- Opowiadanie: uthModar - Więcej niż jedno zwierzę

Więcej niż jedno zwierzę

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Finkla, regulatorzy, Użytkownicy

Oceny

Więcej niż jedno zwierzę

Na obiad były filety z pstrąga. Siedział pochylony nad talerzem, wymieniając się z żoną niezobowiązującym pakietem uprzejmości, który bez trudu opanowują pary z prawie dwucyfrowym stażem związku. W tle cicho przygrywał telewizor. Wyświetlali jakiś film sensacyjny. Mógłby się założyć o każde pieniądze, że już go widział, a pewność ta brała się z dwóch powodów. Pierwszy: był fanem kina akcji, znawcą kreowanych przez Hollywood postaci samotnych mścicieli i twardych gliniarzy, bezczelnie balansujących na granicy prawa. Czy to nowości, czy starsze produkcje, oglądał je z takim samym zapałem – widowiskowe strzelaniny i pościgi nigdy się nie nudziły. Drugi powód: była połowa lipca. Okres wakacji to także okres powtórek, rok w rok boleśnie się o tym przekonywał razem z resztą podobnych mu kinomaniaków. Potrafił dodawać dwa do dwóch, dlatego gdyby zabłąkany bukmacher zapukał właśnie do drzwi i zaproponował małą partyjkę w „Czy znasz ten film?”, postawiłby na szali choćby półroczną pensję.

 

 

Wsłuchał się w dialogi. Chyba „Cobra”. Bingo. Lubił Sylwestra Stallone.

 

Kiedy odkrajał kolejny kawałek ryby (przyrządzona w tokaju i estragonie, tak, jak lubił), a żona z uroczym uśmiechem zapytała, czy na pewno mu smakuje, choć doskonale wiedziała, że tak, coś na zewnątrz straszliwie zabrzęczało. Brzdęk! Brzdęk! Brzdęk! Poczuł, jakby znalazł się pod gigantycznym, blaszanym wiadrem, a niewidzialny pręt z siłą olbrzyma uderzał w ścianki pojemnika, wygrywając na nich fałszywy rytm. Brzdęk! Brzdęk! Brzdęk! Hałas był ogłuszający, ale jednocześnie dziwnie uspokajał.

 

Oczyszczał.

 

Żona na przemian płakała i piszczała głosem przestraszonej dziewczynki, a ziemia drżała jak na filmach katastroficznych (uwielbiał filmy katastroficzne prawie tak samo, jak strzelaniny). Na ścianach mieszkania, wciąż pyszniących się śnieżnobiałym odcieniem, zaczęły pojawiać się drobne rysy. Pajęczyna szczelin rosła na wszystkie strony, jakby domostwo miało zaraz pęknąć w szwach, rozsypać niczym karciana konstrukcja. Słyszał przytłumiony dźwięk rozbijanych naczyń, łomot przewracanych mebli. Z zewnątrz dobiegały ludzkie krzyki.

 

Przeżuwał jedzenie, wpatrując się w wiszący przed nim obraz. Reprodukcja „Słoneczników” van Gogha chybotała się na gwoździu, chybotała i chybotała, podczas kiedy on żuł i żuł (bawiła go ta synchronizacja), aż w końcu zdobiona rama wylądowała na podłodze. Głuchy odgłos upadku z ledwością przebił się przez kanonadę brzęczenia. W tym samym momencie przełknął smakowity kąsek rybki.

 

Brzdęk! Brzdęk! Brzdęk!

 

Powoli odłożył sztućce i otarł usta chusteczką, choć musiał się po nią schylić, gdyż na stole nie zostało nic prócz zalanego sosem obrusu.

 

– Dziękuję, było pyszne.

 

Wstał z miejsca i złapał szamoczącą się kobietę za włosy. Chwycił widelec, wbił jej w oko i wypchnął żonę przez okno, przez nieuwagę rozcinając sobie dłoń odłamkiem szkła. Nawet nie zarejestrował, kiedy Brzdęk ucichł.

 

Później podniósł z podłogi telewizor (na szczęście kineskop był cały) i usadowił się wygodnie w fotelu, w samym centrum zdemolowanego mieszkania. Mimo że obraz śnieżył, delektował się każdą minutą seansu. Cobra dawał czadu.

 

Może zdąży obejrzeć film do powrotu synka. Miał z nim coś do załatwienia.

***

 

Odzyskał świadomość niemal natychmiast – przechodził płynnie ze sfery snów do rzeczywistości niczym kot, pomijając uciążliwy etap stanu pośredniego. Niestety pamiętał, o czym śnił. Pamiętał chaotyczne kołysanie „Słoneczników” i jęk kobiety, którą kochał (co to znaczy?), gdy jej gałka oczna z cichym mlaśnięciem wypłynęła na zewnątrz. Pamiętał lot ciała z trzeciego piętra. Pamiętał „Cobrę”.

 

„Dobry film…” i coś tam jeszcze.

 

Kiedy to wszystko miało miejsce? Wczoraj, miesiąc temu, rok czy dłużej? Czym są właściwie te miary i czemu w ogóle go to obchodzi?

 

Był rozdrażniony. Nocne zwidy wprowadzały element niepewności, a niepewność to słabość. Nie może dopuścić, by ktoś z watahy ją zauważył. Sen krzepił, ale jeśli śnił (a śnił coraz częściej), poranna dezorientacja uwierała mózg niczym stalowe obręcze imadła. Na szczęście z reguły nie trwała zbyt długo. Wypierały ją Podstawy.

 

Jeść. Kopulować. Walczyć.

 

Podniósł się z leża i podrapał za uchem. Siennik był brudny, śmierdział nieczystościami i zgnilizną, ale dla jego wyczulonych nozdrzy taka kombinacja zapachu stanowiła woń niemalże królewską. Rozejrzał się po wnętrzu pomieszczenia. Prymitywne malunki, wyobrażające kolejne zwycięstwa watahy, rozrosły się przez ostatnią noc i zajmowały niemal całą powierzchnię ściany. W chaotycznych krzywiznach postaci, a przede wszystkim w ich nieproporcjonalnie dużych członkach, rozpoznał rękę Hagrra. Siebie oczywiście obdarował największym. Rrarog prychnął lekceważąco, bardziej rozbawiony niż urażony tak jawnym brakiem szacunku.

 

Pod zdezelowaną umywalką kuliła się naga Arggghne. Kłapnął zębami w jej stronę. Samica uniosła głowę i wydała z siebie przeciągły syk. Przetłuszczone włosy, w których wiły się dziesiątki odmian robactwa, ukrywały pokrytą bliznami twarz. Ciężko było stwierdzić, czy wcześniej samica była brunetką czy blondynką, czy była ładna czy brzydka. Teraz była suką Rraroga i jeśli ktoś chciał ją odebrać, musiał najpierw zająć pozycję przywódcy stada.

 

Rrarog uśmiechnął się drapieżnie. Póki co nikt mu nie zagrozi. Dwa księżyce temu głupi Narrargg próbował podejść go we śnie. Do teraz pod łapami walały się fragmenty kości i niedojedzonego mięsa. Niedługo pewnie i te resztki znikną. Wataha jest ciągle głodna.

 

Wziął Arggghne na oczach całego stada, jak zawsze.

 

– Hestem twojaaarg – warczała mu do ucha i wbijała w plecy Rraroga zakrzywione paznokcie. Skóra pokryła się siatką czerwonych zadrapań, a ze starych ran na powrót popłynęła krew.

 

– Wierrrm – odpowiadał przepełniony złością, zraszając twarz samicy kropelkami śliny.

 

Był zły, bo dalej wyczuwał w sobie słabość. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że razem z upadkiem tajemniczego obrazu (kwiaty, były tam jakieś kwiaty), świat w pewien sposób się zmienił. Rraroga irytowało, że on, przywódca watahy, nie wiedział, czego dotyczyła zmiana.

***

 

Po godzinie jazdy furgonetką oddział dotarł do obrzeży miasteczka. Conan, rosły piętnastolatek, najstarszy w grupie, zebrał wszystkich wokół siebie.

 

– Jeszcze chwila – zwrócił się do podwładnych. – Czekamy na zwiadowcę i wchodzimy. – Włączył latarkę i puścił trzy krótkie sygnały w kierunku drzew.

 

Na nim jednym umundurowanie prewencji prezentowało się jako tako. Pozostali członkowie Grupy Uderzeniowej „Berserk” wyglądali karykaturalnie w niepasujących ochraniaczach, zbyt dużym obuwiu i opadających na oczy policyjnych kaskach. Jednak przez ostatnie miesiące udowodnili, że w walce potrafią być równie skuteczni jak on. W sumie miał pięciu uzbrojonych chłopaków, z czego jednego, który nie obchodził jeszcze Dnia Tożsamości, ale na treningach nadzwyczaj dobrze posługiwał się bronią. Akcja będzie jednocześnie jego inicjacją. O ile oczywiście przeżyje.

 

– Niem-ce – chudy jak szczapa Brutal odcyfrował nazwę miejscowości, puszczając snop światła w stronę zielonej tablicy wjazdowej. – Prawie jak zagranicą, nie?

 

Conan uśmiechnął się. Był raz z rodzicami w Niemczech, ale jedyne, co pamiętał z wyjazdu, to hot-dog i puszka coli kupione w przydrożnej budce. Nazwa miasta, które wtedy odwiedzili, dawno wypadła mu z głowy. Zresztą wszystko, co wydarzyło się przed Brzdękiem, to historia. Teraz trzeba było myśleć o przyszłości.

 

– Wiecie, po co tu jesteśmy i ile od nas zależy. Gdy wyczyścimy Niemce ze Zdziczałych, droga do Lubartowa stanie otworem, a razem z nią kilkadziesiąt sklepów. Hipermarkeci zdobędą nowe punkty wypadowe po żywność, my przetrząśniemy posterunki i uzupełnimy wyposażenie, a nawet być może uda się odnaleźć dzieciaki, o ile jakieś dotąd się uchowały. Tak jak wy nie wierzę, że Lublin jest jedyną ostoją ludzkości. Mamy okazję się o tym przekonać.

 

Odpowiedziały mu pomruki aprobaty. Byli pierwszą zorganizowaną ekspedycją opuszczającą Lublin od czasu Brzdęku. Każdemu udzielało się podekscytowanie. Mijając po drodze okoliczne wsie nie natknęli się co prawda ani na Zdziczałych, ani na inne dzieci, ale szanse wzrastały na bardziej zabudowanym terenie.

 

Zdziczałych ciągnęło do miast, o czym świadczyły regularne ataki na Lublin. Albo, co było mniej pocieszające, architektura nie miała tu nic do rzeczy i Zdziczałych ciągnęło po prostu do nich. Do mięsa.

 

Wreszcie dopatrzyli się w ciemności trzech świetlnych błysków i zza krzaków wyłonił się Robin, najlepszy zwiadowca GUBu. Trzynastolatek był zwinny jak łasica i skradał się ciszej od myszy. Już ponad dobę przebywał w Niemcach. Jego twarz, pokryta warstwą kamuflażu, była mieszanką zmęczenia i poczucia dobrze spełnionego obowiązku.

 

– Sześciu – wysapał, zanim jeszcze zdążył zasalutować. – Sześciu. Zrobili sobie legowisko w starym gimnazjum. Grasują tu pewnie od dłuższego czasu, teren jest wyczyszczony do cna. Gdzieniegdzie walają się niedojedzone kości. Przed bramą wbili w cholerę zdobycznych totemów, więc na dziewięćdziesiąt dziewięć procent dokopali innym grupom i zostali sami. – Omiótł spojrzeniem resztę chłopaków. – Dacie radę. Zaatakujemy we śnie.

 

Conan miał bardzo mieszane uczucia. Zdziczali atakowali i zjadali również siebie nawzajem, więc prawdopodobieństwo, że jedna wataha wybiła pozostałe, w obrębie tak niedużej miejscowości jak Niemce, było spore. Z drugiej strony – skoro wykończyli wszystkich, sami byli wyjątkowo groźni.

 

– Formować szyk. Brutal, Ironheart, zostajecie i pilnujecie wozu. Wystrzelę racę, jeśli będziecie potrzebni – zrobicie tak samo w razie zagrożenia. Robin, prowadź do tej szkoły. Miejmy się na baczności. – Odbezpieczył Glocka, pamiątkę po ojcu-policjancie. – Już jedno zwierzę oznacza kłopoty, a tam będzie ich więcej.

***

 

Rrarog błąkał się samotnie po ulicy. Ból rozsadzał mu czaszkę. Po raz pierwszy w życiu wypuścił się poza watahę. Pozostali mieli mu to za złe, zwłaszcza Hagrr, ale krótka potyczka rozwiązała sprawę. Hagrr przez kilka dni będzie utykał i skomlał jak szczur, a on zyskał czas potrzebny na…

 

Właśnie, na co?

 

Na myślenie. Nie chciał się do tego przyznać. Cały dzień męczyło go to uporczywe pulsowanie wewnątrz czaszki. Usmoloną twarz Rraroga znowu przeciął grymas cierpienia. Nienawidził, gdy przed oczami kłębiło się tyle niepotrzebnych obrazów.

 

Słoneczniki. Kobieta (samica, samica!) z kręconymi blond włosami. Wi-de-lec. „Cobra” w kolorowym pudle. Przerażone spojrzenie sy… sy…

 

Nie.

 

Jeść. Kopulować. Walczyć.

 

Z daleka, zza kępy wysokich traw, dobiegł jakiś hałas. Nadstawił uszu. Zwierzyna. Rrarog zapoluje i przyniesie pożywienie dla stada. Przestanie myśleć. Tak.

 

Kroki zbliżały się. Widocznie w okolicy zostały jeszcze jakieś niedobitki, chociaż był przekonany, że ogołocili teren do zera. To pewnie maruderzy z innych watah. Dobrze, że nie ruszyli jeszcze w dalszą drogę. Rany po ciosach w plecy goją się dłużej.

 

Podkradł się w stronę traw. Odgłosy kroków świadczyły, że czaiło się tam więcej niż jedno zwierzę, ale nie martwił się. Kiedyś pokonał czterech samców w jednej walce. Rrarog był w końcu przywódcą stada. A jeśli ma paść, zabierze kilku ze sobą. Jego wataha wytropi i rozszarpie resztę.

 

Przygotował się do skoku.

***

 

Siedemnastka czuł się najbardziej nieswojo ze wszystkich. Jako jedyny nie miał za sobą Dnia Tożsamości, o czym świadczyła plakietka z numerkiem przymocowana do jego ramienia, a ponadto, mimo że doskonale to ukrywał, panicznie bał się Zdziczałych. Każdy, kto przeżył Brzdęk, miał do opowiedzenia jakąś traumatyczną historię, jednak on w dalszym ciągu nie mógł zapomnieć tego straszliwego dnia i nieustannie rozpamiętywał utraconą szansę.

 

To, że w trakcie Procesu Wymuszonego Dorastania przydzielono go do sekcji obronnej i to, że paradoksalnie dobrze tam się odnalazł, zakrawało na paranoję. Nie pomagał fakt, że chyba naprawdę sobie radził, skoro Conan wybrał go na członka ekspedycji.

 

Zapowiadał się dłuższy marsz. Wspomnienia przyszły same, nieproszone.

 

Pamiętał ten przeraźliwy dźwięk (Brzdęk! Brzdęk! Brzdęk!), pamiętał szaleństwo dorosłych, krew i krzyki. Pamiętał, jak nauczycielka miażdżyła krzesłem głowy jego kolegów i koleżanek z klasy, pamiętał całą drogę powrotną do domu, chaos na ulicach, dziesiątki trupów. Kiedy tylko zamykał oczy, mógł przywołać obraz matki z wyłupionym okiem, leżącej bezwładnie na chodniku w odłamkach zabarwionego czerwienią szkła.

 

Pamiętał też, co powiedział ojciec na jego widok, kiedy zapłakany przestąpił próg mieszkania, naiwnie wierząc, że odnajdzie tam schronienie.

 

„Dobry film. Usiądź obok, synku, obejrzymy razem.”

 

Siedemnastka przełknął ślinę.

 

„Potem wyrwę ci serce”.

***

 

Miot. To był miot uzbrojony w wybuchowe kije, miot zakuty w twarde skorupy. Pięć sztuk. Może zginie, ale z krwią młodych na zębach.

 

Błyskawicznie rzucił się na pierwszego z brzegu, przyczajonego szczeniaka, który wyróżniał się na tle reszty. Widocznie był tak silny, że nie potrzebował pancerza. Jest szansa, że jeśli zgładzi przywódcę, reszta stada rozpierzchnie się w panice. Później wytropi ich pojedynczo.

 

Twarde pazury wbiły się w podgardle i wytoczyły strumień krwi. Rrarog uniósł głowę do księżyca i przeciągle zawył. Był za daleko, by wataha odpowiedziała na zew, ale młodziki nie musiały o tym wiedzieć. Szczeniak-przewodnik desperacko starał się zatamować potok. Krztusił się. Płynna czerwień wyciekała mu przez palce.

 

Tym razem wykonał zamach z lewej, wyszarpując fragment policzka. Ciało młodego padło w konwulsjach na ziemię. Pierwszy.

 

Wybuchowe kije niemal jednocześnie plunęły kulami. Dostał w bok. To nie zatrzymało szarży. Przewrócił kolejnego i wyłuskał jego głowę spod białego kokonu. Zatopił zęby w ciepłym mięsie. Krew dodawała sił. Drugi.

 

Miot krzyczał i przerzucał się komendami. To dobrze, może jednak wataha ich znajdzie. Któreś ze szczeniąt zwiało. Zaciągnął się aromatem jego strachu.

 

Nagle przez odgłosy bitwy przebił się głos, który sprawił, że głowa znowu rozgorzała ogniem.

 

– Tato.

***

 

Siedemnastka był pewien. Mimo upływu trzech lat, mimo ciemnej szczeciny porastającej twarz mężczyzny i blizn szpecących nagie ciało, mimo zdeformowanych paznokci, mimo krwi przyjaciół ściekającej z warg, w dalszym ciągu potrafił rozpoznać w Zdziczałym ojca.

 

Ktoś wysłuchał jego modlitw.

 

– Tato – powiedział po prostu. Nie mógł zdobyć się na nic więcej.

***

 

Conan schronił się pod drzewem. Dawno nie czuł się już jak zwykły, przestraszony chłopiec. Prawie zapomniał, jakie to okropne.

 

Zdziczały błąkał się z daleka od watahy i to zgubiło cały oddział. Przez własną głupotę i niedopatrzenie stracił Robina i Grozę. To jednak nie usprawiedliwiało Nieustraszonego Toma, który uciekł na widok rzezi, zadając oczywisty kłam własnemu imieniu. Chciałby zrobić to samo, ale, cholera, w tym świecie nie było już miejsca na egoizm.

 

Drżącą ręką przeładował magazynek. Muszą wyjść z tego cało. Dla wspólnoty.

 

– Tato.

 

Podniósł spojrzenie znad broni. Siedemnastka. Czy on zwariował? W sumie to jego pierwsza potyczka, a wszystko wskazuje też na to, że ostatnia. Biedny dureń…

 

I nagle stało się coś, czego Conan nigdy w życiu nie spodziewał się ujrzeć.

***

 

Rrarog (nie, nie jestem Rrarog) powoli podniósł się do pozycji stojącej. Nie robił tego od tak dawna, że zapomniał, jak utrzymać równowagę. Upadł prosto w zmasakrowane zwłoki szczeniaka (to nie szczeniak, Boże, to przecież dziecko, rozszarpałem dziecko!). Spróbował ponownie. Nogi drżały mu jak osika. Ustał.

 

– Sy… synu – wycharczał. – To nie ja, to coś… – Złapał się za skronie. – … coś w głowie. Ten dźwięk.

 

Brzdęk! Brzdęk! Brzdęk!

 

Ruszył niepewnie do przodu.

 

– Pomóż mi. Pomóż. Zwiąż mnie. Nie chcę nikogo więcej… krzywdzić.

 

Słoneczniki. Żona. Obiad. Dom. Syn. Był człowiekiem. Był przecież człowiekiem, od samego początku. Teraz rozumiał. Zwalczy tą dzikość. Miał dziecko. Nie wszystko stracone.

 

Rozpłakał się na wspomnienie okropności, jakie stały się jego udziałem.

 

– Pomóż – wychlipał przez łzy.

 

– Pomogę ci, tato.

 

Noc przeszyła seria wystrzałów.

***

 

Conan położył dłoń na ramieniu Siedemnastki. Chłopak wpatrywał się bez wyrazu w przedziurawione zwłoki.

 

– Nie ma czasu. Przeładuj broń. Zaraz mogą przyjść następni. Wracamy do furgonetki.

 

Siedemnastka apatycznie skinął głową.

 

– To mój tato.

 

Dowódca GUBu przygryzł wargi. Nie wiedział, jak się zachować.

 

– Trzy lata na to czekałem. Tak musiało być. Mama… widelec w oku… – Język odmawiał mu posłuszeństwa. – Uciekłem, choć mogłem… – Okłamywał sam siebie. Przecież nie mógł. Był wtedy tylko przestraszonym dziewięciolatkiem. – Nie miał prawa żyć. Nie za to, co zrobił mamie.

 

– Furgonetka. Chodźmy.

***

 

– Brzdęk jest nieodwracalny, prawda? – Siedemnastka zapytał cicho w drodze powrotnej.

 

– Jest – Conan ufał, że brzmi na tyle przekonująco, by zagłuszyć także własne wątpliwości.

 

Nie wiedzieli prawie nic o naturze tego dziwnego zjawiska, ale niby skąd mieli wiedzieć? Byli tylko dziećmi. Nie został żaden naukowiec, który w spokoju mógłby prowadzić badania nad Brzdękiem. Oni nie mieli czasu na stawianie pytań i szukanie odpowiedzi. Stało się i koniec. Musieli działać. W trzy lata osiągnęli więcej, niż kiedykolwiek mogliby przypuszczać. Stworzyli zwartą organizację, wymyślili prawa, sprawiedliwie podzielili obowiązki. Chłopaki i dziewczyny, starsi i młodsi, wszyscy razem walczyli z następstwami Brzdęku. A nauczyli się, że w walce nie było miejsca na wątpliwości i kompromisy. Bo jak pójść na kompromis z obdartymi ze skóry ciałkami, które przywiązane za kostki zwisały smętnie z latarń i które potem chowali we wspólnych grobach, przełykając łzy bezsilności? Albo czy można mieć jakąkolwiek wątpliwość wobec natury obgryzionych kości, zaśmiecających ulice i chodniki tak jak dawniej papierki po cukierkach czy wyplute gumy do żucia? Taki właśnie był świat po Brzdęku.

 

Groby i kości.

 

Conan miał piętnaście lat. Został jeszcze rok, zanim podzieli los ojca Siedemnastki. Ale przecież dzisiaj oboje widzieli to samo. A jeśli jest nadzieja na normalne życie…?

 

Nie, nie będzie się okłamywał. Brzdęk nigdy nie ucichł, w końcu upomina się o każdego. Póki go nie słychać, trzeba robić wszystko, co niezbędne do przetrwania. Dla dobra tych, którzy zostali i tych, którzy przyjdą.

 

Oby jacyś przyszli.

 

Po dłuższej chwili dodał:

 

– Chyba lepiej, żeby pozostali nie wiedzieli o…

 

– Lepiej.

 

Resztę drogi pokonali w milczeniu.

***

 

Kiedy dotarli do furgonetki, był już tam Nieustraszony Tom. Zawzięcie gestykulując starał się tłumaczyć coś Brutalowi i Ironheartowi. Chłopcy, wyraźnie zdziwieni pojawieniem się dowódcy, obrzucili Toma nieufnym spojrzeniem. Najwidoczniej jego wersja wydarzeń zaczęła się sypać.

 

– Ciesz się, że to nie wojsko, bo kazałbym cię rozstrzelać – warknął Conan do dezertera. – Zwiążcie go. Siedemnastka ma na koncie jednego. Ruszamy po pozostałych.

 

– Ustrzeliłeś bydlaka, co chyba znaczy, że przeszedłeś inicjację – zagaił Brutal, gdy Nieustraszony spoczywał już związany na tyle wozu. – Myślałeś nad wyborem imienia, jeśli wyjdziemy z tego cało?

 

– Tak – odpowiedział Siedemnastka bez zastanowienia. – Cobra.

 

– Dobre. To z jakiegoś filmu?

 

– Yhym. – Poprawił źle dopasowany kask prewencji. – Z horroru.

 

– GUB, formować szyk! – rozkazał Conan. Odzyskał panowanie nad sytuacją. Tym razem nie da się zaskoczyć, doprowadzi sprawę do końca. – Jedno zwierzę to za mało. Ruszamy po więcej!

 

Może kiedyś przyjdzie czas na stawianie pytań, ale jeszcze nie teraz.

 

Koniec

Komentarze

Opowiadanie osadzone w realiach świata po Brzdęku - tutaj wprowadzenie.

Więcej niż jedno zwierzę? Lama?

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Stado?

Geneza tytułu rozszyfrowana prawidłowo :)

- Niem-ce – [...]  – Prawie jak zagranicą, nie?  ---> Albo literówka (zagranica), albo osobno (za granicą).   

Już w pierwszym akapicie wiadomo, czego to kontynuacja.  

Robisz to nagminnie, więc Ci wypomnę, przed "czy" nie stawia się przecinków :)

 

"Niestety pamiętał, o czym śnił. Pamiętał chaotyczne kołysanie (...)" 

 

"W chaotycznych krzywiznach postaci, a przede wszystkim w ich nieproporcjonalnie dużych członkach, rozpoznał rękę Hagrra. Siebie oczywiście obdarował największym. Rrarog prychnął lekceważąco, bardziej rozbawiony niż urażony tak jawnym brakiem szacunku." - Trzeba kilka razy przeczytać ten fragment, żevby zrozumieć kto i kogo namalował.

 

"(...)pamiętał szaleństwo dorosłych(...)" - Mówisz, że to dorośli oszaleli, dlaczego w takim razie, matki to szaleństwo nie objęlo? Bo przecież zareagowała tak, jak dzieci. 

 Wstępu zamieszczonego na stronie jeszcze nie przeczytałam, ale chętnie zapoznałabym się z kontynuacją. Dobry tekst, oryginalny pomysł. Nie zetknęłam się jeszcze z czymś takim. Podobało mi się. Gratuluję fantazji :)

Pozdrawiam  

Interesująca lektura. Ciekawy pomysł, choć - podobnie jak Prokris - mi również zachowanie matki wydało się dziwne.

Pozdrawiam

Mastiff

W "Brzdęku" jest wyjaśnione, dlaczego nie wszyscy dorośli zdziczeli :)

Tytuł mnie zmylił, myślałam że będzie coś o Familiadzie ;) Bardzo dobry tekst, chociaż pomysł (dorośli wariują, dzieci nie) jest dość często eksploatowany. Chociaż opowiadanie jest krótkie, to ma początek, środek i koniec, coś się dzieje, napięcie narasta, jest punkt kulminacyjny, bohater jest dynamiczny, zmienia się... o czym większość autorów na tej stronie zapomina, skupiając się na opisie świata "post-apo" i jego okropności. Podobało mi się.

Makabryczna wizja. Podoba mi się:D 

A chwytliwy tytuł to połowa sukcesu. 

Bardzo przyjemnie się czytało, ale znasz może “Gone”? Kiedy ktoś kończył 16 lat, działo się z nim kiepsko. Określenie “Brzdęk” na taką katastrofę kiedyś już widziałam (choć możliwe, że było to twoje opowiadanie). No i świat bez (normalnych) dorosłych to dość znany motyw. Obawiam się, że nie zgodzę się z Prokris, że pomysł jest oryginalny.

Ale napisane jest naprawdę dobrze i warto tekst przeczytać choćby po to, żeby spędzić mile czas.

 

Jak pewnie zauważyłeś, weszłam sobie w Twój profil i kliknęłam parę opowiadań. Jak do tej pory nie zmieniłeś dobrego wrażenia, jakie wywierają Twoje teksty! :)

Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

Dzięki serdeczne za zainteresowanie moim profilem. Mam nadzieję, że dobre wrażenie pozostanie do samego końca ;)

Domyślam się, że możesz mówić o tekście wrzuconym na Weryfikatorium, zatytułowanym właśnie “Brzdęk”. Jeżeli tak to owszem, jestem jego autorem. Zresztą jest do poczytania także tutaj, na portalu.

“Gone” nie znam (ale chętnie poznam), więc inspiracja była niezamierzona.

Interesujący tekst. Przypadło mi do gustu pomieszanie człowieczeństwa i zezwierzęcenia. No i bohaterów postawiłeś w (nie)ciekawej sytuacji. Musieli Ci bardzo podpaść. ;-)

Babska logika rządzi!

Podobał mi się Brzdęk, a i kontynuacja przypadła do gustu.

Nawet jeśli Twój pomysł nie należy do najbardziej oryginalnych, to rzecz została przedstawiona w naprawdę zajmujący sposób i mogę tylko żałować, że chyba nie będzie mi dane przeczytać dalszego ciągu.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Może to nie jest (dla mnie) nowy motyw: szaleństwo dorosłych, dzieci muszą sobie radzić same, ale czytało mi się bardzo dobrze.

Podobało mi się postawienie Siedemnastki przed tak trudną decyzją. Swoją drogą ciekawe, jak by wyglądała sytuacja, gdyby na brzdęk reagowały tylko dzieci (poza wymarciem populacji, rzecz jasna).

Podobało mi się :)

 

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka