- Opowiadanie: An-Nah - Lot czarnoksiężnika

Lot czarnoksiężnika

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Lot czarnoksiężnika

LOT CZAR­NO­KSIĘŻ­NI­KA

 

 

 

 

Do­cho­dzi po­łu­dnie i w cen­trum mia­sta roi się od ludzi. Ide­al­ny mo­ment na próbę sił: wi­dow­nia zbie­ra się, ścią­gnię­ta po­gło­ską o po­je­dyn­ku cu­do­twór­ców.

 

Dla zgro­ma­dzo­nych, na co dzień ucie­ka­ją­cych się do ta­li­zma­nów, klątw i wróżb, nie jest to nic aż tak nad­zwy­czaj­ne­go. Więk­szość z nich nie wi­dzia­ła nigdy praw­dzi­wie wiel­kiej mocy, lecz wszy­scy wie­rzą w nią bez za­strze­żeń. Żadne z nich jed­nak nie orien­tu­je się, jaka jest na­praw­dę staw­ka wy­zwa­nia. Moż­li­we, że nie orien­tu­je się nawet prze­ciw­nik Szy­mo­na.

 

A i sam Szy­mon nie jest pewny. Jedno wie: to nie „kto jest lep­szy”, „kto ma wię­cej mocy”. To nie jest też pro­ste „kto ma rację”. Nie cho­dzi też o usta­le­nie do­mi­na­cji jed­nej kon­cep­cji nad drugą, bo Szy­mon nie wie­rzy, aby na świe­cie było miej­sce dla jed­nej tylko wiary lub fi­lo­zo­fii. Praw­da jest roz­sz­cze­pio­na jak świa­tło, prze­ni­ka­ją­ce przez wie­lo­ścien­ny krysz­tał. Każda dusza od­bie­ra ją ina­czej i nawet ten, który do­znał ob­ja­wie­nia, nie bę­dzie w sta­nie na­uczyć in­nych pełni w ten spo­sób zy­ska­nej mą­dro­ści.

 

Jed­nak nie wszy­scy to ro­zu­mie­ją i su­ro­wy, po­waż­ny męż­czy­zna, cze­ka­ją­cy na Szy­mo­na po­środ­ku naj­więk­sze­go z miej­skich pla­ców do ta­kich wła­śnie ludzi na­le­ży.

 

Spo­tka­li się już kie­dyś i wtedy też nie ro­zu­miał. Szy­mon nie wini go za to. Ten czło­wiek całe swoje życie i wiarę oplótł wo­ko­ło swo­je­go mi­strza, jego ob­ja­wie­nia i jego praw­dy.

 

Piotr jest wier­ny, od­da­ny i po­boż­ny. Nosi w sobie ból ja­kiejś prze­wi­ny, którą usil­nie stara się od­ku­pić i od­po­wie­dzial­ność za uczniów, osie­ro­co­nych przez zmar­łe­go mi­strza. Jest w nim też odro­bi­na na­iw­no­ści pro­ste­go czło­wie­ka, który nigdy nie ode­brał so­lid­ne­go wy­kształ­ce­nia i boi się wiel­kie­go, wie­lo­kul­tu­ro­we­go świa­ta, w któ­rym żyje. Szy­mon go lubi, choć bied­ny Piotr za­pew­ne tego nigdy nie poj­mie.

 

To ten drugi jest groź­ny, ten fa­na­tyk o gor­li­wo­ści neo­fi­ty. Przy­kład czło­wie­ka, któ­re­go ob­ja­wie­nie po­pro­wa­dzi­ło w złą stro­nę, a wy­kształ­ce­nie nie obro­ni­ło przed za­śle­pie­niem.. Ale jego tu teraz nie ma. Są tylko Szy­mon i Piotr i lud Rzymu, ota­cza­ją­cy ich krę­giem. Gapie spra­gnie­ni wi­do­wi­ska.

 

Do­sta­ną wi­do­wi­sko.

 

Szy­mon uśmie­cha się, zbli­ża­jąc do swego „prze­ciw­ni­ka”, roz­kła­da ręce.

 

– Chcia­łeś do­wo­dów. Do­sta­niesz je.

 

Piotr za­cho­wu­je po­wa­gę, ale w głębi jego oczu widać lęk. Boi się za­chwia­nia wła­snej wiary. Gdzieś w jego pro­stej duszy cią­gle tkwi obawa: co się sta­nie, jeśli jakiś czło­wiek wy­ka­że się mocą, któ­rej w jego oczach nie ma prawa po­sia­dać? Co bę­dzie to mó­wi­ło o świe­cie, w jakim Piotr żyje i Bogu, w któ­re­go Piotr wie­rzy?

 

Szy­mon ma ocho­tę po­ło­żyć dłoń na jego ra­mie­niu, lecz Piotr unika do­ty­ku, Szy­mon od­su­wa się więc.

 

Roz­kła­da ręce, od­zy­wa­jąc się do ze­bra­nych.

 

– Miesz­kań­cy Rzymu! Przy­szli­ście zo­ba­czyć pokaz ma­gicz­nej sztu­ki! Są­dzi­cie za­pew­ne, że wi­dzie­li­ście już ta­kich wiele, ale za­pew­niam was: mało kto z was ro­zu­mie to, co wi­dział. Tak samo mało kto z was zro­zu­mie to, czego bę­dzie­cie świad­ka­mi za chwi­lę, a za­pew­niam, uj­rzy­cie tym razem na­praw­dę boską moc. Więc pa­trz­cie po pro­stu i twórz­cie potem wasze wer­sje tego, co się tu na­praw­dę zda­rzy­ło. Dzię­ku­ję.

 

Wie, że przy­cią­ga uwagę: do­no­śnym, pew­nym sie­bie tonem głosu, uśmie­chem, ge­stem, bły­skiem słoń­ca na ru­dych wło­sach. Teraz gapie szem­rzą mię­dzy sobą, py­ta­ją kim jest tych dwóch Żydów, któ­rzy swój spór o ma­gicz­ne moce zde­cy­do­wa­li się roz­strzy­gnąć na oczach Wiecz­ne­go Mia­sta. Biorą ich ra­czej za sztuk­mi­strzów, cza­row­ni­ków po­pi­su­ją­cych się sztucz­ka­mi, nie­świa­do­mi, że dla nich obu to, co lud na­zy­wa magią ma o wiele głęb­szy wy­miar.

 

Moc nie bie­rze się zni­kąd. Moc w nie­któ­rych lu­dziach ma swoje źró­dło w wyż­szej sile. Ta siła prze­mó­wi­ła do mi­strza Pio­tra i ta siła tkwi w Szy­mo­nie, prze­peł­nia­jąc całą jego isto­tę.

 

Lud Rzymu może ta­kich ludzi na­zy­wać cza­row­ni­ka­mi, lecz Żydzi stwo­rzy­li słowo, które pa­su­je le­piej: me­sjasz, po­ma­za­niec: ozna­cza bo­wiem nie tylko na­stęp­cę tronu ze śmier­tel­nej dy­na­stii, lecz i kogoś na­zna­czo­ne­go i ze­sła­ne­go przez naj­wyż­szą z potęg świa­ta.

 

Szy­mon za­my­ka oczy, od­chy­la głowę w tył. Wiatr zrywa się gwał­tow­nie, wy­peł­nia Forum Ro­ma­num, by potem oto­czyć wirem samo jego cen­trum, za­ło­po­tać we wło­sach i sza­cie Pio­tra. Szy­mon czuje, jak po­dmuch pod­no­si poły jego wła­sne­go odzie­nia. Uśmie­cha się, gdy jego stopy od­ry­wa­ją się od ziemi. Nigdy nie do­ko­nał cze­goś ta­kie­go, tym bar­dziej na oczach tak wiel­kiej ilo­ści ludzi.

 

Czuje w sobie moc: po­tęż­niej­szą o dwa­kroć, o trzy­kroć niż do­tych­czas. Uno­sząc się ponad zdu­mio­nym tłu­mem i bu­dyn­ka­mi, pra­gnie śmiać się trium­fal­nie. Oto po­ka­zał, na co na­praw­dę go stać.

 

Widzi Pio­tra. Męż­czy­zna pa­trzy onie­mia­ły, nie spo­dzie­wał się uj­rzeć ta­kie­go po­ka­zu mocy. Potem pada na ko­la­na, mo­dli­twą pra­gnie ra­to­wać swoją kru­szą­cą się wiarę. Upo­jo­ny Szy­mon chce śmiać mu się w twarz. Wi­dzia­łeś coś ta­kie­go, bied­ny ry­ba­ku? Spo­dzie­wa­łeś się? Są­dzi­łeś, że tylko twój mistrz był jed­nym, który zo­stał wy­bra­ny i na­zna­czo­nym w tym cza­sie cudów?

 

I nagle, uno­sząc się nad Rzy­mem, nad ser­cem świa­ta, Szy­mon za­czy­na wąt­pić. Trium­fu­je: lecz po co? W jakim celu? Co uczy­ni dalej? Kim się teraz sta­nie?

 

Co przyj­dzie mu z udo­wod­nie­nia, że boska moc wy­bra­ła go na swe na­czy­nie? Ma stać się przy­wód­cą re­li­gij­nym? Po­li­tycz­nym? Już teraz ma zwo­len­ni­ków, któ­rzy wie­rzą w niego nie­mal rów­nie ślepo i na­iw­nie, jak Piotr w swego mi­strza: kim staną się po tej chwi­li? Jaki świat zbu­du­ją? Co uczy­nią Rzy­mia­nie, co uczy­ni ce­sarz?

 

Znów za­my­ka oczy i po raz ko­lej­ny w swoim życiu do­zna­je ob­ja­wie­nia. I wie już: jego droga nie jest drogą wiel­kich czy­nów, a wła­sne­go po­szu­ki­wa­nia i taka winna być dla tych, któ­rzy mu to­wa­rzy­szy­li. Jeśli teraz za­trium­fu­je, znisz­czy wszyst­ko, co dotąd osią­gnął.

 

I wie: to mistrz Pio­tra bę­dzie tym, któ­re­go nazwą je­dy­nym Me­sja­szem. To w jego imię bę­dzie się wzno­si­ło świą­ty­nie i pro­wa­dzi­ło wojny. Coś, czego nie chce Piotr i na co jest go­to­wy ten pło­mien­ny fa­na­tyk z Tarsu. Szy­mon współ­czu­je im obu, ale bar­dziej chyba ich mi­strzo­wi.

 

Praw­da jest jak świa­tło roz­sz­cze­pio­ne w krysz­ta­le. Można prze­ka­zać ją lu­dziom lecz oni i tak nie po­słu­cha­ją. Zo­ba­czą tylko jedną barwę ze wszyst­kich, które kie­dyś two­rzy­ły biały blask.

 

Szy­mon wy­bie­ra więc swą przy­szłość, le­gen­dę he­re­zjar­chy. Oto, kim się sta­nie w oczach ludzi: fał­szy­wym me­sja­szem, od­da­nym złym siłom, prze­gra­nym w kon­fron­ta­cji ze sługą me­sja­sza praw­dzi­we­go. Nie boli go to. Czemu by niby miało? Wi­dział wła­sne świa­tło i po­szedł za nim. Jeśli jego droga koń­czy się tutaj, na oczach ludu Rzymu, niech tak bę­dzie.

 

Z roz­po­star­ty­mi ra­mio­na­mi, za­mknię­ty­mi oczy­ma zmie­rza w dół, na spo­tka­nie bruku Wiecz­ne­go Mia­sta.

Koniec

Komentarze

Nie czuję się najlepiej w krótkiej formie, ale czasem trzeba spróbować.

    Gubimy podmioty w drugim i trzecim zdaniu... Szkolny błąd. Dla nich --- to znaczy dla kogo?

A dzięki. Dłubałam to dwa dni i nie zauważyłam. Popraiwone.

    "Żadne z nich jednak nie orientuje się, jaka jest naprawdę stawka wyzwania". Ale, jak poprawiąć, to konsekwentnie.

    Zaden z nich, a nie jakieś tam nijakie "żadne".  A następne zdanie, moim zdaniem,  od akapitu, bo przechodzimy chyba do bohatera i  porzucamy tłum gapiów. .Nniedopracowane, niestety.

    Szkoda. Pozdrawiam.

Dobry tekst  przesłaniem o odpowiedzialności. Podobało mi się. Jeśli były literówki - nie zwróciłam na nie uwagi, bo skoncentrowałam się na treści.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się wiele od tego opowiadania, ale na szczęście zawiodłem się. Spodziewałem się kiepskiego shorta, jak te, które czytałem wcześniej dzisiejszego dnia, a tu proszę - całkiem fajny kawałek literatury mnie tu spotkał. Miłe niespodzianki są fajne.

Dziękuję pięknie za uwagę i docenienie.

vyzart, rozumiem podejżliwe podejście do shortów.

Nie miało prawa mi się podobać - czas teraźniejszy, postaci biblijne. A jednak mi się podobało. No i nie chcąc się skompromitować komentarzem, musiałam sprawdzić, o co chodzi. Zwłaszcza, że mocno mnie skonfudowało to, że antagonistami są Piotr i Szymon. A przecież Szymon był Piotrem. Zastanawiałam się, czy to specjalnie - wtedy nic a nic bym nie zrozumiała. Ale chyba dotarłam do prawdziwej postaci. Szymon Czarnoksiężnik (Szymon Mag)? Mam nadzieję, że właśnie tak:).

Więc dziękuję podwójnie - za mile spędony czas i za możliwość dowiedzenia się czegoś nowego.

Pozdrawiam.

Całkiem ciekawy szort. Podobnie jak bemik, nie zwracałem uwagi na błędy wciągnięty historią ;)

Też przez chwilę pomyślałem: "no ale przecież był Szymon Piotr", ale potem stwierdziłem, że to tylko przypadkowa zbieżność nazwisk. Mam nadzieję, że nie okazaliśmy się z ochą ignorantami, którzy nie zrozumieli przesłania tekstu ;)

Szymon Mag, Szymon Mag, tak jest, postać ku mojemu wielkiemu zdziwieniu słabo rozpracowana literacko. Może dlatego, że mało kto wie o nim coś więcej, niż to co w Dziejach Apostolskich stoi.

Dziękuje :)

 

(W kwestii pierwszego imienia Piotra zastanawiałam się, czy tego nie zaznaczyć, ale uznałam, że robiłoby za duży chaos)

Czytając to miałem deja vu, niemożliwe żebym czytał to wcześniej, zapadłoby mi w pamięci. Niezbyt lubię opowiadania w czasie teraźniejszym, kojarzą mi się ze sprawozdaniem któregoś z widzów. Poza tym wszystko trafia w mój gust.

Przeczytałem i naprawdę ciężko jest się do czegokolwiek przyczepić. Opowiadanie napisane całkiem płynnie. Czas teraźniejszy taki trochę dziwny dla mnie, ale dlatego, że nie jestem do niego przyzwyczajony. Starałem się wyłapać jakieś większe błedy i jedynie miałem wątpliwości do kilku przecinków. Czytało się miło.

 

Podobał mi się zabieg z prawdą:

1. Prawda jest rozszczepiona jak światło, przenikające przez wielościenny kryształ. Każda dusza odbiera ją inaczej i nawet ten, który doznał objawienia, nie będzie w stanie nauczyć innych pełni w ten sposób zyskanej mądrości.

- Tutaj można sobie zadań pytanie: dlaczego nie będzie w stanie nauczyć innych. Poza tym pierwszy przecinek bym usunął i sformułowanie w ten sposób zyskanej otoczyłbym przecinkami - jako wtrącenie.


2. Prawda jest jak światło rozszczepione w krysztale. Można przekazać ją ludziom lecz oni i tak nie posłuchają. Zobaczą tylko jedną barwę ze wszystkich, które kiedyś tworzyły biały blask.

- A tutaj, już na końcu opowiadania, mamy wyjasnione wcześniejsze wątpliwości. Przed lecz przecinek.

Interesujący szorciak, może skłaniać do refleksji. Faktycznie, postać mało zużyta literacko.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam bez większej przykrości, ale i bez szczególnej satysfakcji. Po prostu nie lubię opowiadań pisanych w czasie teraźniejszym. Sama historia też nie porwała.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatyczne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka