- Opowiadanie: homar - Skarb w Wieczornym Zamku [BEZDROŻA 2012]

Skarb w Wieczornym Zamku [BEZDROŻA 2012]

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Skarb w Wieczornym Zamku [BEZDROŻA 2012]

– Trzy rowery na jednym dachu to chyba trochę za dużo? – Wojtek jak zwykle wykazywał nadmierny niepokój.

 

– Oczywiście, że nie – odparłem. – Moja Meriva to auto niby małe, ale wytrzymałe.

 

Pierwszy raz od kilku lat udało mi się zebrać braci i wspólnie zrobić rowerowy wypad w Góry Izerskie. Sami bez rodzin jak za szkolnych czasów.

 

– W stolycy – powiedział Krzysiek, akcentując pierwsze y – nie ma gór i mogę być nieprzygotowany kondycyjnie.

– Oj tam, oj tam – odparłem roześmiany. – Nie bądź taki skromny, jesteś najwyższy i najsilniejszy, więc dasz sobie radę.

– Niby tak – westchnął – ale brzuch też mam największy. Jak nie wydolę, to na podjazdach holujesz?

– Tak jest panie dyrektorze. O ile mnie pan dogoni.

– Zarzucimy lasso – wtrącił Wojtek. – Jako najstarszy będziesz robił za huskiego.

 

Moi braci wyjechali w świat kilka lat temu. Praca całkowicie ich pochłonęła, więc obawy, co do kondycji fizycznej, mogą być w pełni uzasadnione. Właściwie tylko ja dotrzymałem wierności rowerowi. Dlatego też wycieczka może mi dać trochę satysfakcji, bo co prawda nie osiągnąłem wielkiego sukcesu zawodowego, ale sportowo to przerastam ich o głowę albo i dwie.

 

Droga powyżej Szklarskiej Poręby wiła się leśnym ostępem dość stromo pod górę. Ostre zakręty sprawiały, że słońce migając miedzy drzewami, oślepiało to ze strony prawej, to z lewej. Minęliśmy stok narciarski Babiniec i po chwili zobaczyliśmy parking na Polanie Jakuszyckiej.

 

– No to jaki jest plan? – Wojtek spytał stał po raz nie wiadomo który.

– Najmłodszy i chyba najmniej rozgarnięty – sapnął Krzysiek ściągając rower z bagażnika dachowego. – Orle, Chatka Górzystów i nocleg w Świeradowie. Jutro powrót przez Zakręt Śmierci.

– Dobra, dobra, ale Zakręt Śmierci to jakby trochę naokoło?

– Damy radę – powiedziałem uspokajająco. – Nikt nas nie goni, a intensywny wysiłek tylko wam wyjdzie na zdrowie.

 

Szlak prowadził początkowo łagodnie pod górę. Lekki wiatr ochładzał gorące powietrze. Leśna cisza i zapach igliwia przypomniały nam wędrówki nastoletniego okresu życia. Jadąc niespiesznie, wspominaliśmy, co śmieszniejsze przygody z młodości.

 

Na skrzyżowaniu szlaków Wojtek wskazując ścieżkę odbijającą w prawo zawołał:

 

– Hej, tam chyba jest skrót, jedźmy tamtędy!

– Jaki skrót? – zawołałem. – Stąd droga prowadzi już tylko prosto. Kto drogi skraca ten do domu nie wraca.

– Kto drogi prostuje ten w domu nie nocuje. – Zawtórował mi średni brat.

– Tak wiem, wiem. Kto chce chodzić na skróty, musi mieć dobre buty. To jedźcie dalej ja tylko zobaczę czy nie ma tam jagód i was dogonię.

 

Dopiero teraz zauważyłem w głębi ścieżki młodą kobietę, prowadzącą rower. Chwilę później podeszła do nas, zdjęła kask, poprawiła blond włosy związane w kucyk i z uśmiechem powiedziała:

 

– Cześć. – Jej uśmiech rozpromienił twarz. – Możecie mi pomóc? Coś się zacięło w przerzutce.

– Oni mają dwie lewe ręce – oznajmił szybko najmłodszy – ale ja coś tam wiem o przerzutkach.

 

Zdjęła okulary słoneczne pokazując ładne niebieskie oczy i wyciągnęła rękę do Wojtka.

 

– Agnieszka. Dla przyjaciół Aga.

– Wojtek, a to moi bracia Marek i Krzysiek. – Wskazał na nas. – Ale oni się spieszą. – Puścił do nas oko. – Ja natomiast mam dużo czasu i chętnie pomogę.

 

Wiadomo młody zawsze był łowcą. Nie chcieliśmy mu psuć okazji, więc powoli ruszyliśmy dalej, zostawiając brata z piękną turystką.

 

– Będziemy czekać w schronisku Orle! – zawołałem na odjezdnym.

 

Po kilku minutach rozpoczęliśmy zjazd, który może dać niezłą frajdę rowerzyście. Bez specjalnego wysiłku z naszej strony, licznik pokazał prędkość ponad pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Chwilę później jechałem jeszcze szybciej, a średniak zostawał coraz dalej. Zatrzymałem się przy schronisku, zsiadłem z roweru i zająłem miejsce na ławce. Po chwili Krzysiek dotarł do mnie.

 

– Co? – spytałem. – W Warszawce nie ma takich górek?

– Nie wiem. Nie jeżdżę tam na rowerze, ale ta tutaj robi wrażenie.

– Nie jest jeszcze taka stroma. Będą inne, teraz skocz po piwo dla starszego brata. Kup te lokalne, nigdzie indziej ich nie ma.

 

Umieścił rower na stojaku i poszedł odczekać swoje, w kolejce przy bufecie.

 

Orle jest usadowione na dość rozległej polanie nieopodal granicy z Czechami. Kiedyś była tu wioseczka Carlsthal. Obecnie po wiosce został tylko budynek dawnej leśniczówki, czyli schronisko oraz dwa domy zbudowane przez straż graniczną, służące turystom za noclegownie. Środkiem polany wije się strumień o nazwie „Kamionek”.

 

Górska atmosfera działa odprężająco. Było bardzo przyjemnie, zwłaszcza, gdy Krzysiek postawił przede mną zimne piwo i gorące kiełbaski.

 

– Wojtka jeszcze nie ma – bardziej stwierdził niż spytał.

– Ano nie ma – potwierdziłem. – Mam nadzieję, że dał radę przerzutce. Pewnie zaraz przyjedzie razem z Agnieszką. Póki co wcinamy, bo stygnie.

 

Grillowanie mięsko, popijane dobrym piwem, smakuje w górach jak nigdzie indziej. Jedzenie znikało z talerza, picie ubywało z kufla, wskazówki zegara leniwie przesunęły się o godzinę, potem drugą, a Wojtka nie było widać.

 

Wyjąłem komórkę i wybrałem numer najmłodszego. Odczekałem chwilę.

 

– Nie odbiera – powiedziałem zaniepokojony.

– Pewnie jedzie i nie chce się zatrzymywać, żeby odebrać telefon. – Uspokajał Krzysiek. – Poczekajmy jeszcze trochę, nikt nas nie goni, mamy czas.

– Może złapał gumę i idzie powoli.– Zgadywałem. – Mam ze sobą zapas. Pojadę po niego.

– Spokojnie. – Próbował mnie zatrzymać – Przetraw trochę, bo z pełnym brzuchem będzie ci ciężko.

– Dobra, dobra. Ty tutaj czekaj. Ja jadę go poszukać i opieprzyć.

 

Wsiadłem na rower i zacząłem podjazd. Oczywiście pod górę jest dużo ciężej niż w dół – pomyślałem odkrywczo i zakląłem w duchu. – Już ja mu nawtykam. Najmłodszy nie znaczy gówniarz. Powinien być trochę bardziej odpowiedzialny i dać jakiś sygnał życia. Izery nie są, co prawda zbyt groźne, ale zawsze to góry.

 

Zasapany dojechałem do rozdroża. Brata nigdzie nie było widać, pięknej rowerzystki też, ale za to na zwalonym drzewie siedział facet żywcem wyjęty z katalogu dla himalaistów. Przeciwsłoneczne górskie okulary przysłaniały opaloną twarz z zarostem typu Anchor, ciemnozielony bezrękawnik z gore texu założony na czerwony polar nieźle komponował się ze spodniami opatrzonymi w niezliczone kieszenie. Całość dopełniały górskie buty Salomona, nówka sztuka jakby w ogóle nieużywane. Twardy gość samą postawą wzbudzający autorytet.

 

– No tak – powiedziałem – zwiastun kłopotów Rzepiór, we własnej osobie.

 

Nie widziałem go od kilku lat. Trudno uwierzyć, ale to był Liczyrzepa, Duch Karkonoszy, zwany również Rzepiórem, Karkonoszem czy Rübezahlem. Postać niby znana, ale raczej nie osobiście. Ja jednak miałem zaszczyt poznać go w tragicznej dla mnie sytuacji. Zimą kilkanaście lat temu, dzięki niemu uniknąłem zamarznięcia. To jest dobry duch, który dba o swoje góry i ludzi, którzy tam przebywają.

 

– Cześć – przywitał mnie.

– Cześć – odpowiedziałem. – Ostatnim razem, gdy się widzieliśmy mówiłem, że ta broda nie pasuje do ciebie.

– Pamiętam, ale ją lubię.

– Co robisz poza Karkonoszami?

– Jak zwykle pomagam zagubionym. W tym przypadku twojemu bratu i tobie.

– Czyli coś wiesz o Wojtku?

– Macie pecha. Pamiętasz legendę o Liczyrzepie, czyli o mnie, i Agnieszce? Połącz ją ze skarbczykiem ukrytym w Wieczorny Zamku. Aga go pilnuje i ma na tym punkcie obsesję. W tym roku skarbczyk się otworzy akurat najbliższej nocy. Ona chce przenieść część skarbów w inne miejsce. I właśnie twój brat ma jej pomóc.

– Co! – zawołałem – Ta kobieta na rowerze to ona? Przecież legendarna Aga to wiedźma, ta nie wyglądała na wiedźmę.

– Kobiety mają swoje sposoby na polepszenie urody, zwłaszcza wiedźmy – zaśmiał się Rzepiór.

 

Liczyrzepa wie o wszystkim, co aktualnie dzieje się w jego okolicy, więc natychmiast mu zaufałem. Chodząc po górach przez te wszystkie lata, dawno musiałem racjonalizm zostawić w domu. Najtrudniej mi było kiedyś, dać wiarę komuś, kto mnie wyciągał z zaspy śnieżnej i uwierzyć, że nie jest goprowcem tylko duchem gór. Zresztą jemu nie zależało na mojej opinii. Ale spotkałem go jeszcze kilka razy w sytuacjach, które ostatecznie to udowodniły. Ten facet jest cholernie wiarygodny i bardzo poważnie podchodzi do swoich obowiązków. Czyli dba o góry i ludzi gór.

 

– Czemu sama tego nie zrobi? – spytałem.

– No wiesz – zdumiał się. – Kobieta ma dźwigać ciężary? No chłopie, daj spokój, trochę dobrego wychowania. A tak naprawdę to nikt nie wie, jak długo skarbczyk będzie otwarty i można w nim utknąć. Poza tym na skarbie ciąży klątwa. Ten, kto go weźmie dla siebie, zapomina o swoich najbliższych. Ona nie chce ryzykować.

– Pewnie masz jakiś plan?

– Oczywiście. Po pierwsze zadzwoń do Krzyśka niech załatwi nocleg w schronisku i cały czas tam siedzi. Powiedz mu, że razem z Wojtkiem wieziecie Agnieszkę do lekarza, bo zwichnęła nogę, później dojedziecie do niego, niech czeka. Po drugie, musimy znaleźć twojego brata i Agę przed północą, porozmawiam z nią i spróbuję przywrócić jej rozsądek. Jeżeli mi się nie uda, wiesz, jak to jest z kobietami, wtedy musisz powstrzymać brata przed wejściem do skarbczyka.

 

Szybko wykonałem telefon. O dziwo Krzysiek nie miał żadnych obiekcji. Zażartował tylko tylko:

 

– Te baby kiedyś go zgubią.

 

Wyłączyłem telefon.

 

– Idziemy do Wieczornego Zamku. – Zdecydował Rzepiór i ruszył prosto w gęstwinę.

– Zaraz, a co z moim rowerem? – zawołałem.

– Wsiadaj i jedź za mną.

 

Gęstwina jakby rozchyliła się i przesunęła tworząc dość równą ścieżkę.

 

No tak, Duch Gór – pomyślałem. – Przyroda jest mu posłuszna.

 

Ruszyłem za nim. Chwilę po przejechaniu, ścieżka powracała do poprzedniego stanu. Obraliśmy kierunek na grupę skał zwaną Wieczornym Zamkiem, znajdującą się na szczycie Zwaliska. Gdzieś tam było ukryte wejście do skarbczyka. Legenda mówi, że wejście jest dostępne tylko raz w roku od północy do… No właśnie legenda nie mówi, do której. Raz tylko ktoś wszedł do środka – kobieta z dzieckiem, ale przypłaciła to zamknięciem córki w skarbczyku

 

– Co będzie, jak Wojtek zostanie zatrzaśnięty w środku? – zawołałem do mojego przewodnika.

– Nic, pewnie wyjdzie za rok. O ile przeżyje, ale lepiej nie próbować.

– Jesteś pewien, że wejdzie do środka?

– Tak. Aga ma swoje sposoby, zrobi z nim wszystko, co zechce.

– Skąd wiesz?

 

– Znam ją bardzo długo, więc wiem. Od czasu katastrofy ekologicznej w Izerach, wykorzystuje ludzi bez litości i żadnych skrupułów. Przeklinała wszystkich i wszystko, patrząc na całe połacie wiatrołomów. Ubzdurała sobie wtedy, że ludzie w taki sposób chcą znaleźć skarbczyk i teraz próbuje przenieść skarby w inne miejsce. Ja jej to uniemożliwiam, bo skarb jest najbezpieczniejszy właśnie tam. I tak jest, co rok..

 

– Co roku kogoś uwodzi?

– Zdarza się. Ale nie czas na rozmowy. Zaraz będziemy na miejscu.

 

Noc nadchodziła dość szybko. Ciemność leśnym zwyczajem wstawała z poszycia i przeganiała wieczorną poświatę na zachód.

Włączyłem lampkę przy rowerze.

 

– Zgaś – spokojnie powiedział Rzepiór. – Zostaw rower, dalej pójdziemy pieszo. Im później nas zauważą, tym lepiej.

 

Zsiadłem z roweru, chwyciłem Liczyrzepę za rękę, ten duch jest jak najbardziej materialny i na ślepo szedłem dalej. Po kilkunastu minutach pomiędzy drzewami zaczęło błyskać ognisko. Jeszcze chwila i zobaczyłem blond piękność oraz mojego brata. Siedzieli przy ogniu. Ona skupiona przewiercała go wzrokiem. On zajadał się czymś, widać było, że mu smakuje.

 

– Niezłe – pochwalił. – A ten sosik to, z jakich grzybków? Bo nie rozpoznaję po smaku.

 

Wyszliśmy z mroku na oświetloną ogniskiem polankę. Chciałem od razu podbiec do Wojtka, ale Rzepiór powstrzymał mnie i zagaił:

 

– Dobry wieczór. Można się przysiąść?

 

Agnieszka gwałtownie wstała.

 

– Rübezahl. – Rzuciła z przekąsem. – Jak co roku. Przez wszystkie te miesiące nie znajdziesz czasu na odwiedziny. Przychodzisz tylko wtedy, gdy w ogóle ciebie nie potrzebuję. Mało, że nie potrzebuję, nawet nie chcę żebyś przychodził. Ale nie, ty właśnie wtedy przyłazisz, i psujesz mi plany. Znowu będziesz knuł. Chcesz zniweczyć to, co jest takie ważne. Ja się staram, wysilam i nic. Wiesz ile pracy kosztuje znalezienie właściwej osoby, nawiązanie kontaktu, opracowanie całego planu? Ale co tam moje plany. Dla ciebie ważne są tylko twoje jakieś ciemne sprawy. Po co w ogóle wylazłeś z tej twojej jamy w Kozackiej Dolinie? Bez ciebie też wszyscy dadzą sobie radę…

– Dość! – krzyknął Rzepiór. – Nie lubię, gdy do mnie mówisz Rübezahl. Widzę, że dałaś temu nieszczęśnikowi wystarczająca ilość grzybków. Teraz zrobi wszystko, czego zażądasz.

 

Faktycznie Wojtek siedział jakiś taki zamroczony. Nie zareagował ani na nasze najście, ani na słowotok Agi.

 

– Co mu zrobiłaś? – zawołałem i szybko podbiegłem do brata.

– Nic mu nie będzie. Do rana wydobrzeje. Akurat po zrobieniu tego, co zaplanowałam.

– Nic nie zrobi – zaprzeczył Liczyrzepa. – Zabieramy go stąd.

 

 

Wiedźma wyciągnęła w jego stronę kij trzymany w ręce i wrzasnęła:

 

– Wracaj do swojej pieczary!

 

Rzepiór podniósł dłoń jakby chciał wiedźmę powstrzymać. W tym momencie zagrzmiało, ciemne niebo rozdarła błyskawica trafiając go prosto w podniesioną rękę. Piorun to jednak bardzo skuteczna broń. Mojego przyjaciela nie było już na polanie.

Ja tym czasem próbowałem zaciągnąć brata w krzaki.

 

Wiedźma popatrzyła na mnie zimnym wzrokiem. Wyciągnęła rękę w moją stronę. Szybko spojrzałem w niebo i momentalnie się spociłem, a włosy stanęły mi dęba.

 

– Nie przeszkodzisz mi – powiedziała groźnym głosem.

 

Wycelowała kij i znowu zagrzmiało. Jakaś siła rzuciła mną w krzaki, które momentalnie oplotły moje ręce i nogi.

 

Aga powoli podeszła jakby chciała sprawdzić więzy.

 

– Nic ci nie zrobię, jeżeli mi nie będziesz przeszkadzał. Ale spróbuj tylko coś kombinować, to spalę na popiół.

– Leżę i nic nie robię – wychrypiałem. Głos ugrzązł mi w gardle. Co za ognista baba. Nie daj Boże takiej żony.

 

Odwróciła się do Wojtka i oznajmiła rozkazujący tonem:

 

– Musisz coś dla mnie zrobić. Chodź za mną

 

Ruszyła w kierunku skał. Najmłodszy potulnie wstał i chwiejnym krokiem podążył za nią. Ja zostałem sam w ciemnych krzakach.

 

Młody jest otępiały, może skarb nie zrobi na nim wrażenia i klątwa nie zadziała? – Kombinowałem. – Ale jak nie zdąży wyjść to co wtedy? Trzeba brata ratować.

 

Niemożliwie wykręcony próbowałem przegryźć pnącza oplecione wokół rąk. Nic z tego, zacisnęły się jeszcze bardziej.

 

– Spokojnie – usłyszałem szept – zaraz cię uwolnię.

– Rzepiór?

– A kto inny mógłby tu być, twoim zdaniem? – spytał, rozplątując więzy.

– No, ale przecież błyskawica… Zniknąłeś… Spaliła cię czy odesłała do domu. Nie wiem

– Takie tam, babskie czary. Widowiskowe, ale mało skuteczne.

– Na mnie zadziałały skutecznie – stwierdziłem.

– Co roku wymyśla coś nowego. Tym razem nawet mi zaimponowała, ale to trochę za mało. Zniknąłem żeby miała radochnę. Po co mielibyśmy ciskać piorunami. Dałem jej możliwość wykonania następnego ruchu. Kolej na nas. Musimy się spieszyć zaraz będzie północ.

 

Złapał mnie pod ramię i pociągnął za sobą między skały. Po cichu kluczyliśmy między załomami. Kilka minut później schowani za krzakiem kosówki obserwowaliśmy, jak Agnieszka rozpala pochodnie i rozmieszcza je dookoła, rozświetlając dwumetrową płytę skalną leżącą na środku polanki. Wojtek stał bez słowa i czekał na polecenia.

 

– Ja ją zagadam, a ty odciągnij brata jak najdalej. – Zarządził Liczyrzepa. – Skarbczyk będzie otwarty może pięć, dziesięć, ale raczej nie dłużej niż dwadzieścia minut. Musisz brata w tym czasie powstrzymać od wejścia do środka. – Podał mi jakieś zawiniątko. – Spróbuj go przywiązać do drzewa. Powinno poskutkować.

 

Wstał i wyszedł zza krzaka. Tym razem odrzucił iluzję i przybrał swoją prawdziwą postać: krzepki mężczyzna w szarym płóciennym płaszczu z długą zmierzwioną brodą i kosturem w ręce.

 

– Agnieszko, czy to naprawdę potrzebne? – spytał.

 

Popatrzyła na niego i tez się zmieniła. W dalszym ciągu piękna, ale urodą prawdziwą, nie plastikową z folderów dla kobiet. Zachwycająca dziewczyna z czarnymi lokami niesfornie spadającymi na czoło, ubrana w bogato zdobioną suknię balową – prawdziwa córka księcia Bolesława.

 

Przysiągłbym, że jeszcze przed chwilą była blondynką.

 

– Taką cię widziałem pierwszy raz. – Rzepiór wyraźnie się rozmarzył. – Zostaw to wszystko i chodź ze mną.

– To zabrzmi jak banał – odparła. – Chcę, ale nie mogę. Przecież wiesz o tym.

 

Nie słuchałem dalej. Wpatrzeni w siebie, pogrążyli się w rozmowie, więc wolniutko podszedłem do brata. Spojrzałem mu w oczy. Nie reagował jakby mnie nie widział.. Pociągnąłem go za rękę. Ani drgnął, chyba korzenie zapuścił.

 

– Młody chodź ze mną – szepnąłem, zerkając czy Agnieszka tego nie widzi. Najmłodszy zapatrzony w wiedźmę, trwał w bezruchu.

– Wojtek. – Próbowałem dalej. – Aga kazała przekazać, że masz iść ze mną. Słyszysz? Masz iść ze mną.

– Aga kazała? – spytał.

– Tak – potwierdziłem. – Masz iść ze mną i tam zrobisz to coś, co ona chce.

 

Powoli ruszył, krok za krokiem weszliśmy między krzaki. Po kilku metrach stanąłem i wyciągnąłem sznur otrzymany od Liczyrzepy. Szybko złapałem brata za rękę. Ten zaczął się wyrywać.

 

– Przestań – powiedziałem. – Aga kazała cię przywiązać do drzewa. – Wskazałem niewielką sosenkę. – Dla twojego bezpieczeństwa.

– Aga kazała? – powtórzył – Dobrze.– Wyciągnął ręce do związania.

 

Owinąłem wokół niego sznur i przywiązałem do drzewa tak, żeby węzeł był jak najmniej dostępny i niemożliwy do rozplątania.

 

Tymczasem sytuacja uległa drastycznej odmianie. Wiedźma zauważyła brak Wojtka.

 

– Ty wredny, podstępny zdrajco! – wrzeszczała na Rzepióra. – Jak zwykle mnie wykorzystujesz! Miłe słówka, ciepły uśmiech, a chodzi ci tylko o zepsucie moich planów!

 

Kij w jej ręce rozpalił się żywym ogniem. Machnęła nim w kierunku Rzepióra. W tym momencie z kosodrzewiny naprzeciwko, trzymetrowy niedźwiedź z rykiem ruszył na Liczyrzepę.

 

– No proszę cię. – Rzepiór zareagował śmiechem.– Niedźwiedź w Izerach? Chyba stać cię na coś lepszego?

– Tym razem naprawdę oberwiesz. – Agnieszka aż kipiała z wściekłości.

 

Nagle ziemia pod Liczyrzepą zapadła się z głośnym hukiem. Wypuścił z ręki kostur i runął razem z niedźwiedziem.

 

Aga tylko na to czekała. Cała seria błyskawic rozorała niebo. Przez kilka chwil było jaśniej niż w dzień. Grzmoty dźwięczały w uszach. Błyskawice oślepiły mnie całkowicie. Kompletnie nic nie widziałem. Ślepy i głuchy poczułem, że uniesiony tajemniczą siłą, lecę nad polanką.

 

– Zrobisz, co ci każę! – Usłyszałem kobiecy Krzyk. – Później się policzymy!

 

Powoli docierało do mnie, że jestem adresatem tego wrzasku. Mrugając i przecierając oczy próbowałem doprowadzić je do stanu używalności.

 

– Zaraz skarbczyk będzie dostępny! Zejdziesz tam i wyniesiesz zawartość!

– Nie wyniosę – oznajmiłem nieśmiało. – Nic nie widzę.

 

Chwilę później poczułem na twarzy ciepły dotyk kobiecej dłoni. Jakby za sprawą magicznej różdżki, czy raczej wiedźmiej ręki, odzyskałem wzrok.

 

W blasku pochodni zobaczyłem głęboki, dymiący dół, wypaloną dookoła trawę i rozwścieczoną Agę.

 

Romantyczny obrazek zakłócił zgrzyt żelaza i brzęk łańcucha. Skalna płyta leżąca na środku polany, niczym klapa od piwnicznego wejścia, podniosła się, odsłaniając kamienne schody,

 

Legenda o skarbczyku to najprawdziwsza prawda – pomyślałem i błyskawicznie podbiegłem do zejścia.

 

– Zrób to, co powiedziałam! – rozkazała wiedźma i popchnęła mnie na tyle mocno, że kilkanaście schodków pokonałem w locie i grzmotnąłem o podłogę.

 

Błyskawicznie wstałem i poczułem się jak Indiana Jones czy inny filmowy bohater. Kilka pochodni umieszczonych na ścianach, oczywiście płonących, jakże by inaczej, wydobywało z mroku najprawdziwszy skarb. Beczki wypełnione złotymi monetami, wielkie złote puchary stojące pomiędzy beczkami, usypana w kopczyki niezliczona ilość wielobarwnych kamieni odbijających blask światła, pięknie zdobione rzeźby, biżuteria…

 

Widok mnie oszołomił. Na górze, przy wejściu rozległ się jakiś hałas, ale ja przestałem zwracać uwagę na cokolwiek innego poza kosztownościami.

 

– Jestem bogaty – szepnąłem przez ściśnięte gardło.

 

Wystarczy, że wezmę sobie garść tych monet i będzie mnie stać na wszystko. Właściwie, czemu tylko garść? Całej beczki nie udźwignę, ale jeden puchar wypełnię monetami, a w drugi nasypię kamieni szlachetnych, wyniosę na górę i wrócę znowu.

 

Szybko zaplanowałem sobie robotę i przystąpiłem do realizacji. Wyciągnąłem rękę po najbliższy puchar. Ktoś mnie za tę rękę złapał.

 

– Puszczaj! – wrzasnąłem. – To moje. Ja to znalazłem.

– Marek, zostaw! – krzyczał ktoś, ale ja nie słuchałem tylko szarpałem się i wyrywałem. Zaraz klapa opadnie, a muszę wynieść jak najwięcej.

– Zostaw! Nie wolno nic zabierać – intruz złapał mnie i ciągnął do wyjścia.

 

Dałbym mu radę, ale po schodach zbiegł jeszcze jeden, razem wywlekli mnie na zewnątrz i ciągnęli jak najdalej od skarbu. Próbowałem się wyrwać i wrócić na dół, ale bez skutku. Kilka minut później klapa z wielkim hukiem gwałtownie opadła. W tym momencie oprzytomniałem.

 

– Po skarbie – stwierdziłem spokojnie. – Możecie mnie puścić.

 

Tak też zrobili. Wojtek patrzył na mnie podejrzliwie, a Rzepiór podszedł do skrępowanej i zaknebnowanej Agnieszki. Najpierw ją rozwiązał, dopiero po tym wyciągnął knebel.

 

– Nienawidzę cię – syknęła do niego.

 

Podeszła i obrzuciła mnie zimnym spojrzeniem. Wściekły wyraz twarzy kontrastował z pięknymi oczami. Znowu zaschło mi w gardle.

 

– Dzisiaj jesteś pod opieką Rübezahla, ale jak spotkam cię kiedyś na szlaku, to będziesz biedny. Zemszczę się.

 

Dostojnym krokiem opuściła polanę.

 

Popatrzyłem na Wojtka i spytałem:

 

– Przytomny? Grzybki przestały działać?

– Gdy tylko unieszkodliwiłem Agnieszkę – wyjaśnił Liczyrzepa – ocuciłem Wojtka i posłałem go na dół. Przypuszczałem, że skarb tobą zawładnie. Tak też się stało, co kolejny raz potwierdziło działanie klątwy zapomnienia. Na szczęście twój brat jest rozsądniejszy i odporniejszy, albo grzybki jeszcze trochę działały i ograniczyły przymus zawładnięcia skarbem. Czyli w zasadzie, otumaniony byłby w miarę bezpieczny.

 

Siedzieliśmy przy dogasających pochodniach słuchając opowieści Liczyrzepy o relacjach między nim i Agnieszką. Chyba odczuwał potrzebę wygadania, bo niemal nie dopuszczał nas do głosu, ale trzeba mu przyznać, że ma dar gawędziarza, więc czas do świtu minął bardzo szybko.

 

– Pora wracać – powiedział na widok wschodzącego słońca. – Wasz brat czeka w schronisku. Jedźcie do niego, ale później raczej się nie zapuszczajcie gdzieś w las tylko najkrótszą drogą do samochodu. Wiecie, jak to jest z kobietami, niby kochające i łagodne, ale lepiej nie sprawdzać czy pamiętliwe.

 

Odprowadził nas jeszcze do szlaku. Po drodze zaleźliśmy rowery. Na pożegnanie życzył nam miłego dnia oraz ładnej pogody i zniknął za najbliższym zakrętem.

 

Po kilkunastu minutach dotarliśmy do schroniska. Krzysiek siedział na zewnątrz i pałaszował śniadanie. Na nasz widok zawołał:

 

– No, co tam z Agnieszką? Cała i zdrowa? Mam nadzieję, że nie zapomnieliście wziąć jej numeru komórki.

– Ona nie ma komórki. – Zaskoczył go Wojtek.

– Jak to nie ma?

– No tak to. Mamy ci dużo do opowiedzenia, ale najpierw śniadanie.

 

Rozsiedliśmy się nad jajecznicą i chwilę później zaczęliśmy chaotycznie jeden przez drugiego omawiać wydarzenia ostatniej nocy.

 

– Z tego wszystkiego to tylko w jedno wierzę. – Skwitował Krzysiek. – W grzybki. Słyszałem, że w Izerach rosną takie halucynogenne. Nieźle trzeba się nawtrząchać halutków, żeby mówić takie brednie.

– Sam bym nie uwierzył – odparł Wojtek – ale mam dowód. Dostałem od Liczyrzepy pamiątkę – Uśmiechnął się i wyjął coś z kieszeni. – Nic nie wolno sobie wynosić ze skarbczyka. Tyle, że on to wziął dla mnie.

 

Błyskawicznym ruchem położył otwartą dłoń na stole. W porannym słońcu błysnął złoty medalion z czerwonym kamieniem zamocowanym w środku.

Koniec

Komentarze

Całkowicie rozjechało mi się formatowanie. Mimo usilnej walki o format, dalej się rozjeżdża.

Spóbuj jeszcze raz. Daje radę sformatować tekst... 

Moim zdaniem takie sobie. Pomysł wykorzystania postaci z legendy też mnie nie powalił. Dość przewidywalny przebieg i takież zakończenie.  

 

 „…mogę być nie przygotowany kondycyjnie.” - …nieprzygotowany…

 

„Jej uśmiech rozpromienił się.” Nie wydaje mi się, by uśmiech mógł się rozpromienić, choć może być promienny. Uśmiech może także rozpromienić twarz.

 

„…zawołałem na odchodnym.” – Skoro oddaliłeś się rowerem, napisałabym …na odjezdnym,

 

„Co robisz po za Karkonoszami?” – Co robisz poza Karkonoszami?

 

„Aga go pilnuje i ma na tym punkcie obsesje.” – Jeśli pilnuje jednego skarbu, to obsesję. Obsesje, jeśli skarbów jest wiele.

 

Po za tym na skarbie ciąży klątwa.”Poza tym na skarbie ciąży klątwa.

 

„…przegryźć pnącze oplecione wokół rąk. Nic z tego, zacisnęły się jeszcze bardziej.” – Jeśli pnącze było jedno, to …zacisnęło się… a jeśli …zacisnęły się…, to …pnącza… W obecnej postaci zdanie sugeruje, że to ręce zacisnęły się  jeszcze bardziej.

 

„Po ciuchu kluczyliśmy między załomami.”  - Literówka: Po cichu

 

„…cokolwiek innego po za kosztownościami.” - …poza kosztownościami.

 

„…tylko najkrótszą drogą samochodu.” - …tylko najkrótsza drogą do samochodu.

 

Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za cenne uwagi. Poprawki oczywiście naniosłem.

Dopiero wróciłam z urlopu, więc z tekstem zapoznam się w przeciągu kilku dni.

 

Dziękuję za udział w konkursie ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Technicznie:

 

„- Tak jest panie dyrektorze.” - przecinek przed wołaczem; przecinków poprawiać nie będę, ale trochę ich brakuje, podobnie jest sporo zbędnych.

 

„Moi braci wyjechali w świat kilka lat temu.” - literówka: bracia

 

„Ostre zakręty sprawiały, że słońce migając miedzy drzewami, oślepiało to ze strony prawej, to z lewej.” - Literówka: między. „migając między drzewami” wydzielone przecinkami z obu stron albo wcale.

 

„Wojtek spytał stał po raz nie wiadomo który.” - ?

 

„Chwilę później podeszła do nas, zdjęła kask, poprawiła blond włosy związane w kucyk i z uśmiechem powiedziała:
- Cześć. - Jej uśmiech rozpromienił twarz.”

Powtórzenie.

 

„Grillowanie mięsko” - literówka: grillowane

 

Nieprawidłowy zapis dialogów miejscami.

Piszesz: - Pewnie jedzie i nie chce się zatrzymywać, żeby odebrać telefon. - Uspokajał Krzysiek.

A powinno być: - Pewnie jedzie i nie chce się zatrzymywać, żeby odebrać telefon - uspokajał Krzysiek.

 

Jest: - Może złapał gumę i idzie powoli.- Zgadywałem.

Powinno być: - Może złapał gumę i idzie powoli - zgadywałem.

 

Tu zaś:

„- Spokojnie. – Próbował mnie zatrzymać - Przetraw trochę, bo z pełnym brzuchem będzie ci ciężko.”

...na pewno po „zatrzymać” kropka, jednak zgrabniej byłoby chyba napisać coś w stylu:

- Spokojnie – próbował mnie zatrzymać. - Przetraw trochę, bo z pełnym brzuchem będzie ci ciężko.

ALBO lepiej, bo takie wstawki czasem trudno wsadzić w dialog:

„Brat próbował mnie zatrzymać.

- Spokojnie. Przetraw trochę, bo z pełnym brzuchem będzie ci ciężko.”

 

„Połącz ją ze skarbczykiem ukrytym w Wieczorny Zamku.” - Literówka: Wieczornym.

 

„Zażartował tylko tylko:” - podwójne tylko

 

Jest: - Idziemy do Wieczornego Zamku. - Zdecydował Rzepiór i ruszył prosto w gęstwinę.

Winno być: - Idziemy do Wieczornego Zamku - zdecydował Rzepiór i ruszył prosto w gęstwinę.

 

Jest: - Rübezahl. - Rzuciła z przekąsem.

Winno być: - Rübezahl - rzuciła z przekąsem.

 

Co jest o tyle dziwne, że czasem piszesz dobrze dialogi, a czasem nie. Czemu?

 

„Szybko spojrzałem w niebo i momentalnie się spociłem, a włosy stanęły mi dęba.
- Nie przeszkodzisz mi - powiedziała groźnym głosem.
Wycelowała kij i znowu zagrzmiało. Jakaś siła rzuciła mną w krzaki, które momentalnie oplotły moje ręce i nogi.”

Powtórzenie.

 

Jest: Młody jest otępiały, może skarb nie zrobi na nim wrażenia i klątwa nie zadziała? - Kombinowałem.

Winno być: Młody jest otępiały, może skarb nie zrobi na nim wrażenia i klątwa nie zadziała? - kombinowałem.

 

To jak w dialogu. Ponieważ kiedy zaczynasz coś wielką literą, jest to ewidentnie początek nowego zdania, a nie kontynuacja czegoś, co było wcześniej.

 

Jest: - Ja ją zagadam, a ty odciągnij brata jak najdalej. – Zarządził Liczyrzepa.

Winno być: - Ja ją zagadam, a ty odciągnij brata jak najdalej – zarządził Liczyrzepa.

 

„Nie reagował jakby mnie nie widział..” - podwójna kropka na końcu

 

Jest: - Wojtek. - Próbowałem dalej.

Winno być: - Wojtek - próbowałem dalej.

 

Jest: - Aga kazała? - powtórzył - Dobrze.- Wyciągnął ręce do związania.

Winno być: - Aga kazała? - powtórzył. - Dobrze. - Wyciągnął ręce do związania. (kropka i spacja)

 

„Rzepiór zareagował śmiechem.- Niedźwiedź w Izerach?” - j.w., brak spacji przed myślnikiem.

 

„Usłyszałem kobiecy Krzyk.” - krzyk małą literą

 

„Legenda o skarbczyku to najprawdziwsza prawda - pomyślałem i błyskawicznie podbiegłem do zejścia. (...) Błyskawicznie wstałem i poczułem się jak Indiana Jones czy inny filmowy bohater. Kilka pochodni umieszczonych na ścianach, oczywiście płonących, jakże by inaczej, wydobywało z mroku najprawdziwszy skarb.” - powtórzenie, a jakżeby łącznie

 

Jest: - Zostaw! Nie wolno nic zabierać - intruz złapał mnie i ciągnął do wyjścia.

Winno być: - Zostaw! Nie wolno nic zabierać. - Intruz złapał mnie i ciągnął do wyjścia.

 

„Rzepiór podszedł do skrępowanej i zaknebnowanej Agnieszki.” - literówka: zakneblowanej

 

Jest: - Ona nie ma komórki. – Zaskoczył go Wojtek.

Winno być: - Ona nie ma komórki – zaskoczył go Wojtek.

 

Jest: - Z tego wszystkiego to tylko w jedno wierzę. - Skwitował Krzysiek.

Winno być: - Z tego wszystkiego to tylko w jedno wierzę - skwitował Krzysiek.

 

Jest: - Dostałem od Liczyrzepy pamiątkę - Uśmiechnął się i wyjął coś z kieszeni.

Winno być: - Dostałem od Liczyrzepy pamiątkę. - Uśmiechnął się i wyjął coś z kieszeni.

 

Tyle, jeśli chodzi o czepialstwo. Wrażenia z fabuły już wkrótce, w wątku zbiorczym dla wszystkich konkursowych tekstów.

 

Dziękuję za udział w konkursie i pozdrawiam ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Niestety poprawić już nie mogę , ale dziękuję za wyłapanie wszystkich błędów.

Sympatyczne. Temat może nie całkiem nowy ale jeszcze nie oklepany. Taka bajeczka, czytałam bez rumieńców i obgryzania paznokci, ale z zainteresowaniem.

Tylko po co Ci te odstępy miedzy akapitami?

Babska logika rządzi!

Przyjrzałabym się przecinkom, ale sympatyczne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka