- Opowiadanie: Julius Fjord - Gdy nie potrafisz kochać obojgiem rąk

Gdy nie potrafisz kochać obojgiem rąk

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Gdy nie potrafisz kochać obojgiem rąk

A o istocie jej [duszy] to trzeba powiedzieć: Jaką jest w ogóle i pod każdym względem, na to potrzeba boskich i długich wywodów, ale do czego jest podobna, na to wystarczą ludzkie i krótsze. Tak więc mówmy. Niechaj tedy będzie podobna do w jedno zrosłej siły skrzydlatego zaprzęgu i woźnicy.

Platon, Fajdros

 

1. Konny zaprzęg przecina niebo. Dookoła strzępy obłoków, w tle karmazynowy zachód słońca, w dole maleńki świat. Nagle jedno ze zwierząt parska przeraźliwie, silnym szarpnięciem zrywa uprząż i odpada…

 

*

 

Zrywa się i łapie oddech jak po długim nurkowaniu.

Gaśnie błękit, otulający ją ciepłem. Bąbelkami ulatują reminiscencje z podróży przez głębinę snu-oceanu. Na ustach drży niedopowiedziana tajemnica i odpływa w niebyt. Jeszcze pobrzmiewają w oddali kroki kochanka-filozofa, z którym była jaźnią w jaźń.

Jeszcze przez chwilę.

07:00.

Cogitony przelewają się burzliwie z orto– do meta– i milkną.

Ma na imię Maria. Tak samo jak wczoraj, przed– i przedprzedwczoraj.

 

*

 

Lubi poranną rutynę, bez niej by się zgubiła. Za potrzebami, których nie rozumie, drogę z sypialni do toalety, z toalety do kuchni może pokonać z zamkniętymi oczami. Lubi obfite śniadania, mimo że nie bywa głodna. Nie czując łaknienia, kroi nożem pachnące warzywa, smaży apetyczne jajka, bekon i kiełbaski. Zjada niemal cały talerz, zostawia tylko kilka grzecznościowych kęsów. Lubi to, że może podzielić się nimi z hipoalergicznym kotem.

 

*

 

Potem siedzi przy bufecie nad kubkiem rytualnej kawy i próbuje zrekonstruować chaos tamtych poranków, odtworzyć ów błogi nastrój, który byle drobnostka potrafiła zburzyć. W parującym zwierciadle odbijają się strzępy wspomnień, łyk za łykiem sączy się czarna melancholia. Tylko smak nie ten – nic nie mówiący, pretensjonalny, zwyczajnie gorzki.

 

*

 

Spotykają się na mostku w parku. On umajony konwaliami, światłolubnie wyprężony ku słońcu. Ona szarawa, ukryta w cieniu pergoli. Motyl pogody trzepocze nad nimi skrzydłami.

– Dziś mam na imię Hugh.

– A ja Maria.

Uśmiechają się do siebie.

Pójdą na uliczny koncert bądź wykąpią się w fontannie. Spędzą czas.

Na razie przechadzka, pierwsze drobne poufałości. Pierwsze z jego strony fluidowe muśnięcia i opuszczenia w percepcji, która zakrzywia się wokół Marii. Ona widzi także innych spacerujących, kobiety i mężczyzn, mniej jej bliskich tylko dlatego, że dalej stojących.

Zastanawia się, na ile ją – szepczącą mu do ucha nieprzyzwoite słowa wczoraj podczas przedstawienia – wyrzucił z pamięci. A na ile udaje? Odkąd przestała korzystać z reduktora, baczniej zwraca uwagę na sztuczki, które sama kiedyś stosowała.

– Hugh? – pyta zaczepnie.

– Tak?

Lecz w tym momencie różanoskrzydły robot sfruwa jej na ramię.

Na to tylko czekano, wybucha wrzawa. Naokoło gromadzi się zaciekawiony tłum. Wśród opalających się na trawie dziewcząt podnosi się jęk zawodu – to nie one zostały wybrane.

– Nic, nic – bąka Maria i sili się na zaskoczoną minę. – Naprawdę się nie spodziewałam.

– No, pogodynko, co też nam panna zaserwuje w to popołudnie? – docieka jakiś wesołek. Z ogólnego harmidru dają się słyszeć rozmaite propozycje. Hugh ucisza wszystkich gestami, dopóki nie zalega cisza. Kilka osób zawczasu ucieka.

Maria zamyka oczy, przez chwilę się namyśla, po czym szepcze motylowi do czułka swoją prognozę.

Wznosi ręce do nieba.

Spada deszcz.

Krople uderzają chłodem w rozgrzane ciała. Rozszczepiają tęczowo światło. Nad parkiem rozpościera się jaskrawozłota poświata. Jedni tańczą i piszczą z podniecenia, drudzy łapią ze złością ubrania i biegną poza zasięg chmury.

Maria stoi i nie wie, jak się zachować. Jedyne, co czuje, to to, że woda jest mokra.

Jednak gdy jej rękę delikatnie ujmuje ręka Hugh, świat wędruje dnem do góry. Wrażenie jest obce, niezwykłe, nieuchwytne. Razem z deszczem przecieka między palcami. Coś jest nie tak. Ona naprawdę ma wrażenie. Ma wrażenie!

I wie. Wie z całą pewnością, że udawał.

 

*

 

– Wyrachowana ze mnie suka – mówi do kota.

Gapi się na wyciągniętą rękę, rozedrganą jak u alkoholika w białej gorączce. Nie widać bodźca, który by powodował prężenie się i kurczenie ścięgien. Pozostałe kończyny leżą w komorze ładowania nieruchomo niczym łodygi zwiędłej rośliny. W nowo kupionym lustrze dostrzega Maria swoje kalectwo. Pustkę w oczach, bezpodstawność wszelkich gestów i mimiki, obojętność niemal doskonałą. Oprócz tej ręki nadruchliwej, na powrót czującej ogniście, odczuwalnej dotkliwie.

Czyżby metamaszyny pochłaniające lwią część energii z jej posiłków nie miały paliwa? Uległy awarii? Maria sprawdza rejestry. Prowizoryczny skan nie wykazuje żadnych błędów. Za chwilę sprawność emitowanych pól osiągnie sto procent, a sytuacja się nie poprawia.

Powinna zgłosić się do doktora Grafona. On będzie wiedział, co robić.

Tymczasem błądzi bez celu po sypialni i co chwila zawadza wzrokiem o wtyczkę redukcyjną, kurzącą się na szafie. To by było jak aplikowanie sobie środka przeciwbólowego na migrenę, która przeszła – ile? – siedem, osiem tygodni temu? Niby bez sensu, ale chciałaby poczuć się lepiej. Schować za parawanem niepamięci, którą jeszcze nie tak dawno pieczołowicie odkładała w archiwach personalium.

(Pojawia się i sprzężenie zwrotne: cicha potrzeba odbycia podróży w przeszłość, zaznania choćby przez chwilę pełni wrażeń, jak bardzo bolesne by one nie były).

Myśli stają na rozstaju… by w końcu podążyć łatwiejszą ścieżką zapomnienia.

 

*

 

2. W przepaści giną kolejne rumaki…

 

*

 

I tej nocy wśliznął się jej do umysłu, czegoś chciał. Czekała, aż się odezwie, ale tylko stał i patrzył rozerotyzowanym wzrokiem.

 

*

 

Ziewa rozespana.

Pięć po ósmej, jeszcze nie dzwonili. Zadzwonią.

– Halo. Nie, n-nie… Dziś mnie nie będzie. Zdrowa, skaleczyłam się tylko. Co? Nie-e – chichocze pusto – endometrium…

Praca-szmaca – na razie dadzą jej spokój. Nigdy nie przepadała za transformowaniem ludzi w cyfry i wciskaniem ich na siłę w modele statystyczne jak jakiegoś grubasa w garnitur o rozmiarze XS. Czas skończyć z zaprzedawaniem siebie, swojego czasu i talentu. Jest wolna, wolna jak we śnie! Niczego nie potrzebuje, niczego nie musi! Jakby zdjęła z oczu klapki – świat rozpostarł się przed nią w całej okazałości. Tyle przecież ma zainteresowań, tyle może dokonać, zrobi co zechce, wybierze sama, bez skrępowania.

Nie ma, nie ma w niej spokoju – przychodzi refleksja. Ręka już po łokieć tkwi w histerii, która chyba udziela się reszcie.

Nie jestem psychopatką dzięki sile przyzwyczajeń – Maria powtarza w myślach swoje nowe motto. Już i tak perspektywa nieobecności w biurze spowodowała w jej głowie zbyt wiele chaosu.

Chwyta za nóż kuchenny, lecz kroić nie może. Ręka. Drugą też nie bardzo – wywija ostrzem tak niezdarnie, że aż kot prycha ze strachu i ucieka. A kawa ląduje czarną plamą na podłodze. Ręka! Trzeba będzie zjeść na mieście.

Rutyna całkiem wzięła dziś wolne.

 

*

 

Jakie to dziwne znów mieć dostęp do wrażeń – myśli Maria. – Do jeszcze względnie słabych i lokalnych, ale stale przybierających na sile.

Słońce nie tylko grzeje jej plecy, lecz także grzeje przyjemnie. Ulice widziane z dachu restauracji nie tylko są zatłoczone i ruchliwe, lecz także mają w sobie coś urokliwego, co chwyta za serce. Jedzenie nie tylko stanowi miks rozmaitych smaków, takich jak słodki, słony czy cierpki, lecz także jest bardzo smaczne. Ludzie nie tylko ślą jej uśmiechy, lecz także działają cudownie budująco na jej samopoczucie.

Informacji, które jeszcze wczoraj były przed nią ukryte, mogłaby wymienić bez liku. Pływa po oceanie nowych doświadczeń z wrażeniem coraz wyrazistszego szczęścia.

Szczęście… – wzdycha. – Jak opisać, czym ono jest, komuś, kto nigdy go nie zaznał?

 

*

 

Wyrosła na niebie bajkowa aureola urzeka ją tak bardzo, że Maria postanawia odwiedzić miastopłód. Starówka kwitnie w kolorze niezapominajek. Bruk spowija falująca trawa, wypylająca przy każdym ruchu chmary iskrzących ogników. Wdychanie ich przywodzi na myśl jodową bryzę. Z dachów kamienic kiełkują kryształowe baszty, z których wzbijają się w powietrze pegazy. Setki skrzydlatych koni okrywają rynek drżącym cieniem. Turyści z podziwem przypatrują się ich podniebnemu performance’owi.

Jedno ze zwierząt ląduje obok miękko i siada na tylnych kopytach, czym zaprasza ją do wspólnego lotu. Czerwona wstążka z daleka przykuwa wzrok. Do uprzęży na złotym łańcuszku przymocowany jest ładnie zapakowany prezent. Maria rozpoznaje ten skrupulatny styl i uśmiecha się, przewidując, że znajdzie w środku romantyczny wyimek z niepamięci pewnego przystojniaka. Przerzuca nogę przez łęk i daje wodzami znak do startu.

Panorama zapiera dech w piersi. Miasto wiruje w smoczym ogniu. Coraz to nowe fantastyczne stworzenia wydobywają się z mgły iskier. Świst powietrza i szum silników grają w uszach rock’n’rolla. Zapamiętuje się Maria w kręceniu piruetów, beczkowaniu i unikaniu wirów antykolizyjnych. Ręka dygocąca kurczowo przyciska podarek do serca.

Nie to że Maria nie przeczuwa przełomu. Jakiś cień rysuje się pod mapą wrażeń, ale nie ma jeszcze kształtu. Pewne zapomniane ścieżki cogitonowe ujawniają się, gdy myśli biegną na przełaj. Człowiek sam nie wie, kiedy w nie wpada. Wie dopiero wtedy, gdy się urywają.

Gdzieś w tłumie miga postać, której widok – okazuje się – wywołuje w niej panikę. Świat nie po raz pierwszy wędruje dnem do góry. Jak w odwróconej klepsydrze: cały dotychczasowy porządek się rozsypuje. Nie wiadomo, co najpierw – drogocenny prezent czy sam jeździec – odrywa się i spada długą drogą w dół.

Gdyby nie antykolizyjne ramiona, tylko wstyd przeciwstawił się grawitacji…

Gdyby właśnie wstyd…

 

*

 

Wszystko się zmieniło. Niebo przesłoniły dymy. Gołębiokruki zadziobały światłodajne ogniki na śmierć. Jeszcze w trawie dogasają truchełka. Ciemno. Z załzawionymi oczami nie sposób szukać zguby w mroku.

To był przecież tylko przedmiot. Czyjeś martwe wspomnienie. Nic.

„Nic” nie uciszy wstydu.

Wokół leżącej w trawie zbierają się oni. Krucho uprzejmi i wątle współczujący. Ich twarze – zwierciadła myśli – nie są dość klarowne; niczym ciemność wywołują złe domysły i rozpaczliwą potrzebę jasności. Zbyt wiele mogą oznaczać; każdy niezbadany niuans ich wyrazu wywołuje ból u obserwatora. Tym większy, im dłużej Maria patrzy.

Cała, lecz jakby w częściach splecionych niepewnym drucikiem dźwiga się do pionu. Strach, że zaraz się rozpadnie, towarzyszy jej do fontanny, gdzie w odbiciu kompletnym, choć zniekształconym, odnajduje chwilowe uspokojenie.

– Musiała być pani brzydkim dzieckiem – stwierdza kwaśno jakaś kobieta. Ma pulchną buzię pokrytą błękitnymi łuskami i przytroczony jaszczurczy ogon. – Nie to, że teraz jest pani brzydka. Ale w szkole pewnie nie miała pani zbyt wielu adoratorów.

Maria puszcza uwagę mimo uszu. Przez chwilę przygląda się sobie z kwietystycznym grymasem, po czym odchodzi. Na tym by się skończyło, gdyby jeden agresywny gołębiokruk, przelatując, nie trącił jej skrzydłem w głowę. Kropla przepełniła czarę.

Maria ze wściekłością obkręca się na pięcie, wyjmuje spod ubrania magiczną różdźkę i celnym machnięciem obraca w popiół ptaka i pół jaszczurokobiety, która stała – plus-minus – na linii strzału. Reakcja następuje łańcuchowo. Zaraz wyczuwają jatkę gobliny i biegną chyłkiem z obnażonymi szablami. Zlatują się na miotłach wiedźmy, wywrzaskując plugawe klątwy. Przechodnie dozbrojeni w pędzie sieją wielkokalibrowymi różdżkami masowe spustoszenie. Rozlegają się krzyki trwogi. W powietrzu fruwa końskie mięso. Grupa gapiów ginie usmażona w ognistej kuli, o której nie wiadomo już, skąd się wzięła. Wszyscy jak gdyby tylko czekali na pretekst, żeby rzucić się sobie do gardeł.

Maria stoi pośrodku z jeszcze dymiącą różdżką w ręce i rozgląda się z przerażeniem. Rozumie, że to, co widzi, niekoniecznie musi odpowiadać temu, co jest. Że ona po prostu takie ma wrażenie.

Jednak ani trochę to nie poprawia jej samopoczucia.

 

*

 

– Czym dla ciebie było tamto wspomnienie? – Siedzą oboje w wystrojowych fotelach dentystycznych, popijając z probówek zieloną herbatę. Hugh jest dekoratorem wnętrz – swój salon urządził w stylu szpitalno-laboratoryjnym.

– To było wtedy, gdy po raz pierwszy ujrzałem cię po raz pierwszy. Zachowałem jedynie informację o tym, że mieszkasz w okolicy. Reszta wydawała się zbyt… intensywna, wiesz.

Maria nerwowo łapie oddech.

– Nie masz kopii zapasowej?

– Nie. – Gospodarz przecząco kręci głową. – To naprawdę nic wielkiego. To był tylko przedmiot.

– Takie nic.

– Otóż to.

Maria doznaje wewnętrznego ukłucia, kiedy zdaje sobie sprawę z dysonansu słów i tonu, jakiego użył Hugh. Zapada się głębiej w fotelu i odwraca wzrok – w świetlistym dygestorium kłębią się różnobarwne opary. Może patrzeć na nie w nieskończoność.

– Wszystko w porządku? – pyta mężczyzna. – Cały czas się trzęsiesz.

Nie odpowiada. (Trzęsie się, ponieważ jest po brzegi pełna wrażeń, czy jest po brzegi pełna wrażeń, ponieważ się trzęsie?).

Decyzję tak naprawdę podjęła już wcześniej, przegrywając z personalium ostatnie rekordy na wtyczkę. Sama nie miała dość odwagi, by je przeżyć na nowo. Ale ktoś, ktoś niezintegrowany z tymi epizodami jej niepamięci… Ten ktoś powinien wiedzieć. Jak inaczej może ją zrozumieć? Jak inaczej kochać?

Wyciąga z kieszeni szkatułkę i niepewnym ruchem przesuwa ją w stronę Hugh.

– Oto mój sekret – mówi cicho.

 

*

 

Najpierw był wieżowiec życia stawiany sumiennie piętro po piętrze; wedle planu miał dorównać pozostałym budowlom, a nawet je przewyższyć. Potem zawiała bryza miłości poźnomłodzieńczej, lekka i świeża, hipnotyzująca. Owszem, można było domyślić się finału – ale jakże on pięknie lawirował, jak słodko prawił o wieczności i przeznaczeniu; był jak czarodziej, zamieniał podejrzenia w króliki i deszcz konfetti, przyłapany in flagranti z suką taką lub owaką zawsze miewał sztuczkę w zanadrzu, magiczne zaklęcie: „Abra-tonietakjakmyślisz-kadabra”. Trwało to, ciążyło coraz mocniej – zbrojenia trzeszczały, beton pękał, szczytem bujało jak wypadającym zębem – a to rosło i rosło. W końcu wieżowiec runął, bezgłośnie w ulicznym zgiełku, anonimowo.

Zaczęła żyć ułamkami chwil. Pędziła wciąż do przodu na efemerycznej komecie, której ogon, zbyt gorący i płomienny, żeby bez bólu mogła znosić jego bliskość, musiał zostać odcięty. Nadmiar wrażeń i wspomnień niedających jej istnieć w jednym kawałku znajdował ujście pod postacią niepamięci. Wtyczkę redukcyjną podłączała jednak tak często i bez umiaru, że z powodu transferowania danych rozregulowanymi kanałami zabiegi stały się niebezpieczne dla mózgu. Należało szukać innego wyjścia.

Kolejnymi niepowodzeniami stopniowo zwalczała wmówiony sobie lęk przed lekarzami. Najpierw szukała ukojenia w endorwinie, była już na progu uzależnienia; za radą znajomej z sieci odwiedziła wszelkich guru, psychonautów, podziemnych szalbierzy i płatnych pocieszycieli w okolicy; zapisała się na zen, wykupiła nawet karnet na usługi salonu gnuśności. Wreszcie poszła do pubu i przy kuflu boilermakera wygadała się barmanowi, który potakiwał i sprawiał wrażenie rozumiejącego. Wszystko na nic.

Duszolog, do którego ją skierowano, nazywał się Grafon. Był to starszy pan, wyróżniający się imponującą muskulaturą, długą profesorską brodą i pogodnym uśmiechem. Z entuzjazmem przyjął pacjentkę, udostępnił statystyki wyzdrowialności świadczące o jego wysokich kwalifikacjach i za zgodą zainteresowanej zabrał się za rozpoznanie. Depresja dwupoziomowa – brzmiała diagnoza.

Po lekach gwałtownie jej się polepszyło. Zamiast siedzenia w jednym ciemnym kącie i gapienia się w drugi ciemniejszy, otworzyła się na ludzi. Przyjęta do homoludensowej resursy, chodziła od pubu do pubu, od clubu do clubu. Czego ciało potrzebowało, otumanionym myślom było błogo obojętne. Do czasu, gdy nadkonsumpcjonizm i wybuchowa mieszanka substancji leczniczych i rekreacyjnych doprowadziły jej organizm do stanu permanentnego nienasycenia. Zwyczajnie nie mogła się powstrzymać: jadła, jadła bez opamiętania, piła, piła i wciągała – zrobiła się gruba, zbrzydła – już nie było komu uprawiać z nią seksu. Mężczyźni odwracali wzrok. Straciła całą pewność siebie. Porozbijała lustra w mieszkaniu, wstyd był zbyt silny. Powróciły dawne marazmy, sny dwudziestoczterogodzinne, chcice utajone.

Ze łzami w oczach poszła błagać Grafona o pomoc.

– Ma pani osobowość bistrukturalną – rzekł. – Z wierzchu jak skała, od środka byle puknąć i się kruszy. Drugi poziom przeżywania to u pani niezgłębiony labirynt. Nie mamy tak zaawansowanych modeli. Jeśli minimalne dawki metaantydepresantów tak na panią podziałały, to obawiam się, że nic więcej nie będę mógł zrobić.

– Doktorze… – zaszlochała.

Chrząknął i podrapał się po siwej jak mróz brodzie.

– Co prawda jest pewna terapia, na razie w fazie eksperymentów. Jak sądzę, bardzo przyszłościowa… I dość nieprzewidywalna. Nie jestem pewny, czy pani przypadek się kwalifikuje, ale to jedyne, co mogę dla pani zrobić.

Patrzyła na niego z bezgraniczną ufnością, gdy uruchamiał aparat pomiarowy i krzątał się przy ekranach kontrolnych. Wyglądał na zatroskanego jej losem. A może co innego było powodem zmartwienia?

Wszak testy wykazały, że przypadek się kwalifikuje.

Potem czuła się tak, jakby przekopano się jej przez czaszkę i łopatą kładziono wiedzę do głowy. Wymiary duchowe, metamaszyny, cogitony, deprywacje – cuda… Zaskoczyło ją to, że dusza nie jest w człowieku jedyna. Że serce ma swoją duszę, a żołądek swoją. Mięśnie i organy, krew i kości są uduchowione. A najwięcej dusz mieści się w mózgu, ponad tysiąc. Niektóre są tak nikłe, że najczulsza metaaparatura ich nie wykrywa – ich istnienie dopiero przewiduje teoria.

Psychiatria, jak się okazało, nie walczy z chorobą, lecz z pojedynczymi jej symptomami. Źródło tkwi głębiej – choroba dotyka duszę, więc to duszę należy uzdrowić. Jak?

– U podstaw leży ta sama technologia, która umożliwiła działanie reduktorom.

– Nikt się nie zastanawia, jak coś działa, dopóki to coś działa.

– Tak, to prawda. Tłumacząc pokrótce: łączność między duszami zapewniają cogitony, które są parametrami sprzężonymi z elektrycznymi bądź chemicznymi nośnikami, budującymi układ pannerwowy człowieka. Do niedawna sądzono, że cogitony to niematerialne konstrukty, że one tylko – jak to się przyjęło mówić – superweniują na fizycznej podbudowie. Tak jak na przykład osoba superweniuje na fizycznym ciele.

– Filozofia… Powiedzmy, że rozumiem.

– Wszystkie ostatnie teorie osobowości posługiwały się pojęciem cogitonów, choć nikt żadnego nie widział na oczy. Jednak gdy posadami nauki wstrząsnął fakt, że istnieje inny wymiar przestrzenny poza dotychczas poznanymi trzema, zaczęło się prawdziwe polowanie. Zaobserwowano, że każda cząstka posiada dodatkowe właściwości, zależne od pozycji zajmowanej na czwartej współrzędnej przestrzennej. Proszę sobie wyobrazić ten błysk w oku u transcendentalistów głoszących, że w skład rzeczywistości wchodzi coś jeszcze… Oprócz entuzjastów zjawisk paranormalnych z odkrycia ucieszyli się neuroinżynierowie oraz adepci raczkującej dopiero dziedziny: duszologii. Zmiany czwartowymiarowych właściwości neuronów i neuroprzekaźników mogły przybliżyć mechanizmy rządzące świadomością oraz wytłumaczyć niewyjaśnione dotąd przypadki psychoz i zaburzeń osobowości. Tak, wyszło na to, że w całym wielkim wszechświecie jedynie człowiek mógł korzystać w pełni z technologii 4D. A nam, duszologom, przypadło w udziale zapewnienie mu w tym bezpieczeństwa.

Doktor Grafon drobiazgowo opisywał przebieg terapii. Z tego, co zapamiętała, najpierw miała powstać mapa duchowa, za pomocą której mikroskopijne urządzenia zwane metamaszynami, umieszczone w jej systemie pannerwowym, dostroją się do naturalnych fluktuacji dusz, przez co będą mogły na nie wpływać. O ile zabieg redukcyjny sprowadza się jednak do uszkodzenia mózgu, o tyle nowa eksperymentalna metoda zaledwie inhibituje dynamiczne stany cogitonowe – w razie niepowodzenia po przerwaniu terapii wszystko powinno wrócić do normy. Zakładanym efektem kontrolowanego upośledzenia komunikacji pannerwowej jest odciążenie wyższego stopnia przeżywania. Możliwe, że nawet całkowity jego regres.

Spytała, czy będzie bolało. Grafon wyszczerzył zęby i odparł, że wręcz przeciwnie: duszologia zajmuje się uśmierzaniem bólu, a nie jego wywoływaniem.

Zjechali windą do laboratorium, gdzie została umieszczona w ciasnej, naszpikowanej elektroniką tubie i podłączona do aparatury, która wypełniała większość przestronnego, przyciemnionego pomieszczenia. Zgromadziło się wokół niej kilku adiunktów w kitlach. Szeleściły przewracane e-strony ankiet, które mieli na czytnikach.

Zaczęli po prostu zadawać pytania. Grafon śledził ich poczynania znad panelu kontrolnego.

Nim zdążyła zaprotestować – już włamali się do jej świata, przemocą wtargnęli do zamkniętego obszaru wspomnień i wrażeń. Momentalnie największe sekrety stały się przygnębiająco inkluzywne. Przybili do przystani, do której tylko jej cichy stateczek miał prawo. Stali nad nią jak dręczyciele nad skrępowaną, bezsilną ofiarą; nie zważali na odmowy, płacz, szaleństwa zwierzęcia zapędzonego w kozi róg; chłód bił z ich beznamiętnych twarzy i stonowanych głosów, z ekranów, diod i kontrolek na panelach ściennych strzelały zimne światła. Odpowiadała, bo kurtuazyjnie ponaglali, tłumaczyli, że szczere odpowiedzi są kluczowe dla pomyślnego przebiegu terapii; nie pozostawili czasu na wątpliwości poprzez zadawanie kolejnych pytań. Już nie poznawała dłużej swojego głosu, który wypowiadał myśli kogoś zgoła innego. Z pewnością musieli ją zmanipulować. Nie przeżyła tego wszystkiego, co jej wmówili. Co jakimś sposobem zaimplementowali w umyśle, włożyli w usta. Spod osnowy wydarzeń, które doskonale znała, wyłaniały się obce obawy i motywacje. Obrazy z przeszłości powracały zakłamane, nie takie. Przecież miała dobre dzieciństwo, przeszczęśliwą wczesną młodość. A jednak… Miała? Gdy coraz nie dawniejsze klisze przemykały przed niewidzącym spojrzeniem, czuła już tylko wstyd, który przepełniał ją na wskroś. Wstyd wrysowany w twarze, jednakowo ciemne i straszne. Wstyd wkomponowany w głosy, szepczące jej dawne imię. Chropowato szydzące. W którą stronę się nie zwróciła, wstyd czekał. Nie było ucieczki. Krzyczała, dopóki starczyło sił.

Cisza, która potem nastała, była najpustszym dźwiękiem w jej życiu. Dźwiękiem ulgi.

 

*

 

Na wtyczce mieści się jeszcze jeden wyimek. Skąd on się tam wziął?

– Zostaw! Nie wolno ci tego przeżywać.

Hugh nie słucha. Ale słyszy. Widzi. Czuje. Ma wrażenie czego innego.

Przez pomyłkę lub z roztargnienia, lub los tak chciał i był przy tym diabelnie ironiczny – Maria zapomniała, że była zredukowała wczorajszą pamięć do niepamięci, i ją także musiała zgrać. No tak. Głupia… Jak może pamiętać, skoro zredukowała?

– Hugh, Hugh, Hugh! Nie! – Przerażona, doskakuje do niego.

Z twarzą stężałą, purpurową odgania ją jak muchę.

Tam – bodaj – w parku podnosi wzrok, mruży oczy od słońca, rozgląda się. Słyszy. Widzi. Czuje. Ma wrażenie kogo innego. Ma wrażenie siebie. Ma wrażenie niczego.

Teraz już oboje drżą.

– Nic? – pyta, rozgoryczony.

– Nic, ale…

– Ani trochę?

– Ani, ale…

– Kiedy ja…

Hugh urywa. Już nie słyszy. Nie widzi. Nie czuje. Wrażenia wyciekają z niego krytycznym strumieniem. Zapalają się. Eksplodują. Rozłącza się gwałtownie i wybiega do sąsiedniego pomieszczenia. Trzaskają drzwi z napisem OIOM.

– … ale teraz jest inaczej – kończy Maria smutno.

Mijają długie minuty, podczas których opary w dygestorium zdążają zrzednąć i zszarzeć. Nerwy – ograniczyć się do tej ręki nieszczęsnej. Z naściennego kardiomonitora, pełniącego funkcję zegara dochodzą cichutkie piknięcia. Nie wyszła Maria, ponieważ wciąż ma nadzieję. Czeka. Chciałaby się rozpłakać, ale wrażenia w niej osłabły. Znikła przyczyna, która by pozwoliła łzom płynąć.

Oto drzwi się otwierają.

Wychodzi z nich on, rozespany, błogi. Dryfuje ku niej tak niezwyczajnie, tak obco. W tak złe przeczucia opływa jego twarz.

– Mam na imię Brad – przedstawia się. Marszczy brwi. – Zaraz, co robisz w moim mieszkaniu?

 

*

 

Cienie ulicy przelatują po Marii bezgłośnie. Za oknem powietrznymi łukami mkną pojazdy. Niebo jest bezchmurne, gwiaździste, idealne dla spacerowiczów, lotników, astronomów. Nad sektorami rolniczymi pewnie mży. Nad Mordorem pewnie czarne chmury.

Gdyby chciała i zdobyła trochę nasienia tłumu, zaszłaby w kulturową ciążę i powiła setki nowych miastopłodów. Ukształtowałaby otaczającą rzeczywistość wedle własnej woli.

Miałaby kontrolę.

– Nikt się nie zastanawia, jak coś działa, dopóki to coś działa, kocie. Smutniacha z ciebie, kiedy jesteś głodny, co? I miauczysz, kiedy jesteś smutniacha, co? A gdyby nie było smutku? Po prostu nie było i już? Co byś wtedy zrobił? No co?

Minęła północ, a Maria jeszcze nie w komorze ładowania. Doktor Grafon wyraźnie ostrzegł, że tak już będzie wyglądało jej życie. Cogitony w stanie meta– za dnia, w stanie orto– w nocy. To drugie po to, żeby umożliwić śnienie, proces niezbędny do prawidłowego funkcjonowania mózgu. Dostała żelazny grafik godzin, w których mają się odbywać poszczególne fazy: 07:00–23:59 meta-, 00:00–06:59 orto-. Metamaszyny zaprogramowano w ten sposób, żeby po jakimś czasie samoczynnie się rozkładały. Zastępują je nowe, wytworzone w komorze. Całość jest koordynowana zdalnie przez aparaturę w laboratorium Grafona.

Lecz obieg zostaje przerwany. Maria zrezygnowała z terapii. Miała dość.

Siedzi przed dźwiękoszczelną szybą, bezwiednie głaszcząc kota, mruczącego z rozkoszy.

Gdy rozlega się dzwonek domofonu.

– Idę! – krzyczy gospodyni i w pośpiechu zrzuca futrzaka na podłogę.

W drzwiach na zdumioną Marię patrzy koń. Skrzydlaty koń o błagalnym spojrzeniu wielkich oczu. Brudnobiały jak przysmażone na patelni białko. Pokryty ciemnymi pręgami z krwi. Z korytarza dobiegają podniesione głosy wielu, bardzo wielu osób. Do Marii natychmiast dociera powaga sytuacji.

– Wchodź. – Wpuszcza rannego pegaza i rygluje drzwi.

Chowają się w toalecie. Od wejścia słychać łomot pięści i jakiegoś żelastwa. Po chwili potężne wstrząsy przetaczają się po mieszkaniu, jakby wywołane użyciem tarana.

– Nie mamy wiele czasu, koniku. Moglibyśmy wylecieć przez okno, ale chyba nie jesteś w formie, żeby fruwać, co?

Pegaz bezradnie kiwa złamanym skrzydłem.

– Nie pozwolimy im cię skrzywdzić. Prawda, kocie? Trzeba coś zrobić. Trzeba coś wymyślić! Już tu idą! Już tu są! Szybko, schody pożarowe!

Mario – powstrzymuje ją dostojny, leniwy głos o miażdżącej sile oddziaływania. Należący do jej własnego, hipoalergicznego kota.

– Nie, nie można pozwolić, żeby… żeby tego biednego konika…

Mario. – W głosie pobrzmiewa smutna konieczność.

Łzy, najprawdziwsze łzy zalewają jej policzki. Maria płacze. Po raz pierwszy od… Ostatni raz tak płakała jako dziecko. Zasmarkana, zapowietrzająca się dziewczynka, skulona na zimnej posadzce toalety. Przyciskająca do piersi pluszowego kucyka. Niemająca dłużej siły, ale nieumiejąca przestać łkać. Zawzięcie wpatrzona w swoją odbitą w zwierciadle z kafelków buzię. Brzydką – mówiły dzieci w szkole. Nigdy do niej, nigdy wprost. Zdradzały je porozumiewawcze spojrzenia, minki nagle spoważniałe, wyzbyte z kpiny, palce wytknięte w jej stronę, głosy podsłuchane na korytarzu, szepczące jej imię.

Tak, teraz pamięta. Teraz, gdy gromadzą się wokół niej, wytykają i szepczą coraz głośniej:

– Maria Maria Maria Maria Maria Maria Maria…

A to jeszcze nie koniec. Żyje przecież w świecie pełnym wrażeń.

 

*

 

– Doktorze…

– Tak? <ziewa>

– …

– Mario?

– Jestem, jestem. Przepraszam, że dzwonię o tak wczesnej porze. Nie miałam do kogo innego zadzwonić.

– Mario, coś się stało? Masz dziwny głos.

– Stało? Nieee… To znaczy jeszcze nic się nie stało. Ale chyba się stanie.

– Zaczynasz mnie niepokoić. O co chodzi, dziecko?

– Ja… mam takie wrażenie. Taką… ochotę. Nie wiem, jak to wytłumaczyć. Czy pan tak kiedyś miał? Pewnie nie… Co ja mówię. <cisza>

– <chrząka> Jesteś tam?

– Tak. No więc mam takie wrażenie. Bardzo, bardzo silne. Muszę uciąć sobie rękę. Wiem, że to głupie! Że to bez sensu tak się okaleczać! I to <śmieje się histerycznie> kuchennym nożem! Ale co poradzę? Kiedy tego właśnie pragnę. Uciąć sobie rękę.

– Mario, nie czyń niczego pochopnie. Zaraz u ciebie będę. O wszystkim porozmawiamy.

– Doktorze, nie, proszę się nie rozłączać. Porozmawiajmy teraz.

– Ale o czym chcesz rozmawiać?

– O… o terapii. Miała mi pomóc. A tylko wszystko pogorszyła!

– Naprawdę chcieliśmy pomóc. Wiedziałaś, że terapia wiąże się ze sporym ryzykiem. Wydaje nam się, że posiadamy ogromną wiedzę, lecz to zaledwie kropla w porównaniu z oceanem naszej niewiedzy. Krok po kroku wypływamy coraz dalej, coraz śmielej. Wciąż jednak błądzimy. Zresztą i tak został osiągnięty spory sukces. Przez te wszystkie tygodnie utrzymywał się oczekiwany efekt. Musiało nastąpić gdzieś przebicie. Trudno powiedzieć. Już wysyłam do ciebie adiunkta. Tylko opanuj się i nie rób głupstw. Proszę. Przeprowadzimy szczegółowe badania i ustalimy, co dalej. No już. Tylko spokojnie.

– Spodziewał się pan, że tak będzie. Prawda?

– Nie. Chcieliśmy jak najlepiej. Zależy nam na tobie. Zawsze zależało.

– Coś w pana głosie…

– Tak, Mario?

– Proszę nie zwracać się do mnie tym imieniem!

– Jak sobie życzysz. Tylko błagam cię, nie rób nic, dopóki –

– <rozłącza się>

 

*

 

3. Po jutrzence pędzi powóz. Sam jeden, niczym nie napędzany. Miarowo, spokojnie przesuwa się nad światem…

 

*

 

Na cyferblacie: trzy sekundy, dwie… Gula rośnie w gardle. Syrena alarmowa powita ją porannym nonsensem. Cha-cha – gorzkie – wykrzywi wargi. Który to już raz podskoczy jak kopnięta prądem? Sekundnik na jej oczach dobije do zera i spowoduje tę samą panikę. To samo spodziewane zaskoczenie.

07:00.

Nic się nie wydarza.

Pomieszczenie jest obce.

Przypomina salę szpitalną.

Mokra pościel oblepia ciało. Ręka leży grubo zabandażowana (uległa wypadkowi?). Na stoliku znajduje się reduktor; ekran wyświetla czas, a pod spodem…

… Helena. Ma na imię Helena.

Choć zaczęła żyć dopiero dzisiaj, ma wrażenie, że będzie to bardzo nudne życie.

Wstać się nie chce, a leżeć nie ma po co. Praca – będą potem pytać. A niech pytają. Przyjaciele – będą się martwić. Od tego są. Tyle miastopłodów, tyle konsumenckich euforii. Do znudzenia. Sprawy do załatwienia. Pieprzyć.

Jeszcze ponicnierobi troszkę… Leży zwinięta w kłębek, z głową ledwo wystającą spod kołdry. Jest cicho, jeśli nie liczyć odgłosów kogoś krzątającego się w sąsiednim pomieszczeniu. Mijają minuty, przez żaluzje przebijają pierwsze słoneczne smugi.

Burczy w brzuchu. Oszaleć można.

Wstaje.

Koniec

Komentarze

Zapraszam do czytania i wybrzydzania :-)

Świetnie napisane, przeczytałem z przyjemnością. Podobało mi się. Fajnie lawirujesz pomiędzy rzeczywistością i imaginacją, a opowiadanie jest mroczne jak diabli. 

Pozdrawiam

Mastiff

Zajrzałem, choć zaraz idę spać, ale obiecuję, że jutro nadrobię i wydam opinię; jedyna rzecz, jaka dotychczas uderzyła mię w gały, to:

"Gaśnie błękit, otulający ją ciepłem." Może nie o końca pojmuję, ale przecież błękit jest kolorem zimnym? Jest to dla mnie kontrast, który nieco psuje odbiór, bo jak zimno otula coś ciepłem? I czy właściwie potrzebny tam przecinek, czy to przesyt wirtuozerii?


Pozdrawiam.

Gdybym miała wąsy, to bym była dziadkiem, a tak jestem sygnaturką!

   Wielka szkoda, że nie ma jeszcze nowego edytora.  Odbiór tehstu dla czytającego i jego  oddziaływanie byłoby jednak zupelnie inne. Oczywiście, nie jest to wina Autora..

Kurczę, to było coś. Dzięki Ci, że dodałeś tekst w mój dzień. Potrafisz fantazjować. Doskonale wpasowałbyś się do mojego ulubionego zbioru opowiadań kosmicznych "Astralnia". Niesamowite opowiadanie. 

Jest kilka błędów, jeden nawet mocniej razi, ale wybacz, nie odnotowałam, b zanurzyłam się po sam czubek głowy w treści. I teraz nie mogę go znaleźć. 

Rzeczywiście znakomite. Wpadłem tu z "polecenia" Bohdana i było warto. Loża w tym miesiącu będzie miała nielada problem z wyborem tekstu listopad/grudzień:)

:-)  Nawet plusquamperfectum potrafisz użyć...  :-)   

Być może czymś się sugeruję, ale konsekwentnie "dryfujesz" w określonym kierunku.  

Byleś tylko nie przegiął...

Gdzieś tam zapomniałeś o przecinku, jego brak wypacza sens zdania, ale nie mogę odnaleźć.

Drogi Marcinie, Loża wyróżnia wszystkie teksty, które na to zasługują, a nie tylko ten jeden, jedyny. Nie będzie żadnego problemu, spoko wodza:).

Pozdrawiam

Mastiff

Skojarzyło mi się z "Pieśnią czasu" Iana McLeoda. Czy to komplement? I tak, i nie. Potrafisz pięknie pisać, nieszablonowo, kreślić wyrazami plastyczne obrazy. Z drugiej strony odebralem tekst jako przeładowany niedopowiedzeniami, trochę rozmyty obraz. Nadmiar poetyckości na szczęście nie przyćmiewa poruszającej historii. Szkoda, że ta ostatnia tak szybko się kończy. Za szybko.

PS pisałem i czytałem na komórce, w pracy. :-)

Pozdrawiam. :-)

Serdecznie dziękuję za opinie :)

 

@ StargateFan, mogę bronić się na dwa sposoby. Raz, że temperatura barwy nie jest tym samym, co temperatura mierzona w kelwinach. Dwa, że błękit nie jest błękitem, lecz metonimią, powiedzmy, 'czegoś błękitnego'. W sprawie przecinka na razie się nie wypowiem. Założę się jednak, że znalazłoby się dwóch różnych redaktorów językowych, z których jeden w puste miejsce wstawiłby przecinek, drugi zaś analogiczny przecinek by usunął.

 

@ Prokris, korzystając z okazji, że sam byłem sobie redaktorem i korektorem, postanowiłem zaserwować kilka niesłownikowych zagrań. Oby to było jedno z nich...

 

@ AdamKB, mam też silniczek, który od czasu do czasu zapuszczam, lecz jak na razie nikt mnie dotąd nie widział mknącego na fali. Myślę, że popukam, postukam, świece wymienię i może coś z tego bedzie :) Przecinka poszukam, ale we własnym tekście to trudniejsze.

 

@ prosiaczek, zarzucasz mi to, co od innej strony zacząłem zauważać już sam. Nie że "przeładowany", lecz że "na zbyt małej przestrzeni". Ale com sobie na początku narzucił, postanowiłem dokończyć. Inaczej musiałbym pisać od nowa.

(...)  popukam, postukam, świece wymienię (...).  

Nie zapomnij o wyregulowaniu karburatora.   :-)  

Żarty żartami, ale swój temat wiodący chyba już masz. Potrafisz go przedstawić bez odstaszania co słabiej zorientowanych w tematyce wywodami i zagłębieniami w szczegóły --- ale, jeśli potrafisz, powstrzymaj się przed prezentacjami wyłącznie aluzyjnymi. Tropy są potrzebne.  

Przecinek może sobie czort na pamiątkę wziąć. Dziury w niebie z tego powodu nie będzie. Pozasłownikowe "zagrania" --- jak dla mnie bdb. Umiesz pisać, i tyle, bo więcej komplementów zawróci Tobie w głowie  { :-)  }.

Cóż by tu rzec... Czytałam z zainteresowaniem, przyznam, ale tekst jako całość za bardzo mi się rozpłynął w metaforach i niedomówieniach, o czym już wspominał Prosiaczek. Albo po prostu za głupia jestem, bo za mało z niego do mnie dotarło. Nie rozumiem sceny z pegazem, nie czaję ni z gruszki ni z pietruszki mówiącego kota, nie kupuję sceny końcowej. I co do paru innych rzeczy też mam wątpliwości. Bo lubię prostotę i tyle.

Doceniam subtelność, doceniam operowanie językiem, ale koniec końców doceniam właśnie to, a nie opowiedzianą historię.

 

Po co "performance", po co "club"? A to nie ma już polskich słów odpowiednich?

 

Lejce - fachowo rzecz biorąc - służą do powożenia, czyli do kierowania koniem zaprzęgniętym do wozu/bryczki itp. Takie dłuuuugie coś, co trzyma woźnica. Natomiast kiedy siedzimy w siodle (niech nawet to będzie pegaz), tym, co trzymamy w dłoniach, są wodze, względnie cugle. Ale nie lejce. Nie wierz słownikom, dla których wszystkie te trzy słowa to synonimy ; )

 

"— To było wtedy, gdy po raz pierwszy ujrzałem cię po raz pierwszy. " - Powtórzenie chyba nie jest tu zamierzone?

 

"...w stronę Hugh." - Pewności nie mam, ale ja odmieniłabym to imię: Hugha?

 

"Był to pogodny starszy pan, wyróżniający się imponującą muskulaturą, długą profesorską brodą i pogodnym uśmiechem." - powtórzenie

 

"Niedawniejsze" raczej łącznie, niż rozłącznie

 

"Maria zapomniała, że była zredukowała wczorajszą pamięć do niepamięci..." - Była zredukowała? Przy Twoim sposobie pisania tu też nie potrafię stwierdzić, czy to zabieg celowy czy nie ; )

 

"Podnosi wzrok do góry" - masło maślane. W dół nie podniesie.

 

"Nie wyszła Maria, ponieważ wciąż ma nadzieję." - Po co ten szyk przestawny? To brzmi, jakby miała być kontynuacja. Nie wyszła Maria, tylko ktoś inny? Raczej po prostu: Maria nie wyszła...

 

"— Nie, nie można pozwolić, żeby...żeby tego biednego konika..." - brak spacji po wielokropku

 

Tyle. Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki, joseheim. Pozwolisz, że nie będę się szczegółowo odnosił do ww. zaleceń. Po prostu część rzeczy poprawiłem, część nie. Mam alergię na konie, stąd pewnie moja ignorancja w kwestii lejców ;)

 

Adamie, każdy tekst to jak na razie dla mnie trening z "czegoś". Gdy nie potrafisz... nie był treningiem ani z klarowności wywodu, ani ze storytellingu. Przy innej okazji. Być może pokuszę się o pewną kompleksowość. Na razie się uczę.

Mam nadzieję, że nie poprawiałeś tego:  — To było wtedy, gdy po raz pierwszy ujrzałem cię po raz pierwszy.   

Ani tego: Maria zapomniała, że była zredukowała wczorajszą pamięć do niepamięci.  

jak widać :) brońmy plus quam perfectum!!

Brońmy! Jak głosi slogan reklamowy nieznanej firmy: "Tylko nasze Plusquam Perfectum przeniesie każda pluskwę do Wieczności!".

A poważnie, czas zaprzeszły jest jednym z nie nazbyt wielu przejawów logiki w języku. Szkoda, że tak rzadko się go już używa.

Też na poważnie: podziękujmy stałej i coraz silniejszej tendencji do łagodzenia wymogów znajomości języka i umiejętności sprawnego się nim posługiwania. Tak w mowie, jak w piśmie.

Podobało mi się, bo tekst płynie bardzo swobodnie na falach czegoś niezdefiniowanego i magicznego, ale również przychylę się do opini jednego z poprzedników, że bardzo wiele jest tu niedopowiedzeń, co, mi przynajmniej, w pewnym momencie wytrąca grunt spod nóg; zaczynam coraz słabiej kontaktować się z treścią, bo mami mnie ona bardziej kolorami i tajemnicą, aniżeli konkretami. Oczywiście to tylko wnikanie. Ponadto lubię tego typu teksty i jestem na "tak" :)

 

Pozdrawiam.

Gdybym miała wąsy, to bym była dziadkiem, a tak jestem sygnaturką!

"Raz, że temperatura barwy nie jest tym samym, co temperatura mierzona w kelwinach. Dwa, że błękit nie jest błękitem, lecz metonimią, powiedzmy, 'czegoś błękitnego'."


Mówisz, że temp. barwy to nie to samo, co ta mierzona w kelwinach, masz rację, ale: "Gaśnie błękit, otulający ją ciepłem." według mnie to zdanie dobitnie mówi o tym, że niebieskość --- trwająca, lewitująca, istniejąca, przesycona swym błękitem niebieskość jako kolor ją otula swym ciepłem. Więc i tak uderza mnie to. Metonimia czegoś błękitnego? No nie wiem, nie wiem. Ja tego nie kupuję ;)

Gdybym miała wąsy, to bym była dziadkiem, a tak jestem sygnaturką!

@ StargateFan, dzięki za opinię. Innych argumentów celem Cię kupienia niestety nie posiadam.

 

Po długim wahaniu postanowiłem jednak dodać TROP. Może zbyt dosłowny, zbyt nachalny. Ale skoro za dużo niedopowiedzeń... Może i racja.

 

Przyłączam się do ruchu oporu przeciw obecnemu edytorowi. Wyżarł mi didaskalia, sukinkot.

Przyłączam się do podziwiających Twój kunszt pisarski.  

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Julius Fjord, wysłałem maila.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Związki frazeologiczne mocno wątpliwe, że zacytuję.

...jaskrawozłota poświata -- jeśli jaskrawa, to stracilaby kolor złoty.

Ręka już po łokieć tkwi w historii... -- no, nie kupuję tego.

...wydobywają się z mgły iskier. -- niezbyt udane. Moze -- obłoku iskier.

Cisza, która potem nastała, była najpustszym dźwiękiem w jej życiu.  --  Cisza dźwiękiem? Pustka bardziej pusta? Ale niechby. Nie chodzi mi o to, by się czepiać. Po prostu w to opowiadanie trzeba się wgryzać, jak w kość bez mięsa. Nad każdym zdniem się chwilę zastanawiac. Nie podziwiać jego urodę, niestety. Nie mogę przyłączyć się do zachwytów nad tym tekstem.

Dzięki, regulatorzy, Agroeling.

 

Cisza jest dźwiękiem. O zerowej amplitudzie.

brajt, żadnego nie otrzymałem :(

Hmm, mam w folderze wysłanych. Posłałem jeszcze raz z drugiego konta.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Widzę, że nie tylko ja uwielbiam zaprzeszłość. Wzbudziło tęsknotę do fantastyki lingwistycznej, daleko poza sferą zwykłego 'tworzenia języków'. Opowiadanie ma doskonały styl i nastrój. Boję się, że nie nadążałem za fabułą cały czas. Planuję czytać ponownie, bo to jeden z tekstów, sprawiających przyjemneść większością ze zdań.

Dzięki, ekeeke. Zacząłem czytać Twój ostatni tekst, pewnie też niedługo skomentuję.

Ciekawy tekst. Nawet niedopowiedzenia mi nie przeszkadzały. Zorientowałam się, że bazowałam na własnej interpretacji, a nie na słowach Autora dopiero przy czytaniu komentarzy. :-) To chyba dobrze świadczy o "wciągalności" opowiadania.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo, za opinie. Można zapomnieć, że się tekst jeden czy drugi napisało ;-)

Nowa Fantastyka