- Opowiadanie: KaelGorann - Jedenasta praca Niedźwiedzia McKaya

Jedenasta praca Niedźwiedzia McKaya

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Jedenasta praca Niedźwiedzia McKaya

Motto:

Uff… Zdążyłem.

Autor

 

Niektórzy twierdzili, że nieboskłon nie jest materialnym przedmiotem i fizycznie nie ma możliwości, by opierał się na ramionach jednego człowieka. Olbrzyma też nie. Mówiło się, że to sprzeczne z prawami logiki. Atlas miał w nosie logikę i jej prawa. Stał cierpliwie, trzymając na barkach sklepienie niebieskie i odliczając czas do końca zmiany. Ręce już mu powoli zaczynały cierpnąć. Nieboskłon ostatnimi czasy stawał się coraz cięższy. Wszystko przez tych astronomów. Jakby starych konstelacji było za mało… To znaczy, liczba konstelacji niby się nie zmieniała, ale jednak lżej się trzymało bez przytłaczającej świadomości ogromu tego całego wszechświata. Bardzo dosłownie przytłaczającej.

– Za stary już jestem do tej roboty. – Atlas mruknął pod nosem.

– Halo! – Jego uszu dobiegł głos dochodzący gdzieś z dołu. Olbrzym ostrożnie schylił głowę i zobaczył małego człowieczka odzianego w skóry i sięgającego mu mniej więcej do łydki.

– Dzień dobry – przywitał przybysza.

– Pan jesteś Atlas?

– Zgadł pan. W czym mogę pomóc?

– Nazywam się Niedźwiedź McKay. Przychodzę w sprawie jabłek. Złotych.

– Hmm… – Olbrzym zamyślił się. – Zgoda. Pomogę panu, ale musi mi pan wyświadczyć przysługę.

– Jeśli chodzi o potrzymanie nieboskłonu, to nie mogę się zgodzić. Sam pan rozumie, ja się zgodzę, pan da nogę, a ja zostanę jak głupi z tym całym niebem na plecach.

– E tam. – Olbrzym chciał machnąć ręką, ale w porę się powstrzymał. – Już dawno daliśmy sobie spokój z tą sztuczką. Chodzi o mojego syna, Earla… Wie pan co? Niedługo kończę zmianę. Wtedy panu wszystko wyjaśnię.

– Jak to „kończy pan zmianę”?

– Wieczorem zmienia mnie mój brat, Atlas.

– Myślałem, że to pan nazywa się Atlas.

– HA HA HA HA! – Olbrzym roześmiał się gromko. Ziemia – a właściwie skała – zatrzęsła się pod nogami Niedźwiedzia. – To u nas taka tradycja rodzinna. Ja jestem Atlas, mój brat jest Atlas, mój ojciec był Atlas. Mój syn też nazywał się Atlas, dopóki nie zmienił imienia na Earl.

 

***

 

Dom Atlasa można by nazwać przytulnym. O ile było się olbrzymem. Dla Niedźwiedzia był nieco zbyt… olbrzymi. Zwykły człowiek mógłby zrobić sobie poważną krzywdę, na przykład spadając z krzesła.

– Napije się pan herbaty? – zapytał gospodarz, gdy gość wygramolił się już na stół.

– Chętnie.

Atlas postawił przed Niedźwiedziem filiżankę wielkości sporej miednicy i napełnił ją gorącym naparem.

– Rozumiem, że chce pan zostać półboskim herosem, czy czymś w tym rodzaju i zdobycie złotych jabłek to pana zadanie? – Olbrzym rozsiadł się wygodnie na krześle.

– Zgadza się. To już moja jedenasta praca. – Niedźwiedź wyprężył się dumnie.

– Gratuluję.

– Więc o co chodzi z tym pańskim synem? – Przyszły heros zrezygnował z prób napicia się herbaty z potężnej filiżanki.

– Widzi pan… Atl… to znaczy Earl to dobry chłopak. Porządny był z niego olbrzym, ale pewnego dnia powiedział, że nie chce trzymać nieboskłonu. Ja już mam swoje lata. Niedługo przechodzę na emeryturę i chciałem, żeby mój syn przejął po mnie interes. Ale on stwierdził, że to nie jest zawód dla niego i że zostanie muzykiem. Atlas, znaczy mój brat, nie ma takich problemów. Jego syn już od dawna się przyucza do zawodu.

– I pewnie chce pan, żebym przekonał Earla do zmiany zdania?

– Właśnie.

– I wtedy załatwi pan dla mnie złote jabłka?

– Oczywiście.

– To gdzie mogę znaleźć tego pańskiego syna?

– Nie mam zielonego pojęcia.

Niedźwiedź westchnął w myślach. Był pewien, że dawniej herosi nie zajmowali się takimi rzeczami.

„Jakie czasy, tacy herosi” – pocieszył się w myślach. Najważniejsze, że uda mu się zdobyć jabłka i nie będzie musiał szukać tego przeklętego ogrodu.

 

***

 

Wydawać by się mogło, że taki zbuntowany olbrzym może być wszędzie i znalezienie go to dość problematyczna sprawa. Nic bardziej mylnego. Jak Niedźwiedź się szybko przekonał, wystarczyło po prostu iść w przeciwną stronę niż całe rzesze uchodźców, taszczących na plecach cały swój dobytek.

Właściwie to takie podążanie w kierunku przeciwnym niż tabuny emigrantów nie było zbyt rozsądne. W końcu tabuny emigrantów nie mogą się mylić, a ich ucieczka musi mieć jakąś ważną przyczynę. Zapewne morderczą i śmiertelnie niebezpieczną. Jednakże od kandydatów na półboskich herosów nikt nigdy nie wymagał zdrowego rozsądku ani instynktu samozachowawczego, więc Niedźwiedź też nie zawracał sobie nimi głowy.

 

***

 

Olbrzymy nigdy nie nadawały się na muzyków ponieważ: a) świat nie był na to gotowy; b) ich umiejętności muzyczne były na podobnym poziomie, co możliwości chirurgiczne młota kafarowego. Earl postanowił zostać muzykiem ponieważ: a) nie obchodziło go zdanie świata i b) nigdy nie słyszał o jakichkolwiek zdolnościach muzycznych i uważał, że do robienia muzyki wystarczą instrumenty i chwytliwa nazwa zespołu. No i długie włosy. Earl miał długie włosy i zdecydowanie nie wyglądał na muzyka. Wyglądał raczej na kogoś, kto trudni się pożeraniem zagubionych wędrowców, straszeniem małych dzieci i uprzykrzaniem życia okolicznym chłopom. W sumie to do niedawna jeszcze tym właśnie się zajmował. Od kiedy jednak pożarł pewnego barda, odkrył w sobie głód sztuki. Miał już nawet instrument – tamburyn. Wprawdzie profesjonalni bardowie nie uważali tamburynu za prawdziwy instrument muzyczny, ale Earl przejmował się ich zdaniem w podobnym stopniu, co normalny człowiek zdaniem owsianki.

Brakowało jeszcze tylko nazwy dla zespołu. I zespołu. Øskar i Ymgröth, którzy mieli go tworzyć razem z Earlem, zostali wysłani z zadaniem znalezienia sobie instrumentów… a przynajmniej czegoś, co byłoby zdolne do wydawania mniej więcej sensownych dźwięków. Tyle że od tamtego czasu minął już tydzień. Na szczęście olbrzymy z natury były cierpliwe. Niektórzy sugerowali, jakoby miało to wynikać z ich wrodzonej głupoty. Nie zdarzył się jednak ktoś na tyle odważny, by powtórzyć swą teorię w obecności olbrzymów, więc nie wiadomo, jakie zajmowali stanowisko w tej sprawie. W każdym razie, Earl dostrzegł w końcu sylwetki swoich olbrzymich kolegów.

Oni też nie wyglądali na muzyków. Sprawiali wrażenie, jakby całe dnie spędzali na okładaniu się maczugami. Obaj zgodnie zarzekali się, że skończyli z okładaniem się maczugami dziś rano. Ymgröth miał na sobie wytartą, skórzaną kurtkę, która z pewnych, nie do końca jasnych powodów została ponabijana gwoździami. Øskar z kolei obleczony był w coś w rodzaju za dużej o kilka rozmiarów koszuli. Ozdobiono ją czymś co prawdopodobnie byłoby kwiecistym wzorem, gdyby ten, kto go malował, widział kiedykolwiek kwiaty.

– Cześć chłopaki – rzucił wesoło Earl. – Zorganizowaliście instrumenty?

– Jasne. – Ymgröth wyszczerzył zęby.

– To pokazujcie, co tam macie.

Øskar zdobył fujarkę, która w dawnych czasach pełniła rolę trąby. I ponoć nawet posłużyła do zburzenia murów pewnego miasta. Ymgröth miał lutnię. Dość osobliwą zresztą. Cała była pokryta tajemnymi symbolami, które okultyści uznaliby zapewne za szalenie interesujące.

– Facet, który mi ją sprzedał, powiedział, że to Pradawna Lutnia Zniszczenia, czy coś takiego… – oznajmił Ymgröth. – Nie do końca wiem, o co mu chodziło. Ale fajnie się nazywa, nie?

Człowiek, który sprzedał Ymgröthowi lutnię nie przypominał zwykłych handlarzy instrumentami muzycznymi. Wyglądał raczej jak ktoś, kto zajmuje się penetrowaniem bardzo starych i zapewne bardzo przeklętych grobowców i wolałby, żeby nie zadawać mu żadnych pytań. Ymgröth nie zadawał.

Prawda była taka, że Pradawna Lutnia Zniszczenia przed wiekami należała do otaczanego boską czcią zakonu magów-muzykantów, nazywanych Nieśmiertelnymi. Kiedyś w wyniku naprawdę zabawnej pomyłki, w którą zamieszana była również lutnia, doprowadzili oni do wojny totalnej i upadku cywilizacji. Wtedy okazało się, że wcale nie byli tacy nieśmiertelni. Można nawet powiedzieć, że ich śmiertelność sprawdzono bardzo wnikliwie.

Ymgröth nie zadawał jednak pytań, więc oczywiście nie miał o tym wszystkim zielonego pojęcia. Ale nawet jakby miał, to i tak nic to by nie zmieniło. Do wykorzystania mitycznych mocy Pradawnej Lutni Zniszczenia potrzeba było nie lada umiejętności. Powiedzieć zaś, że Ymgröthowi takowych zdolności brakowało, to jak powiedzieć, że górom brakuje nieco ruchu.

– W porządku. – Earl rzucił z aprobatą. – A kto będzie śpiewał?

– Ja – wyrwał się Øskar.

– Ty nie możesz.

– Niby dlaczego?

– Bo grasz na fujarce.

Po burzliwej dyskusji, która przyczyniła się do zrównania kilku osad z ziemią, Earlowi i Ymgröthowi udało się przekonać Øskara, że nie da się jednocześnie śpiewać i grać na instrumencie dętym. Øskar wprawdzie nie do końca uwierzył kolegom, ale musiał ulec wobec siły argumentów i przewagi liczebnej.

Pozostawała jeszcze kwestia nazwy zespołu… Po kolejnej burzliwej dyskusji, która znowu nie obyła się bez ofiar w ludziach, gargantuiczni muzykanci zrezygnowali z nazw: „Earl i Spółka”, „Mroczny Ymgröth i Jeźdźcy Śmierci” oraz „Brat Øskar i Polne Kwiatuszki”.

– A może Głęboka Purpura? – zaproponował Ymgröth.

– Żuczki? – dodał Øskar.

Earl spojrzał na kolegów z politowaniem. Miał wrażenie, że zaprzestanie okładania się maczugami niezbyt dobrze na nich wpłynęło.

– Ślepy Opiekun? – kontynuował Ymgröth.

– Czemu ślepy? – zapytał Earl.

– I czemu opiekun? – dorzucił Øskar.

– Sam nie wiem… To może Czarna Sobota?

– Co? A co to w ogóle ma oznaczać? – Øskar wyraźnie nie potrafił pojąć ścieżek, jakimi błądziły myśli Ymgrötha, ale bardzo chciał zrozumieć.

– A tak mi przyszło do głowy…

– … – nie powiedział nic Earl.

– … – zgodził się Øskar.

– No to Żelazna Dziewica. Wiecie, taka szafa. Z kolcami i innymi takimi…

– … – Earl i Øskar jednogłośnie powstrzymali się od komentarza.

– Chłopaki, a o czym my chcemy śpiewać? – wykrzyknął Earl olśniony swoim pomysłem.

– No… O zagładzie… – zaczął niepewnie Ymgröth.

– … miłości… – podjął Øskar.

– … zniszczeniu…

– … tarzaniu się nago w kwiatach…

– No to hmm… – Earl zamyślił się. – Nazwijmy się Olbrzymy!

Øskar i Ymgröth musieli skapitulować w obliczu przytłaczającej i wymykającej się wszelkim próbom zrozumienia logiki Earla.

 

***

 

Żołnierzy można podzielić na dwa typy. Na pierwszy składają się ludzie, którzy mają poza wojskiem jakieś życie, więc starają się jak najszybciej odfajkować, co do nich należy i wracać do żony, dzieci, ogródka warzywnego i miniaturowej makiety miasteczka. Drugą grupę stanowią psychopaci, dla których świat poza wojną nie istnieje i którzy ponad wszystko uwielbiają napawać się widokiem płonących osad ludzkich i zapachem łatwopalnych substancji o poranku.

Jak łatwo się domyślić, kapitan On-Nas-Pozabija! Pratt należał do tej drugiej grupy. Więcej – był jej czołowym reprezentantem. To, że miał stopień oficerski nie ułatwiało życia ani jego podwładnym, ani przełożonym, a już w najmniejszym stopniu jego wrogom. Właściwie, gdy wyszło na jaw, że On-Nas-Pozabija! Pratt został oficerem, w sztabie wybuchło niemałe zamieszanie. Wszyscy chcieli się dowiedzieć, kto jest za to odpowiedzialny i wszyscy zgodnie zarzekali się, że to nie oni. Winowajcy oczywiście nie znaleziono, ale postanowiono jak najszybciej naprawić błąd, wysyłając Pratta na najbardziej szaleńcze i samobójcze misje.

Tego dnia On-Nas-Pozabija! Pratt był wniebowzięty. Niestety, nie dosłownie. Był po prostu niewymownie szczęśliwy, gdy dostał za zadanie spacyfikowanie grupy olbrzymów. Sztab również był niewymownie szczęśliwy. Wszyscy gratulowali sobie tego pomysłu. Jedynie sierżant Hicks nie był szczęśliwy. Ani niewymownie, ani w ogóle. Największą pasją sierżanta Hicksa było utrzymywanie się przy życiu. Utrzymywanie się przy życiu w armii kapitana Pratta było czymś w rodzaju sportu ekstremalnego. Bez kasku i liny, która powstrzymuje delikwenta przed rozkwaszeniem się o ziemię. Sierżant Hicks był rodzajem człowieka, który zapytany o ulubioną dyscyplinę sportową, odpowiada: szachy, a wyrażenie „sporty ekstremalne” wywołuje u niego odruch popukania się w czoło.

 

***

 

– Myślę, że całkiem nieźle nam wyszło – stwierdził Earl, gdy nieludzka kakofonia – przez zespół Olbrzymy nazywana „naszą muzyką” – w końcu ucichła. Cały problem tkwił w tym, że olbrzymy z natury nie przyswajały takich pojęć jak harmonia czy dynamika. Nie był to na dobrą sprawę duży kłopot, bo wielu muzyków jakoś sobie radziło bez znajomości harmonii i dynamiki, a nawet świadomości ich istnienia. Tyle, że poza stosunkowo niewielkim obszarem pojmowania olbrzymów znajdowały się także takie zagadnienia jak: rytm, melodia i strojenie instrumentów. Można powiedzieć, że zdolności olbrzymów do postrzegania muzyki kończyły się na stwierdzeniu obecności dźwięku bądź jego braku.

 

***

 

Niedźwiedź słyszał kiedyś, że piękno muzyki może poruszyć nawet kamienny mur, ale aż do tego dnia nie wierzył, że to naprawdę możliwe. Nie był wprawdzie przekonany co do walorów artystycznych utworu, który właśnie usiłował rozsadzić mu czaszkę, ale murom miejskim najwyraźniej się podobał. Całe miasto było w ogóle bardzo muzykalne. Wyraźnie przeżywało koncert – bruk podskakiwał pod stopami w rytm muzyki, ściany sypały tynkiem przy rzewniejszych kawałkach, dachówki wycinały karkołomne hołubce, kończąc na chodniku bądź głowach przechodniów. A właściwie przechodnia – Niedźwiedzia, bowiem miasto, poza tym, że było niesamowicie wrażliwe na muzykę, było równie niesamowicie wyludnione. Zazwyczaj, gdy mówi się o opuszczonym mieście, pomija się pojedyncze postaci maruderów i włóczęgów, opcjonalnie szabrowników. W tym przypadku miasto było wyludnione w najpełniejszym tego słowa znaczeniu.

Niedźwiedź nie miał wątpliwości, że padło ofiarą Earla. I choć nie zawierało typowych oznak obecności olbrzyma, poziom hałasu wskazywał, że Earl musi być niedaleko. Najwyżej w promieniu kilku mil.

 

***

 

Po odwiedzeniu kilku niezwykle muzykalnych i opuszczonych miast, Niedźwiedź dotarł do celu swojej podróży. Nigdy jeszcze nie widział czegoś porównywalnego z tym, co właśnie działo się przed jego oczami, ale bohaterski zmysł podpowiadał mu, że tego właśnie szukał. Chodziło oczywiście o grupę koncertujących olbrzymów, po zęby uzbrojonych w najstraszliwsze instrumenty muzyczne, jakie widział świat. Olbrzym, który śpiewał, przygrywał sobie na tamburynie, który wielkością – i głośnością – dorównywał haalwanalandzkim kotłom wojennym. Haalwanalandzkie kotły wojenne były naprawdę duże. I głośne. W większości krain uznawano je za broń masowego rażenia i surowo zakazywano ich posiadania, nie mówiąc nawet o używaniu.

Instrumentów pozostałych dwóch olbrzymów Niedźwiedź nie potrafił sklasyfikować. Był jednak pewien, że dźwięki, które się z nich wydobywały, nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego, czy co tam dźwięki oglądają.

Zespół znęcających się nad światem olbrzymów otaczała gromadka melomanów-entuzjastów nieludzkich tortur, trzęsących się w bliżej nieokreślony sposób. Prawdopodobnie miało to być podskakiwanie w rytm muzyki. Problem tkwił w tym, że nawet gdyby pustoszące okolicę dźwięki nazwać muzyką, nie miały one rytmu. W ogóle. Żadnego. Melomanom-entuzjastom nieludzkich tortur to jednak najwyraźniej w niczym nie przeszkadzało.

„Młodzież” – stwierdził Niedźwiedź z lekką obawą. Nigdy nie był dobry w obcowaniu z młodzieżą. Wprawdzie, technicznie sprawę ujmując, sam się do niej zaliczał, ale należał do tej części, która chodzi na wszystkie możliwe koła naukowe i uczy się języków obcych, zamiast popalać potajemnie papierosy i wymykać się wieczorami z domu. Ta część młodzieży nigdy tak naprawdę nie była młodzieżą.

Całą tę bandę otaczało coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak oblężenie. Miało balisty, katapulty, zdechłe krowy do ostrzeliwania nimi wrogów i w ogóle wszystko. Brakowało tylko miasta w środku. Dosyć sporego zresztą, sądząc po rozmiarach oblężenia.

 

***

 

Kapitan On-Nas-Pozabija! Pratt stał przed olbrzymią makietą pola bitwy i opracowywał plan taktyczny. Uwielbiał plany taktyczne. W jego wykonaniu były to prawdziwe majstersztyki. Najbardziej jednak zaskakujące w nich było to, że działały. Zawsze. Inni dowódcy po bitwie po prostu stwierdzali, że wyszło mniej więcej tak, jak zakładali. Nawet jeśli wyszło zupełnie inaczej. Wszelkie odchylenia od przewidywanego wyniku zrzucano na warunki pogodowe, magię, bogów albo żyły wodne, ewentualnie „tego przeklętego Pratta”.

Kapitan właśnie planował manewr oskrzydlający 74B, gdy rozległo się pukanie.

– Wejdźcie, Hicks – rzucił niechętnie. Sierżant Hicks był jedynym człowiekiem, który potrafił pukać do namiotu.

– Ten młody człowiek chciałby z panem rozmawiać, kapitanie. – Sierżant Hicks wepchnął do namiotu Niedźwiedzia i ulotnił się czym prędzej.

– No więc… – zaczął niepewnie młody człowiek. – Nazywam się Niedźwiedź McKay i przychodzę w sprawie olbrzymów.

– Jakich olbrzymów? – On-Nas-Pozabija! Pratt był autentycznie zdumiony.

– Tych co siedzą na zewnątrz i… eee… grają… – Niedźwiedź czuł, że zaczyna tracić grunt pod nogami. – Musiał ich pan zauważyć…

– Znaczy, naszych wrogów?

– Tak, chyba tak…

– I co z nimi?

– Myślałem, że mógłbym z nimi może porozmawiać?

– Porozmawiać? Znaczy co? – Kapitan zdawał się naprawdę nie rozumieć, o co Niedźwiedziowi chodzi.

– Tego… popertraktować? – Grunt już całkowicie usunął się spod nóg Niedźwiedzia i zaczął wyczyniać jakieś dziwaczne wygibasy.

– Znaczy tak bez katapult?

– No… raczej tak.

– I balist?

– Zdecydowanie.

– Widzisz synu – zaczął kapitan Pratt, kładąc rękę na ramieniu Niedźwiedzia. – To tak nie działa. Zupełnie. Nie pacyfikuje się grupy rozrabiających olbrzymów za pomocą rozmowy. To tak, jak byś chciał zatrzymać gołymi rękami lawinę. W najlepszym razie odgryzą ci głowę.

– Lawina odgryzie mi głowę? – Niedźwiedź już zupełnie się pogubił.

– Olbrzymy, chłopcze, olbrzymy. A potrafią robić ludziom też gorsze rzeczy. Możesz mi wierzyć. – Kapitan odprowadził Niedźwiedzia do wyjścia tak, jak urzędnicy odprowadzają do drzwi petentów, zapewniając przy tym, że nic się nie da zrobić, ale oni ze swej strony dołożą wszelkich starań.

„Phi” – pomyślał On-Nas-Pozabija! Pratt. – „Popertraktować. Bez balist i katapult. Dobre sobie.”

 

***

 

Olbrzymy właśnie skończyły grać piosenkę „Słodki dom Haawanaland”. To znaczy Earl właśnie skończył, bo Ymgröth skończył już dobrą chwilę temu, a Øskarowi brakowało jeszcze kilku taktów. Publiczności to jednak nie przeszkadzało i już zaczynały się owacje. Przez tłum fanów przedarł się jakiś człowieczek ubrany w skóry.

– Hej! Który z was to Earl? – krzyczał.

– Ja – odpowiedział Earl. – Jesteś naszym fanem?

– Nie do końca. Jestem Niedźwiedź. Niedźwiedź McKay. Przyjmijmy, że chcę uratować ci życie. Musisz wracać do domu.

– Co? Niby dlaczego?

– Widzisz tych ludzi? – Niedźwiedź machnął ręką, wskazując legiony kapitana Pratta szykujące się do bitwy. – Jak myślisz, co oni tu robią?

– Zabezpieczają nasz koncert?

„Chyba przed rozprzestrzenianiem się” – pomyślał Niedźwiedź, ale powiedział tylko:

– Powiedziałbym, że bardzo im zależy, żeby wasza muzyka przeszła do historii. I to jak najszybciej.

– Przeszła do historii, to znaczy… ? – zapytał Ymgröth, który powoli domyślał się okoliczności ich potencjalnego przejścia do historii.

– Właśnie tak.

– Oj.

– I dobrze – wtrącił się Earl. – Jesteśmy gotowi umrzeć za naszą muzykę.

– Eee… Earl… – Øskar i Ymgröth najwyraźniej nie byli zbyt przekonani do idei umierania. Ani za muzykę, ani za cokolwiek innego. – Może to jeszcze przedyskutujemy?

 

***

 

– Jak to zniknęli?! – Ryk kapitana Pratta niejedną armię zmusiłby do zorganizowanego odwrotu na z góry upatrzone pozycje, powszechnie nazywanego paniczną ucieczką. Jednak sierżant Hicks nawet nie drgnął.

– Melduję, że nie wiem, panie kapitanie. – Sierżant Hicks oczywiście wiedział. Widział, jak dwa olbrzymy wymykały się chyłkiem – na tyle, na ile to możliwe, gdy ma się dwadzieścia stóp wzrostu i w dodatku niesie się nieprzytomnego kolegę. Ale sierżant Hicks był sierżantem nie od dziś i doskonale wiedział, co robić, żeby następnego ranka obudzić się tym samym sierżantem, którym się było poprzedniego dnia. I to bez dodatków w rodzaju armii pałających żądzą zemsty olbrzymów. – Ale myślę, panie kapitanie, że to najbardziej spektakularne ze wszystkich pańskich zwycięstw.

– …? – nie zrozumiał On-Nas-Pozabija! Pratt.

– Wie pan… Wygrał pan bitwę jeszcze zanim się zaczęła. Tamci widocznie tak się pana wystraszyli, że aż zniknęli. Jestem pewien, że ta wiktoria zapisze się tłustym drukiem w podręcznikach do historii.

– Ale czy to nie było pokojowe rozwiązanie? – On-Nas-Pozabija! Pratt należał do ludzi, którzy wolą wysadzić drzwi w powietrze zamiast sprawdzić, czy są być może otwarte. Zwłaszcza jeśli może to wywołać konflikt zbrojny. Nigdy nie uznawał rozwiązań pokojowych za dobry pomysł. Twierdził, że tylko tchórze rozstrzygają konflikty bez morza przelanej krwi, niezliczonych ofiar w ludziach i tym podobnych spraw. A tchórzy nienawidził prawie tak bardzo jak rozwiązań pokojowych.

– Ależ skąd – zapewnił gorliwie sierżant Hicks. – Można powiedzieć, że potęga naszej armii złamała ich morale. Słyszał pan kiedykolwiek, żeby łamać morale przeciwnika w pokojowy sposób?

– No… nie – odpowiedział kapitan Pratt z pewnym wahaniem, ale już po chwili rozpromienił się. – Tak, to była naprawdę piękna bitwa.

Sierżant Hicks odetchnął w myślach z ulgą.

 

***

 

– Ojojoj – jęknął Earl, chwytając się za głowę. – Co się stało?

– Nie pamiętasz? – zapytał Ymgröth.

– Nie.

– Chciałeś umierać za muzykę.

– I co? Udało się?

– No, nie do końca… Znaczy, ogłuszyliśmy cię i wynieśliśmy się stamtąd.

– Słuchajcie – wtrącił się Øskar. – Nie chcę narzekać, ale co my teraz zrobimy?

– Posłuchacie mnie – powiedział stanowczo Niedźwiedź, który do tej pory był ignorowany i wcale mu się to nie podobało. Twarze wszystkich trzech olbrzymów zwróciły się w jego stronę. Niedźwiedź odchrząknął i kontynuował:

– Przede wszystkim, Earl musi zająć się trzymaniem nieboskłonu. Możesz śpiewać równocześnie. Nikt przecież nie będzie próbował zabić człowieka… olbrzyma, który na swoich barkach podtrzymuje całe sklepienie niebieskie. Poza tym, pomyślcie o fanach, mówiących między sobą: „Idziesz na koncert Earla? To ten co trzyma nieboskłon. Niezły musi być z niego gość.” – Niedźwiedź nie znał nikogo, kto byłby na tyle złośliwy, żeby polecać znajomym takie przygody, ale dał się ponieść fantazji.

 

***

 

Powszechnie wiadomo, że najlepszą scenografią na zakończenie opowieści jest odwrócona plecami sylwetka bohatera na tle malowniczego zachodu słońca. Dlatego też Niedźwiedź odchodził w stronę malowniczo zachodzącego słońca, pogwizdując wesoło. Dostał od Atlasa cały worek złotych jabłek. No i została mu jeszcze tylko jedna praca – schwytanie piekielnego psa, który ma zdecydowanie za dużo głów.

„Bułka z masłem” – powiedział sobie w duchu.

 

EPILOG:

Zespół Olbrzymy zmienił nazwę na Olbrzymy Co Trzymają Niebo i zdobył światową sławę, jako jedyny zespół, w którym w roli perkusisty występuje lawina kamienna.

Wprawdzie Ymgröth po roku odszedł z zespołu z powodów artystycznych – nie wiadomo, o co chodziło, mamrotał coś o prawdziwym kamieniu i toczeniu się – ale to już zupełnie inna historia.

Koniec

Komentarze

Jestem fanem cięzkich brzmień. Oczywiście nie zamykam sieę w jednym gatunku myzycznym, niemniej lubię metal, z którym wiąże mnie kilkunastoletni romans. Iron Maiden, który posłużył Ci za doskonały obiekt do naśmiewania się,  robi muzykę bardzo łagodną w zestwieniu z kapelami, które lubię. Niemniej przedstawiłeś Autorze typowe postrzeganie metalu przez większość społeczeństwa, które nie rozumie i nie czuje tego gatunku. Uczyniłeś to jednak w sposób tak dowcipny, że nie można mieć Ci tego za złe. Ja - stary fan wyśmianej przez Ciebie muzyki i jej popkulturowej otoczki - rżałem jak dziki koń czytając Twoje opowiadanie. To, że oparłeś się na przejaskrawionych stereotypach nie umniejsza wartości tekstu. Opowiadanie jest fajne, napisane z jajem, kipiące od ironii. Postać kapitana Pratta nakreślona bezbłędnie. Wprowadzenie trąby jerychońskiej jako instrumentu użytego do tworzenia kakofonii - mistrzostwo. Tylko tytułowy bohater jakiś bez jajec i wyrazu.

Twoje opowiadanie umiliło mi dziś czterdziestominutowe stanie w kolejce. Ludzie dziwnie patrzyli, kiedy śmiałem sie co chwilę wpatrzony w telefon.

Pozdrawiam.

Sorry, taki mamy klimat.

Cieszę się, że Ci się podobało, Sethraelu. Zapewniam, że również jestem fanem ciężkich brzmień --- Iron Maiden to moja ulubiona kapela ;)

Początek bardzo mnie zainteresował i wskazywał, że masz ogromne poczucie humoru, ale potem?... Uważam, że przegadane. I to mocno.

Gdybym miała wąsy, to bym była dziadkiem, a tak jestem sygnaturką!

Heh, obłędne! Zwłaszcza nawiązanie do zespołów. Supe się czytało.

Pozdrawiam i czekam na kolejne!

Fajne. :) Dobry pomysł przedstawiony z dużym poczuciem humoru.

W ramach tzw. konstruktywnej krytyki czepię się małej niekonsekwencji w charakteryzacji. Oskar najpierw wymyśla bezsensowną ;) nazwę zespołu, a potem "nie potrafi pojąć ścieżek, jakimi błądzą myśli Ymgrotha". Przecież jego myśli też gdzieś pobłądziły. Ale jest to drobiazg, bo chyba głównym celem opowiadania nie było  wykreowanie postaci, a raczej zabawnej sytuacji.

Pomimo tego, zarówno olbrzymy, jak i kapitan są moim zdaniem... kapitalne (zwłaszcza kapitan). Niedźwiedź nie jest w podobny sposób przerysowany, dlatego może się wydawać be wyrazu (ale jaki heros tak naprawdę ma wyraz? Oni wszyscy są piekielnie doskonali), mimo to nie miałam problemu ze zrozumieniem jego motywacji. A! I przy okazji, on mi się z kimś kojarzy, ale nie wiem z kim. Najbliżej jest Bear McCreary (uwielbiam gościa), ale chyba chodziło o kogoś innego...

Fabularnie być może zbyt szybko zakończyła się konfrontacja Niedźwiedzia z Earlem, która być może dodałaby nieco charakteru bohaterowi tytułowemu, więc może to drugi element do czepiactwa. Ale to trochę czepianie się na siłę.

Tyle, jeśli chodzi o uwagi. Poza tym zabawa przednia, wciąga jak powinno, dopracowane. Myślę, że umknęło mi ze sto pięćdziesiąt odniesień do popkultury, ale nie szkodzi, bo to co załapałam to i tak dość. ;)

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

Goranie, szkoda że ja nic nie wiem o ciężkim brzmieniu metalu. Twój styl jak poprzednio cechuje pewna elegancja i lekkość.Jednak do mnie dotarło może trzydzieści procent tego, co powinno. Jestem jak słoń łaskotany piórkiem. Nic

mądrego Ci nie napiszę. Pozdrawiam.

Bardzo zabawne. Bardzo mi się podobało. Bardzo Iron Maiden :).

A ja pochwalę za widoczny progress. W opowiadaniu "Złoto dla niziołków" zbyt wiele było tych "zabawnych dopowiedzeń" i nie były one wysokich lotów. Tym razem, zupełnie inna bajka! Nadal jest ich dużo, ale ich jakość o nieboskłon lepsza! Czyta się z prawdziwą przyjemnością. Życzę miejsca na podium w konkursie :)

 

Świetne.Trzymam kciuki, bo z gigantycznych opowiadań podobało mi się najbardziej.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Wypadałoby w końcu podziękować za komentarze. Zatem niniejszym dziękuję.

StargateFanie, pozwolisz, że odniosę się również do Twojego komentarza z wątku konkursowego. Mianowicie, cień pośpiechu jest zapewne wynikiem... pośpiechu --- tekst faktycznie skończyłem z dniem zakończenia konkursu i do ostatnich chwil go szlifowałem

t.leno, fragmenty skupiające się na pogłębieniu postaci Niedźwiedzia wypadły niestety blado i musiały zostać usunięte dla dobra tekstu ;)

Ryszardzie, cieszę się, że przynajmniej mój styl Cię przekonał ;)

Prokris, cieszę się niezmiernie, że robię dostrzegalne postępy ;)

majatmajai, osze (idźcie, dziewczyny z tymi pseudonimami --- odmienić nie sposób ;)) i AlexFagus po prostu dziękuję ;)

Dobry tekst. Opis muzykalnego miasta – fantastyczny. :-)

Babska logika rządzi!

Owszem, opowiadanie zabawne, ale jak na mój gust, objawił się nadmiar żartów, skutkiem czego postać tytułowego Niedźwiedzia utonęła w powodzi nieco błazeńskiego humoru.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne :)

Nowa Fantastyka