- Opowiadanie: uthModar - Brzdęk

Brzdęk

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla, regulatorzy

Oceny

Brzdęk

 

Opowiadanie zostało napisane na pewien forumowy turniej literacki. To bardziej wprowadzenie do świata niż osobna historia. Wrzucam je tutaj, bo kontynuacja pomysłu została nagrodzona w tegorocznej odsłonie konkursu "Pigmalion Fantastyki" i też niebawem pojawi się na portalu. Miłej lektury.

 

 

Brzdęk

 

 

– Cisza! – Donośny głos piętnastolatka zagłuszył podekscytowane szmery. Grupa blisko trzydziestu dzieci, siedzących po turecku na dużym placu zabaw, momentalnie zamilkła. Każde z nich miało na piersi przyczepioną karteczkę z numerkiem. Oczy wszystkich skierowały się na twarz szczupłego chłopca w okularach, który bezceremonialnie usadowił się na huśtawce i spojrzeniem zbyt poważnym jak na jego wiek zlustrował przestraszoną gromadkę.

 

Nie mogły mieć więcej niż dziesięć lat. Chłopcy starali się przybrać dziarskie pozy, mrużyli oczy i zaciskali wargi w wąskie szparki, by nadać sobie pozorów dorosłości. Dziewczynkom trudniej było udawać. Niektóre pociągały nosami i kiedy myślały, że nikt nie patrzy, ocierały wilgotne oczy w rękawy brudnych koszulek. Część z nich miała lekko uchylone usta, jakby siedziały przed telewizorem i oglądały właśnie bardzo interesującą kreskówkę.

 

Czas bajek się skończył, pomyślał smutno okularnik.

 

– Nazywam się Anomen. Jestem szefem Sekcji Wychowawczej i będę miał przyjemność poprowadzić wasz PWD, czyli Proces Wymuszonego Dorastania. Dziś zajmiemy się teorią i sprawami organizacyjnymi. Kto był waszym Opiekunem?

 

Odpowiedziało mu milczenie. Normalnie jak w szkole, westchnął w duchu Anomen.

 

Wskazał palcem numer siedem – krótko ostrzyżonego chłopaka w bluzie rockowego zespołu, którego ten w życiu pewnie nie słyszał. Nie miał okazji słyszeć.

 

– Kto był twoim Opiekunem?

 

Chłopak zamrugał i zrobił głupią minę, chcąc się upewnić, czy na pewno o niego chodzi.

 

– Black Lotus – powiedział po chwili.

 

Anomen uśmiechnął się. Lubił Black Lotus, podobała mu się. W nielicznych wolnych chwilach, kiedy każdy miał czas dla siebie, grał z nią w Magic: The Gathering i opowiadał o fabularnych grach komputerowych, których nie znała i których już nie pozna. Właśnie z jednej z takich gier zaczerpnął imię.

 

„Ciekawe, czy dzieciaki dożyją swojego Dnia Tożsamości… I ciekawe, czy zdążę pocałować Black Lotus, zanim…”

 

– Więc pewnie co nieco już wiecie, ale dla zasady przypomnę. – Porzucił ponure rozmyślania i odruchowo poprawił oprawkę okularów. – Zostaliście przydzieleni do Sekcji Wychowawczej. Będziecie zajmować się Dużymi Dziećmi. To bardzo odpowiedzialne i ważne zadanie.

 

Chciał jeszcze dodać „niewdzięczne”, ale to nie poprawiłoby sytuacji.

 

– Moja mamusia zjadła braciszka.

 

Anomen wzdrygnął się i szybko odszukał wśród zgromadzonych autorki ponurego wyznania. Dziewiętnastka. Chudziutka dziewczynka o włosach koloru więdnącej pszenicy patrzyła pustym wzrokiem w przestrzeń, brutalnie głaszcząc trzymaną na kolanach wypłowiałą lalę. Lalka, regularnie męczona podobnymi pieszczotami, prawie wyłysiała.

 

– Mamusia rozkroiła mu brzuszek i włożyła buzię do środka. Śmiała się, że je flaczki.

 

Pozostałe dzieci ją zignorowały. Widać nie pierwszy raz słyszały tę historię.

 

Nie do Anomena należała decyzja, czy umieścić dziewczynkę w Wesołym Domku. Skoro przysłano ją na szkolenie, koledzy z Sekcji Medycznej uznali, że jest wystarczająco sprawna intelektualnie. W takim razie zrobi wszystko, by pomyślnie przeszła PWD.

 

Kiedy Brzdęknęło, dzieciaki przeżywały gorsze koszmary. I podniosły się, czego sam był najlepszym przykładem.

 

– Na początek trochę historii. – Anomen chrząknął i powiódł oczyma po twarzach podopiecznych. – Jesteście już chyba wystarczająco duzi, by zrozumieć to, co zaszło trzy lata temu. Co Black Lotus mówiła wam o Brzdęku? Proszę się zgłaszać.

 

Do góry uniosło się kilka par rąk. Szef Sekcji Wychowawczej wybrał niepozorną dziewczynkę.

 

– Trzynastego lipca dwa tysiące dwunastego roku o godzinie piętnastej zero osiem rozległ się Brzdęk – wyrecytowała formułkę, jakby czytała ją z podręcznika. – Mówi się na to Brzdęk, bo coś strasznie zabrzęczało. Wszyscy dorośli zachorowali.

 

Zachorowali to bardzo łagodne określenie, pomyślał Anomen. Sam doskonale pamiętał ten moment, ten przerażający dźwięk, jakby Ziemia zamieniła się w gigantyczną blachę, na którą jakaś niewidzialna siła cisnęła równie ogromny stos monet. Brzdęk! Brzdęk! Brzdęk! Do teraz śni mu się to po nocach.

 

– Bardzo dobrze. Jak masz… – Już chciał zapytać dziewczynkę o imię, ale dostrzegł przymocowaną do koszulki cyferkę. „To jeszcze nie twój Dzień Tożsamości, Dwunastko.”

 

– Brzdęk działał różnie – kontynuował. – W przeważającej liczbie przypadków obniżył dorosłym inteligencję, cofając ich do poziomu kilkuletnich dzieci. Właśnie takimi przypadkami będziecie się zajmować. Znacznie poważniejsze jest Zdziczenie. – Nie mógł powstrzymać się od rzutu okiem w stronę Dziewiętnastki, w dalszym ciągu maltretującej Bogu ducha winną lalkę. – Dorośli dotknięci Zdziczeniem nie różnią się od zwierząt. Widzieliście pewnie zdjęcie wilków w jakiejś książce, prawda? – Rządki głów przytaknęły skwapliwie. – Zdziczali zachowują się podobnie. Poruszają się na czterech kończynach, łączą w stada, polują, urządzają zasadzki na ofiary. I do tego posiadają rozum drapieżcy. Potrafią się maskować. Będą z wami rozmawiać, przekonywać, mamić, ale nigdy, przenigdy im nie wierzcie.

 

Dzieciaki zapewne słyszały już to wiele razy, ale Anomen wychodził z założenia, że lepiej ostrzegać przy każdej nadarzającej się okazji niż potem ściągać z latarni zmasakrowane, obdarte ze skóry małe ciała, przywiązane za kostki i kołyszące się na wietrze niczym karykaturalne wahadełka.

 

– Jeśli wam się poszczęści, nigdy nie spotkacie żadnego Zdziczałego. Tym problemem zajmuje się GUB.

 

Grupa Uderzeniowa „Berserk” pod dowództwem Conana (Anomen uważał, że imię idealnie odzwierciedla posturę jego wyrośniętego rówieśnika) chroniła tę i jeszcze dwie inne dzielnice przed najazdami Zdziczałych. Tato Conana był gliniarzem i miłośnikiem broni, dlatego chłopak od najmłodszych lat był zaznajomiony z obsługą pistoletów. Na całe szczęście Zdziczali walczyli pazurami i zębami, więc przewaga techniczna była po stronie nastolatków. Obecnie siedziba GUBu, II Komisariat Policji na ulicy Północnej, stanowiła chlubę miasta i wzór dla innych formacji obronnych.

 

– Więc co będziemy dokładnie robić? – Rudy chłopczyk, o policzkach upstrzonych piegami, głośno zasmarkał.

 

– Uczyć Duże Dzieci. Sami zobaczcie. – Anomen wolno wstał z huśtawki i ruszył przodem.

 

 

 

Donald Tusk w najśmielszych snach nie spodziewał się, że jego Orliki zostaną zaadaptowane do całkiem innego celu niż przewidywał. Odgrodzone boisko zamieniło się w specyficzne przedszkole. Po całej powierzchni murawy biegali, chodzili na czworakach lub smacznie spali ludzie w różnym wieku, a wśród nich przechadzały się starsze dzieci z białymi opaskami przewiązanymi przez ramię. Pięćdziesięciu dorosłych zostało powierzonych tuzinowi wykwalifikowanych Wychowawców, którzy doglądali, czy nie dzieje im się krzywda, karmili, kiedy tamci wzywali ich płaczem i uczyli chodzić, jeśli dorosły był jeszcze w fazie raczkowania.

 

Anomen starał się nie okazywać emocji, choć chciało mu się płakać, kiedy przyglądał się, jak dwunastoletnia dziewczynka nabiera łyżkę zupy i słodkim głosikiem mówi „Brum brum, samochód chce wjechać do garażu”, starając się skłonić śliniącą się trzydziestolatkę do otwarcia ust. Powinien się do tego przyzwyczaić, ale w dalszym ciągu łamało mu się serce na widok szerokiego, głupawego uśmiechu siwego mężczyzny, który grał z jednym z Wychowawców w „kosi kosi łapki”.

 

Jakiś grubasek we flanelowej koszuli upadł podczas zabawy w ganianego i przełykał łzy, trzymając się kurczowo za kolano. Zaraz podbiegł chłopak z białą opaską i pochylił się nad biedakiem, głaszcząc go po głowie.

 

-Pociałuj – zachlipał grubasek.

 

Smutek w oczach Wychowawcy, gdy przykładał spierzchnięte wargi do zadrapania, był przerażający.

 

– Jesteśmy w piekle.

 

Dziewiętnastka postawiła zaskakująco trafną diagnozę.

 

– Nie chcę was okłamywać, że będzie lekko. – Okularnik kurczowo zacisnął palce na kratce ogrodzenia i obserwował groteskowe wydarzenia toczące się w środku. – Dorosłych jest dużo więcej od nas, w dzielnicy mamy dziewięć takich przytułków a Sekcja Poszukiwaczy ciągle sprowadza nowych uczniów. Brakuje rąk do pomocy, a przecież nie możemy skupić się tylko na tym. Każdy ma swoją rolę. Hipermarkeci zdobywają jedzenie, Opiekunowie zajmują się najmłodszymi dziećmi, chłopaki z GUBu narażają życie, więc ciągle trzeba zasilać ich szeregi, bo inaczej staniemy się łatwym celem dla Zdziczałych. A zauważcie, że od Brzdęku i tak nastąpił niesamowity postęp, mamy już wszystko zorganizowane. Na początku to był prawdziwy koszmar… – Westchnął i porzucił wątek. Nie będzie dołował dzieciaków, nie w pierwszym dniu PWD. – Jeśli ciekawi was reszta świata, jeśli chcielibyście sprawdzić, czy może jest tam lepiej, darujcie sobie. Tu jest wasz dom. Nie wiemy, jak radzą sobie gdzie indziej i czy w ogóle sobie radzą – zbyt niebezpiecznie zapuszczać się poza miasto. Nikt nie przyszedł po nas przez trzy lata, więc przypuszczalnie wszędzie jest tak samo.

 

Zapanowała głucha cisza, przerywana tylko spontanicznymi wybuchami radości i nieskładnym gaworzeniem dobiegającym z Orlika.

 

– Jak długo będziemy zajmować się dorosłymi? – W końcu ktoś odważył się zapytać.

 

– Tyle, ile będzie trzeba. Jesteśmy ludźmi. Trzeba się o siebie troszczyć.

 

Mógł im dokładnie powiedzieć, ile to zajmie. „Dziewczynko, masz osiem lat? Połowa życia za tobą. A ty, chłopcze? Dziesięć? Więc jeszcze sześć lat harówki.” Stanowczo za wcześnie na odbieranie nadziei.

 

Najstarsi znali zasadę. Młodziki z czasem też ją poznają. Brzdęk nie ucichł. Anomen z każdym dniem wyraźniej słyszał nabierający na sile łomot rozsypujących się monet, grzechoczący złowieszczo z tyłu czaszki. Kończysz szesnastkę i finito, the end, game over. Brzdęk się o ciebie upomni.

 

Jak długo dadzą radę to ciągnąć? Dziesięć lat? Dwadzieścia? Czy nastoletnie Rodzicielki będą w stanie utrzymać odpowiedni przyrost naturalny, potrzebny do przetrwania, zanim zasilą szeregi Dużych Dzieci lub Zdziczałych?

 

Czy w ogóle warto próbować?

 

Anomen poprowadził podopiecznych do sali szkoleniowej, solennie przysięgając sobie, że dziś wieczorem skradnie buziaka Black Lotusowi. Nawet jeśli mieszkasz w piekle, przystrajasz pokój kwiatami. To chyba definicja człowieczeństwa.

Koniec

Komentarze

Zaryzykuję porównanie do "Króla Maciusia Pierwszego". Ale ograniczone, zastrzegam, do schematu. Bo jego rozwinięcie... A gdyby tak wyciągnąć ostateczne wnioski i zacząć je realizować, niech się schowają klasyczne apokalipsy...   

Uwaga: bynajmniej nie dlatego, że Autor "posługuje się" dziećmi, co budzi w czytelnikach i tak dalej, bla bla bla. Dlatego, że samo podstawowe założenie jeży włos na głowie.

Nie nazwałbym tego pełnokrwistym opowiadaniem. Ot scenka, do tego nieciekawa i niewiarygodna. Jak rozumiem atak z kosmosu, czy skądś tam, działał wybiórczo. Bo jak wszyscy wiemy niektóre dzieci mają więcej oleju w głowie niż dorośli.

A ja chcę więcej :) Czekam na kontynuację.

   Do przeczytania i zapomnienia. Słabowite, niestety, ocierające się o nijaką dziecinność pomysłu. 

Jak mówiłem to sam zarys, wprowadzenie do realiów - wrzuciłem tylko po to, żeby było oparcie dla drugiego tekstu, w którym dzieje się więcej :)

Można je przeczytać tutaj.

Wątpliwości rozwiane. Teraz jestem pod jeszcze większym wrażeniem tekstu. Przerażający pomysł.

Paskudny świat. Ale brzdęk słychać i u nas…

Babska logika rządzi!

Poruszający pomysł i równie wstrząsająco przedstawione życie po Brzdęku, mimo że pozwoliłeś poznać tylko fragment tego świata.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka