- Opowiadanie: syf. - Gliniany kolor słońca

Gliniany kolor słońca

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Gliniany kolor słońca

 

 

 

1

Stałem i patrzyłem.

Plac Siedmiu Religii był jak zastawiony na nieostrożną zwierzynę potrzask. Łopoczące różnobarwne flagi i wprawione w ruch łopatkami wiatraków mantry przyciągały wzrok. Zaś każdej strony – niby metalowe zęby – jeżyły się wieże, iglice oraz słupy obwieszone mistycznymi znakami i figurami. Wszystkie zdawały się chylić w stronę biednego zagubionego człowieka, jakby miały go zaraz przekłuć i porozrywać na kawałki – w ofierze dla każdego z bogów.

Słońce stało wysoko i było koloru gliny. Od strony jeziora wiał wiatr, niosąc ze sobą słony pyłek. Biały osad potrafił utworzyć na twarzy delikatną skorupkę. Prawdę mówiąc, była to jedyna delikatna rzecz, z którą miałem mieć do czynienia w tym mieście – o ile można tak powiedzieć o przeżerającym skórę syfie z wód Salt Lake.

Stałem zatem i patrzyłem na twarze pogrążonych w ekstazie kapłanów, pochmurne oblicza herezjarchów, tłumy wiernych podążające za owianymi nimbem świętości prorokami, wyznawców Kriszny, którzy sprzedawali ryżowe kulki, wyznawców mamony, wciskających ludziom kiczowate amulety i magiczne artefakty, złodziei, żebraków, kurwy i wreszcie dziada, który szczał pod murem.

Miasto w pigułce.

Przypuszczam, że gdybym postał tam chwilę dłużej, to przypałętałby się albo spowiednik, chcący wyrwać mnie z domniemanych okowów szaleństwa, albo paru nawiedzonych ćwoków, którzy uznali, że doznałem oświecenia i należy wynieść mnie na piedestały. Na szczęście – przypomniawszy sobie o zleceniu – porzuciłem sacrum i powróciłem na zapiaszczone profanum.

Ruszyłem w stronę świątyni Odnowionego Kościoła Przenajświętszej Szczęśliwości Naszej Matki Maryi Dziewicy – którą w skrócie będę nazywał po prostu świątynią szczęścia – myśląc o rozmowie, którą odbyłem z tym skurwysynem Watersem…

 

*

– Jak miło – powiedział dzień wcześniej, gdy jego kolesie posadzili mnie na niewygodnym krześle.

Właściwie to wysapał, gdyż wielkie brzuszysko musiało być dla przepony jak kowadło.

– Rzeczywiście – odparłem.

John Bonham Waters reprezentował najgorszy typ człowieka, jaki można dziś spotkać na autostradach, pustkowiach i pośród ruin amerykańskich miast. Handlował wodą. I był obrzydliwie bogaty. A pieniądze przecież nie biorą się z powietrza…

– Nie przypominam sobie, żebym pana zwalniał.

– Ja też – głupawo rzuciłem.

Przez pewien czas pracowałem dla niego jako profesjonalny poszukiwacz złóż. Wstyd przyznać, ale sprowadzało się to do wynajdywania osad z własnymi źródłami wody, dostatecznie słabych, aby warto było je najechać i podporządkować. Potem jednak poprzewracało mi się we łbie od tych altruistycznych bredni i, namieszawszy trochę w interesie, nawiałem.

– Ma pan rację. – Rżałem jak koń, udając, że właśnie usłyszałem najlepszy żart w swoim życiu.

Miałem nadzieję, że nie ostatni…

– Rozwiążcie pana Portera – powiedział ku mojemu zaskoczeniu. – I niech Amelia poda do stołu. Migiem.

Miałem cholernego farta, że trafiłem na jego dobry dzień.

Kafary zrobiły swoje i posadzono mnie przy białym obrusie, zastawionym karafkami z najczystszą wodą, jaką widziałem od dwóch lat, pieczonym kurczaczkiem, który – zdaje się – przed śmiercią miał tylko jedną głowę i koszami owoców, które nie wyglądały jak wyprute z psa bebechy, ale były po prostu ładne. Zdrowe.

Bolały mnie plecy, gdy tak siedziałem. Dyskretnie namacałem paskudne rozcięcie. Jak podejrzewałem, twardziele nie obeszli się ze mną delikatnie, gdy już mnie uśpili piąchą w potylicę.

– Smacznego – powiedział Waters i rozłożył na kolanach chustkę.

Od słowa do słowa i okazało się, że wspaniałomyślny potentat wcale nie chciał mi podłączyć akumulatora do jajec. Właściwie to nie żywił do mnie urazy. Przeszłość to przeszłość i takie tam. Prawie uwierzyłem w jego gadkę, gdy wypłynęła sprawa długu. I odsetek.

 

*

– Co mam zrobić? – Walnąłem prosto z mostu.

– Widzi pan, panie Porter – zaczął.

Przeszliśmy z jadalni na taras. Rozsiadłszy się na słomianych leżakach, sączyliśmy przez słomki kolorowe drinki i patrzyliśmy na ośnieżone szczyty gór. Stąd było zbyt wysoko, by zobaczyć morze glinianych slumsów.

– Jest takie miejsce w tym mieście, świątynia, gdzie dzieją się cuda. Ludzie wchodzą i stają się szczęśliwi.

Popatrzyłem na niego spode łba.

– Ja, panie Porter, w cuda nie wierzę. Za to jestem ciekaw i chciałbym, aby to pan tę ciekawość zaspokoił.

– Czyli?

– Proszę tam pójść i tego doświadczyć. A potem zakręcić się pośród kapłanów – jak, za przeproszeniem, palec w dupie – co przecież pan świetnie potrafi, wrócić i mi wszystko zreferować.

– Jasne – rzuciłem, nie bardzo wiedząc, o co mu chodziło.

– Rozumie pan, ja też chcę być szczęśliwy – dopowiedział, pstryknięciem palców wzywając Amelię, żeby mu dolała alkoholu. – Z drugiej strony będę równie szczęśliwy, jeżeli te tłumy, które się dzień w dzień przewalają przez świątynne wrota i zostawiają dary, będą mi płacić za ułudę, wywołaną gazem albo jakimś emiterem. To są pieniądze, a ja chcę je zgarnąć. I nie w tej dziurze, a w L.A.. Ale kto wie, panie Porter, może jednak sama Święta Panienka się tam objawiła?

 

*

Wyszedłem na zewnątrz jego hacjendy. Wcześniej miałem worek na łbie i byłem nieprzytomny, więc nie przyjrzałem się okolicy. Teraz dopiero dostrzegłem, że skurwysyn utrzymywał sobie trawniczki, zielone trawniczki ze zraszaczem. I gaik figowy. I alejkę z palemkami. Patrzyłem i nie mogłem się nadziwić.

Poprzedniego dnia zabuliłem grube dolce za cuchnącą benzyną wodopodobną breję, żeby mieć czym ugasić pragnienie. Tu zaś jebana trawa miała lepiej niż człowiek w mieście, nie wspominając o slumsach. Wygrzebałem z plecaka manierkę i bez cackania przyłożyłem do ogrodowego węża. Potem sam się przyssałem jak kleszcz.

– Wszystko w porządku? – Usłyszałem za plecami rozbawiony głos.

Zerwałem się i otrzepałem z piasku.

Miała na sobie białą zwiewną sukieneczkę na ramiączkach, gustowne rękawiczki po łokcie i przekrzywiony kapelusik, spod którego wypadały pukle jasnych włosów. Machała zadziornie torebeczką i uśmiechała się. Zagapiłem się w te czerwone usta, wyraźnie odcinające się od bieli policzków i czerni przeciwsłonecznych okularów.

– Betty, chodź! – krzyknął ktoś zza parkanu.

– Ale pan zabawny – powiedziała do mnie i drobnymi kroczkami pofrunęła do bramy. Obróciła się jeszcze i dodała, zdaje się, z troską: – Przecież ta woda jest brudna. W kuchni mamy sok.

Sok.

 

 

2

Członek Zakonu Atomowego Oczyszczenia Świata otarł się o mnie swoim brudnym płaszczem, gruchocząc jednocześnie różańcem z nawleczonych kawałków żużlu. Jego kostropata morda skrzywiła się w grymasie, gdy z przeciwnej strony nadeszli wyznawcy Kościoła Atomowej Zagłady. Zaczęła się przepychanka, w ruch poszły kije, w powietrzu błysnął nóż. Ktoś padł na ziemię. Strażnicy i żebracy zbiegli się jak muchy za gównem. Jedni rozdzielali walczących. Inni okradali leżącego.

Minąłem ich, zapatrzony w chłodne wnętrze świątyni szczęścia. Ustawiłem się w kolejce. Po parunastu minutach czekania falujący purpurową tuniką wykidajło – o twarzy jak wykutej z marmuru, z karabinem w dłoni i dziwacznym hełmie na głowie – wpuścił mnie do środka.

Z miejsca uderzył mnie ciężki zapach kadzideł. W oknach były witraże, a po twarzach wiernych rozlewało się zielonkawe lub krwistoczerwone światło. W rogach i załomach poustawiano świece, które rozproszyły wszystkie cienie.

– Trzeba usiąść – powiedział ktoś.

Usiadłem. Wpatrzony w białą plamę kapłana przy ołtarzu, tonącą pośród gęstego dymu z kadzielnic, poczułem…

Plaża w Santa Monica. Słońce koloru żonkili. Weseli ludzie skaczący w wodzie. Kobieta i dziecko bawiący się w piasku. Zimne piwo w dłoni. Myśl o powrocie do bezpiecznego domu.

… szczęście. Rozlewającą się z okolic nerek błogość. Mimowolne napięcie mimicznych mięśni twarzy. Uśmiech. Wzwód. Przyjemne swędzenie za uchem. Wszystko co dobre i wesołe.

Patrzyłem na twarze zgromadzonych. Widziałem radość skrzącą się w ich oczach, łzy zadowolenia spływające po czerwieniejących policzkach. Przyspieszone oddechy. Jakbyśmy nagle wszyscy zapomnieli o nędzy, która czai się za progiem.

Jeden z kapłanów krążył pośród ludzi i dyskretnie wskazywał drzwi, za którymi ciągnął się sznureczek następnych wiernych. Ze zrozumieniem pokiwałem głową – przecież każdy powinien mieć możliwość doznania takiego doświadczenia. Skierowałem się ku wyjściu, ale dostrzegłem, że w bocznej ścianie była wnęka, w której ludzie zostawiali ofiary dziękczynne. Uradowany jak skowronek podleciałem tam i zostawiłem berettę oraz części komputerowe, za które planowałem zorganizować sobie zimowanie.

Pełen szczęścia wyszedłem na plac.

 

*

Radość skończyła się plombą na mordę.

 

*

– Co ci się, koleżko, stało? – spytał barman, gdy dosiadłem się do poszczerbionego kontuaru.

– Dostałem wpierdol – odparłem. – Chyba widać.

Facet, jak przystało na prawdziwego barmana, był barczysty i łysy. O włosy nie musiał się chyba jednak martwić. Do łysej glacy jak poczwarki poprzylepiane były blizny po oparzeniach. Nawet się z nimi nie krył.

– Odwiedziłem tę waszą świątynię szczęścia – mówiłem, popijając paskudztwo koloru rdzy – a potem z bananem na mordzie włóczyłem się po ulicach. Przynajmniej tyle pamiętam. Wlazłem w zaułek jak dziewica do lasu i dostałem w ryło od jakiegoś ciula. Chciałem złapać za pistolet, ale przypomniałem sobie, że go przecież, kurwa, zostawiłem jako dar…

Barman ryczał niby krowa, a wspomniane blizny tak się marszczyły, jakby zaraz miały się z nich wykluć motylki i odlecieć w cholerę.

– Pierwszy raz w Salt Lake?

– Tak, wiem. Dałem się zrobić jak dziecko bandzie naciągaczy.

Postawił przede mną uwędzoną jaszczurkę.

Patrzyłem przez otwarte drzwi na słońce zachodzące za szkieletami wieżowców. Światło koloru gliny przezierało przez wypalone piętra jak przez stos potrzaskanych czaszek. Potem wiatr przyniósł wieczorną porcję solnego pyłu znad jeziora.

Wstałem i je zamknąłem.

– Co mi pan powiesz mądrego na temat tego kultu?

– To samo, co każdy, koleżko. – Obsłużył jakiegoś cuchnącego bizonem poganiacza bydła. – Pojawili się z rok, może dwa lata temu. Wykupili ziemię przy placu i szybko uwinęli się z postawieniem kościoła. A teraz nie mogą opędzić się od wiernych.

– A ich cuda?

– Panie, jesteśmy w Salt Lake. Narysujesz fiuta na ścianie i przy odrobinie szczęścia wykluje się z tego nowa religia. Tutaj wszystko jest cudem albo proroctwem.

– Jasne, a jakieś konkrety?

– Krzykacze najęci przez biskupów głosili, że czci się tam szatana, ktoś inny rozpuszczał plotki o narkotykach ukrytych w świecach. Kolejni… A zresztą, idź pan i posłuchaj u proroków na rynku. – Barman machnął ręką. – Raz na trzy miesiące wypada rytuał oczyszczenia, wtedy świątynia jest zamknięta przez kilka dni.

– Mam to szczęście?

– Tak – odparł.

– Nie było już kogoś, kto by się tym fenomenem interesował?

– Za dużo pytań pan zadajesz. Tutaj każdy kult ma swoje tajemnice. – Odwiesił metalowy kubek. – I sposoby, by ich strzec.

 

 

3

Są na tym świecie ludzie, którzy – jak Waters – czego się nie dotkną, zamienią w złoto. Wystarczy spojrzeć na jego willę, ale z drugiej strony na córeczkę. Są też nieudacznicy. Ci wszystko przerobią na gówno. Kurwy, biedota, żebracy przeganiani przez świątynne straże, ćpuny. Czasem można trafić na przedsiębiorców. Przykładowo – wraz z nadejściem nocy zastępy dzielnych szczurołapów z psami i kotami na sznurkach, rozprostowując pogryzione paluchy, ruszają w kanały i rynsztoki pozbywać się szkodników, przy okazji załatwiając żarcie na śniadanie.

No i są tacy ludzie jak ja – nie umiejący, co prawda, nic konkretnego, ale urodzeni pod szczęśliwą gwiazdą. Ci, którym sprzyja los. Farciarze.

Wracając jednak do ćpunów. Tamtego dnia, ze złamanym nochalem i obitymi żebrami, czując się jak ostatni dureń, nadal miałem ochotę jeszcze raz zajść do świątyni. Wrócić na tę plażę w Santa Monica i wyobrazić sobie kochającą żonkę i cudnego dzieciaka. W szczególności to jednak myślałem o prawdziwym zimnym piwku.

Najwyraźniej jednak rozpoczął się już rytuał oczyszczenia, bo brama była zamknięta. Wobec tego obiecałem sobie wynająć w wolnym czasie czystą panienkę na całą noc i wziąłem się do roboty.

Budynek był dość wysoki. Jego bryłę wieńczyły dwie wąskie wieżyczki. Wbudowano go w pierzeję placu, a podwórko na tyłach otoczono wysokim murem, zwieńczonym drutem kolczastym – niewątpliwie najbardziej praktycznym sposobem na ochronę tajemnic. Bramy wyjazdowej broniły masywne okucia i czytnik kart magnetycznych. Siedziało w tym miejscu dwóch żebraków, więc najwyraźniej ktoś tutaj rozdawał jałmużnę. Postanowiłem na tego kogoś poczekać i przysiadłem się.

 

*

Ze dwie godziny oraz trzydzieści ugryzień pcheł później brama rozwarła się z szumem i wyszło z niej trzech mężczyzn. Wszyscy nosili powłóczyste czarne szaty. Dwaj z nich byli zwykłymi kafarami, nawet nie kryli się z mułami i bronią. Trzeci wypielęgnowaną dłonią z pierścieniami rzucił każdemu z nas po monecie. Żaden nawet nie spojrzał w naszą stronę.

Wstałem i ruszyłem za nimi w bezpiecznej odległości.

W mdłym świetle gwiazd miejskie budowle zdawały się być jeszcze bardziej karykaturalne. Koślawe fasady chyliły się nad wąwozem drogi. Z niektórych okien wylewała się czerwień świateł, w zaułkach czaiła się ciemność. Dochodziły stamtąd jęki, pochlipywania i chlupot upuszczanej krwi.

Poprawiłem na wszelki wypadek pochwę noża.

Nie spodziewałem się po świątynnych niczego konkretnego. Co najwyżej wizyty w burdelu albo kasynie. Oni zaś skierowali się w stronę slumsów.

 

*

Dzielnice nędzy rozciągały się na ogromnej przestrzeni dookoła przedwojennego miasta. Rosły. Z bliska były niby labirynt pęcherzyków – z powietrza musiały wyglądać jak jakaś obrzydliwa narośl koloru gówna. Aureola prawdy dookoła zakłamanych dup świętych proroków. Nie było samolotów, więc niestety mało kto potrafił to dostrzec.

Nawet tacy ludzie jak ja nie mieli tutaj czego szukać, a co dopiero wielki kapłan. Dostrzegłem, że świątynni znikają w jednym z budynków przy rynku. Nagle jeden z goryli obrócił się, jak gdyby poczuł, że ich śledzę. Udało mi się umknąć jego badawczemu spojrzeniu i znalazłem się w zagraconym zaułku.

– Ej – wycharczał w moją stronę jednooki ćpun, wyłażąc z kartonu – chcesz trochę białej zarazy?

– Nie.

Menel w dłoni rzeczywiście trzymał słoik, a drugą odkręcał wieczko. Dyskretnie sięgnąłem po nóż. On tylko się uśmiechnął – w jego pysku błysnął jeden ząb.

Rzuciłem się w jego stronę z bronią. Szczęśliwie dziad potknął się – przecież to się takim ludziom zdarza – gdy dostawałem w pysk solą ze słoika, i udało mi się wepchnąć ostrze w jego bebechy. Odruchowo przeturlałem się na bok, by zetrzeć paskudztwo z twarzy

Po chwili przybiegło jeszcze trzech syfiarzy. Pomyślałem wtedy, że właśnie znalazłem się w totalnej dupie, ale oni zupełnie nie zwrócili na mnie uwagi. Rzucili się na trupa i zaczęli go okradać. Po chwili przybiegło jeszcze dwóch i zaczęli tamtych okładać pałami.

Ja się ulotniłem.

 

*

Obszar – szumnie nazwany rynkiem – otoczony był piętrowymi budynkami, na których smętnie błyszczało kilka neonów. Wudka. Tanie panie. Bar. Z koksowników rozlewało się czerwone światło, a podłużne cienie tańczyły dookoła. To miejsce było jakby nocną kontynuacją Placu Siedmiu Religii. Proroków zastąpili dealerzy, spowiedników – alfonsi, wybawienie – dziwki.

Złapałbym z chęcią córeczkę Watersa i puścił ją tutaj samopas.

Skierowałem się ku drzwiom, za którymi znikł kapłan. Wewnątrz łomotała jakaś paskudna muzyka. Na stołku w kącie, trzymając wytatuowane łapy na obrzynie, siedział Murzyn. Popatrzył na mnie ze znudzeniem.

– Nie ma miejsc.

Udałem, że go nie słyszę, chcąc zobaczyć, co jest dalej.

– Facet, kurna! – Zerwał się z siedzenia. – Powiedziałem, żebyś wypierdalał.

– Głośno tu! – krzyknąłem, gdy wyciągał mnie za fraki na zewnątrz. – Nie słyszałem.

– Won!

Zdążyłem dowiedzieć się tego, co potrzebowałem – kafary siedziały przy drzwiach do jednego z pokoików.

 

*

Mając w pamięci radosne wspomnienia haju ze świątyni, morze i te sprawy, nie mogłem się nadziwić, że kapłan powędrował ruchać tanie kurwy w chyba najbardziej obleśnym burdelu w okolicy. Może, pomyślałem, mózg po pewnym czasie uodparnia się na działanie świątynnego uszczęśliwiacza. To wciąż jednak nie był powód, żeby odwiedzać takie miejsca…

Obszedłem budynek. Na podwórzu paru kolesi grało w kosza, ktoś dawał w żyłę, pies żarł jakieś resztki. Nikt na mnie nie zwracał uwagi. Widocznie byli przyzwyczajeni do nieśmiałych podglądaczy. Namierzyłem okno pokoju, w którym zabawiał się kapłan. Był to parter. Zajrzałem tam i…

Do krzesła przywiązana była dziewczyna. Na głowie miała foliowy worek. Wiła się. Naprzeciw stał goły facet i okładał ją kijem po całym ciele. W międzyczasie trzepał sobie kapucyna.

… odsunąłem się, zaciskając łapę na nożu.

Wtem gdzieś na rynku rozległy się strzały. Seria z karabinu przeszyła powietrze, zapewne także kilkoro ludzi i potłukła szyby w oknach. Kapłan rzucił kij i chwycił za szaty. Pospiesznie się ubrał i wybiegł z pomieszczenia. Aż mnie zaćmiło ze złości.

Chciałem pobiec i czekać na niego przy wyjściu, ale zobaczyłem, że dziewczyna z siatką na głowie zaczyna się dusić. Olałem klechę, rozwaliłem okno i wlazłem do środka.

Dziewczyna tak się telepała, że przewróciła krzesło. Wylazły jej na wierzch oczy. Po podłodze polał się mocz. Przygniotłem ją kolanem, żeby przestała się wierzgać i zerwałem z niej worek. Wyjęczała coś, a potem zrzygała się na moje buty.

Kląłem w myślach, zastanawiając się, co teraz zrobić z problemem świątyni. Co prawda nocna obserwacja nie dała mi zbyt wiele, ale mogłem spróbować zaszantażować kapłana. Wycierałem but o siennik, gdy nagle dostrzegłem pod krzesłem ciemny kształt. Portfel. Zgarnąłem go i przejrzałem zawartość. Spośród pieniędzy wygrzebałem kartę magnetyczną. To był fart.

Rozciąłem więzy, którymi skrępowana była dziewczyna i rzuciłem jej portfel.

Altruizm czasem popłaca.

 

 

4

Znowu jak król siedziałem na słomianym leżaczku, popijając kolorowego drinka, patrząc na zieloniutką, równo przyciętą trawę, obserwując kręcącą się główkę zraszacza i rozpryskujące się krople wody, widząc falujący cień palemek przy dróżce, słuchając Elvisa…

Jeszcze pół godziny temu jak pasożyt przywarłem do talerza, który przede mną postawiła służąca w kuchni.

Jak ten skurwysyn się urządził.

Po chwili dołączył do mnie Waters. Jak kaczka przyczłapał w laczkach i hawajskiej koszuli, spod której wylewało się dorodne brzuszysko. Naturalnie nie mogło zabraknąć cygara w jego obwisłej niby psi pysk mordzie.

– Zorganizowałem sobie kartę wejściową na teren świątyni – zacząłem. – Chciałem już wczoraj tam wejść, ale nad ranem kręciła się kupa ludzi i wyjeżdżały jakieś furgonetki.

– Jakieś konkrety?

– Konkrety będą, jak się znajdę w środku. Nawiasem mówiąc, potrzebuję spluwy.

– Jak taki kozak jak ty – Waters roześmiał się, a jego śmiech był jak szczekanie buldoga – stracił swoją klamkę?

– Nieważne.

– Zagadaj Tommy'ego, szefa ochrony. Kręci się przy bramie wejściowej.

Tutaj nawet słońce jakby mniej paliło. Niebo było pastelowe – jak na starych plakatach. Chmury bardziej białe. Wszystko pewnie przez tę zieleń. Wysoki mur chronił przed cuchnącym wiatrem.

Miałem zamiar się zbierać, gdy z wnętrza domu dobiegł krzyk.

– Ratunku! – darła się kobieta.

– Jasna cholera – warknął Waters, zrywając się z leżaczka.

Wraz z nim do środka wbiegli dwaj ogrodnicy.

W pokoju z wyjściem na taras, z widokiem na białe szczyty gór, na krześle pośrodku puchowego dywanu siedziała córka Watersa z przeciętymi żyłami. Lepkie strumienie ciekły na podłogę i wsiąkały w miękki materiał. Ktoś ją złapał, ktoś obwiązał ręce powyżej ran, ktoś podniósł i przeniósł na łóżko. Nadgarstki dziewczyny były już poznaczone bliznami. Oczy miała matowe.

Szczęśliwy człowiek z tego Watersa.

– Co się tak gapisz – wyszczekał. – Wypierdalaj!

 

*

Świątynia miała być zamknięta przez najbliższych kilka dni. Ludzie, ci do cna zaćpani tajemniczym szczęściem, kręcili się dookoła niej jak gówno w zapchanym odpływie. Nikt do nich nie wyszedł. Nikt nie dał im działki radości. Jeden dobijał się do drzwi, inny tarzał po ziemi, pośród rozsypanych fantów na podarek. Ktoś podbiegł i zaczął je zbierać.

W miejscu, gdzie wczoraj poszlachtowali się atomowi wyznawcy, dziś już nie było ani śladu walki. Tam, gdzie poprzedniego dnia stała Świątynia Dzieciństwa, teraz robotnicy ustawiali szyldy Chramu Oświeconych Kurew. Nowi prorocy zastępowali starych, napływali kolejni wyznawcy. W koło Macieju.

Poszedłem do knajpy łysola z liszajami na łbie i czekałem na nadejście zmierzchu.

 

*

W międzyczasie skołowałem sobie czarny płaszcz podobny do tych, noszonych przez straże świątyni szczęścia. Z nowym gnatem i elektroniczną kartą ruszyłem w stronę bocznego wejścia. Z dziedzińca dochodziły jakieś pokrzykiwania, warkot silnika i szuranie przepychanych skrzyń albo beczek.

Otworzyłem elektroniczny zamek i wkradłem się do środka, gdy zrobiło się cicho.

Szczęśliwie akurat nikogo nie było przy wejściu. Na podwórku stały dwa pojazdy i kilkadziesiąt zamkniętych beczek. W powietrzu unosił się nieprzyjemny swąd – coś jak jątrząca się rana.

Najciszej jak tylko mogłem, uchyliłem drzwi przybudówki świątyni. Wewnątrz smród się nasilił. Obawiałem się przed wyprawą, co mogłoby się stać, gdyby znów dopadł mnie orgazm szczęścia. Nie wymyśliłem nic mądrego, więc postanowiłem po prostu zaryzykować. O dziwo – nic nie nastąpiło.

Zajrzałem do nawy głównej.

Światło lamp, rozstawionych przy posadzce, tym razem – zamiast gasić cienie – budziło je. Karykaturalne czarne wstęgi za filarami rozmywały się w mroku u sklepienia, koślawe zwierzęta za ławami tańczyły na ścianach, a niewyraźne plamy przeskakiwały z miejsca na miejsce. Gęsty dym z kadzideł sprawiał, że kształty były jeszcze bardziej rozmyte. Wokół witraży jak krwista mgiełka unosiła się słaba łuna. Kilkanaście postaci klęczało przed pustym ołtarzem i mamrotało modlitwy.

Nagle ktoś położył rękę na moim ramieniu. Skamieniałem.

 

*

– Co tak stoisz? – zapytał.

Starałem się stać nieruchomo. Kątem oka dostrzegłem, że trafiłem na tego samego kapłana, którego wczoraj śledziłem. Wskazał ręką na klęczących.

– Nie zasłużyłeś, żeby tu byś.

– Tak – odparłem. – Przepraszam.

– Wynoś się na dół.

– Tak.

Szczęśliwie mrok jest kluczowym rekwizytem zarówno religii, jak i bandytyzmu. Kapłan najwyraźniej nie rozpoznał czarnej owieczki. Wobec tego czym prędzej oddaliłem się i udałem na dół. Cokolwiek tam miało być.

 

*

Z katakumb pod świątynią dochodziły pokrzykiwania i przekleństwa. Słychać było odgłosy uderzających łopat i brzęczenie beczek. Smród był przeraźliwie mocny – tym bardziej, że tu nie było kadzideł.

Stałem w wejściu do sporej hali i patrzyłem.

Techniczne lampy oświetlały otwory w ziemi. Dziewięć betonowych studzienek. Przy nich robotnicy z łopatami, hakami i wybierakami. Obok zapełniające się metalowe beczki. W nich strzępy mięsa.

– Co się tak, kurwa, gapisz? – krzyknął jeden z robotników. Twarz miał owiniętą grubą szmatą, na oczach okulary, a na głowie kask. Ręce zabezpieczył gumowymi rękawicami. – Bierz łom i napierdalaj.

– Co…

– Tam w kącie masz kombinezony. Przebierz się i zastąp Boba. Widzisz, że chłopak już ledwo żyje.

Naciągnąłem na siebie robotnicze łachmany, wziąłem narzędzia i podszedłem do jednej ze studzienek. Wewnątrz dostrzegłem przyklejoną do betonowej ściany jajowatą strukturę. Pokryta była skołtunionymi kudłami. Dopiero po chwili zorientowałem się – widząc pod spodem coś na kształt ramion i podkulonych kolan – że to głowa, że mam przed sobą karykaturę człowieka. Zerwałem z twarzy szmatę i zrzygałem się do wiadra.

Bob wylazł z dziury i do mnie podszedł. Jego buty i nogawki były umazane we krwi i śluzie. Zdjął rękawicę i poklepał mnie po ramieniu.

– Spoko, koleś. Ja za pierwszym razem waliłem pawiami na lewo i prawo jak kot. To norma. Się przyzwyczaisz. – Wyjął z kieszeni paczkę papierosów. – Ja se robię przerwę.

– Jak – przełknąłem słoną ślinę – mam się za to wziąć?

– Urywasz łepetynę łomem i do beczki, potem obrzynasz łapska i do beczki. Skurwysyn przyrósł do tego betonu, więc go odłupujesz szpadlem i też do beczki. No, a na koniec wyczyść studzienkę z resztek skóry.

Nie zapamiętałem wiele więcej z tamtej nocy – jedynie mdły smród i niesamowity ból ramion. Te… stworzenia na szczęście nie miały oczu – a może miały, ale zarośnięte ropniami i wrzodami – więc uniknąłem melodramatycznego przejrzenia się w umęczonych źrenicach. Jedna rzeczy była bardziej przerażająca.

Nienaturalne uczucie szczęścia oraz radość z urojonej żony i domu, które znów mnie dopadły, gdy wszedłem do studzienki i słabły z każdą kolejną zamkniętą beczką.

 

 

5

Świtało, gdy wyszedłem wreszcie z katakumb. Dysk słońca musiał wisieć gdzieś na skraju postrzępionych zrębów gór. Światło koloru rozwodnionej gliny oblepiło fasady budynków i popłynęło ulicami, jak gdyby ktoś chlusnął nim z wiadra na pobudkę. Zaczęły piec mnie oczy.

Na dziedzińcu ustawił się korowód postaci. Obleczeni żałobną czernią kapłani i akolici – niektórzy, niosąc proporce – szykowali się na pielgrzymkę. Mieli ciężkie buciory, kije i tobołki. Zza muru słyszałem psalmy i nawoływania – wiernych najwyraźniej było więcej.

Robotnicy wsiedli do furgonetki i gdzieś odjechali. Przypomniał mi się akcent, z jakim mówili, i uznałem, że byli z daleka. Zresztą – nawet jeżeli któryś postanowiłby rozpaplać o nocnym sprzątaniu trucheł, to pewnie zostałby potraktowany jak kolejny plotkarz. Albo dostałby – cytując barmana – kosę w plecy.

Ja także nie miałem zamiaru wracać z pustymi rękoma do Watersa. Po prawdzie nie chodziło nawet o długi wobec kupca i problemy jego pierworodnej. Sam byłem ciekaw, skąd się bierze to wzbudzające szczęście cholerstwo. Przecież wyglądało jak człowiek, ktoś je musiał rodzić. Bardzo chciałem tego kogoś poznać.

Kapłani zaczęli wchodzić bocznym wejściem do świątyni, by procesją przez rozwarte główne wrota zejść pośród wiernych. Dołączyłem do nich z postanowieniem ulotnienia się gdzieś pośród uliczek miasta. Byłem pewien, że pielgrzymka skieruje się na jakieś totalne zadupie.

 

*

Gęsiego, krok za krokiem, podążaliśmy pomiędzy filarami w stronę wyjścia. Na placu czekał ogromny tłum wiernych, spragniony szczęścia. Główny kapłan zatrzymał się, uniósł ręce i pozdrowił zgromadzonych. Potem zaczął śpiewać.

W pewnym momencie poczułem drżenie, jak gdyby gdzieś obok mnie fart i pech urządziły konkurs w przeciąganiu liny. Wyobraziłem sobie, że łamię zasady ich gry i pomagam fartowi. Aż mnie zamroczyło. Wtedy któryś z kapłanów, pewnie chcąc być bliżej misterium, zaczął się przepychać i potracił mnie ramieniem. Zachwiałem się i runąłem w stronę jednego ze strażników, niebiorących udziału w korowodzie. Próbowałem się o niego oprzeć, ale we dwóch przewróciliśmy się na posadzkę. On jednak grzmotnął głową o kamienie…

– Co tu się dzieje? – ktoś syknął.

Przykląkłem i poklepałem leżącego po twarzy. Nie reagował. Nachyliło się nad nami kilka osób.

– Co mu się stało?

– Zemdlał.

– Zanieście go do pielęgniarza.

Już wstawałem, by na powrót wtopić się w korowód.

– Znowu ty – usłyszałem za plecami. – Siejesz zamęt.

– Tak, panie – wyszeptałem.

– Nie weźmiesz udziału w pielgrzymce ku szczęściu – powiedział takim tonem, jakby właśnie miał zamiar zgwałcić moją matkę. Potem wskazał na nieprzytomnego. – Zastąpisz go i pojedziesz wraz z kierowcami.

– Tak, panie – odparłem i pochyliłem głowę.

– Wynoś się.

 

*

Wróciłem zatem na dziedziniec. Zaparkowane tam były cztery furgonetki, piąta właśnie wyjeżdżała. Jeden z kierowców krzyknął w moją stronę:

– Ty do pomocy?

– Tak.

– To z nami.

Stali we dwóch i palili papierosy.

Popatrzyłem na pozostałe pojazdy.

– Ci jadą dla zmyłki – z uśmiechem powiedział kierowca. – W różne strony.

– Jak chcesz się odlać – zaczął drugi – to teraz. Ruszamy, jak tylko procesja odmaszeruje.

– Jasne – odparłem.

Załatwiłem, co trzeba, i zapakowałem się do środka pojazdu. Do ścian poprzyczepiane były pasy, służące stabilizacji ładunków. Uznałem to za dobry omen i stwierdziłem, że pojadę ze świątynnymi do końca.

Ruszyliśmy dwadzieścia minut później.

 

*

Furgonetka telepała się z dobre dwie godziny, w tym co najmniej godzinę pod górę. Siedziałem z tyłu, a po ciężkiej nocy przysnąłem. Nie miałem pojęcia, gdzie zajechaliśmy.

Obudził mnie głos jednego z kierowców. Drzwi pojazdu były otwarte, a on rozmawiał z jakimś strażnikiem.

– Śpiąca królewna wstała?

– Tak – wymamrotałem.

– No to rusz dupę i ładuj pojemniki.

Wyszedłem, rozprostowałem kości i rozejrzałem się.

Znajdowałem się w betonowej hali ze sztucznym oświetleniem. Wyjazd z niej wiódł pod dość ostrym kątem w górę. W rogu pomieszczenia ustawiono metalowe pokaźnej wielkości kapsuły. Policzyłem – dziewięć sztuk. Nietrudno się było domyślić, co znajdowało się w środku.

– Co to jest za koleś? – usłyszałem.

– Jakiś nowy – odpowiedział kierowca. – Podpadł Staremu i musi zapierdalać. W nocy czyścił chlewik. – Spojrzał w moją stronę. – Fajnie się sprzątało?

– Zajebiście – odkrzyknąłem.

– No to pakuj. My przyjdziemy za pół godziny

Znikli w drzwiach.

 

 

6

Pokręciłem się chwilę po pomieszczeniu, obejrzałem z bliska pojemniki. Wyglądały jakby je wyjęto z jakiegoś przedwojennego magazynu medycznego. Nie miałem zamiaru w nich grzebać, więc poszedłem w stronę drzwi.

Korytarz przede mną był pusty. Pomyślałem, że kapłani szczęścia ustawili się równie dobrze jak Waters. Znaleźli bunkier, w nim jakieś przedwojenne cuda i wyhodowali sobie kreaturę, która zapewniała im towar niemal równie cenny jak woda – a na pewno bardziej deficytowy.

Tunel po prawej stronie dość szybko kończył się drzwiami, więc uznałem, że tam musiała być cieciówka. Ruszyłem w przeciwną stronę, idąc – na wypadek sprawnego monitoringu – najspokojniej, jak tylko się dało. Najwyraźniej dobrze wybrałem kierunek, bo na ścianach zaczęły się pojawiać kolorowe tkaniny z religijnymi symbolami i wyhaftowanymi świętymi sentencjami. Brzmiały, jakby je żywcem wyrwano z jakiejś przedwojennej biblii dla biznesmenów.

Nagle na górze rozległ się silny wybuch.

Rzuciłem się biegiem.

 

*

Przede mną był dość duży hol. Kilka osób z bronią stało przy drzwiach windy, inni wbiegali na górne piętro po schodach. Poczekałem, aż się wyludni, sam wyciągnąłem spluwę i postanowiłem się rozejrzeć.

Na ścianach wciąż wisiały tabliczki wskazujące kierunek poszczególnych sekcji bunkra. Odpuściłem sobie administrację i pomieszczenia gospodarcze. Nie interesowały mnie pokoje socjalne. Szpital.

Na górze słychać było wystrzały i serie z broni automatycznej. Dudniły i rezonowały w wentylacji. Nie podejrzewałem, abym to ja spowodował zadymę. Była mi jednak bardzo na rękę.

Wędrowałem przez puste korytarze. Zaglądałem do pomieszczeń. Było tu czysto, schludnie. W powietrzu unosił się zapach przedatomowej wiedzy. Wiedzy, dodałem w myślach, dzisiaj zaprzęgniętej do dojenia fantów z biedaków.

Drzwi do szpitala nagle zaczęły się otwierać. Skryłem się za załomem korytarza. Przykucnąłem z klamką gotową do strzału. Sekcja medyczna na pewno była zabezpieczona kluczem, a ja nie mogłem pozwolić, aby jego właściciel mi uciekł.

Za moimi plecami rozległo się kliknięcie odbezpieczanego gnata.

– Rzuć broń.

Opuściłem dłonie, powoli odwracając się w stronę napastnika. Napatoczył się ten cholerny kierowca furgonetki i mierzył w moją głowę z jakiejś paskudnej spluwy.

– Rzuć, kurwa, broń – powtórzył. – Steyer, nie podchodź tu!

Kroki na korytarzu na chwilę zamarły. Potem postać zaczęła się oddalać. Wraz z nim cholerny klucz.

Można by się spierać, jaką szansę na zacięcie przejawiałby dobrze zakonserwowany pistolet, wydobyty z przedwojennego bunkra. Wtedy pewnie bym nie żył. Naprzeciwko mnie stał jednak karawaniarz ze spluwą wycałowaną przez pustynne wiatry. A taka broń, przy odrobinie farta, lubi się zepsuć.

Postawiłem wszystko na jedną kartę i poderwałem się z kucek. Facet nacisnął spust, ale rozległo się jedynie głuche kliknięcie. Zanim zdążył cokolwiek zrobić, wpakowałem mu kulę w bebechy. Potem, gdy padł na kolana, drugą w głowę. Kawałki kości i rozbryzg krwi wyleciały drugą stroną.

Steyer zaczął uciekać.

Wychyliłem się zza rogu i strzeliłem mu w plecy. Zafurkotał lekarski kitel. Idiota próbował schronić się za szpitalnymi drzwiami, ale nie zdążył ich otworzyć. Osunął się na podłogę, a na pancernej szybie pozostała czerwona smuga.

Podszedłem. Pochyliłem się i zabrałem kartę dostępu. Mężczyzna umierał, więc go dobiłem.

 

*

Wewnątrz szpitala otoczył mnie zapach antyseptyków. Pomieszczenia oświetlone były nieprzyjemnym niebieskawym światłem. Aparatura pracowała z cichym rzężeniem. Uchylałem butem ciężkie drzwi do sal.

Niektóre pomieszczenia były puste, inne zapełniono tubami z mętnym płynem. W kilku spośród pojemników pływały mniej lub bardziej człekokształtne płody. Patrzyłem na pępowiny, zespolone z mechanizmami odżywiania. Widziałem zdeformowane główki, nieproporcjonalnie większe niż reszta niewykształconych ciał. Kilka kapsuł było otwartych – ich zawartość była najwyraźniej zbyt przeciętna i wypełniała teraz metalowe wiadro w kącie.

Na końcu korytarza słychać było łomotanie.

Drzwi przyozdobione były szczególnie starannymi malowidłami. Zawieszono nad nimi czerwone lampy. Na stolikach dookoła ustawiono raczej drogocenne przedmioty – zapewne wotywne dary. Zgarnąłem kilka do plecaka.

Łomotanie nasiliło się.

Otworzyłem, a moim oczom ukazała się niewysoka kobieta. Miała jasne włosy, bladą karnację i była dość szczupła. Trochę przypominała córkę Watersa. Stała na tle niewielkiego, ale porządnie wyposażonego pokoju.

– Uwolnij mnie – powiedziała.

– Zaraz – odparłem, a ta chwila odebrała mi głos. – Czy ty… twoje dzieci. Czy ty to potrafisz?

– Nie – odparła. – One były dziełem tych potworów w ludzkiej skórze.

– Dlaczego ty?

– Nie wiem.

Uśmiechnęła się, a ja poczułem spokój.

Wziąłem ją pod ramię – kulała – i poprowadziłem w stronę windy.

Z tego wszystkiego zupełnie zapomniałem o strzelaninie na górze. A może miałem zapomnieć…

 

*

Na górze czekała na nas grupa żołnierzy. Paru było rannych. Dookoła leżały trupy świątynnych. Wyszliśmy na zewnątrz.

Na tle popołudniowego słońca przywitała nas prywatna armia Johna Bonhama Watersa. Rudziejące promienie odbijały się od okularów, hełmów i luf karabinów. Samochody ryczały silnikami.

Waters śmiał się, szczekając jak pies.

– Mówiłem ci, Tommy – powtarzał do swojego goryla. – Mówiłem, że Lucky Strike da radę. – Popatrzył w moją stronę. – Dałeś radę, co nie?

W pysku oczywiście miał tłuste cygaro.

– Poradzisz sobie? – spytałem kobiety. Uświadomiłem sobie wtedy, że nawet nie wiedziałem, jak się nazywała.

– Tak. – Znów się uśmiechnęła.

– Porter! – ryknął Waters. – Co tam szepczesz?

– Pani mi dziękuje, że jej życie uratowałem! – krzyknąłem. Cicho spytałem: – Jak masz na imię?

– Dolores.

– Mogę ci jakoś pomóc?

– Powiedz mi, proszę – szepnęła – który z tych samochodów mógłby się zepsuć po drodze…

– Skąd wiesz?

– Tak po prostu.

Zastanowiłem się przez chwilę, kto mógłby mieć takiego pecha. Dostrzegłem jednego kierowcę i wyobraziłem sobie kłęby dymu z rozwalonej chłodnicy jego pojazdu. Przecież to się zdarza. Skinąłem głową, wskazując na trochę rozklekotanego białego vana.

– Dziękuję. – Pocałowała mnie w policzek i byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Puściła moją rękę i podeszła do żołnierzy, a ci, co ciekawe, delikatnie poprowadzili ją do wskazanego przeze mnie pojazdu.

– Waters! – przekrzykiwałem warkot silników. – Ona nie pomoże twojej córce, nic nie potrafi. To jej dzieci czynią cuda. Są w baniakach na dole!

– Moja córka? Betty? – Zaryczał ze śmiechu. – Jej potrzeba porządnego ruchania. Twardy chuj między nogami od razu rozwieje jej melancholię.

Przez moment mignęła mi twarz Dolores, gdy zamykano drzwi vana.

– Co tak się patrzysz jak pies. Jedź i korzystaj. Należy ci się za taką robotę.

Maria de los Dolores, patronka kultu szczęścia. Co za ironia. Wtedy byłem jednak zbyt radosny, żeby się nad tym skupić.

– Jak wam się udało namierzyć to miejsce – spytałem, gdy podszedłem bliżej. – Mieliście fuksa?

– Fuksa? – powtórzył Waters. – Nie, żeśmy ci wszczepili chip pod skórę na plecach

– No to macie go wyjąć.

– Się rozumie, koleżko – rzucił Tommy.

Wsiadłem do jednego z gazików i krzyknąłem do kierowcy:

– Jedź, nie mogę się doczekać małego rendez-vous z panną Waters.

– Czego?

– Nieważne! Ruszaj!

 

 

fin

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałem starannie. Zajeło mi to ponad czterdzieści minut. Mocny tekst. Oryginalne i dobrze dobrane metafory. Za dużo "być" w szpitalnym bunkrze. Opowiadanie robi wrażenie, chłopie, masz bezdyskusyjny talent. Na szczęście dla mnie, tym razem nie ma duchów, czy demonów, ale pewna wizja świata po katastrofie wojny, prawdopodobnie nuklearnej. Syndrom braku lub niedostatku wody dość oklepany, ale tu występuje jako dobrze wkomponowany w fabułę. Tekst dość trudny, wymagający napiętej uwagi. Styl podobny do stylu niektórych amerykańskich pisarzy. Po niewielkich poprawkach stylistycznych, moim zdaniem nadaje się do druku i znajdzie popyt u wysmakowanych fanów tego rodzaju fantastyki.

O ile pamiętam, przeczytałem w swym życiu kilka podobnych opowiadań, gdzie głównym motywem był upadek cywilizacji po nuklearnej wojnie. Podobny klimat upadku, zwyrodnienia, religijnych dewiacji, mieszaniny minionej techniki i beznajdzienej teraźniejszości po katastrofie. Ten temat fascynuje wielu młodych autorów s. f. Jest to moim zdaniem całkiem wyraźny nurt w ewolującej fantastyce, po okresie fascynacji postępem techniki i technologii. Po okresie fantastyki politycznej---Boruń i Trepka---heroicznej---wczesny Lem Petecki --fantastyka poszła w stronę mniej pozytywistyczną na rzecz fantazy, horroru, wizji katastroficznych, psychoanalizy itp. Pojawiły się nurty wysublimowane i nurty nastawione na komercję, gwarantujące poczytność na masową skalę---tzw. "czytadła" Prywatni wydawcy nie mają ochoty ryzykować finansowo i debiut w normalnym trybie, bez sponsoringu jest coraz trudniejszy. W związku z tym coraz większe znaczenie ma debiut elektroniczny. Taka jest obecnie perspektywa dla młodych pisarzy, czy tego chcemy, czy nie. zpozdrawiam.

Wudka. Tanie panie. Bar. - Chyba "wódka".

Przeczytałem jednym tchem. Mocne, męskie, klimtem przypomina kultowego "Fallout'a".

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Protestuję przeciwko podziałowi literatury na damską i męską :). Jest dobra albo niedobra.  No i kilka innych podziałów  też by się znalazło.

Podobało mi się, w wolnej chwili muszę przeczytać jeszcze raz, uważniej. Podoba mi się Twój styl, mimo że dla mnie taki akurat na opowiadanie tej długości. Przy czymś dłuższym pewnie by mnie zmęczył, ale to już tylko kwestia osobistych upodobań. Właściwie w całości zgadzam się z Ryszardem - mocne i robi wrażenie.

Ach, a propos - Ryszardzie, zanim napiszesz, że powinnam teraz pracować, to chciałam się usprawiedliwić, że zrobiłam sobie przerwę na kawę, która niestety przez to opowiadanie nieco się przedłużyła :).

Pozdrawiam

Co prawda ja nie odczuwam takich nieposkromionych emocji jak moi poprzednicy, uważam, że tekst intrygujący, ale w żadnym wypadku odkrywczy. Główną dźwignią klimatu jest słowo "gówno" i "kurwa", czyta się szybko, ale z umiarkowaną przyjemnością, przewidywalne zakończenie.


Coś takiego rzuciło mi się w oczy:


a wspomniane blizny tak się marszczyły, jakby zaraz miały się z nich wykluć motylki i odlecieć w cholerę. --- uważam, że ten opis jest karykaturalny i dziwaczny.

chlupot upuszczanej krwi --- to chyba sobie piłą motorową upuszczali, jeśli ona aż chlupotała.

więc uniknąłem melodramatycznego przejrzenia się w umęczonych źrenicach. --- "w" zabrakło :)


Pozrawiam.

Gdybym miała wąsy, to bym była dziadkiem, a tak jestem sygnaturką!

Zaczne jak twoi koledzy :-) i Ty sam

 

Jeżyły sie wierze ???? - Głupota wieże mogą najwyżej stać

Słońce nie jest kolkoru gliny - ja nigdy takiego nie widziałem czyba że ty widziałes świecące gliny

— Jak miło — powiedział dzień wcześniej, gdy jego kolesie posadzili mnie na niewygodnym krześle.
Właściwie to wysapał, gdyż wielkie brzuszysko musiało być dla przepony jak kowadło.

TO WŁAŚCIWIE POWIEDZIAŁ CZY WYSAPAŁ??????? ZDECYDUJ SIE !!!!!!

Od słowa do słowa i okazało się, że wspaniałomyślny potentat wcale nie chciał mi podłączyć akumulatora do jajec.

W JAKIM TO BYŁO FILMIE??? PLAGIAT - JESTEŚ NIEORYGINALNY sam nic nie potrafisz wymyslić????

Z miejsca uderzył mnie ciężki zapach kadzideł. ZAPACH MOŻNA POCZUĆ - UDERZYĆ MOZE CIĘ TRAMWAJ

Facet, jak przystało na prawdziwego barmana, był barczysty i łysy. TO KAŻDY PRAWDZIWY BARMAN TAK WYGLĄDA???? Osobiście znam PRAWDZIWEGO BARMANA - drobną dziewczynę (W JAKIM TY ŚWIECE ŻYJESZ????)

Dalej nie chce już mi sie czytać... nie masz pojęcia o literaturze i pisaniu zajmij sie może szydełkowaniem albo tym... wędkowaniem

Teraz jest mi przykro. Przekonałeś mnie, Piotrze B, że musze usunąć moje opowiadanie...

pozdrawiam

I po co to było?

Nic specjalnego. Przyzwoicie napisany tekst. Tym bardziej jestem zdziwiony tym, że bardzo mi się spodobał. Może to wynika ze wspomnień związanych z Falloutem i sesjami Neuroshimy...

 

Wierzę, "Syfie", że nerwy masz mocne. "Ocha" --- pozdrawiam.

 

Wierzę, "Syfie", że nerwy masz mocne. "Ocha" --- pozdrawiam.

tekst mroczny. Czasami miałem wrażenie jakbym oglądał koszmarny sen. Ta atmosfera...niezłe

Z tym słońcem koloru gliny - trochę ryzykowne określenie, bo czysta glina jest niebieskawa. Glina szara czy żółtawa to oczywiscie z domieszką ziemi lub piasku.

 

Samo opowiadanie napisane jest dobrym językiem, dialogi soczyste. Ale podobało mi się średnio, bo to jakoś nie moje klimaty.

Jak najbardziej na plus. Dialogi mocne i pełnokrwiste, ale nie wymuszone. Jeśli chodzi o klimat, to zapachniało mi, żeby daleko nie szukać, Przenajświętrzą Rzeczpospolitą, J. Piekary. Polubiłem głownego bohatera, co przy tak krótkim tekście, jest nie lada wyczynem. 

Trzy razy TAK - jak mawia pewne gremium  z TVN-u :)

Pozdrawiam. 

Przenajświętszą :P

Przenajświętszą :P

Dzięki za komentarze.

ryszard --- większość tekstów, które napisałem, osadzona jest w postapo, co prawda innym niż powyższe --- jak będziesz miał chwilę, to zajrzyj może do Tajemnicy babiego lata. Owszem, zagłada jest fascynująca. Z  urban fantasy'owymi duchami po prostu miałem ochotę poeksperymentować.

Richard Talbott --- Fallout jak najbardziej, Neuro nie lubię.

Lechu --- Piekara się przewija w komentarzach do moich tekstów, a jedyne, co jego autorstwa przeczytałem, to jakieś opowiadanie.

pozdrawiam

I po co to było?

Tak? :D Jaki Piekara ma nick?

Gdybym miała wąsy, to bym była dziadkiem, a tak jestem sygnaturką!

Oj, nie w tym znaczeniu. Miałem na myśli, że jest przywoływany.

pozdrawiam

I po co to było?

Tak, szanowny Kolego syf-ie, to opowiadanie jest do usunięcia. Potem, po zdobyciu się na przyznanie czynem do "porażki", należałoby usiąść nad tekstem, pouzupełniać go tak, aby nieco wyraźniejszy stał się świat po apokalipsie, może jakiś tam jeszcze sensacyjny motywik rozbudować, metafizyczny takoż --- i wysłać do kosza. Tego, do NF z błaganiem, żeby zapomnieli o krótkim pobycie opowiadania na portalu.

Syf-ie - mam nadzieje, że zrozumiałeś moja aluzję. AdamKB też poczytaj :-)

Mi nie chodzi o jakośc opowiadań, bo te sa różne (wiadomo, że są lepsze i gorsze)

Mój post dotyczy przede wszystkim SPOSOBU OCENIANIA!!!!

Mawet do dobrze napisanego opowiadania można sie przyczepić i napisać 100 uwag o stylu czy środkach stylistycznych.

Jestem święcie przekonany, że wy jako członkowie LOZY powinniście z takimi postami walczyc.

Pokazujcie błędy ortograficzne (to jest dla mnie oczywiste i należy z tym walczyć) reszta powinna ograniczyc sie do sugestii i porad, nie zaś do wskazywania indywidualnych środków stylistycznych jako błędów

 

Pozdrawiam

reszta powinna ograniczyc sie do sugestii i porad, nie zaś do wskazywania indywidualnych środków stylistycznych jako błędów

--- nie wiem, czy dobrze rozumiem (np. nie jestem pewien, co to takiego grupowy środek stylistyczny), ale wskazanie, że środek stylistyczny nie gra, czegoś jest za dużo, za mało i tak dalej --- to wszystko są sugestie i porady i nie wiem, z czym tu walczyć. Owszem, pewne kwestie zahaczają o uznaniowość, ale wtedy autor: 1) może kulturalnie podziękować za sugestię i ją olać 2) nie może jednak narzucić czytającemu oceny. Tak czy siak większość kwestii będzie się rozbijać o argumentację --- ale merytoryczną, nie powoływanie się na tajemnicze autorytety (np. nauczyciela, jak to zrobił ostatnio jeden kolega).

pozdrawiam

I po co to było?

R

acja.

Stanowczo protestuję. Gdyby nie komentarze dotyczące błędów stylistycznych i dotyczących kompozycji (a nawet treści), popełnianych przeze mnie, nie nauczyłabym się niczego i nadal pisałabym teksty na poziomie tego, który wrzuciłam tu jako pierwszy. Serdecznie polecam. Przeczytaj komentarze pod nim, a potem zajrzyj do komentarzy pod ostatnim moim opowiadaniem.

Piotrze B, zastanów się może, po co istnieje zakładka z opowiadaniami. Bo przecież nie tylko po to, by jedni mogli sobie wrzucić opowiadania, a inni je przeczytać. Ale do przeczytania to ja mogę dać teksty znajomym. Ci, bez względu na to, jakiej tekst jest jakości, powiedzą "bardzo ładne". Bo może mnie lubią i nie chcą, by mi było przykro. Tylko co ja z tego będę miała? Ich uznanie? Nie. Poprawię swój warsztat? Nie. I tak samo byłoby na portalu, gdyby wszyscy zastosowali się do Twoich uwag.

A błędy ortograficzne w większości wyłapie mi edytor, więc nie rozumiem, dlaczego wg Ciebie loża miałaby się na tym skupiać.

(pewnie i tak Piotr B. już tu nie zajrzy, ale na wszelki wypadek dodaję ten komentarz)

Syfie, bardzo dobre opowiadanie. Specjalnie odkładałam jego lekturę na dzisiaj, bo mam ciut więcej czasu, a po przeczytaniu początku kilka dni temu, wiedziałam, że to nie będzie czas stracony.

Aha, cały wcześniejszy komentarz kierowałam do Piotra B., żeby nie było, że do Autora, Beryla czy Ryszarda.

Przepraszam za to nierozważne mnożenie komentarzy, już się zamykam.

Dzięki za komentarz.

pozdrawiam

I po co to było?

Znikli w drzwiach. - napisałbym: zniknęli.


Napatoczył się ten cholerny kierowca furgonetki i mierzył w moją głowę z jakiejś paskudnej spluwy. - słownik: paskudny - bardzo brzydki, zły, przykry, nieznośny. 

 

Ciekawe opowiadanie, dobrze - moim zdaniem - przedstawiłeś uniwersum. Tekst jest mroczny, ale to u Ciebie norma.

Pozdrawiam

Mastiff

Hmm... A ja jednak mam problem z Twoim stylem.
Mówi się, że początek jest ważny dla każdego tekstu, czasem decydujący. Mnie pierwszy opis zniechęcił przekombinowaniem.

Ale idąc dalej - używasz miejscami dosyć dyskusyjnych sformułowań, dziwnych konstrukcji, które mnie rażą. Do tego spokojnie mógłbyś odpuścić takie określenia jak wspomniania wyżej "paskudna" spluwa, których też jest niemało. Mógłbym się pobawić i kilka Ci wypisać, żebyś wiedział o czym mówię.

No i nie trafia do mnie zakończenie. Albo nie rozumiem motywu z tymi cudownymi dziećmi, albo nie ma czego rozumieć, a w takim razie mi się nie podobało to zakończenie : )

Niemniej, opowiadanie nawet fajne, i co do nominacji, to muszę ją jeszcze przemyśleć.

Piotrem B. natomiast, moi drodzy, się nie przejmujcie. To jest typowy przykład człowieka, który nie rozumie krytyki, więc uważa ją za zwykłe czepialstwo. Najdobitniej pokazał to jego post, w którym próbował ją sparodiować. Następnym razem jak zobaczycie jego komentarz w podonym tonie, zignorujcie.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Dzięki za komentarz.

pozdrawiam

I po co to było?

"Paskudna spluwa" --- jak najbardziej w porządku. Autor ma prawo do swej poetyki. Z takim nazwaniem broni --- pistoletu, rewolweru spotkałem się u Harlama Cobena i u Arczera. To może być spostrzeżenie przestraszonego uczestnika wydarzeń, nie znającego się na marce, czy typie broni. Ja broni

ę prawa autora do stosowania własnych środków stylistycznych według jego uznania. Pozdrawiam.

Autor ma prawo do swojej poetyki, tak. W swoich tekstach też wcale nierzadko dodaję rzeczy, które niekoniecznie "niektórym inny" dobrze brzmią.  Jeno właśnie jednym się ta poetyka spodoba, innym nie; mnie syf w tym opowiadaniu stylem raczej zniechęcił, niż zachęcił i tyle ; )

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Coż --- bywa i tak ; )

pozdrawiam

I po co to było?

To się chyba nazywa klimat (co to ten klimat?). Co prawda utonęła w nim (w tym czymś) kwestia dzieci --- najciekawsza wg mnie w całym opowiadaniu, jeśli jednak zamiarem było przede wszystkim odmalować świat (tytuł nawet zdradza, że warstwa wizualna ma pierwszeństwo), wyszło całkiem-całkiem. Duch epoki jest do wydobycia implicite z tych kilku krótkich scenek, za co wielki szacun. Ogólnie: fajno się czytało.

Ano właśnie, że tak się jeszcze wtrącę, zakończenie. Pisałem, że albo nie zrozumiałem, albo nie było co rozumieć, i wychodzi, że to drugie. Jest budowana zagadka i właściwie nic się nie rozwiązuje. Zakończenie leży, a gdyby nie to, tekst byłby naprwadę naprawdę dobry (już nawet pomijając moje nastawienie do stylu autora). Może warto jeszcze pomyśleć nad tekstem? : )

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Cóż --- jeden z moich Czytaczy zwracał uwagę na zakończenie. Może rzeczywiście za mało wyjaśniłem --- następnym razem zwrócę większą uwagę na takie kwestie.

pozdrawiam

I po co to było?

Postapo, no tak. Ostatnimi czasy zauważyłem, że do opowiadań postapokaliptycznych zaczynam podchodzić tak, jak do klasycznego fantasy - z rezerwą. Wynika to z tendencji większości ludzi, piszących w tych konwencjach, do powielania wciąż tych samych schematów. Na dodatek jest to opowiadanie przygodowe - istny Indiana Jones w świecie poatomowej rozpierduchy - a trzeba wiele, by opowiadanie przygodowe mnie zaciekawiło.

Tobie, Syfie, się to nie udało. Ogólnie lubię twoją twórczość i zaglądam do twoich opowiadań w ciemno. Tym bardziej jestem zaskoczony, że ten tekst w ogóle mnie nie ruszył.

Przede wszystkim główny bohater - tak typowy, że aż boli. No i jeszcze oczywiście ratuje wszystkie damy w opresji, nawet jeśli kilka sekund wcześniej wpakował kulkę w bogu ducha winnego naukowca.

Poza tym, nie podchodzi mi taka konstrukcja fabuły. Jest to oczywiście moje prywatne odczucie, ale trochę za dużo tu szczęścia, trochę za mało fajnych rozwiązań i zwrotów akcji. Rozumiem, że główny bohater miał być super szczęściarzem, ale mimo wszystko nie uważam, żeby była to wystarczająca wymówka, by wszystkie problemy fabularne rozwiązywać szczęśliwymi zbiegami okoliczności. No i jeszcze to niefortunne zakończenie.

Zdecydowanie bardziej podobały mi się twoje poprzednie teksty, ale - jak już wspomniałem wcześniej - jest to tylko moja opinia, więc się nie przejmuj.

Rozumiem, że główny bohater miał być super szczęściarzem --- raczej mało kto już tu zajrzy, więc mogę chyba sprzedać, jak ja widziałem tekst przy pisaniu: właściwie to mojego bohatera obdarzyłem zdolnością do pewnego naginania rzeczywistości do swoich potrzeb --- ale podejrzewam, że nienajlepiej zrealizowałem ten motyw, skoro pojawia się taki zarzut. To z kolei motywowałoby go, jako swoistego mutka, do wyrażenia solidarności z panią rodzącą małe mutki.

Tak czy siak --- dzięki za komentarz. Zobaczymy, może następne opowiadanie będzie bardziej zjadliwe ;  )

pozdrawiam

I po co to było?

Na razie przeczytałem tylko początek - z braku czasu - ale styl absolutnie z mojej bajki. Lubię dosadność i naturalizm, tak w stylu jak i w sposobie przedstawiania świata. Nie lubie za to cukierkowości i ułagodzania na siłę, ani tym bardziej naturalizmu na siłę i nadmiernego epatowania przekleństwami czy metaforami rynsztokowymi. Na całe szczęście ty zachowałeś stosowny umiar i rozsądek, przez co nie ma się poczucia przesytu tym sposobem narracji. 

Nie przejmuj się krytyką co do dziwnego stylu i metafor - dobry auto powinien mieć swój unikalny styl. Tak więc pracuj nad nim, to będzie twój duży atut. Tym bardziej, że na polskim rynku mało kto pisze w tym stylu - brudnonaturalistycznym ( mój termin ) - co jeszcze podnosi wartość twojego pisania. Wreszcie pojawił się ktos kto nie boi się mówić wprost i dosadnie. Tak trzymaj. 

Od pierwszego zdania wyczuwam inspisrację Bacigalupim i jego Nakręcaną - widać, że czytałeś i lubisz ;).

Jeden minus za miejsce akcji - jesli dobrze zrozumiałem rzecz dzieje się w Stanach ( jezioro Salt Lake ) - Ilez bowiem mozna wałkowac temat biednej Ameryki po upadku?! Co, u nas nie może być postapokaliptycznego świata? Albo na Węgrzech? Po co ta nieszczęsna Ameryka? Zastanów się czy na przyszłośc nie umieścić akcji gdzieś na naszym podwórku, albo gdziekolwiek indziej. weź przykład z McDonalda - Indie przyszłości, Turcja. Przez to jego utwory są podwójnie ciekawe, bo pojawia się cos nowego, albo egzotycznego. Przemysl to sobie. 

"I needed to believe in something"

junior --- cóż -- zabawna sprawa, Nakręcaną chciałem sobie kupić i przeczytać, ale w końcu o niej zapomniałem.

--- co do świata przedstawionego --- to opowiadanie to w sumie moja pierwsza wyprawa poza Polskę, jeżeli chodzi o miejsce akcji. Zapraszam do innych opowiadań, które dzieją się u nas i też są postapo: Bulwar..., Chłód, Tajemnica..., Dzieci... Zdaję sobie sprawię, że nasze podwórko jest ciekawe, ale w kontekście tego, że całą serię wcześniejszych opowiadań umiejscowiłem w Polsce --- to Ameryka wydała mi się nowa i egzotyczna ; )

Tak czy tak --- dzięki za komentarz.

pozdrawiam

I po co to było?

A to zwracam honor, nie wiedziałem. Rzadko czytam tutejsze opowiadania. Zresztą jakbym chciał wszystkie przyczytać roku by mi nie starczyło. A jeśli nie czytałeś Nakręcanej to polecam. W ciemno moge powiezieć, że się nie zawiedziesz.  

"I needed to believe in something"

Nie wiem jak to się stało, że opowiadanie, które zrobiło na mnie szczególnie dobre wrażenie, opowiadanie dla którego miałam TAK, przy pierwszych w lożowym życiu nominacjach do piórka, nie ma mojego komentarza.

Syfie – Gliniany kolor słońca jest opowiadaniem, które wciąż pamiętam. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Miło mi ; )

I po co to było?

Hmmm. Mam mieszane odczucia. Spodobał mi się świat (znaczy świat paskudny, ale ładnie obudowany szczegółami), za to nie zrozumiałam właściwie zakończenia. Podobnie z cechą bohatera, o której wspominasz w komentarzach – za słabo przygotowujesz pod nią teren, wyskakuje nagle jak Deus z pudełka.

Babska logika rządzi!

No, chyba tak wyszło, że trochę za mało wyjaśniłem. 

I po co to było?

Dobre opowiadanie, solidnie zbudowany klimat. Jedyne, co mi przeszkadzało, to zbyt dużo fartów po wejściu do świątyni i trochę zbyt dużo wulgaryzmów. Brzmiały czasem jakby na siłę.

Światy budujesz ciekawe.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

miło mi :) 

I po co to było?

Nowa Fantastyka