- Opowiadanie: KaelGorann - Złoto dla niziołków

Złoto dla niziołków

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Złoto dla niziołków

Maurice Cutrick walczył zapamiętale z mszycami, które rozpanoszyły się na jego różach. Może róże nie były odpowiednimi kwiatami dla nekromanty, ale z drugiej strony, jakie kwiaty były? A przecież trzeba w końcu mieć jakieś hobby, bo od nieustannego ślęczenia nad starymi księgami można zwariować. W sumie wielu nekromantów nosiło dość wyraźne tego oznaki. Niektórzy wskrzeszali całe armie zombie celem podbicia świata, niektórzy biegali nocami po cmentarzach (zdarzało się, że nago, co było istotnym powodem do zmartwień), jeszcze inni po prostu wybuchali bez powodu opętańczym śmiechem. Maurice Cutrick jednak nad wszystko cenił sobie ciszę i spokój.

Nagle jego sielankowe popołudnie zakłóciło niecodzienne zjawisko. Dach jego wieży eksplodował. Z płomieni wyłoniła się potężna, czerwonoskóra postać z obowiązkowymi rogami i wzbiła się w powietrze. „Władca piekieł” – pomyślał obojętnie nekromanta, sięgając po rozpylacz ze środkiem na mszyce. Po niedługiej chwili z wieży wybiegł chłopiec z osmaloną twarzą i potarganymi włosami.

– Co tam, Colinie? – zagadnął Cutrick.

– M-mistrzu… – wydyszał chłopiec. – J-ja n-naprawdę nie chciałem…

– Rozumiem.

– Ch-chyba powinniśmy coś zrobić…

– No… chyba powinniśmy pomyśleć nad naprawą… – Cutrick spojrzał w miejsce, gdzie jeszcze niedawno znajdował się dach – …odbudową dachu.

– A-a co z-z…

– Z władcą piekieł? – zapytał nekromanta, nie odrywając uwagi od wyjątkowo upartej kolonii mszyc. Chłopiec niepewnie kiwnął głową.

– Och, mamy w końcu dzielnych paladynów i resztę tej zgrai walczącej ze złem. Niech oni się martwią, to ich kawałek chleba. Może przynajmniej na jakiś czas dadzą spokój nam.

 

***

 

Niektórzy mogliby się zastanawiać (choć zapewne zostaliby uznani co najmniej za niebezpiecznych wariatów) co też może robić władca piekieł po wyrwaniu się ze swego leża. Odpowiedź na to pytanie była wyjątkowo prosta i łatwa do przewidzenia. Po zdobyciu upragnionej wolności, przez cały dzień korzystał z życia, naznaczając wszystko, co napotkał ogniem, zniszczeniem i wszystkim tym, czym demony lubią naznaczać. Pod wieczór zaś stanął na pobliskim wzgórzu, podziwiał z oddali swe dzieło i widział, że wszystko, co zrobił, było złe… a przynajmniej bardzo złośliwe. Nagle jego chwile zachwytu płomieniami płonących wsi przerwało dobiegające z oddali turkotanie kół po bruku. Po niedługiej chwili zza pagórka wyłonił się powóz… a raczej wózek, zaprzęgnięty w osiołka.

– Witam szanownego pana! – zawołał wesoło staruszek, siedzący na koźle. – Nazywam się Tysiąc Niezbędnych Drobiazgów Geoffrey i z pewnością mogę szanownemu panu pomóc.

– Drżyj śmiertelniku! – powiedział po chwili wahania demon głosem głębokim, niczym otchłań potępienia. – Stoisz przed wielkim władcą kręgów piekielnych! To znaczy siedzisz. – Dodał po chwili.

– Ależ oczywiście, szanowny panie. – Geoffrey wyznawał zasadę, że im częściej tytułuje się klientów szanownymi panami/paniami/pannami/paniczami, tym większe prawdopodobieństwo, że uda się im wcisnąć najgorszy bubel. Kilkudziesięcioletnie doświadczenie handlarza podpowiadało mu, że sprawdza się to w dziewięciu przypadkach na dziesięć. – Jednakowoż mam coś, co szanownego pana z pewnością zainteresuje. – Zapewnił gorliwie. – Szanowny pan nie chce przecież narażać się na nieprzyjemności ze strony paladynów, inkwizytorów i wszelkiej maści łowców demonów.

– Nie? – zapytał demon mocno zmieszany.

– Ależ oczywiście, że nie. Widzę, że szanowny pan był łaskaw zrównać parę osad z ziemią. Muszę jednak powiedzieć, iż nie jest to u nas społecznie akceptowalna forma spędzania wolnego czasu i może ściągnąć na szanownego pana uwagę wielu nieprzychylnych oczu… i zatrutych sztyletów. Zapewniam pana, że istnieją dużo bardziej subtelne i dalece bezpieczniejsze formy rozrywki dla osób z pana… predyspozycjami. Jednakowoż nie może szanowny pan wyglądać, jak wygląda.

– Dlaczego?

– Sam pan rozumie… Te rogi i w ogóle. Mogą przyciągać niezdrową ciekawość… – Tysiąc Drobiazgów wydobył ze sterty rupieci niewielkie pudełko. – O, proszę. To absolutny hit wśród demonów przybywających na ziemię.

– Łżesz! – Ryk demonicznego lorda mógłby wyrwać zmarłych z grobów tylko po to, by umarli ponownie, tym razem ze strachu. – Żaden demon od wieków nie postawił kopyta na ziemi!

– Ależ oczywiście, szanowny panie. – Handlarzowi nawet nie drgnęła powieka. – Zapewniam jednak, że gdyby postawił, to w pierwszej kolejności zaopatrzyłby się w ten właśnie magiczny przedmiot.

Demon kompletnie zbity z pantałyku spojrzał na pudełeczko trzymane przez staruszka. „Magiczny pierścień Johnsona & Fulleya – teraz możesz być, kimkolwiek chcesz” – głosił przesadnie ozdobny napis. Czujne oko mogłoby dostrzec jeszcze inskrypcję dopisaną drobnym maczkiem, mówiącą: „pod warunkiem, że chcesz być niezbyt urodziwym niziołkiem”.

– I to jest niezbędne? – W głosie demona, przyzywającym na myśl cierpienie tysięcy potępionych dusz, dało się odczuć pewną dozę niedowierzania.

– Absolutnie – zapewnił Tysiąc Niezbędnych Drobiazgów Geoffrey z najszczerszym, kupieckim uśmiechem, mówiącym pokrótce: „Bierz ten szmelc i dawaj forsę.” Władca piekieł niepewnie wziął pudełeczko w szponiaste łapy.

– Osiem szylingów się należy. – Tysiąc Drobiazgów uśmiechnął się szeroko. Władca piekieł, przyglądając się badawczo niewielkiemu pierścieniowi, wydobył nie wiadomo skąd garść monet i wręczył handlarzowi.

– Czy szanowny pan byłby łaskaw zdradzić, jakaż to waluta? – zapytał staruszek, przyglądając się dużym, złotym monetom, które sprawiały wrażenie bardzo starych. Tak starych jak piekło – sam nie wiedział skąd mu przyszło na myśl takie porównanie.

– Krwawe talary. Przeklęte monety przeklętego przed wiekami królestwa Taart.

– Cóż, złoto jest złoto. – Tysiąc Niezbędnych Drobiazgów Geoffrey wzruszył ramionami. Wyznawał bardzo prostą i zarazem niezwykle praktyczną politykę monetarną.

– Co to ma być? – ryknął, a właściwie pisnął swoim nowym głosem demon, założywszy pierścień.

– Słucham szanownego pana? – Tysiąc Drobiazgów był prawdziwym mistrzem w udawaniu, że nie wie, o co chodzi.

– Co to ma być to, czym jestem? Nie wydaje mi się, żebym chciał stać się jakimś kurduplem!

– A cóż jest złego w byciu niziołkiem? – Handlarz uśmiechnął się niewinnie. – Zapewniam szanownego pana, iż odkąd wprowadzono parytety, niziołkom nie żyje się wcale gorzej niż innym. Ród Silvershaperów z miasta Ugh nawet dorobił się nie lada fortuny. A skoro już o Silvershaperach mowa, to akurat przypadkiem jestem w posiadaniu pewnych dokumentów, które pozwoliłyby szanownemu panu na wejście do owego szanowanego rodu.

– Fałszywe papiery? – zapytał podejrzliwie demon ustami niziołka.

– Ależ skąd! Zapewniam szanownego pana, że dokumenty są absolutnie oryginalne. Nie ważyłbym się sprzedawać podrobionych dokumentów niziołków. Krasnolud nie zauważyłby różnicy, gdyby machnął mu szanowny pan przed nosem kwitem z pralni i powiedział, że to jego akt urodzenia. Niziołki są jednak bardzo dokładne i w mig poznają nawet najdoskonalsze podróbki.

– To w takim razie na pewno poznają, że nie jestem ich krewniakiem.

– Nic bardziej mylnego. Drzewa rodowe niziołków są tak rozległe, że czasami trudno się nawet rozeznać im we własnym rodzeństwie, a Millo Silvershaper zaginął w dzieciństwie i rodzina prawdopodobnie całkiem o nim zapomniała.

– I pewnie byłby pan skłonny odstąpić mi te dokumenty po naprawdę okazyjnej cenie?

– Dokładnie. – Tysiąc Drobiazgów wyszczerzył zęby. – Widzę, że zaczyna szanowny pan łapać, o co w tym wszystkim chodzi. Jeszcze będą z pana ludzie… To znaczy niziołki.

 

***

 

Miejska legenda mówiła, że Ugh wzięło swą nazwę od pierwszego słowa, jakie wypowiedział jego założyciel, Shamon Gloom, gdy, trzymając się kurczowo za krocze, zsunął się w tym miejscu z konia po wyjątkowo ostrym hamowaniu. Inna miejska legenda głosiła, że jeśli pierwsza jest prawdziwa, to miasto powinno raczej się nazywać Ajajajprzeklętesiodło, albo Mojebiedneklejnoty. Z kolei legenda doświadczonych dżokejów mówiła, że w sytuacji, w jakiej znalazł się Shamon Gloom jedynym dopuszczalnym komentarzem jest rzeczywiście „ugh”. Było oczywiście jeszcze wiele takich legend (jedna z nich mówiła, że Shamon Gloom był orkiem i nie umiał powiedzieć nic więcej), zazwyczaj wykluczających się nawzajem, co jednak nie zmieniało faktu, że miasto nieprzerwanie i uparcie nazywało się Ugh.

Władca piekieł, a raczej Millo Silvershaper, członek szanowanego rodu niziołków zaciągnął się głęboko miejskim powietrzem, przesyconym słodką wonią oszustw, malwersacji, morderstw, kradzieży, rozbojów, wymuszeń, nierządu oraz gotowanej cebuli. Atmosfera miasta wprowadziła go w lekkie i całkiem przyjemne oszołomienie. Kręciło się tu tylu potencjalnych klientów do jego podziemnego królestwa. Tysiąc Drobiazgów miał rację, Millo czuł się tu jak w… no nie, nie jak w raju, ale w każdym razie bardzo dobrze.

Nagle z oszołomienia wyrwało go przykre zderzenie z dość twardą i raczej niezbyt czystą miejską rzeczywistością. Odbiwszy się od niespecjalnie zainteresowanego swoją pracą strażnika miejskiego, wylądował prosto w kałuży. Wolał nawet nie domyślać się, co mogła zawierać.

– Drżyj śmier… – Zaczął, gramoląc się niezdarnie z błota, ale w porę ugryzł się w język. – Eee… To znaczy, przepraszam pana bardzo. – Musiał się pilnować. Tysiąc Niezbędnych Drobiazgów Geoffrey ostrzegał go, że jeśli się zdradzi, może ściągnąć na siebie przykre konsekwencje. Nie powiedział w sumie jakie, ale sposób w jaki to powiedział był wystarczający, by Millo stwierdził, że nie chce ich doświadczyć na własnej skórze.

– Silvershaper, co? – mruknął strażnik, pomagając wstać niziołkowi.

– No… tak. Skąd pan wie?

– Każdy nowy niziołek w Ugh chce się załapać na Silvershapera. – Gwardzista roześmiał się. – Ciągnie was do tego złota, co?

– Wie pan, gdzie mieszkają Silvershaperowie?

– Jasne. Idź do końca tą ulicą, aż dojdziesz do placu Shamona Glooma. Rezydencja Silvershaperów będzie po drugiej stronie placu.

– Dziękuję panu bardzo.

– Nie ma za co. Powodzenia.

– A myśli pan, że będzie mi potrzebne?

– Jeśli rzeczywiście jesteś Silvershaperem, to nie. Ale jeśli nie… to w sumie na wiele ci się i tak nie zda…

 

***

 

Stary Norlo Silvershaper najwyżej cenił rodzinę. O niektórych można powiedzieć, że sprzedaliby własną siostrę za kilka dolarów. Złośliwi powiadali, że za siostrę Norlo zażądałby całkiem pokaźnej sumki. Prawda była jednak taka, że Norlo nigdy nie sprzedał, ani nawet nie wypożyczył żadnego krewniaka, choć całkiem możliwe, że po prostu nikt nie zaproponował jeszcze odpowiedniej ceny. Był jednak bardzo podejrzliwy w kwestii wszystkich nowych krewniaków, pojawiających się znienacka w jego gabinecie. Bogactwa jego rodu przyciągały wielu chętnych i chociaż zamiłowanie do złota było samo w sobie jedną z głównych cech rodowych Silvershaperów, to naturalnie nie dawało jeszcze do niego dostępu.

– Więc powiadasz, że jesteś moim krewnym… – Norlo spojrzał podejrzliwie na stojącego przed jego biurkiem niziołka.

– Tak, stryju. Jestem Millo, mój tatko, Nullo był najmłodszym bratem stryja. – Millo za radą Tysiąc Niezbędnych Drobiazgów Geoffreya, nauczył się na pamięć całej genealogii swojego nowego rodu, co oczywiście wymagało dokupienia jeszcze drzewa genealogicznego.

– Hmm… – mruknął Norlo, zerkając dyskretnie na drzewo rodowe wiszące na ścianie. – Ach, Millo! – powiedział z niemal niekłamaną radością. Ku uldze Millo, Norlo nie pamiętał o zaginięciu bratanka w dzieciństwie. Wprawdzie miał przygotowaną na taką ewentualność historyjkę, ale stary niziołek mógł nie uwierzyć w bajeczkę o podróży na drugi koniec świata celem zniszczenia w wulkanie demonicznej biżuterii.

– Oczywiście, drogi Millo, zanim powitamy cię z otwartymi ramionami, musimy mieć absolutną pewność, że jesteś naprawdę Silvershaperem . Nie to, żebym ci nie ufał, chłopcze, ale sam rozumiesz, kwestia tradycji…

– Mam tutaj dokumenty…

– Tak… Dobrze – mruknął Norlo, zerkając z ukosa na podane mu papiery. – Miałem jednak na myśli bardziej praktyczny dowód.

– Och. – Millo drgnął. Nie był przygotowany na taką ewentualność. – A co miałbym zrobić?

– Jestem pewien, że Banquo coś wymyśli.

Millo aż podskoczył, gdy z cienia w kącie gabinetu wyłonił się niziołek w okularach o rogowych oprawkach i z widniejącym na ustach uśmiechem, którego żadnym sposobem nie można było zakwalifikować do przyjaznych ani nawet przychylnych. To był raczej uśmiech z rodzaju tych, które towarzyszą podpiłowywaniu osi w powozie najgorszego wroga.

– Och, z pewnością – powiedział Banquo. – Przejdźmy do mojego biura.

 

***

 

– Wydaje mi się, Banquo – powiedział Norlo, odrywając się od dokumentów – że nie za bardzo polubiłeś naszego Millo…

– Dlaczego? – Banquo skutecznie udał zdziwienie. Norlo spojrzał na niego tym rodzajem spojrzenia, którym matka patrzy na wysmarowane czekoladą dziecko, zarzekające się, że tę bombonierkę to zjadł pies.

– Banquo, kazałeś mu odkupić ziemię od Josiaha Tulpa, który całkiem przypadkiem jest kontrahentem goblinów, naszych największych wrogów i który odmówił nam sprzedaży ziemi nawet za cenę równą jej dziesięciokrotnej wartości. Ach i całkiem przypadkiem dałeś Millowi sumę równą ledwie połowie wartości.

Banquo wzruszył ramionami. Nie lubił, gdy Norlo wiedział o jego nie do końca uczciwych zagrywkach.

– Cóż. Jeśli uda mu się kupić tę ziemię, to z całą pewnością jest Silvershaperem… – powiedział po dłuższej chwili Norlo, wracając do przeglądania dokumentów. – Nawet bardziej ode mnie.

 

***

 

Dzielnica, w której mieszkał Josiah Tulp należała do tych, w których człowiek nigdy nie wie, jaka niespodzianka go czeka za rogiem, ale może być pewien, że nie będzie to wypchana sakiewka leżąca na chodniku. Co prawda w takich dzielnicach wypchane sakiewki dość często zmieniały właścicieli, lecz nigdy nie leżały bezczynnie na ziemi.

Millowi udało się w końcu odnaleźć poszukiwany dom. Nie była to rezydencja bogatego posiadacza ziemskiego. W zasadzie w ogóle nazwanie tego czegoś „domem” było niemałą grzecznością. Bardziej przypominało to coś zbite byle jak z odpadów budowlanych… Albo wiekopomne dzieło nowoczesnego architekta.

Millo ostrożnie zapukał do drzwi. Po chwili otworzył mu wysoki, chudy człowiek, o urodzie przywodzącej na myśl szczura. Wyjątkowo brzydkiego i wyliniałego zresztą.

– Przepraszam, czy pan Josiah Tulp?

– Taa, czego?

Josiaha Tulpa z całą pewnością nie można było uznać za interesującego człowieka, choć dawna, demoniczna natura Millo mocno się nim zaciekawiła.

– Miło mi pana poznać, panie Tulp. – Zaczął Millo, siląc się na jak najszczerszy uśmiech. – Nazywam się Millo Silvershaper i…

– Chcesz kupić moją ziemię. – Na twarz Tulpa wpełzł paskudny uśmiech.

– Tak, skąd… – odparł Millo, lecz przerwało mu trzaśnięcie drzwiami.

– Panie Tulp! Dam panu za nią pięćdziesiąt szylingów. – Spróbował jeszcze niziołek, lecz odpowiedział mu szyderczy śmiech.

„No dobrze” – pomyślał. – „Skoro nie da rady po dobroci…” Rozejrzał się, czy aby na pewno nikt go nie widzi i zsunął z palca pierścień.

 

***

 

Josiah Tulp dźwignął się z resztek podłogi i obrzucił przerażonym spojrzeniem dogasające zgliszcza tego, co zwykł nazywać domem. Wreszcie jego rozbiegany wzrok napotkał postać Millo Silvershapera, nadal stojącego w miejscu, które dziś rano Josiah określiłby jako „przed drzwiami”. Niziołek uśmiechał się paskudnie. „Jak diabeł” – pomyślał Tulp, choć nie miał pojęcia skąd mu przyszło do głowy takie skojarzenie.

– To jak, panie Tulp, dobijemy targu? – zapytał Millo, przekraczając próg, który był jedynym śladem po niegdysiejszych drzwiach.

– N-niech będzie – odparł Josiah i ruszył chwiejnym krokiem w stronę komody, która wyglądała jakby ze wszystkich sił próbowała się rozpaść, ale jakoś jej to nie wychodziło. Nie była typem mebla, który można by posądzić o przetrwanie wybuchu, a jednak ogień, mimo najszczerszych chęci, nie mógł się do niej zbliżyć.

Millo, otrzymawszy akt własności i uiściwszy należność w wysokości pięćdziesięciu szylingów, zostawił Josiaha Tulpa w resztkach jego „domu”. Tulp musiał poważnie zastanowić się nad swoim życiem. Millo zdążył się już nauczyć, że w mieście ludzie są inni niż na wsi. Tam, gdy ludziom wysadzało się dom w powietrze, ci uciekali w popłochu. Tutaj nie można było do końca być pewnym, jak zareagują. Wierzył jednak, że Josiah Tulp był na tyle rozgarnięty, żeby zabrać swoje pięćdziesiąt szylingów i co mu tam jeszcze zostało i czym prędzej zwiać z miasta.

Millo wracał do rezydencji Silvershaperów pogwizdując wesoło pod nosem, czym przyciągał do siebie uwagę wielu nieprzyjaznych spojrzeń. Tak to już się w Ugh przyjęło, że człowiek zadowolony z siebie, co więcej, okazujący owo zadowolenie otoczeniu, nie mógł liczyć na nic lepszego, niż nóż wbity w plecy w ciemnym zaułku. W głębi jednak Millo nie był do końca tak zadowolony, jak to okazywał. Handel okazał się trudniejszy niż przypuszczał, a nie mógł ciągle przywoływać swych piekielnych mocy, bo prędzej czy później ktoś by się zorientował. Wybuchające domy przyciągają uwagę. I to nie tylko straży ogniowej… Musiał wymyślić coś bardziej… subtelnego.

 

***

 

Norlo przeglądał księgi rachunkowe, gdy drzwi jego gabinetu otworzyły się i do środka wszedł blady jak ściana Banquo.

– Co się stało? – zapytał Norlo, nie odrywając wzroku od ciągu liczb.

– N-nie s-słyszał pan?

– O czym? – Norlo nie wykazywał ani odrobiny zainteresowania.

– N-no, t-ten Millo… – wykrztusił z trudem Banquo.

– Kupił ziemię od Josiaha Tulpa. I co w tym nadzwyczajnego? Chyba tego właśnie od niego oczekiwałeś…

– W-wie pan co to dla nas oznacza? G-gobliny…

– Przypuszczam, że nie będą zadowolone. – Norlo wciąż więcej uwagi poświęcał rachunkom. – Trudno, trzeba będzie iść za ciosem… Ach, Millo! – Norlo przerwał, dostrzegłszy swego bratanka, który właśnie pojawił się w drzwiach. – Witaj, mój chłopcze. Właśnie o tobie rozmawialiśmy… A konkretnie o następnym zadaniu dla ciebie.

Millo był lekko zszokowany tym, jak wieści szybko się rozchodzą w mieście. Uśmiechnął się niepewnie.

– Chciałbym, Millo – kontynuował Norlo – żebyś tym razem kupił dla mnie pewien zakład. Należy do niejakiego Modocka Brancha…

– Zakład Modocka Brancha? – wykrzyknął Banquo.

– Banquo, mógłbyś zostawić nas na chwilę samych. – Norlo rzucił podwładnemu znaczące spojrzenie. Gdy Banquo zamknął za sobą drzwi, Norlo podjął:

– Słyszałem, Millo, że nasz przyjaciel, Josiah Tulp został ostatnio bezdomnym…

– No… jego dom nie wyglądał stabilnie…

– Więc, jak rozumiem, nie masz z tym nic wspólnego?

– Może za mocno zapukałem…

– Rozumiem. Dobrze by jednak było, gdybyś załatwiał sprawy nieco subtelniej. – Błysk w oku Norla podpowiedział Millowi, że stryj nie do końca jest przekonany, że dom może eksplodować od zbyt natarczywego pukania do drzwi. – W każdym razie, Millo, masz moje pełne zaufanie…

 

***

 

Millo w poszukiwaniu subtelniejszych metod negocjacyjnych zawędrował aż do Dziury, najbardziej zakazanej dzielnicy Ugh. Strażnik miejski, który wskazał mu drogę, nie mógł zrozumieć, że niziołek chce tam iść. Sam. Z własnej woli. Jedno z wielu niepisanych praw w Ugh mówiło, że nikt nie wchodzi w pojedynkę do Dziury, Millo jednak jeszcze dobrze nie znał zwyczajowego kodeksu miejskiego. Co prawda nieznajomość prawa nie zwalnia z obowiązku jego przestrzegania, jednak o tym też nie wiedział, więc jego przypadek nastręczał pewnych zawiłości prawnych i stwarzał pewne szanse, że niziołek, wbrew wszelkiej logice, ujdzie jednak z życiem.

Uwagę Millo od razu przyciągnęła karczma „Świński ryj”, a dokładniej mówiąc, jeden z jej gości, który, nie zwracając większej uwagi na szybę, wylatywał właśnie przez okno wspomnianego lokalu, by po chwili z gracją godną worka kartofli wylądować w kałuży. Niziołek ostrożnie przestąpił jegomościa, który najwyraźniej niezbyt przejmował się zmianą lokalizacji.

Wbrew zdziwieniu wszystkich obecnych (a przynajmniej tej części obecnych, która była jeszcze w stanie się dziwić), Millo już od progu wiedział, że dobrze trafił. Bywalców „Świńskiego ryja” można było określić na wiele różnych sposobów i choć słowo „subtelny” zajmowało miejsce na szarym końcu listy adekwatnych epitetów, z pewnością byli oni bardziej subtelni od wybuchającego domu. Niziołek omiótł salę wzrokiem i od razu znalazł idealnego kandydata.

– Przepraszam pana bardzo – zagadnął uprzejmie olbrzymiego orka, zajmującego stolik w rogu.

Ork spojrzał głupio na niziołka i wydał odgłos, który zapewne w założeniu miał być pomrukiem zdziwienia, lecz przypominał raczej dźwięk osuwających się skał.

– Mogę zająć panu chwilkę? – zapytał Millo, sadowiąc się na krześle naprzeciw orka.

– Czego mały człowieczek chcieć od Hrmpf?

– Otóż chciałbym, żeby pracował pan dla rodziny Silvershaperów.

– To mały człowieczek chcieć z Hrmpf zrobić hmm… – Ork zastanowił się przez chwilę, a przynajmniej tak to wyglądało z boku. – Zrobić mały człowieczek?

– Ależ skąd – odparł Millo. – Chcę panu tylko zaproponować posadę terminatora u mojego stryja, Norlo Silvershapera. Kwestię gabarytową pozostawiam pańskiemu uznaniu.

Na twarz Hrmpfa wpełzł bliżej nieokreślony grymas, który byłby zapewne zamyśleniem, gdyby fizjonomia orków była zdolna do wyrażania tak skomplikowanych procesów.

– Znaczy co? – zapytał po dłuższej chwili mozolnego przetwarzania informacji.

– Będzie się pan przyuczał, powiedzmy do zawodu księgowego.

– Ale… Hrmpf nie liczyć zbyt dobra…

– Tym się proszę nie przejmować. – Millo machnął dłonią. – Pańska rola będzie raczej hmm… reprezentacyjna.

 

***

 

Powiedzieć, że dom Modocka Brancha różnił się od „posiadłości” Josiaha Tulpa, to jak powiedzieć, że woda z kałuży różni się od dobrej Brandy. Gdy otworzono drzwi, Millo stwierdził, że pomiędzy mieszkańcami owych domostw istniała podobna różnica.

– Dobry wieczór. Czy pan Modock Branch? – Przywitał się Millo. Branch niepewnie skinął głową, zdziwiony nieco odwiedzinami tak niecodziennych gości (zdecydowanie bardziej dziwiła go postać potężnego orka ubranego w elegancki surdut i opierającego na ramieniu wielkie mieczysko).

– Nazywam się Millo Silvershaper, a to mój hmm… młodszy kolega, Hrmpf – powiedział niziołek wskazując na potężnego orka. – Jest u nas terminatorem.

– Znaczy, przepraszam bardzo, morduje ludzi?

– Ależ skąd – Millo uśmiechnął się uprzejmie. – Przyucza się do zawodu księgowego.

– Rozumiem. – Modock Branch przełknął ślinę. Postanowił nie drążyć dalej tematu (ani nie dopytywać, czy olbrzymi miecz jest na pewno niezbędnym narzędziem księgowego) w obawie, że podobny nietakt mógłby się przykro dla niego skończyć.

– Mój stryj, Norlo Silvershaper, chciałby złożyć panu propozycję… – Millo zastanowił się przez chwilę – którą oczywiście może pan odrzucić, jednak będzie się to wiązało z pewnymi, raczej nieprzyjemnymi konsekwencjami. – Dodał spoglądając znacząco na Hrmpfa, bawiącego się beztrosko swym ogromnym mieczyskiem.

– Proszę, niech panowie wejdą do środka. – Modock Branch zaprosił gości usiłując opanować całkowicie zrozumiałe drżenie głosu.

Dom Brancha był urządzony w naprawdę dobrym guście. Millo nawet cieszył się, że nie będzie go musiał wysadzać w powietrze, Modock Branch był już w takim stanie, że oddałby wszystko, byleby tylko Hrmpf i jego miecz opuścili jego dom.

– Wie pan, panie Branch – zaczął Millo, usadowiwszy się w wygodnym fotelu – możemy całą sprawę załatwić szybko, łatwo i bezboleśnie lub też szybko, łatwo i tylko dla niektórych z nas bezboleśnie. – Millo nawet nie musiał już nawet zwracać uwagi Modocka Brancha na Hrmpfa, gdyż od dłuższej chwili wpatrywał się on w orkowy miecz z pewną obawą. Tak właśnie działały orkowe miecze. Człowiek przestawał się bać samej śmierci, a zaczynał się zastanawiać jak nieprzyjemna mogłaby być spowodowana takim przyrządem.

Negocjacje przebiegały, a właściwie przebiegły błyskawicznie. Modock Branch bez zająknięcia zgodził się na wszystkie warunki postawione mu przez niziołka. Wyraz jego twarzy mówił, iż obawiał się on, że w razie jakichś trudności, zapłatę będzie musiał odebrać w żelazie. Dosyć ostrym i wyposażonym w nieprzyjemnie wyglądające wycięcia.

– Interesy z panem to prawdziwa przyjemność – powiedział Millo, wstając z fotela i kierując się do wyjścia. Zatrzymał się jednak jeszcze w drzwiach.

– Nie ma pan przypadkiem hodowli koni? – zapytał z nutą nadziei w głosie, odwracając się.

– Nie, dlaczego? – Modock Branch wstrzymał oddech. Zdjął go strach, że nieposiadanie hodowli koni może okazać się poważnym nietaktem i goście (oraz ich broń) poczują się urażeni tak haniebnym uchybieniem ze strony gospodarza.

– A nic, nieważne. – Millo odparł beztrosko, choć z lekkim zawodem. Co prawda orkowy miecz, a raczej perspektywa bliższego się z nim zapoznania doskonale sprawdzał się jako argument w negocjacjach, lecz Millo bardzo chciał w praktyce sprawdzić tę sztuczkę z koniem… a właściwie z jego częścią.

 

***

 

Glizda Smark, główny skarbnik Goblińskiej Gildii Kupieckiej wślizgnął się do gabinetu prezesa, Pleśniaka Smitha.

– Hhhgh – zaklął Pleśniak Smith. Język goblinów był na tyle mało różnorodny, że słowo „Hhhgh”, mimo iż brzmiało jak odgłosy duszenia, miało prawie trzysta znaczeń. Glizda jednak był pewien, że w tym przypadku chodziło o to najbardziej plugawe. Prawdopodobnie podpowiedział mu to mosiężny przycisk do papieru, przelatujący kilka cali od jego głowy. Prezes musiał być naprawdę wściekły. Zwykle nie rzucał niczym cięższym od kałamarza. Przyciskiem do papieru cisnął ostatnio, gdy rada miejska zniosła ulgi podatkowe dla mniejszości rasowych, których środowiskiem naturalnym są podziemia (czyli goblinów).

– Ach, Glizda – warknął Pleśniak, zauważywszy głównego skarbnika, któremu cudem udało się uniknąć przykrego wypadku, jakim niewątpliwie jest roztrzaskanie czaszki ciężkim, mosiężnym przedmiotem. – Może ty będziesz mi łaskaw wytłumaczyć, jak to do diabła możliwe?

– Ale co? – Glizda postanowił obrać nieco ryzykowną taktykę udawania, że nie wie, o co chodzi.

– Jak to co? – krzyknął prezes, chwytając srebrną szkatułę. Glizda odruchowo zasłonił głowę, jednak Pleśniak po chwili zastanowienia odstawił potencjalnie śmiercionośny przedmiot na miejsce. – Ziemia Tulpa, zakład złotniczy Brancha… Niziołki podkupują nam nasze inwestycje. Pozbądź się ich!

– Inwestycji?

– Niziołków, kretynie! Silvershaperów!

– Ale może to przypadek… Może wystarczy ostrzeżenie…

– Tak. – Przyznał po chwili Pleśniak, gdy już nieco ochłonął (co kosztowało życie kolejny kałamarz, który szczęśliwie poleciał w bezpiecznym dla Glizdy kierunku). – Wyślij im ostrzeżenie – mruknął.

 

***

 

– Co nam przysłali? – Norlo uniósł ze zdziwieniem brwi.

– No, rybę – powtórzył Banquo nieco skołowany.

– A chociaż jakąś drapieżną? A może jadowitą?

– Nie. Zwykłego dorsza. Zdechłego. I niezbyt świeżego zresztą.

– Jakby przysłali skorpiona, albo jakąś jadowitą żmiję … Ale rybę? I to zdechłą?

Banquo tylko wzruszył ramionami.

– Nigdy nie zrozumiem goblinów. – Westchnął Norlo. Drzwi jego gabinetu uchyliły się i do środka wsunęła się głowa Millo.

– Stryju, przyszedł sierżant Tibbs. Ze straży miejskiej.

– Niech wejdzie.

Drzwi otworzyły się szerzej i do gabinetu wkroczyła, a raczej wtoczyła się pulchna (policyjna dieta złożona w dużej części z pączków wyraźnie służyła sierżantowi) i spocona sylwetka sierżanta Tibbsa.

– Witam, sierżancie. Proszę siadać – powiedział uprzejmie Norlo, wskazując gościowi krzesło, które wydało piskliwy odgłos sprzeciwu, gdy sierżant się na nim usadowił. – Co pana do nas sprowadza?

– No niestety, panie Silvershaper, trochę się tego nazbierało…

– Nie rozumiem. Czyżbyśmy coś przeskrobali?

– Wymuszenia, szantaże, zastraszenia, groźby karalne… – zaczął wymieniać sierżant Tibbs. – Lista jest długa, panie Silvershaper.

– Och, po cóż takie mocne słowa, sierżancie? – odparł Norlo. – My to nazywamy… Zaraz, Millo, jak my to nazywamy?

– Agresywna konkurencja, stryju.

– O właśnie, agresywna konkurencja, sierżancie. To chyba nie jest karalne.

– A ten orkowy hmm… pomagier?

– Uczy się – odpowiedział od razu Millo.

– Na księgowego? – zapytał sierżant Tibbs, uśmiechając się znacząco.

– No dobrze, nazwijmy to innowacyjną techniką negocjacyjną. – Millo wyszczerzył zęby.

– Dajmy spokój tym niepoważnym zarzutom. – Wtrącił się Norlo. – Dziś rano dostaliśmy pewną przesyłkę. Wiemy, że przysłały ją osoby, powiedzmy, niezbyt nam przychylne i obawiamy się, że może to być jakaś pułapka. Mógłby pan to sprawdzić.

– A co zawierała ta przesyłka? – Zapytał sierżant Tibbs z zawodowym błyskiem w oku.

– Cóż, może to się wydać nieco dziwne, ale rybę… Martwą rybę.

– To przecież proste – odparł beztrosko sierżant Tibbs. – To taka wiadomość, która ma panom przekazać, że niedługo będą martwi jak ta ryba.

– Hmm… – mruknął Millo. – Czyli jakby nam przysłali piure, to by oznaczało, że rozgniotą nas jak gotowane ziemniaki?

– Oczywiście, że nie. – Sierżant Tibbs roześmiał się. – Nie wiem skąd to panu przyszło do głowy.

– To bardzo interesujące, co pan mówi, sierżancie – stwierdził Norlo. – Myślę, że w obliczu tego, co nam pan powiedział, muszę znaleźć kolejne zadanie dla mojego bratanka. – Dodał z uśmiechem, który mógł oznaczać tylko jedno.

– No nie! – wykrzyknął Banquo, który doskonale wiedział, czym było owo jedno i wcale mu się ono nie podobało. – Szefie, pozbądźmy się go, póki jeszcze mamy czas. – Głos Banquo przeszedł w histeryczny lament.

– Banquo – syknął Norlo, zerkając badawczo na sierżanta Tibbsa, który, ku uldze niziołka, wyglądał na kompletnie ogłupionego. Norlo odchrząknął i dodał:

– Myślę, Banquo, że powinieneś odprowadzić sierżanta Tibbsa do drzwi.

Banquo otworzył usta, zamknął usta, znów otworzył i jeszcze raz zamknął, lecz nic już nie powiedział. Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę drzwi, mamrocząc pod nosem.

– Banquo chyba nie bardzo mnie lubi… – Zaczął niepewnie Millo, gdy tylko drzwi się zamknęły.

– Och, po prostu uważa, że ściągniesz na nas wszystkich zgubę i powinniśmy się ciebie pozbyć. Ale nie przejmuj się tym zbytnio, przejdzie mu…

 

***

 

Dzień był wyjątkowo upalny, jak na koniec lata. Maurice Cutrick w słomkowym kapeluszu, wyraźnie kontrastującym z czarną nekromancką szatą, podlewał swe róże. Po kilku zażartych bataliach udało mu się w końcu pokonać mszyce, co napawało go niemałą dumą.

– Ekhm. – Uszu nekromanty dobiegło chrząknięcie. Podniósł głowę. Nie wiadomo kiedy i skąd pojawił się przed nim szkielet, odziany w dobrze skrojony, czarny surdut.

– Co tam, Konstanty? – Cutrick zagadnął swego nieumarłego… to znaczy żyjącego inaczej (Konstanty był bardzo wrażliwy na tym punkcie) towarzysza – Konstanty powinien właściwie być sługą, ale miał raczej liberalne podejście do nekromanckich tradycji.

– Masz gościa, Maurice – oznajmił Konstanty. – To demon. Mówi, że nazywa się Xolholoatl.

– Rozumiem. A co porabia Colin? – zapytał nekromanta w nagłym przypływie ciekawości i podejrzliwości. Konstanty, gdy tylko mógł – czyli prawie zawsze – wyręczał się chłopcem.

– Zemdlał.

– Interesujące. Kiedy wypuścił władcę piekieł nic mu się nie stało…

– Sądzę, że demon wysadzający dach jest czymś, czego mniej więcej można się spodziewać, ale kiedy demon uprzejmie się przedstawia i wręcza swoją wizytówkę, można doznać lekkiego szoku.

W bibliotece istotnie czekał na Cutricka demon i o ile władca piekieł rzeczywiście mógłby wzbudzać powszechną panikę (i zapewne wzbudzał), to Xolholoatl był co najwyżej jego karykaturą.

– Nazywam się Xolholoatl. – Głos demona był interesującą akustyczną mieszaniną skrzeczeń, pisków i bulgotów. – Jestem asystentem władcy piekieł.

– Bardzo mi miło. – Skłamał Cutrick. – Nie chcę być nieuprzejmy, ale mógłby mi pan wyjaśnić, skąd się tu wziął?

– No… Z piekła.

– To że z piekła, to rozumiem. Tylko myślałem, że demona to trzeba przyzwać… W sensie otworzyć mu przejście, czy coś…

– To dlatego – Przerwał Xolholoatl – że technicznie rzecz biorąc nie jestem do końca demonem. Jestem impem, a impy mogą same opuszczać piekło. Chodzi o to, że my jesteśmy raczej zdyscyplinowani i nie mamy w zwyczaju niszczenia wszystkiego, co napotkamy. Poza tym zawsze wracamy i wszystko jest w porządku. I tu właśnie pojawia się problem. Od dłuższego czasu, mamy w piekle stan ujemny. I to bardzo poważnie ujemny, brakuje władcy piekieł. W piekle panuje prawdziwy chaos.

– Myślałem, że chaos to raczej naturalny stan piekła. – Wtrącił Cutrick.

– To co się dzieje teraz w piekle, jest chaosem nawet dla demona. Nie możemy już sobie poradzić z demonami, sukkubami, diabłami, czartami… nawet chochliki zaczynają sprawiać kłopoty. Założyły… ten, no… Związek zawodowy.

– No ale cóż ja mogę na to poradzić? To w sumie wasz problem, nic mi do tego.

– Jeśli władca nie wróci – syknął Xolholoatl – i demony rozniosą piekło, to ja już się postaram, żeby na ziemię przedostały się przez twój dom. – Imp nadzwyczaj gładko przeszedł od uprzejmości do gróźb i szantażu.

– Ale ja nawet nie wiem, gdzie go szukać… – Cutrick, jak tylko mógł, starał się wykręcić od przykrego obowiązku odnalezienia władcy piekieł i zapewne jeszcze bardziej przykrego obowiązku sprowadzenia go z powrotem do piekła.

– Myślę, że władca piekieł jest raczej rzucającą się w oczy postacią. – Zachichotał Xolholoatl, po czym zniknął, zostawiając po sobie pamiątkę w postaci gęstego, gryzącego dymu.

 

***

 

Poranek należał do tych całkowicie nieciekawych. Pani Yck jednak wiedziała, że najciekawsze zdarzenia przytrafiają się najchętniej właśnie w takie nieciekawe dni. Ulica Złego Szeląga była, jak zwykle o tej porze (podobnie zresztą jak o każdej innej), zatłoczona do granic możliwości. Jednakże nawet w tym tłumie czujnym oczom pani Yck, której życiowym powołaniem było zbieranie informacji o wszystkim, co dzieje się w okolicy, nie mogła umknąć niewielka, zakapturzona postać wchodząca do budynku, w którym mieściła się agencja „Burrougs & Goldenarm – skrytobójstwa, zabójstwa, morderstwa na zlecenie.” Pani Yck dobrze wiedziała, że małych, zakapturzonych postaci nigdy nie należy lekceważyć.

„Oho” – pomyślała. – „Gobliny mają dość Millo Silvershapera.”

W sumie nie było w tym niczego dziwnego, ktoś kto odnosi tak wielki sukces nie może liczyć na sympatię innych. A jeśli jeszcze swój sukces odnosi kosztem owych innych, to musi się liczyć z tym, że prędzej czy później zgłoszą się oni do panów pokroju Burrougsa i Goldenarma.

 

***

 

Biuro Johnatana S. Burrougsa było urządzone dosyć stylowo. Stylowo w raczej skrytobójczym sensie, bo, o ile solidne dębowe biurko i liczne certyfikaty zdobiące ściany można uznać za standardowe wyposażenie miejsca pracy, to kolekcja zatrutych noży i dalekozasięgowa kusza automatyczna zaliczają się do raczej ekstrawaganckich ozdób.

Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem, które u każdej normalnej istoty wywołałoby nieprzyjemny dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa, a na które Johnatan Burrougs zareagował delikatnym uśmiechem (nie mniej zresztą dreszczotwórczym). Do gabinetu weszła niewysoka postać w ciemnej pelerynie z kapturem zarzuconym na głowę. Gdy podeszła bliżej, Burrougs stwierdził, że ledwie wystaje ponad krawędź jego biurka.

– Dzień dobry. – Skrytobójca uśmiechnął się zapraszająco.

Postać odrzuciła kaptur, ukazując niezbyt urodziwą twarz głównego skarbnika Goblińskiej Gildii Kupieckiej.

– Ach, pan Smark, mam rację? Z Goblińskiej Gildii Kupieckiej?

Glizda nieco zakłopotany kiwnął niepewnie głową.

– Czym mogę szanownemu panu służyć? – zapytał uprzejmie Burrougs.

– Chciałbym pozbyć się hmm… pewnej osoby.

– Oczywiście. Co konkretnie pana interesuje? Trucizna? Zatruty sztylet? Garota? Dyskretny strzał z kuszy w plecy? A może coś bardziej egzotycznego? – Dodał z błyskiem w oku. – Mamy parę ciekawych zabawek…

– Obojętnie. Niech pan sam coś wybierze. Pieniądze nie grają roli. Ważne jest, żeby facet był martwy.

– Rozumiem. Zapewniam pana, że delikwent będzie bardziej martwy niż ktokolwiek kiedykolwiek był. – Burrougs uśmiechnął się szeroko. Nareszcie trafiła się okazja żeby przetestować haalwanalandzką balistę samopowtarzalną, którą nabył niedawno po okazyjnej cenie od Tysiąc Niezbędnych Drobiazgów Geoffreya. Właściwie trudno nazwać balistę drobiazgiem, a tym bardziej niezbędnym, przynajmniej dopóki nie oblega się jakiejś warowni, ale cena była naprawdę atrakcyjna. – A o kogo konkretnie szanownemu panu chodzi?

Glizda położył na biurku kawałek papieru z wypisanym nazwiskiem Millo Silvershapera. Zabójca wpatrywał się przez chwilę w kartkę takim wzrokiem, jakby usiłował zmusić ją do zmiany słów na niej zamieszczonych.

– Hmm… Obawiam się, że nie będę mógł szanownemu panu pomóc – powiedział w końcu, gdy doszedł do wniosku, że żadną siłą nie da się przekonać kartki, by wskazała jakiś inny cel.

– Co? Dlaczego?

Burrougs wskazał na tabliczkę wiszącą na ścianie, na której ozdobnymi literami wypisano: „Zleceń na Millo Silvershapera NIE PRZYJMUJEMY”

– Ale dlaczego?

– Jakby to ująć… Widzi pan, nie jesteśmy idiotami.

 

***

 

Cutrick zdawał sobie sprawę, że zadanie, jakie ma wykonać nie należy do najłatwiejszych. Właściwie to należało do piekielnie trudnych, jeśli nie niewykonalnych. Tym bardziej więc powinien wyruszyć jak najszybciej, nie mógł jednak nie zadbać wcześniej o swoje róże. Podlewał je właśnie mieszanką, która pozwoliłaby im przetrwać jakiś czas bez jego opieki (a właściwie pod opieką Konstantego i Colina, co Cutricka napawało jeszcze większymi obawami), gdy dostrzegł przejeżdżającego pobliską drogą Tysiąc Niezbędnych Drobiazgów Geoffreya. Umysł nekromanty wykonał pospiesznie kilka analiz i nakazał mu zawołać:

– Hej, Geoffrey! Zaczekaj chwilę.

Handlarz posłusznie ściągnął cugle. Cutrick w kilka chwil znalazł się przy jego wózku.

– Tak się zastanawiam, Geoffrey, czy nie widziałeś ostatnio w okolicy jakiegoś demona? Władcy piekieł powiedzmy… Takiego dużego, czerwonego… – Cutrick znał świat na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie przepada on za nekromantami i nie lubi ułatwiać im życia takimi zbiegami okoliczności. Jednak znał też Tysiąc Niezbędnych Drobiazgów Geoffreya i wiedział, że handlarz nie przejmuje się specjalnie zdaniem świata i często ma bardzo przydatne informacje. W końcu informacja też była towarem, a Geoffrey od niczego, co mogło przynosić zyski, nie stronił.

– Z rogami? – zapytał Tysiąc Drobiazgów.

– Tak, tak, z rogami.

– A to nie widziałem – odpowiedział handlarz, uśmiechając się jednym ze swoich kupieckich uśmiechów.

– Rozumiem. – Cutrick zbyt dobrze znał Geoffreya, żeby nie wiedzieć o co chodzi. – Chodź, pogadamy.

Cutrick oprócz informacji musiał nabyć jeszcze po niezwykle okazyjnej cenie – a tak przynajmniej twierdził Tysiąc Drobiazgów – wielostrzałową kuszę Geiblerta (wielostrzałowość owej kuszy była pewnego rodzaju grą słowną, choć w sumie nikt nie powiedział, że wielostrzałowa kusza musi owe wiele strzał wypuszczać za jednym razem) i Niesamowity Latający Dywan – jedynie tysiąc mil przebiegu, zaręczam szanownemu panu, słowo mistrza gildii wytwórców guzików. Tysiąc Drobiazgów naturalnie nie miał zielonego pojęcia kim też może być ów mistrz gildii wytwórców guzików, co jednak nie przeszkadzało mu w zaręczaniu wszystkiego jego słowem. Cutrick znał Geoffreya dosyć dobrze, by nie wierzyć za grosz w jego gorące zapewnienia (i wiedzieć, że nie ma żadnego związku z wyrobem guzików). Wiedział jednak, że jeśli niczego nie kupi, to niczego się nie dowie.

Latający dywan zresztą przydałby się w podróży do Ugh, gdyby nie prosty i dość oczywisty fakt, że odmówił dalszej współpracy po kilku milach i Cutrick zmuszony był dalej i tak iść piechotą, przeklinając Geoffreya pod nosem i masując obolałe po awaryjnym lądowaniu części ciała. Kuszę wielostrzałową na wszelki wypadek wyrzucił przy pierwszej okazji. Nigdy nie wiadomo jak zachowa się broń nabyta po promocyjnej cenie od wędrownego handlarza. Zwłaszcza jeżeli tym handlarzem jest Tysiąc Niezbędnych Drobiazgów Geoffrey, którego gwarancja na nabyte przedmioty nie obejmuje w zasadzie niczego.

 

***

 

Glizda nie był zadowolony. Właściwie to niezadowolony dopiero mógł być Pleśniak Smith i to Glizdę najbardziej martwiło. Wychodził właśnie z dwudziestej już chyba agencji skrytobójczej, w której spotkał się z podobnym przyjęciem, jak w poprzednich dziewiętnastu. Wszyscy skrytobójcy, zabójcy i mordercy, słysząc nazwisko Millo Silvershapera stawali się jeszcze bardziej bladzi niż wymagała tego ich profesja i zaklinali się, że za żadne skarby świata nie przyjmą zlecenia.

Nagle tuż przed Glizdą zatrzymał się powóz, o którym można by powiedzieć, że był czarny, choć tak miałoby się to do rzeczywistości, jak stwierdzenie, że skok na głowę w stumetrową przepaść może być niezdrowy. To był ten rodzaj czerni, który zdawał się śmiać w twarz innym czerniom, które zresztą przy niej wyglądały raczej jak brudne szarości.

Naturalnie taki kolor przyciągałby uwagę, gdyby nie prosty fakt, że jedyny powóz tej barwy należał do Valeriusa Podrzynacza. Co bardziej przesądni twierdzili, że czarny powóz Valeriusa Podrzynacza jest zwiastunem śmierci. Ci bardziej racjonalni wiedzieli, że przynosi on coś znacznie gorszego – Valeriusa Podrzynacza. Trudno więc się dziwić, że jeśli ktoś widział niepokojąco czarny powóz, zarzekał się, że to wcale nie on, tylko jego brat bliźniak. Glizda nie miał takiego komfortu. Nie miał brata bliźniaka, a otwarte drzwiczki wyraźnie nalegały, aby wsiadł do środka. Goblin przełknął ślinę i wspiął się na wysoki stopień.

Wewnątrz powóz był równie czarny jak z zewnątrz, ale tylko z tego powodu, że bardziej czarny już być nie mógł. Glizda niepewnie usiadł na kanapie. Naprzeciw niego siedział człowiek, w odniesieniu do którego określenie „śmiertelnie poważny” nabierało niepokojącej dosłowności.

– Witam, panie Smark – powiedział, głosem, po którym można było od razu poznać, że nie rozmawia się z jakimś przypadkowym posiadaczem czarnego powozu, lecz z samym Valeriusem Podrzynaczem. Choć niewielu go słyszało, wszyscy wiedzieli, że głos Podrzynacza brzmi jak sztylet wbity w plecy w ciemnym zaułku. Glizda zawsze zastanawiał się, jak też może brzmieć sztylet wbijany w plecy, ale musiał przyznać, że to porównanie było zadziwiająco trafne.

– Muszę powiedzieć, że wzbudził pan niemałe zamieszanie. – Podjął Podrzynacz. – Odwiedził pan chyba wszystkich skrytobójców w Ugh. Przypuszczam, że już nawet dzieci wiedzą, że chce się pan pozbyć Millo Silveshapera. Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale przypuszczam, że nie znalazł pan tego, czego szukał.

– No, nie… – wydukał Glizda nieco skołowany.

– Wie pan, tak sobie pomyślałem, że mógłbym przyjąć to zlecenie.

– N-naprawdę? – zapytał goblin z mieszaniną obawy i nadziei w głosie.

– Owszem. Myślę, że jakoś się dogadamy.

– N-na pewno.

 

***

 

Ku rozpaczy mieszkańców Ugh, najczarniejsza z czerni, zaprzęgnięta w cztery konie, tego dnia przetoczyła się raz jeszcze przez miasto.

Wszyscy, którzy przezornie nie zauważyli powozu, potem zarzekali się, że wcale nie widzieli, jak zatrzymał się nieopodal rezydencji Silvershaperów i wcale nie zauważyli, by niziołek, który do niego wsiadł był podobny do sekretarza Norlo Silvershapera, Banquo Trickfoota. Wszyscy byli też zgodni, że właściwie to chyba nawet nie był niziołek, że nic szczególnego w zasadzie nie widzieli, poza tym nie było ich wtedy w mieście, a tak w ogóle to są jest ślepi od urodzenia.

Banquo siedzący niepewnie na kanapie w idealnie czarnym wnętrzu idealnie czarnego powozu też by wolał być ślepy od urodzenia, niż znajdować się w tej ciasnej, czarnej, zamkniętej części rzeczywistości, która, jakby jeszcze tego było mało, zawierała znaczące ilości Valeriusa Podrzynacza i to w stężeniu, które poważnie zagrażało życiu.

– Zastanawia się pan zapewne, panie Trickfoot, po co pana zaprosiłem na tę uroczą przejażdżkę – zaczął bez ogródek Podrzynacz. Banquo nie odpowiedział, choć jeśli pominąć przerażenie i to, że owej „przejażdżki” nie uważał za specjalnie uroczą, rzeczywiście się nad tym zastanawiał.

– Otóż, widzi pan, panowie z Goblińskiej Gildii Kupieckiej poprosili mnie, żebym rozwiązał dla nich pewien problem…

– T-tak? – Banquo spróbował przełknąć ślinę, lecz nie bardzo mu wyszło.

– Owszem. Poprosili mnie, żebym, jak to mówią, pozbył się Millo Silvershapera.

Banquo drgnął, lecz nie był do końca pewien, czy perspektywa pozbycia się Millo go cieszyła, sprawiała mu ulgę, czy raczej przerażała.

– Oczywiście, jak pan się pewnie domyśla, nie ma pan na to większego wpływu. Właściwie w ogóle pan nie ma nic do powiedzenia w tej kwestii.

– Więc co…? – Zaczął Banquo, lecz Podrzynacz uciszył go gestem.

– Już wyjaśniam. Jak pan zapewne wie, zawód, który wykonuję, jest dosyć ryzykowny, a bardzo bym nie chciał, żeby komuś przypadkowemu przydarzyło się coś… przypadkowego. Na pewno rozumie pan, o czym mówię.

Banquo rozumiał doskonale. Wszyscy wiedzieli, że Valerius Podrzynacz nigdy nie przejmował się liczbą ofiar. Jednak wszyscy wiedzieli również, że jeśli gobliny chcą się pozbyć tylko jednego niziołka, to za nadliczbowe „wypadki” nie zapłacą, a usługi Podrzynaczy są dobrem zbyt luksusowym, by rozdawać je za darmo.

– Krótko mówiąc, panie Trickfoot, bardzo by mi to ułatwiło sprawę, gdybym mógł… porozmawiać z młodym panem Silvershaperem na osobności.

 

***

 

Millo siedział w gabinecie swego stryja. Norlo, wedle słów Banquo, musiał wyjechać z miasta, żeby sprawdzić sytuację na podmiejskich plantacjach. Oczywiście Norlo miał pewne, dosyć zasadnicze obiekcje co do konieczności jego osobistego w tym przedsięwzięciu udziału, jednak Banquo ostatnio miał dużo stresów i Norlo nie potrafił mu odmówić. Za namową asystenta zabrał ze sobą również obstawę w postaci Hrmpfa, tak więc Millo i Banquo zostali sami, co Norla napawało pewnym niepokojem.

Millo zgłębiał właśnie tajniki księgowości. Stwierdził, że to dość ciekawe zajęcie, jeśli tylko wykaże się nieco kreatywności. Kiedy poprawiał rozliczenia ze sprzedaży bibułek do papierosów dla leworęcznych za ostatni miesiąc, rozległo się wyjątkowo nienarzucające się pukanie do drzwi. Niemal równo z odpowiedzią niziołka drzwi bardzo nieznacznie się uchyliły i do gabinetu wsunął się niepozorny człowieczek, po którym widać było, że nawykł do przemykania się chyłkiem. Można było też o nim powiedzieć, że był blady jak ściana, tyle że na świecie nie istniały tak blade ściany. No i to natrętne nierzucanie się w oczy… Millo zdążył już poznać wielu skrytobójców, ale tylko jeden tak wybitnie umykał czyjejkolwiek uwadze.

– Pan Burrougs, mam rację? Miałem już chyba przyjemność…

– Zgadza się, panie Silvershaper.

– Co pana do mnie sprowadza? – zapytał Millo. – Chyba nie przyszedł mnie pan zgładzić?

– Valerius Podrzynacz przyjął na pana zlecenie.

– Ciekawe nazwisko – stwierdził niziołek, na którym informacja nie zrobiła większego wrażenia – bardzo sugestywne.

– Niech pan tego nie bagatelizuje. To nie jakiś zwykły morderca. Podrzynaczowie to najstarszy ród skrytobójców w Ugh. Mordercy z dziada, pradziada. No i nie podlegają Stowarzyszeniu Skrytobójców Ughańskich. Pan Podrzynacz jest, że tak się wyrażę, wolnym strzelcem… a także wolnym dusicielem, nożownikiem, trucicielem, topicielem, podpalaczem i wypychaczem przez okno.

– I, jak rozumiem, stanowi konkurencję dla pańskiej agencji…

Burrougs, choć wydawało się to niemożliwe, pobladł jeszcze bardziej.

– Nigdy w życiu. Całe Stowarzyszenie Skrytobójców Ughańskich nie mogłoby się z nim równać.

– Znaczy, jest niebezpieczny?

– Ujmę to tak: kiedy Podrzynacz przyjmuje zlecenie, grabarz już pędzi kopać grób, przeklinając pod nosem, że nie zdąży na czas.

– Dlaczego więc mnie pan ostrzega?

– Widzi pan, panie Silvershaper, to taka nasza Ughańska tradycja. Kiedy Valerius Podrzynacz przyjmuje zlecenie, zawsze ktoś informuje o tym jego ofiarę… Nie to, żeby mogło coś pomóc. Ot, zwykły przejaw ludzkiej życzliwości.

 

***

 

Banquo ułożył tak przebiegłą intrygę, że gdyby nie to, że był śmiertelnie przerażony, z całą pewnością byłby z siebie dumny. Upewniwszy się po raz nie wiadomo który, że Millo został sam w budynku, wymknął się tylnymi drzwiami. Rozejrzał się nerwowo dookoła. Na szczęście w pobliżu nie było nikogo, nie licząc jakiegoś żebraka, drzemiącego w zaułku. Banquo niby nie miał nic na sumieniu, ale wiedział, że niepokojąco wielu ludzi wcale nie widziało go, jak wsiadał do powozu Valeriusa Podrzynacza, a wydarzenia, które miały się wydarzyć tej nocy należały do rodzaju tych, z którymi nikt nie chciałby mieć nic wspólnego, zwłaszcza jeśli wcześniej wcale nie był widziany w towarzystwie ich głównego sprawcy. Banquo starannie zamknął drzwi i narzuciwszy na głowę kaptur oddalił się w tylko sobie znanym kierunku.

 

***

 

Cutrick, ukryty w zaułku, obserwował tylne drzwi rezydencji Silvershaperów. Czekał tu cały dzień, udając żebraka. Nie miał w tym co prawda wprawy, ale udało mu się zarobić prawie szylinga. Nawet mu się to spodobało, stwierdził, że, gdyby nie był nekromantą, z radością zostałby żebrakiem.

Wedle jego obliczeń, w środku został już tylko jeden niziołek i władca piekieł ukryty pod postacią Millo Silvershapera. Drzwi rezydencji Silvershaperów właśnie otworzyły się i z budynku wyszedł niziołek. Cutrick na podstawie relacji Tysiąca Drobiazgów wydedukował, że to nie był ten, o którego mu chodziło. Na podstawie równie skomplikowanych analiz stwierdził, że ten drugi musiał być nadal w środku. Gdy tylko niziołek zniknął z pola widzenia, Cutrick wygrzebał się ze sterty szmat i podkradł się do drzwi. W sumie nie musiał się podkradać, bo nie było nikogo w zasięgu wzroku, ale coś mu podpowiadało, że jednak skradanie się byłoby bardzo adekwatne do sytuacji. Pochylił się nad zamkiem i wyszeptał słowa zaklęcia. Drzwi stanęły w płomieniach.

– Cholera. – Nekromanta syknął, rozpaczliwie wymachując płonącym rękawem. Czasami zastanawiał się, jak to możliwe, że wszystkie zaklęcia mylił z formułą podpalającą. Niektóre zaklęcia składały się z jednego słowa, inne zajmowały po kilkadziesiąt stron, a w jego przypadku skutek zazwyczaj był ten sam. Nie radził sobie z tą całą magią magów, jednak wcale go to nie zrażało do kolejnych prób. Szczęśliwie rezydencja Silvershaperów była murowana, więc pożar zakończył się na drzwiach i rękawie nekromanckiej szaty. Cutrick ostrożnie przekroczył zgliszcza drzwi i wszedł do budynku.

 

***

 

Millo, mimo późnej pory, wciąż ślęczał nad księgami rachunkowymi. Księgowość mocno go wciągnęła. Chociaż nie przejął się zbytnio ostrzeżeniem Burrougsa, przestawił biurko w miejsce, które określił jako bezpieczniejsze. Nagle zamek w drzwiach szczęknął i drzwi otworzyły się z takim skrzypnięciem, z jakim zawsze otwierają się drzwi późną nocą, kiedy jest się samym w domu.

Millo aż podskoczył na krześle. Niestety powodziło mu się ostatnio naprawdę dobrze, a Najlepsze Kiełbaski Na Świecie – jedyne pięćdziesiąt centów sztuka były ważnym i licznym elementem jego dobrobytu. Skutek ich działania był oczywisty i w tej chwili dość opłakany, o czym Millo przekonał się szarpiąc nerwowo pierścień, który jednak nie wyrażał chęci do współpracy. Najwyraźniej nie zmieniał swego rozmiaru, gdy palec wewnątrz niego zmieniał swój.

– Tego… Pamiętasz mnie? – zapytała postać, która wsunęła się do gabinetu. Millo oczywiście nie pamiętał, ale jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mu, że to nie był Valerius Podrzynacz.

– Nie – odpowiedział, usiłując zachować zimną krew.

– Nazywam się Maurice Cutrick i, jakby to powiedzieć, to mój uczeń wypuścił cię z piekła. – Cutrick wiedział, że otwarte przyznanie do bycia nekromantą ma podobne skutki co strzelenie sobie w kolano. Z katapulty.

– Ach! – Millo odetchnął z ulgą. Poczuł się, jakby spadł mu z serca naprawdę wielki kamień. – W czym mogę pomóc?

– No, tego… – Cutrick wyraźnie nie czuł się zbyt swobodnie. – Chciałbym, żebyś wrócił do piekła…

– Dlaczego?

– No… Jesteś w końcu władcą piekieł, więc to chyba dość naturalne…

– Ale mam tutaj odpowiedzialną, uczciwą pracę…

Cutrickowi od razu przeleciał przez głowę tysiąc odpowiedzialnych, uczciwych zawodów, poczynając od krwawych tyranów, przez inkwizytorów, a kończąc na poborcach podatkowych. Cóż uczciwość nie zawsze szła w parze z humanitaryzmem, empatią, czy nawet zwykłą ludzką życzliwością. Właściwie to dosyć często szła w przeciwnym kierunku i rzucała w nie złośliwymi inwektywami i niemniej złośliwymi kamieniami.

– Z pewnością – odpowiedział. – Ale piekło cię potrzebuje. – Cutrick zdawał sobie sprawę jak idiotycznie musiało to brzmieć, ale w końcu tak właśnie było. Millo otworzył usta by coś powiedzieć, gdy nagle coś wpadło ze świstem przez okno i stuknęło o ścianę.

Cutrick spojrzał z zaciekawieniem na tkwiący między kamiennymi blokami, czarny, metalowy bełt.

– Chyba masz problem… – powiedział.

– Mam problem? – powtórzył głupio Millo, którego krew niemal zakrzepła w żyłach.

– Masz problem – potwierdził Valerius Podrzynacz, który nie wiadomo skąd, kiedy i jak pojawił się w gabinecie. Millo znowu podskoczył, a Cutrick odwrócił się z zaciekawieniem. Miasto było naprawdę interesujące, tyle się tu działo… Valerius Podrzynacz trzymał elegancką, czarną, inkrustowaną srebrem kuszę. Cutrick sam nie wiedział dlaczego, ale podświadomie czuł, że człowiek mierzący do kogoś z takiej broni powinien mieć na twarzy brzydki uśmiech, tymczasem twarz Valeriusa Podrzynacza była nieporuszona i wręcz śmiertelnie poważna. Nekromanta pomyślał, że jakby miał kiedyś zginąć, to chętnie zginąłby z ręki tego człowieka. Zgoła odmienne na ten temat zdanie miał Millo, w którego to była wymierzona kunsztowna kusza Podrzynacza i w związku z tym jego perspektywa śmierci była dużo bliższa niż Cutricka. Mniej więcej tyle bliższa, jak człowieka znajdującego się już kilkanaście stóp od dna przepaści od człowieka stojącego nad jej krawędzią.

– Nie miał kiedyś pan przypadkiem krewnego, o imieniu Konstanty? – zapytał Cutrick, który wyraźnie nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji, ale podobieństwo Valeriusa Podrzynacza do jego żyjącego inaczej towarzysza wydało mu się uderzające.

– Nie, nie wydaje mi się – odpowiedział Podrzynacz, nie odwracając uwagi od niziołka.

„Skończ te pogawędki i zrób coś!” – W głowie Cutricka rozległ się głos niziołka.

„Ale co?” – pomyślał w odpowiedzi.

„Cokolwiek, jesteś przecież magiem”

„Nekromantą”

„Wszystko jedno!”

Cutrick westchnął i wspinając się na szczyt swoich magicznych umiejętności, chwycił stojący na biurku kałamarz i cisnął nim w Valeriusa Podrzynacza.

To, co wydarzyło się potem mogło wynikać tylko z niezwykłego kunsztu magicznego Cutricka, jednak w obliczu braku takowego, musiało być skutkiem naprawdę absurdalnego zbiegu równie absurdalnych okoliczności, których jednak nekromanta nie zdołał zarejestrować, gdyż w chwilę później gnał w dół po schodach, ciągnięty za rękaw przez władcę piekieł w ciele niziołka.

– Szybko, pomóż mi! – zawołał Millo, gdy tylko wypadli na dwór.

– Hmm? – Mruknął skołowany Cutrick.

– Pierścień! – krzyknął niziołek wyciągając dłoń w stronę nekromanty.

 

***

 

Sierżant Tibbs właśnie kończył nocny patrol, gdy jego niezawodna policyjna intuicja podpowiedziała mu, że powinien czym prędzej pędzić do rezydencji Silvershpaerów. Prawdopodobnie intuicji w przekonaniu sierżanta pomogła eksplozja, która przed sekundą wstrząsnęła miastem i która musiała mieć jakiś związek ze spotkaniem Millo Silvershapera z Valeriusem Podrzynaczem. W chwilę później, wszyscy wybudzeni ze snu i oderwani od swych nocnych zajęć mieszkańcy Ugh, ze zdziwieniem i zaniepokojeniem mogli podziwiać, jak sierżant Tibbs rozwija prędkość, jakiej nie udało mu się osiągnąć, odkąd przekroczył magiczną granicę dwustu funtów.

 

***

 

– Słuchaj, a ciebie w ogóle można zabić? – zapytał Cutrick, wpatrując się nostalgicznie w płomienie.

– Nie wiem, nigdy nie sprawdzałem. Ale lepiej nie ryzykować – odparł władca piekieł, który założywszy pierścień, na powrót stał się Millo Silvershaperem.

– Ale musisz przyznać, że chyba cię tu nie chcą.

– E tam. – Millo wzruszył ramionami. – Zwykły wypadek przy pracy.

Dalszej dyskusji przeszkodziło dość głośne pojawienie się sierżanta Tibbsa, który przy akompaniamencie całej symfonii sapnięć i postękiwań wtoczył się na miejsce zdarzenia.

– Co tu się stało? – wykrztusił, gdy już udało mu się złapać oddech.

– Odwiedził mnie pan Podrzynacz – wyjaśnił Millo.

– I dlatego pański dom eksplodował?

– Powiedzmy, że eksplodował w obronie koniecznej. – Millo wzruszył ramionami. – Mam zresztą świadka – dodał, wskazując na Cutricka.

– Hmm… W porządku. – Sierżant Tibbs obrzucił jeszcze nekromantę badawczym spojrzeniem i zabrał się za oględziny miejsca zdarzenia. Doświadczony policjant wie, kiedy i jakie pytanie zadać. Policjant o stażu sierżanta Tibbsa wie już, kiedy i jakich pytań nie zadawać.

– Nie ma szans, żebyś wrócił do piekła, co? – zapytał nekromanta, odciągnąwszy niziołka na bok.

– Nie. Ale mam pewien pomysł.

 

***

 

Piekielny portal rozbłysnął oślepiającym płomieniem. Xolholoatl, imp przyboczny władcy piekieł spojrzał w ogień z nadzieją. Kręgi piekielne już całkowicie wymknęły się spod jego kontroli. Chochliki już przygotowywały się do przejęcia władzy – związek zawodowy przekształciły w partię poligraficzną, czy coś takiego. I jeszcze ten nowy, jak mu było… Podrzynacz. Strasznie zarozumiały i niepokorny typ…

Niestety, w portalu zamiast wyczekiwanej postaci władcy piekieł pojawił się niziołek w okularach o rogowych oprawkach. Pozbierawszy papiery, które wypadły mu z rąk podczas materializacji i poprawiwszy okulary, ruszył w kierunku impa z wyciągniętą dłonią.

– Witam szanownego pana. Przysyła mnie Millo Silvershaper. Nazywam się Banquo Trickfoot i mam tu zrobić porządek.

Koniec

Komentarze

Dobre. Nawet bardzo.

Zaczyna się świetnie! Jak doczytam do końca, napiszę:)

Pozdrawiam

Nareszcie porządne opowiadanie. Pełne humoru, dobrze napisane, z konkretną, logicznie opowiedzianą historią, Zostawiłam je na koniec, bo dość długie, no i proszę, jaka miła niespodzianka. Lektura tak mnie pochłonęła, że nawet nie zauważyłam niedoskonałości. Jeśli jakieś były, to drobne powtórzenia, może, gdzieś tam...

Dziękuję za umilenie sobotniego wieczoru i nieśmiało proszę o kolejną, ładną bajkę na dobranoc.

Pozdrawiam. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Doczytałam. Uf. Nadal twierdzę, że bardzo, bardzo udany tekst. Tak przyjemnie się go czyta.

Pozdrawiam.

Takie pratchettowskie nieco miejscami, ale w jak najlepszym znaczeniu tego słowa (znaczy nie kopiowanie, a delikatna inspiracja). Być może zresztą to tylko moje wrażenie, ale tak czy owak - czytało się miło.

Dziękuję bardzo za komentarze (i proszę o więcej ;)). Cieszę się, że się podobało i że dało się przeczytać do końca.

 

@regulatorzy - wiem, że jest trochę baboli, ale nad korektą tego tekstu siedziałem tak długo, że szczerze mówiąc, miałem już dość. Jeśli chodzi o kolejne, to się robią, ale nie wiem kiedy się skończą.

 

@SpiralArchitect - inspiracje Pratchettem były jak najbardziej zamierzone i cieszę się, że nie tylko dla mnie widoczne ;)

Podnoszę rączkę.

Moje pierwsze wrażenie również było podobne.

KaelGorann, gdybym dojrzała coś wymagającego odnotowania, byłoby to wypisane. Naprawdę, jest to jeden z najlepszych tekstów, które przeczytałam na tej stronie. Życzysz sobie więcej komplementów?

Pozdrawiam. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Może nie tyle więcej komplementów, co więcej czytających. W końcu każdemu "autorowi", że pozwolę sobie tak siebie nazwać, zależy na jak największej liczbie czytelników ;) W każdym razie, jeszcze raz dziękuję uniżenie za trud (w końcu nie jest to krótki tekst) i za wszystkie komentarze.

PS: Wiem, regulatorzy, że od pewnego czasu jesteś najgorliwszą łapaczką błędów na tym portalu i tym bardziej się cieszę, że nie udało Ci się nic wyłapać ;)

I oby tak było zawsze.

A do zasłużonych komplementów dołączam szczere życzenia, by Twoje opowiadanie miało jeszcze wielu czytelników. Kolejne utwory także. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Potrafisz brawurowo posługiwać się językiem polskim, tworzyć zabawnie absurdalne skojarzenia i inteligentnie żartować. To bardzo fajne i coraz rzadsze, niestety. Przeczytałam twoje opowiadanie z przyjemnością, ale mam pewne zastrzeżenia.

Na wstępie drobiazgi  trudne we własnym tekście do wyłapania:

Powtórzenie brzmieniowe: zdziwiony nieco odwiedzinami tak niecodziennych gości

Powtórzenie standardowe – zaimki: byleby tylko Hrmpf i jego miecz opuścili jego dom.

 że woda z kałuży różni się od dobrej Brandy

Nie sprawdzałam w słowniku, ale mam wrażenie, że brandy czyli winiak, to jednak nie nazwa własna  lecz rzeczownik pospolity pisany małą literą. Gdyby to była Cherry Brandy albo moja ulubiona  grecka Metaxa – wielkie litery sygnalizujące, że mamy do czynienia z osobistym „imieniem” alkoholu należącego do określonego gatunku – czyli brandy – byłyby całkowicie uzasadnione.

Wbrew zdziwieniu wszystkich obecnych (a przynajmniej tej części obecnych, która była jeszcze w stanie się dziwić), Millo już od progu wiedział, że dobrze trafił.

Sens zdania nie jest jasny na tyle, by czytelnik z automatu wychwycił ukryty w nim żart i ubawił się, zamiast dumać, co narrator „chciał przez to powiedzieć”. Zacytowana fraza, według mnie, wyszła ci niezręcznie, choć dopuszczam możliwość, że to nie zdanie jest marne, ale ja mało lotna.

I reszta:

To był raczej uśmiech z rodzaju tych, które towarzyszą podpiłowywaniu osi w powozie najgorszego wroga.

Norlo spojrzał na niego tym rodzajem spojrzenia, którym matka patrzy na wysmarowane czekoladą dziecko, zarzekające się, że tę bombonierkę to zjadł pies.

Dzielnica, w której mieszkał Josiah Tulp należała do tych, w których człowiek nigdy nie wie, jaka niespodzianka go czeka za rogiem, ale …

Te rozbudowane, dowcipne i same w sobie bardzo interesujące porównania byłyby okey, gdyby nie zostały ulokowane w zbyt bliskim sąsiedztwie. Dość nachalnie „rzucają się na ucho” i słyszy się je „powtórzeniowo”. Nie ma sensu bez umiaru eksploatować tego samego pomysłu składniowego, tylko dlatego, że jest fajny i zwyczajnie szkoda go wywalić.

Jak już na wstępie napisałam, lektura twojego opowiadania sprawiła mi przyjemność – tak gdzieś do 5/7 jego objętości. Pod koniec byłam trochę znużona, bo w natłoku stylistyczno-językowych pomysłów zaczęła mi umykać fabuła. Piszesz bardzo dobrze, to nie ulega wątpliwości, ale jako potencjalny czytelnik wolałabym zachwycać się historią opowiedzianą znakomitym językiem, a nie znakomitym językiem, którym opowiedziana została historia. Nie wiem, czy potrafiłam jasno wyrazić  o co mi chodzi, ale nie mam w tej chwili lepszego pomysłu i czasu zresztą również – pies bezczelnie twierdzi, że już pół godziny temu należała mu się wizyta w sikalni, choć według moich obliczeń nie jest to prawda. Pzdr.

PS. Nauczona przykrym doświadczeniem z góry przepraszam, jeśli ten obmierzły edytor wykopie polskie znaki i podmieni je na krzaczki. 

W końcu komentarz o mniej pochlebnym wydźwięku (nie to, żebym nie doceniał komplementów - przeciwnie, jestem bardzo wdzięczny za każdy). Nie lubię się usprawiedliwiać (chociaż prawie zawsze to robię), ale muszę przyznać, że ten styl pisania jest dla mnie prawie całkiem nowy, przedtem pisałem zupełnie inaczej. Dziękuję bardzo za uwagi, w przyszłości postaram się nie przedobrzyć z ornamentami;)

Na początek wygrymaszę się: dwa, może nawet trzy błędy w zapisie dialogów, kilka uchybień interpunkcyjnych.  {  :-) Dlaczego tak mało w tak obszernym tekście?  :-)  }  

Miejscami przedobrzasz. Dobre, budzące uśmiech porównania, także opisy, trochę za często przeciągasz do tego stopnia, że zaczyna się wypatrywać końca nadmiernie rozbudowanego zdania. Kondensowałbyś, Waćpan, w przyszłości? Tak? Cieszę się... A wraz ze mną ucieszy się niemała grupa czytelników, ogólnie bardzo zadowolonych z faktu przeczytania takiego opowiadania. Trafiające do przekonania postaci, lekki styl... 

Może pokusiłbyś się o opisanie, jak Banquo zrobił porządek? Zwłaszcza z partią poligraficzną. (Za którą powinieneś mieć u mnie krechę jak stąd do tamtąd, ale jestem tolerancyjny i tym razem daruję mieszanie porządnych ludzi do spraw piekieł i polityki.)

Dzięki za przeczytanie i za uwagi. Obiecuję w przyszłości kondensować bardziej i nie przesadzać z opisami i porównaniami. Przepraszam też za zmieszanie z piekłem i polityką poligrafów. Co do dalszych losów Banquo w piekle: zobaczę, co da się zrobić ;)

Świetne! Bardzo mi się podobało. Lekkie i zabawne. Przeczytałem jednym tchem.

 

Pozdrawiam.

Niestety, drogi Autorze, nie najlepiej. Napisałeś tekst tak przyjemny w odbiorze, że przez to ewentualne potknięcia są trudne do wychwycenia. Chyba były jakieś powtórzenia, ale utonęły w "fajności" dzieła. Opowiadanie samo się czyta. Do Pratchetta sporo brakuje, ale jesteś na dobrej drodze. Bardzo dobrej.

Pozdrawiam.

Dziękuję bardzo za kolejne komentarze i cieszę się niezmiernie, że przyjemnie się Wam czytało.

Bardzo dobre opowiadanie! I świetny humor. Jest parę perełek, które na pewno zapamiętam. Czekam na więcej.

 

P.S. Tysiąc Niezbędnych Drobiazgów Geoffrey normalnie żywcem przypomina Mistrza Haxerlina, handlarza z moich opowiadań ^^

Dzięki Ci, uthModarze za komentarz (i pochlebstwa). Przyznaję, że nie znam Twoich opowiadań o mistrzu Haxerlinie, ale obiecuję się zapoznać.

A ja odłączę się od zachwytów.

 

Inspiracja Pratchettem jest nie tylko zauważalna, a wręcz wali po nosie. Nie jestem przy tym obiektywna, przyznaję, po prostu bardzo nie lubię, gdy ktoś aż tak daleko sięga po czyjeś zabiegi i - wręcz - postacie. Taki Tysiąc Drobiazgów to dla mnie okropna kalka, naprawdę. Niesportowa. Pójście na łatwiznę.

 

Początek ogólnie przypadl mi do gustu - pomysł z demonem, który stara się znaleźć swoje miejsce na świecie, ale to byłoby tyle. Im dalej w las, tym mniej mi się podobało. Ze względu na zbytnie usiłowanie bycia zabawnym, przesadzone w niektórych miejscach metafory i naśladownictwa stylu, dość nijakie postacie, takie sobie zakończenie.

 

Technicznie - sporo błędów w zapisach dialogów. Kwestia tego, że po myślniku zwykle małą literą, a przed myślnikiem nie ma kropek.

 

Jeszcze więcej powtórzeń. Przykład:

" Jestem impem, a impy mogą same opuszczać piekło. Chodzi o to, że my jesteśmy raczej zdyscyplinowani i nie mamy w zwyczaju niszczenia wszystkiego, co napotkamy. Poza tym zawsze wracamy i wszystko jest w porządku. I tu właśnie pojawia się problem. Od dłuższego czasu, mamy w piekle stan ujemny. I to bardzo poważnie ujemny, brakuje władcy piekieł. W piekle panuje prawdziwy chaos.
– Myślałem, że chaos to raczej naturalny stan piekła. – Wtrącił Cutrick.
– To co się dzieje teraz w piekle, jest chaosem nawet dla demona."

I dalej jeszcze cztery "piekła" tylko do końca fragmentu...

 

I to właściwie jedyne dwa zarzuty, ale dość poważne, bo i dialogi, i powtórzenia przewijają się przez tekst często gęsto. Poza tym językiem posługujesz się naprawdę sprawnie. ; )

 

Tyle ode mnie. Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

   Niestety, przynudnawe.

Dziękuję tym razem za kubeł (a włąsciwie dwa) zimnej wody --- naprawdę doceniam konstruktywną krytykę. Obiecuję, że w przyszłości postaram się stworzyć ciekawszą fabułe i postatci oraz mniej kalkować Pratchetta --- przyznaję się bez bicia, że choć moim zamiarem docelowo była tylko lekka inspiracja twórczością owego autora, wyszło chyba zbyt natretne naśladownictwo.

     Nie wiem, co o tym tekście sądzić. Fakt, podobieństwo do stylu T.P. jest wyraźne, ale mi to jakoś bardzo nie przeszkadzało. Błędów w zapisie dialogów oraz interpunkcyjnych jest jednak więcej niż wspomniał jeden z szanownych przedpisców. Do plusów opowiadania na pewno zaliczyłbym sporą dawkę humoru oraz sam pomysł, choć zgadzam się z jose, że im dalej tym gorzej. Przyznam szczerze, że mam zagwozdkę, jeśli chodzi o nominację tekstu do brązowego piórka. Jeszcze nad tym pomyślę.

Pozdrawiam

Mastiff

Muszę przyznać, że trochę mi wstyd. Przejrzałem tekst raz jeszcze pod względem dialogów i mimo iż przed wrzuceniem sprawdzałem tekst pod tym kątem, teraz rzeczywiście znalazłem trochę błędów. Poraz kolejny: obiecuję poprawę.

Całkiem przyjemny tekst. Dobrze się czyta, chociaż są momenty lekko przynudnawe. Dialogi są w miarę poprawnie napisane, ale kilka błędów się znalazło. Interpunkcja - podobne zdanie mam co Bohdan - bardzo dużo błędów. Pomimo tych usterek, podobało mi się. Ale gdybym oceniał to byłaby to mocna czwóreczka. I ani funta więcej. Stylu Pratchetta nie lubię, i nie będę lubiał. Zaś Twój jest przyjemniejszy w odbiorze. Pozdrawiam.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Mi się to czytało zaskakująco przyzwoicie, tym bardzie, że TP nie lubię. Może dlatego nie wyłapałem kalk z jego twórczości. Trzeba przyznać --- jak zauważył Adam --- że miejscami jest za dużo, ale sam tekst stanowi sympatyczną i dość zwartą całość.

pozdrawiam

I po co to było?

Na wstępie, gratuluję piórka, ono właśnie mnie tu przywiodło. Niestety, mam baaardzo mieszane odczucia. Po pierwsze lubię i Pratchetta. Po drugie uważam, że stanowczo za bardzo się na nim wzorowałeś. Opowiadanie niby fajne, ale, bądźmy szczerzy, Twój własny wkład jest niezmiernie mały. Praktycznie wszystko jest przekalkowane. I stanowczo za dużo dopowiedzeń w nawiasach, które kojarzą mi się z niezbyt udaną próbą podrobienia/wzorowania się na przypisach pana Terry'ego.

Czyli tak, podsumowując: opowiadanie mi się podobało, ale następnym razem więcej własnej twórczości poproszę. Jak będę chciała czytać Pratchetta, to sięgnę po którąś z jego powieści. Tutaj weszłam, bo chciałam poczytać KaelGoranna.

Dziękuję za komentarze. Niezmiernie cieszę się, że opowiadanie zostało nagrodzone piórkie, ale zapewniam, że cenne są dla mnie wszelkie krytyczne komentarze i tym bardziej będę starał się, żeby następne opowiadania zostawiały Wam coraz mniej pola do krytyki. Z uwag w nawiasach, za radą Adama, już zrezygnowałem. Z Twojego komentarza, Antono pod moim ostatnim tekstem ("Przybysze") wnioskuję, że udało mi się odejść nieco od Pratchetta.

Dobrze wnioskujesz :) "Przybysze" w całości należą do Ciebie, mimo iż postać Cutricka przewija się przez oba opowiadania. Jeśli nawet wzorowałeś się na TP, to nie rzuca się to w oczy tak, jak tu.

Zgodnie z zapowiedzią, odwiedziłem Cię ponownie. Lekki, dowcipny tekst, dla mnie tym bardziej atrakcyjny, że nie mam pojęcia o odniesieniach do innych utworów. Potrafisz pisać z pewnym...wdziękiem. Może znowu kiedyś tu zajrzę. Pozdrawiam.

Witaj!

Świetny tekst. Piórko zasłużone. Dużo Pratchetta. ;)

Pozdrawiam

Navidzony

O, miło że ktoś tu jeszcze zajrzał. I miło, że się podobało. Dziękuję za komentarze.

Mi też się spodobało. Zabawne. Ale zbędne już odstępy to mógłbyś zlikwidować.

Babska logika rządzi!

I znów miło, że ktoś jeszcze zajrzał. Odstępy zaraz pokasuję ; )

Nowa Fantastyka