- Opowiadanie: bemik - Energia (część 3)

Energia (część 3)

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Energia (część 3)

 

Budzili się bardzo powoli. Myśli przebijały się przez gęste tumany mgły, widzenie było nieostre. I przede wszystkim chciało im się pić. Jak na kacu-gigancie.

– Boże, łeb mi pęka – stęknęła Atti łapiąc się obiema rękami za głowę. – Coś rozwala mi mózg od środka.

– Gdzie jesteśmy? – zapytała Pia i rozejrzała się po towarzyszach. Byli wszyscy. Wszyscy, którzy przeżyli. Kret, Jaszczur, Jero, Atti i Terri. Jej Terri. Spojrzała na niego z czułością. Brakowało tylko Symo. Serce ścisnęło jej się boleśnie na wspomnienie młodego przyjaciela.

– Znajdujecie się na okręcie międzygalaktycznym w drodze na planetę Sylos – usłyszeli z głośnika. – Spaliście siedemnaście lat, osiem miesięcy i cztery dni.

Wasz wiek biologiczny nie uległ w znaczącym stopniu zmianie. Za siedem dni wylądujemy w bazie. Spędzicie tam resztę życia. Zostaną wam przydzielone zadania.

– Po co? – zapytał Jero.

– Nie rozumiem – odezwał się po chwili przerwy automat. – Proszę inaczej sformułować pytanie.

– Po jaką cholerę wysyłają nas gdzieś w kosmos? Nie mogli od razu załatwić sprawy?

Komputer mielił i przetrawiał usłyszane pytania, wreszcie odezwał się ponownie.

– Rozumiem, że pytasz, dlaczego nie zostaliście natychmiast pozbawieni funkcji życiowych?

– Tak. Mniej więcej tak.

– Rada uznała, że szkoda marnować wasz potencjał. Lepiej wykorzystać takie osobniki jak wy, do eksploracji innych planet.

 

* * *

Sylos to obiekt nieco mniejszy od Ziemi. Tutaj rok astronomiczny był równy ziemskim dwudziestu czterem miesiącom, odległość od centralnego Słońca zaś tak duża, że na nasłonecznionej części, w okolicach równika, temperatura nie przekraczała dziesięciu stopni Celsjusza, natomiast na stronie zacienionej spadała do minus stu dwudziestu. Zawartość tlenu w atmosferze wynosiła trzy procent. Na powierzchni nie było dla nich życia.

Wylądowali na skromnym kosmodromie. Stało tam jeszcze kilka pojazdów przypominających poduszkowce, zapewne do poruszania po powierzchni i średniej wielkości pojazd międzygwiezdny. Automaty podłączyły kanał ewakuacyjny i wkrótce znaleźli się w komorze dekompresyjnej. Cichy syk powietrza oznajmił im, że został wyrównany poziom ciśnienia, a zielona lampka zasygnalizowała, że zawartość tlenu jest już wystarczająca, by bezpiecznie pozbyć się kombinezonów.

Kolejne drzwi rozsunęły się bezszelestnie i ukazały im długi korytarz, rozświetlony szeregiem lampek umieszczonych na suficie. Podążyli tunelem, a z każdym ich krokiem zapalały się kolejne światła, podczas gdy za nimi taka sama ilość gasła.

– Jak w przypadkach śmierci klinicznej! – Zaśmiała się cicho Pia.

– Co?

– Tak ludzie, którym udało się powrócić do życia, opisują moment śmierci. Długi tunel, na końcu którego świeci się światło i przyzywa ich do siebie…

– Brrr… – Otrząsnął się Kret. – Ale masz makabryczne skojarzenia!

– Dlaczego makabryczne? – zdziwiła się dziewczyna. – Wolę myśleć, że po śmierci coś jeszcze mnie czeka, niż uważać, że to kres wszystkiego.

Korytarz skończył się nagle. Po prostu za kolejnym zakrętem nie było już ciągu dalszego, tylko metalowe, zamknięte drzwi. Stanęli bezradnie.

– Może powinniśmy zastukać? – podsunął Terri i ta niedorzeczna myśl sprawiła, że wszyscy wybuchnęli śmiechem.

– Tu jest czytnik. – Kret wskazał przyciemniony prostokąt. – Ciekawe, czy wprowadzili już nasze dane?

Przyłożył dłoń do leciutko wyprofilowanych wgłębień. Skaner zaświecił czerwonym promieniem, chwilę przerabiał dane, po czym błysnęło zielone światło i drzwi rozsunęły się bezszelestnie.

– Witajcie na Sylos, a właściwie w Sylos, jako że znajdujemy się pod powierzchnią – powitał ich ironicznie Kret, bowiem w pomieszczeniu nie było nikogo.

– Jesteśmy tu sami? – zaniepokoiła się Atti.

– Oprócz was przebywa tu jeszcze troje ludzi – usłyszeli beznamiętny głos komputera. – Za cztery minuty powinni się tu pojawić!

– Ok. Przynajmniej jeden komputer, który nie udaje, że jest czymś innym – skomentował Kret.

Uśmiechnęli się, bo każdy przypomniał sobie ziemskie automaty, które przemawiały do nich udawanymi głosami. I zawsze były to głosy, które miały brzmieć ciepło,dźwięcznie, uwodzicielsko i przyjaźnie. Ten tutaj brzmiał głucho i metalicznie, czyli dźwięczał tym, czym był – bezduszną maszyną.

– Witajcie! – usłyszeli i odwrócili się gwałtownie.

Nikt nie zauważył, że za ich plecami rozsunęły się kolejne drzwi i w pomieszczeniu pojawiła się trójka ludzi. Dwóch mężczyzn i kobieta. Byli ubrani w zielone kombinezony.

– Nazywam się Jack i jestem tu dowódcą. To Maria. – Wskazał ręką niewysoką kobietę. – Pełni funkcję lekarza, biologa, genetyka i co tam jeszcze chcecie. A to Maks – nasza złota rączka.

Jero przedstawił swoją grupę. Kiedy dopełniono formalności, rozsiedli się wokół dużego stołu. Maria przygotowała posiłek składający się głównie z roślin własnej produkcji oraz sztucznego białka. Po posiłku, w czasie którego rozmawiali na niezobowiązujące tematy, rozeszli się do wyznaczonych kwater. Każdy miał własny pokój, oprócz Pii i Terriego, którzy zamieszkali razem. Kret stwierdził, że wreszcie będzie miał czas, żeby odpocząć od idiotów z porąbanymi pomysłami, którzy wpędzają go ciągle w tarapaty.

Następny dzień miał mieć charakter turystyczny, jak się wyraził Jack. Zapoznają się z urządzeniami oraz poznają cały podziemny kompleks.

 

* * *

Rano obudził wszystkich spokojny głos komputera. Pobudka nastąpiła o siódmej. Zebrali się ponownie w jadalni i po posiłku Jack zaprosił ich na wycieczkę.

W najbliższym sąsiedztwie sypialni znajdowała się łaźnia, skład żywności, sala medyczna i sala rekreacyjna. Nieco dalej było centrum komputerowe.

– Tu zaglądamy rzadko – poinformował ich Jack. – Żeby nie zakłócić przypadkowym działaniem pracy komputera. To centrum jest odpowiedzialne za funkcjonowanie całego kompleksu. Zapewnia nam przepływ tlenu, wody, odpowiednią ilość światła i ciepła. Stąd wysyłane są automaty naprawcze, gdyby zdarzyła się jakaś awaria. Stąd też na bieżąco przesyłane są na Ziemię dane dotyczące wszystkich i wszystkiego.

Podążyli dalej długim korytarzem. Na końcu zagrodziły im drogę kolejne drzwi.

– Pia, ty będziesz tu rządziła – zaśmiała się Maria.

– Ja? – zdziwiła się dziewczyna.

– Tak – potwierdził Jack. – To jest wielkie, eksperymentalne pole. Będziesz zajmowała się dozorem, hodowlą i rozmnażaniem roślin.

– Komputer reguluje ilość światła. Został zaprogramowany, aby warunki były jak najbardziej zbliżone do naturalnych. Teraz jest rano, więc światło nie jest zbyt jaskrawe. W południe jego moc zostanie zwiększona, potem stopniowo będzie przygasać, aż wreszcie nastąpi całkowita noc. Nawadnianie odbywa się również automatycznie, dzięki systemowi rurek rozciągniętych na całej powierzchni.

Jack udzielał wyjaśnień, a Pia już przykucnęła przy najbliższej grządce.

– Te wszystkie rośliny zostały sprowadzone z Ziemi? – dopytywała się.

– Oczywiście – potwierdziła Maria. – Na innych planetach jeszcze nie znaleźliśmy tak wysoko rozwiniętego życia.

Nazbierali nieco warzyw na obiad i wrócili do jadalni, która pełniła jednocześnie funkcję salonu.

Obiadem zajęła się Pia i Atti. Oprócz tego, co zaserwował im automat, dziewczęta obmyły i przygotowały przyniesione „zielsko”, jak określił to Jaszczur. Mimo to pałaszował owe „zielsko” z nie mniejszym apetytem niż pozostali. Panowie wraz z Marią oddali się dyskusji. Mieszkańcy Sylos byli ciekawi tego, co słychać na Ziemi.

 

* * *

Dni mijały. Były monotonne i wypełnione rutyną. Kilka razy wychodzili na zewnątrz, ale było tam jeszcze bardziej nudno niż we wnętrzu kompleksu. Czuli się wypompowani, pozbawieni energii, senni i niechętni jakimkolwiek działaniom. Panowie mieli wprawdzie nieustające zajęcie w postaci napraw różnych urządzeń. A dziewczęta zajęły się ogrodem. Pod troskliwą opieką powrócił do dawnej świetności i przynosił plony, które wyżywiłyby znacznie liczniejszą kolonię. Niemniej, nic ich nie cieszyło. Wręcz wydawało się, że najchętniej zapadliby w wieczny sen. Jeśli nie wykonywali zaplanowanych zadań, zaszywali się w pokojach i przesypiali większość wolnego czasu.

-Idę trochę poćwiczyć – warknął Jaszczur. – Tu można zgłupieć.

Nikt nie zaprotestował. Dłubali bez entuzjazmu we wnętrznościach robotów. Czasu mieli dosyć, a robota nie miała końca. Każdy czuł się tym znużony. Tym bardziej, że mieli to w perspektywie na następnych kilkadziesiąt lat.

Jaszczur wszedł do sali gimnastycznej. Komputer natychmiast włączył światła i uruchomił nawiew powietrza. To nie była zaplanowana sesja treningowa. Po prostu mężczyzna czuł, że jeśli zostanie w warsztacie jeszcze chwilę, to zacznie krzyczeć lub bić swoich kumpli. Zamiast tego walił z całej siły w worek treningowy. Po kilkunastu minutach jego frustracja zelżała. Odsapnął i wziął skakankę. Równomierne podskakiwanie pomogło mu skupić myśli.

- Gdybyśmy trzymali się z Kretem z daleka od tych małolatów, pewnie nic by się nie stało. Zdobylibyśmy chondryt i wrócilibyśmy do Ornano. A nawet jakby się nie udało, też by nic nie było. Ale nie… My, stare wygi, ulegliśmy entuzjazmowi gówniarzy. Zachciało nam się naprawiać świat. No to teraz świat nam się odwdzięczył. To jest gorsze nawet od kolonii karnej. Stamtąd przynajmniej można było próbować uciec. A stąd?

Tknięty nagłą myślą, porzucił ćwiczenia. Wszedł pod prysznic, żeby zmyć z siebie pot, a kiedy skończył, miał już gotowy plan. No, prawie plan i prawie gotowy. Ubrał się pospiesznie i ruszył korytarzami w poszukiwaniu czegoś, co pomogłoby im wydostać się stąd.

 

* * *

Po kolacji w pokoju Pii i Terriego zjawił się nieoczekiwanie Jaszczur. Rozejrzał się po pomieszczeniu i po chwili wsunął cienki czip do czujnika po lewej stronie drzwi.

– Teraz możemy rozmawiać – poinformował spokojnie przyjaciół. – Podsłuch jest wyłączony.

– Cóż to za tajemnicza sprawa, że aż zablokowałeś komputer? – zapytała Pia.

– Nasi gospodarze!

– No i co jest w nich takiego dziwnego?

– Nic. Ale nie powiedzieli nam o cmentarzu – wyrzucił z siebie Jaszczur.

Terri i Pia parsknęli śmiechem.

– Żarty się ciebie trzymają!

– To nie żart – zaprzeczył poważnie chłopak. – Zaraz wam wszystko wyjaśnię.

Rozsiadł się wygodnie i opowiedział o swoim odkryciu. Od tygodnia przemierzał kompleks w poszukiwaniu czegoś, co może im ułatwić ucieczkę. Znalazł graciarnię z nienadającymi się już do naprawy robotami, drugą salkę gimnastyczną, nawet ujęcie wody. Zrezygnował z włażenia do tego pomieszczenia, bo nie był pewien, czy można tam przebywać bez kombinezonu. Wreszcie natknął się na pojedyncze, metalowe drzwi. Nie byłoby w nich nic interesującego, gdyby nie to, że zostały zamknięte na tradycyjny klucz. Zwykłe, bez czytników, bez specjalnych zabezpieczeń. I to go zaintrygowało. W całym skomputeryzowanym kompleksie nigdy nie natknął się na taki rodzaj wejścia. Było opatrzone skanerami linii papilarnych lub siatkówki oczu, wyposażone w analizatory głosu albo zwyczajne, takie, które rozsuwały się na fotokomórkę. Ale zamykane na klucz? Wrócił do pomieszczenia naprawczego i kombinował. Dopiero po kilkunastu minutach wpadł na pomysł. Polecił niewielkiemu automatowi naprawczemu pójść ze sobą. Zabrało to trochę czasu, ale w końcu robot otworzył tajemnicze przejście. Pomieszczenie było duże i chłodne. Całe wypełnione regałami z ogromnymi szufladami. Na kilkudziesięciu umieszczono nalepki z imieniem i nazwiskiem. Jaszczur wędrował długimi rzędami odczytując napisy.

– Sprawdziłeś, czy są tam ciała? – zapytał Terri.

– Są.

– Informujemy resztę? – dopytywał się Terri.

– Myślę, że tak – odparła Pia. – Zawsze omawialiśmy wszystko razem. I razem działaliśmy. Łącznie z naszą szaloną eskapadą na Ziemi.

– Swoją drogą, ciekawe, co wynikło z tego wszystkiego.

– Mam pomysł! – Jaszczur stuknął się dłonią w głowę. – Poinformujemy naszych gospodarzy, że chcemy poszperać w komputerze, aby odnaleźć stare informacje o Ziemi. To będzie wymagało zdjęcia paru zabezpieczeń. Oczywiście nielegalnie. Dasz radę, Terri? – spytał kolegę, a kiedy ten pokiwał głową, kontynuował. – To da nam możliwość przegrzebania pamięci komputera i sprawdzenia, co się wydarzyło tutaj przez półtora wieku.

– Myślisz, że takie dane będą jeszcze zachowane? – powątpiewała Pia.

– A widziałaś serwerownię? – spytał Jaszczur. – Tam pomieściłyby się dane z całego kosmosu, a nie z tak małej jednostki jak baza Sylos.

Była to oczywiście przesada, ale niewiele odbiegająca od prawdy. Komputer został przygotowany na magazynowanie znacznie większej ilości danych, niż tylko kilkusetletnia działalność paru osób.

 

* * *

– Jack, moglibyśmy trochę poszperać w kompie? – spytał niewinnie Kret.

– A czego chcesz szukać?

– Wiesz za co nas deportowali na Sylos? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Udało nam się podziałać trochę na rzecz przywrócenia naturalnego ładu na Ziemi.

– To znaczy konkretnie? – zainteresowała się Maria.

– Odkryliśmy, że każde miasto posiada własne podziemne ujęcie wody. Za radą Pii poszliśmy tropem ścieków, które również zostały ukryte i na pustyni znaleźliśmy miejsce, gdzie już oczyszczone, wydostawały się na powierzchnię, żeby za chwilę z powrotem zniknąć pod warstwą skał. Wysadziliśmy to ujście i dzięki temu woda popłynęła jak dawniej. Utorowaliśmy drogę do powrotu życia na Ziemi.

– I za to wylądowaliście na Sylos?

– Tak. Nie spodobało się to władzom, które trzymały w szachu ludzi, wydzielając im wszystko, z wodą włącznie.

– Rozumiem. I teraz jesteście ciekawi, co wynikło z waszej radosnej twórczości?

– No. Na pewno coś musiało się potem dziać i z pewnością zostało to umieszczone w newsach.

-Ok. – zgodził się Jack. – Trzeba będzie usunąć parę zabezpieczeń, żeby się dobrać do oficjalnych i nieoficjalnych komunikatów z Ziemi.

Jack i Terri zabrali się niezwłocznie do pracy. Po dwóch godzinach mogli odczytać pierwsze informacje, którymi podzielili się z resztą przy kolacji.

– I wiecie co? – relacjonował podekscytowany Terri. – Ci twardogłowi obrócili wszystko na swoją korzyść. Oficjalny komunikat brzmiał mniej więcej tak, że lata żmudnych badan przyniosły w końcu rezultaty i rząd z wielką radością donosi, iż zostały położone podwaliny pod odbudowę naturalnego porządku. O nas oczywiście ani słowa.

Utarło się, że prawie co wieczór spotykali się w pokoju Terriego i Pii. Po zainstalowaniu urządzenia zakłócającego podsłuch rozpoczynali sprawozdania z zadań, które rozdzielili między siebie poprzedniego dnia.

– Dotarłem do początków istnienia bazy – informował Terri. – Najpierw przybyła tu ekipa, która wraz z automatami zbudowała cały kompleks. Wykorzystali naturalne groty i dzięki temu poszło szybko. Założenie było takie, że spróbują wyhodować bakterie, grzyby czy coś w tym stylu, żeby przyswajało azot z atmosfery i przetwarzało go na tlen. Ale to może Pia wyjaśni lepiej.

– Na Ziemi też są bakterie, które absorbują azot. Ale one wymagają przede wszystkim wilgoci. Tu jej nie ma. To znaczy woda jest, ale pod powierzchnią. Zdaje się, że dzięki rekombinacji genetycznej udało sie wyhodować bakterie, które są zdolne przetrwać na powierzchni i to nie tylko jako endospory.

– Endo co?

– Endospory to struktury przetrwalnikowe. Generalnie jest tak – bakterie rozmnażają się przez podział, a komórka potomna jest identyczna z rodzicielską. Czyli nie ma żadnych zmian. Żyją sobie, a kiedy wyczerpie się pożywienie albo zmienią się warunki to zastygają i czekają aż się coś wydarzy. Ale można zastosować różne mutageny.

– Co znowu?

– Można zadziałać, żeby się zaczęły zmieniać. Tu zastosowano takie coś. Na powierzchni są już te bakterie i działają. Przez półtora wieku sprawiły, że teraz są trzy procenty tlenu, a nie dwa, jak było na początku.

– W tym tempie potrwa to jakieś tysiąc czterysta lat, żeby osiągnąć dwudziestojednoprocentową zawartość tlenu w powietrzu.

– No dobrze – przerwała im Atti – ale co to ma wspólnego z naszą trójką?

– Właśnie do tego zmierzamy – kontynuował Terri. – Maria, Jack i Maks przybyli tu z trzecią grupą ochotników.

– Ochotników? – zdziwiła się dziewczyna.

– Tak, na początku przybywali tu sami ochotnicy. Oni byli ostatnimi, potem zaczęli zsyłać na Sylos niewygodnych obywateli. Ale wracając do tematu. Znali się już wcześniej, bo w ich danych osobowych odkryłem, że studiowali astrofizykę na tej samej uczelni. Ustaliłem też, że mniej więcej po roku pobytu na tej planecie ginęli wszyscy dosłani. Nasza dostawa ma numer sześć.

– Zaraz, jeśli przybyli tu z trzecią ekspedycją to mają po jakieś sto pięćdziesiąt lat?

– Niewiele mniej. Miasto dysponowało dwoma statkami kosmicznymi, co biorąc pod uwagę czas lotu, daje trzy misje. Po początkowym zachłyśnięciu się odkryciem planety, która mogła stać się drugą Ziemią, zapał ostygł, bo doszli do tych samych wniosków, co Pia. To znaczy, że aby tu zamieszkać, potrzeba piętnastu wieków.

– Aha, rozumiem! No dobra, czyli wychodzi, że nasza trójca ma jakieś sto lat!

– Sto z okładem. W końcu nie wysłali ich tutaj w dniu narodzin.

– Jak na stulatków nieźle się trzymają – zażartował Jaszczur.

Terri spoważniał i zadał pytanie.

– Wiecie, co jest najważniejsze? Jesteśmy tutaj już dziesięć miesięcy! Wychodzi na to, że zostało nam jakieś dwa miesiące życia.

Ucichli i przetrawiali informację.

 

* * *

Uzgodnili, że muszą obejrzeć ciała. Przede wszystkim Pia, jako jedyna, która miała trochę pojęcia. Dziewczyna zabrała ze sobą podręczny analizator medyczny.

Całość robiła dość makabryczne wrażenie. Światło było nikłe, a temperatura dawała odczucie chłodu. Pia wysunęła pierwszą szufladę. W przezroczystym wnętrzu ujrzeli młodą kobietę. Mogła mieć jakieś dwadzieścia pięć lat. Jej głowę otaczało zbite kłębowisko włosów, a paznokcie u rąk i nóg zawijały się jak baranie rogi.

– Po śmierci włosy i paznokcie mogą jeszcze bardzo długo rosnąć – wyjaśniła im Pia. – Jakby miały niezależne źródło zasilania.

Na wieku widniało ostrzeżenie, że komora została zamknięta próżniowo. Jero pogmerał coś przy zamkach i odsunął pokrywę, a powietrze z głośnym szumem wypełniło pustą przestrzeń. Na ciele kobiety nie widać było żadnych wyraźnych uszkodzeń. Pia przyłożyła medcompa do jej klatki piersiowej.

– Komputer – zażądała – podaj przyczynę zgonu.

– Ustanie funkcji życiowych z powodu wyczerpania bioenergii.

– To wiadomo, ale przyczyna? – drążyła Pia, ale komputer powtórzył poprzednią diagnozę.

Obejrzeli kilka kolejnych ciał, ale odpowiedź była ta sama.

– Dobra, wracajmy. Nic tu po nas.

 

 

* * *

– Terri, sprawdź dokładnie kiedy przybyli na Sylos Maria, Jack i Maks. Jakoś nie wydaje mi się prawdopodobne, żeby mogli żyć tak długo. Musiałeś coś pokręcić!

– Dobra, ale sprawdziłem listy przewozowe kolejnych transportów. Wyszło mi, że w ciągu stu pięćdziesięciu lat istnienia tej bazy trafiły tu, łącznie z nami, osiemdziesiąt trzy osoby.

– W porządku. Nie neguję tego, ale może pomyliłeś kolejność transportów. Bo jak sobie policzyłam, to wyszło mi, że oni mają ponad sto dwadzieścia lat. A każde z nich wygląda na jakieś czterdzieści.

Pia i Terri rozmawiali w zaciszu swojego pokoju. Dziewczynie nie dawała spokoju diagnoza komputera. Coś było nie tak. Wiadomo, że kiedy człowiek umiera, traci swoją wewnętrzną energię. Ale nie jest to przyczyna, raczej skutek. Przyczyną śmierci może być uraz, choroba, wyczerpanie z powodu starości, ale wyczerpanie bioenergii w przypadku takich młodych ludzi?

– Lubisz ich? – spytała Terriego moszcząc się wygodnie w zagłębieniu jego ramienia.

– Właściwie to nie wiem. Są ok. Ale zauważyłem, że kiedy jesteśmy razem, to staram się nie przysuwać do nich blisko. Reszta też. Chyba robimy tak podświadomie, ale zacząłem na to zwracać uwagę po naszej wizycie na cmentarzu.

– Dlaczego?

– Jakoś informacja, że tamci ludzie nie żyją, bo wyczerpała się ich energia, sprawiła, że przypomniały mi się stare opowieści o wampirach.

– O wampirach?

– No wiesz, to tacy niby ludzie, którzy wysysają krew, żeby przeżyć.

– E tam, bajki!

– Oczywiście, ale zrobiło mi się jakoś tak dziwnie. Poza tym, nie wiem, czy zwróciłaś uwagę na to, jak się tutaj czujemy.

– Nie rozumiem.

– Chodzi mi o to, że nic nam się nie chce. Ja sam czuję się, jakbym miał sto lat. Najchętniej położyłbym się i spał przez całą wieczność.

– Może masz trochę racji. Ja też czuję się jakaś ospała. Najlepiej jest, gdy pracuję w ogrodzie. Mam wrażenie, że odzyskuję wtedy siły. I faktycznie, kiedy Maria znika w laboratorium z Atti, oddycham pełną piersią.

* * *

Pierwsza zaniemogła Atti. Po prostu pewnego dnia nie pojawiła się na śniadaniu. Zaniepokojona Pia poszła do jej pokoju i obraz, jaki tam ujrzała, przeraził ją w najwyższym stopniu. Dziewczyna leżała na łóżku bledziutka i jakaś taka cicha. Nie miała sił, by usiąść lub podnieść się.

– Co ci jest?

– Nie wiem. Czuję się bardzo słaba. I jestem okropnie senna.

Atti była najmłodsza z nich wszystkich. Miała dopiero dziewiętnaście lat. A przy tym była najdrobniejsza. Ważyła niecałe pięćdziesiąt kilogramów.

– Zostań dziś w łóżku.

Pia wróciła do pozostałych i uspokoiła ich.

– Nic specjalnego się nie dzieje. Ma swoje dni. Poleży trochę i przejdzie jej. Terri, Kret, moglibyście pomóc mi dzisiaj? Zaplanowałam kopanie nowych grządek, a to dla mnie zbyt ciężkie.

– Jasne!

Po dotarciu do ogrodu poszli na wskazane poletka, a Maria, jak zwykle, udała się do laboratorium.

– Posłuchajcie, nie wiem, ale wydaje mi się, że z Atti wycieka energia. Kiedy zbadałam ją medcompem, poinformował mnie, że pozostało w niej czterdzieści cztery procent bioenergii. Przy dziesięciu następuje koniec.

– Cholera. I co teraz?

– Teraz najważniejsze jest, żeby odizolować ją od Marii. Spędzały ze sobą dużo czasu. Nie wiem dlaczego, ale wybrała Atti do pomocy. Nie przeszkadzało mi to, bo miałam masę zajęć w ogrodzie. Ale z drugiej strony pomyślcie! Po co jej Atti w laboratorium. Teoretycznie to ja powinnam tam być i prowadzić badania. Mam w końcu przygotowanie naukowe i nieco praktyki. Dlatego teoria Terriego wydaje mi się coraz bardziej prawdopodobna.

– Jaka teoria? – zainteresował się Kret.

– O wampirach – powiedziała Pia i wyjaśniła chłopakowi, o co chodzi.

– Czyli tu w grę wchodzi wampir energetyczny?

– Coś w tym stylu – potwierdziła Pia. – Musimy jak najbardziej ograniczyć kontakty z naszymi gospodarzami. Atti trzeba będzie zmusić, żeby spędziła trochę czasu w ogrodzie. Mam wrażenie, że dzięki roślinom znoszę lepiej niż wy towarzystwo naszych przyjaciół.

– Dzięki roślinom?

– Aha, każda żywa istota wytwarza pole energetyczne. Czerpiemy od siebie wzajemnie. Więc mimo, że oni kradną energię, nie jest ze mną tak źle, bo mam jakby dodatkowe źródło zasilania.

Cały wywód przemówił do chłopaków. Mieli poinformować o postanowieniach Jaszczura i Jero.

Po kilku kolejnych nocach spędzonych przez Atti w ogrodzie, wśród roślin i po ograniczeniu kontaktów z Marią, dziewczynie znacznie się poprawiło. Pozostali zminimalizowali czas przebywania z Jackiem, Maksem i Marią. Terri grzebał w komputerze i błogosławił swojego wykładowcę informatyki, który wymagał od studentów znacznie więcej niż przewidywał program. W końcu udało mu się dobrać do prywatnych plików Jacka i wtedy przeżył szok.

– Poznali się w czasie studiów astrofizyki. A zbliżyli się, kiedy zaangażowali się w życie Joga Kundalini – wyjaśniał przyjaciołom. – To stara szkoła, jeszcze z czasów przed wojną. Zakłada, że człowiek ma strukturę energetyczną składającą się z siedmiu ciał oraz dziesięciu czakramów, które wiążą nas z energią wszechświata. I właśnie to siódme ciało jest najważniejsze. To imago Dei czyli obraz Boga. Wyznawcy tej religii na Ziemi wierzyli, że po oczyszczeniu mogą zbliżyć się do Boga. To była Era Ryb. My teraz jesteśmy w Erze Wodnika, czyli to Bóg zbliża się do człowieka. Sama ta religia była szlachetna i czysta w swoich założeniach, ale nasi przyjaciele wypaczyli jej sens. Posiedli umiejętność pochłaniania energii od wszystkiego, co żyje. Dlatego w pewnym momencie musieli zniknąć z Ziemi. Wykorzystali okazję i zgłosili się na wyprawę na Sylos. Zdaje się, że przesadzili z czerpaniem energii i kilka osób z ich otoczenia wyzionęło ducha. Kiedy zaczęło robić się gorąco, po prostu zniknęli. Tutaj mogli kontynuować swoją działalność. Nikt nie troszczył się specjalnie o skazańców. A oni pożerali kolejnych. Jack manipulował danymi w komputerze i informacje o śmierci dosyłał dopiero w momencie, kiedy delikwent osiągnąłby wiek, który nie wzbudzał już podejrzeń.

– Nikt na Ziemi nie zorientował się, że to jakiś przekręt? – zapytał Kret.

– Nie, bo podszywał się pod kolejne osoby wyznaczane na dowódców.

– A ci, co tu przylatywali? – indagował dalej chłopak.

– A ty coś podejrzewałeś?

– Fakt. Nie przyszło mi do głowy.

– No właśnie. Żeby nie charakterek Jaszczura w życiu nie wpadlibyśmy na trop. Padlibyśmy, jak wszyscy nasi poprzednicy.

– No dobra. I co dalej z naszą wiedzą? – dopytywała się Pia.

– Nie wiem. Ziemi nie ma co powiadamiać. Zanim zareagują, nas już nie będzie – odpowiedział jej Kret. – Musimy poradzić sobie sami.

– Jakieś pomysły?

– Trzeba ich odizolować. I pryskać stąd.

– Łatwo powiedzieć. Ale jak to zrobić?

– Ok – zgodził się Terri. – Możemy ich gdzieś zamknąć. To da się zrobić. I co dalej?

– Pamiętacie, jak wylądowaliśmy? – wtrąciła się cichym głosem Atti.

– No. I co? – Jaszczur zareagował pierwszy.

– Oprócz paru pojazdów, z których korzystaliśmy wychodząc na powierzchnię, stał tam jeszcze statek.

– No, stał – potwierdził Kret. – Ale jest nie do ruszenia. Jack powiedział, że to rakieta, która przywiozła poprzednią grupę i została uszkodzona przez meteoryt. Zdaje się, że awaria była tak poważna, że pozostawiono ten złom bez napraw.

– No właśnie. – Uśmiechnęła się lekko Atti – Jack powiedział…

Zamyślili się nad słowami dziewczyny. Wtedy do głowy nie przyszło im powątpiewać w to, co mówił dowódca ich małej bazy. Ale w świetle ostatnich odkryć warto było sprawdzić.

 

* * *

Jero zginął w sali gimnastycznej. Podobno wspiął się na drabinki i próbował zawisnąć głową w dół. I wtedy spadł. Świadkiem był ich dowódca.

– Zabierzmy go stąd – zarządził Jack.

Poszli jak w kondukcie. Bez słowa, ze spuszczonymi głowami powlekli się korytarzem do sali medycznej. Tylko Pia zniknęła na chwilę w swoim pokoju, ale dołączyła do reszty po kilkunastu sekundach. Położyli ciało chłopaka na stole operacyjnym i ustawili się wokół niego. Nie padło ani jedno słowo. Już to przerabiali, kiedy zginął Symo. Pierwszy odezwał się Jack.

– Trzeba umieścić go w przechowalni. I napisać raport.

– Po co? – spytał Kret. – Przecież tych na Ziemi gówno to interesuje. Poza tym przekaz i tak będzie szedł straszliwie długo.

– Taki jest obowiązek!

Powoli zaczęli rozchodzić się. Pia ociągała się najdłużej. Kiedy już została sama, wyciągnęła spod kurtki medcompa i dwukrotnie dokonała pomiarów.

– I co ci wyszło? – Usłyszała za plecami głos Jacka.

Spanikowała. Niezdarnie usiłowała schować przyrząd i zagadać jakoś mężczyznę.

– Przestań! – przerwał jej. – I tak już wiemy, że się czegoś domyślacie!

Oczy Jacka zalśniły złowrogo, a Pia poczuła, że jej żołądek skręca się w pętelkę.

– Jack … – zawiesiła głos. – Jesteś Jackiem?

– I tak i nie. – Obcy zaśmiał się gardłowo. – Powłoka jest jego, reszta – moja.

– Co to znaczy? Skąd się tu wzięliście? Dlaczego zajęliście ciała tej trójki? Jest was więcej?

– Zaraz, zaraz. Powoli. Zacznę od końca – powiedział i wykonał krok w stronę dziewczyny. Pia cofnęła się za stół z ciałem Jero. – To oni nas wezwali. Jesteśmy tu na ich prośbę!

– Jak to?

– Zwyczajnie. Przez lata gromadzili w swoim ciele energię. Swoją i innych ludzi. Niby się szkolili w opanowaniu jej, ale tak naprawdę stali się tylko nośnikami. Potem, kiedy przybyli na Sylos, zaczęli odprawiać, jak to nazwali, ceremonie. Wysyłali wtedy w kosmos nici energetyczne. Zawsze byliśmy nastawieni na zbieranie energii, więc kiedy do nas dotarły, trafiliśmy tu. Znaleźliśmy ich trójkę i parę innych osób, które do niczego się nie nadawały – Jack skrzywił się z niesmakiem.

– Więc ich zabiliście?

– Nie – zaprzeczył ze śmiechem. – Skorzystaliśmy z ich energii, żeby odnowić swoją po długiej podróży.

– Czyli jednak zabiliście!

– Według twoich kryteriów – tak.

– A dlaczego nie zabiliście Jacka, Maksa i Marii?

– Och. Oni także nie żyją – w waszym rozumieniu tego słowa. Dali nam tylko powłokę. Żebyśmy mogli przeczekać.

– A na co czekaliście?

– Na kogo. Na kolejnych Ziemian. Potrzeba nam masę energii. Ale wy nie macie jej zbyt wiele i zbyt szybko wyczerpują się wasze zapasy. Potem nie jesteście do niczego przydatni.

– To dlaczego te ciała zgromadzone na cmentarzu?

– Cmentarzu? Aaa, mówisz o przechowalni. Dla innych, gdy zechcą tu przybyć.

– Innych?

– Aha. Rozpatrujemy taką możliwość. Macie niewiele energii, ale na Ziemi jest was trochę. I do tego rozmnażacie się stosunkowo szybko. Możecie się przydać jako przetrwalniki. Niewiele takich form spotkaliśmy w kosmosie.

– Przetrwalniki? – Pia aż zachłysnęła się z oburzenia. – Przetrwalniki? Jesteśmy istotami żywymi. Myślimy i czujemy! Jak możesz tak o nas mówić? Sprowadzasz nas do funkcji… akumulatora.

Jack roześmiał się.

– Raczej obudowy – uściślił.

Pia cały czas gorączkowo myślała, jak uciec albo pozbyć się intruza, ale nic nie przychodziło jej do głowy.

– Jest was dużo?

– W sensie fizycznym? Raczej nie. Jesteśmy czystą energią i czystą inteligencją. Bez powłoki. Czyli bez ciała.

– To po cholerę teraz wam nasze ciała?

– Bo okazało się, że jednak bez ograniczeń, jakie stanowi ciało, nie jesteśmy idealni.

– A jesteście idealni? – szczerze zdziwiła się Pia.

– A nie?

– No, nie. Bo już samo zabijanie innych istot, żeby przetrwać, mało przystaje do ideału. Przynajmniej moralnego.

– Bredzisz, moja miła. Myślisz i mówisz według waszych kanonów. Dla nas najwyższym dobrem jest przetrwanie naszej rasy.

– Przetrwanie? – w głowie Pii zaczęły zazębiać się trybiki. – Czy to znaczy, że grozi wam wyginięcie?

– Phi, żartujesz? – starał się zbagatelizować sprawę, ale dziewczyna usłyszała w jego słowach jakieś fałszywe nuty. Zaczęła intensywnie myśleć. Czym jest energia? Jak ją wytworzyć, albo lepiej, jak ją wykorzystać? Urządzenie. Potrzebne jakieś urządzenie, które wyszarpie z Jacka całą energię. Jakie? Myśl, dziewczyno, myśl – poganiała się. Co tutaj może zużyć najwięcej energii?

Rozejrzała się dyskretnie po pomieszczeniu. Jest! Defibrylator. Mogłaby go nawet przesterować, żeby wyciągnąć od Jacka jak najwięcej energii. Ale jak go zmusić, żeby spokojnie stał i czekał. Olśnienie nadeszło nagle. Cały czas prowadziła rozmowę, wypytując obcego o szczegóły, co sprawiało mu widoczną przyjemność. Wykorzystując jego zaaferowanie, przesunęła się w pobliże szafki z lekami. Niestety, narkotyk leżał sobie spokojnie w ampułce, obok strzykawka. Potrzeba jej dwóch minut, żeby zaciągnąć płyn i wbić się w ciało Jacka. Ale tych dwóch minut nie ma. Zaczęła też czuć, że słabnie.

– Co robisz? – krzyknęła chowając się za metalową szafką. – Przestań!

– Dowiedziałaś się już wszystkiego. Dość pogaduszek. Pora na posiłek!

Doprowadzona do ostateczności, zdecydowała się na atak. Wyskoczyła nagle i kopnęła go w goleń. Założyła, że musiał zintegrować się w jakiś sposób z ciałem, które zasiedlał od parudziesięciu lat. Obcy jęknął zaskoczony atakiem i schylił się, żeby rozmasować nogę. Pia walnęła go z całej siły medcompem w głowę. Ułamki sekund trwało zanim osunął się na podłogę. Mimo wyczerpania skoczyła do szafki z lekami i drżącymi rękoma chwyciła ampułkę z narkotykiem. Ze zdenerwowania nie mogła sobie jednak z nią poradzić. W akcie desperacji rozgarnęła flakoniki i słoiczki i wyciągnęła jeden z napisem ETER. Nabrała powietrza i wstrzymała oddech, kiedy nasączała płynem kawałek gazy, a potem odwróciła Jacka na plecy i przyłożyła mu ją do twarzy. Następnie usiadła na podłodze i rozpłakała się histerycznie.

Tak zastali ją Terri i Kret, gdy zaniepokojeni długą nieobecnością dziewczyny, zdecydowali wrócić do sali medycznej.

– Dobra robota – pochwalił Kret, podczas gdy Terri usiłował uspokoić Pię.

Opowiedziała im pokrótce, co zaszło.

– Świetna myśl – znowu pochwalił ją Kret – ale defibrylator nie nadaje się do tego. Mam inny sposób. Ale najpierw musimy unieszkodliwić tamtych dwoje.

Znowu nasączyli kawałki gazy eterem i udali się do jadalni, gdzie została reszta. Na wszelki wypadek związali Jacka i zostawili mu na twarzy okład nasączony nową porcją płynu usypiającego. Maks i Maria nie spodziewali się ataku, dlatego ich ciała błyskawicznie zwiotczały pod działaniem środka. Związanych i z głowami owiniętymi gazą, oraz dodatkowo folią, przeniesieno na polecenie Kreta do centrum komputerowego. Tam Pia dożylnie zaaplikowała im końską dawkę narkotyku, który całkowicie zniewolił ciała Jacka, Maksa i Marii i pasożytujących w nich obcych.

– Od kiedy Terrizorientował się, z czym mamy do czynienia – wyjaśniał Kret przyjaciołom – godzinami myśleliśmy nad pomysłem, jak zniszczyć tę diabelską energię. Jedyne, co nam przyszło do głowy, to podłączyć ich do komputera. Pamiętacie, na samym początku naszego pobytu, Jack powiedział, że do tej sali nie wchodzimy nigdy albo bardzo rzadko, żeby nie zakłócić jego pracy. Pomyślałem, że chyba się go boją. Komputer pochłonie energię i rozprowadzi po swoich układach, zmiesza i wreszcie zużyje do cna, tak że nic z nich nie zostanie. Taką przynajmniej mamy nadzieję!

Podłączyli, zgodnie z instrukcjami Terriego, z centralnym komputerem trzy leżące na podłodze ludzkie ciała wypełnione obcą energią. Teraz należało ten wielki mózg zmusić do intensywnej pracy. Chłopak wpisał na klawiaturze polecenie odszukania planety z warunkami odpowiednimi do życia dla ludzi. Nakazał również kompleksowe sprawdzenie statku kosmicznego stojącego na lądowisku oraz przygotowanie go do startu. Potem dodał jeszcze parę skomplikowanych poleceń, a na końcu wpisał i wysłał na Ziemię raport o ostatnich wydarzeniach oraz informację, że w momencie, kiedy oni opuszczą tę planetę, baza na Sylos pozostanie bez ludzkiego personelu. Potem rozsiedli się i przyglądali jak Jack, Maks i Maria, a właściwie obcy zasiedlający ich ciała, giną. W praktyce wyglądało to tak, jakby z napompowanych lalek ktoś powoli i ostrożnie wypuszczał powietrze. Po dwóch godzinach leżące postacie zaczęły robić się bardziej płaskie i ciemnieć, by w końcu całkiem sczernieć i zmienić się w relief na podłodze. Ciała, pozbawione energii podtrzymującej funkcje życiowe, przestały wreszcie istnieć i zmieniły się w drobny, szary pył.

– Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz – powiedziała cicho Pia.

– Co takiego?

– Nic. Tak mówiono na pogrzebach w czasach, gdy ludzie wierzyli jeszcze w Boga.

– Czyli przed Wielką Wojną? – upewniła się Atti.

Komputer pracował jeszcze wiele godzin, ale w końcu poddał się. Ani w jego bazie danych, ani w raportach z sond wysyłanych od wielu dziesięcioleci w kosmos nie znalazła się planeta nadająca się do zamieszkania przez ludzi.

Mimo to wsiedli do rakiety i wystartowali w nieznane. Kiedy zasypiali w swoich kabinach hibernacyjnych, mieli tylko nadzieję, że kiedyś znowu się zobaczą.

 

 

Koniec

Komentarze

Chciałam zacząć od części pierwszej, ale jakoś nie mogę jej zlokalizować. Zarzucisz linkami do poprzednich odcinków tej historii?

Postaram się, a na razie podam tytuły - PIA (część I) i Eliksir życia (częśćII)

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

http://www.fantastyka.pl/4,8129.html eliksir życia

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Aaa, inne tytuły ^^ To wiele wyjaśnia. :D Dzięki, idę czytać. ;)

http://www.fantastyka.pl/4,7976.html

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Jest, moim zdaniem, nieco gorzej, niż w Eliksirze życia.

Skoro poprzednia część była całkiem nieżle napisana, dlaczego obniżyłaś loty? Znów nasi bohaterowie napotykają przeszkody, ale dziwnie łatwe do pokonania. Znowu, zadziwiająco skutecznie radzą sobie na nieznanej planecie. Prawie nie piszesz, czym zajmują się zesłani, poza tym, że uprawiają rośliny, rozmawiają z komputerami, knują i powoli słabną. Na koniec, załatwiwszy pasożyty w ludzkich ciałach, naprawiają statek kosmiczny, uruchamiają go, odlatują i idą spać, mając nadzieję na lepsze jutro. Pozwolę sobie wyrazić przypuszczenie, że masz w planach dalsze losy pozostałej czwórki, i że znowu zrobi się ciekawie. Może urządzą turniej brydżowy.  

 

Witajcie na Sylos, a właściwie w Sylos, jako że znajdujemy się pod ziemią – Znajdowali się pod powierzchnią planety, nie pod ziemią.

 

Kret stwierdził, że wreszcie będzie miał czas, żeby odpocząć od idiotów z porąbanymi pomysłami, które wpędzają go ciągle w tarapaty. – W tarapaty wpędzały go nie pomysły, ale idioci, którym te pomysły przychodziły do głowy.

Ja napisałabym: …żeby odpocząć od idiotów z porąbanymi pomysłami, którzy wpędzają go ciągle w tarapaty.

 

…oraz poznają cały podziemny kompleks. – …oraz poznają cały kompleks pod powierzchnią.

 

…nawet ujęcie podziemnej wody. – To nie było ujęcie wody podziemnej.  

 

…nigdy nie natknął się na taki rodzaj wejścia. Były opatrzone skanerami… – Jeśli piszesz o wejściu, to było. Jeżeli były, to rozumiem, że drzwi.

 

…że lata żmudnych badan – …że lata żmudnych badań

 

To znaczy woda jest, ale pod ziemią. – To znaczy woda jest, ale pod powierzchnią.

 

…żeby osiągnąć dwudziestojedno procentową zawartość tlenu w powietrzu. – …żeby osiągnąć dwudziestojednoprocentową zawartość tlenu w powietrzu.

 

Przede wszystkim Pia, jako jedyna, która miała jako takie pojęcie. – Powtórzenie.

Ja napisałabym: Przede wszystkim Pia, która jako jedyna, miała o tym pewne pojęcie

 

Związanych i z głowami owiniętymi gazą oraz dodatkowo folią, zostali przeniesieni na polecenie Kreta do centrum komputerowego. – Albo: Związanych i z głowami owiniętymi gazą, oraz dodatkowo folią, przeniesiono, na polecenie Kreta, do centrum komputerowego. Albo: Związani i z głowami owiniętymi gazą, oraz dodatkowo folią, zostali przeniesieni, na polecenie Kreta, do centrum komputerowego.

Owinięcie głowy gazą i dodatkowo folią, powoduje, że delikwent tak potraktowany, schodzi uduszon.

 

Od kiedy Terri wyjaśnił, z czym mamy do czynienia – wyjaśniał Kret przyjaciołom… – Powtórzenie.

Może: Od kiedy Terri zorientował się, z czym mamy do czynienia

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki Regulatorzy, poprawki zostały wprowadzone. Miałam problem z 21% , komputer podkreślał mi każdą opcję - czy pisałam razem czy osobno.

Co do fabuły - rzeczywiście jest może trochę za prosto, ale jakoś nie umiem za bardzo komplikować życia bohaterom. Może powinnam pozostać przy stylu nieco kpiarskim jak w "Marcysi".

Być może przy Eliksirze życia miałam podły humor i to dało efekt w postaci kłód rzucanych pod nogi bohataerom.

Mam kolejne opowiadania dotyczące Pii i reszty, ale obawiam się, że tam też jest zbyt prosto! 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

A dodatkowo mam pytanie - czy nie można zrobić, żeby przy edycji tekstu widać było komentarze? Bo albo trzeba drukować komentarz, albo zapisywać wszystkie poprawki na kartce. Jeśli jest tych błędów niewiele - nie ma problemu - przy większej ilości ilości zamykanie pliku i powrót do komentarzy robi się cokolwiek kłopotliwy.

Chyba, ze ja nie umiem tego zrobić  prościej i efektywniej!

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

bemik, myślę, że pisząc dłuższe, wieloczęściowe opowiadanie, Autor może mieć zarówno spadki formy, jak i osiągać szczyty intelektualnych możliwości. Odbiorca jednak, czytając, nie chce wiedzieć, kiedy Autor był zdołowany brakiem natchnienia i „pisał, bo pisał”, gdyż jest obowiązkowy, a kiedy nie mógł nadążyć notować myśli, bo tak fantastyczne pomysły przychodziły mu do głowy.

Wolałabym poczekać nieco dłużej, a potem otrzymać tekst, którego poziom nie musi być najwyższy, ale niech będzie równy, a poczynania bohaterów wiarygodne.

Uważasz, że w „Eliksirze życia” rzucałaś bohaterom kłody pod nogi. Moim zdaniem to było trochę chrustu, ale i tak wypadło najlepiej. ;-)

 

Mam nadzieję, że drugie pytanie nie jest do mnie. Ja się na takich zawiłościach nie znam.

Mogę tylko powiedzieć, że siadając do poprawek, przenoszę tekst opowiadania do Worda. Czytając, wyłapuję to, co mnie w oczy kole. Rzeczone fragmenty zapisuję na kolejnej stronie, gdzie opatruję je potem stosownym komentarzami a następnie to „dzieło” kopiuję do okienka „Dodaj komentarz” i wysyłam.  

Po tych zabiegach zostaje mi opowiadanie, z zaznaczonymi na czerwono, poprawianymi fragmentami. Jeżeli ta strona byłaby dla Ciebie pomocna, mogę przesłać Ci ją mailem, ale muszę znać Twój adres. Mój jest przy profilu.

 

Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Okno edycji otworzyć w drugiej karcie przeglądarki? ;) Chyba byłoby najprościej. Ale i tak w Wordzie lepiej to zrobić, bo przecież poprawiasz chyba też swoją wersję, a nie tylko to co wisi tutaj, prawda?

regulatorzy - nie chodzi o o spadek lub szczyt formy przy pisaniu. Piszę wtedy, gdy mam "pomysła". Mnie się wydaję, że piętrzę problemy, rzucam kłody, a dla Ciebie jest to "ledwie chrust". Jak sprawić, żeby było bardziej dramatycznie i bardziej prawdziwie? Nie wiem. 

Jedno co wiem - staram się w każdym  opowiadniu poruszyć jakiś problem bardziej ogólny i przemycić swoje zdanie wkładając kwestię w wypowiedzi jednego z bohaterów. Delikatnie, żeby przypadkiem nie powstała jakaś umoralniająca powiastka.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Użycie w SF określenia "ziemia" jest powszechnie praktykowane. Nie jest to błąd. Podaję przykłady: Borunia i Trepki "Proxima", Harrisa  "Planeta śmierci", Janusza Zajdla "Lot na planetę Ksi". Podobnie nazywa się słońcem obcą gwiazdę, będącą centrum innego układu planetarnego. Tak więc użycie słowa "ziemia" i "podziemny" było prawidłowe.

Dlaczego Autorko używasz określenia "statek miedzygalaktyczny"? Czy to nie za duży rozmach? W naszej galaktyce mamy ponad 200 miliardów gwiazd i jest się gdzie rozpędzać. Na Twojej planecie, napisałaś, temperatury wahają się od +10 do -120 stopni C. W takim przypadku wystąpiłyby niewyobrażalne huragany. Pomysł z wysysaniem energii życiowej nie jest nowy. Znajdziesz go w książce Adama Wiśniewskiego pt.:"Robot". Polecam tę lekturę.

Poza tym intryga nie najgorsza. Życzę powodzenia w dalszych odcinkach. ^^

 

Ryszardzie, masz rację, że poleciałam trochę za daleko z tym statkiem międzygalaktycznym - poniosło mnie, a trochę to wynika z niedouczenia. Cieszę się za to, że "ziemia" jest ok, bo chodziło mi o popwierzchnię, a nie planetę. Co do temperatur - podobnie jest chyba na naszym Księżycu, a tam chyba nie ma aż takich huraganów. Nie wiem, nie będę się spierać!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Na Księżycu nie ma nawet śladu huraganu, sama odkryj dlaczego. Twój pomysł literacki jest na tyle dobry, że powinnaś napisać to opowiadanie jeszcze raz. Rozszerzyć, udramatyzować, wprowadzić atmosferę zagrożenia od samego początku.  Bohaterowie, których zastali przyjezdni, powinni zachowywać się z rozdziału na rozdział coraz dziwniej. Rzeczywiście końcowy konflikt powinien być bardziej, o wiele bardziej dramatyczny. Akcję mogłabyś umieścić na jednym z księżyców Jowisza, byłoby bardziej wiarygodnie.Mogłaby być z tego niezła mikropowieść. Pisanie tej powieści powinno Ci zająć co najmniej rok, ale moim zdaniem warto. Mam nadzieję, że Twój talent literacki (w który wierzę) zostanie podparty studiami nad  astronomią i astronautyką. Chętnie kibicowałbym Ci w tym przedsięwzięciu.

Pozdrawiam ciepło.

Ryszardzie, jestem z wykształcenia humanistką. Astronomia i astronautyka to dla mnie niestety bardzo odległe światy, całkowicie nie do pojęcia i zrozumienia. Szczerze powiem, że mam w swoim "dorobku" powieść, ale jest to fantasy i pisanie rzeczywiście zajęło mi ponad rok.

Nie pokuszę się o zrobienie z tego opowiadania powieści, czy choćby mikropowieści. Najpierw powstała Pia, która została mocno zjechana w komentarzach. a do napisania skłoniła mnie obserwacja tęskniącego, młodego człowieka - właśnie opis jego uczuć nie przekonał czytelników. Potem po prostu powstało kilka opowiadań, gdzie bohaterami jest Pia i reszta. Jak będę miała nieco więcej czasu spróbuję je przerobić - tak jak mówisz Ty i Regulatorzy.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nowa Fantastyka