- Opowiadanie: Eivrel - Prawdziwa Mądrość

Prawdziwa Mądrość

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Prawdziwa Mądrość

 

Wszędzie widziałeś tylko biel. Receptory rejestrowały przerażające zimno. Warunki idealne dla turystów, których czasem można było ujrzeć w trakcie spaceru. Jednak nikt tu nie mieszkał na stałe. Wytrwała podróż w kierunku północnym umożliwiała zaobserwowanie, jak z horyzontu wyłania się fioletowy snop światła. Pochodził od samotnie stojącej latarni. Omar pędził w jej kierunku wraz ze swymi kompanami. Leżeli we trójkę, złożeni na saniach z napędem grawitacyjnym. Punkt zaczepowy wymodlono dokładnie za celem. Odpowiednio daleko, by pozostał niezauważony. Bezpośrednia bliskość emitera czyniła podróż komfortową i bez zakłóceń.

– Dziesięć minut do latarni – zakomunikował Omar.

W końcu zobaczyli ją. Wysoka na siedemdziesiąt pięć metrów. Szeroka u podstawy, zwężała się, osiągając w połowie około dwa metry średnicy, po czym poszerzała się do uzyskania początkowych wymiarów. A ponad już tylko fiolet wylewający się na bezchmurne, wieczorne niebo. Gdyby go nie udzielono, nie miałaby prawa stać…

Zwolnili. Omar wyprostował się do pozycji gotowości i powiedział:

– Zaczynamy. Meldujcie.

– Gotowy – odpowiedzieli jednocześnie pozostali, podnosząc się.

Dostrzegli opadający tuż przed saniami informator. Zatrzymali się. Wyglądał jak zwykły telewizor o dość dużej przekątnej i płaskim kineskopie. Unosił się swobodnie. Wyświetlał napis: ,,Uwaga. Teren latarni. Zakaz przebywania osobom nieupoważnionym”. Dowódca wyjął ze schowka kartę, przystawił do skanera umieszonego u spodu ekranu i wpisał hasło. Napis zniknął. Informator uniósł się w górę.

– Spisali się – mruknął Zak, obserwując już tylko małą plamkę niknącą w oddali.

– Tak – potwierdził Omar. – Teraz nasza kolej – Wymienili zdeterminowane spojrzenia.

Ruszyli, tym razem zatrzymując się przed budowlą. Obserwowali. Zaburzający nicość masyw, wkomponowujący się we wszechobecną poświatę, wdzierał się do umysłu, imponując. Żądając respektu. Z pewnością czuli szacunek, ale nie zostali złamani. Nie oni.

Wysiedli z sań. Ustawili się w rzędzie. Po chwili drzwi latarni otworzyły się. Na spotkanie wyszło trzech obrońców. Uzbrojonych po zęby.

– Nie ruszać się! – wykrzyknął jeden z nich. – Brak zgłoszenia! Kim jesteście, dlaczego przybywacie?

Słowa wybrzmiały, ustępując miejsca ciszy. Plan, jakkolwiek perfekcyjny i dopracowany w najmniejszych szczegółach, bazował na pewnym założeniu. Jeżeli słusznym – wszystko miało zmierzać ku realizacji gładko niczym starannie zaplanowany upadek domino. W przeciwnym jednak wypadku skazany był na niepowodzenie, nie pozostawiając praktycznie żadnych możliwości improwizacji.

– Dzień dobry panom! – zaczął ze spokojem oraz pewnością siebie Omar. – Jesteśmy zwykłymi obywatelami Adnubejyw i przybywamy odebrać, to co należy do nas. W zamian ofiarujemy jedynie śmierć – dokończył jednakowym tonem, ani na moment nie załamując głosu.

Przeciwstawiał ich aurę własną. Jego była silna i intensywna. Ich również, ale jakby bardziej rozproszona. Niemalże czuł dezorientację. Rozstrzygający moment właśnie nadchodził…

Funkcjonariusze unieśli dezintegratory na wysokość głowy, celując w trójkę intruzów. Jednocześnie Omar nacisnął guzik nadajnika, który trzymał w schowku biodrowym. Już mieli zostać rozerwani na strzępy, kiedy nic takiego się nie zdarzyło. Rozejrzał się. Obraz nieruchomy jak na zdjęciu. I wszystko stało się wiadome. Odetchnął z ulgą. Lata nauki oraz pracy nie poszły na marne. Teoria okazała się prawdziwa. Wynalazek działał, tak jak to przewidział. No to do rzeczy, pomyślał. Miał minutę. Podszedł do obrońców i wyciągnął broń z zaciśniętych dłoni. Następnie wcisnął ją kompanom i ustawił tak, by celowała we wroga. Pozostało tylko czekać. Naraz ocknęli się. Mieszkańcy latarni prawie podskoczyli. Patrzyli w puste ręce w oszołomieniu.

– To ja rozumiem, szefie – powiedział zadowolony Hy, oglądając blaster.

Po chwili obrońcy leżeli roztrzaskani na śniegu. Świt rozpraszał się we wszystkich kierunkach, malując pole zbrodni, nim rozrzedził się na dobre. Scenie towarzyszył błysk na niebie, za który odpowiadał mknący z zawrotną prędkością balast grawitacyjny sprzężony z ciałem Omara. Zniknął jednak tak szybko, jak się pojawił. Wyjęli z sań granaty i wrzucili do latarni. Nastąpiła eksplozja. Weszli do środka i dobili pozostałych. Było ich czterech. Nie sprawiali problemów. Nie wiedzieli co jest grane. Gdy opadł dym, zobaczyli oświetlone zielonym świtem wnętrze. Wyglądało trochę jak mieszkanie i trochę jak magazyn. Z lewej wielkie sterty tworzyła poupychana w pudła aparatura. Obok stał rząd komputerów. Z drugiej strony znajdowały się wydzielone pomieszczenia na regenerację aury, a na wprost umieszczono łazienkę. Na samym środku wyrastała okrągła winda, wnikając w górne przewężenie. Podeszli do niej. Omar nacisnął guzik.

– Czas na mnie, panowie – powiedział zdecydowanym tonem. – Strażnik światła czeka.

Śluza rozwarła się. Wszedł do niej i pojechał na górę.

 

 

 

***

 

 

 

Dwieście osiemdziesiąt siedem lat wcześniej.

 

– Już niedaleko, mówię wam – zachęcał do marszu Shea. Szedł na czele. Tuż za nim Eli, a na końcu Kyr. – Padniecie jak zobaczycie.

Las przedstawiał się nadzwyczaj bujnie. Drzewa piętrzyły się, niemal całkowicie zasłaniając niebo. Na szczęście powszechna w tym regionie bioluminescencja dostarczała wystarczającą ilość światła. Nie czysto świtowej zieleni, jak mogłoby się zdawać. Zmienna absorpcja organicznych warstw pół-powłokowych roślin dawała w efekcie różnorakie odcienie żółci. Mówiąc krótko: bajeczny widok.

– Nie wątpię – odparł Kyr – ale gdybyś zdradził co odkryłeś, nie pogniewałbym się.

– Nie.

– Cham – skwitowała Eli.

– Takiego mnie lubisz – objął ją, uśmiechając się.

Maszerowali jeszcze przez dwadzieścia minut, aż las zaczął się rozrzedzać, robiąc miejsce dla niewielkiej polany. Na jej środku znajdował się dół wielkości trzech leproidów i na tyleż samo głęboki. Wydobywała się z niego kolorowa poświata. Mieniła się wszystkimi kolorami tęczy i płynęła wolno jak mgła. Wyglądało to niczym wielkie, barwne ognisko płonące w zwolnionym tempie.

– Oto i jesteśmy.

Eli zbliżyła się nieznacznie.

– Czy to… Czy to ogień życia?

– Na to wygląda – wyszeptał Kyr, również podchodząc.

– Wiecie jak się zachować, prawda? Nie wolno się tam dostać.

– Stary, spoko. Chodziliśmy do szkoły. Skąd to tutaj?

– Nie wiem – odparł Shea. – Zazwyczaj spotyka się je w lasach Migi, choć teoria nie wyklucza, że wybuchną gdzie indziej. Widać pogoda była odpowiednia. No i jest.

Przyglądali się w milczeniu. W końcu usiedli.

– I jak, podoba ci się, skarbie? – wyszeptał do ucha Eli.

– Bardzo ładne – zgodziła się i pocałowała go.– Kyr, postrzelaj trochę fotek, co? Nas też złap. Potem ja zrobię.

– Ok.

– Tymczasem… – Otworzył schowek i wyjął trzy dorodne ciastka eratowe.

– O, stary! – ucieszył się Kyr. – Przyznaję, ty się znasz na organizowaniu wypraw!

Zaczęli zajadać zanosząc się śmiechem. Shea opowiadał żarty. Mało sensowne, ale wypieki robiły swoje. Wtem Kyr złapał się za rękę, mówiąc:

– Rany boskie, ale boli!

– Uderzyłeś się?

– Nie, przed chwilą zaczęło. Piecze strasznie.

– Może cię coś ugryzło? – zgadywała Eli.

– Daj, spojrzę – zaproponował Shea.

Zobaczył sporej wielkości zadrapanie. Wokół rany zgromadził się obłok mieszanki oparów zdefiniowanego życia oraz wolnego. Świecił niczym strużka lasera w gazowym koloidzie, jednocześnie mieniąc się różnokolorowo.

– Boże, Kyr! – wykrzyczała.

Shea złapał rannego i odciągnął od ognia.

– Zgaś to! – wykrzyczał.

– Przecież nie wolno!

– Nie ważne, zgaś! Wszystko będzie dobrze, obiecuję!

Wybiegł w las prowadząc przyjaciela. Wyczuł jak biernie się porusza. Próbował zagadywać, ale w odpowiedzi słyszał tylko niewyraźny bełkot. Przyspieszyli. Musiał kierować przy każdej zmianie kierunku, inaczej Kyr rozbiłby się o drzewo. W końcu oddalili się na bezpieczną odległość. Wtedy oczyścił zainfekowane miejsce i zalepił izolatorem. Ranny opadł bezwładnie na ziemię. Żywy. Nie wiedział w jakim jest stanie, ale widział w oczach delikatny, lecz stabilny świt. Wyczuwał niepewną, ale istniejącą aurę. Odetchnął. Wziął na ręce i zaniósł ponownie w stronę polany. Gdy zbliżyli się, zobaczył, że coś nie gra. Położył nieprzytomnego i podbiegł. Leżała w pobliżu ognia, pochwycona przez opary. Dół był większy, nosił ślady eksplozji. Dlaczego o tym nie pomyślał? Doszło do zmieszania, przecież to oczywiste. Tylko, że teraz już za późno.

– Eli, nie! – krzyczał.

Położył ją obok Kyra i oczyścił.

– Obudź się, proszę!

Spojrzał w oczy. Ujrzał ciemność. Skupił jaźń. Zero. Jedynie wątła aura Kyra. Nie było jej. Krzyczał długo, jakby nie ufał zmysłom. Próbował oczyszczać, ocieplać. Tragicznie, nieracjonalnie. Życie rozwiało się na wszystkie strony, gwałtownie tracąc na potencjale uistatniania.

 

*

 

Shea obserwował przechodniów. Każdy szedł w swoją stronę. Obrócił głowę. Na słupie wisiało ogłoszenie:

 

Widzimy cię. Słyszymy. Znamy.

Możesz współtworzyć.

Wiemy gdzie się znajdujesz. Pytanie: czy ty wiesz?

 

Rządowe biadolenie, pomyślałby, gdyby był w stanie. Zamiast tego po prostu ruszył pod wskazany adres.

 

 

 

***

 

 

 

Winda zatrzymała się. Wyszedł do pomieszczenia. Naprzeciwko zobaczył rząd regałów z książkami. Było ich mnóstwo.

– Jeszcze ci mało czytania? – zapytał głośno.

Usłyszał dochodzący zza windy ciężki, zachrypnięty głos:

– Masz pięć sekund na wyjaśnienie swojej obecności, inaczej rozszczepię cie na cząstki.

Omar przeszedł na bok. Na drugim końcu sali zobaczył wydzielone małe pomieszczenie do regeneracji oraz łazienkę. Resztę miejsca zajmował emiter. Główna część znajdowała się za szybą. Widać było fragment wyrzutni z początkowym odcinkiem snopa grawitonów, który wystrzelał przez otwór w dachu. Tak skupiony, że rozlewał białe, jaskrawe światło. Poniżej znajdowały się zbiorniki z surowcem. Przed ekranem umieszczony został kokpit obok którego siedział strażnik światła.

– W imię ładu i mądrości, co? – zadrwił Omar.

Shea uniósł wzrok. Przyglądał się jakiś czas w skupieniu, ale nie dało się wyczuć zdziwienia. Aura była silna zanim wyszedł, potem skoncentrowała się jeszcze bardziej. Jednak nie drgała w żadnym miejscu.

– To ty – powiedział.

– To ja.

Podszedł bliżej, strażnik nawet nie drgnął.

– Nie spodziewałem się ciebie tutaj.

– Wiem, na dole też się nie spodziewali.

– Mhm – mruknął na znak zrozumienia. – Czego oczekujesz?

– Dobrze wiesz czego oczekują wszyscy, w imieniu których przybywam. Pragniemy odebrać wiedzę, którą ukrywacie.

– Dobrze ci radzę, wracaj do domu. Może jakoś się z tego wywiniesz. Przejdź się na cykliczne czytania, włącz radio, cokolwiek. Nic nie jest ukrywane.

– W takim razie nie będzie dla ciebie problemem oddać mi księgę?

– Tego nie mogę uczynić.

– I nie musisz. Tym razem nie będziemy prosić – Ruszył do przodu.

Shea wstał, ukazując swe potężne ciało opasane zbiegającymi się na plecach przewodami odbiornika. Już miał roztrzaskać powłokę intruza, kiedy zastygł w miejscu. Omar zdjął rękę z nadajnika. Podszedł do strażnika i wbił sztylet w środek aparatury, następnie porozcinał ją całkowicie. Potem odsunął się, wymierzył blasterem i czekał. Shea drgnął. Lekki puls aury. Cholerny psychol, pomyślał Omar. Obrońca zrzucił odbiornik, przyjrzał się zniszczeniom.

– Mhm – mruknął swym niskim, donośnym głosem. – Wygląda na to, że masz przewagę.

– Wreszcie się połapałeś, geniuszu.

Całkiem sprytne – kontynuował. – Domyślam się zatem, iż nie będę mógł cię powstrzymać.

– Tak uważasz? – wykrzyknął zirytowany Omar, dezintegrując mu nogi. Świt przesłonił podłogę powiększającą się plamą.

Napastnik zbliżył się do umierającego i zatrzymał nad głową. Aura niknęła z wolna, lecz stabilnie. Niewzruszona niczym na spacerze w parku w ładny dzień. Ot, po prostu śmierć. Boże, kim jest ten typ? Im dłużej go znał, bardziej go nie pojmował.

– I co, nadal uważasz, że mnie nie powstrzymasz? – zapytał, celując blasterem między oczy. – Księga w tej chwili jest już nasza.

Shea, o dziwo, uśmiechnął się.

– Zdobyłeś dużą wiedzę, przyznaję. – zaczął przerażająco empatycznym tonem. – Być może kiedyś rzeczywiście zyskasz mądrość.

Patrzył w oczy ofiary, jak ten wypowiada swe ostatnie zdanie. Po chwili ciszy, niezrozumienia, skoczył na głowę roztrzaskując ją na kawałki. Został sam, w pomieszczeniu przesiąkniętym oparami nieistotnego życia.

Podszedł do okna i wyjrzał. W saniach czekali towarzysze.

– Jak tam, panowie? – zapytał.

– Szefie, żyjesz! – ucieszyli się. – A strażnik?

– Masz na myśli rozkładające się na podłodze truchło? Jest tutaj. – Kompani podskoczyli wiwatując.

Omar wrócił do pomieszczenia i wyjął komunikator.

Wystukał: . Po chwili otrzymał wiadomość zwrotną: . Wtedy odczuł wyniosłość chwili. Cały czas posiadał nadzieję, wiarę. Ale dopiero później wszystko stało się tak realne. Strażnik światła leżał martwy. Latarnia została do jego dyspozycji. Podszedł do panelu sterującego i wpisał komendę dezaktywacji. Koniec farsy. Uśmiechnął się i wyskoczył przez okno.

 

Epilog

 

Ogłuszający huk walących się konstrukcji akompaniował masakrze na zaskoczonych funkcjonariuszach. Zostali zdziesiątkowani, nim się zorientowali we własnej ułomności. Mgnienie trwał najistotniejszy moment przewrotu. Wtedy grupa rebeliantów zbliżyła się na fruwaczu do kaplicy mądrości eliminując obstawiających kapłanów. Zaczęli rzucać zwykłymi kamieniami w okna, aż w końcu któryś rzeczywiście zdołał przebić szkło. Wśród okrzyków radości uruchomili katapultę, która zainicjowała wyrzut księgi mądrości w stronę fruwacza. Kartki zatrzepotały na wietrze, zostawiając w tyle upadające miasto, nieskalaną bielą odbijając światło.

 

*

 

Omar z kompanami wyczekiwali wieści na szczątkach latarni. Rozradowani, spełnieni. Nie mogli się doczekać prawdy. Wkrótce komunikator wyświetlił wiadomość. Sami nie śmieli wysnuwać żadnych przypuszczeń co do faktycznej treści księgi, przygotowani na wszystko niewiarygodne. Wkrótce komunikator wyświetlił wiadomość, której przez długi czas nie mogli zrozumieć.

 

*

 

,,Zatrzepotały na wietrze, zostawiając w tyle upadające miasto.

Zatrzepotały na wietrze, nieskalaną bielą odbijając światło.”

Koniec

Komentarze

Trzy razy przymierzałem się do przeczytnia tego tekstu i za każdym razem coś mnie w nim odpychało. Nie wiem co, po prostu mnie nie wciągnął.

Zmień zapis liczb na słowny i pouzupełniaj brakujące kropki.

Wrócę.

 Szeroka u podstawy, zwężała się, osiągając w połowie około dwa metry średnicy, poczym poszerzała się do uzyskania początkowych wymiarów. - po czym


Przeciwstawiał ich aurę własną. - nie rozumiem tego zdania

 

Dwieście osiemdziesiąt siedem lat wcześniej - brak kropki na końcu zdania


Zazwyczaj spotyka się je w lasach Migi, choć teoria nie wyklucza, że wybuchną gdzieindziej. - gdzie indziej

 

Przecinki i zapis dialogów do poprawki. A sam tekst jest jakoś dziwnie napisany, i - choć pomysł wydaje się ciekawy - chyba nie wszystko zrozumiałem. Generalnie mam mieszane uczucia. Sądzę, że gdyby opowiadanie lepiej (dojrzalej) napisać, mogłoby bardziej zainteresować potencjalnego czytelnika.

 

Pozdrawiam


Mastiff

Wkrótce komunikator wyświetlił wiadomość, której przez długi czas nie mogli zrozumieć. - ja też niestety nie mogłam zrozumieć. Przeładowane opisami, dziwne konstrukcje zdaniowe, kolokwializmy typu: nie mogli zrozumieć, co jest grane, które nie pasują do tekstu. Masa udziwnień i porównań, które są przekombinowane.

Panicznie skupił jaźń - paniczny jest strach

który trzymał w schowku biodrowym - schowek w biodrze? no, no

Punkt zaczepowy wymodlono dokładnie za celem - o co chodzi?

Nie podobało mi się. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dziękuję wszystkim za uwagi.

Skromny fp: www.facebook.com/Eivrelinho

Obiecałem wrócić, więc jestem.  

Napisałeś coś, co rozumiesz tylko Ty. Nie z powodu jakiegoś nadzwyczajnego skomplikowania intrygi, przeładowania tekstu symboliką, tematyki dostępnej tylko dla posiadających specyficzną albo hermetyczną wiedzę, ale z powodu zapomnienia o podstawowym wymogu --- może zlekceważenia tegoż wymogu --- udzielenia czytelnikom takich i tych informacji, które pozwalają na pójście śladem wyobraźni autora, odtworzenie świata opisywanego, postaci w nim działających oraz motywów, kierujących tymi działaniami. Nie twierdzę, że tych informacji nie ma w ogóle, ale moim zdaniem jest ich za mało i na domiar złego mnożą wątpliwości przez swoją cząstkowość, częściowo sprzeczność.   

Innymi słowy: czytelnik nie siedzi w Twojej głowie, a na dobitkę (w 99 przypadkach na 100) nie ma ochoty na żmudne dochodzenie, co też autor chciał przez to powiedzieć.

 

Napisałem końcówkę jeszcze raz bardziej dosłownie:

Omar z kompanami wyczekiwali wieści na szczątkach latarni. Rozradowani, spełnieni. Nie mogli się doczekać prawdy. Wkrótce komunikator wyświetlił wiadomość. Sami nie śmieli wysnuwać żadnych przypuszczeń co do faktycznej treści księgi, przygotowani na wszystko niewiarygodne. Jednak informacja, którą odebrali, wprawiła ich w osłupienie. Omar czym prędzej rozłożył statyw komunikacyjny i zażądał połączenia z dowódcą. Hologram ukazał się prędko:
- Co rozumiesz pisząc puste kartki? – wypalił zamiast przywitania.
- To co słyszysz. W księdze nic nie ma.
Chwila milczenia. Wyczyny aury Omara można by porównać do huraganu.
- To gdzie jest mądrość? – odezwał się w końcu.
Dowódca podniósł oczy. Mimo iż fluktuacje sfery psyche nie ulegają transmisji, samym spojrzeniem wyraził złość, którą nagromadziła wykryta mistyfikacja.
- Nie wiem, wymyśl sobie – odpowiedział, wzruszając ramionami i zakończył rozmowę.

______________

Nie wiem czy to ułatwi zrozumienie, ale myślę, że nie ma sensu, żebym więcej zmieniał. Wezmę rady pod uwagę na przyszłość.

Skromny fp: www.facebook.com/Eivrelinho

Autorze, scena kulminacyjna nie jest głównym powodem narzekań czytelników. Problem tkwi dużo, dużo wcześniej. Czytelnicy cierpią na głód informacji, świat, który prezentujesz jest niejasny. Nie wiadomo po co i o co walczą rebelianci, sam zabieg nazwania ich walczącymi z sytemem, to za mało, bo nadal nie wiem, co to za system i dlaczego jest zły? Czym właściwie są latarnie? Czy świat przedstawiony, to ludzka przyszłość, czy coś całkiem odmiennego? Fabuła, jak najbardziej do przyjęcia, natomiast brak informacji, które kotwiczą czytelnika w kreowanym świecie skutecznie psuje odbiór tekstu.

No cóż, mnie również nie udało się zrozumieć. Tak całości, jak i (niekiedy) poszczególnych zdań.

Babska logika rządzi!

No cóż, okazuje się, że Prawdziwa mądrość jest dla mnie niedostępna, a dopisana końcówka nijak nie pomogła w zrozumieniu tekstu. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie rozumiem :(

Nowa Fantastyka