- Opowiadanie: bemik - Marcysia

Marcysia

To opowiadanie jest pierwszym z cyklu “Kaśkowe opowieści”. Każde kolejne, jak i to tutaj stanowi samodzielną historię.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Marcysia

 

– Dlaczego ja? – spytała Kaśka ze skargą w głosie.

– Bo masz samochód, jesteś singielką i pracujesz – odpowiedziała jej matka.

– I nie masz dzieci – dołożyła ciocia Anka.

– Przecież właśnie to powiedziałam!

– Nie powiedziałaś!

– Powiedziałam, że jest singielką, a to chyba oznacza, że nie ma dzieci.

– Wcale tego nie oznacza. Można być singielką i mieć dzieci.

– Ok. Już zrozumiałam. Ale co to ma do rzeczy? – przerwała im dziewczyna.

Kasia nie miała ochoty słuchać kolejnej siostrzanej awantury. Anna i Joanna, czyli jej ciotka i mama, były bliźniaczkami, ale wbrew panującym przekonaniom wcale nie były zgodne. Wręcz przeciwnie, sprzeczały się przy każdej nadarzającej się okazji.

Obie kobiety spojrzały na siebie.

– Kasiu, przeprowadziłyśmy wywiad w rodzinie i wszyscy zgodnie stwierdzili, że dom babci nie może dłużej stać odłogiem, bo niszczeje – powiedziała mama.

– Odłogiem to może leżeć pole – z przekąsem stwierdziła dziewczyna. – A nie można go znowu wynająć?

– Nie – tym razem odpowiedzi udzieliła ciotka – bo każdy kolejny najemca dewastuje go coraz bardziej.

– Może nie dewastuje – łagodziła siostra – ale nie remontuje go, a tylko odświeża, żeby jako tako wyglądał.

– I to niby ja mam się zająć tym remontem? Chyba padło wam na głowę!

– Uspokój się, dziecko! Przecież nie każemy ci wyburzać ścian.

– Przynajmniej nie samodzielnie – wtrąciła ciotka. – Ale coś z tym trzeba zrobić, bo inaczej za parę lat chałupa rozpadnie się. My ci pomożemy.

– My? – Kaśka poczuła, że skóra cierpnie jej na karku.

– No, rodzina! Zrobimy „rodzinną akcję”!

– Jezu, tylko nie to – jęknęła dziewczyna.

„Rodzinna akcja” polegała na tym, że w wyznaczonym terminie i miejscu zbierała się spora część klanu i wspólnie dokonywali przeróbek, remontów, przebudów, bądź sprzątania. W praktyce wyglądało to tak, że o ile zbiórka w wyznaczonym miejscu nie stwarzała większych problemów, o tyle zebranie się wszystkich w tym samym czasie graniczyło z cudem. Do tego należało się liczyć z tym, że remont, który przy wynajęciu fachowców trwałby trzy dni, przy udziale rodziny potrwa najmniej dwa tygodnie i pochłonie dwa razy tyle środków finansowych. Bo przecież ciężko pracujących wujków i braci należy nakarmić i napoić, a szczególnie to drugie. Ponieważ przy fizycznej pracy należy dbać, aby organizm nie uległ odwodnieniu. Dlatego zwykle po zakończeniu „akcji” butelki po piwie trzeba było wywozić do skupu, bo żaden sklep spożywczy nie chciał przyjąć zwrotnych opakowań szklanych w ilościach hurtowych.

– Nie martw się – pocieszyła ją mama. – Już uzgodniłyśmy z Michaliną, że ona pokieruje akcją.

Kasia odetchnęła nieco. Ciotka Michalina była jedyną osobą, która była w stanie opanować to szaleństwo i pokierować pracami. Cała męska część rodziny, wraz z osobistym mężem i trzema synami, czuła przed nią respekt. Była stanowcza i konsekwentna. Jak sama twierdziła, musiała być twarda, skoro przyszło jej żyć pod jednym dachem z czterema facetami.

– Dobra – westchnęła ciężko Kaśka – tylko powiedzcie do licha, dlaczego padło na mnie? Ale bez matactwa i mydlenia oczu.

– Jest kilka przyczyn. – Mama przybrała poważny ton, a ciotka Anka potwierdzała jej słowa kiwając głową. – Wszyscy mają swoje mieszkania. Ci, co ewentualnie potrzebowaliby zmiany metrażu, nie mogą się tam przeprowadzić, ponieważ wiąże się to z dojazdami, bo najbliższa podstawówka jest cztery kilometry dalej, tyle że w przeciwną stronę niż miasto. Dowozy do szkoły i dojazd do pracy w Warszawie kolidują ze sobą. Ty masz samochód na dojazd do biura i nie masz dzieci, które musiałabyś odwozić do szkoły. Poza tym pamiętam, że niedawno chciałaś wynająć mieszkanie.

– To było dwa lata temu! I to był pomysł Sylwii, bo ona miała dość mieszkania z rodzicami!

– No właśnie mówię. – Mama uśmiechnęła się łagodnie. – Możecie sobie zamieszkać razem. Miejsca jest dosyć, a i opłaty będziecie dzieliły po połowie. Same korzyści.

Katarzyna westchnęła, zrozumiała bowiem, że rodzina podjęła już za nią tę decyzję. Ubłagała tylko matkę, żeby remont ograniczyć do parteru, zostawiając poddasze na czas dalszy, bliżej nieokreślony. Po namyśle poczuła nawet zadowolenie. W końcu niewiele osób w jej wieku może poszczycić się posiadaniem domu. Domu, który ma wprawdzie dobrze ponad sto lat, ale nadal stoi i wcale nie chyli się ku upadkowi.

Jej przyjaciółka była zachwycona i bez namysłu wyraziła zgodę na wspólne mieszkanie.

* * *

Tak, jak przewidywała Kasia, remont przeciągnął się ponad miarę. W tygodniu każdy miał swoje obowiązki. Za to w weekendy przyjeżdżali wszyscy. Z dziećmi i psami. W związku z tym było masę zamieszania i mało konkretnej roboty. Zawsze jakiś maluch płakał i trzeba go było uspokoić, albo spał i należało być cicho. Do tego psy, puszczone samopas w ogrodzie, co chwila wszczynały awantury między sobą, bądź z psem sąsiada po lewej lub z kotami sąsiadki po prawej stronie. Tylko z tyłu posesji panował spokój, bo tam mieszkała para emerytów bez jakichkolwiek zwierząt.

Mimo twardej ręki ciotki Michaliny nie udało się przeprowadzić wszystkich prac w założonym dwutygodniowym terminie. Gipsowanie udało się załatwić w czasie pierwszego weekendu. Z malowaniem poszło już gorzej, bo wujek Rysiek i jego syn Michał, którzy zostali oddelegowani do tego zajęcia, nie dojechali. Przyczyna była prosta – awaria samochodu. W zastępstwie podjął się tego Romek, ale wkrótce okazało się, że jest uczulony na jakiś składnik farby i obsypany czerwonymi plamkami musiał zrezygnować, zostawiając pokrytą do połowy jedną ścianę. Malowanie musiało poczekać tydzień. W związku z tym mycie okien i ogólne sprzątanie również zostało odłożone. Tylko nikt nie poinformował o tym dwóch cioć, które wraz z przychówkiem stawiły się gotowe do pomocy.

Sylwia spokojnie czekała na zakończenie prac remontowo-porządkowych. Za to Kasia była na granicy histerii. Nie wiadomo dlaczego mama i ciotka Anka stwierdziły, że należy ją spakować i przeprowadzić jak najszybciej. Może uznały, że w innym przypadku się rozmyśli. W każdym razie w chwili obecnej rzeczy stały w przedpokoju i na poddaszu. Znalezienie bluzki, spodni czy kurtki graniczyło z cudem. Przy tym po domu szwendała się masa ludzi. Nie tylko w sobotę i niedzielę. W ciągu tygodnia też nawiedzały ją pojedyncze egzemplarze rodziny. A do tego wujek Tadek, próbując naprawić cieknący w łazience kran, uszkodził baterię i musiał zakręcić zawór. Na szczęście kabina z natryskiem działała bez zarzutu, ale trochę niewygodnie było myć zęby nalewając wodę z prysznica do kubeczka.

Kaśka wreszcie nie wytrzymała. Po pracy, zamiast do własnego domu, pojechała do cioci Michaliny i w czwarty poniedziałek od rozpoczęcia „rodzinnej akcji” wyżaliła się. Kobieta nie zastanawiała się długo. Wyciągnęła telefon komórkowy i poprosiła o pomoc znajomego, który posiadał małą firmę remontowo– budowlaną. Zostali umówieni na czwartek rano. Kasia wzięła wolne dwa dni i w sobotę po południu pożegnała się z fachowcami oraz pewną kwotą pieniędzy. Uznała jednak, że warto było. Dom pachniał świeżością i był gotowy do zamieszkania. Natychmiast ściągnęła Sylwię i obie zajęły się porządkami w swoich pokojach. Kasia zaparła się, że poradzą sobie same. Wizja pomocy rodziny sprawiła, że obie z Sylwią zdołały poustawiać nawet ciężkie szafy i kredensy.

Po dwóch tygodniach, po zawieszeniu obrazków i fotografii oraz po zainstalowaniu komputera, Kasia poczuła, że nareszcie jest w domu. Była spokojna i szczęśliwa. Tym bardziej, że kontakty z całą ogromną rodziną z racji pogarszającej się pogody uległy ograniczeniu do minimum. Z Sylwią nie wchodziły sobie w drogę. Kiedy chciały, spotykały się przy dużym, kuchennym stole. Kiedy miały ochotę na samotność, siedziały w swoich pokojach.

 

* * *

Nadeszła jesień. Szybko robiło się ciemno, coraz częściej padało, mżyło, bądź siąpiło. Drzewa straciły liście, a nagie gałęzie, szarpane podmuchami wiatru, niepokojąco stukały w szyby. Wtedy po raz pierwszy doszło do spięcia z sąsiadką. Pani Jadwiga była osobą mocno posuniętą w latach, ale nikt nie nazwałby jej staruszką. Raczej staruchą. Była wysoka i chuda, ciemne włosy, gęsto przetykane siwizną, zawsze miała ściągnięte w surowy kok. Jej twarz nie miała żadnej łagodnej linii. Wystające kości policzkowe, wąski, spiczasty nos, małe oczka i ciągle zaciśnięte w gniewnym grymasie usta sprawiały, że człowiek miał wrażenie, iż widzi czarownicę, taką jak w bajce o Jasiu i Małgosi. Do tego nad górną wargą pysznił się charakterystyczny dla brunetek zarost. Ale nie meszek. To był prawdziwy, gęsty wąs. Kasia i Sylwia nigdy nie dowiedziały się, co takiego sprawiło, że pani Jadwiga nie depilowała go, jak zrobiłaby to zdecydowana większość kobiet. Ale widać pani Jadwiga nie należała do owej większości. Dotychczas kontakty dziewcząt z sąsiadką ograniczały się do pozdrowień podczas przypadkowych spotkań. A i tak miały wrażenie, że robią coś złego, bo chyba nigdy im nie odpowiedziała, natomiast zawsze rzucała wrogie spojrzenie i jeszcze bardziej, o ile to możliwe, zaciskała usta. Nie wiedziały, czemu mają przypisać tę wrogość.

Pani Jadwiga posiadała ogromny dom, a w związku z tym ponosiła spore koszty związane z jego utrzymaniem. Jednak była sprytna i przedsiębiorcza. Zostawiła sobie dwa pokoje, kuchnię i łazienkę, a resztę wynajmowała. Głównie przybyszom zza wschodniej granicy. Ale nie była szczęśliwa, że po jej podwórku pałęta się gromada obcych chłopów. Zresztą pani Jadwiga nie lubiła, ani nie kochała nikogo. Oprócz kotów. Własnych i bezpańskich. Karmiła je wszystkie, głaskała i tuliła. Tylko w tych momentach wyraz jej twarzy łagodniał i była wtedy prawie ładna.

Pewnego październikowego wieczora Kasia siedziała samotnie w kuchni. Sylwia wyjechała na dwudniowe szkolenie. Zaparzyła sobie zielonej herbatki i usiadła z książką przy kuchennym stole. Na kuchni gulgotał gulasz. Właściwie miałaby ochotę ułożyć się na łóżku pod kocem, ale musiała przypilnować mięsa. Przez kilka minut docierał do niej tylko aromat potrawy, ale po chwili wyczuła też inny, niezbyt przyjemny zapach. Odłożyła zajmującą powieść i idąc za węchem usiłowała zlokalizować źródło smrodu. Wkrótce odkryła, że jest nim kosz na śmieci. Mimo, że wiaderko było wypełnione tylko do połowy, zawiązała plastikowy worek i wyszła wyrzucić go do pojemnika na zewnątrz. Chwyciła latarkę, włożyła kalosze i narzuciła kurtkę. Zacinał zimny deszcz. Skuliła się i oświetlając sobie trasę, truchcikiem pobiegła w stronę, gdzie ustawione były trzy kosze. Po drodze pośliznęła się na czymś. Myślała, że rozdeptała ślimaka. Obrzydzenie wstrząsnęło nią. Przystanęła na chwilę i skierowała światło latarki na płytki chodnika.

O w mordę – z trudem opanowywała ogarniające ją mdłości – przejechałam się na zdechłej myszy.

Wyklinając w myślach koty pani Jadwigi, które znosiły swoje łupy zarówno do właścicielki jak i do niej, dotarła wreszcie do pojemników. Odstawiła na chwilę pakuneki przyświecając sobie latarką sięgnęła do klapy. W tym momencie rozległo się wściekłe prychnięcie i przed oczami dziewczyny rozjarzyły się dwa cytrynowe punkty. Kaśka odskoczyła gwałtownie, zahaczyła o worek ze śmieciami i runęła na trawę. Nad nią przeskoczył cichy cień. Serce łomotało jej jak oszalałe. Chwilę trwało nim uzmysłowiła sobie, że to coś, co ją tak wystraszyło, to był któryś z kotów pani Jadwigi. Podnosiła się powoli. Bolało ją siedzenie i plecy i wiedziała, że jest cała upaćkana ziemią. Nic dziwnego, że zaczęła kląć. Najpierw po cichutku, a potem coraz głośniej, w miarę jak ból pleców przybierał na sile. I po raz drugi tego wieczora zamarło w niej serce. Oślepił ją nieoczekiwany błysk światła, a zaraz potem posypały się niewybredne epitety. Kaśkę przytkało, kiedy zrozumiała, że to sąsiadka stanęła w obronie swojego pupila. Nie zdołała nawet wyjaśnić, że nic nie zrobiła temu zwierzakowi i że właściwie to jest wręcz przeciwnie – ona została bardziej poszkodowana. Starsza kobieta nie chciała słuchać.

Po powrocie do domu ściągnęła wszystkie ciuchy i wrzuciła je do miski, żeby spłukać błoto. Sama weszła pod prysznic. Gorąca woda złagodziła ból stłuczonych pleców. Wytarła się i otuliła miękkim szlafrokiem. Ale nie dane jej było rozkoszować się urokiem chwili. Do nozdrzy dziewczyny dotarł zapach przypalonego mięsa. Wpadła do kuchni i chwyciła garnek. Natychmiast jednak puściła go z okrzykiem i wsadziła dłoń pod strumień zimnej wody.

– No tak – narzekała głośno – boli mnie dupa i plecy. Mięso do wyrzucenia. Oparzyłam sobie rękę i jeszcze czeka mnie doszorowanie tej spalenizny i pranie. I to wszystko przez tę starą larwę i jej posrane koty. Niech szlag trafi tę pieprzoną babę!

Miała wrażenie, że na dodatek zostawiła uchylone drzwi, bo nagle owionął ją podmuch zimnego powietrza. Ale wszystko było pozamykane.

Zalała garnek wodą, brudne cichy namoczyła w miednicy i poszła do pokoju. Stwierdziła, że na dziś wystarczy wrażeń. Jutro sobota, zdąży wszystko zrobić. Mimo, że dokuczała jej ręka, zasnęła błyskawicznie.

Nie wiedziała, jak długo spała, ale obudził ją chłód. Otuliła się szczelniej kołdrą, a po chwili naciągnęła jeszcze koc. Ale uczucie zimna nie znikało. Ułożyła się na wznak i przez kilka minut zbierała siły, żeby wstać i bardziej odkręcić zawór kaloryfera. Wreszcie usiadła i sięgnęła ręką do lampki. Zamarła w połowie ruchu. Na tle okna ujrzała postać. Kaśka skamieniała ze strachu. W skroniach pulsowała jej krew, serce łomotało w przyspieszonym tempie, a żołądek skręcał się w ósemkę. Ale zjawa nie wykonywała żadnych ruchów. Stała i patrzyła. Kasia też chłonęła widok rozszerzonymi z przerażenia oczami. Ten duch – doszła do wniosku – to dziewczyna. Młoda. Ubrana w giezło.

Sama nie wiedziała, skąd znała takie słowo, ale wiedziała, że to nie suknia, nie koszula, a giezło. Powolutku, nie spuszczając wzroku ze zjawy, sięgnęła dłonią do włącznika. Kiedy rozbłysło światło, postać zniknęła.

– Ja piórkuję! – powiedziała do siebie Kaśka, kiedy strach nieco zelżał. – Nikt mi nie powiedział, że w tym domu straszy. Już ja im pokażę!

* * *

Pod koniec listopada wypadały imieniny Kasi. Jako, że większość znajomych jeszcze nie widziała ich nowego lokum, postanowiły, iż w tym roku impreza musi być naprawdę wystrzałowa. Oprócz przyjęcia w domu przygotowały ognisko, patyki do pieczenia kiełbasek, a do tego rozstawiły grill. Modliły się tylko, żeby nie padało.

Pogoda dopisała, goście też. Usadzili się na drewnianych ławeczkach wokół ogniska, grzejąc się w jego cieple. W płomieniach skwierczały kiełbaski, na ruszcie piekła się karkówka, piwo stało nieopodal, bo na dworze było tak zimno, że nie trzeba było go chłodzić w lodówce. Znalazła się nawet gitara, na której co odważniejsi wygrywali takie przeboje jak „Biały miś” albo „Siedem dziewcząt z Albatrosa”. Impreza dopiero się rozkręcała, kiedy pod bramę zajechał samochód. Kaśka podniosła się z przekonaniem, że to kolejni goście. Jakież było jej zdziwienie, gdy odkryła, że to policja. Młody podinspektor przedstawił się i wyjaśnił, że zostali wezwani na interwencję z powodu zakłócenia spokoju.

– Ale my nie zakłócamy niczyjego spokoju – tłumaczyła się Kasia. – Są moje imieniny. Zaprosiłam paru gości, siedzimy przy ognisku. Nawet nie jest specjalnie głośno. A ogniska w naszej gminie wolno palić od pierwszego listopada do końca czerwca, prawda?

– Prawda – potwierdził policjant. – Proszę tylko skończyć przed dziesiątą. A najlepiej przenieście się do domu.

– Tak zrobimy – zgodziła się Kaśka. – Sądzę, że i tak będzie zbyt zimno, żeby posiedzieć dłużej.

– Ma pani wyjątkowo drażliwą sąsiadkę – dodał ze współczuciem w głosie.

Dziewczyna pożegnała sympatycznego policjanta i wróciła do przyjaciół. Ale w jej wnętrzu kipiała wściekłość. Po cichu wyjaśniła Sylwii, o co chodziło, ale ta machnęła tylko ręką i powiedziała, że nie ma się czym przejmować.

– Głupie, stare babsko – mruknęła jeszcze Kaśka – chętnie bym jej przyłożyła w tę wredną gębę.

Impreza zakończyła się w domu, jak obiecała policjantowi, gdzieś o trzeciej nad ranem. Całe towarzystwo legło pokotem na poddaszu na przygotowanych wcześniej posłaniach. Specjalnie na tę okoliczność dziewczyny rozkręciły mocniej ogrzewanie. Obawiały się, żeby goście nie pomarzli. Kasia, ledwie żywa, rzuciła się w ubraniu na wyrko. Naciągnęła tylko na siebie koc i zapadła w sen. Przebudziło ją uczucie zimna. Oprzytomniała błyskawicznie, bo pierwsza myśl, jaka dotarła do jej skołatanego umysłu, dotyczyła gości.

- Jasny gwint – myślała, wygrzebując się spod koca. – Zapomniałyśmy z Sylwią włączyć ogrzewanie. Tam na poddaszu jest pewnie jeszcze zimniej.

Usiadła na brzegu łóżka szukając bosymi stopami kapci i wtedy znowu ją ujrzała. Tak jak poprzednio stała na tle okna. Ale tym razem uniosła dłoń, jakby w geście pozdrowienia.

- Cholera, tak się schlałam, że mam zwidy? Niemożliwe, nie wypiłam aż tyle.

Bała się, ale nie tak, jak za pierwszym razem. Zjawa postała jeszcze chwilę, po czym rozpłynęła się w pierwszym, nieśmiałym błysku listopadowego słońca. W pokoju znowu zrobiło się ciepło. Kaśka położyła się z powrotem do łóżka, a ostatnią myślą przed zaśnięciem było, że musi odpytać rodzinę o prywatnego ducha.

Przez kolejne tygodnie nie spełniła swojego postanowienia. W pracy zapanowała nerwowa atmosfera związana z końcem roku i posumowaniami. Zbliżały się święta i należało zatroszczyć się o prezenty. Nie miała ani głowy, ani czasu, żeby myśleć o duchu.

W ostatnią sobotę przed Bożym Narodzeniem wypadały urodziny Sylwii. Gości nie było zbyt wielu, za to ci, co przybyli, wykazali się pomysłowością. W przeddzień przyjechał Marcin z Mateuszem, żeby przygotować niespodziankę. Kasia dała im klucze, które potem mieli wrzucić do skrzynki na listy i zniknąć bez śladu, a ona obiecała trzymać przyjaciółkę poza domem do momentu, kiedy dostanie sygnał od chłopaków, że mogą wracać.

W sobotę Sylwia dostała śniadanie do łóżka, potem plotkowały przy kawie, aż w końcu nadszedł czas, żeby wystroić się na przybycie gości. Zjawili się całą gromadą i wyciągnęli jubilatkę na środek podwórka. Najpierw wręczyli jej ogromny bukiet kwiatów, a następnie odśpiewali chóralnie „sto lat”. Potem Mateusz ustawił wszystkich w sporym okręgu, a Sylwię zmusił, żeby stanęła w samym środku, a na koniec odpalił fajerwerki. Poleciały w górę z sykiem i rozsypały się na niebie kaskadą błysków. Byli właśnie w trakcie wychylania urodzinowej lampki szampana, kiedy zajechał samochód. Kasia poleciała do bramy i znowu musiała wyjaśniać sympatycznemu policjantowi, że to nie bandyci strzelają, tylko oni odpalili race świętując uroczystość koleżanki. Policjant uśmiechnął się, pogroził palcem i powiedział, że choć to nie do końca zgodne z przepisami, przymknie oko ze względu na okrągłą liczbę na karku Sylwii. I ponownie wyraził swoje współczucie z powodu sąsiedztwa. Kaśka zazgrzytała zębami i szepnęła tylko, że kiedyś ubije to cholerne, wścibskie babsko.

Kiedy goście zostali ułożeni do snu, Kasia zawzięła się, że pozmywa jeszcze brudne naczynia. Sylwia wzruszyła tylko ramionami i zamknęła drzwi od pokoju. Cisza, która zapanowała w domu była niepokojąca. Dziewczyna płukała szklanki, talerzyki, kieliszki i kufle, ale przez cały czas rzucała na boki nerwowe spojrzenia. Nic się jednak nie wydarzyło. Dopiero, kiedy wreszcie ułożyła się w łóżku, poczuła ogarniające ją zimno. Już wiedziała, co się wydarzy.

Zjawa pojawiła się na tle ciemnego kwadratu okna. Uniosła rękę, a potem wyciągnęła ją do Kasi. Dziewczyna tym razem nie bała się. No, może troszkę. Miała wewnętrzne przekonanie, że ten duch nie przychodzi po to, żeby zrobić jej krzywdę. Raczej dlatego, że czegoś od niej chce.

* * *

– Ach, mówisz o Marcysi. – Ciotka Michalina zaciągnęła się z lubością dymem z papierosa.

Właśnie zakończyła się uroczysta Wigilia i nareszcie zapanował luz. Michalina natychmiast sięgnęła po palto i wyszła na balkon, żeby zapalić. Kasia podążyła za nią. Wiedziała, że choć mama nabrała wody w usta, to ta ciocia opowie jej ze szczegółami całą historię.

– Mówisz, że ile razy ci się pokazała? – spytała strzepując popiół na balkon poniżej.

– Trzy.

– I zawsze było to po imprezach?

– No nie. Raz było po kotach – uściśliła Kasia i opowiedziała całą historię z detalami.

– A więc to prawda. – Michalina zgasiła papierosa w skrzynce po kwiatach i sięgnęła po kolejnego. – Muszę się napalić, bo za chwilę będą prezenty i znowu będę pościć.

– A co z tą Marcysią? – dopytywała się Katarzyna.

– Nie wiem dokładnie – zaczęła z namysłem ciotka – ale chodziło o jakiś nieszczęśliwy romans. Marcysia to nasz przodek, przodkini… A cholera z tym. Znaczy, żyła pod koniec dziewiętnastego wieku. Zakochała się bez pamięci, tak jak piszą o tym w książkach. No i zjawiła się ta druga. Nie taka ładna, jak nasza Marcysia. Ale odważniejsza. Emancypantka. Zaciągnęła faceta do łóżka, a wiesz, że w tamtych czasach to nie było takie zwyczajne. Chłopak był zauroczony seksem, ale po paru sesjach mu przeszło. Znaczy oprzytomniał. Znaczy zrozumiał, że kocha Marcysię, a nie tę drugą. Ale było już za późno. Ta druga zniknęła, a Marcysia targnęła się na linę i…

– Głupoty opowiadasz – wtrąciła się nagle ciotka Anka. – Nie targnęła się, tylko ktoś jej w tym pomógł. Tak mówiła babcia.

– Bzdury gadasz – oburzyła się Michalina. – To była wersja dla kościoła. Wtedy samobójców chowano pod płotem cmentarza. Rodzina chciała uniknąć skandalu.

– Obie nie macie pojęcia, o czym mówicie. – Mama pojawiła się nagle, jak diabeł z pudełka. – Marcysia kochała się w Janie, synu kowala. Zwierzyła się z tego przyjaciółce, Jadwidze, a ta zapragnęła tego samego mężczyzny. Nie dlatego, że jej się podobał, ale dlatego, że podobał się Marcysi. To była straszna zazdrośnica. Nasz dom od tamtego czasu nie zmienił wyglądu. Jest, jaki był. Za to dom Jadwigi był wtedy zwykłą ruderą. Nic dziwnego, że zazdrościła koleżance. Ale to stało się chorobliwe. Pragnęła wszystkiego, co miała Marcysia. Dlatego zapragnęła też Jana.

– Skąd ty to wszystko wiesz? – wtrąciła się Anka.

– Bo ja, w przeciwieństwie do ciebie, słuchałam tego, co mówiła babcia. I dziadek.

– No dobra. I co było dalej? – niecierpliwiła się Kaśka.

– Dalej było prawie tak, jak mówiła Michalina. Odbiła Jana Marcysi, a potem zorientowała się, że nic ich nie łączy. Mimo, że wzięli ślub, nie potrafiła go pokochać. A Jan ciągle marzył o Marcysi. I cierpiał. Nigdy więcej się do niej nie zbliżył, ale widać było, jakim wzrokiem na nią patrzył. A nie mógł uniknąć jej widoku, bo mieszkali płot w płot. Dalej nie wiadomo dokładnie, jak było, ale kiedyś Marcysia zniknęła, a potem znaleziono ją w stawie. A Jadwiga miała podrapaną twarz. Twierdziła, że to koty…

– Rany, jaka historia! – Kaśka aż zapiała. – A dlaczego ukazuje się właśnie mnie?

– Od stu lat krąży w naszej rodzinie plotka – Michalina ściszyła głos – że Marcysia czeka na zemstę. Sama nie zdołała odpłacić Jadwidze, więc liczy na rodzinę.

– Znowu opowiadasz głupoty – mama prawie krzyknęła. – I do tego straszysz mi dziecko!

– Nie głupoty, nie straszę i nie dziecko! – Michalina zdusiła papierosa i bez dalszych wyjaśnień weszła do pokoju.

* * *

– I teraz już wiem, że głowę mam w porządku. A Marcysia pojawia mi się wtedy, kiedy rzucę jakąś groźbę karalną pod adresem pani Jadwigi. Bo to jakaś prapraprawnuczka tamtej Jadwigi!

– Chcesz powiedzieć, że w tym domu straszy?

Siedziały obydwie przy stole w kuchni popijając herbatę z rumem. Za oknem mróz aż trzeszczał, ale w domu było cieplutko jak w ulu.

– Nie straszy. Marcysia jest swoja. I ukazuje się tylko mnie. Ale jest jeden problem!

– Jaki?

– Nie wiem, jak jej pomóc. Bo przecież nie zamorduję pani Jadwigi. Pomijam fakt, że nie byłabym do tego zdolna, to przecież poszłabym siedzieć.

– No. Pewnie dostałabyś dożywocie, bo żaden sąd nie dopatrzyłby się jakiejkolwiek okoliczności łagodzącej. I nie byłaby to zbrodnia w afekcie. Po stu latach…

– Ale powiem ci szczerze, że czasami rzeczywiście mam ochotę zamordować tę babę!

– Przestań, bo znowu ci się ukaże! – Sylwia rozejrzała się bojaźliwie.

– Nie bój się – uspokoiła ją Kasia. – Ona pojawia się tylko wtedy, kiedy ja mówię na poważnie. Kiedy jestem na tego babsztyla wściekła. To chyba moje emocje, złe emocje ją przywołują.

– To co zrobisz?

– Nic.

* * *

Na świętego Jana dziewczyny postanowiły zorganizować ognisko dla znajomych z pracy. Od dłuższego czasu dopominali się o to. Kaśka poleciała do gminy, żeby uzyskać pozwolenie. Wywołało to ogromne zdziwienie urzędników, ale zapewnili ją, że do końca czerwca może sobie rozpalać tyle ognisk, ile chce, byle było bezpiecznie. Poprawiły więc kamienie ułożone wokół stanowiska, rozsypały piasek i podciągnęły szlauch. A wszystko to dlatego, że były przekonane, iż także tym razem nie obędzie się bez interwencji policji.

Towarzystwo zjechało koło siódmej. Zabawa trwała w najlepsze, kiedy pod bramę zajechał radiowóz. Kasia udzieliła niezbędnych wyjaśnień, policjant obejrzał zabezpieczenia, pokiwał z uznaniem głową, odmówił wypicia piwa, zasalutował i odjechał. Dziewczyna zmełła przekleństwo w ustach, ale jej dobry nastrój wyparował, co zauważyła tylko nieliczna część gości.

– Nie denerwuj się – pocieszył ją kolega, Igor. – Zawsze i wszędzie zdarzają się złośliwcy.

– Ale ja mam taką jedną za sąsiadkę. I każda impreza, a uwierz mi, wcale nie urządzamy ich często, kończy się wizytą policji. Już prawie polubiłam tego gliniarza! – I Kasia wylała wszystkie swoje żale.

– No więc widzisz – kończyła ze szlochem – że mam przerąbane. Nic, tylko zabić tę babę.

– E tam, zaraz zabijać – oburzył się Igor, który był nieco trzeźwiejszy. – Trzeba coś innego wymyślić.

– Igorku, najdroższy, a wymyślisz coś dla mnie. Znaczy na tego babiszona? – Kasia zawisła chłopakowi na szyi.

– Skarbie, dla ciebie wszystko. Tylko daj mi trochę czasu. Dziś jakoś nie mam do tego głowy.

– Nie ma sprawy. Ja poczekam. Tylko mnie nie zawiedź!

– Ja?! Nigdy. Uroczyste słowo.

* * *

– Kaśka, możesz mi podać nazwisko i dokładny adres tej twojej sąsiadki?

– Igor, wiesz, która jest godzina? – Kaśka przetarła oczy, żeby dojrzeć wskazówki zegarka. – Jest dziewiąta rano w niedzielę. O tej porze normalni ludzie jeszcze śpią, a przyzwoici ludzie nie dzwonią.

– Ojejku, przepraszam. Nie pomyślałem o tym. Ja jestem jeszcze na dyżurze. Przepraszam, ale jak podasz mi te dane, to dam ci spokój i będziesz mogła dalej spać.

Katarzyna skupiła się z dużym wysiłkiem i podała mu żądane informacje, a zaraz potem zasnęła kamiennym snem. Poprzednią noc spędziła na pocieszaniu Sylwii, która właśnie straciła faceta, z którym nawet na dobrą sprawę nie zaczęła się spotykać. Było to bardzo męczące zajęcie i trwało do szóstej rano. Nic dziwnego, że potem prawie nie pamiętała telefonu od Igora.

* * *

Dwa tygodnie później, w nocy z soboty na niedzielę, mniej więcej o północy, dziewczyny obudził niespodziewany rumor, huki i strzały. Odgłosy dobiegały z posesji sąsiadki. Wystraszone spotkały się w kuchni i w koszulach wybiegły na ganek. Przed ich oczami rozgrywały się dziwne sceny. Po podwórku pani Jadwigi biegały postacie w czarnych strojach, a na ulicach migały światła na dachach samochodów. Wiedzione ciekawością podeszły do bramy, ale pierwsza próba wyciągnięcia jakichkolwiek informacji została skwitowana milczeniem, a przy kolejnej w dość ostrych słowach usłyszały, że mają natychmiast zmiatać do domu.

Po dłuższej chwili przed domem pani Jadwigi zatrzymał się jeszcze jeden samochód – erka. Rano nie było żadnych śladów po interwencji, a od szwendający się po podwórku lokatorów usłyszały, że pani Jadwiga nie żyje.

W nocy Kasia po raz ostatni zobaczyła Marcysię. Zjawa była jakaś inna, tym razem emanowała ciepłem. Skinęła głową, jakby chciała za coś podziękować, a potem uniosła dłoń w geście pożegnania i rozpłynęła się.

* * *

Dopiero parę tygodni później Kasia uzyskała wiedzę na temat dziwnych wydarzeń. W markecie spotkała swojego znajomego policjanta i postanowiła za wszelką cenę wyciągnąć z niego informacje. Zaciągnęła go na kawę i przy słodkiej wuzetce przeprowadziła inwigilację. Sławek okazał się być miłym facetem, a historia, którą jej opowiedział, nie całkiem była tajna.

– No i rozumiesz, dostali tajemniczy telefon – opowiadał, oblizując łyżeczkę. – Nie mogli nie zareagować. Jakiś głos ze wschodnim akcentem informował, że tego dnia pod tym adresem dojdzie do sporego interesu. Zdaje się, że chodziło o handel bronią, albo narkotykami. Nie wiem dokładnie. Nie mieli nic na temat pani Jadwigi, ale sprawdzili, że mieszka u niej trzech Białorusinów i jeden Ukrainiec. To było podejrzane. Musieli działać, a czasu było mało, chyba trzy godziny. Zorganizowali błyskawiczną akcję. Wyobrażasz sobie panią Jadwigę?

– No – potwierdziła niezbyt inteligentnie, bo zamurowało ją całkowicie.

– No więc podjechali cichcem – kontynuował swoją opowieść podinspektor Sławek – i wparowali do domu. Bojąc się, że to jakaś zorganizowana grupa, wrzucili parę granatów ogłuszających. Wybuchy oszołomiły i wystraszyły nie tylko panią Jadwigę, ale i całą resztę. Nie szło się z nimi dogadać, a na pytania, gdzie jest broń, natychmiast unosili ręce do góry.

– No dobrze, a co się stało z panią Jadwigą? – pytała blada jak ściana Kaśka.

– Jak mówiłem, wybuchy wystraszyły wszystkich, ale nikt nie wiedział, że ona chorowała na serce. Miała wszyty rozrusznik. Zanim dojechała karetka – zmarła.

– Słodki Jezu, to straszne! – Kasi załamał się głos.

Podinspektor Sławek popatrzył na nią z żywym zainteresowaniem. Tych parę razy, kiedy spotkał ją podczas interwencji, zapadło mu w pamięć, ale nie odważył się zbliżyć do dziewczyny na gruncie prywatnym. A ona… taka śliczna, taka wrażliwa i współczująca.

– A ten informator? Znaleźli go? – pytała, a głos miała drżący jak staruszka.

– E, nie. Nie ma szans. Dzwonił tylko raz. Pewnie miał telefon na kartę. Zniszczył zwyczajnie i szukaj wiatru w polu.

Kasia odetchnęła z ulgą. Zaraz też zauważyła, że podinspektor Sławek ma wyjątkowo interesujące, szare oczy.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Nieźle napisane, ale trochę rozgadane. Akcja strasznie długo się zawiązuje. Dość dużo informacji pobocznych, moim zdaniem, bez związku z głównym wątkiem. Ale ogólnie nie jest źle.

Całkiem nieźle. Po słabej, moim zdaniem, Pii, wracasz do swojej lepszej formy. Zdążyłam już przywyknąć do Twojego lekkiego stylu, więc czytało się nieźle. Zgadzam się z opinią homara. Szczególnie sprawa przydługiego remontu i prezentacja licznej rodziny jest zbędna. W dodatku nic do opowiadania nie wnosi.   

 

Do tego psy, puszczone samopas po ogrodzie – Ja napisałabym: …puszczone samopas w ogrodzie

 

…spiczasty nos, małe oczki – …małe oczka

 

…włożyła kalosze i przyrzuciła się kurtką. – Gdyby Kasia ładowała siano na wóz, i to siano spadłoby na nią, to wtedy można powiedzieć, że się „przyrzuciła”. Kurtkę natomiast mogła narzucić na siebie, mogła okryć się kurtką, albo po prostu włożyć kurtkę.

 

Odstawiła na chwilę ciężar – Pół worka śmieci domowych, to jeszcze nie ciężar. Ja napisałabym: Odstawiła na chwilę worek…, Odstawiła na chwilę pakunek…, Odstawiła na chwilę śmieci

 

I to wszystko przez tę starą larwę i jej posrane koty. – Jako bezkrytyczna wielbicielka Kotów, udzielam Kasi surowej nagany, za nagłe wtargnięcie na teren nocnych łowów Kotów, wystraszenie Kota i używanie wobec Niego słów obelżywych, na które nie zasłużył. ;-)

 

…zbierała siły, żeby wstać i rozkręcić ogrzewanie. – Nie radzę rozkręcać ogrzewania. Wystarczy bardziej odkręcić zawór kaloryfera.

 

…na ruszcie smażyła się karkówka… –  Karkówka na ruszcie piecze się lub grilluje. Smażenie odbywa się na patelni, z użyciem mocno rozgrzanego tłuszczu.

 

…dziewczyny rozkręciły mocniej ogrzewanie. – J.w.

 

Kasia, ledwie żywa, rzuciła się w ubraniu na wyrko. –  Wyrko to prymitywne łóżko lub posłanie, legowisko. Kasia miała przecież porządne łóżko.  

 

…ze względu na okrągłą cyferkę na karku Sylwii. –  Cyfra to umowny znak służący do zapisywania liczb. Sylwia mogła mieć na karku okrągłą liczbę lat.

 

Zjawa pojawiła się na tle ciemnego kwadratu okna. – Powtórzenie. Może: Zjawa zmaterializowała się… Zjawa uwidoczniła się… Zjawa ukazała się  

 

…a Marcysia targnęła się na linę i… – Gdyby Marcysia targnęła się na linę, to albo mogła ją tak zamotać, że nikt nie mógł jej rozplątać, albo pociąć na kawałeczki, i też nie byłoby z liny pożytku. ;-)

Marcysia pewnie targnęła się na własne życie. Ale do czego była potrzebna jej lina, skoro  dziewczyna się utopiła – wszak znaleziono ją w stawie.

 

Od stu lat krąży w naszej rodzinie plotka – Plotka to niesprawdzona lub kłamliwa wiadomość podawana z ust do ust. Ja napisałabym raczej o krążącej w rodzinie opowieści lub historii.

 

Nic, tylko zbić tę babę. – E tam, zaraz zabijać – oburzył się Igor… – Czy wymiana zdań dotyczy bicia baby, czy jej zabicia?

 

…a zaraz potem zasnęła kamiennym snem. – Powtórzenie. Proponuję: …a zaraz potem zapadła w kamienny sen. Lub: …a zaraz potem zasnęła jak kamień.

 

Poprzednią noc spędziła na pocieszaniu Sylwii, która właśnie straciła faceta, z którym nawet na dobrą sprawę nie zaczęła się spotykać. – Powtórzenie. Ja napisałabym: Poprzednią noc spędziła na pocieszaniu Sylwi. Dziewczyna właśnie straciła faceta, z którym…

 

Zaciągnęła go na kawę i przy słodkiej wuzetce…Słodkiej, moim zdaniem, jest zbędne. Wszak wszyscy, zapewne, znają smak tego ciastka, i wiadomo, że nie jest ani słone, ani kwaśne, ani gorzkie.

 

To było podpadające. – Ja napisałabym: To było podejrzane.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

- Ja piórkuję! – powiedziała do siebie Kaśka, kiedy strach nieco zelżał. – Nikt mi nie powiedział, że w tym domu straszy. Już ja im pokażę! - fajne, szkoda, że bez kontynuacji

Marcysia to nasz przodek, przodkini... A cholera z tym. - na pewno była przodkiem? wydaje się jakby młodo zginęła, zanim miała dzieci, więc raczej pra...praciotka?

 - Chcesz powiedzieć, że w tym domu straszy?
 ...

- Nie straszy. Marcysia jest swoja.  - właściwe podejście;-)

 

Podinspektor Sławek popatrzył na nią z żywym zainteresowaniem.   - w patrolu podinspektorzy nie jeźdzą, a tak szybko raczej by nie awansował...

Fajne, lekkie opowiadanie. Tak się tylko zastanawiam - Marcysia wraca za każdym razem, jak wśród potomków pierwszej Jadwigi pojawia się inna? Chyba że czekała aż cały ród wyginie... 

 

 

No, no bardzo interesujący motyw zemsty. Bardzo rodzinne opowiadanie, właśnie dzięki tej rozwlekłości, jaką Ci się zarzuca, widać, że w Twoim opowiadaniu "rodzina" jest z prawdziwego zdarzenia. 

Dzięki. Poprawki zdołałam wprowadzić w ostatnim momencie.  

 Piwak -na pewno była przodkiem? wydaje się jakby młodo zginęła, zanim miała dzieci, więc raczej pra...praciotka? - chodziło mi o to, że jako iż żyła w przeszłości jest jakimś tam przodkiem.

A swoją drogą "przodek" nie ma chyba żeńskiego odpowiednika? Antenatka? 

Jeśli chodzi o ten wstęp - uznałam, że jest konieczny, jeśli chcę pokazać, jak bardzo rozina Kasi jest ze sobą związana, jak sobie pomagają i na siebie liczą. Inaczej pojawianie się Marcysi byłoby bez sensu. 

Zemsta Marcysi miała dotyczyć jakiegokolwiek potomka tamtej Jadwigi.

Regulatorzy - ja też mam koty - dwa. Jeden to kocur, ma czternaście lat i ma na imię Żaba. I jest jeszcze ośmioletnia koteczka - Badyl. Wspaniałe dachowce, które znoszą mi myszy i nornice na schodki, bo od wnoszenia tych darów do kuchni udało mi się je na szczęście odzwyczaić!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

bemik, nagany udzieliłam Kasi. Krótko mieszka w nowym miejscu, więc może nie znać kocich zwyczajów, dlatego tylko surowa nagana, bez wpisywania do akt osobowych. ;-)

Moja Kotka ma na imię Mniej, właśnie rozpoczęłą szesnasty rok życia.

Serdecznie pozdrawiamy Ciebie i Twoje Koty.

 

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie przodkini się podoba, ale co fakt to fakt - takiego słowa nie ma. Nie widzę jednak powodu, by w potocznej mowie go nie używać. Ale czy przodkini, czy antenatka zawsze jest w linii prostej, nie bocznej. Właściwie jednak nie piszesz jednoznacznie, że Marcysia nie może być prapra..prababką Kasi - miała "kiedyś" zniknąć - równie dobrze mogła być już mężatką i matką.

Swoją drogą koty przynoszą swoje zdobycze w ramach podziękowań za karmienie. No, ale może chciał wycyganić jakieś smakołyki albo babcia Kasi go podkarmiała, więc liczył na kontynuację;-) Gdyby to Kasia przeszkodziła mu w łowach, to myślę, że umknąłby ze zdobyczą, a nie porzucił i wskoczył na śmietnik...

Bardzo fajne, może to przez moje upodobanie do romansów i historii rodzinnych, ale podobało mi się. Jedyne co zgrzytało, to bezprawne użycie granatów przez policję. Nie mogli reagować w taki sposób, bo nie mieli pewnych informacji, że przebywa tam grupa przestępcza. Wiesz jakie odszkodowania płaciło by państwo rodzinie jadwigi za spowodowanie śmierci przy tych okolicznościach? Ale bardzo fajne :D

Jakoś im to nie przeszkadza napadać emerytów czy samotne kobiety, bo ktoś pomylił sobie adres... ;-) A u nas odszkodowania niskie przyznają, przynajmniej w porównaniu do Stanów. Ale fakt, granaty to prędzej przy odbijaniu zakładników albo jak mają podsłuch i pewne informacje.

No właśnie, a obywatele mogą udać się na skargę do unii europejskiiej i w gdzieś mają, że polska nic nie zrobiła, dowalą nam kary że hej!

Kudłaczu, Jadwiga była samotna i nikt jej nie pomagał, dlatego wynajmowała pokoje, żeby sobie dorobić. A poza tym jakoś musiałm ją uśmiercić, a nie chciałam, żeby Kasia miała jej krew na rękach, dlatego ubarałam w to policję.

Piwak - zapomniałam zmienić tego podinspektora. Zapewne powinien być aspirant, bo nie znam obecnych stopni?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Wiesz, nalot grupy antyterrorystycznej do domostwa starszej pani to już wystarczający powód, by przyprawić ją o zawał. Wywalenie kopem drzwi niczym Chuck Norris  i narobienie krzyku, zawał murowany. Granaty faktycznie są przesadą. Chłopaki mają rację.

W moim odczuciu trochę przegadane to opowiadanie. Akcja się wlecze, a finał słaby. Pióro za to masz lekkie, więc tekst czyta się szybko, bez większych zgrzytów.

 

Pozdrawiam.

Takie chmielewskie, tylko mało werwastyczne. Ale nie jest źle.

Nie wiem, co znaczy werwastyczne. Nie znalazłam takiego słowa. Czy chodziło Ci o werystyczne? Bo jeśli tak, to rzeczywiście chiałam, żeby było to jak najbardziej realistyczne. Pojawianie się Marcysi miało zakłócać trzeźwą egzystencję Kasi.  A porównanie do Chmielewskiej bardzo mi pochlebia!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

A werwa wiesz, co to? A fantastyczny, wiesz? A jak te słowa skleisz, to co ci powstanie?

Powinno pochlebiać, to jeden z największych komplementów, jakie mogłam tu umieścić.

     Przymiotnik "werwastyczny", stworzony przez niezgodę.b, byłby zatem neologoizmem...

     Naprawdę ciekawie brzm.

Skoro istniał już "smerfastyczny" (a pewnie znaczniej więcej podobnych), żaden to neologizm tak naprawdę...

     Ekselencjo i omniopotencjo, wielce czcigodna niezgodo.b, padawanie tego portalu, oczywiście posłusznie zgadzam się z tym poglądem. Mam inne wyjście? 

Możesz mnie walnąć i kazać mi się zamknąć...

Takie chmielewskie - wielce słuszna uwaga, niezgodo, też miałam takie skojarzenie. Przyjemne, dobrze napisane opowiadanie bemik. Szczegóły rodzinno-codzienne tworzą klimat, bez tego byłby to zapewne tylko żartobliwy szorcik z duchem w tle. Osobiście znam bliźniaczki, Annę i Joannę, ale mają dzieci trochę młodsze od Kasi ;).

Możesz mnie walnąć i kazać mi się zamknąć... - nie może, niezgodo. Jest dżentelmenem, rodżerowatym, ale dżentelmenem;)

niezgoda.b - nie wpadłam na pomysł, że to nowe utworzone przez Ciebie słówko. Całkiem fajne zresztą. Sądziłam po prostu, że jestem niedouczona, dlatego spytałam!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Osoby niedouczone z własnej winy traktuję okrutnie, nie niegrzecznie. Tutaj casus nie zachodzi.

To opowiadanie zgarnia nagrodę za bycie najbardziej babskim. Widać już po pierwszych zdaniach, że pisała to przedstawicielka płci pięknej. I, co za tym idzie, widzę w nim typowe dla babskich opowiadań mankamenty. Do tego (AdamKB by w tym momencie się zaśmiał, jak przypuszczam) jest przegadane. Przegadane w babski sposób, rzecz jasna. Historia jest rozwleczona, wiele miejsca poświęcasz na opisy i scenki ani nie wprowadzające nic do fabuły, ani nie budujące klimatu. Innymi słowy, wywaliłbym sporo fragmentów, które w żaden sposób tekstu nie ubarwiają, a tylko ryzykownie rozwlekają. Ostatnią rzeczą, którą skrytykuję będzie wtargnięcie policji. Granaty...? Dajże spokój ; P
Poza tym opowiadanie jest przyjemne, napisane lekkim piórem. Rodzinna akcja remontowa śmieszy. Sam motyw zemsty dosyć ciekawy – lubię Romantyzm, pewnie stąd, mimo, że jest to... tak, zgadłaś: babskie, nawet nie było takie złe. Nawiedzony dom, romans, złamane serce, rodzinna opowieść... Żeby być szczerym: gdyby nie konkurs, nie czułbym się przekonany, ale na tle pozostałych zgłoszonych opowiadań jest całkiem całkiem.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Dzięki Beryl. Jak baba to baba i do tego babskie opowiadanie, ale cieszę się, że mimo to w miarę Ci się podobało!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Odkurzone, wystawione! Może ktoś się skusi na przeczytanie, bo takie wakacyjne trochę.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ja tu sobie testuję, a wy czytajcie! :-)

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Sympatyczne opowiadanie. Faktycznie – babskie i odrobinę Chmielewskie (dwie przyjaciółki – jak Tereska i Okrętka, w ogóle kobity dominują ;-) ). Chyba skróciłabym ten wstęp o remoncie – fabularnie nic nie wnosi, a i po skrócie byłoby widać, że rodzina zżyta. Ale możliwe, że nie mam racji i krótsze stałoby się mniej Bemikowe. :-)

Babska logika rządzi!

A co Cię Finklo gania po starych opowiadaniach? O, nawet mi się zrymowało. Fajnie, że zajrzałaś. Masz rację z tym skracaniem, ale szczerze powiem, że nie chce mi się już znęcać nad starymi opowiadaniami. Zdaje się, że trochę z nich wyrosłam. 

Dziękuję za wizytę.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Posucha w nowych. :-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka