworzyć oczy, mężczyzna stawia ją właśnie na ziemi. Bez zastanowienia odpycha go i bada okolicę pobieżnym spojrzeniem. Wygląda na to, że wylądowali w szczelinie między wieżowcem, a sąsiednim budynkiem urzędowym. Przynajmniej nie będzie musiała martwić się o niepotrzebne zainteresowanie ze strony przechodniów. Skupia wzrok na sylwetce dziwacznego mężczyzny i przygryza wargi.

Wreszcie podejmuje decyzję.

 

***

 

Mieszkanie prezentuje się dość nietypowo. Z zewnątrz szare i zaniedbane, jakby pokryte odpadającym tynkiem mury od pół wieku nie czuły dotyku ludzkiej ręki. W środku natomiast wciąż pachnie świeżą farbą.

Wygląda jak kartka papieru.

Wnętrze wypełnia biel tak czysta, że przyćmiewa sterylność najlepszego ze szpitali. Ze ścian wylewa się na podłogę i meble, rozrzucone w pozornym bezładzie. Śnieżną doskonałość zakłócają jedynie znaki. Cyfry i równania, atramentowo czarne, wyzierają z każdego zakamarka, nadając mieszkaniu wygląd notesu szalonego naukowca. Pośrodku tego liczbowego chaosu tkwi niski stolik, a na nim dwie filiżanki, wypełnione po brzegi gorącą herbatą.

Czarodziejka muska palcami jedną z nich i niepewnie zagląda do środka. Przez chwilę wydaje jej się, że oplatające naczynie cyfry poruszają się, jakby w desperackiej próbie wpełznięcia do naparu. Odtrąca tę myśl i unosi głowę, mierząc wzrokiem swego rozmówcę.

Mężczyzna siedzi na podkurczonych nogach, czule obejmując palcami filiżankę. W pokrytym cyframi kitlu i białych rękawiczkach sprawia wrażenie niepodzielnego władcy tego liczbowego chaosu. Nawet nieogolona twarz i niechlujnie sterczące włosy zdają się współgrać z otoczeniem w pewien przewrotny sposób. Wiedźma nie wie czy to tylko fasada, ale za półprzymkniętymi powiekami dostrzega przenikliwy intelekt, przyprószony drobinkami szaleństwa. Nie są to jednak oczy drapieżnika, raczej dziecka, które od kopania piłki z kolegami woli obliczać trajektorię jej lotu.

– Przypomnij mi, co ty tu właściwie robisz? – Głos mężczyzny wyrywa ją z zamyślenia. W odpowiedzi wzdycha, uzmysławiając sobie, że to pytanie powinno było zostać zadane zanim usadził ją przy stole i podał filiżankę herbaty.

– Powiedziałam ci już, że będę chodzić za tobą, aż nie dowiem się co to była za magia i dlaczego dotąd nie słyszałam o niczym podobnym?

Matematyk patrzy na nią przez moment, a kiedy odczytuje powagę z jej rysów, wybucha śmiechem. Pokój wypełnia irytujący chichot, którym rodzice obdarzają pociechy, gdy te bezmyślnie podważają fundamentalne prawa fizyki.

– Nie bądź niemądra. Magia nie istnieje.

Kobieta mimowolnie zgrzyta zębami. Bez namysłu odpina jeden z talizmanów, przyczepionych do przewieszonego przez szyję łańcuszka. Jej rodzina od pokoleń specjalizuje się we wzmacnianiu przedmiotów mocą. Odkąd skończyła cztery lata potrafiła wplatać nitki uroków między warstwy szkła czy płaty metalu. Teraz, po wielu latach okupionej morderczym wysiłkiem praktyki, może wypełnić potężną klątwą nawet niewielki wisiorek. Jak miedzianą blaszkę wielkości paznokcia, którą ściska właśnie między palcami. Podrzuca ją i szepcze czule, niby do kochanka, z uwagą obserwując jak płytka wpada do stojącej przed mężczyzną filiżanki. Metal błyska delikatnie, gdy styka się z naparem. Ułamek sekundy później gorąca ciecz jest już strzelającym w górę słupem lodu, zabarwionym herbacianą zielenią

– Wytłumacz mi zatem co to było, jeśli nie magia?

– To świecidełko pełni funkcję kalkulatora, wykonującego za ciebie niezbędne obliczenia, a samo zjawisko to nic innego jak wiersz dopisany do kodu rzeczywistości. Na tyle krótki, że nie wywołuje błędu w algorytmie sprawdzającym, który poprzedza egzekucję całości – odpowiada mężczyzna, wzruszając ramionami, zupełnie jakby mówił o najbardziej oczywistej rzeczy we wszechświecie. – Luhn bardzo ciekawie opisał to zjawisko.

– Innymi słowy, kiepskie szarlataństwo. – Kontynuuje po chwili milczenia. Jego spojrzenie wyostrza się, rozpraszając tkwiącą w nim dotąd naiwną dobrotliwość. Mężczyzna przesuwa palec po rękawie kitla. Czarodziejka odnosi wrażenie, że namalowane na nim liczby, pulsują przez nieskończenie krótki moment w zatknięciu z bielą rękawiczki. – Nie znasz zasad, więc tworzysz własne. Próbujesz oszukać Świat, zmusić by nagiął się do twojej woli, lecz oszukujesz tylko siebie. Badacze liczb nie publikują wszystkich swoich badań właśnie po to, by nie rozprzestrzeniać tak bzdurnych praktyk.

Gdy dociera do mankietu, unosi dłoń, muskając lodową kolumnę. To wystarczy, by zaklęcie zniknęło. Nie pęka pod naporem siły, ani nie rozpada się w kontakcie z rozpraszającym urokiem. Po prostu przestaje istnieć. W jednej chwili ciecz jest słupem magicznego lodu, w drugiej niczym nie zmąconą taflą gorącej herbaty.

Twarz kobiety wykrzywia grymas piekącego bólu, a granice pola widzenia wypełniają czerwone plamki. Zupełnie jak w dzieciństwie, kiedy próbowała rzucać źle skonstruowane zaklęcia. Ze zdumieniem stwierdza, że czuje strach. W jakiś niewytłumaczalny sposób boi się tego mężczyzny.

Ich spojrzenia spotkają się. Czarodziejka wpatruje się w niebieską głębię, przejrzystą niczym tafla oceanu. Wtedy czuje coś jeszcze. Fascynację. Nie chce się do tego przyznać nawet przed sobą, ale ten człowiek intryguje ją bardziej niż cokolwiek do tej pory. Nie ma w nim ani grama magii, nawet najmniejszej wibracji aury, a mimo to złamał jej zaklęcie, jakby nie było niczym więcej niż łamigłówką w książeczce z obrazkami.

Próbuje coś powiedzieć. Choć jedno słowo, które pozwoliłoby wyrwać się z uroku szklistego błękitu. Wtedy słyszy trzask. Odruchowo odwraca głowę, w samą porę, by zobaczyć jak roztrzaskane drzwi uderzają w ścianę. Przez ułamek sekundy widzi ogniste języki, wpełzające do środka niczym stado wygłodniałych węży, moment później przed oczami ma już tylko płomienistą czerwień. Świat wypełnia szkarłat.

A potem ciemność.

 

***

 

Gdy otwiera oczy, czuje że trafiła w sam środek koszmarnego snu. Spalona, gliniasta ziemia rozciąga się po horyzont siecią pęknięć. Idealnie płaska, bez najmniejszych wybrzuszeń, zupełnie jakby ktoś przejechał przez piekło rozgrzanym walcem. Nad pustynią góruje purpura. Dziwaczna parodia nieba wdziera się pod powieki czerwienią, przyprawia o mdłości. Niewyraźny zarys wielkich zębatych kół, obracających się zawsze gdzieś na granicy pola widzenia, nadaje mu pozór dzieła szalonego artysty.

Nie może się ruszyć. Stalowe kajdany krępują nadgarstki za plecami i oplatają łańcuchem wbity w ziemię pal. Druga para wyrasta wprost z popękanej gliny, zamykając kostki w zimnym uścisku. Jak ręce nieboszczyka.

Przed nią stoi ten, przed którym próbowała uciec. Przygląda się kobiecie drapieżnie, napawa własnym triumfem. Smakuje zwycięstwo. A potem uśmiecha się w ten przedziwny sposób, który zawsze kojarzył jej się z rozszarpującym padlinę krukiem.

– Witaj, kochanie. – Oczy mężczyzny błyszczą figlarnie na tle nieba. – Nie uważasz, że uciekanie przed własnym narzeczonym nie przystoi poważnej czarodziejce?

– Nie – odpowiada hardo, prawie spluwając słowami w przystojną twarz maga. – Uważam za to, że poważny narzeczony nie powinien szczuć ognistych bestii na swoją ukochaną.

Mężczyzna w odpowiedzi macha jedynie dłonią, jakby te wszystkie tygodnie, które czarodziejka spędziła uciekając przed nim, były jedynie drobnym nieporozumieniem.

– Przesadzasz, skarbie – kwituje, wzruszając ramionami. – To wszystko w imię miłości, sama rozumiesz.

– Nie rozśmieszaj mnie. – Kobiece usta wykrzywia pogardliwy grymas. – Oboje dobrze wiemy, że potrafisz kochać jedynie siebie.

Zamiast słów nadchodzi ból. Silna dłoń zaciska się wokół szyi, niemal miażdżąc krtań. Kobieta unosi głowę w desperackim odruchu, jednak wbijające się w skórę palce nie pozwalają złapać nawet odrobiny powietrza. Mężczyzna przysuwa głowę tak blisko, że czarodziejka czuje na ustach ciepło jego oddechu. Figlarne spojrzenie fircyka zmienia się w przekrwiony wzrok szaleńca.

– Nie drażnij mnie, szmato! – wrzeszczy jej prosto w twarz. – Nie zapominaj kim jesteś. Pieprzonym konstruktem. Homunkulusem, stworzonym, bo twój ojciec nie mógł dorobić się potomka. Powinnaś całować moje stopy z wdzięczności, że w ogóle na ciebie spojrzałem.

Mag ma ochotę ją uderzyć. Zmiażdżyć tę śliczną mordkę tak, by przypominała jedynie rozdeptany owoc. A potem poskładać najboleśniejszym z zaklęć. Chcę pokazać jej, kto tu rządzi. Udowodnić, że tylko on jest panem sytuacji, dzierży władzę absolutną. Wszystko w imię edukacji, inaczej wiedźma będzie się buntować, łudzić, że wciąż ma szansę na ucieczkę. Czarownik wie, że powinien był to zrobić na samym początku. Rozbić nadzieję w drobny pył, zamienić dumną kobietę w posłuszną lalkę. Teraz pozostaje mu jedynie przyznać się do błędu. Nawet geniusze nie są doskonali. Najważniejsze to wyciągać wnioski z własnych pomyłek.

Żelazny uścisk palców zmienia się powoli w czuły dotyk, a subtelny uśmiech zastępuje grymas morderczej furii. Czarodziejka niemal zachłystuje się powietrzem i kaszle kilkukrotnie. Gdy unosi głowę, jej oczy płoną. Poblask nienawiści oszpeca bursztynowy błysk tęczówek. Usta otwierają się, by wyrzucić z siebie pełen obelg krzyk, lecz wystarczy jeden gest maga, nic ponad delikatne muśnięcie palcem kobiecych warg, by słowa ugrzęzły w gardle.

– Czy ty naprawdę nie rozumiesz, że cię kocham? – mówi mężczyzna miękko, gładząc wiedźmę po policzku. Zupełnie jakby cała agresja w ułamku sekundy zupełnie z niego wyparowała. – Jesteś nieziemska. Rozpaczliwie śliczna, tak piękna, że aż chce mi się płakać. Nawet odpychające złote oczy homunkulusa przyciągają mnie i hipnotyzują. Szaleję za tobą. Tak bardzo, że najchętniej rozszarpałbym cię na strzępy. To musi być miłość, prawda?

– Jesteś szalony – rzuca kobieta nim urok znów odbiera jej głos.

Odpowiada jej śmiech. Piekielny rechot, pasujący bardziej do demona niż arystokraty magicznego świata. Po chwili słyszy coś jeszcze. Jakby skrzypienie otwieranych drzwi, nagłośnione dziwaczną akustyką czerwonej pustyni. Mag również musi to słyszeć. Oboje odwracają głowy niemal jednocześnie.

W miejscu, z którego dochodził dźwięk, zieje wyrwa. Prostokątna szpara tuż nad ziemią. Zupełnie jakby ktoś wyciął kawałek purpury nieba, by odsłonić skryty za nią inny świat. Na jej tle stoi matematyk. W tym samym naznaczonym rzędami cyfr kitlu i białych rękawiczkach, zupełnie jakby eksplozja, która spustoszyła jego mieszkanie była jedynie iluzją. Mężczyzna odgarnia z czoła pukle czarnych włosów i rozgląda się wokół, gwiżdżąc z aprobatą.

– Bardzo ciekawe wykorzystanie teorii wieloświatowości Schrödingera – rzuca, spoglądając z uznaniem na maga. – Ciekawi mnie tylko jedna kwestia. W jaki sposób udało ci się zachować superpozycję stanów kwantowych dwóch rzeczywistości, mimo pojawienia się w układzie obserwatora? Ta płaszczyzna powinna się rozsypać. Gdzie tkwi sztuczka? Jaki jest na to wzór?

– Nie wiem, o czym mówisz, ale mam dobry humor, więc pozwolę ci odejść – stwierdza czarownik, taksując przybysza badawczym spojrzeniem. – Albo nie, zmieniłem zdanie.

Mag odwraca głowę, rzucając kobiecie wymowne spojrzenie, a jego usta drgają ledwie dostrzegalnie. Dwa uderzenia serca później miejsce, w którym stoi dziwak jest już w samym środku słupa ognia. Wielkiej kolumny wijących się płomieni, otoczonej pasmem spopielonej ziemi.

Czarodziejka zamiera z szeroko otwartymi oczami. Wie, że niektórzy adepci przeznaczają całe fortuny na tworzenie własnych światów, ale dopiero teraz zdaje sobie sprawę z potęgi, jaką może zyskać właściciel w wykreowanym przez siebie fragmencie rzeczywistości. Światotwórstwo do tej pory traktowała jedynie jako kosztowną, czasochłonną fanaberią arystokratów, nie mającą racji bytu w magicznych starciach. W końcu nałożenie na siebie dwóch rzeczywistości jest skrajnie trudne, a wprowadzenie do takiego tworu kogoś wbrew jego woli wręcz graniczy z niemożliwością. Najchętniej zaczęłaby wyrywać sobie teraz włosy z głowy na samą myśl, że udało się to właśnie temu nadętemu szaleńcowi.

Spogląda w bok. Spodziewa się zobaczyć jedynie zwęglone szczątki i niesiony wiatrem pył, ale czuje, że jest to winna mężczyźnie, na którego bezwiednie sprowadziła śmierć. Choć tyle może zrobić, by przeprosić za wciągnięcie go w tę pokrętną sytuację. Gdy patrzy na wypaloną w glinie parodie kręgu, jej oczy po raz kolejny rozszerzają się ze zdumienia. Matematyk siedzi pośród ciepłej wciąż ziemi, zupełnie jakby smagnął go podmuch wiosennego wiatru, a nie spirala gorejącego żaru. Bez słowa wstaje, masując obolały kark, po czym strzepuje z kitla drobinki piasku.

Mag nie okazuje zaskoczenia. Instynktownie czuje, że jego zaklęcie było nieskuteczne. Teraz mierzy nieznajomego wzrokiem, a jego źrenice zwężają się drapieżnie.

– Jestem Szkarłatnym Płomieniem, Tkaczem Żaru i Konstruktorem Piekieł, magiem szóstego kręgu i władcą tego miejsca – mówi oficjalnie, układając w myślach komendy kolejnego uroku. – Kim jesteś i jak oparłeś się mojej magii?

Matematyk wzdycha, wzruszając ramionami w geście kompletnego zrezygnowania.

– Kolejny czubek. Urwaliście się dziś wszyscy z zakładu zamkniętego? Tłumaczyłem już przecież tej pani, że…

Nim kończy zdanie, glina pod stopami wybrzusza się, by pół uderzenia serca później wypluć stalowe ciernie. Metaliczne pędy strzelają w górę setkami poskręcanych kolców, gotowych rozszarpać wszystko, co stanie na ich drodze. Ciało mężczyzny mijają o grubość włosa. Ratuje go łut szczęścia, drobny zbieg okoliczności, który sprawia, że dziwak potyka się o własne nogi, przez przypadek schodząc z drogi ciernistej śmierci.

Nim odzyskuje równowagę, pędy spowija ognista łuna. Ciernie w jednej chwili topią się, rozgrzane do białości czerwienią piekielnych płomieni. W drugiej są już pokraczną, czworonożną kreaturą, zlepioną ze stali i żaru. Stwór gotuje się do ataku, szczerząc gorejące kły, lecz tuż przed skokiem zahacza łapą o szczelinę w ziemi, dając matematykowi ułamek sekundy wystarczający, by uniknąć natychmiastowego rozszarpania.

Bestia chwyta jedynie powietrze, a mężczyzna rzuca się do ucieczki. Jednak sparaliżowane strachem nogi odmawiają posłuszeństwa. Kolana uginają się i dziwak upada po raz kolejny. Płomienny potwór, który ułamek sekundy wcześniej odbił się od ziemi, obnażając czerwone zębiska, teraz kłapie niezdarnie paszczą, niesiony siłą bezwładności tuż nad plecami matematyka. Stwór ląduje, jeszcze w powietrzu obracając cielsko, lecz nim wyprowadza kolejny atak, jego łapy w całości zapadają się w ziemię. Czarna pustka oczu ze zdumieniem wpatruje się w wir gorącej lawy, który jeszcze przed sekundą był jedynie spękaną gliną.

Twarz maga wykrzywia grymas bezdennej wściekłości. W głębi ducha chciał, by nieznajomy, który nieproszony wkroczył do jego świata, okazał się dobrym przeciwnikiem. Miał nadzieję na pojedynek godny opowieści, zderzenie dwóch potężnych mocy, wypełniające powietrze rozkosznym zapachem magii. Sądził, że człowiek zdolny przeżyć spotkanie z kolumną najgorętszych płomieni, zapewni mu choć trochę rozrywki, lecz ten, z pełną premedytacją, stara się doprowadzić go do furii. Zamiast czarnoksięskich zmagań dostał pokraczną komedię, kiepski slapstick. Nawet gdy transfigurował ziemię w ognistą pułapkę, by zagrodzić mu drogę, wpadła w nią tylko jego własna bestia.

Ma dość.

Czarodziejka czuje, że pieką ją oczy. Nie mrugnęła chyba ani razu od kilku minut, niezdolna oderwać wzroku od rozgrywającego się widowiska. Usta stojącego przed nią maga niestrudzenie szepczą formuły nowych zaklęć, a ręce pogrążone są w hipnotycznym tańcu, bezbłędnie splatając się w szeregi wymyślnych znaków. A świat nagina się do woli swego pana. Wybucha fontannami płomieni, rozlewa się rzekami ognia, warczy gardłami bestii, żywcem wyjętych z koszmaru. Matematyk znajduje się w samym środku tego piekła, skleconego z magii, ognia i stali. Wygląda jak kukła w dziecięcym teatrzyku, która potyka się i przewraca, za każdym razem o włos unikając niebezpieczeństwa. Kobieta przygląda mu się z zapartym tchem i po chwili jest już pewna. W tym szaleństwie jest metoda. Dłonie dziwaka, rozrzucane pozornie bezładnie przy pokracznych akrobacjach, za każdym razem muskają kitel, a palce zwinnie kreślą w powietrzu rzędy cyfr. Mężczyzna w jakiś sposób nagina każde z zaklęć, by mijały go o włos. Jak wtedy, gdy rozbił jej urok jednym dotykiem.

I biegnie. Zatacza się, potyka, lecz prze cały czas w jednym kierunku. Czarodziejka dopiero teraz zdaje sobie sprawę, że mimo ciągłego przemieszczania, odległość między nimi nie zmienia się.

Okrąg.

Mag również musi zdawać sobie z tego sprawę. Jego rysy tężeją, a po skroni stacza się kropelka potu. Jednak zanim może zareagować, jest już za późno. Matematyk zatrzymuje się, zamaszystym ruchem kreśląc ostatnią z cyfr. W efekcie widać jedynie błysk. Krótki i niepozorny, rozświetla na ułamek sekundy rzędy równań, otaczających dwie sylwetki. Nie ma eksplozji, iluzji, ani potwornych emanacji, które towarzyszą zazwyczaj pokazom magicznej potęgi. Jedynie ledwo dostrzegalny poblask liczb, tak skromny, jak ich pan.

To wystarczy.

W jednej chwili czarownik wyrzuca z siebie komendy najbardziej destruktywnych zaklęć, jakie zna. W drugiej blednie, nie mogąc złapać oddechu, a drapieżne dotąd oczy zachodzą mgłą. Mag upada wprost w nieprzyjazne objęcia ziemi.

Świat odchodzi wraz ze swoim władcą. Purpura nieba pęka, odpada jak tynk z zaniedbanego sufitu, odsłaniając coraz większe połacie sklepienia magazynowej hali. Grudy gliny pękają, kruszą się i rozdrabniają, z każdą sekundą coraz bardziej przypominając drobinki piasku na niesprzątanej podłodze. W końcu znikają zupełnie, pozostawiając pod stopami jedynie chłód brudnej płyty. Suche powietrze pustyni przechodzi stęchłą wilgocią i wypełnia się wszechobecnymi drobinkami kurzu.

Znika również pal, a kajdany stają się jedynie nieprzyjemnym wspomnieniem. Po pustynnej równinie nie ma śladu. Zamiast niej wyrasta zaniedbany magazyn.

Czarodziejka spogląda na leżącego nieruchomo maga.

– Czy on…? – rzuca, nie mogąc dokończyć zdania.

– Zemdlał – odpowiada matematyk, wyczuwając wahanie w głosie kobiety. – Niedobór magnezu, przemęczenie. Zdarza się.

Czarodziejka odpręża się. Nienawidzi tego człowieka z całego serca, ale nie jest tak wyzuta z uczuć, by życzyć mu śmierci.

– I oczywiście nie maczałeś w tym palców?

– Może trochę. – Mężczyzna wzrusza ramionami, masując zmęczone nadgarstki. – Straszny z niego szczęściarz, swoją drogą. Musiałem spełnić wszystkie dziesięć aksjomatów Kołmogorowa zanim udało mi się wpłynąć na prawdopodobieństwo. Nigdy nie miałem daru do przestawiania zdarzeń losowych w organizmach żywych.

Zapada cisza. Pozbawiony napięcia, spokojny bezdźwięk, który pozwala choć na chwilę zapomnieć o piekle, jakie się przeszło. Kobieta unosi wzrok i spogląda w błękit oczu matematyka.

– Dlaczego po mnie przyszedłeś?

– Nie dopiłaś herbaty.

Czarodziejka wybucha śmiechem, gdy tylko słyszy odpowiedź. Po raz pierwszy od wielu dni czuje, że może się uśmiechnąć. Sposób bycia mężczyzny, z początku irytujący i nie do zniesienia, teraz daje ukojenie.

Zanim na usta spływa odpowiedź, matematyk jest już przy niej. Jednym ruchem podnosi ją z ziemi, jak księżniczkę w dziecięcych bajkach, i rusza do wyjścia.

– Co ty…?!

– Trzymajmy się konwencji – przerywa jej wpół słowa.

– Jakiej znowu… zresztą, nieważne. Wolę nie wiedzieć. – Wiedźma wskazuje podbródkiem na leżącego obok czarownika, po czym obejmuje matematyka ramionami, wmawiając sobie, że to jedynie odruch. – Co z nim zrobimy?

– Nic. Zaskoczył mnie trochę nakładką rzeczywistości, która nie rozpada się przy pomiarze, ale cała reszta była poniżej średniej. Takie algorytmy składałem mając dwanaście lat. Jeśli będzie się naprzykrzał, dostanie jeszcze jedną lekcję. Liczby są po mojej stronie.

– A co byś powiedział, gdybym to ja poprosiła cię o kilka lekcji tej twojej matematyki?

– Chętnie. Przy herbacie?

– Przy śniadaniu.

Koniec

Komentarze

W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że wiem, iż istnieją jedynie trzy aksjomaty Kołmogorowa, ale pozwoliłem sobie odrobinę nagiąć i "ufantastycznić" pewne prawa matematyki. Mam nadzieję, że nie zostanę za to pobity, ani zwyzywany.

Życzę przyjemnej lektury i z góry dziękuję wszystkim, którzy się na nią odważyli.

Sam pomysł - mało oryginalny, ale ujdzie, zderzenia nauki z magią zawsze niosą w sobie jakąś fabularną obietnicę. Szkoda tylko, że nie wygrałeś _lepiej_ tego, że matematyka może być magią, a magia matematyką, no i trochę ta historyjka mało wciągająca. Ale niestety przede wszystkim chciałoby się zakrzyknąć: stylu, stylu! Czas teraźniejszy - zły pomysł, to się rzadko sprawdza po polsku, trzeba być mistrzem, żeby się za to brać. Dialogi - jak z polskiego serialu, drętwe i nienaturalne. Zdania w rodzaju "Zanim jej usta opuszcza cięta, pełna sarkazmu riposta, słyszy trzask." to jakiś stylistyczny i gramatyczny horror. Najlepiej byłoby to opowiadanie napisać na nowo, wywalając z niego wszelkie stylistyczne wygibasy i nieudane metafory...

Lektura była przyjemna. Orginalne i wciągające, gratuluję.

Postać Matematyka, zwłaszcza gdy z podkulonymi nogami czule obejmowała filiżankę herbaty, sympatycznie mi się kojarzyła z L z mangi Death Note

(...)  jakby te wszystkie tygodnie, spędzone uciekając były jedynie drobnym nieporozumieniem.   

Czy można prosić o autorską interpretację tego zdania?  :-)  To znaczy: przypuszczam samochwalczo, że wiem, co to miało znaczyć, jaką nieść informację, ale tak jakby trochę nie wyszło, no i chciałbym się upewnić...  :-)   

Popraw toto cudo; zmienił się podmiot, jak mniemam, niepoprawnie użyłeś imiesłowu, czego jestem pewien...  

Przeczytałem jednym ciągiem, co o czymś świadczy. Dobry pomysł, zderzenia odmiennych sposobów posługiwania się tym samym "budulcem świata i rzeczywistości", że tak to nazwę. Jedynie narrracja, nieustannie teraźniejsza, stopniowo przestaje grać emocjonalnie --- tekst jest za długi na jednolitą w czasie teraźniejszym, a część scen najzwyczajniej nie wymaga jej stosowania. Ale, generalnie, bardzo mi się.

Fascynujące. Romantyczna historia z matematyką w roli głównej. I mi się bardzo podobało! Niesamowite.

Tylko ten czas teraźniejszy - zazwyczaj nie rozumiem stosowania go w literaturze i zazwyczaj mi on nie odpowiada. Tak samo tutaj. Powstało kilka językowych wygibasów, no i ustatycznił (jest takie słowo w ogóle?) w pewnym momencie historię.

Jednak, tak, fajny tekst.

Adamie, poprawiłem na formę de facto pierwotną, tzn. taką, która była tam, zanim zabrałem się za szlifowanie i obrabianie tekstu po napisaniu. Nie wiem czy jest do zaakceptowania - dla mnie, brzmi dobrze, ale ja tu jestem tylko autorem, więc nie grzeszę obiektywizmem w tej konkretnej kwestii. 

 

Audata, wiem, że jak początkujący autor powinienem wykazywać pokorę i przyjmować każdy rodzaj krytyki, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że coś tu pachnie trollem. Niemniej, prosiłbym o wyjaśnienie dwóch kwestii, których zwyczajnie nie rozumiem. Po pierwsze, "Szkoda tylko, że nie wygrałeś _lepiej_ tego...", czy możesz wytłumaczyć mi, co oznacza to zdanie i w jaki sposób mam rozumieć obecność tu czasownika "wygrać"? Po drugie, "to jakiś stylistyczny i gramatyczny horror", a w tej sprawie jestem innego zdania. Generalnie staram się, by każde z moich zdań było poprawne i sensowne. W większości przypadków wychodzi mi to dobrze, a w tym jestem całkiem przekonany, że się mylisz. Niemniej, byłbym wdzięczny za wyjaśnienie dlaczego sądzisz, że akurat to zdanie (i jak sądzę pewnie jeszcze parę innych) jest niepoprawne? Na koniec dodam jeszcze, że gdybym " wywalił z tekstu wszelkie stylistyczne wygibasy i nieudane metafory", to już nie byłby to tekst napisany po mojemu. Śmiem twierdzić, że byłby raczej mało znośną papką bez wyrazu, ale - jak już napisałem wcześniej - jestem tylko autorem, więc nie grzeszę obiektywizmem w tej konkretnej kwestii.

 

Wlazio, szczerze powiedziawszy nie myślałem o moim bohaterze w ten sposób. Ale ile ludzi, tyle skojarzeń. Chociaż musisz przyznać, że matematyka od L odróżnia chociażby to, że ten pierwszy dożył do końca swojej historii.

--- > (...)  jakby te wszystkie tygodnie, które czarodziejka spędziła uciekając przed nim, były jedynie drobnym nieporozumieniem.   ---> podmiot podrzędnego. Nadal go brak --- zmieniłeś tak, że tym podmiotem stała się ręka maga.

Dobra, dzięki, Adamie, jesteś nieoceniony.

Myślę, że różnią się mnóstwem rzeczy, po prostu skojarzył mi się ich styl bycia i uznałem, że takie spostrzeżenie może Cię zainteresować/rozbawić - raczej nie sądziłem, że inspirowałeś się tą postacią, a na pewno nie podejrzewałem kalki. Mam nadzieję, że nie zrozumiałeś mojej uwagi w ten sposób :)

Oj tam, zaraz nieoceniony...  

Przeczytałem ponownie zakończenie. Napiszę tylko, że jest bardzo dobre.

Niezłe. Ale nie mam pojęcia, co to są aksjomaty Kogomorowa, czy jak mu tam. Po prostu nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie w opowiadaniu, czy to tylko taka bajka bez większych pretensji. W tym sensie, że i magia i matematyka zostały potraktowane równie bajkowo.

@vyzart - nie wiem, jak się udowadnia, że się nie jest trollem, powiem tylko tyle: od lat mam do czynienia z branżą wydawniczą jako tłumaczka oraz (rzadziej) redaktorka, a przez bardzo krótki czas jakoś na przełomie wieków pracowałam też w NF, natomiast o tym forum dowiedziałam się niedawno :) Kiedy po raz pierwszy przeczytałam uwagi _redaktora z prawdziwego zdarzenia_ na swoim tłumaczeniu (mniej więcej czwarta powieść w CV), to myślałam, że jedyne, co mi pozostaje, to popełnić seppuku, a w każdym razie na pewno nie tłumaczyć nic więcej. Tylko że zaraz potem pani redaktorka zadzwoniła i powiedziała, że przekład jest świetny - a mnie zamurowało. Tyle uwag, a mówi, że jest dobrze? Potem przekonałam się, że 1) z redaktorem należy współpracować, 2) redaktor w kwestiach stylistycznych zazwyczaj ma rację, bo nie jest przywiązany do tego, co wyszło spod pióra/klawiatury. Niestety, w przeciwieństwie do krajów anglosaskich w Polsce nie ceni się zazwyczaj pracy z redaktorem, a wystarczy poczytać podziękowania w książkach anglosaskich właśnie (a czasem także wyznania pisarzy), żeby przekonać się, że są oni nieocenieni w ulepszaniu tekstów. Praca nad tekstem nie polega na głaskaniu autora po głowie i prawieniu mu komplementów, ale na dyskusji i myśleniu, czy jednak proponowane zmiany nie wyjdą rzeczonemu tekstowi na lepsze.

A co do inkryminowanego zdania (wybrałam jedno z wielu): ""Zanim jej usta opuszcza cięta, pełna sarkazmu riposta, słyszy trzask."

1) riposta słyszy ten trzask? Czas teraźniejszy wymusza w polszczyźnie pomijanie podmiotu zaimkowego, więc jeśli nie dałeś, że chodzi o czarodziejkę, wszystkie czasowniki "zbiegają się" do riposty.

2) Po co te manewry z opuszczaniem ust przez ripostę? To jest udziwnianie języka, zupełnie niepotrzebne. Poza tym tu akurat ten czas teraźniejszy bardzo szkodzi, bo to zdanie powinno mieć następstwo czasów i trzeba użyć - nienaturalnie - czasu przyszłego w zestawieniu z teraźniejszym. Nieco (ale tylko nieco) lepiej byłoby to następstwo podkreślić np. "Zanim jej usta zdąży opuścić/opuści ..., czarodziejka słyszy trzask". Ale nadal jest to niezgrabne. Naturalniej byłoby po prostu "Zanim czarodziejka zdążyła/zdąży rzucić celną ripostę, usłyszała/słyszy trzask." (dopisałam drugą wersję dla osób upierających się przy praesens historicum).

To opowiadanie ma sympatyczny pomysł i nie trzeba "upiększać" go dziwacznym i nieporadnym stylem. Co do "wygrania", to taka metafora na lepsze wydobycie, pokazanie, podkreślenie pewnego wątku. Bo tym, co mi się tu najbardziej podoba, jest pokazanie, że matematykę można postrzegać jak jedną z odmian magii w sensie - siły, którą można kształtować świat. Takie trochę kabalistyczne podejście, choć może nadinterpretuję. I to jest fajne, ale trochę się gubi w tych nie najlepiej skonstruowanych zdaniach, dialogach i metaforach. Zwłaszcza że słyszałam od matematyków i fizyków używających dużo matematyki wiele o tym, że piękno matematyki polega między innymi na prostocie. Może warto by to przełożyć na styl opowiadania? Prosty styl w literaturze może być wielką zaletą - zwłaszcza że mało kto ma talent pokroju Sapkowskiego do tworzenia przeładowanego języka, który mimo to dobrze brzmi, nie mówiąc już o Dukaju i jego żonglowaniu językiem.

Audato, właśnie w ten sposób udowadnia się, że nie jest się trollem. Jeśli byłem niemiły, przepraszam, ale chciałbym, żebyś wzięła pod uwagę fakt, że to jest internet, a tu z natury rzeczy nie ufa się od razu ludziom. Zwłaszcza, jeśli przy pierwszym kontakcie z nimi słyszy się o "stylistycznych i gramatycznych horrorach". A twój komentarz powyżej jest o wiele bardziej konstruktywny i budzi o wiele większe zaufanie, niż ten pierwszy. Tak więc kłaniam się i dziękuję za poświęcony czas.

Jeśli chodzi o styl, nie zamierzam pozbywać się upiększania i metaforyzacji. Lubię pisać w ten sposób i sądzę, że zamiast odrzucać moje tendencje i uproszczać styl, mogę równie dobrze nauczyć się, jak upiększać i metaforyzować dobrze i sensownie. Droga trudniejsza, ale trzeba stawiać sobie wyzwania. 

Co do matematyki, jako inżynier - który miał i ma z nią całkiem sporą styczność - powiem Ci, Audato, że jest dokładnie odwrotnie (przynajmniej w moim mniemaniu). Jeśli efekt czegoś wygląda ładnie i naturalnie, za tą naturalnością i pięknem stoją najczęściej - paradoksalnie - rzędy skomplikowanych równań i wzorów. 

Ale nic to, tak czy inaczej, jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas. Każda konstruktywna rada jest ważna.

Całkiem podobało mi się. Postać matematyka budzi sympatię, historia jest ciekawa, podoba mi się zestawienie magii z równie czyniącą cuda (a nawet bardziej ; ) matematyką. I tak, mnie również drażni czas teraźniejszy. Jest kilka literówek, ale ogólnie lekturę uważam za satysfakcjonującą.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Podoba mi się. Pomysł, klimat i tempo. Styl nie do końca. Nie mam nic przeciwko obrazowemu językowi i metaforom. Jednak chwilami udziwniasz do utraty sensu. Np. "chwilę później odbicie [w oczach potwora] znika, zakryte nagłym przypływem nienawiści". To już nie jest skrót myślowy – raczej niezgrabny skok. Albo: "cały magiczny świat będzie śmiał się w to, co zostanie z jej twarzy". Moim zdaniem nie można śmiać się komuś w twarz, ani nawet "w to, co zostało z twarzy" (lepiej: pozostałość twarzy), jeśli ten ktoś nie żyje, a więc nie ma myśli i uczuć. Chyba że śmiano by się w twarz nieumarłego lub dosłownie: ktoś obedrze trupa z twarzy, którą powiesi w salonie. W ten sposób rzeczywiście "cały magiczny świat" mógłby się naśmiewać z bohaterki, patrząc w jej martwe oblicze, zatem "śmiać się w pozostałość jej twarzy".

 

Podoba mi się kod rzeczywistości sprawdzany przez algorytm i nawiązanie do mechaniki kwantowej. Choć są tacy, co się przyczepią, że wieloświatowość to u Everetta, a nie u Schrodingera. Na pewno nie ja. Po co dręczyć czytelnika mniej znanymi nazwiskami ;-) Uważam, że nie tylko świat ufantastyczniony, ale również ten opisywany ściśle przez współczesną naukę (znaczy matematyczny :-)), jest dość giętki, żeby usprawiedliwić sformułowanie „teoria wieloświatowości Schrodingera”.

 

Opowiadanie podoba mi się z jeszcze jednego powodu. Mianowicie sam kilka razy głośno wypowiadałem opinię, że w naszym świecie nie ma prawdziwej magii, ale na szczęście jest przynajmniej matematyka ;-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jeroh, z tą wieloświatowością Schroedingera jest trochę tak jak z dziesięcioma aksjomatami Kołmogorowa - postanowiłem ponaginać pewne rzeczy. Niemniej, cieszę się, że nie zostałem zjedzony przez kogoś, kto ma pojęcie o fizyce kwantowej. 

Co do udziwniania, nie jesteś pierwszą osobą, która mi to mówi, więc coś w tym musi być. Tak samo w tym, że czas teraźniejszy być może nie jest najbardziej fortunnym czasem prowadzenia narracji, jak wspomniała wcześniej Joseheim i Ocha. No ale nic to, każda opinia jest cenna i każda przybliża mnie do zostania klasykiem literatury fantastycznej za te kilkadziesiąt lat. 

; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Zgrabne. Pomysłowe. Niezłe.

 

Co do języka, ech... --- w samym pierwszym akapicie:

 

Czarodziejka spogląda w przepaść, rozciągającą się za barierką. Przepaść nie jest czymś, co może się rozciągać. Raz że zwyczajowo gdy mówimy, że coś się rozciąga, mamy na myśli płaszczyznę horyzontalną, dwa że samo to, że przepaść się rozciąga, jest mało treściwe. ---> Czarodziejka spogląda w przepaść za barierką. Czego chcieć więcej.

 

Morze ludzkich głów rozlewa się na odległym chodniku, a pomruk węża samochodów zupełnie ginie pośród szumu wiatru. Początek wywoluje nieodparte skojarzenie, że głowy są od ciał oddzielone. Po co? Morze ludzi rozlewa się... --- wystarczy. Pomruk samochodów --- ok, syk węża samochodów --- odważnie, ale ok --- węże syczą, samochody tworzą węże --- trafność sformułowania jest beznadziejna, prawda, ale za to splot metafor przepyszny. Coś za coś. W obecnym stanie jedna metafora kłóci się z drugą, jedna sprowadza drugą do rozumienia dosłownego i nie widać w tym celowości. To niedobre. Zupełnie --- słowo chwast. Poza tym raczej ginąć w czymś, niż ginąć pośród czegoś. Samo w czymś i pośród czegoś pewnie można uznać za synonimy (różniące się tylko poetyckością tego drugiego), ale już we frazeologizmie dowolności użycia nie ma.

 

Dopiero teraz zdaje sobie sprawę jak złym pomysłem było wbiegnięcie na dach wieżowca. Przecinek przed jak. I kto zdaje sobie sprawę? Morze? Pomruk? Takie zgubienie podmiotów to typowa kalka z tekstów anglosaskich. Tyle że tam, trzeba zwrócić uwagę, nie ma zdań bezpodmiotowych --- zawsze jest jakieś he lub she. Więc nic się nie gubi. Przenoszenie tego typu struktur na grunt języka polskiego jest kiepskim pomysłem. Nasz język nie jest po prostu do tego przystosowany.

 

Ze wszystkim możliwych dróg ucieczki wybrała najgorszą. Ze wszystkich.

 

Ogółem, jak to już zostało wspomniane, językowo nie jest najlepiej.

 

Pozdrawiam

Nieco OT. "Jeśli efekt czegoś wygląda ładnie i naturalnie, za tą naturalnością i pięknem stoją najczęściej - paradoksalnie - rzędy skomplikowanych równań i wzorów."

Ja cytowałam raczej teoretyków, a nie inżynierów (nie mam zbyt wielu w okolicy). Ale w sumie chodzi o to, że te równania i wzory też powinno się doprowadzać do jak największej klarowności i jasności, a nie niepotrzebnie zapętlać i komplikować, prawda? Inżynieria to nie retoryka i inżynier nie ma być Cyceronem. Co skądinąd przypomina mi liceum: bardzo niedobra nauczycielka fizyki zadawała nam do domu mnóstwo zadań, które pomagał mi rozwiązywać ojciec, profesor fizyki. Niestety okazało się, że stosuje prostsze sposoby obliczeń niż pani, w związku z czym, kiedy powtarzałam na tablicy jego sposób myślenia, i tak dostawałam dwóję (mimo że wynik był poprawny), bo ona nie rozumiała, jak do tego doszłam. Ot, taka stylistyczna anegdota z dala od humanistyki ;) Z pozdrowieniami

A mnie się podobało - i to, że opowiadanie jest w czasie teraźniejszym. Stwarza to wrażenie, że uczestniczę w wydarzeniach w momencie, kiedy mają miejsce.

I słownictwo - jest  odrobinka - maleńka - niezręczności, ale nie zwracają na siebie szczególnej uwagi. Nawet rozciągająca się przepaść nie jest jakaś mocno podpadająca. Za to rysujesz "pejzaże" znakomicie.

Co do  wieloświatowością Schroedingera jest trochę tak jak z dziesięcioma aksjomatami Kołmogorowa - nie mam zielonego pojęcia kim byli ci panowie i czego dokonali, ale to w najmniejszym stopniu nie zakłóciło mojej przyjemności czytania.

Opowiadanie jest świetne, z klimatem zarówno w naszym, jak i w równoległym świecie, pojedynkiem "magów".

A zakończenie - miodzio.

Może tylko chciałabym nieco więcej usłyszeć o pochodzeniu czarodziejki, ale to pestka! 

A wszystkie uwagi powyżej - mam wrażenie, że Twoje opowiadanie było tak dobre, że moi przdpiścy swoimi krytycznymi uwagami i nakłanianiem do poprawek chcieli sprawić, żeby zbliżyło się do doskonałości całkowitej.  A literówki? Cóż, jak Ci wydrukują, to korektorzy zrobią to za Ciebie!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Fajne opowiadanie. Rzekłbym, że dawno nie czytało mi się czegoś płynniej i przyjemniej na tym portalu. Oczywiście nie bez "ale". Czas teraźniejszy mnie tak nie gryzł jak niektórych tutaj, niemniej kilka razy powodował dosyć dziwne rzeczy w narracji : ) Inna sprawa, że było parę takich przypadków, potworków językowych, które nie powinny mieć miejsca (ale przynajmniej się pośmiałem) - nie wydaje mi się to jednak powiązane z czasem w jakim prowadzisz narrację.

Podobał mi się natomiast pomysł. No i ten ostatni dialog ; )

Ogólnie: warsztatowo do klasyka to Ci jeszcze sporo brakuje, ale nie było tak źle, żeby nie uznać opowiadania za porządne.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Pomysł dość ciekawy, ale językowo tekst trochę kuleje, co już zostało zauważone przez innych. Brakuje przecinków, zauważyłem też literówki - trochę to przeszkadzało mi w lekturze.

 

Pozdrawiam

Mastiff

Wszystko zostało powiedziane, więc od siebie dodam, że bardzo podoba mi się perspektywa wspólnego śniadania czarodziejki i matematyka.;-)

Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pomysł niezły, w sumie podobał mi się zamysł relacji między bohaterami. Jak już zwrócono uwagę --- wykonanie nieco kuleje. Poza tym odnoszę wrażenie, że rozwinięcie i rozbudowanie tekstu wyszłoby mu na dobre.

pozdrawiam

I po co to było?

Opowiadanie na całkiem przyzwoitym poziomie.

Pozdrawiam.

I nawet uśmiechnąłem się parę razy. :)
Są literówki, ale nie wyłapywałem, bo i tak już zedytować nie możesz, ale przy długim tekście miały prawo się zdarzyć.

Czyli nauka to potęgi klucz? :)

Dobrze napisane; podobało mi się.

Pozdrawiam.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

     Średnia na jeża opowiastka dla starszych dzieci. I coraz wiecej takich na portalu, , traktowanych, niestety, ze śmiertelną powagą. A ta historia od polowy zaczęla mnie smiertelnie nudzić, ale bohatersko dobrnąlem do końca.

     Więcej interptetacji w komentarzach od tresci.  Góra urodziła mysz, będącą, naturalnie, algorytmem wyinka rzeczywistośi.  

Więcej interptetacji w komentarzach od tresci.  Góra urodziła mysz


Niesamowite, że pisze to Roger.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

     W tym wątku nie przewiduję dyskusji o pleonazmach. I nie ja tę dyskusję rozpoczalem. Autorze, sorry za off -top, niestety, do kolejnego wpisu zmusil mnie post beryla. 

     A beryl opowiadanie już wcześniej skomentował.

     Pozdrówko.

Nie było tu słowa o pleonazmach i nikt do niczego Cię nie zmuszał. Więc oszczędź sobie głupiej gadaniny, to nie działa.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

     Berylu. zdaje mi się, że skomentowalem opowiadanie, po czym skomentowaleś moj komentarz, nie wiadomo po co i dlaczego.  Rzeczywiście, dobrze byloby, abyś zaprzestal glupiej gadaniny o wszystkim i o niczym.

      Ponownie sorry za off-top.

     Dziecinna zabawa w piaskownicy.    Bez dalszych odpowiedzi --- bo nie ma takiej potrzeby.    

Wiem, że lubisz mieć ostatnie zdanie, ale mieć nie będziesz.

Zarzucasz, że pod opowiadaniem było dużo interpretacji i zaliczasz mu to na minus - ja odpowiadam, że zazwyczaj najwięcej jako autor tłumaczysz się Ty, więc to zasakujący komentarz z Twojej strony. Nie musiałeś nic odpowiadać, a już tym bardziej nie wiem co do tego miały pleonazmy.

Jednak jestem przyzwyczajony, że masz problemy z logicznym myśleniem oraz kojarzeniem faktów, zatem wybaczam.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Świetne, wciągające opowiadanie. Zawsze wiedziałem, że matematyka ma cos wspólnego z magią. Dla niektórych nieszczęśników niestety czarną.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Bardzo fajne :)

Przynoszę radość :)

Bardzo spodobał mi się pomysł sprowadzenia magii do kodowania rzeczywistości przy pomocy matematyki :) No i ta puenta… czarodziejka oczywiście poleciała za potężniejszym :D

Z przyjemnością odświeżyłem sobie wspomnienia. Tekst ponownie usatysfakcjonował mnie.

Uwielbiam to opowiadanie. Pamiętam je dokładnie mimo, iż minął rok od czasu, gdy je czytałam. Dla mnie – perełka:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Tak – to jeden z tych tekstów, które  się zapamiętuje.

Ocho, Adamie – cieszy mnie, że mieliście chęć, by wrócić do tego tekstu. Cieszy i bardzo schlebia. Dziękuję.

Pomysł przypadł mi do gustu, ale wykonanie, w tym czasie teraźniejszym, "zgrzyta" mi przy czytaniu. Nie potrafię powiedzieć, co dokładnie, ale mimo płynności lektury mam wrażenie jakby brnięcia przez narrację. Ot, historia miłosna z kreatywnym kontrastem magii i matematyki, które okazują się być tym samym ;) No i ta bohaterka – co za lafirynda, leci na gościa z większą mocą… Ech, czarodziejki…

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka