- Opowiadanie: Issander - Inanis II

Inanis II

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Inanis II

Jest to kolejne opowiadanie z serii. Nie nawiązuje bezpośrednio do poprzedniego, ale i tak polecam najpierw do niego zajrzeć. Miłego czytania :)

 

 

 

 

 

Na otwartej pustyni pragnienie ciepła nigdy nie ustaje. Ciężko o ogień, który mógłby je spełnić. Chociaż drewno można znaleźć dość łatwo, zwykle są to ilości pozwalające jedynie na krótkotrwałe podtrzymanie reakcji. Czasem zaś przedmiot wykonany z palnego materiału sam w sobie posiada większą wartość od chwilowego komfortu.

 

Tym razem miałem szczęście. Znalazłem solidną drewnianą skrzynię – gdybym był bliżej, pewnie sprzedałbym ją w Norze, ale nie ma mowy, żebym dał radę ją tam donieść. Ze zdziwieniem spostrzegłem, że w środku znajdowało się pełno książek. Przejrzałem je – jedna jest bardzo dziwna, nigdy się z czymś takim nie spotkałem. Składa się z obrazków, pismo wypełnia jedynie niewielkie pola obok nich. I choć nie znam języka, to i tak potrafię się domyśleć, o co w niej chodzi. Zadziwiające. Ale będąc wychowanym w Inanisie nie miałem okazji poznać wielu rzeczy przynależnych prawdziwym światom.

 

Liczę na to, że może uda mi się ją sprzedać. Względem pozostałych nie żywię podobnych nadziei. Parę stron wyrwałem – mogą przydać się w przyszłości na podpałkę, a nie zajmują wiele miejsca. Resztę co jakiś czas dorzucam do ognia. Dają duży, jasny płomień pozwalający zagłębić się w obrazkowej historii, którą trzymam w rękach.

 

Na pustyni nie panuje mróz. Człowiek, nawet bez ubrań, powinien przeżyć. Lecz mimo to nawet najgrubiej odziana osoba nie będzie czuć się komfortowo. Przenikliwy, niezmienny chłód jest nieodłączną częścią przebywania w Inanisie.

 

Choć może w moim przypadku jest nieco inaczej? Nie pamiętam świata, w którym się urodziłem. Jako jedna z naprawdę niewielu osób pojawiłem się tu jako niemowlak. Jeszcze mniej liczne grono jest tych z nas, którym udało się to przeżyć. Nie ma w tym nic dziwnego. Małe dziecko jest całkowicie zdane na pomoc ze strony dorosłego – pomoc, której tutaj raczej się nie udziela.

 

Z pewnością jestem w lepszym stanie, niż spora część osób, które trafiły tu jako dorośli. Nie tylko fizycznie. Łatwo jest spotkać ludzi, którzy nie wytrzymują choćby i nawet istnienia, trwania w tak strasznym otoczeniu. W tej ponurej krainie jest wiele powodów do szaleństwa i wiele sposobów, na które można się zatracić. Z drugiej strony, większość z nich też jakoś daje sobie radę, walczy.

 

Książki płoną szybko, ale dają dużo ciepła. Drewno ze skrzyni powinno utrzymać żar jeszcze długo po tym, jak całkowicie zamienią się w popiół. Książki… Nawet gdybym potrafił czytać, i tak nie rozpoznałbym języka, w którym zostały napisane. Jednak nie zawsze tak było. Kiedyś przynosiłem wszystkie książki do niego, mojego opiekuna.

 

Nie jestem raczej typem myśliciela. Nigdy nie byłem. Ale wtedy wcale nie musiałem, gdyż miałem kogoś, kto był gotów wytłumaczyć mi wszystkie zawiłości swoich rozważań, dopóki nie zrozumiałem.

 

Nie powiedziałbym też, że jestem jakoś szczególnie inteligentny. Nie znam innego świata niż Inanis. A żeby w nim przetrwać, niepotrzebna jest wiedza ani mądrość. Potrafię przeżyć na pustyni, obronić się przed bestiami, znaleźć pożywienie i wodę, a także rozpoznać wartościowe rzeczy, które mogę przynieść do Nory i sprzedać. Ale on…

 

Na początku wcale nie mogłem poszczycić się tymi umiejętnościami. Dużo mi tłumaczył, ale długo trwało, nim przychodziło zrozumienie. Kiedyś opowiedział mi o świecie, w którym rodzice, którzy nie chcieli dziecka, wynosili je na pustynię po narodzinach, żeby umarło. Nazwał to barbarzyństwem.

 

Oczekiwał, że pojmę przyczyny, skutki, kulturę tamtego okresu, tamtego miejsca… Do teraz tego nie potrafię. Całe życie spędziłem w Inanisie. Nic nie poradzę na to, że takie rozwiązanie wydaje mi się całkowicie sensowne.

 

Sam taki właśnie dzieckiem byłem. Sam na pustyni, choć nie zostałem porzucony przez rodziców, a przez los, który skazał mnie na to wszystko. Pewnie wrzeszczałem, by zwrócić na siebie uwagę. Nie wiem, czy to on sam mnie wtedy znalazł, czy też był to ktoś inny, kto tylko przyniósł mnie do Nory. Tak czy siak, ostatecznie to on mnie przygarnął.

 

Choć zawsze będę mu wdzięczny za to wszystko, co dla mnie zrobił, to czasem zastanawiam się, czy nie byłoby lepiej, gdyby wtedy nikt nie usłyszał mojego płaczu.

 

Jego pomieszczenie w Norze pamiętam całkiem dobrze. Zawsze zagracone, pełne książek i porozrzucanych wszędzie bibelotów. Książek, z których potrafił czerpać wiedzę nawet wtedy, kiedy niewiele rozumiał z języka, w którym były napisane. Wtedy wierzyłem, że to magia, lecz potem spotkałem kilku magów i wiem, że mój opiekun nie był jednym z nich. Być może była to jakaś jego wyjątkowa umiejętność, być może dysponował jakimś pomocnym urządzeniem.

 

Tak wielu rzeczy się już nigdy nie dowiem.

 

Tak jak wiele osób, które nie chcą żyć na pustyni i zamiast tego na stałe osiedlają się w Norze, prowadził coś na kształt sklepiku. Czasem wykorzystywał swoją wiedzę, by samodzielnie coś wykonać, po czym to sprzedawał. Czasem dostawał jakiś bezużyteczny przedmiot za drobną opłatą, a potem odsprzedawał go dużo drożej, gdy odkrył jego zastosowanie. Ale książek nie pozbywał się nigdy.

 

Jednak był to tylko jeden z wielu sposobów na zdobycie środków niezbędnych do przetrwania. Nauczył mnie, jak otwierać zamki i jak przedostawać się niezauważonym do strzeżonych pomieszczeń.

 

Nigdy mnie do niczego nie zmuszał. Nawet teraz niewiele rozumiem z tego świata, a wtedy byłem ciągle dzieckiem. Robiłem, o co mnie poprosił, głównie dlatego, że gdy tylko skończył pracę nad jakąś nową książką, to streszczał mi niejako w nagrodę najciekawsze fragmenty swoich odkryć. Czasem, kiedy szczególnie się zasłużyłem, dostawałem jeszcze cukierka. Najważniejsze jednak było dla mnie, że spędzaliśmy razem czas.

 

Teraz widzę, że miał z tego powodu wyrzuty sumienia. „Cóżem ja zrobił?” – Powiedział mi kiedyś. – „Uczyniłem cię moim złodziejem. I na co to? Tylko po to, żeby ten staruch mógł wbić nos w kolejną pożółkłą księgę!” Był wrażliwym człowiekiem, w jego głosie brzmiał autentyczny żal, a jednocześnie wiedziałem, iż nie oznacza to wcale, że będę mógł przestać chodzić na wycieczki po obcych komnatach. Nie rozumiałem tej sprzeczności. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, jak wiele był gotów poświęcić dla swojego celu – by odkryć tajemnice świata, w którym się znalazł.

 

Wątpię, czy naprawdę sądził, że pojmowałem to wszystko, o czym mi opowiadał. Sam czasami miewałem wrażenie, że kiedy do mnie mówił, słowa traciły swoje znaczenie, upraszczając się do samych dźwięków – płynących niczym kojąca muzyka.

 

Nie da się zaprzeczyć, że był samotny. Być może po prostu mówił do siebie, udając, że mówi do mnie.

 

Jako, że dostałem się tutaj jako maluch, nie znałem żadnego prywatnego języka. Zostałem więc obdarzony jego własnym. To był zapewne jeden z wielu powodów, dla których tyle mi opowiadał. Prywatne języki należą tylko do nas samych i tych, których zechcemy ich nauczyć, a więc mówiąc do mnie mógł nie obawiać się o to, że ktoś będzie go podsłuchiwać.

 

Często myślami wracam do tych czasów, tak jak to robię teraz. Najmocniej zapadł mi w pamięć zapach, jaki roztaczał się w pomieszczeniu. W głębi Nory powietrze jest bardziej wilgotne, inne od suchego, sprawiającego wrażenie pustego powietrza na pustyni. Dochodził do tego unoszący się w powietrzu książkowy kurz, pleśń rozwijająca się na niektórych, co starszych stronicach, a także przygotowywane raz na jakiś czas słodkie karmelki, które tak uwielbiałem.

 

Przez większość czasu pomagałem zbierając przedmioty na pustyni w pobliżu Nory. To było potrzebne. Do czytania książek i precyzyjnej pracy niezbędne było dużo światła. W dodatku musiałem coś robić, by nie wzbudzać niczyich podejrzeń, bowiem prawdziwe skarby zdobywałem gdzie– i kiedy indziej.

 

Z zewnątrz Nora wydaje się być placem z centralnie umieszczoną Studnią, otoczonym przez hałdy piasku, w których wykopane są niewielkie jamy. Jednak w istocie główna osada to wiele poziomów rozległych korytarzy i pomieszczeń wykopanych poniżej gruntu. Powierzchnia pustyni jest wszędzie niemal idealnie płaska i okolica Nory nie jest, czy też raczej nie była pod tym względem wyjątkowa – patrząc na ogromne wydmy można tylko sobie wyobrażać, ile przestrzeni znajduje się pod ziemią. Nikt bowiem nie ma i nie może znać wszystkich jej zakamarków.

 

Oczywiście, podejmowano próby rozpoznania całej Nory i stworzenia jej planu, z góry skazane na niepowodzenie. Do większości pomieszczeń da się dotrzeć bezpośrednio z głównych korytarzach, które schodzą w głąb ziemi na sześć poziomów. Jednak nikt nie kontroluje tego, kto, gdzie i jak kopie. Jedyna zasada jest taka, by nie naruszać już zajętych pomieszczeń. Do pokoi dobudowywane są kolejne i kolejne. Nora ciągle się rozwija. Z czasem zajmowane są ostatnie wolne miejsca na wyższych poziomach, a ludzie, którzy chcą mieć więcej przestrzeni, muszą kopać w dół.

 

Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie da się znaleźć wszystkich zakamarków Nory. Ci, którzy wykopują sobie dodatkowe pomieszczenia, najczęściej chcą utrzymać je w tajemnicy.

 

Nauczyłem się przedostawać do tych właśnie miejsc. W najgłębszych partiach można znaleźć całe korytarze i kolejne wielopoziomowe kompleksy, o których większość osób nie ma w ogóle pojęcia.

 

Do tego wszystkiego można dodać jeszcze plotki, że Nora tak naprawdę nigdy się nie kończy, przechodząc powoli w sieć jaskiń znajdującą się poniżej. Jak odkryłem, nie są one zresztą tak całkowicie pozbawione sensu. Często schodziłem tak głęboko, że pod nogami czułem już skałę, a nie piasek, jak na powierzchni, lub drewno, jak w typowych pomieszczeniach.

 

Miałem swoje szlaki prowadzące w dół. Kiedy kopiący natrafi na drewnianą ścianę innego pomieszczenia, nie naruszy nie swojego terenu. Nie tylko byłoby to naruszenie jednego z Praw, lecz takie przebijanie się mogłoby spowodować zawalenie całej konstrukcji. Dlatego też, kiedy właściciel umiera, często jego pomieszczenie pozostaje zamknięte na długo, dopóki inni się zorientują. Zwłaszcza w niższych partiach, gdzie dużo mieszkańców utrzymuje ograniczone kontakty z innymi.

 

Będąc dzieckiem mogłem przeciskać się niewielkimi szczelinami. Najczęściej wystarczyło podważyć jedną zbutwiałą deskę, aby przejście stało się wystarczająco szerokie. Jednak to nie przemieszczanie się było najtrudniejsze. Brak światła rodził koszmary, często dodatkowo podsycane przez obecność szczurów i innych zwierząt. W jednym z opuszczonych pomieszczeń natrafiłem na pełen szkielet. Byłem pewien tego, że moje strachy ożyły i że zaraz umrę, ale nic takiego się nie stało. Ostatecznie przechodząc tamtędy zacząłem się z nim witać. Ochrzciłem go sobie strażnikiem tej drogi, wierząc, że tak długo nic mi się nie stanie, jak długo on tam się znajduje. Cóż, strachu się nie pozbyłem, ale przynajmniej było trochę łatwiej.

 

Właśnie z tej drogi skorzystałem, kiedy zadecydowałem, że zejdę głębiej niż kiedykolwiek.

 

Choć wspomnienia z tamtego czasu są najlepszymi, jakie posiadam, to niektóre wydarzenia wolałbym zapomnieć.

 

Ludzie, którzy tu trafiają, zazwyczaj ulegają wrażeniu, że pustynia to niebezpieczeństwo, zaś Nora równa się bezpiecznemu schronieniu. Nic bardziej mylnego.

 

Od tamtego czasu czuję się nieswojo, gdy schodzę pod ziemię. Pustkowia może i są groźne, ale każdy zdaje sobie z tego sprawę. Nikomu też nie zdradziłem, co dokładnie ujrzałem podczas tej wyprawy. Czasem próbuję kogoś ostrzec, ale jedyne co potrafię powiedzieć, to że ludzie nie są jedynymi inteligentnymi istotami, które trafiają do tego świata i nie jedynymi, które szukają schronienia w Norze.

 

Udało mi się wrócić. Choć byłem pewien, że uciekłem niczego nie osiągając, będąc już w bezpiecznym miejscu spostrzegłem w moich rękach przedmiot. A więc wydostałem się nie całkiem bez łupów – udało mi się zabrać jedną książkę. Książkę, która okazała się być bezcenna.

 

Choć pozornie wymknąłem się bez szkód, za co jestem niezmiernie wdzięczny losowi, to od tamtej pory będąc w Norze bałem się każdego cienia. Są pewne istoty i typy magii, które powinny pozostać głęboko pod ziemią.

 

Kiedy zobaczył, co przyniosłem i przejrzał kilka pierwszych kart, wpadł w ekstazę. Cieszyłem się, że był zadowolony, ale nie wiedziałem, o co chodzi. Dopiero po wielu godzinach oderwał się od swojej pracy, by wyjaśnić mi, co tak właściwie zaszło. Pasja była dlań zawsze najważniejsza.

 

– Świetnie się spisałeś! – Powiedział, czochrając moje włosy. – Kiedy zobaczyłem parę pierwszych zdań, byłem zaskoczony tym, że potrafiłem je bez trudu przeczytać. Jednak ta książka wcale nie jest napisana we wspólnym języku. Ciężko powiedzieć… To na pewno dziennik, bardzo stary. I, co najważniejsze, pochodzący z tego świata. W związku z tym dziwi fakt, że zapisany jest całkowicie na czystych kartach, podczas gdy większość tutejszych, jeżeli już z rzadka zabiera się za pisanie, ma pod dostępem jedynie marnej jakości zużyty papier. Stąd wniosek, że autor miał zarówno wiedzę, jak i środki niezbędne do wytworzenia papieru! Albo miał po prostu tyle szczęścia, że udało mu się zdobyć puste stronice. Tak czy inaczej, jest to niewyobrażalne odkrycie! Mam już swoją teorię na ten temat, ale nie chcę zapeszać. Zobaczymy, co uda mi się odkryć…

 

Czekałem i czekałem, aż podzieli się ze mną czymś więcej, pochwali znów, albo i skarci za to, że nie przyniosłem więcej. Być może przez cały ten strach, być może po prostu ze zmęczenia, zasnąłem. Obudził mnie zapach karmelków. Usiadł przy moim posłaniu i pogłaskał mnie po głowie. Wiedziałem, że przyniosłem coś niezwykłego już wcześniej, ale nic nie mówiło o tym wyraźniej od całej garści słodyczy, którą dostałem tego dnia. Nigdy przedtem nie otrzymałem na raz więcej niż jednego.

 

Długo tak siedział, patrząc jak się zajadałem. Może był aż tak niewyspany, może po prostu nie wiedział, jak zacząć.

 

– Być może pamiętasz, jak uczyłem cię co nieco o tym świecie. – wydusił z siebie wreszcie. – Ponieważ nikt nie zajmuje się tu mierzeniem upływającego czasu, a wszelkie działania jednostek są nieistotne i jako takie zapominane, w zasadzie jedynym istotnym momentem w historii Inanisa jest pojawienie się Starszych. Jak już ci wcześniej mówiłem, byli oni na wpół mityczną grupą potężnych magów i naukowców, którzy zjawili się tutaj zbiegiem okoliczności z wysoko zaawansowanych technicznie i magicznie światów w krótkich odstępach czasu. Postanowili działać razem, aby zbadać ten świat i uczynić go bardziej znośnym dla siebie i innych. Niemal nic o nich więcej nie wiadomo – ani jak długo rządzili, ani ilu ich było, ani co dokładnie udało im się odkryć, jednak efekty ich działań można dostrzec praktycznie wszędzie. To oni dali początek Norze takiej, jaką znamy ją dzisiaj, konstruując Studnię znajdującą się w jej centrum – dziś nikt nie jest nawet w stanie powiedzieć, jak ta maszyna w ogóle działa. Ustanowili też Prawo i rzucili wspólnie potężne zaklęcie, które pozwala nam Handlować. – z belferskiego tonu przerzucił się na podekscytowany. – To, co trzymam w ręku, to dziennik ucznia jednego z nich. Być może nawet zawiera słowa któregoś ze Starszych! Nie mam pojęcia, jak i gdzie udało ci się to znaleźć, ale dokonałeś czegoś niezwykłego. W pełni zasłużyłeś na swoją nagrodę, brzdącu.

 

– A co z językiem…? – spróbowałem coś nieśmiało wtrącić. Nie do końca rozumiałem, co do mnie mówiono, lecz pamiętałem ekscytację, w jaką wpadł poprzedniego dnia z tego powodu.

 

– Ach, dobrze, że pytasz. Wydaje się, że ten uczeń posługiwał się po prostu mową swego mistrza. Ciężko na razie powiedzieć z jakiego powodu, ale bezsprzecznie język publiczny jest z nią jakoś związany. Choć tylko pewna część słów jest zgodna, to alfabet jest dokładnie taki sam. Myślę, że dzięki temu będę w stanie przetłumaczyć większość notatek, ale to zajmie dużo, dużo czasu. Mogę nie być w stanie poświęcać ci dużo uwagi dopóki nie skończę, ale to jest… To jest…

 

Ostatecznie nie znalazł wtedy odpowiednich słów, ale jego działania mówiły o wszystkim. Już wcześniej jego praca nad niemożliwym zadaniem zrozumienia Inanisa była najważniejsza, teraz zaś ilość czasu, jaki mi poświęcał zmniejszyła się niemal do zera. Jedynie czasem z podnieceniem dzielił się jakimś odkryciem, jakby było dla niego czymś tak wielkim, że nie potrafił znieść trzymania go tylko dla siebie.

 

Był już człowiekiem posuniętym w latach. Jako dziecko potrafiłem połączyć ten fakt z ułomnością, ale nie rozumiałem tego w pełni, skoro nigdy sam czegoś podobnego nie doświadczyłem. Gdybym wtedy miał tę wiedzę, co teraz, na pewno starałbym się być bardziej pomocny. Kilka razy nawet męczyłem go, szarpałem za ramię, gdy pracował, budziłem, gdy spał. Byleby tylko zajmował się mną tak jak dawniej. Ciężko powiedzieć, żebym był z natury nieznośny, więc odpuszczałem widząc stan, w jakim się znajdował, a także niemą prośbę o spokój w jego oczach. Lecz ciągle byłem dzieckiem, któremu z dnia na dzień przestano okazywać uwagę. Teraz sądzę, że była to jedna z niewielu spraw, których to on nie rozumiał.

 

Mimo tych przeciwności potrafił spędzać nad tą księgą po parę dób z rzędu. Siedział pochylony przy biurku, a gdy ciało odmawiało mu posłuszeństwa, zasypiał w tej samej pozycji. Gdy budził się po takiej krótkiej drzemce, od razu wracał do pracy. Być może nawet w snach marzył o czerpaniu z wiedzy Starszych.

 

Czasem wyglądał, jakby miał zaraz rozpaść się na kawałki ze zmęczenia i starości. Prawie cały czas spędzał pod ziemią, w dodatku żywił się marnie, jak my wszyscy. Mógł mieć pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat, ale sprawiał wrażenie stuletniego starca.

 

– Rozwiązała się zagadka języka. – powiedział mi kiedyś w jednym z typowych wybuchów entuzjazmu po którymś kolejnym odkryciu. – Autor pamiętnika został obarczony zadaniem stworzenia wspólnej mowy dla mieszkańców Inanisa. Prawdopodobnie nie był nikim ważnym, raczej uczniem jednego ze Starszych. Najwyraźniej nastąpił jakiś podział pracy, w wyniku którego każdy zajmował się tym, w czym był najlepszy. Autor wspomina między innymi o czarowniku pracującym nad zbadaniem magicznych właściwości tego świata. Wszyscy wiemy, że zaklęcia działają tu zupełnie inaczej, w zasadzie to najczęściej wcale, ale oni przedsięwzięli próbę zbadania przyczyn tego zjawiska! I kto wie, być może im się udało? Czyż to nie cudowne! Wymienia także grupę, która zajęła się poprawą warunków bytowania mieszkańców. To oni musieli dać początek Norze. W szczególności pisze o sukcesie, jaki osiągnął ten zespół – urządzeniach w jakiś sposób zbierających nadającą się do picia wodę. Prawdopodobnie chodzi o Studnię i podobne maszyny w Wieżach.

 

– A co z Prawami? – wtrąciłem niechętnie. Zwykle ograniczałem się do słuchania, tak było lepiej. Mój niezbyt bystry umysł niewiele miał do zaoferowania, a on nie potrzebował rozmówcy, tylko słuchacza. – Kazałeś mi się ich nauczyć, pamiętasz? I mówiłeś, że są reliktem Starszych. Spytałem, co to jest relikt, a wtedy…

 

– Ach, Prawa! Autor o nich nie wspomina, ale wymienił tylko kilka projektów z wielu. Z pewnością ktoś je opracował, albo zostały uzgodnione w wyniku debaty. Lecz Prawa są nieistotne! Odkrywając ich genezę nie zbliżymy się nawet o krok do poznania natury Inanisa. To samo zresztą dotyczy tematu prac autora. Gdyby tylko zamiast niego ten pamiętnik należał do kogoś zajmującego się naprawdę istotnym zadaniem!

 

– To znaczy, że przyniosłem złą książkę? – Może to dlatego musi nad nią tyle pracować i nie ma dla mnie czasu, myślałem.

 

– Nie, nie. Nie jestem nawet pewien, czy inni prowadzili w ogóle takie pamiętniki. Poza tym od czasu do czasu autor wspomina o pracach swojego mistrza, jak i niektórych innych Starszych. To prawdziwe perełki. No i jeszcze pozostaje jedna kwestia. Wydaje się, że nawet powszechna wiedza w tamtych czasach była bardzo szeroka. Kilku ciekawych rzeczy udało mi się dowiedzieć pomimo tego, że nie są wspomniane jako wynik żadnych badań, a raczej jak coś, co jest wszystkim wiadome. Jednak ze względu na częsty brak kontekstu w takich przypadkach wiele trzeba się domyślać.

 

Jednakże chwile takie jak ta nie zdarzały się jedna po drugiej. Coraz częściej i na coraz dłużej opuszczałem Norę by szwędać się w jej pobliżu, jako jeden z wielu szperaczy próbujących znaleźć cokolwiek przed pozostałymi. Dzięki temu mogłem potem znieść taki sposób życia, gdy mój opiekun został zabity, a ja musiałem uciekać na pustynię.

 

Innym razem opowiedział mi o czymś, co uznał za najważniejszą informację, jaką udało mu się wydobyć z pamiętnika. Akurat wróciłem z jednej z moich wypraw. Znalazłem podczas niej dziwny przedmiot. Wyglądał jak miniaturowe zwierzę, ale pozbawione wielu ważnych elementów, jak kły, stawy i otwory w ciele. Takie zwierzę nie przeżyłoby długo – w istocie było martwe, gdy je spotkałem. Spróbowałem się nim pożywić, ale zamiast mięśni, kości i narządów wypełnione było białym, jednolitym materiałem, podobnym trochę do tkaniny, ale kłębiastym. Zabrałem to rozprute dziwo z powrotem, uznając, że może przynajmniej da się je spalić.

 

Gdy byłem już przed wejściem, z naszego pomieszczenia wyszło trzech mężczyzn. Nie wiedziałem, co tam robili, ale pamiętam, że chciałem by mój opiekun był taki jak oni. Silny, zdrowy, młody. Zaczekałem by dostać się do środka aż weszli na inny poziom.

 

Tego dnia nic się jednak nie stało. Zastałem go tylko trochę bardziej niespokojnego niż zwykle, miał też może mocniej rozczochrane włosy. Wykorzystałem fakt, że mężczyźni oderwali go od ciągłej lektury i poprosiłem, by o czymś mi opowiedział.

 

– Dobrze. – odparł. – Ale pamiętaj, że nie możesz nikomu powtórzyć tego, co teraz usłyszysz.

 

Zgodziłem się. I tak z nikim poza nim nie rozmawiałem.

 

– Wydedukowanie tego zajęło mi trochę czasu, lecz jest to doprawdy istotny wkład w zrozumienie Inanisa. Zabawne, że była to wtedy powszechna wiedza. W pamiętniku ukryta jest w wielu przesłankach, porozrzucanych po jego fragmentach. Trochę musiałem sam dopowiedzieć. Tak naprawdę odpowiedź znajduje się dookoła nas! Po prostu obecnie myślimy o tym, jak przetrwać w Inanisie, a nie o tym, czym on jest. Gdyby było inaczej, już dawno byśmy na to wpadli! W tej teorii Inanis to miejsce, do którego trafia wszystko po tym, gdy się skończy. Martwy wymiar dla martwej materii. Starsi dzielili wszystkie elementy świata na żywe i martwe, lecz najpierw trzeba wyjaśnić, na podstawie jakiego kryterium to robili. Przyzwyczailiśmy się bowiem do pojęć życia i śmierci z punktu widzenia człowieka. Dlatego właściwszym pojęciem byłyby raczej „trwanie” oraz „koniec”. Człowiek bowiem nie kończy się, gdy umiera. W pewien sposób ludzie żyją dalej. Gdy przyjdzie mi pożegnać się z życiem, będę trwał w twoich wspomnieniach, zaś ty tak samo przekażesz jakąś część siebie innym. Moje dzieci, które jak mam nadzieję nigdy nie trafią do tego świata, będą niosły moje geny przez czas. Jednak jest też wiele rzeczy, które zwykliśmy uważać za martwe, zaś które w myśl tej definicji żyją. Na przykład góra. Góra może cały czas powoli rosnąć, wypiętrzać się coraz bardziej i bardziej, albo powoli kruszeć, niszczona przez wiatr i wodę, aż wreszcie stanie się pagórkiem. Cały czas się zmienia, żyje, nigdy się nie kończy – przechodzi gładko z jednej formy w drugą. Dlatego powierzchnia w Inanisie jest zupełnie płaska.

 

– A co w takim razie jest martwe?

 

– Martwe jest to, co się kończy. – Szukał wzrokiem jakiegoś przykładu. Wreszcie trafił na pluszowego misia, którego przyniosłem. – Na przykład ta zabawka. Gdy spełniła swoją funkcję, została zapomniana. Odłożona na strych, albo wywieziona na wysypisko śmieci. – Nie znałem tych słów. Wiedziałem tylko, że są to miejsca w świecie, z którego pochodził. – Ktoś będzie miał wspomnienia z nią związane, ale te wspomnienia również znikną, bowiem nie tworzą one jego osobowości. Nie ukształtowały go, więc nie może przekazać ich dalej. Może wyjść nowy model takich pluszaków, ale to nie jest ewolucja, bowiem jedna zabawka nie wynika z drugiej, to nie z niej zostanie ona stworzony. Takie rzeczy trafiają czasem do Inanisa, po tym, gdy się skończą. Znajdujemy je i wykorzystujemy do przetrwania.

 

– Ale przecież one tam ciągle są, w tym prawdziwym świecie. No bo przecież nie znikają?

 

– Cóż, pamiętnik nie precyzuje, czy rzeczy znikają, a może istnieją i tam, i tu. Myślę, że to nie ma znaczenia. W świecie, z którego pochodzę są ludzie, którzy twierdzą, że istnieje tylko to, co może być zaobserwowane czy też doświadczone przez świadomą istotę – człowieka. W odwrotnej zaś formie, że człowiek istnieje tylko po to, by jako świadomy byt mógł obserwować świat, bo inaczej kosmos nie miałby sensu. Powiedzmy, że nie do końca się z nią zgadzam, ale w tym konkretnym przypadku zdaje się ona tłumaczyć to, co nie jest wyjaśnione w księdze. Bowiem skoro taki przedmiot się skończył, to jest nikt o nim nie myśli, nikt na niego nie patrzy, nikt o nim nie wie, to jakie w ogóle ma znaczenie ustalać czy on istnieje?

 

– Ale, ale! – odparłem z przejęciem, ponieważ zdałem sobie sprawę z czegoś, co wyjątkowo wydawało się mądre i mogło coś nowego wnieść do rozmowy. – W takim razie ludzie i inne żywe istoty nie powinny się pojawiać w Inanisie. A jednak tu jesteśmy!

 

– Owszem. Widzisz, Starsi tłumaczyli to istnieniem Anomalii. Najprawdopodobniej nie znali jej mechanizmów, nie wiedzieli kiedy ani dlaczego się pojawiła, już nie mówiąc o tym, czym ona w ogóle jest. Jednak to z jej obecnością wiązali obecność ludzi w Inanisie. Powoduje ona, że czasem trafiają tu żywe istoty. Większość pojawia się w okolicy Nory, stąd łatwo wywnioskować, że jej epicentrum znajduje się gdzieś w pobliżu, pewnie nawet w samej osadzie. Im dalej od niej, tym wpływ Anomalii słabnie, dlatego tereny położone w dużych odległościach są wyjątkowo niebezpieczne.

 

Nie dowiedziałem się tamtego dnia nic więcej. Pamiętam jego słowa dokładnie aż do dziś, ale prawdę mówiąc wiedza ta ani razu nie okazała się być przydatna podczas życia na pustyni. Mniemam, że z konieczności jestem o wiele praktyczniejszym człowiekiem niż mój opiekun. Może gdyby on też miał w sobie trochę więcej zaradności, nie doszłoby do jego śmierci.

 

Oprócz tego poznałem, że przyniesiony przeze mnie przedmiot to zabawka. Jak wywnioskowałem, zdecydowanie nie służą one do palenia. Przypomniałem sobie szkielet w podziemiach i zrozumiałem, że był on także moją zabawką. Wtedy przyznałem rolę swojego obrońcy nowemu towarzyszowi – dopóki go miałem, nic nie mogło mi się stać. Próbowałem też spędzać czas na zabawie, zajmując się nim. Chyba robiłem to tak jak trzeba, bo mój opiekun nie mówił nic przeciwnego. Znalazłem w jego rzeczach igłę i nić, po czym zaszyłem rozciętą skórę misia.

 

Nie powinienem był wierzyć w takie bzdury, ale byłem dzieckiem. Ironicznie od tamtego momentu wszystko zaczęło się sypać. Ostatecznie, zmuszony do ucieczki, nie zdążyłem go nawet ze sobą zabrać. Zaś odkąd miś został w Norze, radzę sobie wręcz całkiem nieźle, choć żyjąc na pustyni nie da się uniknąć gorszych okresów.

 

Dzięki nowemu zajęciu zacząłem przebywać więcej w Norze. Dlatego zamiast długich wypraw na pustkowia wykorzystywałem to, czego zostałem nauczony, by w samej osadzie zdobyć coś do jedzenia i ogrzania się. Jednocześnie dzięki temu, że spędzałem więcej czasu razem z nim w jednym pomieszczeniu, poczyniłem dwa spostrzeżenia.

 

Po pierwsze zauważyłem, że częściej niż do tej pory miałem okazję usłyszeć o jakimś nowym fakcie. Jednak rzadko kiedy były to rozmowy, choćby i krótkie. Raczej słowa wymamrotane do siebie, które wyłapywałem udając, że były skierowane do mnie.

 

– Ciekawe… – Usłyszałem kiedyś. – A więc jego mistrz uważa, że Inanis jest sferą jak zwykłe planety, ale gdyby ktoś obszedł ją całą dookoła, to wcale nie znalazłby się z powrotem w tym samym miejscu…

 

Po drugie, mogłem obserwować więcej z jego życia. Zwróciłem uwagę na to, że nie przychodziło do niego już tylu interesantów, co kiedyś. Musiał zaniedbać swój niby-sklepik przez badania nad książką. Jednocześnie zużywał ogromne, jak na tutejsze standardy, ilości źródeł światła. Teraz wiem, że musiał się zapożyczać, by je zdobyć.

 

Prawdopodobnie wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby pamiętnik był zapisany po prostu we wspólnym języku. Wtedy mógłby przeczytać go całego i nawet jeżeli przyswojenie wszystkich informacji zajęłoby mu dużo czasu, prędzej czy później by z nim skończył. Jednak ze względu na to, że księga była w takiej, a nie innej formie – tylko częściowo zrozumiała – po dotarciu do jej końca mój opiekun zaczynał rozumiał coraz więcej z języka, w którym była napisana. Wracał więc na nowo do początku, uzbrojony w znajomość nowego słownictwa, by móc wycisnąć z niej jeszcze więcej wiedzy.

 

Kiedy ci sami mężczyźni przyszli do niego następnym razem, byli już znacznie mniej uprzejmi. Wywracali meble i zrzucali przedmioty. Nie zrobili nam krzywdy, ale wyraźnie tym grozili. Nie znałem wtedy jeszcze zbyt dobrze publicznego języka, ale zrozumiałem tyle, że ja także byłem w niebezpieczeństwie. Później pojąłem, że choć myśl o tym była dla niego nie do zniesienia, to nie był już w stanie zrezygnować ze swoich badań nawet, jeżeli miałoby to mnie, a także jego w ostateczności kosztować utratę życia.

 

Gdy zostałem sam, nauczyłem się posługiwać publicznym całkiem szybko. Być może był jakiś cel w tym, bym jako mój pierwszy język poznał ten, którego używał mój opiekun? Nie wszystko, co mi mówił pamiętam tak wyraźnie jak inne rozmowy. Raz wspomniał coś o językach.

 

– Pamiętasz, gdy uczyłem cię o Handlu? – zaczął pytaniem. – Jest to sposób na to, by złożyć obietnicę, której później będziemy musieli dotrzymać.

 

– Mówiłeś też, żebym nigdy tego nie robił. – odparłem.

 

– Racja. Zwykle robią to ci, którzy nie mają jak inaczej zapłacić za jedzenie. Sprzedają obietnicę, na przykład wykonania jednej dowolnej czynności, albo oddania jednego dowolnego przedmiotu. Takie obietnice można dalej odsprzedać, więc nigdy nie wiesz, do kogo trafią i w jaki sposób ten ktoś zechce je wykorzystać. Dlatego nie należy Handlować pochopnie, a najlepiej nie robić tego wcale. Ale nie o tym chciałem powiedzieć. Najwyraźniej Handel jest sukcesem grupy, która miała zbadać właściwości magiczne Inanisa, tak przynajmniej pisze autor pamiętnika. Udało im się nie tylko to zrobić, ale też rzucić potężne zaklęcia, które utrzymały się w Inanisie – coś, co nie udało się nikomu innemu. Jeden z właśnie tych czarów pozwala nam na Handel, ale jest ich więcej. Jeden ze Starszych należących do tamtej grupy skontaktował się bezpośrednio z autorem po to, by stworzyć zaklęcie, które ułatwiałoby wszystkim naukę publicznego języka. Wtedy był on jeszcze w fazie opracowywania, więc nie można z pewnością stwierdzić, że takie zaklęcie zostało rzucone. Choć z drugiej strony, większości w istocie posługiwanie się nim przychodzi nadzwyczaj sprawnie.

 

– Są jakieś jeszcze czary? – Magia zawsze fascynuje dzieci.

 

– Zapewne planowano opracować wiele więcej, ale pamiętaj, że wtedy dopiero szukano sposobu na to, jak sprawić, by działały. Choć nie potrafię rzucać zaklęć, to tak jak każdy wiem, że Inanis opiera się magii. W pamiętniku znajduje się na przykład jeszcze opis czaru, który sprawiłby, że po wyrysowaniu odpowiedniej runy w pyle w odpowiedzi otrzymywałoby się dane o kierunku i odległości do Nory. Nie spotkałem się z czymś takim odkąd tu jestem, więc może zaklęcie się nie udało, a może zestarzało się i jego efekt zaniknął. A może po prostu ludzie o nim zapomnieli? Będę musiał wreszcie ruszyć swoje stare kości poza Norę, to zbadam tę kwestię doświadczalnie.

 

Do tego jednak nigdy nie doszło. W wyprawie przeszkodziła jego śmierć. Z początku próbowałem samemu rysować na ziemi różne symbole, lecz nie wiedząc, jakiego znaku poszukuję, byłem skazany na porażkę.

 

Podczas gdy mój opiekun wydawał się być coraz bardziej zestresowany, ja – nieświadome wielu rzeczy dziecko – przeoczyłem fakt, że wszystko zbliża się ku nieuchronnemu końcowi. Patrzyłem, jak reaguje na nawet najmniejszy hałas za drzwiami i nie rozumiałem, dlaczego. Z naszego pomieszczenia nie było żadnej drogi ucieczki, przynajmniej nie takiej, która byłaby dostępna również dla niego.

 

– Ci trzej mężczyźni… – powiedział mi wreszcie pewnego razu. – Gdyby przyszli tu jeszcze kiedyś, musisz się schować. Obiecaj mi, to bardzo ważne! Ukryj się w jednym z tych twoich przejść. Posłuchaj mnie uważnie – jak już tam będziesz, nasłuchuj uważnie. Jeżeli krzyknę: „Zostaw w spokoju książki!”, uciekaj. Gdyby tak się stało, będziesz musiał opuścić Norę i nie wracać, dopóki nie podrośniesz. Wiem, że może nie rozumiesz całości, ale musisz mi to przysiąc. Przepraszam, że nie zdążyłem nauczyć cię wszystkiego.

 

Miał rację – nie rozumiałem tego. Ale obiecałem, że będę posłuszny.

 

Wreszcie nadszedł ten moment, gdy zerwał się od biurka, zatrzaskując przy tym pamiętnik, który doprowadził do jego śmierci. Wcześniej nigdy tego nie robił, nawet gdy kładł się spać. Z przerażeniem w oczach pokazał mi ścianę i podważył jedną z desek, pod którymi zwykle się przeciskałem. Chciałem, żeby poszedł ze mną, bałem się – ale już wtedy nawet mi ciężko było się przedostać przez wąską szparę, a co dopiero jemu. Urosłem, choć oczywiście nie na tyle, by dorównywać siłą dorosłym. Przy akompaniamencie walenia do drzwi ukryłem się w tajemnym przejściu.

 

Nasłuchiwałem, tak jak mi przykazano, lecz ustalone hasło nigdy nie zabrzmiało w powietrzu. Jednak ciemność wypełniona była wieloma innymi dźwiękami – krzyków, jęków, zawodzenia. Uderzania ciała o ciało, drewna o ciało, metalu o ciało. Łudziłem się, że skoro nie usłyszałem uzgodnionego zdania, to tak naprawdę nic się nie stało. Wystarczy, że przeczekam, a wszystko się skończy i wróci do stanu poprzedniego. Chciałem zrobić dużo rzeczy. Co jakiś czas odczuwałem potrzebę ucieczki. Myślałem też o tym, by wyjść i pomóc – wyobrażałem sobie naiwnie, że mężczyźni posłuchają moich argumentów, choć nawet nie znałem publicznego języka, albo że ich pokonam, choć dysproporcja sił była ogromna. Ale przede wszystkim pragnąłem być znowu razem z nim. Nie rozumiałem, dlaczego w ogóle ktokolwiek wtrąca się w nasze życie, zaburza nasze szczęście.

 

W Inanisie nic się nie zmienia, nawet słońce nie wschodzi i nie zachodzi. Nikt nie mierzy upływu czasu i nie jestem w stanie powiedzieć, ile spędziłem w ukryciu. Jednak doskonale pamiętam chwilę, które to czekanie zakończyła. Moment, w którym jakaś część mnie dorosła i zdała sobie sprawę, zrozumiała to, co do tej pory się jej wymykało: że ci mężczyźni go zabiją, a jeżeli mnie znajdą, uśmiercą mnie również na jego oczach. Tylko dlatego, że mogą, tylko po to, żeby zadać mu jeszcze większy ból, rozwścieczeni tym, że nie mogą od niego wyegzekwować jakiejś należności. A kiedy już będziemy leżeć storturowani i martwi – zabiorą co tylko znajdą wartościowego i odejdą.

 

Przypomniał mi się czas, gdy byłem uczony Praw. Wydawały się wtedy być takie mądre i sensowne. Pierwsze z nich brzmiało: „Nie wolno ci zabić nikogo, poza dwoma przypadkami: gdy ktoś tego pragnie oraz gdy ktoś pierwszy cię zaatakuje przy świadkach.” Żadne z Praw nie zakazywało zmusić kogoś, by ten poprosił o śmierć.

 

Teraz wiem, że Prawa zostały stworzone w taki sposób, by ludzie pozbawieni jakiegokolwiek nadzoru sami z siebie ich przestrzegali. Nie sztuką jest sprawić, żeby mieszkańcy z natury praworządni chcieli przestrzegać prawa, sztuką jest uczynić to samo z przestępcami. Prawa Nory mogą być interpretowane przez tych drugich w taki sposób, że łatwiej przychodzi im się podporządkować, niż je łamać i narażać się przy tym na wykluczenie ze społeczności. Bądź co bądź, jako relikt Starszych są traktowane niemal jak świętość.

 

Wtedy, nie mogąc spojrzeć na to z dystansu, byłem po prostu przerażony brutalnością swojego odkrycia. Łzy popłynęły strumieniem, ale mimo bólu rzuciłem się do ucieczki. Po raz pierwszy szedłem tajnymi przejściami w górę, nie w dół. W jaki sposób udało się mi wydostać, nie pamiętam.

Długo potem nie wracałem do Nory. Kiedy się wreszcie na to odważyłem, nikt mnie na miejscu nie poznawał. Oczywiście, poddałem się pragnieniu, by sprawdzić nasze dawne mieszkanie – tak jak się spodziewałem, było już zamieszkane przez kogoś zupełnie innego. Swoją nieśmiałą nadzieję zachowałem jednak do ostatniej chwili.

 

 

***

 

 

Nie mam już książek, by podsycać nimi ogień. Żarzące się drewno ciągle daje ciepło, ale wiem, że nie mogę się już dłużej nim cieszyć. Nawet dogasające ognisko jest widoczne z daleka i naraża mnie na niebezpieczeństwo.

Dokończyłem czytać obrazkową historię. Opowiada o mężczyźnie, który czasem przebiera się w dziwny strój i walczy z innymi ludźmi. Ma szczęśliwe zakończenie – przeciwnik zostaje pokonany, bohater żyje. Gdzieś po drodze umarł jego mentor, być może krewny – ciężko mi powiedzieć. To chyba nie jest jednak aż tak istotne, bo i tak nikt nie wydaje się tym przejmować.

 

Mój opiekun lubił opowiadać mi o gwiazdach, zanim jeszcze przyniosłem mu ten pamiętnik z czeluści Nory. Opisywał mi piękno tych świecących w jego świecie. Z rzadka mówił coś o gwiazdach Inanisa.

 

– Czy wiesz, że patrząc w niebo z jakiegokolwiek miejsca, ujrzysz je zawsze w tej samej pozycji? Są równie martwe, jak cały ten świat. Nic się nie porusza. Ciekawe, jak takie gwiazdy wyglądają z bliska. Czy okrążają je inne światy podobne do tego?

 

Były to tylko kolejne rozważania, których nie rozumiałem. Chyba lepiej by się stało, gdybym mógł pozostać nieświadomy w ten sposób aż do końca.

 

Nie mogę się jednak poddać. Wszak swoim istnieniem sprawiam, że mój opiekun nadal żyje. W moich działaniach odbija się wychowanie, które mi zapewnił. Wykonuję czynności tak, jak zostałem przez niego nauczony. Jestem, jaki jestem – dzięki niemu.

 

Lecz jeśli są wśród gwiazd nade mną takie, którym towarzyszą światy podobne Inanisowi – to oznacza to jedynie więcej światów niewartych istnienia.

 

 

 

Zima 2011 (dokończone i poprawione zimą 2012)

 

 

 

 

 

Komentarz: Kolejne opowiadanie dziejące się w Inanisie, tym razem nieco krótsze, ponieważ pierwszoosobowa narracja i ciągłość tekstu byłyby nużące przy większych objętościach. Przemyciłem w nim trochę danych mówiących dużo więcej o świecie, niż można było wywnioskować z poprzedniego tekstu.

 

Kolejne opowiadanie wkrótce. Mam nadzieję, że się podobało,

Issander

 

Koniec

Komentarze

Dobrze napisane, choć kłania się własciwy zapis dialogów. Ciekawe opowiadanie, choć chwilami wydaje się trochę rozwleczone. Ale -  pomimo tego mankamentu - podobało mi się.

 

Pozdrawiam

Mastiff

Zapis dialogów poprawiony. Zabawne, że tak się nauczyłem i cały czas byłem pewien, że piszę dobrze. Nikt mnie do tej pory nie poprawił, ani na etapie edukacji, ani potem, więc nie za bardzo miałem powód by kwestionować prawidłowość poprzedniego zapisu. 

Dzięki za wytknięcie tego, teraz już nie będę powtarzał tego błędu.

ironiczny podpis

Historia bardzo inna od poprzedniej (nie tylko ze względu na narrację), mimo że osadzona w tych samych realiach. I chyba bardziej przypadła mi do gustu. Twoje pierwsze opowiadanie - mimo dobrej konstrukcji i ciekawego pomysłu - było jednak trochę schematyczne. Podróżnik/łowca, wędrówka, przygoda (no i ten nieszczęsny krasnolud) - elementy, spotykane często i gęstu. Gdy zabierałem się za czytanie tego tekstu, spodziewałem się czegoś znów stykającego się w jakiś sposób z utartym schematem, jednak - ku zaskoczeniu i radości - dostałem opowiadanie inne. Moim zdaniem lepsze, ale wiadomo jak to jest z subiektywnymi opiniami. 

Po raz kolejny powiem, że twój świat jest dobrze skonstruowany. Nie rozpada się w kontakcie z logiką i wytrzymuje brzemię historii w nim osadzanych. To zdecydowany plus, zwłaszcza że w ten sposób przyciągasz czytelnika (a przynajmniej mnie) już samym fundamentem konstrukcji swego tekstu. Postacie również skonstruowane są nad wyraz sprawnie. Nie stereotypowe i jednowymiarowe, jak to często ma miejsce, ale interesujące i żywe. Do tego dochodzi ciekawa i ładnie opowiedziana historia. Wszystkie elementy, z których składa się dobre opowiadanie znalazły się w jednym miejscu i mam nadzieję, że jest to efekt talentu i pracy autora, a nie czystego przypadku.

Tak czy inaczej, dziękuję za miłą lekturę. Do zobaczenia w następnym tekście. Z chęcią poczytam kolejne historie z Inanisu. 

Masz specyficzny styl, który nie do końca do mnie trafia. Trochę zbyt zawiły, zbyt poważny, zbyt przegadany, że tak powiem. Oczywiście to wrażenie subiektywne.

Ogólnie trochę zmęczyło mnie czytanie tego, bo jak i w poprzednim tekście miewałam czasem wrażenie, że opisujesz więcej, niż potrzeba, by utrzymać historię. W przypadku poprzedniego opowiadania miałam jednocześnie odczucie, że czegoś brakuje, by rozjaśnić pewne kwestie, ale przy tym już tego wrażenia nie mam, ale to prawdopodobnie dlatego, że z założeniami Twojego świata już się zapoznałam, a wcześniej były mi obce.

(To chyba niezbyt zrozumiałe, co napisałam, no ale... ; P)

 

I w tym tekście widać, że opowiadasz wycinek z większej całości. Co może się świetnie sprawdzić jako zbiór, ciąg opowiadań o Inanisie, ale jako samodzielny tekst mniej. Mam mieszane uczucia. Z pewnością wykreowany przez Ciebie świat jest bardzo ciekawy i kryje w sobie duży potencjał. Podoba mi się to, że przedstawiasz różnych bohaterów i różne punkty widzenia, bo pozwala to poznać ów świat lepiej.

 

Co do warstwy technicznej - nieprawidłowości w zapisie dialogów, parę literówek, SZWENDAĆ a nie szwędać. jakieś powtórzenie z "naruszył" mi wpadlo w oko, nadmiar słów przy "zaczynał rozumiał" no i pod koniec, gdzie są opisywane Prawa, zrozumiałam zdanie "Nie wolno ci zabić nikogo, poza dwoma przypadkami: gdy ktoś tego pragnie oraz..." w ten sposób, że kiedy ktoś pragnie czyjejś śmierci, to ma prawo go zabić, a nie tak, że kiedy ktoś sam chce umrzeć, to można dokonać eutanazji ; PPP No, ale to pewnie tylko ja.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jak już to gdy ktoś (jakaś osoba trzecia) tego pragnie, czyli na przykład na czyjeś polecenie możesz kogoś uśmiercić... ale oczywiście rozumiem. Błędy błędami, kilka się zawsze znajdzie, dzięki Tobie pozbywanie się ich jest łatwiejsze, ale tak samo jak przy pierwszym opowiadaniu za późno już na edycję.

ironiczny podpis

Jak już to gdy ktoś (jakaś osoba trzecia) tego pragnie, czyli na przykład na czyjeś polecenie możesz kogoś uśmiercić... ---> bardzo się cieszę, że mnie na Inanisie nie ma. Powodem nie jest posiadanie przeze mnie aż tak zażartych wrogów, ale całość konsekwencji funkcjonowania takiego Prawa.

 Nie zrozumiałeś :) To był, hm... "poprawny błąd". Zrobiłem błąd w sformułowaniu, a Joseheim dodatkowo źle to błędne sformułowanie zrozumiał. Napisałem, jak to błędne sformułowanie powinno być prawidłowo zrozumiane, a nie, jakie ono powinno być, gdyby było prawidłowe. Brzmi to skomplikowanie, ale mam nadzieję, że jednak zrozumiale. 

 
 Oczywiście, to nie znaczy, że Prawa są miłe i przyjemne. Ani, że ktokolwiek byłby zadowolony, gdyby naprawdę trafił do Inanisa...

ironiczny podpis

I znowu jestem facetem ; P

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

:-)   Zaczynaj komentarze od: ja, osoba płci żeńskiej od urodzenia, uważam powyższy tekst za...".   :-)

Nie, to jest całkiem zabawne ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka